Close
Close

Jak uniemożliwić czytanie książki chujowym tłumaczeniem?

Skip to entry content

Znacie tych wariatów, którzy przy dyskusjach o literaturze zawsze drą japę, że publikacje powinno się czytać tylko i wyłącznie w języku autora? Powoli zaczynam do nich dołączać.

W styczniu kupiłem sobie szumnie zapowiadaną biografię Jaya-Z „Król Ameryki” autorstwa Marka Beaumonta, jednak przełożoną na język polski. Byłem mega zajarany, bo życiorys Jaya, to historia dużo bardziej inspirująca i motywująca do działania, niż patetyczne gadki domorosłych coachów na YouTube. Koleś wychowywał się na Brooklynie w największej patoli – jego osiedle składało się z samych ćpunów i dilerów, będąc dzieciakiem postrzelił brata, a od 13-go roku życia sprzedawał kokainę prowadząc obwoźny handel na skrzyżowaniach. A mimo to, ani nie przećpał się od własnego towaru, ani nie zginął w wojnie ganów, ani nie zgnił w więzeniu, tylko został multimilionerem i muzyczną legendą, zbijając fortunę na rapie. W legalny sposób. A w zeszłym miesiącu odpali „Tidala” – konkurencję dla Spotify.

No, powiedzcie, czy to nie robi wrażenia?

Biografie „od zera do milionera” zawsze nadmiernie pobudzają mi prawą półkulę mózgu, bo moja siedmiocyfrówka wciąż przede mną. Dlatego po powrocie z księgarni, łamiąc przepisy BHP i nie myjąc rąk ani stóp, od razu rzuciłem się do czytania. I już po 9 stronach cały entuzjazm wygasł, jakby ktoś go polał ciekłym azotem, a w ustach zaczęło zgrzytać jakbym najadł się żwiru. Bo tłumaczenie „Króla Ameryki” na polski jest tak chujowe, że całkowicie uniemożliwia odbiór książki. Po prostu NIE DA SIĘ TEGO CZYTAĆ!

Żeby nie być gołosłownym, podam Wam kilka przykładów, w jaki sposób opowieść o dilerze koksu, który stał się jednym z najlepszych raperów i ikoną pokolenia, została przełożona na nasz język.

Obserwował dilerów podczas gry w kości i spychał nieprzytomnych nałogowców z ławek, po czym ZAŚMIEWAŁ SIĘ na widok ich przedwczesnych pobudek.

Od 6-tej klasy podstawówki słucham rapu, do końca liceum mieszkałem w bloku i znam trylion ludzi z klimatu. Żaden, ale to ŻADEN hip-hopowiec, nie użyłby sformułowania „zaśmiewać się”, mając na myśli lanie z kogoś, kręcenie beki, czy darcie łacha. Zresztą, w ogóle w życiu nie słyszałem, żeby ktokolwiek użył tak sztywnego zwrotu. No, ale to przecież tylko książka o życiu rapera, tu można.

Później natomiast INDAGOWAŁ go na temat sformułowań z wystawowych wywieszek, czy stroju mijanych przechodniów.

Przepraszam bardzo, ale co robił? Mogę założyć się o piątkę z wagi, że Jaya-Z nikt nigdy nie indagował. Ani jego rodziny, ani znajomych, ani nikogo w odległości stanu.

Przeczuwając DRAKĘ, podekscytowany chłopak podążył za parą, w otoczeniu swojej świty do pobliskiej klatki chodowej.

Przeczuwać „drakę” mogłaby moja prababcia gdyby żyła, ale murzyński nastolatek w nowojorskim getcie duszącym się smrodem cracku, może przeczuwać rozpierdol, oklep, dym, ustawkę, napierdalankę, strzelaninę bądź zbiorowy gwałt, ale nie kurwa „drakę”.

Choć śmierć Benny’ego sprawiła, że Shawn zachowywał teraz większą ostrożność podczas swoich osiedlowych PEREGRYNACJI, skusiła go jednak muzyka.

Czy przekład książki z angielskiego na polski, to jest jakiś konkurs na zastosowanie jak największej liczby nieużywanych słów? Czytając to nie wiem, czy tłumacz bardziej chciał się pochwalić, że dostał słownik Kopalińskiego na gwiazdkę, czy że zna wszystkie zwroty związane z kościołem katolickim.

 RYCHŁO rozeszła się fama o jego biegłości i CZUPURNOŚCI w minizawodach, organizowanych w jadłodajni, z udziałem rywalizujących z nim raperów aspirantów, przy akompaniamencie rytmów, które wybijano na blatach.

To była 45 strona z 553 i poddałem się. Chciałem przeczytać opowieść o mocno doświadczonym przez życie geniuszu-wizjonerze, który wyszedł z totalnej biedy i wspiął się na szczyt świata dzięki hip-hopowi, czując na skórze klimat tej drogi i widząc przed oczami tło opisywanych wydarzeń, a dostałem jakiś wykastrowany z kontekstu zakalec, który jest tak ciężkostrawny, że nawet zalewając się litrem spirytusu nie da rady go przetrawić.

