Close
Close

Tym razem uliczne historie są o lekkim zabarwieniu internacjonalnym, bo i przewija się w nich Rzym i Egipt, choć nie tak bardzo, jak w tych z lutego. W marcowej złotej dziesiątce zapisków z knajp, środków transportu i deptaków, jest trochę o naszej narodowości, trochę o książkach i trochę o jedzeniu. I oczywiście sporo o sprawach damsko-męskich.

 

#1 – Fakt, że przyleciałem do Hurghady bez dziewczyny, chłopaka ani prawnego opiekuna budził spore zainteresowanie:

– Pan taki przystojny i ciągle jest sam. Może ja się przysiądę?
– Wie pani co, nie miałbym nic przeciwko, ale muszę pracować.
– Ach dyplomata. Rozumiem, ze narzeczona czeka w Polsce?
– Nie jesteśmy jeszcze narzeczeństwem, ale chodzi o to, że przyleciałem tu do pracy i…
– Ja rozumiem, rozumiem, nie musi się pan tłumaczyć. Ja też miałam kiedyś zazdrosnego narzeczonego. Niech pan sobie wyobrazi, że robił mi awantury o wszystko. Dosłownie o wszystko! Nawet o to, że na weselu jego kuzynki poszłam z jego bratem gwiazdy pooglądać, a to przecież jedna rodzina była, więc co za różnica, który Zagrzecki mnie za kolano złapał?

No ja bym tam jednak widział różnicę.

 

#2 – Gadka-szmatka z panem ręcznikowym przy plaży:

– Ruskie?
– Nie, polskie.
– Aaa. Cieść, jak sie maś?
– Dobrze, a ty?
– Dobra, dobra, ziupa z bobra.

Pokonał mnie.

 

#3 – Jak się dowiedziałem z rozmowy pod Uniwersytetem Pedagogicznym, Tinder faktycznie działa:

– …czyli co, że da się tam znaleźć normalną dziewczynę? Taką wiesz, fajną, nie tylko na seks, tylko normalną, taką do spotykania się, żeby do kina pójść, czy coś?
– No jak poszukasz, to da się.
– I co, ty masz taką?
– No. W tym miesiącu już trzecią.

 

#4 – Dzień jak co dzień, jadę tramwajem, w środku zimno jak w kamienicy i jakiś koleś na siedzeniu obok mnie kicha, jakby się nawąchał tabaki:

– Na zdrowie.
– Masz jakiś [słowo_którego_nie_mogłem_użyć_ze_względu_na_miesiąc_bez_przekleństw] problem frajerze?

A ja tylko chciałem być miły.

 

#5 – Zwierzenia pretendującego Pana Miecia pod delikatesami na Królewskiej:

– …i podbija psiarnia i mówi, że mnie będzie na izbę zawijać, a ja mówię, że dobrze, bo i tak się miałem do domu wybierać.

 

#6 – Hotelowa masażystka w trakcie niezobowiązującej rozmowy na plaży rozkminiła moją prawdziwą narodowość:

– Heloł, hał ar ju?
– Fine, thanks. Sorry but I’m working.
– Du ju łont masasz?
– No, thanks. I’m working.
– Łer ju from?
– Poland. Thanks for your help but I need to work.
– End ju dont łont masasz?
– No.
– Bat ewribadi form Polant łont masasz.
– But I’m working and I don’t need that.
– Ju ar lajer, ju ar not from Polant. Ewribadi from Polant łont masasz. Ju ar from Dżermani.

 

#7 – Trzydziestokilkulatkowie randukjący nad Wisłą:

– A co ostatnio czytałeś?
– Co czytałem? Hehe, no czytałem „Pies, który jeździł koleją”, hehe, i takie tam. Ale ogólnie nie należę do ludzi, którzy zajmują się takimi głupotami, hehe.

 

#8 – Idę do drukarni, żeby odebrać identyfikatory na „Smok Bloga” i podchodzi do mnie starszy pan. Nie wyglądał jak mój potencjalny czytelnik, więc nie miałem pomysłu o co może mu chodzić:

– Przepraszam bardzo, mógłby mi pan pomóc?
– A o co chodzi?
– Proszę za mną.
– Podchodzimy do słupa ogłoszeniowego i pokazuje palcem na plakat z Marylą Rodowicz.
– Mógłby mi pan powiedzieć co tu pisze?
– „Maryla Rodowicz akustycznie”.
– No właśnie, akustycznie, to znaczy jak? Bez plejbeku?
– Tego bym się nie spodziewał, ale podejrzewam, że to znaczy, że z gitarą akustyczną. Taką wie pan…
– Taką jak na ogniskach harcerskich?
– Tak, tak, coś takiego.
– To idę, dziękuję bardzo!

I pobiegł.

