Close
Close

Jak uniemożliwić czytanie książki chujowym tłumaczeniem?

Skip to entry content

Znacie tych wariatów, którzy przy dyskusjach o literaturze zawsze drą japę, że publikacje powinno się czytać tylko i wyłącznie w języku autora? Powoli zaczynam do nich dołączać.

W styczniu kupiłem sobie szumnie zapowiadaną biografię Jaya-Z „Król Ameryki” autorstwa Marka Beaumonta, jednak przełożoną na język polski. Byłem mega zajarany, bo życiorys Jaya, to historia dużo bardziej inspirująca i motywująca do działania, niż patetyczne gadki domorosłych coachów na YouTube. Koleś wychowywał się na Brooklynie w największej patoli – jego osiedle składało się z samych ćpunów i dilerów, będąc dzieciakiem postrzelił brata, a od 13-go roku życia sprzedawał kokainę prowadząc obwoźny handel na skrzyżowaniach. A mimo to, ani nie przećpał się od własnego towaru, ani nie zginął w wojnie ganów, ani nie zgnił w więzeniu, tylko został multimilionerem i muzyczną legendą, zbijając fortunę na rapie. W legalny sposób. A w zeszłym miesiącu odpali „Tidala” – konkurencję dla Spotify.

No, powiedzcie, czy to nie robi wrażenia?

Biografie „od zera do milionera” zawsze nadmiernie pobudzają mi prawą półkulę mózgu, bo moja siedmiocyfrówka wciąż przede mną. Dlatego po powrocie z księgarni, łamiąc przepisy BHP i nie myjąc rąk ani stóp, od razu rzuciłem się do czytania. I już po 9 stronach cały entuzjazm wygasł, jakby ktoś go polał ciekłym azotem, a w ustach zaczęło zgrzytać jakbym najadł się żwiru. Bo tłumaczenie „Króla Ameryki” na polski jest tak chujowe, że całkowicie uniemożliwia odbiór książki. Po prostu NIE DA SIĘ TEGO CZYTAĆ!

Żeby nie być gołosłownym, podam Wam kilka przykładów, w jaki sposób opowieść o dilerze koksu, który stał się jednym z najlepszych raperów i ikoną pokolenia, została przełożona na nasz język.

Obserwował dilerów podczas gry w kości i spychał nieprzytomnych nałogowców z ławek, po czym ZAŚMIEWAŁ SIĘ na widok ich przedwczesnych pobudek.

Od 6-tej klasy podstawówki słucham rapu, do końca liceum mieszkałem w bloku i znam trylion ludzi z klimatu. Żaden, ale to ŻADEN hip-hopowiec, nie użyłby sformułowania „zaśmiewać się”, mając na myśli lanie z kogoś, kręcenie beki, czy darcie łacha. Zresztą, w ogóle w życiu nie słyszałem, żeby ktokolwiek użył tak sztywnego zwrotu. No, ale to przecież tylko książka o życiu rapera, tu można.

Później natomiast INDAGOWAŁ go na temat sformułowań z wystawowych wywieszek, czy stroju mijanych przechodniów.

Przepraszam bardzo, ale co robił? Mogę założyć się o piątkę z wagi, że Jaya-Z nikt nigdy nie indagował. Ani jego rodziny, ani znajomych, ani nikogo w odległości stanu.

Przeczuwając DRAKĘ, podekscytowany chłopak podążył za parą, w otoczeniu swojej świty do pobliskiej klatki chodowej.

Przeczuwać „drakę” mogłaby moja prababcia gdyby żyła, ale murzyński nastolatek w nowojorskim getcie duszącym się smrodem cracku, może przeczuwać rozpierdol, oklep, dym, ustawkę, napierdalankę, strzelaninę bądź zbiorowy gwałt, ale nie kurwa „drakę”.

Choć śmierć Benny’ego sprawiła, że Shawn zachowywał teraz większą ostrożność podczas swoich osiedlowych PEREGRYNACJI, skusiła go jednak muzyka.

Czy przekład książki z angielskiego na polski, to jest jakiś konkurs na zastosowanie jak największej liczby nieużywanych słów? Czytając to nie wiem, czy tłumacz bardziej chciał się pochwalić, że dostał słownik Kopalińskiego na gwiazdkę, czy że zna wszystkie zwroty związane z kościołem katolickim.

 RYCHŁO rozeszła się fama o jego biegłości i CZUPURNOŚCI w minizawodach, organizowanych w jadłodajni, z udziałem rywalizujących z nim raperów aspirantów, przy akompaniamencie rytmów, które wybijano na blatach.

To była 45 strona z 553 i poddałem się. Chciałem przeczytać opowieść o mocno doświadczonym przez życie geniuszu-wizjonerze, który wyszedł z totalnej biedy i wspiął się na szczyt świata dzięki hip-hopowi, czując na skórze klimat tej drogi i widząc przed oczami tło opisywanych wydarzeń, a dostałem jakiś wykastrowany z kontekstu zakalec, który jest tak ciężkostrawny, że nawet zalewając się litrem spirytusu nie da rady go przetrawić.

