Close
Close

Dwuznaczności, które otwierają umysł

Skip to entry content

Często pytacie skąd w moich wpisach tyle porównań i co mnie inspiruje przy pisaniu kolejnych. Nigdy nie było to większą zagadką niż pytanie czemu kobiety chodzą parami do toalety, ale odpowiem na nie jeszcze raz, bo ten temat powtarza się częściej, niż środa po wtorku. Otóż nie miałbym w postach tyle jaków, gdybym nie słuchał od 6-ej klasy podstawówki rapu, którego fundamentem jest właśnie ten środek stylistyczny.

Jeśli chcesz wznieść swój warsztat pisarski na wyższy poziom i nauczyć się składania lotnych, celnych analogii, to posłuchaj DonGuralEsko, Rasmentalismu albo Pezeta. A jeśli chcesz otworzyć umysł na gry słowne, a w szczególności dwuznaczności i widzieć w prostych zwrotach dużo więcej niż wynika to z definicji słownikowej, to odpal Quebonafide. Bo tak się składa, że właśnie wydał dwie kozackie płyty – „Ezoterykę” i „Erotykę” – które są wypchane po samiuśkie brzegi wersami możliwymi do interpretacji na co najmniej dwa sposoby.

Brzmi zawile i niezrozumiale? To już tłumaczę o co chodzi.

Łapię ciśnienie, bo za dużo barów w tym mieście nie daje mi spać.

Idealny przykład kreatywnego wykorzystania podwójnych znaczeń słów. Bar jako miejsce, gdzie pije się alkohol i spotyka z ludźmi i bar jako jednostka miary ciśnienia. A teraz przeczytaj cytat jeszcze raz – dobre, co?

Nie rozliczam się z jutrem, to tyra dla moich księgowych.

Też coś prostego, a po zauważeniu całkiem efektownego. Połączenie potocznego „rozliczania się z życiem” i rozliczania w sensie dosłownym, jako operacji finansowej.

Nie zjadają mnie nerwy, to ja zjadam nerwy #pycha.

Tu mamy piękne spuentowanie linijki dwuznacznym słowem-kluczem. I zarówno „pycha” w sensie „ale dobre”, jak i w rozumieniu postawy, charakteryzującej się wyniosłością, sprawia, że trudno nie uśmiechnąć się przy tym wersie.

Ledwo żywy, bo wykańcza mnie deadline.

To tłumaczenie „terminu” na angielski, nigdy nie było dla mnie jakoś wyjątkowo spektakularne, bo to jedna z oczywistszych gier słownych, ale jak puściłem ten numer kumplowi, to okazało się, że nie dla wszystkich. Reakcja była mnie więcej taka: „łooo, deadline, to przecież linia śmierci po polsku! Ale dobre, ale dobre, łooo!”.

Chcesz otrzeć się o sukces? Widzę jak niewinnie się skradasz. Proszę, odejdź z tym froteryzmem, madamme.

Żeby rozumieć ten tekst, trzeba wiedzieć, że froteryzm to rodzaj dewiacji seksualnej, która polega na ocieraniu się o ciało obcej osoby w zatłoczonych miejscach publicznych. I jak już to wiemy, możemy docenić pomysłowe powiązanie potocznego „ocierania się o sukces” z wcześniej wspomnianym zboczeniem. I jarać się, że całość można interpretować zarówno jako uniwersalne minięcie się z triumfem, jak i apel do kobiet, żeby nie namawiały autora na seks, co sugeruje apostrofa „madamme”. Gdyby quebo napisał to 200 lat temu, Mickiewicz mógłby czuć się zawstydzony.

Wyciągam kafla za kaflem, dla mnie ten biznes to jenga.

Kafel – slangowe określenie tysiąca złotych i kafel – element gry zręcznościowej, polegającej właśnie na sprawnym wyciąganiu klocków. Aż mi głupio, że nigdy w to nie grałem.

Mój rap jest w modzie, jeszcze sobie trochę pokrzyczy, a mogłem pogrzebać nadzieję i cały ten fejm ograniczyć do grobowej ciszy.

Jeden z najbardziej przekminionych wersów na „Ezoteryce”. Z jednej strony sformułowanie „być w modzie” i zwinne połączenie go ze zwrotem zwrotem „krzyk mody”, a z drugiej popularne „pogrzebanie nadziei” i nawiązująca – poprzez odniesienie do pochówku – „grobowa cisza”. Jakby zastanawiania się nad składowymi zdania było mało, to początek i koniec pięknie kontrastuje na ogólnym poziomie – „krzyk” kontra „cisza”. I to znów w dwóch znaczeniach. Ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, że rap to coś więcej, niż rymowanie bezokoliczników o nienawiści do policji?

