Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #21: starość z tatuażami, nowe Radio Maryja i skojarzenia ze Stay Fly

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 22

Mimo, że w tym tygodniu starałem się odciąć od internetu z okazji świąt i spędzania czasu z mamą, to, w przerwach w zwiedzaniu Rzymu, kilka razy rzuciłem okiem na facebookową ścianę i na to co się dzieje na rodzimym podwórku. I niestety doszło do mnie info o programie Agnieszki Szulim „Szalone Tokio”. Mimo całej furgonetki miłości do niej, to ten materiał jest chujowy i odradzam wszelki kontakt z nim, bo będziecie musieli pójść do specjalisty po tym spotkaniu. Jak chcecie dowiedzieć się czegoś wartościowego o Japonii, to sprawdźcie rewelacyjny materiał Krzyśka Gonciarza. A jak chcecie dowiedzieć się czegoś wartościowego o ostatnich kilku dniach, to jedziemy z tematem.

Dziewczynka o kamiennej twarzy: bardzo dobre opowiadanie o wpływie rodzica alkoholika, na dorosłe życie dziecka. O dziwo, mimo, że poruszające, to lekkie i bez zbędnego patosu. Polecam autora, bo młody, uzdolniony i nieźle zapowiadający się.

Posprzątajmy reklamy: inicjatywa obywatelska dotycząca „ustawy krajobrazowej”, czyli ogarniania chaosu w przestrzeni publicznej i tryliona billboardów z kremem na rozstępy. Tutaj możesz wysłać list do swojego senatora, żeby zrobił coś z marketingowym pierdolnikiem w Twoim mieście.

Miłość to dopiero początek: tytuł brzmi tak jak brzmi, ale nie dajcie mu się zwieść. To wybitnie mądry i dający do myślenia tekst o tym, czym faktycznie miłość jest, gdy odrzucimy jej popkulturowy kontekst lansowany w komediach romantycznych.

Jak będziesz wyglądać na starość z tatuażami? To standardowe hasło, które pojawia się, gdy ktoś zrobi sobie dziarę, mające na celu obiektywną i sensowną krytykę jego pomysłu. Dobra wiadomość, już nie musicie się zastanawiać, galeria 24 wytatuowanych seniorów odpowiada dość dobrze na to pytanie.

Mamo, tato, nie mów tak do mnie! Chyba ostatnio za często znosi mnie na tematy rodzicielsko-wychowawczo-dzieciowe, no ale jak czytam takie teksty, to trudno mi przejść obojętnie i nie puścić dalej.

Rebranding Radia Maryja: brzmi jak żart? Zdecydowanie, bo pomysł powstał na prima aprilis, ale ta identyfikacja wizualna jest tak profesjonalna i zajebista, że gdyby Rydzyk się na nią zdecydował, to chyba zacząłbym go słuchać.

Najpopularniejsze loga: malowane czymś, co wygląda jak połączenie pędzla z flamastrem, ale nie wiem jak naprawdę się nazywa i mam nadzieję, że fachowcy od projektowania nie zlinczują mnie za tę niewiedzę.

Sebastian LesterO cara é muito bom!

Posted by Vanderlei Frari on 3 kwietnia 2015

 

Darude – „Sandstorm”: grane na drzwiczkach od piekarnika.

 

Męska stylówka tygodnia: moja! Wczoraj w Krakowie było tak ciepło, że wbiłem w krótkie spodenki idąc po bułki do Buczka i bardzo chciałem podzielić się z Wami tym faktem.

Taki piątunio to ja rozumiem!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Stay Fly (@stayflypl)

 
 
Damska stylówka tygodnia: myślisz streetwear w Polsce, myślisz Pani Ekscelencja. Jest w tym bezkonkurencyjna, ostra, a w dodatku cały czas śliczna i kobieca. Mimo, że zupełnie nie wiem co robi ten ręcznik między jej dłonią a udem.

pani ekscelencja
kliknij w AirMaxy po więcej zdjęć

 
Klip tygodnia: po bardzo przeciętnej czwartej płycie z Matkiem, Bonson wraca do estetyki staroszkolno-podziemnej i wychodzi mu to jak zwykle. Czyli arcymistrzowsko! Ultra plastyczne opisy otoczenia, hiper celne spostrzeżenia i podwójne rymy. Kozak!   https://www.youtube.com/watch?v=rB0jYs5HIUE

 
Fanpage tygodnia: próbowałem napisać coś mądrego, ale nazwa tego profilu mówi sama za siebie.