 

#9 – Dysputy gastronomiczne w Ambasadzie Śledzia:

– Zjadłbym coś.
– Stary, kiedyś tu jadłem jakiś makaron. A potem poszedłem ruchać. I tak mnie zaczął napierdalać żołądek, że musiałem przestać i pójść do domu. Więc wyobraź sobie jak chujowy ten makaron musiał być.

 

#10 – W trakcie Wielkanocy w Rzymie ciągle ktoś mnie zaczepiał, żeby wepchnąć mi kij do samojebek. Przyzwyczajony do nagabywania przez Murzynów, po prostu ich ignorowałem i udawałem, że nie odnotowuję ich istnienia, ale nie wszyscy mieli na tym mocne nerwy. Gdy na Placu Świętego Piotra ten sam Murzyn trzeci raz podszedł z hasłem „selfie, selfie stick 5 euro” do Polki modlącej się przed kaplicą, nie dała rady:

– Proszę ode mnie odejść, proszę do mnie nie podchodzić i proszę stąd wyjść! Natychmiast! Jestem w Watykanie, rozumie pan? W WA-TY-KA-NIE! Miejscu, gdzie się modli! Modli, a nie sprzedaje gadżety! Chcę się pomodlić, a pan mi przeszkadza, więc do jasnej cholery proszę stąd odejść! Proszę w tej chwili stąd wyjść, bo dzwonię po policję!
– Ooo, pojonia! Ni szłość siem, bo szłość piknoźci kodzi, a ti jeścieś piekna!
– Yyy… dziękuję, bardzo pan miły.
– Jeścieś piekna, a piekna cieba foto. Selfie stick 5 euro!

 

Przy poprzednich „ulicznych historiach” wrzuciliście do komentarzy wiele rozbrajających opowieści – między innymi o maczetach – za co wielkie dzięki, bo uśmiałem się nie mniej, niż pytając o wysokość zasiłku dla bezrobotnych w Urzędzie Pracy. Jeśli więc macie jakieś pokręcone jak włosy Ewy Minge dialogi z ostatnich tygodni, to zapraszam do zabawy.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Dot

    ad. #3 Haha, skoro ma już trzecią, to rzeczywiście jest w czym przebierać.

    ad. #4 Serio? Ten koleś chyba nie wyniósł z domu kultury.

    ad. #6 Ale Ci dogadała.

    ad. #7 To musiało być dawno.

    ad. #8 Pomogłeś mu! Dla Ciebie to może niewiele, ale dzięki Tobie zrozumiał o jaki koncert chodzi.
    Ja kiedyś pomogłam Panu na przystanku odczytać rozkład. Niby takie nic, a ich bardzo cieszy :)

    ad. #10 Dobrze zaczęła, ale koleś chciał ją zbajerować. Wszystko tylko po to, żeby coś sprzedać.

  • Pingback: Najlepsze uliczne historie: czerwiec()

  • Mateusz Rzońca

    Raz będąc w osiedlowym sklepiku wziąłem jakieś chipsy czy inne używki, położyłem na ladzie razem z 20zł. W tym samym momencie ekspedientka bierze piwo z lady i wybiega ze sklepu krzycząc, że poprzedni klient zostawił. Czekam więc spokojnie, pani po chwili wraca i ze zdziwieniem pyta:
    – To Pan sobie jeszcze nie wydał? To Pan kasy nie potrafi obsłużyć?
    – Noo jakoś tak wyszło… [niepewnyuśmiech]
    – No to ja muszę Pana przeszkolić!
    Niestety. Nie przeszkoliła :<

  • Mańka

    Rzecz przytrafiła mi się w Katowicach:
    Jadę sobie autobusem obok mnie
    typowy Seba, który przesadził ze sterydami (czy czym to się można
    napompować jak ponton), naprzeciw para ze słodkim dzieckiem, pół
    autobusu się szczerzy do dzieciaka to ja i Seba też. Podczas wysiadania
    Seba patrzy na mnie i mówi :
    „Te, my se kiedyś też takie zrobimy, co nie ?”
    Propozycja nie do odrzucenia…

    • Dot

      :D

  • Posluchane na przystanku autobusowym w Edynburgu. Chlopiec ok 4 lata do taty.

    ch: Dad, what is a devil?
    D: it’s the opposite of god
    ch: soooo, is devil a good guy?
    D: stop asking questions…

  • Maturzysta Hejter

    Starszy pan z ósemki mnie rozbroił.

  • Sue

    Byłam w Empiku, podchodzi do mnie jakaś starsza pani:
    -Przepraszam, czy pani tu pracuje?
    -Nie, nie pracuję tutaj. Oczywiście rozmowę taką przeprowadzałam już tysiąc razy, więc sądziłam, że to już koniec, jednak pani jeszcze nie skończyła:
    -Naprawdęę? Bo pani wygląda na taką co tu pracuje.
    -Aha…
    Miałam wtedy czerwoną bluzkę, o ile dobrze pamiętam pracownicy Empiku mają czarne. Może to coś z moją twarzą jest nie tak, skoro dla każdej starszej pani wyglądam jak pracowniczka Empiku?

