Close
Close

Co musisz wiedzieć jeżdżąc rowerem po Krakowie?

Skip to entry content

Kraków nie jest aż tak zakorkowany i nie do przebicia się jak Warszawa, aczkolwiek w godzinach szczytu na Alejach potrafi być niesympatycznie, a z okien wszelkich środków transportu lecą „kurwy”. Coś jak w dniu meczu reprezentacji Polski z kimkolwiek. Dodaj do tego – nie notoryczne, ale jednak – spóźnienia i smród zaszczanych żuli, którzy robią z tramwaju swoje mobilne biuro i już masz mocny impuls do zastanowienia się, czy nie można by inaczej. Lepiej.

Otóż można, i to najlepiej, i tą możliwością jest rower. Nie będę się rozwodził nad tym, czemu pedałowanie jest wygrywaniem życia, bo już to zrobiłem i uznaję to za oczywistą oczywistość. Tym razem zdradzę Ci wszystkie sekrety i szokujące nowicjuszy prawdy, których poznanie sprawi, że poruszanie się rowerem po Krakowie będzie mniej stresogenne.

 

Rower miejski to równowartość 3 biletów miesięcznych

Jeśli jesteś normalnym człowiekiem, bo jeśli studentem to 6. Za 300 złotych kupisz nadający się do użytku rower z „bagażnikiem”, który będzie na tyle sprawny byś dotarł z Dębników do Mistrzejowic i na tyle niewybajerzony, że Ci go nie ukradną w pierwszym tygodniu użytkowania. Zasadniczo żywotność takiego sprzętu, bez przesadnego chuchania i dmuchania, to 2 sezony. Policzyłeś już ile oszczędzisz rezygnując z MPK, czy podać Ci kalkulator?

 

Ścieżki rowerowe są dla pieszych

Spacerowicze dobitnie Ci to udowodnią, gdy będziesz jechał przez Grodzką albo pod Wawelem. Bez permanentnego nakurwiania dzwonkiem nie dasz rady przejechać. Ani ich ominąć. Co czasem kończy się dość zabawnie, jeśli tylko lubisz grać w „Carmageddon”.

 

W godzinach szczytu na 95% będziesz szybciej niż MPK

Serio. Te 5% zarezerwowałem dla podróży 50-tką z jednej pętli na drugą, bo czasem zdarza jej się być na równo, ale w pozostałych przypadkach na pewno będziesz szybciej. Jednoślady górą!

 

Wszystkie serwisy rowerowe zdzierają

Dlatego jeśli już musisz skorzystać z ich usług, to nie ma sensu szczypać się z hajsem i krążyć po całym mieście, tylko oddać sprzęt do najbliższego.

 

Jest dużo stojaków i miejsc na zapięcie

W Grodzkie Króla Kraka na miejsca, w których możesz zostawić rower, naprawdę trudno narzekać, bo od galerii handlowych, przez place, po uczelnie są tysiące stojaków. A gdy te są zajęte, na przypinanie sprzętu do barierek, ogrodzeń, czy znaków drogowych też nikt krzywo nie patrzy.

 

Tylko raz miałem kontrolę trzeźwości

Od 2008 roku, najczęściej od połowy marca do połowy października, poruszam się po Krakowie pedałując i w tym czasie tylko raz (słownie: RAZ) zatrzymał mnie patrol i kazał dmuchnąć. Nie zachęcam do jazdy pod wpływem alkoholu i wsiadanie po pijaku na rower jest równie głupie, co wspinanie się na rusztowanie w tym samym stanie, ale nie uważam, żeby to zagrażało innym uczestnikom ruchu drogowego bardziej niż nietrzeźwi piesi.

 

Najbardziej kradną na Uniwersytecie Ekonomicznym

Jeśli wydaje Ci się, że zostawianie roweru w godzinach nocnych w okolicach Rynku Głównego jest niebezpieczne, że przypinanie jednośladu do drzewa pod obskurną kamienicą na Kazimierzu prowokuje złodzieja, że porzucanie sprzętu pod Galerią Krakowska na równy tydzień jest jednoznaczne z jego utratą, to masz rację. Wydaje Ci się.

Przez 7 lat parkowałem rower gdzie popadnie o wszelkich możliwych porach i jedynym miejscem, z którego kiedykolwiek mi go skradziono był Kampus UEKu.

Kampus, który ma monitoring, ochronę, znajduje się w centrum miasta i jest zamykany na noc. Zajebano mi go w biały dzień, dosłownie w samo południe, bo między godziną 11:20, a 12:40, z samego pieprzonego środka uczelni. Wydawało mi się to niewiarygodne, że rower przypięty zapięciem grubości kciuka Grycanki może ot tak zniknąć, ale jak się dowiedziałem od znajomych ze studiów i panów z ochrony, którzy mieli na tę sytuację totalnie wyjebane, jest to na porządku dziennym.