 

Ogłoszenie parafialne: nie dość, że dojrzałem mentalnie do zmiany szablonu, to już nawet znalazłem taki piękniusi, który wymaga tylko drobnych popraweczek, żeby go wdrożyć i wepchnąć bloga na wyższy poziom. Jednak oprócz nowej szaty, planuję też pogrzebać w bebechach i potrzebuję do tego Waszej pomocy, która w tym wypadku będzie nieoceniona. Chodzi o to, żebyście odpowiedzieli na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: jakie słowo bądź fraza kojarzy Wam się ze Stay Fly? Gdybyście mieli opisać bloga osobie, która w życiu go nie widziała na oczy, to co pierwsze przyszłoby Wam na myśl? Odruchowe skojarzenie? Słowo-klucz?

Pamiętajcie, tu nie ma złych odpowiedzi, są tylko za długie hasztagi.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • StayFly – ostoja internetów ;)

  • Błyskotliwy, szczery i oryginalny!

  • Dorota Cudzich

    #autentyczny #bezpozerstwa

  • Karolina Podolska

    znalazlam przypadkiem i polecam wszystkim wokolo ;)

  • Jonasz Potempa

    Stay Fly/Stay High

  • andme

    Abstrakcyjna rzeczywistość w zacnym wydaniu. Nie można ograniczać do jednego słowa, zwłaszcza kobiet :)

  • Ze Stejflajem zawsze kojarzą mi się te rzeczy: Kraków, fiolet, punktowanie naTemat, no i #tenluzmimoprawie30 :D

  • Ania Piwowarczyk

    Inteligentny, luzacki, kumpel, zadziorny. I’m sorry Stay Fly, nie mieścisz mi się w jednym słowie (a nawet te 4 to takie słowa-worki, które jeszcze by sporo pomieściły – samych dobrych rzeczy!).

  • Barbara Żurawik

    Fajna dupa z nóg (parafrazując: fajna dupa z twarzy albo fajna dupa z dupy) :) Oczywiście odnosząc się do twojego insta.

  • Że ma duży dystans do rzeczywistości i nie przyjmuje jedynie słusznej prawdy.
    w sensie, że Ty masz i Ty nie przyjmujesz :D

  • Niesamowita osobowość autora – to bym powiedziała komuś, polecając Twój blog.

  • pedro_sanctis

    chill-writing

  • Konrad

    #ciary #mes #justloseitandbehappy

  • Będzie czytane. A Pani Ekscelencja pewnie na siłkę ciśnie albo z. Poza tym, jest ciepło. Można zrosić sobie skronie zimnym ręcznikiem, to zdrowo.

  • Agnieszka

    Inteligentniesarkastyczny!

    • Dzięki!

    • Joanna

      Przeczytałam Inteligent-nie-sarkastyczny.:)

wpis jest wynikiem współpracy z marką STR8

Czemu pierwszy raz jest taki ekscytujący?

Pamiętasz swój pierwszy raz? Założę się o mój login i hasło do Facebooka, że tak. Takich rzeczy się nie zapomina, mimo że tego typu wspomnieniom raczej daleko do poprawiających samopoczucie. Nie, nie tylko Twój pierwszy stosunek płciowy był beznadziejny. Jak donosi Instytut Badania Opinii Publicznej Na Podstawie Rzutu Kośćmi, 11 na 10 Polaków czuje zażenowanie i wstyd przywołując w myślach swoją inicjację seksualną. Łatwiej znaleźć niewypłacalnego dłużnika mafii ze wszystkimi palcami, niż osobę, która szczerze stwierdzi, że jej pierwszy seks był udany i podobało jej się.

Większość, jeśli nie każdy, z nas czuł się w tym momencie skrępowany, niepewny, czy zwyczajnie przerażony, a sam akt przebiegał jak pilotowanie samolotu bez przejścia kursu pilotażu. Tu coś wciskasz, tam za coś ciągniesz, próbujesz utrzymać w rękach stery i modlisz się, żeby lot nie skończył się przed czasem. Mimo to, nie znam osoby, która by nie czekała w napięciu na ten pierwszy raz albo chciała cofnąć czas i żyć w celibacie, żeby uniknąć dyskomfortu.

