Close
Close

7 rzeczy, których nie wiedziałem o whisky

Skip to entry content

 wpis jest wynikiem udziału w spotkaniu z marką Grant’s i przeznaczony jest tylko dla osób pełnoletnich

W zeszłym tygodniu spotkaliśmy się w zacnym gronie widocznym powyżej, żeby pogadać o reformie szkolnictwa,  powiększającej się dziurze ozonowej, ginących gatunkach płazów i tym, czy lepiej walczyć z tysiącem hipopotamów wielkości mrówek, czy mrówką wielkości tysiąca hipopotamów.  I zaciągnąć się aromatem szklaneczki whisky, bo Grant’s właśnie wypuścił na polski rynek 18-letnią szkocką mieszankę.

Grants 18

W trakcie spotkania Rob Allanson – globalny ambasador Grant’sa – szczegółowo opowiadał nam o procesie powstawania whisky, przytaczając wiele ciekawych anegdot i przekazując wszystko, co sympatyk tego trunku powinien o nim wiedzieć. Niestety, ze względu na nabyty brak podzielności uwagi, udało mi się usłyszeć tylko połowę, a zapamiętać ćwierć. Wszystko wina Konrada, który uznał, że ciągłe rozwiązywanie mi sznurowadeł będzie dobrą zabawą. Mimo to, udało mi się wyłapać 7 ciekawostek o whisky, o których wcześniej nie miałem zielonego pojęcia. Zresztą pomarańczowego, żółtego i niebieskiego też nie.

1. Whisky degustuje się tak jak wino

cudowny palec zasłaniający moją twarz na trzecim zdjęciu należy do Konrada Jureckiego, który wykonywał zdjęcie
cudowny palec zasłaniający moją twarz na trzecim zdjęciu należy do Konrada Jureckiego, który wykonywał zdjęcie

Wyjdę teraz na totalnego ignoranta, ale trudno, przyznaję się bez bicia. Zupełnie nie zdawałem sobie z tego sprawy, że dla whisky też jest istotne to jak ścieka po szklankach kieliszka, że jej zapach zmienia się po ogrzaniu dłonią i zamieszaniu, ale przede wszystkim – za co bardzo mi wstyd – że pod dodaniu wody smak kompletnie ewoluuje i otwiera ukryte nuty. Do tej pory piłem tylko w drinkach, po tym spotkaniu, aż głupio mi pić inaczej niż otwartą przez wodę.

2. Prawnuk Williama Grant’sa motywował robotników polską metodą

Grants 18 butelki

Zależało mu na tym, by własna, rodzinna destylarnia była jak najszybciej skończona, więc zachęcał budowlańców do nie obijania się, rozwożąc im flaszeczki whisky na rowerze. Pomogło, bo robotnicy postawili fabrykę w rekordowe 9 miesięcy. W międzyczasie udało im się też przyspawać rower prawnuczka do jednego z kominów destylarni w ramach żartu. Takie tam, heheszki w pracy.

3. Od jabłka, przez miód, po torf

grants whisky 18

Dotąd whisky dzieliła się dla mnie po prostu na dobrą i złą. Pierwsza świetnie smakowała z mlekiem i miodem albo z Colą, drugiej, w trosce o własne zdrowie, należało nie przystawiać do ust. W trakcie smakowania destylatów, z których powstała Grant’s 18YO, na własnym języku i nosie doświadczyłem, że odmian szkockiego wysokoprocentowego alkoholu mogą być dziesiątki. W jednej wyczuwalny był cynamon, w drugiej dominowała nuta wanilii, a w trzeciej przeważał odymiony torf.

Gdy się to czyta nie jest to wyjątkowo poruszające, ale kiedy siedzisz przed tymi dziesięcioma szklaneczkami i mimo, że to dokładnie ten sam rodzaju alkoholu, a każda z nich smakuje kompletnie inaczej, to robi wrażenie. Zwłaszcza, gdy na samym końcu próbujesz pierwszej i ostatniej, i smakują jak sól i cukier. Nie wiedziałem, że tak się da.