  • Marta Raduszkiewicz

    W Gdyńskim trajdku
    Syn na oko 5 lat do matki:
    Mamo srac mi się chce!
    Matka: wytrzymaj jeszcze dwa przystanki, wysrasz się w domu.
    Kultura oczywiście musi być więc rozmowa ta prowadzona była tak głośno, ze aż Wszyscy pasażerowie spojrzeli na kochana rodzinkę

    • Ech…

    • Dot

      Wprost uwielbiam głośne historie autobusowe.

  • Karolina T

    Rozmowa przy przyjęciu dziecka do szpitala:
    – Czy córka na coś chorowała w ostatnim czasie?
    -Tak, ospę miała
    – Hmm…kiedy to było?
    – No tak z miesiąc temu
    – Ale miesiąc temu mieliście zabieg! To przed czy po zabiegu zachorowała?
    – A nie, zaczeka pani , może to inne dziecko, do żony zadzwonię…
    I zadzwonił …(twierdzi, że ma dwoje dzieci)

  • Stoję w sklepie odzieżowym w kolejce, przede mną kupuje Pani w wieku ok 40-50 lat .
    – Do zapłaty będzie 89zł
    – Zapłacę kartą
    – Oczywiście. Proszę wprowadzić Pin.
    -Proszę jeszcze sprawdzić ile mi tam na koncie pieniazków zostało
    – Ale proszę Pani terminale w sklepach nie mają takich funkcji
    – Ale jak to?

    nie mam więcej pytań………………… ogólnie ciężko mi było powstrzymać śmiech.

    • Anna Stefańska

      A to też z finansowych… Dzwoni do mnie do firmy klient z pytaniem o dane do przelewu i pyta: czy ja muszę wpisywać w tytule co zamawiam czy wy już będziecie wiedzieli?

    • To akurat jestem w stanie zrozumieć, ale też bym pewnie nie dał rady powstrzymać śmiechu.

  • Aleksandra Muszyńska

    I jeszcze powiem tylko, że #8 mnie jakoś tak…wzruszyło troszkę.Czy coś.Historie o dziarskich dziadkach/babciach, którym się jeszcze chce (jakkolwiek by tego nie interpretować) zawsze mnie ruszają.

  • Ziupa z bobra zrobiła mi dzień. :D No i przyznałbyś się nam wreszcie, żeś Ty from Dżermani. :D

    • Nie przyznaję się, za szorstki język mają.

  • Aleksandra Muszyńska

    Rozprawa.Oskarżony wyjaśnia.
    -I wie pan,on był rudy.I ja mu nie ufałem.Bo wie pan,co mòwią na mieście o rudych?
    Sędzia,zdziwiony: Nie. Co mòwią?
    Oskarżony,z obrzydzeniem: Że na 10 rudych to 11 fałszywych.
    Sędzia: Aha…zaprotokołujemy…

    • O Jezusieńku, to jest przepiękne!

      • Aleksandra Muszyńska

        Mam w zanadrzu lepsze. Ale nie będę was rozbestwiać, zostawię na później.

        • No nie bądź taka, daj jeszcze jedną na dobry sen.

          • Aleksandra Muszyńska

            Nie zaśniesz ze śmiechu – i komu to potrzebne?

  • #3 i #6 zupełnie mnie rozwaliły!

  • Edyta Trzeciak

    To ja też coś dorzucę.
    Koncert rockowy, grają mniej znane zespoły w jakieś piwnicy. Na ławeczce siedzą on i ona. W przerwie wywiązuje się mniej więcej taka rozmowa.
    ona: (przeglądając zdjęcia na telefonie, trafia na zdjęcie jakiegoś chłopaka)

  • Dialog sprzed dwóch dni z moim chłopem księgowym.

    Chłop się pochorował i pracuje z domu. Jak na księgowego przystało ślęczy przy biurku przed komputerem i księguje. Podjeżdżam więc na fotelu do niego i nawiązuję dialog:
    – Powiedz mi co Ty tu robisz, co oznaczają te wszystkie tabelki i cyferki. Wykorzystaj fakt, że mnie to wyjątkowo interesuje i mi wytłumacz.
    Na to chłop bez chwili namysłu, z całkowitą powagą:
    – Nie mogę Ci tego powiedzieć, bo później musiałbym Cię zabić.

    Kurtyna.

    ‪#‎tajemnawiedzaksięgowego‬ ‪#‎całeszczęścieżeminiepowiedział‬

    • Czyli Twój facet jest księgowym mafii.

  • Justek aka cacko_z_dziurką

    – Tatusiu, , ona mnie nie kocha, ona kocha innego! –
    lamentuje na oko 3 letni chłopczyk, przebierając swymi małymi nóżkami za
    wielkim, wytatuowanym i łysym ojcem dresem.

