Close
Close

Jak uniemożliwić czytanie książki chujowym tłumaczeniem?

Skip to entry content

Znacie tych wariatów, którzy przy dyskusjach o literaturze zawsze drą japę, że publikacje powinno się czytać tylko i wyłącznie w języku autora? Powoli zaczynam do nich dołączać.

W styczniu kupiłem sobie szumnie zapowiadaną biografię Jaya-Z „Król Ameryki” autorstwa Marka Beaumonta, jednak przełożoną na język polski. Byłem mega zajarany, bo życiorys Jaya, to historia dużo bardziej inspirująca i motywująca do działania, niż patetyczne gadki domorosłych coachów na YouTube. Koleś wychowywał się na Brooklynie w największej patoli – jego osiedle składało się z samych ćpunów i dilerów, będąc dzieciakiem postrzelił brata, a od 13-go roku życia sprzedawał kokainę prowadząc obwoźny handel na skrzyżowaniach. A mimo to, ani nie przećpał się od własnego towaru, ani nie zginął w wojnie ganów, ani nie zgnił w więzeniu, tylko został multimilionerem i muzyczną legendą, zbijając fortunę na rapie. W legalny sposób. A w zeszłym miesiącu odpali „Tidala” – konkurencję dla Spotify.

No, powiedzcie, czy to nie robi wrażenia?

Biografie „od zera do milionera” zawsze nadmiernie pobudzają mi prawą półkulę mózgu, bo moja siedmiocyfrówka wciąż przede mną. Dlatego po powrocie z księgarni, łamiąc przepisy BHP i nie myjąc rąk ani stóp, od razu rzuciłem się do czytania. I już po 9 stronach cały entuzjazm wygasł, jakby ktoś go polał ciekłym azotem, a w ustach zaczęło zgrzytać jakbym najadł się żwiru. Bo tłumaczenie „Króla Ameryki” na polski jest tak chujowe, że całkowicie uniemożliwia odbiór książki. Po prostu NIE DA SIĘ TEGO CZYTAĆ!

Żeby nie być gołosłownym, podam Wam kilka przykładów, w jaki sposób opowieść o dilerze koksu, który stał się jednym z najlepszych raperów i ikoną pokolenia, została przełożona na nasz język.

Obserwował dilerów podczas gry w kości i spychał nieprzytomnych nałogowców z ławek, po czym ZAŚMIEWAŁ SIĘ na widok ich przedwczesnych pobudek.

Od 6-tej klasy podstawówki słucham rapu, do końca liceum mieszkałem w bloku i znam trylion ludzi z klimatu. Żaden, ale to ŻADEN hip-hopowiec, nie użyłby sformułowania „zaśmiewać się”, mając na myśli lanie z kogoś, kręcenie beki, czy darcie łacha. Zresztą, w ogóle w życiu nie słyszałem, żeby ktokolwiek użył tak sztywnego zwrotu. No, ale to przecież tylko książka o życiu rapera, tu można.

Później natomiast INDAGOWAŁ go na temat sformułowań z wystawowych wywieszek, czy stroju mijanych przechodniów.

Przepraszam bardzo, ale co robił? Mogę założyć się o piątkę z wagi, że Jaya-Z nikt nigdy nie indagował. Ani jego rodziny, ani znajomych, ani nikogo w odległości stanu.

Przeczuwając DRAKĘ, podekscytowany chłopak podążył za parą, w otoczeniu swojej świty do pobliskiej klatki chodowej.

Przeczuwać „drakę” mogłaby moja prababcia gdyby żyła, ale murzyński nastolatek w nowojorskim getcie duszącym się smrodem cracku, może przeczuwać rozpierdol, oklep, dym, ustawkę, napierdalankę, strzelaninę bądź zbiorowy gwałt, ale nie kurwa „drakę”.

Choć śmierć Benny’ego sprawiła, że Shawn zachowywał teraz większą ostrożność podczas swoich osiedlowych PEREGRYNACJI, skusiła go jednak muzyka.

Czy przekład książki z angielskiego na polski, to jest jakiś konkurs na zastosowanie jak największej liczby nieużywanych słów? Czytając to nie wiem, czy tłumacz bardziej chciał się pochwalić, że dostał słownik Kopalińskiego na gwiazdkę, czy że zna wszystkie zwroty związane z kościołem katolickim.

 RYCHŁO rozeszła się fama o jego biegłości i CZUPURNOŚCI w minizawodach, organizowanych w jadłodajni, z udziałem rywalizujących z nim raperów aspirantów, przy akompaniamencie rytmów, które wybijano na blatach.

To była 45 strona z 553 i poddałem się. Chciałem przeczytać opowieść o mocno doświadczonym przez życie geniuszu-wizjonerze, który wyszedł z totalnej biedy i wspiął się na szczyt świata dzięki hip-hopowi, czując na skórze klimat tej drogi i widząc przed oczami tło opisywanych wydarzeń, a dostałem jakiś wykastrowany z kontekstu zakalec, który jest tak ciężkostrawny, że nawet zalewając się litrem spirytusu nie da rady go przetrawić.

