Close
Close

Jak to jest mieć zagraniczne nazwisko?

Skip to entry content

Urodziłem się w Thouars, nazywam się Favre, na drugie mam Florian, na trzecie Luis i odkąd zacząłem raczkować słyszę, że to fajnie mieć zagraniczne nazwisko. No, nie do końca.

Od przedszkola miałem problem z tłumaczeniem wszelkim paniom nauczycielkom, urzędniczkom, wychowawczyniom, policjantkom i strażniczkom miejskim, że w środku mojego nazwiska jest litera „v”. O ile jako w miarę świadomy i zaradny nastolatek jakoś sobie z tym radziłem, o tyle w okresie wczesnoszkolnym był to prawdziwy horror.

– Dobrze, to teraz sprawdzimy sobie obecność. Nowak, Kowalska, Wróblewski, Kozibąk, Faure, Nogacka…

– Favre.

– No przecież przeczytałam, Faure. Markowski, Zarzycka, Kuchcik…

– Tam nie ma „u” tylko „fał”.

– Jakie „fał”? Chcesz powiedzieć „wu”?

– Nie, nie „wu”, tylko „fał”. Taka połowa „wu”.

– W sensie „ef”?

– Nie, nie „ef”, nie „wu”, tylko „fał”. „Fał” jak VolksWagen.

– Ale to pierwsze „fał”, czy to drugie „fał”?

I tak w kółko, za każdym razem, przy każdej nowej nauczycielce, w każdej klasie, na każdych studiach, w każdym miejscu, gdzie musiałem podać swoje dane. W pewnym momencie stwierdziłem, że przekaz ustny jest równie sensowny co budowanie zamku z piasku na linii brzegowej i gdy ktoś go ode mnie potrzebował, pisałem je na kartce. Albo podawałem legitymację. Albo dowód. Ale to nie pomagało.

Choćby każda litera była z osobna wydrukowana na kartce wielkości płyty chodnikowej i tak prawie pewne było, że urzędas zapisując je zrobi błąd.

Ludzie z jakiegoś irracjonalnego powodu nie chcieli zaakceptować, że ktoś może mieć nazwisko z niepolskim znakiem. I gdy już dotarło do nich, że naprawdę, ale to naprawdę, a nie w wyniku przejęzyczenia, czy haju kodeinowego, tam jest nie „w”, nie „f”, tylko „v”, zaczynały się pytania. Przepraszam, gradobicie pytań.

– Nie Padre, tylko Favre? Przez „fał” w środku?

– Tak, nie Padre tylko Favre, przez „fał” w środku.

– O, to chyba nie jest rdzennie polskie nazwisko?

– No, nie.

– O, to skąd takie nazwisko? Rodzice są obcokrajowcami?

– Nie, tylko ojciec. Jest Francuzem.

– O, to jak to tak, że tylko tata jest z zagranicy?

– Musiałaby pani spytać dziadków, ja nie miałem na to za bardzo wpływu.

– O, a jak się rodzice poznali? Kiedy tu przyjechaliście? Czym się zajmuje tata? Nie chcieliście zamieszkać we Francji? Masz rodzeństwo? Umiesz mówić po francusku? Powiedz, coś! Powiedz, powiedz, powiedz!

– Ty tępa blazo, nie znam ojca, nie mieszkam z nim i w życiu go nie widziałem i to mój największy życiowy kompleks, więc z łaski swojej, nie bądź taką impertynencką szmatą i odpierdol się od moich spraw rodzinnych. Jesteś przypadkową osobą, z którą nie łączą i nie będą mnie łączyć żadne więzi emocjonalne, więc chuj ci do tego jak się poznali rodzice, ani czy dostaję padaczki jak nie zjem ślimaków przez 3 dni, bo to absolutnie nie twoja sprawa. Kurwa.

Ta ostatnia wypowiedź oczywiście nigdy nie padała, ale przez całe dzieciństwo marzyłem, żeby zripostować te natarczywe pytania w ten sposób. Bardzo mnie bolało, że kompletnie przypadkowy człowiek uważa, że ma prawo wchodzić z butami w moje życie, tylko dlatego, że nazywam się inaczej niż jego sąsiedzi z klatki. I że arogancko domaga się odpowiedzi na pytania, które wcale nie były dla mnie łatwe, a w zasadzie były jednymi z najtrudniejszych.