4. Barwę i smak nadaje beczka

Grants 18 beczka

W której leżakowana jest whisky. A dokładnie drewno beczki i fakt czy, i jak długo, było ono opalane. I czy był w niej wcześniej jakiś inny alkohol, bo, przykładowo, niektóre z odmian whisky leżakuje się w bekach po winie, a inne po piwie, co daje zupełnie inny posmak. Jak się to słyszy, to brzmi logiczne, ale jakoś wcześniej nigdy o tym nie pomyślałem.

5. Jedyna okazja, gdy Michał Górecki zakłada koszulę

Grants 18 Michał Górecki

Nie byłem na jego komunii, ale legenda głosi, że nawet tam miał koszulkę z nadrukiem. Rzadki widok, warto utrwalić dla potomnych.

6. Na bazie whisky można gotować

Grants 18 whisky

I to naprawdę zacne dania, bo jedliśmy i szkocką zupę rybną z wędzonym pstrągiem z prądem, i wołowinę marynowaną w Grant’sie, i pudding z polewą toffi wzmacnianą whisky. I wszystko było naprawdę palce lizać i gdyby nie fakt, że przed spotkaniem byliśmy z Trojanem na solidnym burgerze poprosiłbym o dokładkę, ale to co wszystkich rozłożyło na łopatki, to małże Świętego Jakuba podlane whisky, podawane z – uwaga, uwaga! – kaszanką.

Grants 18 małże

Nie pytajcie jak to smakuje, bo nie umiem tego opisać, ale było naprawdę ciekawe. I to nie jest eufemizm do „ledwo to przełknąłem”.

7. Drinki z whisky to nie tylko Cola

A nawet nie tylko Sprite!

Grants 18 drinki

Piliśmy takie kozaki jak na focie powyżej i muszę powiedzieć, że 18-letnia mieszanka z kompotem śliwkowym przewietrzona dymem z ogniska – i to nie metaforycznie, a dosłownie barman do przyrządzenia tego drina używał dymnicy – to coś, czego zupełnie się nie spodziewasz, a jest tak dobre, że później nie chcesz pić niczego innego. Kompozycja z marchewką, czy z rozpuszczoną krówką też wprowadziła mnie w mocne zdezorientowanie – no bo jak to tak można?  – ale mimo wszystko śliwka była połączeniem wywracającym do góry nogami moje spojrzenie na whisky.

Jakby mi ktoś powiedział, że to się ze sobą klei i jeszcze smakuje, to bym mu nie uwierzył.

Domyślam się, że jest więcej kombinacji whisky z czymś niecodziennym, co wydaje się zupełnie abstrakcyjne, a po zmieszaniu wchodzi jak Bronek na krzesło Azjaty, ale ich nie znam. Jeśli więc Wy je znacie, to podzielcie się w komentarzach. Tylko prosiłbym o same poważne oferty, bo wszystkiego będę próbował. No chyba, że chcecie mnie otruć.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #23: zbrodnie ludzkości, Magdalena Ogórek i brat Pezet

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 23

Ten tydzień w Krakowie był wyjątkowo ładny i ciepły, choć na dobrą sprawę powinno już tak być jakiś czas temu, ale że darowanemu +19C się w zęby nie zagląda, to nie narzekam. W sieci natomiast nieco goręcej. Przez ostatnie 7 dni wybuchło kilka aferek, a najgłośniejsza była ta z cudakiem manifestującym swoją niestabilną orientację, ale jego lepiej pochować w trumnie zapomnienia, niż wyciągać na światło dzienne. Szkoda nerwów. Za to poniżej znajdziecie kilka luźnych tematów, które powinny Was zrelaksować jak szum fal i ciepły piasek pod stopami.

10 rzeczy, na które szkoda czasu: bo przyszła wiosna. Motywująca i pozytywnie nastrajająca wyliczanka rzeczy, z których warto zrezygnować, żeby znaleźć czas na cieszenie się słońcem.

“Gwiezdne Wojny” kontra “Gra o tron”: czyli licytowanie się kto był w bardziej kazirodczym związku i komu ogień mocniej zdeformował ciało. Urocze porównanie.