Właśnie tak chujowe tłumaczenie uniemożliwia czytanie książki.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • W cytacie z DRAKĄ nie wyróżniłeś ŚWITY ;).

  • Prawdziwy KLOPS! ;)
    Choć niejako logicznym może się wydawać, iż bohater brał raczej udział w ‚drakach’ niż w ‚rozpierdolach’, skoro przeżył i zdobył fortunę.
    Szkoda, że nie czytałeś dalej, może byłoby jednak DZIARSKO, a zabawnie to już na pewno ;)

  • Dlatego staram się czytać większość książek w oryginale.

    Ej, może po prostu za to tłumaczenie odpowiada google tłumacz? Nie można być przecież tak złym.

  • pannazuzanna

    [Przy założeniu, że polskie cytaty z artykułu są przepisane bez ingerencji:]

    „He
    watched the hustlers throwing bills at their dice games of cee-lo,
    tipped unconscious addicts off their benches to laugh at them suddenly
    coming to from their stupors.”

    „Obserwował
    dilerów podczas gry w kości i spychał nieprzytomnych nałogowców z
    ławek, po czym zaśmiewał się na widok ich przedwczesnych pobudek.”

    ***

    „and then quiz him on the wording of signs in shop windows or the attire of the people they’d passed.”

    „Później natomiast indagował go na temat sformułowań z wystawowych wywieszek, czy stroju mijanych przechodniów.”

    ***

    „Sensing action – a fight, a showdown, a clash of fists – an excited Shawn and his entourage followed the pair into a building.”

    „Przeczuwając drakę, podekscytowany chłopak podążył za parą, w otoczeniu swojej świty do pobliskiej klatki chodowej.”

    ***

    „Word
    got around about his agility and sass in the mini-battles he’d conduct
    against other wannabe rappers in the meal hall, the beats slammed out on
    tables, and respect grew for him among Westinghouse’s various hip-hop
    hopefuls”

    „Rychło
    rozeszła się fama o jego biegłości i czupurności w minizawodach,
    organizowanych w jadłodajni, z udziałem rywalizujących z nim raperów
    aspirantów, przy akompaniamencie rytmów, które wybijano na blatach.”

    (http://www.musicroom.com/blog/extracts-from-jay-z-the-king-of-america-by-mark-beaumont)

  • Ten tekst jest przede wszystkim skopany redaktorsko. Kolejność fraz w zdaniach urąga logice („chłopak podążył za parą, w otoczeniu swojej świty do pobliskiej klatki schodowej” – to nie ma sensu, aż się prosi, żeby napisać jednak „chłopak w otoczeniu swojej świty podążył”). Przecinki są w BARDZO niewłaściwych miejscach („minizawodach, organizowanych w jadłodajni, z udziałem” – że co?) i jeśli pracował przy tym korektor, to zrobił książce krzywdę. Chyba żadne z przytoczonych zdań nie jest poprawne.

    Co do doboru słów, to niby masz rację, bo te cytaty nie brzmią dobrze, ale mieszasz dwie sprawy. Jay-Z nie mówiłby o peregrynacjach i indagacjach, ale narrator opisujący jego historię już może. Na goodreads wspomina się o wyjątkowo barwnym języku książki, więc przypuszczam, że liczne dawno zapomniane, wyszukane słowa znalazły się już w oryginale. A skoro autor bawił się w wertowanie słownika, to Machała (tłumacz) musiał jakoś taki styl oddać. Może i poradził sobie średnio, ale o „darciu łacha” nie mógł napisać na pewno. To nie są wspomnienia Jaya-Z, tylko narracja o nim! I nie można wyrafinowanego angielskiego zwrotu oddać po polsku jako „darcie łacha”, bo to kantowanie autora.

    TL;DR Sama strategia tłumaczeniowa imho nie była zła. Ale skoro czytelnicy się śmieją, to widać kunsztu zabrakło ; )

  • I dlatego niekoniecznie rozumiem, dlaczego sporo ludzi broni niekoniecznie kompetentnych tłumaczów albo korektorów. Jasne, że każdemu może podwinąć się noga, ale trzeba odróżniać potknięcie od nieznajomości tematu, który się tłumaczy i to pięknie przedstawiłeś :)
    A lektury ci współczuję.

    • Łukasz Golowanow

      Tłumaczy.
      Powinąć.

      • Fakt. Tłumaczy.
        O powinąć nawet nie wiedziałam – dzięki

  • Aż mi się przypomniał jeden tekst dotyczący używania trudnych słów: „a reasumując pryzmat wielorakich aspektów dochodzę do wniosku iż twój skryptualizm partykularny budzi we mnie totalną dezaprobatę więc nie prowadźmy dłużej tej konwersacji ponieważ stoisz w brodziku moich potrzeb intelektualnych i nie róbmy z prostych rzeczy umysłowych labiryntów”

  • Tłumacz przekładający książkę sam też powinien być pisarzem, bo w przeciwnym razie wychodzą takie SIUPY (brakowało mi tego słowa xD). Ten sam pan przetłumaczył też biografię Cobaina. Ktoś czytał? Też taka straszna?