Właśnie tak chujowe tłumaczenie uniemożliwia czytanie książki.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

W trakcie wczorajszej rozmowy na temat języka polskiego i makaronizmów, jedna z moich koleżanek – Tattwa – rzuciła mi wyzwanie, które brzmiało tak:

Janek, oficjalnie i przy ludziach rzucam Ci wyzwanie: napisz tekst o seksie, w którym ani razu nie padnie słowo „seks” ani żadna jego pochodna.

Uznałem, że to za łatwe, bo każdy kto czytał erotyki Leśmiana, wie, że to prostsze, niż równanie z jedną niewiadomą. Żeby więc podnieść poprzeczkę na wyższy poziom niż test gimnazjalny, Magda dodała, że mam to zrobić trzynastozgłoskowcem. Czyli wierszem, w którym każdy, ale to każdy wers ma 13 sylab. Jak na przykład „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza. No to już brzmi jak coś, przy czym trzeba ruszyć głową, co?

Spoko, wyzwanie zaakceptowane!

 

Trzynastozgłoskowiec o seksie

 

Wieczór był ciepły, choć nie jak na Costa Brava

Pijani Angole kupowali kebaba

On wygłodniały, też chciał se zapiekankę zjeść

Ale brakowało w portfelu groszy sześć

Zaczepił ją z uśmiechem na końcu Szewskiej

Pytając, czy mu nie dorzuci na zapieksę

Pierwszoroczniaczka w towarzystwie karków dwóch

Spojrzała jakby w pracy co dzień woził gruz

Kark wypłacił mu bombę, taki zbrojny konflikt

I poczerwieniał jakby miał młodzieńczy trądzik

Zirytowany, że przejechał po nim walec

„Szmulo, wsadź se te grosze w wielbłądzi palec!”

Rzekł wycierając krew z ciżemek z łyżwą

Myśląc, że ciut niesprawiedliwe jest to wszystko

Śledząc węża, do domu pocisnął na nogach

A jego ego bolało bardziej niż głowa

Niedzielnego kaca spędził na lizaniu ran

I konsultacji wybielacza do krwawych plam

Poniedziałek w pracy był jak dzień w piekle

Więcej lizania dupy, niż gdy pies ma cieczkę

Raporty, wyniki, spotkania, ocipieć można

I jeszcze rekrutacja. Aż swędzi go moszna

Lecz, cóż to? Któż to jest na krześle kandydata?

Oczy go mylą, czy to ta sobotnia szmata?

Zabić, odprawić, czy zabawić się nią trochę?

Myśli i czuje, że ma na trzecie ochotę

Pierwszoroczniaczka przez łzy przepraszać zaczyna

I mówi, że nie znała karka-skurwysyna

Lecz typ nie debil, tak łatwo nabrać się nie da

I pyta, czy na muzyce grała na fletach

Ona, że owszem, że dobrze zna ten instrument

Choć nie wie jaki ma to związek w ogóle

Typ rzecze, że chce sprawdzić jej chwytów znajomość

A ona już wie o czym myśli ten jegomość

Pracę chce dostać, bo starzy hajs jej odcięli

Więc chwilę może być pracownicą burdeli

Na czterech łapach jak kot się skrada do pana

I gdy pan rozkaże na polecenie siada

Klęcząc mocuje się z napiętym rozporkiem

I myśli, czy dostanie tę pracę przed wtorkiem

Jeśli da temu pana ptakowi polatać

Tak, by po locie pana ptak skrzydła poskładał

I uwalnia ze spodni to zwierzę gwałtowne

Myśląc – „chętnie gościłabym je w swej kołdrze”

I nawet propozycja ta z ust jej pada

Gdy ptak miota się, bo bliski jest szczytowania

I gdy ostatkiem sił wyjękuje „o kurwa”

A ona czuje, że pełne ciepła ma usta

I zlizuje z palców co zostało na nich

Orientuje się, że daleko jej do damy

Za późno jednak na te moralne rozkminy

Stało się, ptak leży w jej buzi bez siły

Gdy podnosi się z kolan, błagalnie pyta

„Mam tę pracę? Dobrze oporządzona pyta?”

Typ rzekł bez zażenowania, bez żadnej spiny

„Proszę czekać, w razie czego oddzwonimy”.

Dwuznaczności, które otwierają umysł

Skip to entry content

Często pytacie skąd w moich wpisach tyle porównań i co mnie inspiruje przy pisaniu kolejnych. Nigdy nie było to większą zagadką niż pytanie czemu kobiety chodzą parami do toalety, ale odpowiem na nie jeszcze raz, bo ten temat powtarza się częściej, niż środa po wtorku. Otóż nie miałbym w postach tyle jaków, gdybym nie słuchał od 6-ej klasy podstawówki rapu, którego fundamentem jest właśnie ten środek stylistyczny.