 

Tylko łańcuch uchroni Cię przed kradzieżą

Wszelkie linki, zapięcia żyłkowe, a nawet podkówki wymiękają przy krakowskich złodziejach. Z wieloletnich dysputy z rowerzystami i własnych doświadczeń wynika, że jedynym sposobem ochrony przed pedałowymi Copperfieldami jest łańcuch z hartowanej stali z kłódką. Kosztuje to kilkadziesiąt złotych i wygląda jakbyś miał nim zamykać cementarną bramę, ale działa. A jak pomalujesz go na złoto, to jest swag.

 

Jeśli ukradli Ci rower, to wybierz się w weekend na Halę Targową

I zobacz za ile osiedlowi biznesmeni wystawili go na sprzedaż.

 

Akademik ASP to największe bicyklowe cmentarzysko

Dziesiątki holenderek, składaków i górali dogorywa w zaułkach domu studenckiego na Kapelance. Część uszkodzonych, część niekompletnych, a część po prostu porzuconych, zmienia kolor łapiąc odpryski z szablonów wrzucanych na ściany budynku i kamufluje się przyjmując kilogramy kurzu. Widząc te sterty żelastwa czekające na bliżej nieokreślone „nic”, trochę mi smutno, ale zawsze sobie myślę, że z rowerami jest jak z psami i wszystkie idą do nieba.

 

Studentki z Podkarpacia na to lecą

Nie wiem na czym to polega, ale to one są najbardziej zszokowane, że w mieście w którym ani Twoja matka nie wydała Cię na świat, ani nie mieszka cała Twoja rodzina do 7 pokoleń wstecz, można mieć rower. Gdy im powiesz, że pochodzisz z Bielska, a mimo to masz tu bicykla, możesz patrzeć jak eksplodują im czaszki, bo nie mieści im się to głowach. Traktują to jak zdarzenie na tym samym poziomie abstrakcji co paradoks kłamcy. Jak jakimś cudem styki im się nie popalą i już trochę ochłoną, zaczynają dopytywać jak to się robi, czy to legalne i czy one też tak mogą.

Co zazwyczaj przeradza się w wypad z kocem na Zakrzówek.

 

Taksówkarze nie biorą jeńców

Staram się nie generalizować, ale w tym przypadku się nie da. Jeśli taksiarz ma okazję nieprzepisowo Cię wyprzedzić, wymusić pierwszeństwo, ochlapać lub zepchnąć na pobocze, to z całą pewnością to zrobi. Zgadniesz dlaczego? Bo jemu się śpieszy!

W odróżnieniu od wszystkich innych oczywiście.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

7 rzeczy, których nie wiedziałem o whisky

Skip to entry content

 wpis jest wynikiem udziału w spotkaniu z marką Grant’s i przeznaczony jest tylko dla osób pełnoletnich

W zeszłym tygodniu spotkaliśmy się w zacnym gronie widocznym powyżej, żeby pogadać o reformie szkolnictwa,  powiększającej się dziurze ozonowej, ginących gatunkach płazów i tym, czy lepiej walczyć z tysiącem hipopotamów wielkości mrówek, czy mrówką wielkości tysiąca hipopotamów.  I zaciągnąć się aromatem szklaneczki whisky, bo Grant’s właśnie wypuścił na polski rynek 18-letnią szkocką mieszankę.

Grants 18

W trakcie spotkania Rob Allanson – globalny ambasador Grant’sa – szczegółowo opowiadał nam o procesie powstawania whisky, przytaczając wiele ciekawych anegdot i przekazując wszystko, co sympatyk tego trunku powinien o nim wiedzieć. Niestety, ze względu na nabyty brak podzielności uwagi, udało mi się usłyszeć tylko połowę, a zapamiętać ćwierć. Wszystko wina Konrada, który uznał, że ciągłe rozwiązywanie mi sznurowadeł będzie dobrą zabawą. Mimo to, udało mi się wyłapać 7 ciekawostek o whisky, o których wcześniej nie miałem zielonego pojęcia. Zresztą pomarańczowego, żółtego i niebieskiego też nie.