  • „Czytając to nie wiem, czy tłumacz bardziej chciał się pochwalić, że dostał słownik Kopalińskiego na gwiazdkę, czy że zna wszystkie zwroty związane z kościołem katolickim”. – po tym zupełnie padłam ;). Może oni walnęli to w google translate :).

  • Maturzysta Hejter

    „RYCHŁO rozeszła się fama o jego biegłości i CZUPURNOŚCI” mi to brzmi trochę jak urywek jakiejś legendy o jakimś biegłym i czupurnym rycerzu. Po tym jak rozeszła się fama usłyszała o nim księżniczka i rychło oddała mu swoją rękę, taki był biegły.

  • Czytam dużo, ale z tak kiepskim tłumaczeniem się jeszcze nie spotkałem. A czytałeś biografię Mike’a Tysona wydaną pod koniec ubiegłego roku? To jeden z przykładów, jak można dobrze przedstawić klimat takiego środowiska. Jeśli nie, polecam, jako odreagowanie od tej książki. A świętowałeś wczorajszy światowy dzień książki?

    • Przypominam sobie o niej zawsze jak jestem w pobliżu jakiejś księgarni i jeszcze nie trafiłem na taką, w której by była, ale w końcu na pewno ją dorwę.

  • Nie spodziewałabym się, że nie będę znać co trzeciego słowa z książki o Jay-Z :P

  • pedro_sanctis

    Być może akompaniament rytmów wybijanych na blatach miał dodać dostojności jego melorecytacji…

  • Tianzi

    Wprawdzie nie mam cienia pojęcia, co to jest peregrynacja i rzeczywiście to wygląda podejrzanie, ale jednak byłabym ostrożna w wydawaniu takich opinii. Zdarza się, że tłumacz niesłusznie obrywa, gdy to oryginał był napisany pretensjonalnym językiem.

  • Ven

    O mamo, co za grafoman to tłumaczył? CZUPURNOŚĆ – co to do cholery za słowo jest? I co robi w biografii kogoś takiego, jak Jay?

  • Joanna

    W otoczeniu swojej świty :D

  • Słowo draka kojarzy mi się jednoznacznie z książką „Boso, ale w ostrogach” Grzesiuka. W tym przypadku pasuje do ogólnego klimatu stworzonego przez autora. Zresztą polecam jego książki, można zobaczyć jaką ewolucję przeszedł język w przeciągu kilkudziesięciu lat.

  • A myślałam, że przekład Perfekcyjnej Pani domu w wersji angielskiej, mnie rozwalił…chyba muszę się napić;)

  • Nie będę się upierać, że tłumacz nie spaprał sprawy, ale nie zapominajmy, że ta książka nie jest napisana przez Jay-Z. Może w oryginalne też jest to tak skonstruowane?

    • Oryginał nie jest turbo lotnie napisany, ale są tam „normalne” słowa.

      • Pozwolę sobie dalej grać adwokata diabła, bo przecież tłumaczenie to nie tylko tłumacz, ale i redaktor. I niestety często tak się zdarza, że to redaktor ma więcej do powiedzenia niż tłumacz.

        • Anna Ryś

          Masz rację – żeby tłumaczenie było „turbo”, potrzebna jest współpraca tłumacza z redaktorem. A najlepiej także dodatkowy nadzór drugiego tłumacza. Wiem, bo w TurboTłumaczeniach siłą rzeczy znamy się na… turbo tłumaczeniach ;).

          I przy książkach zawsze polecamy takie właśnie rozwiązanie (tłumacz mocno znający się na temacie + drugi tłumacz sprawdzający zgodność z oryginałem + redaktor).

  • Aleksandra Muszyńska

    Jakkolwiek przytoczone przez ciebie przykłady w istocie nie przystają do klimatu, to jednak przynajmniej znaczą z grubsza to, co w oryginale. Ja natrafiam co rusz na tłumaczenia, co do których czytając je jestem w stanie powiedzieć, jak wyglądało dane zdanie w oryginale i jak mocno tłumacz je spieprzył.Notoryczne używanie „actually” jako aktualnie już mnie nie dziwi, natomiast rekordem świata było dla mnie zdanie „Koszulę miał rozpiętą aż do guzika na brzuchu”. WTF? Po chwili doznałam szybkiego flesza, że chodziło o pępek…

    • Hahahahaha!

    • Tianzi

      Może to był robot?

    • mgm

      W jednym z pierwszych wydań „Gry o tron” Martina przetłumaczono „nipple” jako pępek…
      I dużo innych „kwiatków” tam było, głównie z tłumaczeniem/nietłumaczeniem/różnym tłumaczeniem nazw własnych – wszystko w obrębie jednego tomu. Podobno w późniejszych wydaniach były poprawki.

      • Ja czytałam Martina w wersji, gdzie tłumacz był przekonany, że sutek jest rodzaju żeńskiego – a że lektura sutków pełna, to „ta sutka” przewijała się dość często. No i arcycudowne „ser” na każdym kroku, kurde, czy naprawdę czytelnicy nie ogarniają, jak się czyta „sir” i trzeba im łopatologicznie? ;-(

        • Paweł

          Akurat „ser” to forma używana w oryginale. W sensie w Westeros tak się tytułują, a nie „sir”. Chociaż rzeczywiście w tłumaczeniu wygląda to zabawnie.