Jeśli chcesz wznieść swój warsztat pisarski na wyższy poziom i nauczyć się składania lotnych, celnych analogii, to posłuchaj DonGuralEsko, Rasmentalismu albo Pezeta. A jeśli chcesz otworzyć umysł na gry słowne, a w szczególności dwuznaczności i widzieć w prostych zwrotach dużo więcej niż wynika to z definicji słownikowej, to odpal Quebonafide. Bo tak się składa, że właśnie wydał dwie kozackie płyty – „Ezoterykę” i „Erotykę” – które są wypchane po samiuśkie brzegi wersami możliwymi do interpretacji na co najmniej dwa sposoby.

Brzmi zawile i niezrozumiale? To już tłumaczę o co chodzi.

Łapię ciśnienie, bo za dużo barów w tym mieście nie daje mi spać.

Idealny przykład kreatywnego wykorzystania podwójnych znaczeń słów. Bar jako miejsce, gdzie pije się alkohol i spotyka z ludźmi i bar jako jednostka miary ciśnienia. A teraz przeczytaj cytat jeszcze raz – dobre, co?

Nie rozliczam się z jutrem, to tyra dla moich księgowych.

Też coś prostego, a po zauważeniu całkiem efektownego. Połączenie potocznego „rozliczania się z życiem” i rozliczania w sensie dosłownym, jako operacji finansowej.

Nie zjadają mnie nerwy, to ja zjadam nerwy #pycha.

Tu mamy piękne spuentowanie linijki dwuznacznym słowem-kluczem. I zarówno „pycha” w sensie „ale dobre”, jak i w rozumieniu postawy, charakteryzującej się wyniosłością, sprawia, że trudno nie uśmiechnąć się przy tym wersie.

Ledwo żywy, bo wykańcza mnie deadline.

To tłumaczenie „terminu” na angielski, nigdy nie było dla mnie jakoś wyjątkowo spektakularne, bo to jedna z oczywistszych gier słownych, ale jak puściłem ten numer kumplowi, to okazało się, że nie dla wszystkich. Reakcja była mnie więcej taka: „łooo, deadline, to przecież linia śmierci po polsku! Ale dobre, ale dobre, łooo!”.

Chcesz otrzeć się o sukces? Widzę jak niewinnie się skradasz. Proszę, odejdź z tym froteryzmem, madamme.

Żeby rozumieć ten tekst, trzeba wiedzieć, że froteryzm to rodzaj dewiacji seksualnej, która polega na ocieraniu się o ciało obcej osoby w zatłoczonych miejscach publicznych. I jak już to wiemy, możemy docenić pomysłowe powiązanie potocznego „ocierania się o sukces” z wcześniej wspomnianym zboczeniem. I jarać się, że całość można interpretować zarówno jako uniwersalne minięcie się z triumfem, jak i apel do kobiet, żeby nie namawiały autora na seks, co sugeruje apostrofa „madamme”. Gdyby quebo napisał to 200 lat temu, Mickiewicz mógłby czuć się zawstydzony.

Wyciągam kafla za kaflem, dla mnie ten biznes to jenga.

Kafel – slangowe określenie tysiąca złotych i kafel – element gry zręcznościowej, polegającej właśnie na sprawnym wyciąganiu klocków. Aż mi głupio, że nigdy w to nie grałem.

Mój rap jest w modzie, jeszcze sobie trochę pokrzyczy, a mogłem pogrzebać nadzieję i cały ten fejm ograniczyć do grobowej ciszy.

Jeden z najbardziej przekminionych wersów na „Ezoteryce”. Z jednej strony sformułowanie „być w modzie” i zwinne połączenie go ze zwrotem zwrotem „krzyk mody”, a z drugiej popularne „pogrzebanie nadziei” i nawiązująca – poprzez odniesienie do pochówku – „grobowa cisza”. Jakby zastanawiania się nad składowymi zdania było mało, to początek i koniec pięknie kontrastuje na ogólnym poziomie – „krzyk” kontra „cisza”. I to znów w dwóch znaczeniach. Ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, że rap to coś więcej, niż rymowanie bezokoliczników o nienawiści do policji?

Bawisz się mną kotku? Jestem kłębkiem nerwów.

Kotek – kot, kotek – dziewczyna, kłębek – kulka z wełny, kłębek nerwów – bardzo nerwowa osoba, bawić się czymś – dosłownie, bawić się kimś – manipulować, mącić w głowie. Tylko 7 słów, a tyle znaczeń! FATALITY!

W imię czego znowu pęka ten Smirnoff? Chyba czas na przedstawienie: Kuba.

Mój ulubiony wers, chyba najlepiej obrazujący jak genialnym tekściarzem jest Quebonafide i co można zrobić z oczywistymi, zakorzenionymi w naszej kulturze zwrotami. „W imię czego?” odnosi się tu zarówno do frazeologicznego znaczenia związku, czyli „po co pijemy?”, jak i bezpośrednio do pytania o imię, natomiast „chyba czas na przedstawienie” i odpowiada na poprzednie pytanie, i informuje o tym, że czas na występ Kuby. Żeby jednak w pełni docenić tę grę słowną, jak i wszystkie poprzednie, trzeba to po prostu usłyszeć.

I jak drzwiczki do umysłu wyważone? Patrzysz na ekran komputera i lustrując słowa widzisz macierz z filmu z Keanu Reaves?

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.