Krótki komiks o przetargu: a jakże prawdziwy! I to bez różnicy, czy chodzi o przetarg na obsługę marki w mediach społecznościowych, czy budowę autostrady.

Największe zbrodnie ludzkości: polewanie całej porcji frytek keczupem, otwieranie opakowań czipsów złą stroną i jedzenie delicji w całości. Wszystkie zilustrowane ładniutkimi obrazkami.

Sekrety Kuźniara: Jareczek chce z fali nienawiści zrobić wodospad sławy, przy czym wciąż nie rozumie, że nikt nie miał mu za złe, że kupował rzeczy w Walmarcie na początku podróży i oddawał pod jej koniec. Ludzie mają do niego problem, bo wcześniej za podobne zachowanie szydził z rzeszy Polaków.

 

Amerykanie próbują wymówić nazwy polskich miast: i chyba Was nie zaskoczę, jeśli zdradzę, że im się to nie udaje?

Americans Try To Pronounce Polish Cities

Posted by BuzzFeed Video on 18 kwietnia 2015

 

Tomasz Niecik śpiewa, Kasia Cichopek tańczy: gdybyście się zastanawiali jak wygląda przedawkowanie metaamfetaminy, to własnie tak.

 

Damska i męska stylówka tygodnia: tym razem zbiorczo, bo taką parę szkoda byłoby rozdzielać. Futurystyczno-bajkowe postacie wyglądające jak wizualne personifikacje śnieżynek, złapał Mr Faceless podczas Fashion Weeku w Łodzi.

zdjęcie pochodzi z bloga MrFaceless.pl
zdjęcie pochodzi z bloga MrFaceless.pl

 

Klip tygodnia: tym razem nie klip, a sam utwór – choć żywię nadzieję okruszkami, ze kiedyś zrobią do tego wideo – z najnowszej płyty brata Pezeta. Cóż, czego by o niej nie mówić, to mimo nowoczesnej, mocnej warstwy muzycznej, w kwestii lirycznej daje ciała jak krowy w rzeźni i jedyny powód, dla którego warto ją sprawdzić to ten numer. Oczywiście za sprawą Pezeta, który Małolatowi skradł nie tylko ten numer, ale i cały krążek. Zapętlam w kółko od wtorku.

 

Fanpage tygodnia: Magda Ogórek sama w sobie jest śliczna i turbo urocza, ale w wersji mangowej dochodzi do granicy. Zakochałem się w tym profilu od pierwszej przeróbki, aczkolwiek żałuję, że Renata Beger nie jest już gorącym nazwiskiem. Taka Czarodziejka z Księżyca, to byłoby coś!

nyan nyan (≚ᄌ≚)ℒℴѵℯ❤

Posted by Magda Ogórek-hime on 19 kwietnia 2015

 

Ogłoszenie parafialne: takie samo jak poprzednio, bo w zeszłym tygodniu padło mniej propozycji, niż oczu ma cyklop. Przechodząc do konkretów: jeśli kojarzycie jakieś postacie z szeroko rozumianego świata popkultury, to dajcie znać w komentarzach.

Jak uniemożliwić czytanie książki chujowym tłumaczeniem?

Skip to entry content

Znacie tych wariatów, którzy przy dyskusjach o literaturze zawsze drą japę, że publikacje powinno się czytać tylko i wyłącznie w języku autora? Powoli zaczynam do nich dołączać.

W styczniu kupiłem sobie szumnie zapowiadaną biografię Jaya-Z „Król Ameryki” autorstwa Marka Beaumonta, jednak przełożoną na język polski. Byłem mega zajarany, bo życiorys Jaya, to historia dużo bardziej inspirująca i motywująca do działania, niż patetyczne gadki domorosłych coachów na YouTube. Koleś wychowywał się na Brooklynie w największej patoli – jego osiedle składało się z samych ćpunów i dilerów, będąc dzieciakiem postrzelił brata, a od 13-go roku życia sprzedawał kokainę prowadząc obwoźny handel na skrzyżowaniach. A mimo to, ani nie przećpał się od własnego towaru, ani nie zginął w wojnie ganów, ani nie zgnił w więzeniu, tylko został multimilionerem i muzyczną legendą, zbijając fortunę na rapie. W legalny sposób. A w zeszłym miesiącu odpali „Tidala” – konkurencję dla Spotify.