        • Łukasz Golowanow

          W kwestii sutka: poprawna jest zarówno forma sutek, jak i sutka.

        • Krysia Kułak

          Żeńska „sutka” to archaizm, do tego raczej też regionalizm. Też byłam zdziwiona, ale lektura „Twojego weekendu” z roku 1990 była niezwykle pouczająca. Nawet nie dostrzegamy jak szybko takie rzeczy się dzieją, na przykład jeszcze 20 lat temu nie mówiło się, że ktoś jest seksowny, tylko, że ma „dużo seksu” i nie chodziło o aktywność seksualną!

  • Aleksandra Pomorska

    Strasznie wspóczuje tłumaczowi, jeśli przeczyta Twój tekst, tym bardziej, jeśli to jego/jej pierwsze poważniejsze tłumaczenie. Ale co nie może zabić to wzmocni :) W ogóle, jako początkująca tłumaczka wiem, jak to wyglądało. Nie znał słowa, wpisał w internet, stwierdził, że to książka, więc nie może być zbyt luźno i wstawił różne draki i czupurności (chyba nie słyszałam nigdy tego słowa). Grunt to znajomość własnego języka :)

  • Się zastanawiam, czy ktoś jeszcze pamięta „Psy” z Bogusiem i Lindą? Jakiś czas potem wyszła książka – tutaj nawet tłumaczenie z polskiego na polski im nie wyszło. „W imię zasad, skurwysynu”-> „Bo jakieś zasady muszą być”.
    Dla mnie chyba numero uno to CZUPURNOŚĆ. :)

  • Generalnie można się pośmiać z tłumaczenia, ale wyobrażam sobie co czujesz.
    Wiesz, jak ktoś chujowo przetłumaczy tytuł jakiegoś filmu to człowiek może poczuć jakieś zażenowanie i tyle, ale w przypadku książki tego typu kwiatki nie powinny być absolutnie dopuszczalne.

    Uczmy się angielskiego ludzie
    …bo nie znasz dnia ani godziny.

  • Dominika

    Hahahahaha, ta DRAKA mnie rozwaliła!
    Właśnie siedzę nad tłumaczeniem mechanizmu handlowania na kontach walutowych… Czuje się zainspirowana i przekonana, że moje 30 stron fachowego dokumentu będzie miało lepsze flow ;)

  • Jacek Jacek

    Moim zdaniem to nie powinno przejść bez echa i wydawnictwo powinno dostać jakiś list otwarty z mocnym, naprawdę mocnym opierdolem. Indagować.

  • kel

    Zaśmiewam się wniebogłosy. Ale to problem nie tylko książek, wystarczy posłuchać lektora na filmach, ale poczytać oficjalne napisy, żeby szybko dojść do wniosku, że ktoś kto tłumaczył nigdy nie widział tych filmów na oczy. Żarty spłycone, niektóre całkowicie pominięte a tłumaczenie często błędne. I to mówię jako ktoś, kto wybitnym lingwistą nie jest.

    • Zgadza się masz rację, przy czym jeśli głos lektora jest nałożony na „oryginalny” dźwięk, to nawet z kiepskim tłumaczeniem jakoś da się ten klimat poczuć, najgorzej kiedy wszystko jest w pełni zdubbingowane, a głosy polskich odpowiedników w ogóle nie pasują do postaci.

      • AnnnJa

        Obejrzyjcie „Avengers” z dubbingiem. Płakałam jak oglądałam. Głos Samuel’a L. Jacksona to żart. Poddałam się i obejrzałam w oryginale.

  • Ano właśnie, na tłumaczu spoczywa ogromna odpowiedzialność, kto wie, czy nie większa, niż na pisarzu, bo przecież to właśnie dzięki nim, tłumaczom, książki mają szansę trafić pod dachy ludzi na całym świecie. Mam wrażenie, że ich rola jest też często niedoceniana. „Super książka” zagranicznego autora to zwykle również super robota tego, który ten tekst przełożył. I dziwi mnie strasznie, że wydawnictwa nie dają tego ludziom, którzy nie tylko znają się na danym języku i jego poprawności, ale równocześnie są zajawieni tematem, którego dotyczy książka – od razu lepiej się to czyta, niż jakieś wypociny totalnego ignoranta.

    • DO-KŁA-DNIE!

    • Wyobrażacie sobie, jak wyglądałyby książki Pratchetta, gdyby tłumacz nie czuł klimatu?

      • Ma w przyszłym tygodniu urodziny! „Pratchett był w latach 90. najlepiej sprzedającym się autorem w Wielkiej Brytanii. Do lutego 2007 roku sprzedał na całym świecie ok. 50 milionów książek, a jego dzieła zostały przetłumaczone na 33 języki”.

        50 milionów. Na 33 języki. To bardzo ładny wynik.

      • Dominika Skorupa

        nie przerażaj mnie.