Czemu więc towarzyszyła temu taka ekscytacja? Bo wszystkiemu co nowe i nieznane, a pobudzające zmysły i emocje, towarzyszy podniecenie. Mimo świadomości, że może skończyć się inaczej, niż byśmy to sobie wyobrażali.

Rutyna zabija związki

Popadanie w schematy często bywa korzystne w pracy i w sporcie, ale rzadko kiedy poza nimi.

Czy wyjście w piątek wieczorem do kina jest spoko? No jest. Można odetchnąć po całym tygodniu i spędzić razem czas – dobra zabawa. Czy wychodzenie co piątek wieczorem do kina przez 5 lat, na seans o 19:15 jest spoko? No mniej. Nie ma w tym nic zaskakującego i na dobrą sprawę zamienia się to w kolejny obowiązek do odhaczenia – brak dobrej zabawy. Czy uprawiane seksu na jeźdźca jest spoko? No jasne. Czy uprawianie seksu tylko i wyłącznie na jeźdźca, za każdym razem na tej samej kanapie przy zgaszonym świetle jest spoko? No nie za bardzo.

Czemu mężczyźni zdradzają kobiety? Bo się nudzą, bo potrzebują nowych bodźców, bo dawny ogień namiętności zgasł na wietrze powszedniości. Czemu kobiety zdradzają mężczyzn? Bo ten koleś w barze, który zrobił jej i jej koleżance „test najlepszej przyjaciółki”, a potem odgadł liczbę, którą zapisała na serwetce był inny. Inny niż ten, który odkąd się poznali w kółko zabiera ją na randki do tego samego miejsca. Ten jest ciągle taki sam.

Powodów w obu przypadkach jest oczywiście więcej, ale zrutynizowanie wspólnego życia jest najniebezpieczniejsze. Bo rutyna wkrada się niepostrzeżenie.

Monotonia zabija radość z życia

Uwielbiam burgery, ale gdy zbierałem materiał do rankingu krakowskich burgerowni i musiałem jeść je dzień po dniu, żeby rzetelnie ocenić serwujące je miejscówki, zaczęły śnić mi się po nocach wegetariańskie sałatki. Z zestawieniem najlepszych ramenów było podobnie. I nie inaczej jest ze słuchaniem w kółko jednego utworu. Ile razy miałeś tak, że pojawiał singiel Twojego ulubionego wykonawcy, zapętlałeś go jak szalony w oczekiwaniu na resztę płyty, a gdy już ukazał album, musiałeś pomijać ten utwór słuchając całości, bo wychodził Ci nosem? Albo po powrocie z wakacji ustawiałeś na budzik w telefonie turbo szlagier, przy którym byłeś conocnym królem parkietu. A po miesiącu wracałeś do domyślnego alarmu wgranego przez producenta, bo po pierwszych taktach letniego hitu zaczynało Cię mdlić?

Każda czynność ma skończoną liczbę powtórzeń, po wykonaniu których bez żadnej przerwy z przyjemności zamienia się w mękę. Każda.

Od poniedziałku do piątku kursujemy między dwoma punktami – pracą i domem, ewentualnie uczelnią i domem albo, przy opcji triathlonowej – uczelnią, pracą i domem. Zwłaszcza jesienią i zimą, gdy każde wyjście z domu zaczyna być postrzegane w kategoriach wyczynu, w codzienność wkrada się monotonia, zakładając nam klapki na oczy jak koniowi. Klapki, przez które nie widzimy piękna otaczającego nas świata i ciągle rozwijających się pąków możliwości, tylko betonową drogę, którą znamy na pamięć, prowadzącą do miejsca przyprawiającego nas o ziewanie, a nie zachwyt. Z czasem dopada to każdego, również mnie, choć mogłoby się wydawać, że w przypadku pracy opartej na pasji to niemożliwe. Nic bardziej mylnego. Zwłaszcza, gdy Twoja trasa do pracy polega na przebyciu drogi między łóżkiem a biurkiem, a liczba interakcji z ludźmi w jej trakcie wynosi 0. Tak jak jej zmienność.