Bawisz się mną kotku? Jestem kłębkiem nerwów.

Kotek – kot, kotek – dziewczyna, kłębek – kulka z wełny, kłębek nerwów – bardzo nerwowa osoba, bawić się czymś – dosłownie, bawić się kimś – manipulować, mącić w głowie. Tylko 7 słów, a tyle znaczeń! FATALITY!

W imię czego znowu pęka ten Smirnoff? Chyba czas na przedstawienie: Kuba.

Mój ulubiony wers, chyba najlepiej obrazujący jak genialnym tekściarzem jest Quebonafide i co można zrobić z oczywistymi, zakorzenionymi w naszej kulturze zwrotami. „W imię czego?” odnosi się tu zarówno do frazeologicznego znaczenia związku, czyli „po co pijemy?”, jak i bezpośrednio do pytania o imię, natomiast „chyba czas na przedstawienie” i odpowiada na poprzednie pytanie, i informuje o tym, że czas na występ Kuby. Żeby jednak w pełni docenić tę grę słowną, jak i wszystkie poprzednie, trzeba to po prostu usłyszeć.

I jak drzwiczki do umysłu wyważone? Patrzysz na ekran komputera i lustrując słowa widzisz macierz z filmu z Keanu Reaves?

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Abotage

    Wiem, że to stary wpis, ale dodam coś od siebie.

    „Szukasz w ludziach oparcia/nie wiesz co im siedzi w głowach”
    „Choć jestem MC to nie zawsze mam ten kwadrat”
    „Barbie ma Kena i teraz myśli, że coś potrafi”
    „Kwadrat za hajs starych, myślą idioci że są potęgą”
    ~Penx

    „Ciągle są w podziemiu bo ich tracki to kopalnia beki”
    „Pokój bez klamek a pomysły postrzelone”
    „Waliłem Herę z Zeusem z Mojżeszem paliłem trawę”
    „Jestem nieobliczalny, jakbyś miał dyskalkulię”
    ~Eripe

  • Konrad

    „Nadal zjadam scenę, pomimo że jej nie trawię”- nawiązanie Słonia do polskiej sceny hiphopowej

  • Karolina

    Ja lubię doszukiwać się dwuznaczności w utworach Lao Che. Pełno tam tego! :3

  • Cocoon

    Dawno mnie tu nie było, więc korzystając z wakacji postanowiłam wpaść i trochę poszperać w Twoich starych wpisach. Ten trafił do mnie w szczególności, bo jakiś czas temu wkręciłam się w rap. Zaczęło się niewinnie, a skończyło na tym, że mój mózg automatycznie tworzy różne sformułowania i rymowane wersy do codziennych sytuacji.

    Nie wiem czy do Krakowa już dotarło info – Taco Hemingway to raper jakiego brakowało. Wniósł taki powiew świeżości, że to aż niewyobrażalne. Jego porównania i epitety są tak barwne i błyskotliwe, że przy każdym przesłuchaniu można doszukać się czegoś nowego. Facet jest niesamowicie inteligentny. Wbij na jego profil na fejsie i pogrzeb trochę na tablicy, to znajdziesz linki do wywiadów z internetowych stacji radiowych, portali i gazet – ma poukładane w głowie, nie pieprzy głupot. Jeszcze niedawno wiedziała o nim tylko garstka znajomych, a teraz ma za sobą kilka koncertów (w tym na tegorocznym Openerze!), plus będzie na Coke’u – dla Ciebie okazja, żeby go sprawdzić na żywo :) Nie chcę przehajpować materiału, bo wydał dopiero 2 epki, ale serio warto. Obczaj i daj znać co sądzisz, bo po przeczytaniu tego wpisu mam wrażenie, że możecie się polubić.

  • Janek

    A co sądzisz o takim troszkę śmieszny gości jak Taco Hemingway. Powiem tak. Chłopaczek z nie mojej bajki ,ale „Wszystko jedno” to taka dzisiejsza czerwona sukienka. Flow ma niezłe. Czasami te rymy wydają się proste przez jego nazwisko ,ale takie opisywanie swiata mi sie podoba. Sluchales??

    • Właśnie od dłuższego czasu mam zaznaczone jako „do sprawdzenia” i zapominam. W przyszłym tygodniu lecę na wakacje to będzie można na spokojnie posłuchać.