No, powiedzcie, czy to nie robi wrażenia?

Biografie „od zera do milionera” zawsze nadmiernie pobudzają mi prawą półkulę mózgu, bo moja siedmiocyfrówka wciąż przede mną. Dlatego po powrocie z księgarni, łamiąc przepisy BHP i nie myjąc rąk ani stóp, od razu rzuciłem się do czytania. I już po 9 stronach cały entuzjazm wygasł, jakby ktoś go polał ciekłym azotem, a w ustach zaczęło zgrzytać jakbym najadł się żwiru. Bo tłumaczenie „Króla Ameryki” na polski jest tak chujowe, że całkowicie uniemożliwia odbiór książki. Po prostu NIE DA SIĘ TEGO CZYTAĆ!

Żeby nie być gołosłownym, podam Wam kilka przykładów, w jaki sposób opowieść o dilerze koksu, który stał się jednym z najlepszych raperów i ikoną pokolenia, została przełożona na nasz język.

Obserwował dilerów podczas gry w kości i spychał nieprzytomnych nałogowców z ławek, po czym ZAŚMIEWAŁ SIĘ na widok ich przedwczesnych pobudek.

Od 6-tej klasy podstawówki słucham rapu, do końca liceum mieszkałem w bloku i znam trylion ludzi z klimatu. Żaden, ale to ŻADEN hip-hopowiec, nie użyłby sformułowania „zaśmiewać się”, mając na myśli lanie z kogoś, kręcenie beki, czy darcie łacha. Zresztą, w ogóle w życiu nie słyszałem, żeby ktokolwiek użył tak sztywnego zwrotu. No, ale to przecież tylko książka o życiu rapera, tu można.

Później natomiast INDAGOWAŁ go na temat sformułowań z wystawowych wywieszek, czy stroju mijanych przechodniów.

Przepraszam bardzo, ale co robił? Mogę założyć się o piątkę z wagi, że Jaya-Z nikt nigdy nie indagował. Ani jego rodziny, ani znajomych, ani nikogo w odległości stanu.

Przeczuwając DRAKĘ, podekscytowany chłopak podążył za parą, w otoczeniu swojej świty do pobliskiej klatki chodowej.

Przeczuwać „drakę” mogłaby moja prababcia gdyby żyła, ale murzyński nastolatek w nowojorskim getcie duszącym się smrodem cracku, może przeczuwać rozpierdol, oklep, dym, ustawkę, napierdalankę, strzelaninę bądź zbiorowy gwałt, ale nie kurwa „drakę”.

Choć śmierć Benny’ego sprawiła, że Shawn zachowywał teraz większą ostrożność podczas swoich osiedlowych PEREGRYNACJI, skusiła go jednak muzyka.

Czy przekład książki z angielskiego na polski, to jest jakiś konkurs na zastosowanie jak największej liczby nieużywanych słów? Czytając to nie wiem, czy tłumacz bardziej chciał się pochwalić, że dostał słownik Kopalińskiego na gwiazdkę, czy że zna wszystkie zwroty związane z kościołem katolickim.

 RYCHŁO rozeszła się fama o jego biegłości i CZUPURNOŚCI w minizawodach, organizowanych w jadłodajni, z udziałem rywalizujących z nim raperów aspirantów, przy akompaniamencie rytmów, które wybijano na blatach.

To była 45 strona z 553 i poddałem się. Chciałem przeczytać opowieść o mocno doświadczonym przez życie geniuszu-wizjonerze, który wyszedł z totalnej biedy i wspiął się na szczyt świata dzięki hip-hopowi, czując na skórze klimat tej drogi i widząc przed oczami tło opisywanych wydarzeń, a dostałem jakiś wykastrowany z kontekstu zakalec, który jest tak ciężkostrawny, że nawet zalewając się litrem spirytusu nie da rady go przetrawić.

Właśnie tak chujowe tłumaczenie uniemożliwia czytanie książki.