Bo jako kilkuletni chłopiec wcale nie czerpałem przyjemności z opowiadania o tym, czemu rodzice się rozstali.

Mimo to, opiekunowie na koloniach, recepcjonistki w przychodniach, czy pracownicy poczty nie widzieli nic zdrożnego w tym, żeby grzebać brudnymi łapskami w mojej intymności, a ja byłem na tyle mały, by nie wiedzieć jak się przed tym bronić. Rozumiem, że „v” w nazwisku mogłoby budzić jakąś sensację, gdybym był czarny albo chociaż mówił z jakimś dziwnym akcentem, ale polski był moim językiem ojczystym, a mama dbała o tym, by nawet po spotkaniu z błotem moja skóra nie zmieniała trwale koloru.

Dziś, jako dorosły człowiek, wiem jak na takie sytuacje reagować i jak się bronić, i też zdarzają się dużo rzadziej. Najczęściej w momentach, gdy spotykam na żywo ludzi, którzy wcześniej obserwowali mnie tylko w internecie. I zazwyczaj ktoś pyta jak nazywam się naprawdę, bo myślał, że „Favre” to mój pseudonim artystyczny. Mimo, że do artyzmu prawie mi tak daleko jak Mandarynie. Albo, że tak wpisałem sobie na Facebooku dla lansu, bo to przecież esencja szpanu, mieć cokolwiek z zagranicy. Jeśli nie na stopach, to chociaż na portalu społecznościowym w rubryce „dane”. Jest to mało mądre, ale to sporadyczne przypadki.

Reasumując, wbrew obiegowej opinii, zagraniczne nazwisko jednak nie jest najfajniejszą rzeczą na świecie. Nie polecam.

autorem zdjęcia jest Leon Riskin
(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Cotygodniowy Przegląd Internetu #21: starość z tatuażami, nowe Radio Maryja i skojarzenia ze Stay Fly

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 22

Mimo, że w tym tygodniu starałem się odciąć od internetu z okazji świąt i spędzania czasu z mamą, to, w przerwach w zwiedzaniu Rzymu, kilka razy rzuciłem okiem na facebookową ścianę i na to co się dzieje na rodzimym podwórku. I niestety doszło do mnie info o programie Agnieszki Szulim „Szalone Tokio”. Mimo całej furgonetki miłości do niej, to ten materiał jest chujowy i odradzam wszelki kontakt z nim, bo będziecie musieli pójść do specjalisty po tym spotkaniu. Jak chcecie dowiedzieć się czegoś wartościowego o Japonii, to sprawdźcie rewelacyjny materiał Krzyśka Gonciarza. A jak chcecie dowiedzieć się czegoś wartościowego o ostatnich kilku dniach, to jedziemy z tematem.

Dziewczynka o kamiennej twarzy: bardzo dobre opowiadanie o wpływie rodzica alkoholika, na dorosłe życie dziecka. O dziwo, mimo, że poruszające, to lekkie i bez zbędnego patosu. Polecam autora, bo młody, uzdolniony i nieźle zapowiadający się.

Posprzątajmy reklamy: inicjatywa obywatelska dotycząca „ustawy krajobrazowej”, czyli ogarniania chaosu w przestrzeni publicznej i tryliona billboardów z kremem na rozstępy. Tutaj możesz wysłać list do swojego senatora, żeby zrobił coś z marketingowym pierdolnikiem w Twoim mieście.

Miłość to dopiero początek: tytuł brzmi tak jak brzmi, ale nie dajcie mu się zwieść. To wybitnie mądry i dający do myślenia tekst o tym, czym faktycznie miłość jest, gdy odrzucimy jej popkulturowy kontekst lansowany w komediach romantycznych.

Jak będziesz wyglądać na starość z tatuażami? To standardowe hasło, które pojawia się, gdy ktoś zrobi sobie dziarę, mające na celu obiektywną i sensowną krytykę jego pomysłu. Dobra wiadomość, już nie musicie się zastanawiać, galeria 24 wytatuowanych seniorów odpowiada dość dobrze na to pytanie.

Mamo, tato, nie mów tak do mnie! Chyba ostatnio za często znosi mnie na tematy rodzicielsko-wychowawczo-dzieciowe, no ale jak czytam takie teksty, to trudno mi przejść obojętnie i nie puścić dalej.

