Close
Close

Dwuznaczności, które otwierają umysł

Skip to entry content

Często pytacie skąd w moich wpisach tyle porównań i co mnie inspiruje przy pisaniu kolejnych. Nigdy nie było to większą zagadką niż pytanie czemu kobiety chodzą parami do toalety, ale odpowiem na nie jeszcze raz, bo ten temat powtarza się częściej, niż środa po wtorku. Otóż nie miałbym w postach tyle jaków, gdybym nie słuchał od 6-ej klasy podstawówki rapu, którego fundamentem jest właśnie ten środek stylistyczny.

Jeśli chcesz wznieść swój warsztat pisarski na wyższy poziom i nauczyć się składania lotnych, celnych analogii, to posłuchaj DonGuralEsko, Rasmentalismu albo Pezeta. A jeśli chcesz otworzyć umysł na gry słowne, a w szczególności dwuznaczności i widzieć w prostych zwrotach dużo więcej niż wynika to z definicji słownikowej, to odpal Quebonafide. Bo tak się składa, że właśnie wydał dwie kozackie płyty – „Ezoterykę” i „Erotykę” – które są wypchane po samiuśkie brzegi wersami możliwymi do interpretacji na co najmniej dwa sposoby.

Brzmi zawile i niezrozumiale? To już tłumaczę o co chodzi.

Łapię ciśnienie, bo za dużo barów w tym mieście nie daje mi spać.

Idealny przykład kreatywnego wykorzystania podwójnych znaczeń słów. Bar jako miejsce, gdzie pije się alkohol i spotyka z ludźmi i bar jako jednostka miary ciśnienia. A teraz przeczytaj cytat jeszcze raz – dobre, co?

Nie rozliczam się z jutrem, to tyra dla moich księgowych.

Też coś prostego, a po zauważeniu całkiem efektownego. Połączenie potocznego „rozliczania się z życiem” i rozliczania w sensie dosłownym, jako operacji finansowej.

Nie zjadają mnie nerwy, to ja zjadam nerwy #pycha.

Tu mamy piękne spuentowanie linijki dwuznacznym słowem-kluczem. I zarówno „pycha” w sensie „ale dobre”, jak i w rozumieniu postawy, charakteryzującej się wyniosłością, sprawia, że trudno nie uśmiechnąć się przy tym wersie.

Ledwo żywy, bo wykańcza mnie deadline.

To tłumaczenie „terminu” na angielski, nigdy nie było dla mnie jakoś wyjątkowo spektakularne, bo to jedna z oczywistszych gier słownych, ale jak puściłem ten numer kumplowi, to okazało się, że nie dla wszystkich. Reakcja była mnie więcej taka: „łooo, deadline, to przecież linia śmierci po polsku! Ale dobre, ale dobre, łooo!”.

Chcesz otrzeć się o sukces? Widzę jak niewinnie się skradasz. Proszę, odejdź z tym froteryzmem, madamme.

Żeby rozumieć ten tekst, trzeba wiedzieć, że froteryzm to rodzaj dewiacji seksualnej, która polega na ocieraniu się o ciało obcej osoby w zatłoczonych miejscach publicznych. I jak już to wiemy, możemy docenić pomysłowe powiązanie potocznego „ocierania się o sukces” z wcześniej wspomnianym zboczeniem. I jarać się, że całość można interpretować zarówno jako uniwersalne minięcie się z triumfem, jak i apel do kobiet, żeby nie namawiały autora na seks, co sugeruje apostrofa „madamme”. Gdyby quebo napisał to 200 lat temu, Mickiewicz mógłby czuć się zawstydzony.

Wyciągam kafla za kaflem, dla mnie ten biznes to jenga.

Kafel – slangowe określenie tysiąca złotych i kafel – element gry zręcznościowej, polegającej właśnie na sprawnym wyciąganiu klocków. Aż mi głupio, że nigdy w to nie grałem.

Mój rap jest w modzie, jeszcze sobie trochę pokrzyczy, a mogłem pogrzebać nadzieję i cały ten fejm ograniczyć do grobowej ciszy.