      • Nie wyobrażam sobie jak wyglądałoby moje życie gdyby książki Pratchetta były przetłumaczone w inny sposób! :)

      • Trishiana7

        Ja jednak Prachetta czytam tylko w oryginale, bo zauważyłam, że jego książki po polsku mniej mnie śmieszą. Wielu rzeczy nie da się dobrze przetłumaczyć, szczególnie gdy humor opiera sie na podobnej wymowie angielskich słów.

  • Widać, że tłumacz zupełnie nie poczuł klimatu.

    Najgorsze tłumaczenie, z jakim ja się spotkałam, to był chyba „Zmierzch”. Jasne, nawet po angielsku to wciąż nie jest literatura wysoka, ale w oryginale czyta się to o niebo lepiej.

    • „Zmierzchu” nie czytałem w ogóle w żadnej wersji, co tam się działo w tłumaczeniu?

      • Wiesz co, nie przytoczę Ci cytatów, bo czytałam to kilka lat temu i nie mam książki w domu, ale niektóre zdania brzmiało tak głupio i pokracznie, że w końcu sprawdziłam, jak wygląda oryginał, i okazało się, że nie jest tak źle. Jeśli dobrze kojarzę, dwie kolejne części miały już inną tłumaczkę i było lepiej.

  • Wojciech Kopeć

    no i klawo

Nie odniesiesz sukcesu, jeśli nie będziesz jak założyciel McDonald’s

Skip to entry content

W latach dwutysięcznych, kiedy miałem 13 lat i szedłem do gimnazjum, ukazała się „Kinematografia” Paktofoniki i nie dało się odpędzić od kawałka „Jestem Bogiem”, a Polska przeżywała pierwszy boom na hip-hop. Na każdym osiedlu było po 5 składów, a w każdej klatce był ktoś, kto pisał teksty, składał podkłady, freestyle’ował albo chociaż robił beatbox. W tych czasach na palcach połowy ręki mogłem policzyć znajomych, którzy nie chcieli być jak Magik, Fokus albo Rahim. Co nocy w głowach śnił się ten sam sen projektowany na wewnętrznych stronach powiek – zostać gwiazdą rapu.

Wielu moich kolegów było przekonanych do szpiku kości, że kariera muzyczna czeka na nich tuż za rogiem, ale zatrzymywali się na etapie odłożenia pieniędzy na mikrofon. Czy nauki programu do obróbki dźwięku. Albo popracowania trochę z emisją głosu. To nie były przeszkody nie do przejścia na „zasadzie nie mam nóg, ale chcę biegać w maratonach”. To były po prostu kolejne etapy, które każdy musiał przejść, jeśli faktycznie zależało mu na zajmowaniu się muzyką. Do ich pokonania potrzebny był tylko czas i praca. Tylko tyle. W świetle tych faktów zaskoczę Was, jeśli powiem, że większość z nich nigdy nie nagrała nawet pierwszej płyty demo?

W 2013 kiedy rzucałem studia, część moich znajomych z uczelni miała genialne pomysły na biznes. Swój biznes. Na którym mieli zarabiać miliony, wydawać miliardy i obracać bilionami. Do dzisiaj, z tych kilkunastu osób, do etapu założenia własnej działalności gospodarczej doszedł tylko jeden kumpel. Jeden. Reszta nawet nie spróbowała, odpadli na etapie zgooglowania frazy „jak założyć firmę”.

W tym samym roku internetowe pamiętniki przeżywały apogeum swojej popularności, a facjaty blogerów wisiały na billboardach w całym kraju. Polska dowiedziała się, że nie tylko nastolatki prowadzą swoje stronki w sieci, a ich czytelnicy, że NAPRAWDĘ da się na tym zarobić. Blogowałem wtedy drugi rok, i jeździłem po tylu konferencjach branżowych na ile pozwalało mi 1200zł, za które w tamtym czasie się utrzymywałem. Tłukłem się po kilkanaście godzin w jedną stronę śmierdzącym, nieogrzewanym PKP na drugi koniec kraju, żeby dowiedzieć się jak zrobić sobie pracę z hobby i spotykałem ludzi, którzy przyszli tam po to samo. Każdy z tych pod sceną, chciał być jak ci na scenie – zarabiać na swojej pasji. Żyć na własny rachunek, będąc samemu sobie szefem, a nie tylko trybem w machinie, chodząc do zakładu pracy.

Cześć z tych osób uprawiała odtwórczy recycling tego, co jakiś czas temu zdążyli już zrobić znani i lubiani, ale część miała naprawdę odkrywcze, nietuzinkowe pomysły i tematykę o niebo i piekło ciekawszą niż moja. Z obu tych grup, dzika liczba osób zrezygnował z planu podboju świata zaledwie po kilku, kilkunastu miesiącach.

Czemu? Bo pieniądze nie przyszły tak szybko jak się spodziewali. Bo brakowało im jednej cechy, którą miał założyciel McDonald’s.