1. Whisky degustuje się tak jak wino

cudowny palec zasłaniający moją twarz na trzecim zdjęciu należy do Konrada Jureckiego, który wykonywał zdjęcie
cudowny palec zasłaniający moją twarz na trzecim zdjęciu należy do Konrada Jureckiego, który wykonywał zdjęcie

Wyjdę teraz na totalnego ignoranta, ale trudno, przyznaję się bez bicia. Zupełnie nie zdawałem sobie z tego sprawy, że dla whisky też jest istotne to jak ścieka po szklankach kieliszka, że jej zapach zmienia się po ogrzaniu dłonią i zamieszaniu, ale przede wszystkim – za co bardzo mi wstyd – że pod dodaniu wody smak kompletnie ewoluuje i otwiera ukryte nuty. Do tej pory piłem tylko w drinkach, po tym spotkaniu, aż głupio mi pić inaczej niż otwartą przez wodę.

2. Prawnuk Williama Grant’sa motywował robotników polską metodą

Grants 18 butelki

Zależało mu na tym, by własna, rodzinna destylarnia była jak najszybciej skończona, więc zachęcał budowlańców do nie obijania się, rozwożąc im flaszeczki whisky na rowerze. Pomogło, bo robotnicy postawili fabrykę w rekordowe 9 miesięcy. W międzyczasie udało im się też przyspawać rower prawnuczka do jednego z kominów destylarni w ramach żartu. Takie tam, heheszki w pracy.

3. Od jabłka, przez miód, po torf

grants whisky 18

Dotąd whisky dzieliła się dla mnie po prostu na dobrą i złą. Pierwsza świetnie smakowała z mlekiem i miodem albo z Colą, drugiej, w trosce o własne zdrowie, należało nie przystawiać do ust. W trakcie smakowania destylatów, z których powstała Grant’s 18YO, na własnym języku i nosie doświadczyłem, że odmian szkockiego wysokoprocentowego alkoholu mogą być dziesiątki. W jednej wyczuwalny był cynamon, w drugiej dominowała nuta wanilii, a w trzeciej przeważał odymiony torf.

Gdy się to czyta nie jest to wyjątkowo poruszające, ale kiedy siedzisz przed tymi dziesięcioma szklaneczkami i mimo, że to dokładnie ten sam rodzaju alkoholu, a każda z nich smakuje kompletnie inaczej, to robi wrażenie. Zwłaszcza, gdy na samym końcu próbujesz pierwszej i ostatniej, i smakują jak sól i cukier. Nie wiedziałem, że tak się da.

4. Barwę i smak nadaje beczka

Grants 18 beczka

W której leżakowana jest whisky. A dokładnie drewno beczki i fakt czy, i jak długo, było ono opalane. I czy był w niej wcześniej jakiś inny alkohol, bo, przykładowo, niektóre z odmian whisky leżakuje się w bekach po winie, a inne po piwie, co daje zupełnie inny posmak. Jak się to słyszy, to brzmi logiczne, ale jakoś wcześniej nigdy o tym nie pomyślałem.

5. Jedyna okazja, gdy Michał Górecki zakłada koszulę

Grants 18 Michał Górecki

Nie byłem na jego komunii, ale legenda głosi, że nawet tam miał koszulkę z nadrukiem. Rzadki widok, warto utrwalić dla potomnych.

6. Na bazie whisky można gotować

Grants 18 whisky

I to naprawdę zacne dania, bo jedliśmy i szkocką zupę rybną z wędzonym pstrągiem z prądem, i wołowinę marynowaną w Grant’sie, i pudding z polewą toffi wzmacnianą whisky. I wszystko było naprawdę palce lizać i gdyby nie fakt, że przed spotkaniem byliśmy z Trojanem na solidnym burgerze poprosiłbym o dokładkę, ale to co wszystkich rozłożyło na łopatki, to małże Świętego Jakuba podlane whisky, podawane z – uwaga, uwaga! – kaszanką.

Grants 18 małże

Nie pytajcie jak to smakuje, bo nie umiem tego opisać, ale było naprawdę ciekawe. I to nie jest eufemizm do „ledwo to przełknąłem”.

7. Drinki z whisky to nie tylko Cola

A nawet nie tylko Sprite!

Grants 18 drinki

Piliśmy takie kozaki jak na focie powyżej i muszę powiedzieć, że 18-letnia mieszanka z kompotem śliwkowym przewietrzona dymem z ogniska – i to nie metaforycznie, a dosłownie barman do przyrządzenia tego drina używał dymnicy – to coś, czego zupełnie się nie spodziewasz, a jest tak dobre, że później nie chcesz pić niczego innego. Kompozycja z marchewką, czy z rozpuszczoną krówką też wprowadziła mnie w mocne zdezorientowanie – no bo jak to tak można?  – ale mimo wszystko śliwka była połączeniem wywracającym do góry nogami moje spojrzenie na whisky.

Jakby mi ktoś powiedział, że to się ze sobą klei i jeszcze smakuje, to bym mu nie uwierzył.