Żeby codzienność nie stała się linijką, która bije Cię po palcach, gdy chcesz brać z życia garściami, trzeba coś zmienić. Wpleść w nią coś nowego.

Co daje próbowanie nowych rzeczy?

W przeciwieństwie do większości chłopców, jakoś nigdy ani w przedszkolu, ani w podstawówce, ani w gimnazjum, ani nawet w liceum nie ciągnęło mnie do motoryzacji i zupełnie nie kumałem tych wczutych gadek o furach i ciśnienia na zdawanie prawka. Aż nie skończyłem 22 lat i nie pomyślałem, że przy staraniu się o kolejną pracę taki dokument może się przydać. Zapisałem się na kurs, cudem nie umarłem z nudów na wykładach, wsiadłem do samochodu po stronie kierowcy i poczułem się jak Neo z „Matrixa”, kiedy wybrał czerwoną pigułkę.

W momencie kiedy wcisnąłem pedał gazu, usłyszałem ryk silnika i poczułem jak auto przyśpiesza, wszystko stało się dla mnie jasne. Nagle zrozumiałem skąd u tylu facetów taka fascynacja samochodami, a przede wszystkim kompletnie zmieniłem perspektywę postrzegania poruszania się po mieście i ruchu ulicznego. Na rzeczywistość został nałożony filtr, który ukazywał ją z innej, nowej strony. Podobnie było, kiedy pierwszy raz leciałem samolotem. I kiedy pierwszy raz występowałem na scenie prowadząc prezentację dla tłumu ludzi. I kiedy pierwszy raz wpadł mi w ręce koktajler i odkryłem, że szpinak łączy się z bananem i można to wypić.

Za każdym razem, gdy próbujesz czegoś czego nie próbowałeś nigdy wcześniej, gdy jesz, robisz albo jesteś w jakimś miejscu po raz pierwszy, zmienia się Twoje dotychczasowe postrzeganie. Patrzysz na, wydawałoby się, znane Ci rzeczy z nieznanej wcześniej perspektywy, przez co znów zaczynają być interesujące. Gdy codziennie pokonywaną drogę z domu na przystanek możesz obserwować lecąc nad nią balonem, rzeczywistość poszerza się o kolejny wymiar, a płaska monotonia nabiera kształtów.

Próbowanie nowych rzeczy, to odkrywanie świata na nowo.

Tydzień pierwszych razy!

Żeby nie być zakładnikiem codzienności i przypomnieć sobie na wiosnę, że świat wciąż jest nieprzeczytaną książką, podjąłem wyzwanie. Wyzwanie pod tytułem „Tydzień pierwszych razy!”. W ramach akcji #BeTheHeroYouAre, razem z marką STR8 przez 7 dni codziennie próbowałem czegoś po raz pierwszy, żeby przełamać rutynę, zainspirować się, rozbawić, przerazić, zmieszać i przede wszystkim wnieść coś nowego do prozy życia. Jak konkretnie wyglądał mój plan?

Dzień pierwszy: popłynę kajakiem po Wiśle
Dzień drugi: nadrobię puszczanie latawców
Dzień trzeci: oderwę się od ziemi w parku trampolin
Dzień czwarty: postaram się nie przewrócić na tandemie
Dzień piąty: wydostanę się z escape roomu
Dzień szósty: zobaczę jak jeździ się w kabriolecie
Dzień siódmy: sprawdzę jak smakują bycze jądra

Jak wyszło? Zobacz na filmie poniżej, a jeśli chcesz podjąć swoje wyzwanie wpadaj na https://www.str8betheheroyouare.com/poland

---> SKOMENTUJ

Rzeczy, które zaskakują w Rzymie

Skip to entry content

Po hiper udanej Wielkanocy w Paryżu, stwierdziłem, że uciekanie od lokalnego zgiełku to wybitnie dobry pomysł i w tym roku zabrałem mamę na święta do Rzymu. Było mniej bajecznie niż w stolicy Francji, bo przez pierwsze 2 dni nieustannie lało i prawdziwie wiosenno-kwietniowa pogoda zrobiła się w dzień naszego wylotu, ale i tak było pysznie. Mówiąc dosłownie. Zniewalająca pizza, która wyleczyłaby każdą anorektyczkę i obłędne lody, których nie da się porównać nawet do tych ze Starowiślnej. No i oczywiście odcięcie się od świątecznego terroru, który w Polsce jest wszechobecny.