Właśnie tak chujowe tłumaczenie uniemożliwia czytanie książki.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • W cytacie z DRAKĄ nie wyróżniłeś ŚWITY ;).

  • Prawdziwy KLOPS! ;)
    Choć niejako logicznym może się wydawać, iż bohater brał raczej udział w ‚drakach’ niż w ‚rozpierdolach’, skoro przeżył i zdobył fortunę.
    Szkoda, że nie czytałeś dalej, może byłoby jednak DZIARSKO, a zabawnie to już na pewno ;)

  • Dlatego staram się czytać większość książek w oryginale.

    Ej, może po prostu za to tłumaczenie odpowiada google tłumacz? Nie można być przecież tak złym.

  • pannazuzanna

    [Przy założeniu, że polskie cytaty z artykułu są przepisane bez ingerencji:]

    „He
    watched the hustlers throwing bills at their dice games of cee-lo,
    tipped unconscious addicts off their benches to laugh at them suddenly
    coming to from their stupors.”

    „Obserwował
    dilerów podczas gry w kości i spychał nieprzytomnych nałogowców z
    ławek, po czym zaśmiewał się na widok ich przedwczesnych pobudek.”

    ***

    „and then quiz him on the wording of signs in shop windows or the attire of the people they’d passed.”

    „Później natomiast indagował go na temat sformułowań z wystawowych wywieszek, czy stroju mijanych przechodniów.”

    ***

    „Sensing action – a fight, a showdown, a clash of fists – an excited Shawn and his entourage followed the pair into a building.”

    „Przeczuwając drakę, podekscytowany chłopak podążył za parą, w otoczeniu swojej świty do pobliskiej klatki chodowej.”

    ***

    „Word
    got around about his agility and sass in the mini-battles he’d conduct
    against other wannabe rappers in the meal hall, the beats slammed out on
    tables, and respect grew for him among Westinghouse’s various hip-hop
    hopefuls”

    „Rychło
    rozeszła się fama o jego biegłości i czupurności w minizawodach,
    organizowanych w jadłodajni, z udziałem rywalizujących z nim raperów
    aspirantów, przy akompaniamencie rytmów, które wybijano na blatach.”

    (http://www.musicroom.com/blog/extracts-from-jay-z-the-king-of-america-by-mark-beaumont)

  • Ten tekst jest przede wszystkim skopany redaktorsko. Kolejność fraz w zdaniach urąga logice („chłopak podążył za parą, w otoczeniu swojej świty do pobliskiej klatki schodowej” – to nie ma sensu, aż się prosi, żeby napisać jednak „chłopak w otoczeniu swojej świty podążył”). Przecinki są w BARDZO niewłaściwych miejscach („minizawodach, organizowanych w jadłodajni, z udziałem” – że co?) i jeśli pracował przy tym korektor, to zrobił książce krzywdę. Chyba żadne z przytoczonych zdań nie jest poprawne.

    Co do doboru słów, to niby masz rację, bo te cytaty nie brzmią dobrze, ale mieszasz dwie sprawy. Jay-Z nie mówiłby o peregrynacjach i indagacjach, ale narrator opisujący jego historię już może. Na goodreads wspomina się o wyjątkowo barwnym języku książki, więc przypuszczam, że liczne dawno zapomniane, wyszukane słowa znalazły się już w oryginale. A skoro autor bawił się w wertowanie słownika, to Machała (tłumacz) musiał jakoś taki styl oddać. Może i poradził sobie średnio, ale o „darciu łacha” nie mógł napisać na pewno. To nie są wspomnienia Jaya-Z, tylko narracja o nim! I nie można wyrafinowanego angielskiego zwrotu oddać po polsku jako „darcie łacha”, bo to kantowanie autora.

    TL;DR Sama strategia tłumaczeniowa imho nie była zła. Ale skoro czytelnicy się śmieją, to widać kunsztu zabrakło ; )

  • I dlatego niekoniecznie rozumiem, dlaczego sporo ludzi broni niekoniecznie kompetentnych tłumaczów albo korektorów. Jasne, że każdemu może podwinąć się noga, ale trzeba odróżniać potknięcie od nieznajomości tematu, który się tłumaczy i to pięknie przedstawiłeś :)
    A lektury ci współczuję.

    • Łukasz Golowanow

      Tłumaczy.
      Powinąć.

      • Fakt. Tłumaczy.
        O powinąć nawet nie wiedziałam – dzięki

  • Aż mi się przypomniał jeden tekst dotyczący używania trudnych słów: „a reasumując pryzmat wielorakich aspektów dochodzę do wniosku iż twój skryptualizm partykularny budzi we mnie totalną dezaprobatę więc nie prowadźmy dłużej tej konwersacji ponieważ stoisz w brodziku moich potrzeb intelektualnych i nie róbmy z prostych rzeczy umysłowych labiryntów”

  • Tłumacz przekładający książkę sam też powinien być pisarzem, bo w przeciwnym razie wychodzą takie SIUPY (brakowało mi tego słowa xD). Ten sam pan przetłumaczył też biografię Cobaina. Ktoś czytał? Też taka straszna?