    – Kocha Cie, ona Cie kocha, mówie ci!

    – Tatusiu… , nie kocha mnieeeeeeeee nieeee, ona kocha innego! – z coraz większym płaczem drepta i podskakuje.

    – Kocha Cie, mówiła mi. Naprawdę Cie kocha, ona tylko chce, żebyś był
    zazdrosny! Musisz przestać płakać i pokazać jej, że wcale nie jesteś
    zazdrosny, wtedy sama szybko do Ciebie przybiegnie! To baba jest, baby
    nie zrozumisz, na babe sposób musisz mieć.

    I wszystko wiadomo.

    • No to wytłumaczył mu na czym świat polega.

    • Aleksandra Muszyńska

      Młody zyskał 15 lat życia i rozkminy dzięki ojcu.

    • Julia Kozubek

      Taki kark, a jaki inteligentny :D

  • Anna Stefańska

    W pociągu

    Kobieta szturchając męża: Zaraz dostaniesz wpierdol, no zobaczysz zaraz
    dostaniesz wpierdol.

    Dziecko: Mamo nie bij taty

    Kobieta: A dlaczego jak zasłużył?

    Dziecko: No to tato dostaniesz wpierdol.

    Kobieta do dziecka: Jak ty się do ojca odzywasz! Zaraz w
    dupę dostaniesz! Jaka ty niegrzeczna jesteś!

    • HAHAHAHAHAHAHAHAHAHA!

      Na marginesie, wiadomo o co poszło?

    • Pamiętam!!
      Ale to nie było w pociągu…

      • Anna Stefańska

        Ja to widziałam w pociągu, za osoby podglądające scenę z pobliskiego drzewa itp. nie odpowiadam.

        • Ja nie z drzewa, to ja miałem wpierdol dostać :)

  • Hehe, nieźle się uśmiałem.

    A jeśli prosisz o pokręcone dialogi, to przykład sprzed kilku tygodni:

    Miejska biblioteka publiczna. Dział dla dzieci i młodzieży. Czekam, aby zapisać Bartka, mojego 9-letniego syna. Przede mną chłopak, na oko jakieś 14 wiosen na przygarbionym karku. Oddaje „Kamienie na szaniec”. I taka sytuacja:

    Pani bibliotekarka: będziesz coś pożyczał?

    Chłopczyk (bezceremonialnie): Jest „50 twarzy Greya”?

    PB: yyy… ale to na dziale dla dorosłych… Ale to dla ciebie? (tu pojawia się mały szok, który szybko zmienia się drwiący uśmiech)

    CH: tak

    PB (nadal z uśmiechem, lekko przeradzającym się w zażenowanie): yyy… to może film sobie obejrzyj najpierw…

    CH: nie…

    A mówili, że to tylko porno dla mamusiek ;)

    • Julia Kozubek

      No a skąd wczesnogimnazjalni młodzieńcy mają się uczyć o potrzebach nowoczesnych, wyzwolonych i bezpruderyjnych kobiet? ;P

  • Z mojej branży, czyli przychodzi klajent do projektanta wnętrz (mam takich więcej, cały cykl):
    -Dzień dobry. Chciałam kupić stołeczek do kuchni taki okrągły.
    -Niestety nie mamy takich rzeczy w ofercie.
    -Ale to przecież sklep z meblami.
    -Niezupełnie, to studio projektowe. My projektujemy wnętrza, w tym i meble, a dopiero potem je produkujemy.
    -No to niech mi pan zaprojektuje stołeczek i go wyprodukuje.

    • Zaprojektowałeś i wyprodukowałeś?

      • Na razie szukam inspiracji, bo teraz moda na kanciaste i nie wiem, czy klient zaakceptuje taki nowatorski i kontrowersyjny projekt.

    • Justek aka cacko_z_dziurką

      Chyba byłem tym klientem.

      • niepodobnaś

        • Justek aka cacko_z_dziurką

          Bo byłem. :)

    • Anna Stefańska

      Tiaaa… o klientach to można książkę napisać.

Najlepszy środek antykoncepcyjny? Weekend w hotelu z dziećmi

Skip to entry content

Byli ze sobą na tyle długo, że pamiętali nie tylko swoje pierwsze, ale i drugie imiona, znali tak dobrze, że wiedzieli już po mowie ciała, kiedy które z nich kłamie, i kochali tak bardzo, że akceptowali swoje najbardziej ześwirowane dziwactwa. Na przykład to, że ona nie była w stanie zasnąć, jeśli nie umyła wszystkich blatów i nie poodkurzała przed spaniem i to, że on zawsze prosił o frytki na osobnym talerzu w IKEI, żeby przypadkiem nie zalały się sosem z klopsików. Choć w sumie to nic, prawdziwym wyznacznikiem ich poziomu zakochania, był fakt, że gdy żartowali na temat tego, że będą mieli razem dziecko, żadne z nich nie dostawało ciarek przerażenia na całym ciele i nie zaczynało instynktownie biec w ciemności w bliżej nieokreślonym kierunku, byle tylko uciec od tej wizji.