Tam natomiast, wielkanocnej nagonki w ogóle nie dało się odczuć, bo zupełnie się nie spodziewałem, że…

 

Włosi wcale nie są turbo religijni

Wielkanoc w Rzymie (8)

A przynajmniej rzymianie. Mimo posiadania Watykanu na terytorium miasta, i w pierwszy, i w drugi dzień świąt większość sklepów, knajp i „atrakcji” było pootwieranych i normalnie funkcjonowało. Tak że tego, chyba tylko my chcemy być świętsi od papieża.

Zresztą w kwestii miejsc kultu, najwyraźniej też są dużo bardziej liberalni od nas, bo zupełnie im nie przeszkadza, że…

 

Pod Watykanem stacjonują polowe stoiska Prady

Wielkanoc w Rzymie (11)

I Gucciego, i Louis Vuitton, i Ray Bana, i Chanel i każdej innej luksusowej marki, którą moglibyście zobaczyć na amerykańskim klipie. I nikt nie reaguje, że przed domem głowy kościoła katolickiego Murzyni urządzają bazar, sprzedając podróbki.

Pomijając jednak torebki i okulary, to najbardziej rzuca się w oczy…

 

Plaga sprzedawców kijów do samojebek

Wielkanoc w Rzymie (7)

Byłem już w kilku miejscach na świecie, ale tylu ciemnoskórych biegających za Tobą z „selfie stick, selfie, selfie, selfie stick” zawieszonym w powietrzu nie widziałem nigdzie. W atrakcyjniejszych turystycznie częściach miasta nie da się od nich uwolnić, a w Watykanie na Placu Świętego Piotra jest ich chyba nawet więcej, niż pod Koloseum. Fakt, że wciskają przyrząd do robienia zdjęć z ręki, a nie wodę, czy breloczki, to świetna puenta naszych czasów.

Równie wymowny jest…

 

Uliczny automat z lubrykantami

Wielkanoc w Rzymie (3)

Bo nigdy nie wiadomo kiedy może się przydać wiśniowy nawilżacz dopochwowy.

Za to wiadomo kiedy nie przyda Ci znajomość angielskiego, bo…

 

Większość pracowników metra mówi tylko po włosku

Wielkanoc w Rzymie (4)

Niezależnie, czy to stacja przy dworcu głównym, czy przy Fontannie di Trevi, czy na obrzeżasz miasta. Czyli powtórka z Paryża. Na szczęście, w odróżnieniu od Francuzów, da się z nimi dogadać na migi, mowę ciała i smutne oczy.

Zasadniczo muszę stwierdzić, że…

 

Włosi to bardzo przyjazna nacja

Wielkanoc w Rzymie

Ilu poprosiłem o pomoc, tylu starało mi się jej udzielić, niezależnie, czy byli w stanie to zrobić albo czy w ogóle rozumieli o co mi chodzi. Zaczepiony, żaden nie olał sprawy i nie przeszedł obojętnie, co było naprawdę bardzo miłe,  bo znieczulica na ulicach jest wszechobecna nawet w tak przyjaznym mieście jak Kraków.

Może są tak otwarci przez to, że to…

 

Królowie swagu!

Wielkanoc w Rzymie (12)

Podkolanówki i spódnica w żółto-czarne pasy, ponczo i beret? ASAP Rocky powinien chodzić do watykańskich strażników na korki z kompletowania stylówki.

A Grycan na naukę kręcenia lodów, bo to prawda, że…

 

Włoskie lody są obłędne!

Wielkanoc w Rzymie (18)

Myślałem, że te legendy o włoskich lodach to takie słodkie pieprzenie jak wyświechtane hasełko, że „najlepsze kasztany są na placu pigalle”, a to gówno prawda, bo są dość przeciętne. Jednak z włoskim zimnym deserem, to prawda. Jadłem je w 7, czy 8 różnych miejscach i w każdym były mistrzowskie. Nie będę silił się na opisywanie smaku, bo tego trzeba po prostu spróbować, ale to co mnie zaskoczyło, to, że we Włoszech wcale nie daje się lodów na gałki, jak w Polsce, a „na szpatułki”. I, co równie nietypowe, nie wpycha się ich do wafla tak jak u nas, tylko osadza na jego szczycie, tak, że rożek stanowi tylko uchwyt, a nie opakowanie na nie.