Jeden z najbardziej przekminionych wersów na „Ezoteryce”. Z jednej strony sformułowanie „być w modzie” i zwinne połączenie go ze zwrotem zwrotem „krzyk mody”, a z drugiej popularne „pogrzebanie nadziei” i nawiązująca – poprzez odniesienie do pochówku – „grobowa cisza”. Jakby zastanawiania się nad składowymi zdania było mało, to początek i koniec pięknie kontrastuje na ogólnym poziomie – „krzyk” kontra „cisza”. I to znów w dwóch znaczeniach. Ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, że rap to coś więcej, niż rymowanie bezokoliczników o nienawiści do policji?

Bawisz się mną kotku? Jestem kłębkiem nerwów.

Kotek – kot, kotek – dziewczyna, kłębek – kulka z wełny, kłębek nerwów – bardzo nerwowa osoba, bawić się czymś – dosłownie, bawić się kimś – manipulować, mącić w głowie. Tylko 7 słów, a tyle znaczeń! FATALITY!

W imię czego znowu pęka ten Smirnoff? Chyba czas na przedstawienie: Kuba.

Mój ulubiony wers, chyba najlepiej obrazujący jak genialnym tekściarzem jest Quebonafide i co można zrobić z oczywistymi, zakorzenionymi w naszej kulturze zwrotami. „W imię czego?” odnosi się tu zarówno do frazeologicznego znaczenia związku, czyli „po co pijemy?”, jak i bezpośrednio do pytania o imię, natomiast „chyba czas na przedstawienie” i odpowiada na poprzednie pytanie, i informuje o tym, że czas na występ Kuby. Żeby jednak w pełni docenić tę grę słowną, jak i wszystkie poprzednie, trzeba to po prostu usłyszeć.

I jak drzwiczki do umysłu wyważone? Patrzysz na ekran komputera i lustrując słowa widzisz macierz z filmu z Keanu Reaves?

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

60 komentarzy do "Dwuznaczności, które otwierają umysł"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Aleksandra Muszyńska
Gość

Ja uprawiam nachalną hipsteriadę i inspiruję się klasyką kinematografii, np. w postaci filmów „Sami Swoi”, „Nie ma Mocnych”, „Kochaj albo Rzuć”. Tam można kosą jechać po porównaniach. I jeszcze „Hotel Zacisze”. I ten, no, sporo innych.
„Bawisz się mną kotku? Jestem kłębkiem nerwów” – najlepsze :).

Jan Favre
Gość

Poza „Samymi swoimi” nie widziałem żadnego, rozumiem, że miałbym tam czego szukać?

Aleksandra Muszyńska
Gość

Do Twojego stylu bardziej mi pasuje Hotel Zacisze. Nie widziałabym Cię jednak w konwencji ziemsko-chłopskiej jak w trylogii Chęcińskiego ;).

margaritum
Gość

Muszę powiedzieć, że takie zręczne gry słowne to jedna z rzeczy, którą najbardziej cenię na Twoim blogu. Inspiracje inspiracjami, ale trzeba jednak mieć do tego talent :)

Jan Favre
Gość

Dzięki! I polecam sprawdzić płytę Quebo, bo tam jest tego duuużo więcej!

Urszula
Gość

Próbuję zrozumieć postawione przez Ciebie pytania na końcu tekstu, ale za nic nie mogę pojąć co to jest usmyłu :D

Jan Favre
Gość

Autokorekta nie podkreśliła mi tego :(

Urszula
Gość

Zwolnij ją! :)

Maturzysta Hejter
Gość

Też mam!

Jan Favre
Gość

Piąteczka!

Maturzysta Hejter
Gość

Piąteczka :)

alniac
Gość

Hah, zdjęcie to nieaktualne ciut, towarzyszu :)

Jan Favre
Gość

Fakt, mam teraz większy nieporządek na biurku.

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #22: typy uczniów, podryw i Kuchenne Igraszki

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 21

To był mój najintensywniejszy tydzień od czasów, gdy jeszcze musiałem godzić blogowanie z pracą na etacie. We wtorek wyjazd do Warszawy, w środę powrót do Krakowa, w czwartek pobudka o 6:00 i sesja zdjęciowa do akcji, wieczorem Smok Blog, w piątek urodziny przyjaciela, w sobotę wyjazd do Opola, w niedzielę powrót do Krakowa. Zastanawiam się, czy nie zrezygnować z wynajmowania mieszkania i nie kupić po prostu przyczepy kempingowej albo sprawnego campera, bo więcej mnie nie ma niż jestem. Mimo to sumiennie wypełniałem swoje blogerskie obowiązki i jestem na bieżąco z życiem sieci.