Oboje pracowali, jak przystało na dorosłych, poważnych i odpowiedzialnych ludzi, 5 dni w tygodniu, po przynajmniej 8 godzin dziennie, tocząc heroiczną walkę ze wszystkimi wyzwaniami, za które im płacili. Które nie raz wyczerpywały ich jak utrzymanie porządku w kawalerce, więc gdy już czuli, że ich baterie padają i potrzeba regeneracji, a przynajmniej przerwy, on wpadł na pomysł. „Genialny w swej prostocie”, jakby to zaskreczował DJ Adamus w programie Jakuba Wojewódzkiego. Pomysł ten brzmiał: jedźmy na weekend w góry!

Przyznacie, że genialne, prawda? Ona, nie mając za bardzo wyjścia, również przytaknęła i z radością zaczęła przeglądać z nim hotele, żeby znaleźć ten jeden jedyny najjedyńszy, w którym poczują się jak królowie, jak Książę William i Księżna Kate. Tyle, że bez tłumu gapiów przed wejściem i dzikich paparazzi na drzewach. I znaleźli! Dziewięciopunktowy w skali Bookingu, czterogwiazdkowy w skali astronomicznej i zajebisty w skali ich własnej. Zarezerwowali, namalowali w swoich głowach pejzaż górskiej sielanki, z dala od miejskiego zgiełku i sąsiadów na przemian katujących ich audycjami Radia Maryja i rozklepywaniem mięsa na schabowe, i wyczekiwali dnia, gdy białe górskie pasmo rozciągnie przed nimi niezmącony spokój.

W końcu ten moment nastał, spakowali do walizek wygodne ciuchy na lenienie i wycięte na zbliżenie, wsiedli do auta i śpiewając wodny przebój Lykke Li, ruszyli w stronę górskich źródeł!

Po dotarciu na miejsce, odebrali karty do swojego pokoju, wjechali na 3 piętro, szybkim ruchem ściągnęli kurtki i buty, i wskoczyli na łóżko, ze zwinnością urwisów, które w dzieciństwie zarwały niejeden stelaż, rozkoszując się odprężającym widokiem białych szczytów za oknem. Było dokładnie tak jak sobie zaplanowali: spokój, przyroda i tylko ich dwoje. Do momentu, aż nie usłyszeli przeraźliwego ryku, rozdzierającego ciszę jak Rejtan szaty. Autorem tego szlachtującego membrany popisu wokalnego nie był ani niedźwiedź napadający na turystów, ani turyści uciekający przed niedźwiedziem, ani nawet jeleń grzebiący z nudów w ziemi. Tak przeraźliwy i niemożliwy do pohamowania dźwięk, mogło wydać z siebie tylko jedno zwierzę: dziecko!

Beczące dziecko w pokoju nad nimi sadystycznie zabiło atmosferę intymności, sprzyjającą zdobyciu innych szczytów niż górskie, ale nie poddawali się. Przed wyjazdem zaplanowali, że odpoczną i mieli zamiar dopiąć swego, nawet, gdyby mieli się od tego zmęczyć. Postanowili skorzystać z innych niż łóżko atrakcji hotelowych, przebrali się w mięciutkie szlafroki i zjechali windą na basen.

Na basen, na którym aż roiło się od dzieci, jak od piranii w Amazonce. Skakały z brzegów, biły się piankami, rzucały piłką i pływały w kółkach. Wszędzie! Rycząc wniebogłosy w trakcie wykonywania każdej z tych czynności. I będąc w bezruchu zresztą też. Widok tego oczka wodnego w pełni opanowanego przez mikrusy między drugim, a jedenastym rokiem życia, nieprzestrzegające żadnych zasad BHP, nie mówiąc już o zwykłym pożyciu międzyludzkim, wyglądał jak plan zdjęciowy nowego horroru Hitchcocka. W momencie, gdy jeden 5-latek myśląc, że Jego noga jest dziecioprzepuszczalna, rozpędzony odbił się od niej lądując na płytkach z charakterystyczną pieśnią na ustach, którą fonetycznie można zapisać jako „łeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee”, a drugi, zapominając, że nie jest na wuefie w szkole i nie gra w zbijanego, trafił Ją mokrą piłką w głowę, Oboje stwierdzili, że przegrali tę walkę i czas na kapitulację.

Nie odpuszczali jednak wojny, wciąż wierząc, że są w stanie wygrać ten spór o odpoczynek. Było jednak zbyt późno na wycieczkę po którymś ze szlaków, a też nie po to przyjechali na łono natury, by chodzić po knajpach, więc zdecydowali się na ostatnią dostępną opcję – partyjkę bilardu. Wszak była to gra tylko dla dorosłych, ze względu na jej niebezpieczeństwo związane ze śmiercionośnymi bilami napędzanymi przez cyklopogenne kije. I fakt, że żeby dosięgnąć do stołu, trzeba mieć te metr sześćdziesiąt.