  • Ola

    Rap wciągnął mnie w zeszłe wakacje, kiedy dzięki praktykom dziennikarskim byłam na warszawkim The Wall i muszę powiedzieć, że ten festiwal całkowicie zmienił moje podejście do muzyki i całej kultury, bo wcześniej ją oceniałam, ale nie wychodząc poza jakieś stereotypowe opinie. Od tego czasu intensywnie nadrabiam zaległości, kupuję płyty (Quebo mam i ostatnio katuję non stop) i jako studentka polonistyki piszę licencjat na temat leksyki hiphopowej :) Analizuję ją na podstawie Mesa, bo dla mnie on wymiata jeśli chodzi o porównania, metafory, nieologizmy i innowacyjne podejście do języka. Dzięki za ten post!

  • Ania Piwowarczyk

    Po tym tekście chyba jestem gotowa powiedzieć Ci: kocham. Bez dwuznaczności języki byłyby takie smutne.

    • Jak wyznajesz mi miłość przez internet, to liczę, że chociaż pierścionek dasz mi w rzeczywistości.

      • Ania Piwowarczyk

        „Ta moja miłość ma 500 kalorii jak big mac” :)

  • Robi wrażenie, uwielbiam wieloznaczność. Szkoda tylko, że nie umiem słuchać rapu, miałam kilka podejść i po prostu no nie, tylko mnie irytuje, niezależnie od tekstów, ech

  • Joanna Kowalczyk

    Dorzuciłabym jeszcze: „jestem monoteistą, wierzę tylko w siebie”, „To coś jakbym trzymał serce na dłoni, a cały świat by mnie prosił o aplauz”, „Tu gdzie sukces ma wiele imion/ Czasem mu powiem na „ty” przez zapomnienie”.

    Po jednym z koncertów miałam okazję zamienić kilka słów z Quebo – mega fajny ziomek, skromny chłopak. Tym większy mam do niego szacunek, że taki MŁODY (rocznik 91′), a taki ZDOLNY.

  • mery

    jako wielka fanka rapu wnoszę o więcej takich wpisów!

  • emgie7 Gazeta.pl

    Panie Janie. Propsy za promowanie dobrego polskiego hip-hopu. Moim zdaniem mistrzami takich właśnie dwuznaczności są Dwa Sławy na nowym albumie. Słuchałeś? Pozdrowienia!

    • Dość późno, ale słuchałem, świetne hasztagi są na „Ludziach Sztosach”.

  • Paweł Daniel Kęcerski

    Teskty Quebonafide ma fajne, zwłaszcza jak na rapera który nie umie wymówić własnej ksywy :D. Wkurza mnie jednak czasem jego maniera głosu, w niektórych kawałkach na Ezoteryce (Ero>Ezo) jest to bardzo słyszalne – Światłowstręt, Kyrie Eleison, jeszcze jakiś. Mam nadzieję, że z czasem odejdzie od zbyt kombinatorskich zabaw z flow na rzecz nieco bardziej zrównoważonych płyt – póki co każda jest niesamowicie nierówna i ciężko mi je znieść na jednym odsłuchu, pomimo że każdy kawałek sam z siebie jest sztosem.

    P.S. Zwrotka Rasa na Ciuchy, kobiety….

    • Joanna Kowalczyk

      Eeeee… jak na rapera który nie umie wymówić własnej ksywy? Raczej „rzetelni polscy dziennikarze muzyczni” nie potrafią ;) (https://www.youtube.com/watch?v=Rbu8xhUBmkA&feature=youtu.be) A Quebo założył sobie po tym konto na Snapchacie z nickiem „kebonafajda” – widać, że ma chłopak dystans do siebie :)

      • Paweł Daniel Kęcerski

        Dokładnie do tego filmiku piłem. Przecież dziennikarze w państwowej telewizji wiedzą lepiej. Najlepiej jednak wie raper DwaSław – kłentobonafide

        • Joanna Kowalczyk

          Kebonafajda o tym rapował w Hype: Przypie*dalają się do ksywy, pseudorapery :v

          • Paweł Daniel Kęcerski

            Ale wiesz że Sławy i Que to dobrzy kumple, i na pewno nie pseudorapery. Chyba że w słowniku u Piha.

          • Milena Sowała

            Nie daje mi spokoju, że jestem zielona i nie wiem, jak to się czyta. Bardziej po hiszpańsku „kebonafide” czy może „kwebonafide” z łaciny? A może inaczej? POMOCY!

          • Czyta się „Kłebonafide”, na początku też miałem z tym straszny problem.

  • Mateusz Janik

    Dodatkowo „kłębek” możemy odczytać jako „Quebek”, wnioski nasuwają się same. Pozdrawiam

    • Tak, tak już @jakubskorus:disqus zwrócił na to uwagę.