  • „Czytając to nie wiem, czy tłumacz bardziej chciał się pochwalić, że dostał słownik Kopalińskiego na gwiazdkę, czy że zna wszystkie zwroty związane z kościołem katolickim”. – po tym zupełnie padłam ;). Może oni walnęli to w google translate :).

  • Maturzysta Hejter

    „RYCHŁO rozeszła się fama o jego biegłości i CZUPURNOŚCI” mi to brzmi trochę jak urywek jakiejś legendy o jakimś biegłym i czupurnym rycerzu. Po tym jak rozeszła się fama usłyszała o nim księżniczka i rychło oddała mu swoją rękę, taki był biegły.

  • Czytam dużo, ale z tak kiepskim tłumaczeniem się jeszcze nie spotkałem. A czytałeś biografię Mike’a Tysona wydaną pod koniec ubiegłego roku? To jeden z przykładów, jak można dobrze przedstawić klimat takiego środowiska. Jeśli nie, polecam, jako odreagowanie od tej książki. A świętowałeś wczorajszy światowy dzień książki?

    • Przypominam sobie o niej zawsze jak jestem w pobliżu jakiejś księgarni i jeszcze nie trafiłem na taką, w której by była, ale w końcu na pewno ją dorwę.

  • Nie spodziewałabym się, że nie będę znać co trzeciego słowa z książki o Jay-Z :P

  • pedro_sanctis

    Być może akompaniament rytmów wybijanych na blatach miał dodać dostojności jego melorecytacji…

  • Tianzi

    Wprawdzie nie mam cienia pojęcia, co to jest peregrynacja i rzeczywiście to wygląda podejrzanie, ale jednak byłabym ostrożna w wydawaniu takich opinii. Zdarza się, że tłumacz niesłusznie obrywa, gdy to oryginał był napisany pretensjonalnym językiem.

  • Ven

    O mamo, co za grafoman to tłumaczył? CZUPURNOŚĆ – co to do cholery za słowo jest? I co robi w biografii kogoś takiego, jak Jay?

  • Joanna

    W otoczeniu swojej świty :D

  • Słowo draka kojarzy mi się jednoznacznie z książką „Boso, ale w ostrogach” Grzesiuka. W tym przypadku pasuje do ogólnego klimatu stworzonego przez autora. Zresztą polecam jego książki, można zobaczyć jaką ewolucję przeszedł język w przeciągu kilkudziesięciu lat.

  • A myślałam, że przekład Perfekcyjnej Pani domu w wersji angielskiej, mnie rozwalił…chyba muszę się napić;)

  • Nie będę się upierać, że tłumacz nie spaprał sprawy, ale nie zapominajmy, że ta książka nie jest napisana przez Jay-Z. Może w oryginalne też jest to tak skonstruowane?

    • Oryginał nie jest turbo lotnie napisany, ale są tam „normalne” słowa.

      • Pozwolę sobie dalej grać adwokata diabła, bo przecież tłumaczenie to nie tylko tłumacz, ale i redaktor. I niestety często tak się zdarza, że to redaktor ma więcej do powiedzenia niż tłumacz.

        • Anna Ryś

          Masz rację – żeby tłumaczenie było „turbo”, potrzebna jest współpraca tłumacza z redaktorem. A najlepiej także dodatkowy nadzór drugiego tłumacza. Wiem, bo w TurboTłumaczeniach siłą rzeczy znamy się na… turbo tłumaczeniach ;).

          I przy książkach zawsze polecamy takie właśnie rozwiązanie (tłumacz mocno znający się na temacie + drugi tłumacz sprawdzający zgodność z oryginałem + redaktor).

  • Aleksandra Muszyńska

    Jakkolwiek przytoczone przez ciebie przykłady w istocie nie przystają do klimatu, to jednak przynajmniej znaczą z grubsza to, co w oryginale. Ja natrafiam co rusz na tłumaczenia, co do których czytając je jestem w stanie powiedzieć, jak wyglądało dane zdanie w oryginale i jak mocno tłumacz je spieprzył.Notoryczne używanie „actually” jako aktualnie już mnie nie dziwi, natomiast rekordem świata było dla mnie zdanie „Koszulę miał rozpiętą aż do guzika na brzuchu”. WTF? Po chwili doznałam szybkiego flesza, że chodziło o pępek…

    • Hahahahaha!

    • Tianzi

      Może to był robot?

    • mgm

      W jednym z pierwszych wydań „Gry o tron” Martina przetłumaczono „nipple” jako pępek…
      I dużo innych „kwiatków” tam było, głównie z tłumaczeniem/nietłumaczeniem/różnym tłumaczeniem nazw własnych – wszystko w obrębie jednego tomu. Podobno w późniejszych wydaniach były poprawki.

      • Ja czytałam Martina w wersji, gdzie tłumacz był przekonany, że sutek jest rodzaju żeńskiego – a że lektura sutków pełna, to „ta sutka” przewijała się dość często. No i arcycudowne „ser” na każdym kroku, kurde, czy naprawdę czytelnicy nie ogarniają, jak się czyta „sir” i trzeba im łopatologicznie? ;-(

        • Paweł

          Akurat „ser” to forma używana w oryginale. W sensie w Westeros tak się tytułują, a nie „sir”. Chociaż rzeczywiście w tłumaczeniu wygląda to zabawnie.