Wjechali więc na poziom z kawiarnią, którą otaczał taras widokowy i gdy tylko drzwi od windy się rozsunęły, ich oczom ukazał się batalistyczny krajobraz rodem z „300”. Chłopiec w bluzie z Kaczorem Donaldem wspinał się na stół z uzami, trzymając pod pachą kij, którym ciągle coś strącał, natomiast dziewczynka z niebieską kokardą we włosach ciągnęła go za nogę, próbując sprowadzić na ziemię. Wiedzieli, że lada moment dojdzie do rozlewu krwi, więc żeby nie być tego, świadkami wcisnęli guzik z cyfrą „3” na tablicy w windzie i wrócili do pokoju. – Jutro też jest dzień – rzucił z troską On do Niej, gdy przymierzała się do wzięcia rozpędu i uderzenia głową w ścianę, po czym poszli spać, licząc, że jutro faktycznie będzie lepiej.

Noc upłynęła spokojnie, blask księżyca wpadał im przez okno oświetlając stolik z niedopitym winem musującym, jednak poranek przyszedł wcześniej niż się spodziewali. O 6:30 w pokoju nad nimi włączyła się ta sama syrena alarmowa, która roztrzaskała w drobny mak atmosferę zbliżenia dzień wcześniej. Półprzytomni, wątpiąc, że ktoś na małoletnim tenorze wciśnie przycisk pauzy, zwlekli się z łóżka i oddali się rytuałowi porannej toalety, przy akompaniamencie tupotu małych stóp dobiegającym z korytarza.

Czyści i pachnący, z resztkami nadziei na romantyczny weekend, zjechali na poziom -1, do sali jadalnej na śniadanie, licząc, że ponakładają sobie naleśniki ze świeżymi owocami i miodem, na które w ciągu tygodnia nigdy nie mają czasu, i tym razem nie zastali bitwy Spartan pod Termopilami. Nie. To co wyświetliło im się na siatkówkach oczu było prawdziwą bitwą o Śródziemie z „Władcy Pierścieni”. Oddziały szkrabów, jak rozjuszone byki, atakowały wszystko co było w zasięgu ich głów, siejąc popłoch wśród cywili, szturmowcy, sięgający głowami ponad blaty z jedzeniem, przejmowali teren dekorując rozpaćkanymi pomidorami i Nutellą otoczenia wokół siebie, a cała ta batalia odbywała się przy gorliwym dopingu nowo narodzonych.

On i Ona wzięli w dłoń po bułce i oscypku i ewakuowali się z powrotem do windy, najszybciej jak tylko było to możliwe.

Gdy w końcu nastała niedziela, dzień wyjazdu i powrotu do normalności, pakując swoje walizki do samochodu płakali ze szczęścia, ciesząc się, że już nikt nie obudzi ich niekontrolowanym płaczem w środku nocy i przyrzekli sobie jedno: koniec z seksem. Przynajmniej dopóki nie przejdzie trauma.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Team Dalog
---> SKOMENTUJ

Jak to jest mieć zagraniczne nazwisko?

Skip to entry content

Urodziłem się w Thouars, nazywam się Favre, na drugie mam Florian, na trzecie Luis i odkąd zacząłem raczkować słyszę, że to fajnie mieć zagraniczne nazwisko. No, nie do końca.

Od przedszkola miałem problem z tłumaczeniem wszelkim paniom nauczycielkom, urzędniczkom, wychowawczyniom, policjantkom i strażniczkom miejskim, że w środku mojego nazwiska jest litera „v”. O ile jako w miarę świadomy i zaradny nastolatek jakoś sobie z tym radziłem, o tyle w okresie wczesnoszkolnym był to prawdziwy horror.

– Dobrze, to teraz sprawdzimy sobie obecność. Nowak, Kowalska, Wróblewski, Kozibąk, Faure, Nogacka…

– Favre.

– No przecież przeczytałam, Faure. Markowski, Zarzycka, Kuchcik…

– Tam nie ma „u” tylko „fał”.

– Jakie „fał”? Chcesz powiedzieć „wu”?

– Nie, nie „wu”, tylko „fał”. Taka połowa „wu”.

– W sensie „ef”?

– Nie, nie „ef”, nie „wu”, tylko „fał”. „Fał” jak VolksWagen.

– Ale to pierwsze „fał”, czy to drugie „fał”?

I tak w kółko, za każdym razem, przy każdej nowej nauczycielce, w każdej klasie, na każdych studiach, w każdym miejscu, gdzie musiałem podać swoje dane. W pewnym momencie stwierdziłem, że przekaz ustny jest równie sensowny co budowanie zamku z piasku na linii brzegowej i gdy ktoś go ode mnie potrzebował, pisałem je na kartce. Albo podawałem legitymację. Albo dowód. Ale to nie pomagało.