Pozostając w temacie jedzenia, nie mógłbym nie wspomnieć o pizzy i o tym, że…

 

Capriciosa z jajkiem to standard

Wielkanoc w Rzymie (2)

To zdumiało mnie chyba najbardziej, bo w żadnej polskiej pizzeri nie spotkałem się z tym, żeby na środku capriciosy było posadzone jajo. A po rozmowie z kelnerami w Rzymie, dowiedziałem się, że to klasyczny i jedyny poprawny przepis, a wszyscy, którzy komponują tę pizzę inaczej, robią to źle i powinni umrzeć w sposób uniemożliwiający urządzenie pogrzebu z otwartą trumną. Z tą wiedzą czuję się teraz co najmniej jak MasterChef.

Kończąc temat jedzeniowych niespodzianek, to nie spodziewałem się też, że…

 

Margherita może być dobra

Wielkanoc w Rzymie (13)

I to na tyle dobra, że nie czujesz niedostatku dodatków, czy podświadomego braku choćby szynki. Na tyle dobra, że czujesz, że to co jesz jest przepyszne, choć to tylko ciasto, ser i sos pomidorowy. Pewnie zabrzmię jak licealista, który po 12-stu latach nauki matematyki ogarnął w końcu wzór skróconego mnożenia, ale naprawdę nie trzeba walić na pizzę setki składników, żeby oblizywać usta po każdym kęsie. Wystarczy upiec ją we właściwy sposób z dobrych jakościowo produktów.

Przejdźmy teraz do tematu nierozłącznego z jedzeniem, czyli picia. Wiedzieliście, że…

 

W całym Rzymie są źródła z pitną wodą

Wielkanoc w Rzymie (15)

Publiczne i bezpłatne, dzięki czemu nie musisz co chwila kupować nowej butelki za 2 euro, tylko na bieżąco uzupełniasz starą. W upalne dni, to wyjątkowo praktyczne udogodnienie. Nie obraziłbym się gdyby u nas też tak było.

Za to nie mam żadnych pretensji, że w Polsce odpuszczono sobie te…

 

Dziwaczne krany

Wielkanoc w Rzymie (5)

Które nie mają pokręteł z zimną i ciepłą wodą, tylko „sprzęgła” (jak ktoś ma lepsze określenie, to śmiało) regulujące dopływ wody, obsługiwane stopą. Dla turystów to niezły test na spostrzegawczość, ja zlokalizowałem jej dopiero po 7 minutach oględziny i zadumy, a moja mama wcale.

Ona z kolei zwróciła uwagę na…

 

Dziwaczne drzewa

Wielkanoc w Rzymie (6)

Chude, ze zbitą w kupę kępą liści, wyglądające trochę jak pędzel do nakładania pudru.

Nie umknęły jej również…

 

Pomarańczowce w centrum miasta

Wielkanoc w Rzymie (1)

Nawet w Barcelonie, nie miałem opcji zerwać sobie cytrusa prosto z drzewa czekając na autobus.

Za to tam, przynajmniej wiedziałem, kiedy ów środek transportu przyjedzie, bo…

 

Na rzymskich rozkładach jazdy nie ma godzin odjazdów

Wielkanoc w Rzymie (10)

Było to dla mnie trochę nie do uwierzenia, bo jak tak można żyć i chodzić na randki? Czy do pracy? Jednak po rozmowie z kilkoma przechodniami, dowiedziałem się, że punktualność nie jest w tym kraju przesadnie cenioną cnotą i że tutaj autobusy „jak przyjeżdżają to są, a jak nie, to trzeba czekać”. No w sumie coś w tym jest.

Ciekawostką dotyczącą poruszania się po mieście, o której warto wiedzieć wcześniej, jest także fakt, że…

 

Bilety można kupić tylko na stacjach metra

Wielkanoc w Rzymie (21)

Teoretycznie również w kioskach, ale jeszcze nie trafiłem na kiosk, w którym byłoby to wykonalne. I mowa tu nie tylko o biletach na metro, ale na wszystkie środki publicznego transportu w Rzymie. Bo na wszystkie obowiązuje jeden bilet. Niby to ułatwienie, ale problemy z dostępnością sprawiają, że jednak jest to utrudnienie.