        • Łukasz Golowanow

          W kwestii sutka: poprawna jest zarówno forma sutek, jak i sutka.

        • Krysia Kułak

          Żeńska „sutka” to archaizm, do tego raczej też regionalizm. Też byłam zdziwiona, ale lektura „Twojego weekendu” z roku 1990 była niezwykle pouczająca. Nawet nie dostrzegamy jak szybko takie rzeczy się dzieją, na przykład jeszcze 20 lat temu nie mówiło się, że ktoś jest seksowny, tylko, że ma „dużo seksu” i nie chodziło o aktywność seksualną!

  • Aleksandra Pomorska

    Strasznie wspóczuje tłumaczowi, jeśli przeczyta Twój tekst, tym bardziej, jeśli to jego/jej pierwsze poważniejsze tłumaczenie. Ale co nie może zabić to wzmocni :) W ogóle, jako początkująca tłumaczka wiem, jak to wyglądało. Nie znał słowa, wpisał w internet, stwierdził, że to książka, więc nie może być zbyt luźno i wstawił różne draki i czupurności (chyba nie słyszałam nigdy tego słowa). Grunt to znajomość własnego języka :)

  • Się zastanawiam, czy ktoś jeszcze pamięta „Psy” z Bogusiem i Lindą? Jakiś czas potem wyszła książka – tutaj nawet tłumaczenie z polskiego na polski im nie wyszło. „W imię zasad, skurwysynu”-> „Bo jakieś zasady muszą być”.
    Dla mnie chyba numero uno to CZUPURNOŚĆ. :)

  • Generalnie można się pośmiać z tłumaczenia, ale wyobrażam sobie co czujesz.
    Wiesz, jak ktoś chujowo przetłumaczy tytuł jakiegoś filmu to człowiek może poczuć jakieś zażenowanie i tyle, ale w przypadku książki tego typu kwiatki nie powinny być absolutnie dopuszczalne.

    Uczmy się angielskiego ludzie
    …bo nie znasz dnia ani godziny.

  • Dominika

    Hahahahaha, ta DRAKA mnie rozwaliła!
    Właśnie siedzę nad tłumaczeniem mechanizmu handlowania na kontach walutowych… Czuje się zainspirowana i przekonana, że moje 30 stron fachowego dokumentu będzie miało lepsze flow ;)

  • Jacek Jacek

    Moim zdaniem to nie powinno przejść bez echa i wydawnictwo powinno dostać jakiś list otwarty z mocnym, naprawdę mocnym opierdolem. Indagować.

  • kel

    Zaśmiewam się wniebogłosy. Ale to problem nie tylko książek, wystarczy posłuchać lektora na filmach, ale poczytać oficjalne napisy, żeby szybko dojść do wniosku, że ktoś kto tłumaczył nigdy nie widział tych filmów na oczy. Żarty spłycone, niektóre całkowicie pominięte a tłumaczenie często błędne. I to mówię jako ktoś, kto wybitnym lingwistą nie jest.

    • Zgadza się masz rację, przy czym jeśli głos lektora jest nałożony na „oryginalny” dźwięk, to nawet z kiepskim tłumaczeniem jakoś da się ten klimat poczuć, najgorzej kiedy wszystko jest w pełni zdubbingowane, a głosy polskich odpowiedników w ogóle nie pasują do postaci.

      • AnnnJa

        Obejrzyjcie „Avengers” z dubbingiem. Płakałam jak oglądałam. Głos Samuel’a L. Jacksona to żart. Poddałam się i obejrzałam w oryginale.

  • Ano właśnie, na tłumaczu spoczywa ogromna odpowiedzialność, kto wie, czy nie większa, niż na pisarzu, bo przecież to właśnie dzięki nim, tłumaczom, książki mają szansę trafić pod dachy ludzi na całym świecie. Mam wrażenie, że ich rola jest też często niedoceniana. „Super książka” zagranicznego autora to zwykle również super robota tego, który ten tekst przełożył. I dziwi mnie strasznie, że wydawnictwa nie dają tego ludziom, którzy nie tylko znają się na danym języku i jego poprawności, ale równocześnie są zajawieni tematem, którego dotyczy książka – od razu lepiej się to czyta, niż jakieś wypociny totalnego ignoranta.

    • DO-KŁA-DNIE!

    • Wyobrażacie sobie, jak wyglądałyby książki Pratchetta, gdyby tłumacz nie czuł klimatu?

      • Ma w przyszłym tygodniu urodziny! „Pratchett był w latach 90. najlepiej sprzedającym się autorem w Wielkiej Brytanii. Do lutego 2007 roku sprzedał na całym świecie ok. 50 milionów książek, a jego dzieła zostały przetłumaczone na 33 języki”.

        50 milionów. Na 33 języki. To bardzo ładny wynik.

      • Dominika Skorupa

        nie przerażaj mnie.