Choćby każda litera była z osobna wydrukowana na kartce wielkości płyty chodnikowej i tak prawie pewne było, że urzędas zapisując je zrobi błąd.

Ludzie z jakiegoś irracjonalnego powodu nie chcieli zaakceptować, że ktoś może mieć nazwisko z niepolskim znakiem. I gdy już dotarło do nich, że naprawdę, ale to naprawdę, a nie w wyniku przejęzyczenia, czy haju kodeinowego, tam jest nie „w”, nie „f”, tylko „v”, zaczynały się pytania. Przepraszam, gradobicie pytań.

– Nie Padre, tylko Favre? Przez „fał” w środku?

– Tak, nie Padre tylko Favre, przez „fał” w środku.

– O, to chyba nie jest rdzennie polskie nazwisko?

– No, nie.

– O, to skąd takie nazwisko? Rodzice są obcokrajowcami?

– Nie, tylko ojciec. Jest Francuzem.

– O, to jak to tak, że tylko tata jest z zagranicy?

– Musiałaby pani spytać dziadków, ja nie miałem na to za bardzo wpływu.

– O, a jak się rodzice poznali? Kiedy tu przyjechaliście? Czym się zajmuje tata? Nie chcieliście zamieszkać we Francji? Masz rodzeństwo? Umiesz mówić po francusku? Powiedz, coś! Powiedz, powiedz, powiedz!

– Ty tępa blazo, nie znam ojca, nie mieszkam z nim i w życiu go nie widziałem i to mój największy życiowy kompleks, więc z łaski swojej, nie bądź taką impertynencką szmatą i odpierdol się od moich spraw rodzinnych. Jesteś przypadkową osobą, z którą nie łączą i nie będą mnie łączyć żadne więzi emocjonalne, więc chuj ci do tego jak się poznali rodzice, ani czy dostaję padaczki jak nie zjem ślimaków przez 3 dni, bo to absolutnie nie twoja sprawa. Kurwa.

Ta ostatnia wypowiedź oczywiście nigdy nie padała, ale przez całe dzieciństwo marzyłem, żeby zripostować te natarczywe pytania w ten sposób. Bardzo mnie bolało, że kompletnie przypadkowy człowiek uważa, że ma prawo wchodzić z butami w moje życie, tylko dlatego, że nazywam się inaczej niż jego sąsiedzi z klatki. I że arogancko domaga się odpowiedzi na pytania, które wcale nie były dla mnie łatwe, a w zasadzie były jednymi z najtrudniejszych.

Bo jako kilkuletni chłopiec wcale nie czerpałem przyjemności z opowiadania o tym, czemu rodzice się rozstali.

Mimo to, opiekunowie na koloniach, recepcjonistki w przychodniach, czy pracownicy poczty nie widzieli nic zdrożnego w tym, żeby grzebać brudnymi łapskami w mojej intymności, a ja byłem na tyle mały, by nie wiedzieć jak się przed tym bronić. Rozumiem, że „v” w nazwisku mogłoby budzić jakąś sensację, gdybym był czarny albo chociaż mówił z jakimś dziwnym akcentem, ale polski był moim językiem ojczystym, a mama dbała o tym, by nawet po spotkaniu z błotem moja skóra nie zmieniała trwale koloru.

Dziś, jako dorosły człowiek, wiem jak na takie sytuacje reagować i jak się bronić, i też zdarzają się dużo rzadziej. Najczęściej w momentach, gdy spotykam na żywo ludzi, którzy wcześniej obserwowali mnie tylko w internecie. I zazwyczaj ktoś pyta jak nazywam się naprawdę, bo myślał, że „Favre” to mój pseudonim artystyczny. Mimo, że do artyzmu prawie mi tak daleko jak Mandarynie. Albo, że tak wpisałem sobie na Facebooku dla lansu, bo to przecież esencja szpanu, mieć cokolwiek z zagranicy. Jeśli nie na stopach, to chociaż na portalu społecznościowym w rubryce „dane”. Jest to mało mądre, ale to sporadyczne przypadki.

Reasumując, wbrew obiegowej opinii, zagraniczne nazwisko jednak nie jest najfajniejszą rzeczą na świecie. Nie polecam.

autorem zdjęcia jest Leon Riskin
---> SKOMENTUJ

Cotygodniowy Przegląd Internetu #21: starość z tatuażami, nowe Radio Maryja i skojarzenia ze Stay Fly

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 22

Mimo, że w tym tygodniu starałem się odciąć od internetu z okazji świąt i spędzania czasu z mamą, to, w przerwach w zwiedzaniu Rzymu, kilka razy rzuciłem okiem na facebookową ścianę i na to co się dzieje na rodzimym podwórku. I niestety doszło do mnie info o programie Agnieszki Szulim „Szalone Tokio”. Mimo całej furgonetki miłości do niej, to ten materiał jest chujowy i odradzam wszelki kontakt z nim, bo będziecie musieli pójść do specjalisty po tym spotkaniu. Jak chcecie dowiedzieć się czegoś wartościowego o Japonii, to sprawdźcie rewelacyjny materiał Krzyśka Gonciarza. A jak chcecie dowiedzieć się czegoś wartościowego o ostatnich kilku dniach, to jedziemy z tematem.