  • Ja za to uwielbiam teksty Huntera, wieloznaczność poszczególnych wersów i utworów jako całości jest powalająca. Masz próbkę (utwór „PrzyWódce”):

    Gdy nie masz już dokąd uciec

    Przed ciemnym dniem, jasną nocą

    Nie znosisz już widoku krwi… w telewizji

    Nie powinieneś tutaj być

    Chodź… już za chwilę zacznie się…

    Tańczymy PrzyWódce

    Popieramy PrzyWódce

    Wybierzemy PrzyWódce

    Upijemy PrzyWódce

    Świętujemy PrzyWódce

    Pokochamy PrzyWódce

    Zabijemy PrzyWódce…

    Nie jestem dobry… A może jednak jestem…?

    Nie jestem zły… To był żart niedobry…

    Nie zniosę już szkarłatnych słów… w telewizji

    Nie powinienem tutaj być, bo już za chwilę zacznieMY…

    Negocjacje PrzyWódce

    Wybieramy PrzyWódce

    Pochwalony PrzyWódce

    PochowaNy PrzyWódce

    Negocjacje PrzyWódce

    Wybieramy PrzyWódce

    Pochwalony PrzyWódce

    Zakopany PrzyWódce

    NO FUTURE!

    Wybierzemy PrzyWódce

    Zaciukamy PrzyWódce

    NO FUTURE!

    Urodzimy PrzyWódce

    Pozdychamy PrzyWódce

    NO FUTURE!

    Pokochamy PrzyWódce

    Zabijemy PrzyWódce

    NO FUTURE! NO FUTURE!

    Tańczymy PrzyWódce

    Popieramy PrzyWódce

    Wybierzemy PrzyWódce

    Ubijemy PrzyWódce

    Świętujemy PrzyWódce

    Pokochamy PrzyWódce

    Zabijemy PrzyWódce

    Negocjacje PrzyWódce

    Wybieramy PrzyWódce

    Pochwalony PrzyWódce

    PochowaMy PrzyWódce

    Negocjacje PrzyWódce

    Wybieramy PrzyWódce

    Pochwalony PrzyWódce

    ZakopanE PrzyWódce

    • Wojciech Kopeć

      SZTOS xD

  • Edyta Stiller

    Dziwi mnie, ze nie jarasz się L.U.C.

    • Czemu?

      • astaaa

        Nom, L.U.C. też ma dobre teksty i fajny flow.
        A ja dziękuję za ten wpis, będę musiała posłuchać tych płyt/wykonawców bo lubię takie teksty pełne dwuznaczności. :)

      • Edyta Stiller

        Ponieważ L.U.C włada polskim językiem jak nikt inny.
        Polecam: https://www.youtube.com/watch?v=_lFGocXId0o

        • Próbowałem kilka razy się przekonać, ale dla mnie trochę za bardzo gadanie o niczym.

          • Edyta Stiller

            To jedna z najbardziej przykrych rzeczy które przeczytałam w przeciągu ostatnich miesięcy(lat?).
            Szkoda.

  • Uwielbiam analizować takie określenia! Cóż, uwielbiałam. Od jakiegoś czasu robię to sporadycznie. Ale. Na studiach królowało wymyślanie zdań o nieskończonej ilości znaczeń. Do dzisiaj pozostał mi nawyk doszukiwania się we wszystkim drugiego dna ;)

    • Świetna zabawa! Może przy jakimś konkursie na blogu powtórzymy.

  • Martyna

    no to czeka mnie wieczór z polskim rapem, czad!

  • Marcin Mazan

    miałeś może okazję posłuchać płyty „Ludzie Sztosy” Dwóch Sławów? Jak nie to polecam

    • Dopiero 2 tygodnie temu, ale w końcu sprawdziłem. Zasadniczo dobra, ale za mało własnych przeżyć i jakichś unikatowych historii.

      • Marcin Mazan

        chodziło mi raczej o gierki słów i dwuznaczności, nie o treść samą w sobie :D

        • To jak najbardziej pierwsza liga.

  • Jakub Skorus

    Bawisz się mną kotku? Jestem QUEbkiem nerwów ;)

    • Wiem, wiem, ale to już byłoby zbyt hermetyczne, żeby ktoś spoza zrozumiał :)

  • A amerykańskich raperów słuchasz? ;>

    • Sporadycznie i tylko mainstreamu.