      • Nie wyobrażam sobie jak wyglądałoby moje życie gdyby książki Pratchetta były przetłumaczone w inny sposób! :)

      • Trishiana7

        Ja jednak Prachetta czytam tylko w oryginale, bo zauważyłam, że jego książki po polsku mniej mnie śmieszą. Wielu rzeczy nie da się dobrze przetłumaczyć, szczególnie gdy humor opiera sie na podobnej wymowie angielskich słów.

  • Widać, że tłumacz zupełnie nie poczuł klimatu.

    Najgorsze tłumaczenie, z jakim ja się spotkałam, to był chyba „Zmierzch”. Jasne, nawet po angielsku to wciąż nie jest literatura wysoka, ale w oryginale czyta się to o niebo lepiej.

    • „Zmierzchu” nie czytałem w ogóle w żadnej wersji, co tam się działo w tłumaczeniu?

      • Wiesz co, nie przytoczę Ci cytatów, bo czytałam to kilka lat temu i nie mam książki w domu, ale niektóre zdania brzmiało tak głupio i pokracznie, że w końcu sprawdziłam, jak wygląda oryginał, i okazało się, że nie jest tak źle. Jeśli dobrze kojarzę, dwie kolejne części miały już inną tłumaczkę i było lepiej.

  • Wojciech Kopeć

    no i klawo

wpis jest wynikiem współpracy z marką STR8

Czemu pierwszy raz jest taki ekscytujący?

Pamiętasz swój pierwszy raz? Założę się o mój login i hasło do Facebooka, że tak. Takich rzeczy się nie zapomina, mimo że tego typu wspomnieniom raczej daleko do poprawiających samopoczucie. Nie, nie tylko Twój pierwszy stosunek płciowy był beznadziejny. Jak donosi Instytut Badania Opinii Publicznej Na Podstawie Rzutu Kośćmi, 11 na 10 Polaków czuje zażenowanie i wstyd przywołując w myślach swoją inicjację seksualną. Łatwiej znaleźć niewypłacalnego dłużnika mafii ze wszystkimi palcami, niż osobę, która szczerze stwierdzi, że jej pierwszy seks był udany i podobało jej się.

Większość, jeśli nie każdy, z nas czuł się w tym momencie skrępowany, niepewny, czy zwyczajnie przerażony, a sam akt przebiegał jak pilotowanie samolotu bez przejścia kursu pilotażu. Tu coś wciskasz, tam za coś ciągniesz, próbujesz utrzymać w rękach stery i modlisz się, żeby lot nie skończył się przed czasem. Mimo to, nie znam osoby, która by nie czekała w napięciu na ten pierwszy raz albo chciała cofnąć czas i żyć w celibacie, żeby uniknąć dyskomfortu.

Czemu więc towarzyszyła temu taka ekscytacja? Bo wszystkiemu co nowe i nieznane, a pobudzające zmysły i emocje, towarzyszy podniecenie. Mimo świadomości, że może skończyć się inaczej, niż byśmy to sobie wyobrażali.

Rutyna zabija związki

Popadanie w schematy często bywa korzystne w pracy i w sporcie, ale rzadko kiedy poza nimi.

Czy wyjście w piątek wieczorem do kina jest spoko? No jest. Można odetchnąć po całym tygodniu i spędzić razem czas – dobra zabawa. Czy wychodzenie co piątek wieczorem do kina przez 5 lat, na seans o 19:15 jest spoko? No mniej. Nie ma w tym nic zaskakującego i na dobrą sprawę zamienia się to w kolejny obowiązek do odhaczenia – brak dobrej zabawy. Czy uprawiane seksu na jeźdźca jest spoko? No jasne. Czy uprawianie seksu tylko i wyłącznie na jeźdźca, za każdym razem na tej samej kanapie przy zgaszonym świetle jest spoko? No nie za bardzo.

Czemu mężczyźni zdradzają kobiety? Bo się nudzą, bo potrzebują nowych bodźców, bo dawny ogień namiętności zgasł na wietrze powszedniości. Czemu kobiety zdradzają mężczyzn? Bo ten koleś w barze, który zrobił jej i jej koleżance „test najlepszej przyjaciółki”, a potem odgadł liczbę, którą zapisała na serwetce był inny. Inny niż ten, który odkąd się poznali w kółko zabiera ją na randki do tego samego miejsca. Ten jest ciągle taki sam.

Powodów w obu przypadkach jest oczywiście więcej, ale zrutynizowanie wspólnego życia jest najniebezpieczniejsze. Bo rutyna wkrada się niepostrzeżenie.

Monotonia zabija radość z życia

Uwielbiam burgery, ale gdy zbierałem materiał do rankingu krakowskich burgerowni i musiałem jeść je dzień po dniu, żeby rzetelnie ocenić serwujące je miejscówki, zaczęły śnić mi się po nocach wegetariańskie sałatki. Z zestawieniem najlepszych ramenów było podobnie. I nie inaczej jest ze słuchaniem w kółko jednego utworu. Ile razy miałeś tak, że pojawiał singiel Twojego ulubionego wykonawcy, zapętlałeś go jak szalony w oczekiwaniu na resztę płyty, a gdy już ukazał album, musiałeś pomijać ten utwór słuchając całości, bo wychodził Ci nosem? Albo po powrocie z wakacji ustawiałeś na budzik w telefonie turbo szlagier, przy którym byłeś conocnym królem parkietu. A po miesiącu wracałeś do domyślnego alarmu wgranego przez producenta, bo po pierwszych taktach letniego hitu zaczynało Cię mdlić?