Dziewczynka o kamiennej twarzy: bardzo dobre opowiadanie o wpływie rodzica alkoholika, na dorosłe życie dziecka. O dziwo, mimo, że poruszające, to lekkie i bez zbędnego patosu. Polecam autora, bo młody, uzdolniony i nieźle zapowiadający się.

Posprzątajmy reklamy: inicjatywa obywatelska dotycząca „ustawy krajobrazowej”, czyli ogarniania chaosu w przestrzeni publicznej i tryliona billboardów z kremem na rozstępy. Tutaj możesz wysłać list do swojego senatora, żeby zrobił coś z marketingowym pierdolnikiem w Twoim mieście.

Miłość to dopiero początek: tytuł brzmi tak jak brzmi, ale nie dajcie mu się zwieść. To wybitnie mądry i dający do myślenia tekst o tym, czym faktycznie miłość jest, gdy odrzucimy jej popkulturowy kontekst lansowany w komediach romantycznych.

Jak będziesz wyglądać na starość z tatuażami? To standardowe hasło, które pojawia się, gdy ktoś zrobi sobie dziarę, mające na celu obiektywną i sensowną krytykę jego pomysłu. Dobra wiadomość, już nie musicie się zastanawiać, galeria 24 wytatuowanych seniorów odpowiada dość dobrze na to pytanie.

Mamo, tato, nie mów tak do mnie! Chyba ostatnio za często znosi mnie na tematy rodzicielsko-wychowawczo-dzieciowe, no ale jak czytam takie teksty, to trudno mi przejść obojętnie i nie puścić dalej.

Rebranding Radia Maryja: brzmi jak żart? Zdecydowanie, bo pomysł powstał na prima aprilis, ale ta identyfikacja wizualna jest tak profesjonalna i zajebista, że gdyby Rydzyk się na nią zdecydował, to chyba zacząłbym go słuchać.

Najpopularniejsze loga: malowane czymś, co wygląda jak połączenie pędzla z flamastrem, ale nie wiem jak naprawdę się nazywa i mam nadzieję, że fachowcy od projektowania nie zlinczują mnie za tę niewiedzę.

Sebastian LesterO cara é muito bom!

Posted by Vanderlei Frari on 3 kwietnia 2015

 

Darude – „Sandstorm”: grane na drzwiczkach od piekarnika.

 

Męska stylówka tygodnia: moja! Wczoraj w Krakowie było tak ciepło, że wbiłem w krótkie spodenki idąc po bułki do Buczka i bardzo chciałem podzielić się z Wami tym faktem.

Taki piątunio to ja rozumiem!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Stay Fly (@stayflypl)

 
 
Damska stylówka tygodnia: myślisz streetwear w Polsce, myślisz Pani Ekscelencja. Jest w tym bezkonkurencyjna, ostra, a w dodatku cały czas śliczna i kobieca. Mimo, że zupełnie nie wiem co robi ten ręcznik między jej dłonią a udem.

pani ekscelencja
kliknij w AirMaxy po więcej zdjęć

 
Klip tygodnia: po bardzo przeciętnej czwartej płycie z Matkiem, Bonson wraca do estetyki staroszkolno-podziemnej i wychodzi mu to jak zwykle. Czyli arcymistrzowsko! Ultra plastyczne opisy otoczenia, hiper celne spostrzeżenia i podwójne rymy. Kozak!   https://www.youtube.com/watch?v=rB0jYs5HIUE

 
Fanpage tygodnia: próbowałem napisać coś mądrego, ale nazwa tego profilu mówi sama za siebie.

 

Ogłoszenie parafialne: nie dość, że dojrzałem mentalnie do zmiany szablonu, to już nawet znalazłem taki piękniusi, który wymaga tylko drobnych popraweczek, żeby go wdrożyć i wepchnąć bloga na wyższy poziom. Jednak oprócz nowej szaty, planuję też pogrzebać w bebechach i potrzebuję do tego Waszej pomocy, która w tym wypadku będzie nieoceniona. Chodzi o to, żebyście odpowiedzieli na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: jakie słowo bądź fraza kojarzy Wam się ze Stay Fly? Gdybyście mieli opisać bloga osobie, która w życiu go nie widziała na oczy, to co pierwsze przyszłoby Wam na myśl? Odruchowe skojarzenie? Słowo-klucz?

Pamiętajcie, tu nie ma złych odpowiedzi, są tylko za długie hasztagi.

---> SKOMENTUJ