Kolejną rzeczą, która w teorii miała pomagać, ale w praktyce trochę się to rozjechało jest…

 

Wi-Fi w tramwajach

Wielkanoc w Rzymie (20)

Brzmi zajebiście, no nie? No, tyle, że nie działa. Ale jakby ktoś pytał, to jest. Czyli tak jak w Pendolino.

I na koniec tej wyliczanki, coś co powinno połechtać ego nas wszystkich, mianowicie…

 

Metro w Rzymie ma tylko 2 linie

Wielkanoc w Rzymie (19)

Czyli, aktualnie, ani jednej więcej niż w Warszawie! Jesteśmy na równi z zachodem!

---> SKOMENTUJ
autorem zdjęcia jest  lepantho
autorem zdjęcia jest lepantho

Spotkałeś się kiedyś z sytuacją, że…

…hydraulik pyta Cię jak naprawić kran?

…chirurg pyta Cię jak nastawić złamaną kość?

…piekarz pyta Cię jak upiec chleb?

…gość z ekipy remontowej pyta Cię jak ma przykleić tapetę do ściany?

…informatyk z działu technicznego pyta Cię jak ma Ci naprawić komputer?

…pilot samolotu pyta Cię, którędy ma lecieć?

…typ z wodociągów pyta Cię jak założyć instalację?

…szewc pyta Cię jak zreanimować dziurawego buta, żeby nadawał się do użytku?

…koleś z telekomu pyta Cię jak ma ustawić nadajniki, żebyś mógł zadzwonić do znajomego nad morzem?

Podejrzewam, że nigdy, bo oznaczałoby to, że powyższe osoby są wysoce niewykwalifikowane i pod żadnym pozorem nie powinny wykonywać swojego zawodu, skoro nie znają podstaw jego funkcjonowania. I zamiast nastawić rękę, złamią nogę, albo nie podciągną wody do domu, tylko odłączą gaz. Zresztą, niezależnie czy pytają o jakąś oczywistą czy złożoną kwestię, no to kurwa mać, jestem klientem. Nie muszę się znać na tym co robią, bo właśnie za to im płacę, żeby oni się na tym znali za mnie. Na tym własnie polega rynek usług.

Mimo to, taksówkarze notorycznie pytają „to którędy pojedziemy?” po podaniu punktu docelowego, i nie jest rezolutne zagajenie rozmowy, tylko faktyczne pytanie o trasę. Tak jak bym to ja był zawodowym kierowcą, zarobkowo zajmującym wożeniem ludzi pod wskazany przez nich adres, i wiedział w jakiej części miasta, o której godzinie są największe korki. I która ulica dokąd prowadzi.

To ja mam usługodawcy tłumaczyć na czym poleca jego praca, za którą mu płacę?

Co istotne, to pytanie najczęściej pada, gdy jestem z walizką i jasne jest, że chwilę temu odbyłem podróż. Taksiarzowi w tym momencie zapala się w głowie złodziejska lampka i sugeruje, że skoro właśnie przyjechałem do tego miasta, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że nie jestem stąd. I może mnie orżnąć z hajsu, jadąc dłuższą drogą albo w ogóle przez sąsiednie wsie, gdybym odpowiedział z akcentem Bilguuna Ariunbaatara. Dlatego pyta jaką trasą pojedziemy, aby sprawdzić czy przypadkiem nie jestem tutejszy i nie zorientuję się, że robi mnie w wała.

Zdarzyło się jednak kilka razy, że taksówkarz nie chciał mnie wyruchać na kasę, tylko naprawdę pytał jak dojechać do wskazanego miejsca, bo nie wiedział. Mimo, że nie była to hipsterska knajpa na uboczu, a adres w centrum miasta. Miasta, w którym mieszka i pracuje. I pytał jakimi ulicami musi jechać, żeby tam dotrzeć, bo nic mu nie przychodzi do głowy. Przy tak wykwalifikowanym człowieku, który nie potrafi wykonać fundamentalnych aspektów swojej pracy, lepiej wysiąść z auta i pójść pieszo.

Bo najprawdopodobniej również nie będzie wiedział jak użyć kierunkowskazów i hamulca.

---> SKOMENTUJ