Skąd brać darmowe zdjęcia do wpisów? Lista 42 darmowych banków zdjęć z pewnością przyda się wszystkim blogerom i ludziom tworzącym treści do internetu. Mam nadzieję, że od tej pory Wasze teksty będą zajawiane samymi pięknymi foteczkami.

Afera z Łukaszem Jakóbiakiem i Komorowskim: osobiście wstrzymuję się od komentarza, ale był to na tyle głośny temat, że nie mogłem go pominąć w „Przeglądzie”. Na Wykopie znajdziecie zarzuty wobec Łukasza, a poniżej odpowiedzi.

 

Najchętniej polecane blogi w Polsce: czyli wyniki  tegorocznego „Share Weeka”, w którym jedni twórcy internetowi polecają drugich, uznając, że ich treści są na tyle wartościowe, że trzeba puścić je dalej. Strasznie mi miło, że inni blogerzy docenili na tyle moją pracę, że znalazłem się w złotej dziesiątce najlepszych. Dzięki!

Typy uczniów w szkole: z perspektywy praktykantki. Wysokiej praktykantki, na którą nie da się zwrócić uwagi. Ciekawy i jednocześnie zabawny tekst o tym, jak to w tych szkołach jest.

24 nazwy miejsc, które prawdopodobnie źle wymawiasz: dzięki tej wyliczance dowiedziałem się, że „Bangkok”, „Colombia”, czy „Iraq” wymawia się całkiem inaczej niż mi się wydawało. Cóż, lepiej późno niż wcale.

Jak poderwać laskę z internetu? Odpowiada Mamiko – śliczna, nieźle zapowiadająca się młoda vlogerka. Lepsza kamera, trochę pracy nad montażem i dynamiką i ma spore szanse zostać asem YouTube’a.

 

Damska stylówka tygodnia: średnio lubię eleganckie ciuchy, bo dużo bardziej kręci mnie moda uliczna, ale ta sukienka ujęła mnie swoją prostotą i klasycznością. I chyba nie przegnę, jeśli powiem, że każda kobieta powinna mieć taką w swojej szafie, aczkolwiek, przyznaję, że nie bez znaczenia była modelka prezentująca ją. I fakt, że zaprojektowała ją moja przyjaciółka, więc jeśli chcecie więcej info, to wpadajcie do niej.

Monika Kamińska Black Dresses

 

Klip tygodnia: poprzednia płyta W.E.N.Y. była grubym kozakiem na nowoczesnych bitach i mimo, że czwarta zapowiada się mocno klasycznie, to również zwiastuje wysoki poziom. A singiel „Lato w mieście” idealnie ujmuje leniwość ciepłych dni, spędzanych między przecznicami.

 

Fanpage tygodnia:: największy trolling polskiego Facebooka. Człowiek podszywający się za emerytkę Grażynę podaje najgorsze przepisy na świecie. Są tak nieatrakcyjne, nieapetyczne i odrzucające, że aż chce się je wypróbować. Szacun!

Chrzcinowy cymes, smakuje egzotycznie wyglada elegancko :))))Glówny punkt programu tej radosnej uroczystosci :))))Skł…

Posted by Kuchenne Igraszki I-Grażki on 21 lutego 2015

 

Bloger na głównym zdjęciu: nie dość, że Piotr Paweł, to jeszcze o nazwisku dużo trudniejszym i bardziej problematycznym, niż moje, bo Sawukajtys. Prowadzi bloga Sawiusz.pl z szablonem, który chyba gdzieś już widziałem i pisze o społeczeństwie, kulturze i karierze. O życiu zasadniczo.