Sylvester Stallone

Syn imigrantów, urodzony z częściowym paraliżem twarzy, wykrzywieniem dolnej wargi i  zaburzeniami mowy, które zostały mu na całe życie. Gość o ekspresji taboretu kuchennego i zdolnościach aktorskich paździerzowej półki, z sylwetki przypominający manekina w sklepie militarnym. Do 24-go roku życia jego najlepiej znaną światu umiejętnością było kasowanie biletów przy pomocy dziurkacza. Mimo to, postanowił, że zostanie aktorem. I to nie byle jakim. Oscarowym. Gwiazdą kina znaną na całym świecie.

Dziś chyba nie ma człowieka, który nie widziałbym „Rocky’ego” albo „Rambo”? Dopiął swego, mimo, że ze scenariuszem do filmu o bokserze musiał nachodzić się po studiach filmowych bardziej niż Robert Korzeniowski, bo wszyscy mówili mu, że to padaka, której nikt nie obejrzy.

Peja

A w zasadzie Ryszard Andrzejewski, urodzony w latach 80-tych na poznańskich Jeżycach. W epicentrum patologii i beznadziei, gdzie po zmroku nie zapuszcza się nawet policja. Gdy miał 12 lat zmarła jego mama, od tego momentu wychowywał go w pojedynkę ojciec alkoholik, którego nowotwór zabił 8 lat później. Mimo wszystkich przesłanek ku temu, by spędzić życie zbierając na wino w bramie, postanowił, że będzie muzykiem i zajmie się nieistniejącym wówczas w Polsce gatunkiem. Rapem.

Od 1995 do 2000 roku nagrał 4 albumy, które ukazały się jako legalne wydawnictwa dostępne w oficjalnej sprzedaży, jednak zupełnie nie przełożyły się na sukces komercyjny i popularność, przez co Peja dalej żył na skraju ubóstwa. Półtora roku później, cały czas dorabiając dorywczo w pracach fizycznych by mieć na podstawowe wydatki, nie poddając się, kolejny raz zmieniając wytwórnię i kolejny raz spędzając setki godzin przy tworzeniu muzyki, jako zespół Slums Attack nagrał płytę „Na legalu?”.

Płytę, która sprzedała się w ponad 100 000 egzemplarzy pokrywając się platyną i na stałe otwierając Peji drzwi do świata dobrobytu, spełnienia artystycznego i show-biznesu.

Założyciel McDonald’s

Choć jeśli miałbym być ultra dokładny, to powinienem napisać „populyzator McDonald’s”. Podwaliny pod globalną sieć barów szybkiej obsługi w rzeczywistości stworzyli dwaj bracia – Richarda i Maurice’a McDonald – zakładając mały bar w San Bernardino, ale to właśnie Ray Kroc sprawił, że ten lokalny biznes stał się globalny, rozprzestrzeniając BigMaca na cały świat.

Ray zanim stał się multimiliarderem, już na zawsze zmieniając najważniejszy punkt szkolnych wycieczek do Krakowa z Sukiennic na McDonald’s, pokonał kilka niepowodzeń i zawodów. Całe życie chciał stworzyć wielki, skalowalny interes, biznesowe imperium, które zapisze się na kartach historii, ale nie było nim ani sprzedawanie papierowych kubków, ani mleko w proszku, ani multimiksery. Żeby którymi móc handlować, jak najgorszy akwizytor z bagażnika, musiał zastawić dom i zainwestować wszystkie oszczędności.

Dopiero w wieku 52 lat, gdy większość osób bardziej myśli o emeryturze niż rozwoju zawodowym, trafił na mały lokal w Kalifornii – rewolucyjny jak na tamte czasy, bo nie było w nim kelnerek, a jedzenie podawano w papierowych torbach – który jawił mu się jako amerykański sen, będący korzeniem żyły złota. Kolejny raz, ryzykując finansowo, wywrócił swoje życie do góry nogami inwestując wszystko w rozwój McDonald’s. I tym razem trafił w dziesiątkę.

Mozolnie szukając franczyzobiorców, którzy otworzyliby kolejne lokale i walcząc z braćmi założycielami przy każdej próbie wprowadzenia zmian do interesu, nie poddając się ani razu, gdy jego pomysły były torpedowane, w końcu wepchał ten syzyfowy kamień na sam szczyt. Zamieniając nikomu nieznany, malusieńki McDonald’s w McImperium znane WSZYSTKIM.

Nie dokonałby tego, gdyby nie jedna cena cecha, o której wcielający się w niego Michael Keaton mówi pod koniec filmu.

Wytrwałość

Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nie nagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość i determinacja są wszechmocne.

To słowa Calvin Coolidge’a – 30-go prezydenta Stanów Zjednoczonych – które w „McImperium” powtarza Ray Kroc, a którymi kierował się i Sylwester Stallone, i Peja, i ja również podpisuję się pod nimi wszystkimi kończynami. Bo obserwując rzeczywistość i analizując życiorysy osób, które odniosły sukces, jakkolwiek byśmy go nie definiowali, nasuwa się jedna myśl.