Rebranding Radia Maryja: brzmi jak żart? Zdecydowanie, bo pomysł powstał na prima aprilis, ale ta identyfikacja wizualna jest tak profesjonalna i zajebista, że gdyby Rydzyk się na nią zdecydował, to chyba zacząłbym go słuchać.

Najpopularniejsze loga: malowane czymś, co wygląda jak połączenie pędzla z flamastrem, ale nie wiem jak naprawdę się nazywa i mam nadzieję, że fachowcy od projektowania nie zlinczują mnie za tę niewiedzę.

Sebastian LesterO cara é muito bom!

Posted by Vanderlei Frari on 3 kwietnia 2015

 

Darude – „Sandstorm”: grane na drzwiczkach od piekarnika.

 

Męska stylówka tygodnia: moja! Wczoraj w Krakowie było tak ciepło, że wbiłem w krótkie spodenki idąc po bułki do Buczka i bardzo chciałem podzielić się z Wami tym faktem.

Taki piątunio to ja rozumiem!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Stay Fly (@stayflypl)

 
 
Damska stylówka tygodnia: myślisz streetwear w Polsce, myślisz Pani Ekscelencja. Jest w tym bezkonkurencyjna, ostra, a w dodatku cały czas śliczna i kobieca. Mimo, że zupełnie nie wiem co robi ten ręcznik między jej dłonią a udem.

pani ekscelencja
kliknij w AirMaxy po więcej zdjęć

 
Klip tygodnia: po bardzo przeciętnej czwartej płycie z Matkiem, Bonson wraca do estetyki staroszkolno-podziemnej i wychodzi mu to jak zwykle. Czyli arcymistrzowsko! Ultra plastyczne opisy otoczenia, hiper celne spostrzeżenia i podwójne rymy. Kozak!   https://www.youtube.com/watch?v=rB0jYs5HIUE

 
Fanpage tygodnia: próbowałem napisać coś mądrego, ale nazwa tego profilu mówi sama za siebie.

 

Ogłoszenie parafialne: nie dość, że dojrzałem mentalnie do zmiany szablonu, to już nawet znalazłem taki piękniusi, który wymaga tylko drobnych popraweczek, żeby go wdrożyć i wepchnąć bloga na wyższy poziom. Jednak oprócz nowej szaty, planuję też pogrzebać w bebechach i potrzebuję do tego Waszej pomocy, która w tym wypadku będzie nieoceniona. Chodzi o to, żebyście odpowiedzieli na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: jakie słowo bądź fraza kojarzy Wam się ze Stay Fly? Gdybyście mieli opisać bloga osobie, która w życiu go nie widziała na oczy, to co pierwsze przyszłoby Wam na myśl? Odruchowe skojarzenie? Słowo-klucz?

Pamiętajcie, tu nie ma złych odpowiedzi, są tylko za długie hasztagi.

Po hiper udanej Wielkanocy w Paryżu, stwierdziłem, że uciekanie od lokalnego zgiełku to wybitnie dobry pomysł i w tym roku zabrałem mamę na święta do Rzymu. Było mniej bajecznie niż w stolicy Francji, bo przez pierwsze 2 dni nieustannie lało i prawdziwie wiosenno-kwietniowa pogoda zrobiła się w dzień naszego wylotu, ale i tak było pysznie. Mówiąc dosłownie. Zniewalająca pizza, która wyleczyłaby każdą anorektyczkę i obłędne lody, których nie da się porównać nawet do tych ze Starowiślnej. No i oczywiście odcięcie się od świątecznego terroru, który w Polsce jest wszechobecny.

Tam natomiast, wielkanocnej nagonki w ogóle nie dało się odczuć, bo zupełnie się nie spodziewałem, że…

 

Włosi wcale nie są turbo religijni

Wielkanoc w Rzymie (8)

A przynajmniej rzymianie. Mimo posiadania Watykanu na terytorium miasta, i w pierwszy, i w drugi dzień świąt większość sklepów, knajp i „atrakcji” było pootwieranych i normalnie funkcjonowało. Tak że tego, chyba tylko my chcemy być świętsi od papieża.