Każda czynność ma skończoną liczbę powtórzeń, po wykonaniu których bez żadnej przerwy z przyjemności zamienia się w mękę. Każda.

Od poniedziałku do piątku kursujemy między dwoma punktami – pracą i domem, ewentualnie uczelnią i domem albo, przy opcji triathlonowej – uczelnią, pracą i domem. Zwłaszcza jesienią i zimą, gdy każde wyjście z domu zaczyna być postrzegane w kategoriach wyczynu, w codzienność wkrada się monotonia, zakładając nam klapki na oczy jak koniowi. Klapki, przez które nie widzimy piękna otaczającego nas świata i ciągle rozwijających się pąków możliwości, tylko betonową drogę, którą znamy na pamięć, prowadzącą do miejsca przyprawiającego nas o ziewanie, a nie zachwyt. Z czasem dopada to każdego, również mnie, choć mogłoby się wydawać, że w przypadku pracy opartej na pasji to niemożliwe. Nic bardziej mylnego. Zwłaszcza, gdy Twoja trasa do pracy polega na przebyciu drogi między łóżkiem a biurkiem, a liczba interakcji z ludźmi w jej trakcie wynosi 0. Tak jak jej zmienność.

Żeby codzienność nie stała się linijką, która bije Cię po palcach, gdy chcesz brać z życia garściami, trzeba coś zmienić. Wpleść w nią coś nowego.

Co daje próbowanie nowych rzeczy?

W przeciwieństwie do większości chłopców, jakoś nigdy ani w przedszkolu, ani w podstawówce, ani w gimnazjum, ani nawet w liceum nie ciągnęło mnie do motoryzacji i zupełnie nie kumałem tych wczutych gadek o furach i ciśnienia na zdawanie prawka. Aż nie skończyłem 22 lat i nie pomyślałem, że przy staraniu się o kolejną pracę taki dokument może się przydać. Zapisałem się na kurs, cudem nie umarłem z nudów na wykładach, wsiadłem do samochodu po stronie kierowcy i poczułem się jak Neo z „Matrixa”, kiedy wybrał czerwoną pigułkę.

W momencie kiedy wcisnąłem pedał gazu, usłyszałem ryk silnika i poczułem jak auto przyśpiesza, wszystko stało się dla mnie jasne. Nagle zrozumiałem skąd u tylu facetów taka fascynacja samochodami, a przede wszystkim kompletnie zmieniłem perspektywę postrzegania poruszania się po mieście i ruchu ulicznego. Na rzeczywistość został nałożony filtr, który ukazywał ją z innej, nowej strony. Podobnie było, kiedy pierwszy raz leciałem samolotem. I kiedy pierwszy raz występowałem na scenie prowadząc prezentację dla tłumu ludzi. I kiedy pierwszy raz wpadł mi w ręce koktajler i odkryłem, że szpinak łączy się z bananem i można to wypić.

Za każdym razem, gdy próbujesz czegoś czego nie próbowałeś nigdy wcześniej, gdy jesz, robisz albo jesteś w jakimś miejscu po raz pierwszy, zmienia się Twoje dotychczasowe postrzeganie. Patrzysz na, wydawałoby się, znane Ci rzeczy z nieznanej wcześniej perspektywy, przez co znów zaczynają być interesujące. Gdy codziennie pokonywaną drogę z domu na przystanek możesz obserwować lecąc nad nią balonem, rzeczywistość poszerza się o kolejny wymiar, a płaska monotonia nabiera kształtów.

Próbowanie nowych rzeczy, to odkrywanie świata na nowo.

Tydzień pierwszych razy!

Żeby nie być zakładnikiem codzienności i przypomnieć sobie na wiosnę, że świat wciąż jest nieprzeczytaną książką, podjąłem wyzwanie. Wyzwanie pod tytułem „Tydzień pierwszych razy!”. W ramach akcji #BeTheHeroYouAre, razem z marką STR8 przez 7 dni codziennie próbowałem czegoś po raz pierwszy, żeby przełamać rutynę, zainspirować się, rozbawić, przerazić, zmieszać i przede wszystkim wnieść coś nowego do prozy życia. Jak konkretnie wyglądał mój plan?

Dzień pierwszy: popłynę kajakiem po Wiśle
Dzień drugi: nadrobię puszczanie latawców
Dzień trzeci: oderwę się od ziemi w parku trampolin
Dzień czwarty: postaram się nie przewrócić na tandemie
Dzień piąty: wydostanę się z escape roomu
Dzień szósty: zobaczę jak jeździ się w kabriolecie
Dzień siódmy: sprawdzę jak smakują bycze jądra

Jak wyszło? Zobacz na filmie poniżej, a jeśli chcesz podjąć swoje wyzwanie wpadaj na https://www.str8betheheroyouare.com/poland

---> SKOMENTUJ

Adam Mickiewicz

W trakcie wczorajszej rozmowy na temat języka polskiego i makaronizmów, jedna z moich koleżanek – Tattwa – rzuciła mi wyzwanie, które brzmiało tak:

Janek, oficjalnie i przy ludziach rzucam Ci wyzwanie: napisz tekst o seksie, w którym ani razu nie padnie słowo „seks” ani żadna jego pochodna.