Domyślam się, że jest więcej kombinacji whisky z czymś niecodziennym, co wydaje się zupełnie abstrakcyjne, a po zmieszaniu wchodzi jak Bronek na krzesło Azjaty, ale ich nie znam. Jeśli więc Wy je znacie, to podzielcie się w komentarzach. Tylko prosiłbym o same poważne oferty, bo wszystkiego będę próbował. No chyba, że chcecie mnie otruć.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #23: zbrodnie ludzkości, Magdalena Ogórek i brat Pezet

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 23

Ten tydzień w Krakowie był wyjątkowo ładny i ciepły, choć na dobrą sprawę powinno już tak być jakiś czas temu, ale że darowanemu +19C się w zęby nie zagląda, to nie narzekam. W sieci natomiast nieco goręcej. Przez ostatnie 7 dni wybuchło kilka aferek, a najgłośniejsza była ta z cudakiem manifestującym swoją niestabilną orientację, ale jego lepiej pochować w trumnie zapomnienia, niż wyciągać na światło dzienne. Szkoda nerwów. Za to poniżej znajdziecie kilka luźnych tematów, które powinny Was zrelaksować jak szum fal i ciepły piasek pod stopami.

10 rzeczy, na które szkoda czasu: bo przyszła wiosna. Motywująca i pozytywnie nastrajająca wyliczanka rzeczy, z których warto zrezygnować, żeby znaleźć czas na cieszenie się słońcem.

„Gwiezdne Wojny” kontra „Gra o tron”: czyli licytowanie się kto był w bardziej kazirodczym związku i komu ogień mocniej zdeformował ciało. Urocze porównanie.

Krótki komiks o przetargu: a jakże prawdziwy! I to bez różnicy, czy chodzi o przetarg na obsługę marki w mediach społecznościowych, czy budowę autostrady.

Największe zbrodnie ludzkości: polewanie całej porcji frytek keczupem, otwieranie opakowań czipsów złą stroną i jedzenie delicji w całości. Wszystkie zilustrowane ładniutkimi obrazkami.

Sekrety Kuźniara: Jareczek chce z fali nienawiści zrobić wodospad sławy, przy czym wciąż nie rozumie, że nikt nie miał mu za złe, że kupował rzeczy w Walmarcie na początku podróży i oddawał pod jej koniec. Ludzie mają do niego problem, bo wcześniej za podobne zachowanie szydził z rzeszy Polaków.

 

Amerykanie próbują wymówić nazwy polskich miast: i chyba Was nie zaskoczę, jeśli zdradzę, że im się to nie udaje?

Americans Try To Pronounce Polish Cities

Posted by BuzzFeed Video on 18 kwietnia 2015

 

Tomasz Niecik śpiewa, Kasia Cichopek tańczy: gdybyście się zastanawiali jak wygląda przedawkowanie metaamfetaminy, to własnie tak.

 

Damska i męska stylówka tygodnia: tym razem zbiorczo, bo taką parę szkoda byłoby rozdzielać. Futurystyczno-bajkowe postacie wyglądające jak wizualne personifikacje śnieżynek, złapał Mr Faceless podczas Fashion Weeku w Łodzi.

zdjęcie pochodzi z bloga MrFaceless.pl
zdjęcie pochodzi z bloga MrFaceless.pl

 

Klip tygodnia: tym razem nie klip, a sam utwór – choć żywię nadzieję okruszkami, ze kiedyś zrobią do tego wideo – z najnowszej płyty brata Pezeta. Cóż, czego by o niej nie mówić, to mimo nowoczesnej, mocnej warstwy muzycznej, w kwestii lirycznej daje ciała jak krowy w rzeźni i jedyny powód, dla którego warto ją sprawdzić to ten numer. Oczywiście za sprawą Pezeta, który Małolatowi skradł nie tylko ten numer, ale i cały krążek. Zapętlam w kółko od wtorku.

 

Fanpage tygodnia: Magda Ogórek sama w sobie jest śliczna i turbo urocza, ale w wersji mangowej dochodzi do granicy. Zakochałem się w tym profilu od pierwszej przeróbki, aczkolwiek żałuję, że Renata Beger nie jest już gorącym nazwiskiem. Taka Czarodziejka z Księżyca, to byłoby coś!

nyan nyan (≚ᄌ≚)ℒℴѵℯ❤

Posted by Magda Ogórek-hime on 19 kwietnia 2015

 

Ogłoszenie parafialne: takie samo jak poprzednio, bo w zeszłym tygodniu padło mniej propozycji, niż oczu ma cyklop. Przechodząc do konkretów: jeśli kojarzycie jakieś postacie z szeroko rozumianego świata popkultury, to dajcie znać w komentarzach.