Zresztą w kwestii miejsc kultu, najwyraźniej też są dużo bardziej liberalni od nas, bo zupełnie im nie przeszkadza, że…

 

Pod Watykanem stacjonują polowe stoiska Prady

Wielkanoc w Rzymie (11)

I Gucciego, i Louis Vuitton, i Ray Bana, i Chanel i każdej innej luksusowej marki, którą moglibyście zobaczyć na amerykańskim klipie. I nikt nie reaguje, że przed domem głowy kościoła katolickiego Murzyni urządzają bazar, sprzedając podróbki.

Pomijając jednak torebki i okulary, to najbardziej rzuca się w oczy…

 

Plaga sprzedawców kijów do samojebek

Wielkanoc w Rzymie (7)

Byłem już w kilku miejscach na świecie, ale tylu ciemnoskórych biegających za Tobą z „selfie stick, selfie, selfie, selfie stick” zawieszonym w powietrzu nie widziałem nigdzie. W atrakcyjniejszych turystycznie częściach miasta nie da się od nich uwolnić, a w Watykanie na Placu Świętego Piotra jest ich chyba nawet więcej, niż pod Koloseum. Fakt, że wciskają przyrząd do robienia zdjęć z ręki, a nie wodę, czy breloczki, to świetna puenta naszych czasów.

Równie wymowny jest…

 

Uliczny automat z lubrykantami

Wielkanoc w Rzymie (3)

Bo nigdy nie wiadomo kiedy może się przydać wiśniowy nawilżacz dopochwowy.

Za to wiadomo kiedy nie przyda Ci znajomość angielskiego, bo…

 

Większość pracowników metra mówi tylko po włosku

Wielkanoc w Rzymie (4)

Niezależnie, czy to stacja przy dworcu głównym, czy przy Fontannie di Trevi, czy na obrzeżasz miasta. Czyli powtórka z Paryża. Na szczęście, w odróżnieniu od Francuzów, da się z nimi dogadać na migi, mowę ciała i smutne oczy.

Zasadniczo muszę stwierdzić, że…

 

Włosi to bardzo przyjazna nacja

Wielkanoc w Rzymie

Ilu poprosiłem o pomoc, tylu starało mi się jej udzielić, niezależnie, czy byli w stanie to zrobić albo czy w ogóle rozumieli o co mi chodzi. Zaczepiony, żaden nie olał sprawy i nie przeszedł obojętnie, co było naprawdę bardzo miłe,  bo znieczulica na ulicach jest wszechobecna nawet w tak przyjaznym mieście jak Kraków.

Może są tak otwarci przez to, że to…

 

Królowie swagu!

Wielkanoc w Rzymie (12)

Podkolanówki i spódnica w żółto-czarne pasy, ponczo i beret? ASAP Rocky powinien chodzić do watykańskich strażników na korki z kompletowania stylówki.

A Grycan na naukę kręcenia lodów, bo to prawda, że…

 

Włoskie lody są obłędne!

Wielkanoc w Rzymie (18)

Myślałem, że te legendy o włoskich lodach to takie słodkie pieprzenie jak wyświechtane hasełko, że „najlepsze kasztany są na placu pigalle”, a to gówno prawda, bo są dość przeciętne. Jednak z włoskim zimnym deserem, to prawda. Jadłem je w 7, czy 8 różnych miejscach i w każdym były mistrzowskie. Nie będę silił się na opisywanie smaku, bo tego trzeba po prostu spróbować, ale to co mnie zaskoczyło, to, że we Włoszech wcale nie daje się lodów na gałki, jak w Polsce, a „na szpatułki”. I, co równie nietypowe, nie wpycha się ich do wafla tak jak u nas, tylko osadza na jego szczycie, tak, że rożek stanowi tylko uchwyt, a nie opakowanie na nie.

Pozostając w temacie jedzenia, nie mógłbym nie wspomnieć o pizzy i o tym, że…

 

Capriciosa z jajkiem to standard

Wielkanoc w Rzymie (2)

To zdumiało mnie chyba najbardziej, bo w żadnej polskiej pizzeri nie spotkałem się z tym, żeby na środku capriciosy było posadzone jajo. A po rozmowie z kelnerami w Rzymie, dowiedziałem się, że to klasyczny i jedyny poprawny przepis, a wszyscy, którzy komponują tę pizzę inaczej, robią to źle i powinni umrzeć w sposób uniemożliwiający urządzenie pogrzebu z otwartą trumną. Z tą wiedzą czuję się teraz co najmniej jak MasterChef.