Uznałem, że to za łatwe, bo każdy kto czytał erotyki Leśmiana, wie, że to prostsze, niż równanie z jedną niewiadomą. Żeby więc podnieść poprzeczkę na wyższy poziom niż test gimnazjalny, Magda dodała, że mam to zrobić trzynastozgłoskowcem. Czyli wierszem, w którym każdy, ale to każdy wers ma 13 sylab. Jak na przykład „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza. No to już brzmi jak coś, przy czym trzeba ruszyć głową, co?

Spoko, wyzwanie zaakceptowane!

 

Trzynastozgłoskowiec o seksie

 

Wieczór był ciepły, choć nie jak na Costa Brava

Pijani Angole kupowali kebaba

On wygłodniały, też chciał se zapiekankę zjeść

Ale brakowało w portfelu groszy sześć

Zaczepił ją z uśmiechem na końcu Szewskiej

Pytając, czy mu nie dorzuci na zapieksę

Pierwszoroczniaczka w towarzystwie karków dwóch

Spojrzała jakby w pracy co dzień woził gruz

Kark wypłacił mu bombę, taki zbrojny konflikt

I poczerwieniał jakby miał młodzieńczy trądzik

Zirytowany, że przejechał po nim walec

„Szmulo, wsadź se te grosze w wielbłądzi palec!”

Rzekł wycierając krew z ciżemek z łyżwą

Myśląc, że ciut niesprawiedliwe jest to wszystko

Śledząc węża, do domu pocisnął na nogach

A jego ego bolało bardziej niż głowa

Niedzielnego kaca spędził na lizaniu ran

I konsultacji wybielacza do krwawych plam

Poniedziałek w korpo był jak dzień w piekle

Więcej lizania dupy, niż gdy pies ma cieczkę

Raporty, wyniki, spotkania, ocipieć można

I jeszcze rekrutacja. Aż swędzi go moszna

Lecz, cóż to? Któż to jest na krześle kandydata?

Oczy go mylą, czy to ta sobotnia szmata?

Zabić, odprawić, czy zabawić się nią trochę?

Myśli i czuje, że ma na trzecie ochotę

Pierwszoroczniaczka przez łzy przepraszać zaczyna

I mówi, że nie znała karka-skurwysyna

Lecz typ nie debil, tak łatwo nabrać się nie da

I pyta, czy na muzyce grała na fletach

Ona, że owszem, że dobrze zna ten instrument

Choć nie wie jaki ma to związek w ogóle

Typ rzecze, że chce sprawdzić jej chwytów znajomość

A ona już wie o czym myśli ten jegomość

Pracę chce dostać, bo starzy hajs jej odcięli

Więc chwilę może być pracownicą burdeli

Na czterech łapach jak kot się skrada do pana

I gdy pan rozkaże na polecenie siada

Klęcząc mocuje się z napiętym rozporkiem

I myśli, czy dostanie tę pracę przed wtorkiem

Jeśli da temu pana ptakowi polatać

Tak, by po locie pana ptak skrzydła poskładał

I uwalnia ze spodni to zwierzę gwałtowne

Myśląc – „chętnie gościłabym je w swej kołdrze”

I nawet propozycja ta z ust jej pada

Gdy ptak miota się, bo bliski jest szczytowania

I gdy ostatkiem sił wyjękuje „o kurwa”

A ona czuje, że pełne ciepła ma usta

I zlizuje z palców co zostało na nich

Orientuje się, że daleko jej do damy

Za późno jednak na te moralne rozkminy

Stało się, ptak leży w jej buzi bez siły

Gdy podnosi się z kolan, błagalnie pyta

„Mam tę pracę? Dobrze oporządzona pyta?”

Typ rzekł bez zażenowania, bez żadnej spiny

„Proszę czekać, w razie czego oddzwonimy”.

---> SKOMENTUJ

Dwuznaczności, które otwierają umysł

Skip to entry content

Często pytacie skąd w moich wpisach tyle porównań i co mnie inspiruje przy pisaniu kolejnych. Nigdy nie było to większą zagadką niż pytanie czemu kobiety chodzą parami do toalety, ale odpowiem na nie jeszcze raz, bo ten temat powtarza się częściej, niż środa po wtorku. Otóż nie miałbym w postach tyle jaków, gdybym nie słuchał od 6-ej klasy podstawówki rapu, którego fundamentem jest właśnie ten środek stylistyczny.