Ogłoszenie parafialne: jak zauważyliście, akcję ze zdjęciami blogerów z lupkami w „Cotygodniowym Przeglądzie Internetu” zakończyłem już jakiś czas temu, a dzisiejsze foto to definitywny koniec. Zmieniam koncepcję na ikony, gwiazdy, superbohaterów i wszelkie postacie z popkultury, które kojarzone są z lupami i często można je z nimi zobaczyć na zdjęciach. Był Sherlock Holmes, był Inspektor Gadżet, czas na kolejnych!

Pomożecie i podrzucicie swoje ulubione postacie z filmów, bajek, gier i świata muzyki, które często pojawiają się w towarzystwie lupy?

7 powodów, dla których Uber jest lepszy od taksówki

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Uber

Od wczoraj po Krakowie hula Uber – aplikacja na telefony, która rewolucjonizuje sposób poruszania się po mieście na całym świecie. Możesz nie wiedzieć o co cho i z czym to się je, bo to swoiste novum, więc słówko wyjaśnienia, dlaczego trzeba się z tego cieszyć.

Uber to prosta apka, służąca do zamawiania samochodów, w celu przejazdu na imprezę, dworzec, do babci na pierogi, na spotkanie z byłą, czy jakimkolwiek innym. Rejestrujesz się, klikasz „zamów Ubera” i, wykorzystując GPS w Twoim telefonie, auto podjeżdża do miejsca w którym aktualnie się znajdujesz. Punkt, do którego chcesz się dostać podajesz wklepując adres, a za usługę płacisz bezgotówkowo kartą podpiętą do konta.

W skrócie, Uber to taka taksówka. Tylko 7 razy lepsza.

Czemu?

 

Po pierwsze, jest taniej

W Uberze opłata początkowa wynosi 5zł, koszt jednego przejechanego kilometra 1,40zł, a jednej rozpoczętej minuty 25 gr. I nie ma ani taryfy nocnej, ani świątecznej. Z kolei w najtańszym krakowskim taksiarskim korpo, na starcie płacisz 6zł, a za każde 1000 metrów 1,80zł. W taryfie podstawowej, bo w nocnej i świątecznej jest jeszcze więcej.

 

Po drugie, nie musisz mieć przy sobie pieniędzy

Znasz to uczucie, gdy domówka zaczyna umierać śmiercią naturalną i ostatnie zgony zajmują miejsca w wannie, a Ty bardzo nie chcesz do nich dołączać, więc przymierzasz się do zawinięcia na chatę? I gdy już udaje Ci się poprawnie wykonać kciukiem znak szczytującej jaskółki, żeby odblokować telefon i zadzwonić po taksę, orientujesz się, że została Ci złotówka i 43 grosze? W kieszeni, bo nie wziąłeś portfela? Zresztą, wiesz, że w pobliżu nie ma żadnego bankomatu, bo jesteś na takim wydupiu, że nawet nocny tu nie dociera? Znasz?

To możesz o nim zapomnieć.

Za przejazdy Uberem płacisz kartą podpiętą do aplikacji, której ani nie musisz mieć przy sobie, ani pokazywać, ani robić nic więcej, poza podaniem jej danych przy rejestracji. Pieniądze po każdej podróży są ściągane z konta, przez co nigdy nie musisz się martwić, że nie masz ich przy sobie, czy to w postaci gotówki, czy plastiku.

 

Po trzecie, nie musisz wiedzieć gdzie jesteś

uber kraków promokod (9)

W czasach Google Maps w każdym telefonie, trudno się zgubić i nie wiedzieć gdzie się jest. Przynajmniej w teorii, bo mam znajome, dla których to nie jest żadna przeszkoda. Jednak, nawet jeśli widzisz na mapce, czy tabliczce na sąsiednim budynku, że jesteś na Friedleina 58, to niekoniecznie musisz wiedzieć jak to wymówić dzwoniąc po taksówkę. Zwłaszcza jeśli masz wrodzoną, lub nabytą w trakcie wcześniej wspomnianej domóweczki, wadę wymowy.

Z Uberem włączasz aplikację, klikasz „zamów” i tyle. Nie musisz wiedzieć, gdzie jesteś, GPS wie za Ciebie.