Kończąc temat jedzeniowych niespodzianek, to nie spodziewałem się też, że…

 

Margherita może być dobra

Wielkanoc w Rzymie (13)

I to na tyle dobra, że nie czujesz niedostatku dodatków, czy podświadomego braku choćby szynki. Na tyle dobra, że czujesz, że to co jesz jest przepyszne, choć to tylko ciasto, ser i sos pomidorowy. Pewnie zabrzmię jak licealista, który po 12-stu latach nauki matematyki ogarnął w końcu wzór skróconego mnożenia, ale naprawdę nie trzeba walić na pizzę setki składników, żeby oblizywać usta po każdym kęsie. Wystarczy upiec ją we właściwy sposób z dobrych jakościowo produktów.

Przejdźmy teraz do tematu nierozłącznego z jedzeniem, czyli picia. Wiedzieliście, że…

 

W całym Rzymie są źródła z pitną wodą

Wielkanoc w Rzymie (15)

Publiczne i bezpłatne, dzięki czemu nie musisz co chwila kupować nowej butelki za 2 euro, tylko na bieżąco uzupełniasz starą. W upalne dni, to wyjątkowo praktyczne udogodnienie. Nie obraziłbym się gdyby u nas też tak było.

Za to nie mam żadnych pretensji, że w Polsce odpuszczono sobie te…

 

Dziwaczne krany

Wielkanoc w Rzymie (5)

Które nie mają pokręteł z zimną i ciepłą wodą, tylko „sprzęgła” (jak ktoś ma lepsze określenie, to śmiało) regulujące dopływ wody, obsługiwane stopą. Dla turystów to niezły test na spostrzegawczość, ja zlokalizowałem jej dopiero po 7 minutach oględziny i zadumy, a moja mama wcale.

Ona z kolei zwróciła uwagę na…

 

Dziwaczne drzewa

Wielkanoc w Rzymie (6)

Chude, ze zbitą w kupę kępą liści, wyglądające trochę jak pędzel do nakładania pudru.

Nie umknęły jej również…

 

Pomarańczowce w centrum miasta

Wielkanoc w Rzymie (1)

Nawet w Barcelonie, nie miałem opcji zerwać sobie cytrusa prosto z drzewa czekając na autobus.

Za to tam, przynajmniej wiedziałem, kiedy ów środek transportu przyjedzie, bo…

 

Na rzymskich rozkładach jazdy nie ma godzin odjazdów

Wielkanoc w Rzymie (10)

Było to dla mnie trochę nie do uwierzenia, bo jak tak można żyć i chodzić na randki? Czy do pracy? Jednak po rozmowie z kilkoma przechodniami, dowiedziałem się, że punktualność nie jest w tym kraju przesadnie cenioną cnotą i że tutaj autobusy „jak przyjeżdżają to są, a jak nie, to trzeba czekać”. No w sumie coś w tym jest.

Ciekawostką dotyczącą poruszania się po mieście, o której warto wiedzieć wcześniej, jest także fakt, że…

 

Bilety można kupić tylko na stacjach metra

Wielkanoc w Rzymie (21)

Teoretycznie również w kioskach, ale jeszcze nie trafiłem na kiosk, w którym byłoby to wykonalne. I mowa tu nie tylko o biletach na metro, ale na wszystkie środki publicznego transportu w Rzymie. Bo na wszystkie obowiązuje jeden bilet. Niby to ułatwienie, ale problemy z dostępnością sprawiają, że jednak jest to utrudnienie.

Kolejną rzeczą, która w teorii miała pomagać, ale w praktyce trochę się to rozjechało jest…

 

Wi-Fi w tramwajach

Wielkanoc w Rzymie (20)

Brzmi zajebiście, no nie? No, tyle, że nie działa. Ale jakby ktoś pytał, to jest. Czyli tak jak w Pendolino.

I na koniec tej wyliczanki, coś co powinno połechtać ego nas wszystkich, mianowicie…

 

Metro w Rzymie ma tylko 2 linie

Wielkanoc w Rzymie (19)

Czyli, aktualnie, ani jednej więcej niż w Warszawie! Jesteśmy na równi z zachodem!

Sardynia – co warto zobaczyć?