Jeśli chcesz wznieść swój warsztat pisarski na wyższy poziom i nauczyć się składania lotnych, celnych analogii, to posłuchaj DonGuralEsko, Rasmentalismu albo Pezeta. A jeśli chcesz otworzyć umysł na gry słowne, a w szczególności dwuznaczności i widzieć w prostych zwrotach dużo więcej niż wynika to z definicji słownikowej, to odpal Quebonafide. Bo tak się składa, że właśnie wydał dwie kozackie płyty – „Ezoterykę” i „Erotykę” – które są wypchane po samiuśkie brzegi wersami możliwymi do interpretacji na co najmniej dwa sposoby.

Brzmi zawile i niezrozumiale? To już tłumaczę o co chodzi.

Łapię ciśnienie, bo za dużo barów w tym mieście nie daje mi spać.

Idealny przykład kreatywnego wykorzystania podwójnych znaczeń słów. Bar jako miejsce, gdzie pije się alkohol i spotyka z ludźmi i bar jako jednostka miary ciśnienia. A teraz przeczytaj cytat jeszcze raz – dobre, co?

Nie rozliczam się z jutrem, to tyra dla moich księgowych.

Też coś prostego, a po zauważeniu całkiem efektownego. Połączenie potocznego „rozliczania się z życiem” i rozliczania w sensie dosłownym, jako operacji finansowej.

Nie zjadają mnie nerwy, to ja zjadam nerwy #pycha.

Tu mamy piękne spuentowanie linijki dwuznacznym słowem-kluczem. I zarówno „pycha” w sensie „ale dobre”, jak i w rozumieniu postawy, charakteryzującej się wyniosłością, sprawia, że trudno nie uśmiechnąć się przy tym wersie.

Ledwo żywy, bo wykańcza mnie deadline.

To tłumaczenie „terminu” na angielski, nigdy nie było dla mnie jakoś wyjątkowo spektakularne, bo to jedna z oczywistszych gier słownych, ale jak puściłem ten numer kumplowi, to okazało się, że nie dla wszystkich. Reakcja była mnie więcej taka: „łooo, deadline, to przecież linia śmierci po polsku! Ale dobre, ale dobre, łooo!”.

Chcesz otrzeć się o sukces? Widzę jak niewinnie się skradasz. Proszę, odejdź z tym froteryzmem, madamme.

Żeby rozumieć ten tekst, trzeba wiedzieć, że froteryzm to rodzaj dewiacji seksualnej, która polega na ocieraniu się o ciało obcej osoby w zatłoczonych miejscach publicznych. I jak już to wiemy, możemy docenić pomysłowe powiązanie potocznego „ocierania się o sukces” z wcześniej wspomnianym zboczeniem. I jarać się, że całość można interpretować zarówno jako uniwersalne minięcie się z triumfem, jak i apel do kobiet, żeby nie namawiały autora na seks, co sugeruje apostrofa „madamme”. Gdyby quebo napisał to 200 lat temu, Mickiewicz mógłby czuć się zawstydzony.

Wyciągam kafla za kaflem, dla mnie ten biznes to jenga.

Kafel – slangowe określenie tysiąca złotych i kafel – element gry zręcznościowej, polegającej właśnie na sprawnym wyciąganiu klocków. Aż mi głupio, że nigdy w to nie grałem.

Mój rap jest w modzie, jeszcze sobie trochę pokrzyczy, a mogłem pogrzebać nadzieję i cały ten fejm ograniczyć do grobowej ciszy.

Jeden z najbardziej przekminionych wersów na „Ezoteryce”. Z jednej strony sformułowanie „być w modzie” i zwinne połączenie go ze zwrotem zwrotem „krzyk mody”, a z drugiej popularne „pogrzebanie nadziei” i nawiązująca – poprzez odniesienie do pochówku – „grobowa cisza”. Jakby zastanawiania się nad składowymi zdania było mało, to początek i koniec pięknie kontrastuje na ogólnym poziomie – „krzyk” kontra „cisza”. I to znów w dwóch znaczeniach. Ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, że rap to coś więcej, niż rymowanie bezokoliczników o nienawiści do policji?

Bawisz się mną kotku? Jestem kłębkiem nerwów.

Kotek – kot, kotek – dziewczyna, kłębek – kulka z wełny, kłębek nerwów – bardzo nerwowa osoba, bawić się czymś – dosłownie, bawić się kimś – manipulować, mącić w głowie. Tylko 7 słów, a tyle znaczeń! FATALITY!

W imię czego znowu pęka ten Smirnoff? Chyba czas na przedstawienie: Kuba.

Mój ulubiony wers, chyba najlepiej obrazujący jak genialnym tekściarzem jest Quebonafide i co można zrobić z oczywistymi, zakorzenionymi w naszej kulturze zwrotami. „W imię czego?” odnosi się tu zarówno do frazeologicznego znaczenia związku, czyli „po co pijemy?”, jak i bezpośrednio do pytania o imię, natomiast „chyba czas na przedstawienie” i odpowiada na poprzednie pytanie, i informuje o tym, że czas na występ Kuby. Żeby jednak w pełni docenić tę grę słowną, jak i wszystkie poprzednie, trzeba to po prostu usłyszeć.

I jak drzwiczki do umysłu wyważone? Patrzysz na ekran komputera i lustrując słowa widzisz macierz z filmu z Keanu Reaves?

---> SKOMENTUJ