Żeby odnieść sukces nie musisz być genialny, odkrywczy, ani nawet ładny. Wystarczy, że będziesz wytrwały.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nate McBean

 

---> SKOMENTUJ

Adam Mickiewicz

W trakcie wczorajszej rozmowy na temat języka polskiego i makaronizmów, jedna z moich koleżanek – Tattwa – rzuciła mi wyzwanie, które brzmiało tak:

Janek, oficjalnie i przy ludziach rzucam Ci wyzwanie: napisz tekst o seksie, w którym ani razu nie padnie słowo „seks” ani żadna jego pochodna.

Uznałem, że to za łatwe, bo każdy kto czytał erotyki Leśmiana, wie, że to prostsze, niż równanie z jedną niewiadomą. Żeby więc podnieść poprzeczkę na wyższy poziom niż test gimnazjalny, Magda dodała, że mam to zrobić trzynastozgłoskowcem. Czyli wierszem, w którym każdy, ale to każdy wers ma 13 sylab. Jak na przykład „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza. No to już brzmi jak coś, przy czym trzeba ruszyć głową, co?

Spoko, wyzwanie zaakceptowane!

 

Trzynastozgłoskowiec o seksie

 

Wieczór był ciepły, choć nie jak na Costa Brava

Pijani Angole kupowali kebaba

On wygłodniały, też chciał se zapiekankę zjeść

Ale brakowało w portfelu groszy sześć

Zaczepił ją z uśmiechem na końcu Szewskiej

Pytając, czy mu nie dorzuci na zapieksę

Pierwszoroczniaczka w towarzystwie karków dwóch

Spojrzała jakby w pracy co dzień woził gruz

Kark wypłacił mu bombę, taki zbrojny konflikt

I poczerwieniał jakby miał młodzieńczy trądzik

Zirytowany, że przejechał po nim walec

„Szmulo, wsadź se te grosze w wielbłądzi palec!”

Rzekł wycierając krew z ciżemek z łyżwą

Myśląc, że ciut niesprawiedliwe jest to wszystko

Śledząc węża, do domu pocisnął na nogach

A jego ego bolało bardziej niż głowa

Niedzielnego kaca spędził na lizaniu ran

I konsultacji wybielacza do krwawych plam

Poniedziałek w korpo był jak dzień w piekle

Więcej lizania dupy, niż gdy pies ma cieczkę

Raporty, wyniki, spotkania, ocipieć można

I jeszcze rekrutacja. Aż swędzi go moszna

Lecz, cóż to? Któż to jest na krześle kandydata?

Oczy go mylą, czy to ta sobotnia szmata?

Zabić, odprawić, czy zabawić się nią trochę?

Myśli i czuje, że ma na trzecie ochotę

Pierwszoroczniaczka przez łzy przepraszać zaczyna

I mówi, że nie znała karka-skurwysyna

Lecz typ nie debil, tak łatwo nabrać się nie da

I pyta, czy na muzyce grała na fletach

Ona, że owszem, że dobrze zna ten instrument

Choć nie wie jaki ma to związek w ogóle

Typ rzecze, że chce sprawdzić jej chwytów znajomość

A ona już wie o czym myśli ten jegomość

Pracę chce dostać, bo starzy hajs jej odcięli

Więc chwilę może być pracownicą burdeli

Na czterech łapach jak kot się skrada do pana

I gdy pan rozkaże na polecenie siada

Klęcząc mocuje się z napiętym rozporkiem

I myśli, czy dostanie tę pracę przed wtorkiem

Jeśli da temu pana ptakowi polatać

Tak, by po locie pana ptak skrzydła poskładał

I uwalnia ze spodni to zwierzę gwałtowne

Myśląc – „chętnie gościłabym je w swej kołdrze”

I nawet propozycja ta z ust jej pada

Gdy ptak miota się, bo bliski jest szczytowania

I gdy ostatkiem sił wyjękuje „o kurwa”

A ona czuje, że pełne ciepła ma usta

I zlizuje z palców co zostało na nich

Orientuje się, że daleko jej do damy

Za późno jednak na te moralne rozkminy

Stało się, ptak leży w jej buzi bez siły

Gdy podnosi się z kolan, błagalnie pyta

„Mam tę pracę? Dobrze oporządzona pyta?”

Typ rzekł bez zażenowania, bez żadnej spiny

„Proszę czekać, w razie czego oddzwonimy”.

---> SKOMENTUJ

Dwuznaczności, które otwierają umysł

Skip to entry content

Często pytacie skąd w moich wpisach tyle porównań i co mnie inspiruje przy pisaniu kolejnych. Nigdy nie było to większą zagadką niż pytanie czemu kobiety chodzą parami do toalety, ale odpowiem na nie jeszcze raz, bo ten temat powtarza się częściej, niż środa po wtorku. Otóż nie miałbym w postach tyle jaków, gdybym nie słuchał od 6-ej klasy podstawówki rapu, którego fundamentem jest właśnie ten środek stylistyczny.