 [emaillocker]

Po czwarte, nie musisz znać numeru

Pomyśl, że jesteś w Krakowie pierwszy raz w życiu, właśnie wysiadłeś na dworcu w Płaszowie zamiast na głównym, bo dopadło Cię jakieś większe nieoczekiwane nieogarnięcie, a musisz w ciągu 30 minut być w innej części miasta. Bo rozmowa rekrutacyjna, randka, czy coś. Nie musisz ani panikować, ani googlować „najtańsze taxi kraków”, żeby znaleźć numer na jakąś taksę. Wystarczy, że włączysz apkę.

Bardzo pomogło to mnie i mojej mamie podczas Wielkanocy w Rzymie. Przez to, że nasz lot opóźnił się o 1,5 godziny, ustalony wcześniej plan dotarcia do miejsca, w którym mieliśmy mieszkać wziął w łeb i musieliśmy na gorąco myśleć, jak się teraz wydostać z Termini. Po ciemku. I w deszczu. Z umierającą baterią w telefonie. Po wielogodzinnej podróży. I z żołądkami pustszymi niż wydmuszki, w których kiszki grały marsz pogrzebowy. Włączyłem Ubera, poczekałem 6 minut na kierowcę i problem się rozwiązał.

 

Po piąte, nie ma pytania „którędy pojedziemy?”

uber kraków promokod (7)

I wałowania klientów na hajs, o którym mówiliśmy tydzień temu. Trasa między miejscem, w którym się znajdujesz, a docelowym, jest wyznaczana przez aplikację i zarówno Ty, jak i kierowca, widzicie ją na swoich telefonach. W związku z tym pan prowadzący dość dobrze wie, którędy ma jechać. I nie musi  się Ciebie radzić w tej sprawie.

 

Po szóste, jeździsz dobrymi furami

W Krakowie zdarza się, że dzwoniąc po taryfę z taniej sieci trafiasz na okaz, który powinien zostać skierowany do muzeum. Albo bezpośrednio do utylizacji. Nie jest to nagminne, ale bywają momenty, że wsiadając auta i słysząc gruźliczny kaszel silnika, zaczynasz się poważnie zastanawiać, czy aby na pewno nie będzie trzeba dzwonić po lawetę. W Uberze dbają o to, żebyś nigdy nie wsiadł do zardzewiałego, pożyczonego od szwagra Golfa Dwójki, czy rozpadającego się Poloneza.

Korzystając z apki w Rzymie, jeździłem samymi Mercedesami S-klasy, a w Warszawie Chryslerami. Były to bardziej niż miłe przejażdżki. W Krakowie również lokalny oddział Ubera, podczas rekrutacji kierowców, kontroluje stan estetyczny i techniczny aut, i dba o to, żeby nie było lipy.

 

Po siódme, możesz jeździć za darmo!

Jeśli do tego momentu jeszcze wahałeś się, czy zainstalować Ubera, to właśnie wyciągam asa z rękawa, którym zamykam rozdanie. Mimo, że jestem w podkoszulku.

uber kraków promokod

Rejestrując się w aplikacji z tego linka https://get.uber.com/invite/PanJan lub po prostu wpisując w niej ultra tajny kod „PanJan” – prawda, że piękny? – dostajesz absolutnie, totalnie i bezkruczkowo 40 zeta na 2 pierwsze przejazdy Uberem po Krakowie za darmo! Czyli tyle, ile potrzebujesz, żeby dostać się z Ruczaju na Rynek Główny. I wrócić. Czy na jakąkolwiek inną trasę, którą będziesz chciał wykonać po Grodzie Króla Kraka. Spoko, co?

Ale, ale, to nie wszystko! Oprócz 40zł ode mnie i Ubera, możesz zgarnąć dużo, ale to naprawdę dużo więcej, bo aplikacja ma świetny system poleceń. Zaraz po zarejestrowaniu się, dostajesz swój własny kod, który działa podobnie jak ten na grafice powyżej, bo każda kolejna osoba, która poda go po zainstalowaniu apki, dostaje 25zł na start. I Ty też dostajesz 25zł na dowolny przejazd. I tak w nieskończoność przy każdej nowej osobie!

Innymi słowy, jeśli masz tylko wielu znajomych, możesz bujać się po mieście z prywatnym kierowcą za friko. Znasz jakąś „normalną” taksówkę, która tak potrafi?

 [/emaillocker]