Jeśli chcesz wznieść swój warsztat pisarski na wyższy poziom i nauczyć się składania lotnych, celnych analogii, to posłuchaj DonGuralEsko, Rasmentalismu albo Pezeta. A jeśli chcesz otworzyć umysł na gry słowne, a w szczególności dwuznaczności i widzieć w prostych zwrotach dużo więcej niż wynika to z definicji słownikowej, to odpal Quebonafide. Bo tak się składa, że właśnie wydał dwie kozackie płyty – „Ezoterykę” i „Erotykę” – które są wypchane po samiuśkie brzegi wersami możliwymi do interpretacji na co najmniej dwa sposoby.

Brzmi zawile i niezrozumiale? To już tłumaczę o co chodzi.

Łapię ciśnienie, bo za dużo barów w tym mieście nie daje mi spać.

Idealny przykład kreatywnego wykorzystania podwójnych znaczeń słów. Bar jako miejsce, gdzie pije się alkohol i spotyka z ludźmi i bar jako jednostka miary ciśnienia. A teraz przeczytaj cytat jeszcze raz – dobre, co?

Nie rozliczam się z jutrem, to tyra dla moich księgowych.

Też coś prostego, a po zauważeniu całkiem efektownego. Połączenie potocznego „rozliczania się z życiem” i rozliczania w sensie dosłownym, jako operacji finansowej.

Nie zjadają mnie nerwy, to ja zjadam nerwy #pycha.

Tu mamy piękne spuentowanie linijki dwuznacznym słowem-kluczem. I zarówno „pycha” w sensie „ale dobre”, jak i w rozumieniu postawy, charakteryzującej się wyniosłością, sprawia, że trudno nie uśmiechnąć się przy tym wersie.

Ledwo żywy, bo wykańcza mnie deadline.

To tłumaczenie „terminu” na angielski, nigdy nie było dla mnie jakoś wyjątkowo spektakularne, bo to jedna z oczywistszych gier słownych, ale jak puściłem ten numer kumplowi, to okazało się, że nie dla wszystkich. Reakcja była mnie więcej taka: „łooo, deadline, to przecież linia śmierci po polsku! Ale dobre, ale dobre, łooo!”.

Chcesz otrzeć się o sukces? Widzę jak niewinnie się skradasz. Proszę, odejdź z tym froteryzmem, madamme.

Żeby rozumieć ten tekst, trzeba wiedzieć, że froteryzm to rodzaj dewiacji seksualnej, która polega na ocieraniu się o ciało obcej osoby w zatłoczonych miejscach publicznych. I jak już to wiemy, możemy docenić pomysłowe powiązanie potocznego „ocierania się o sukces” z wcześniej wspomnianym zboczeniem. I jarać się, że całość można interpretować zarówno jako uniwersalne minięcie się z triumfem, jak i apel do kobiet, żeby nie namawiały autora na seks, co sugeruje apostrofa „madamme”. Gdyby quebo napisał to 200 lat temu, Mickiewicz mógłby czuć się zawstydzony.

Wyciągam kafla za kaflem, dla mnie ten biznes to jenga.

Kafel – slangowe określenie tysiąca złotych i kafel – element gry zręcznościowej, polegającej właśnie na sprawnym wyciąganiu klocków. Aż mi głupio, że nigdy w to nie grałem.

Mój rap jest w modzie, jeszcze sobie trochę pokrzyczy, a mogłem pogrzebać nadzieję i cały ten fejm ograniczyć do grobowej ciszy.

Jeden z najbardziej przekminionych wersów na „Ezoteryce”. Z jednej strony sformułowanie „być w modzie” i zwinne połączenie go ze zwrotem zwrotem „krzyk mody”, a z drugiej popularne „pogrzebanie nadziei” i nawiązująca – poprzez odniesienie do pochówku – „grobowa cisza”. Jakby zastanawiania się nad składowymi zdania było mało, to początek i koniec pięknie kontrastuje na ogólnym poziomie – „krzyk” kontra „cisza”. I to znów w dwóch znaczeniach. Ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, że rap to coś więcej, niż rymowanie bezokoliczników o nienawiści do policji?

Bawisz się mną kotku? Jestem kłębkiem nerwów.

Kotek – kot, kotek – dziewczyna, kłębek – kulka z wełny, kłębek nerwów – bardzo nerwowa osoba, bawić się czymś – dosłownie, bawić się kimś – manipulować, mącić w głowie. Tylko 7 słów, a tyle znaczeń! FATALITY!

W imię czego znowu pęka ten Smirnoff? Chyba czas na przedstawienie: Kuba.

Mój ulubiony wers, chyba najlepiej obrazujący jak genialnym tekściarzem jest Quebonafide i co można zrobić z oczywistymi, zakorzenionymi w naszej kulturze zwrotami. „W imię czego?” odnosi się tu zarówno do frazeologicznego znaczenia związku, czyli „po co pijemy?”, jak i bezpośrednio do pytania o imię, natomiast „chyba czas na przedstawienie” i odpowiada na poprzednie pytanie, i informuje o tym, że czas na występ Kuby. Żeby jednak w pełni docenić tę grę słowną, jak i wszystkie poprzednie, trzeba to po prostu usłyszeć.

I jak drzwiczki do umysłu wyważone? Patrzysz na ekran komputera i lustrując słowa widzisz macierz z filmu z Keanu Reaves?

---> SKOMENTUJ