  • HH porzuciłem jeszcze w gimnazjum, po balu wieńczącym chodzenie do jednego budynku z bandą jełopów. Widać, trzeba wrócić do undergroundu, by mieć bardziej lotny język ;).
    Przyznam, że niektóre zacytowane przez Cię wersy w życiu bym nie potraktował z drugim dnem. A tu jednak trzeba.

  • Teksty lepsze, niż u niektórych współczesnych poetów (pseudopoetów)

  • Hah, zdjęcie to nieaktualne ciut, towarzyszu :)

    • Fakt, mam teraz większy nieporządek na biurku.

  • Maturzysta Hejter

    Też mam!

    • Piąteczka!

      • Maturzysta Hejter

        Piąteczka :)

  • Próbuję zrozumieć postawione przez Ciebie pytania na końcu tekstu, ale za nic nie mogę pojąć co to jest usmyłu :D

  • Muszę powiedzieć, że takie zręczne gry słowne to jedna z rzeczy, którą najbardziej cenię na Twoim blogu. Inspiracje inspiracjami, ale trzeba jednak mieć do tego talent :)

    • Dzięki! I polecam sprawdzić płytę Quebo, bo tam jest tego duuużo więcej!

  • Aleksandra Muszyńska

    Ja uprawiam nachalną hipsteriadę i inspiruję się klasyką kinematografii, np. w postaci filmów „Sami Swoi”, „Nie ma Mocnych”, „Kochaj albo Rzuć”. Tam można kosą jechać po porównaniach. I jeszcze „Hotel Zacisze”. I ten, no, sporo innych.
    „Bawisz się mną kotku? Jestem kłębkiem nerwów” – najlepsze :).

    • Poza „Samymi swoimi” nie widziałem żadnego, rozumiem, że miałbym tam czego szukać?

      • Aleksandra Muszyńska

        Do Twojego stylu bardziej mi pasuje Hotel Zacisze. Nie widziałabym Cię jednak w konwencji ziemsko-chłopskiej jak w trylogii Chęcińskiego ;).

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock

---> SKOMENTUJ

Cotygodniowy Przegląd Internetu #22: typy uczniów, podryw i Kuchenne Igraszki

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 21

To był mój najintensywniejszy tydzień od czasów, gdy jeszcze musiałem godzić blogowanie z pracą na etacie. We wtorek wyjazd do Warszawy, w środę powrót do Krakowa, w czwartek pobudka o 6:00 i sesja zdjęciowa do akcji, wieczorem Smok Blog, w piątek urodziny przyjaciela, w sobotę wyjazd do Opola, w niedzielę powrót do Krakowa. Zastanawiam się, czy nie zrezygnować z wynajmowania mieszkania i nie kupić po prostu przyczepy kempingowej albo sprawnego campera, bo więcej mnie nie ma niż jestem. Mimo to sumiennie wypełniałem swoje blogerskie obowiązki i jestem na bieżąco z życiem sieci.

Skąd brać darmowe zdjęcia do wpisów? Lista 42 darmowych banków zdjęć z pewnością przyda się wszystkim blogerom i ludziom tworzącym treści do internetu. Mam nadzieję, że od tej pory Wasze teksty będą zajawiane samymi pięknymi foteczkami.

Afera z Łukaszem Jakóbiakiem i Komorowskim: osobiście wstrzymuję się od komentarza, ale był to na tyle głośny temat, że nie mogłem go pominąć w „Przeglądzie”. Na Wykopie znajdziecie zarzuty wobec Łukasza, a poniżej odpowiedzi.

 

Najchętniej polecane blogi w Polsce: czyli wyniki  tegorocznego „Share Weeka”, w którym jedni twórcy internetowi polecają drugich, uznając, że ich treści są na tyle wartościowe, że trzeba puścić je dalej. Strasznie mi miło, że inni blogerzy docenili na tyle moją pracę, że znalazłem się w złotej dziesiątce najlepszych. Dzięki!

Typy uczniów w szkole: z perspektywy praktykantki. Wysokiej praktykantki, na którą nie da się zwrócić uwagi. Ciekawy i jednocześnie zabawny tekst o tym, jak to w tych szkołach jest.

24 nazwy miejsc, które prawdopodobnie źle wymawiasz: dzięki tej wyliczance dowiedziałem się, że „Bangkok”, „Colombia”, czy „Iraq” wymawia się całkiem inaczej niż mi się wydawało. Cóż, lepiej późno niż wcale.

Jak poderwać laskę z internetu? Odpowiada Mamiko – śliczna, nieźle zapowiadająca się młoda vlogerka. Lepsza kamera, trochę pracy nad montażem i dynamiką i ma spore szanse zostać asem YouTube’a.

 

Damska stylówka tygodnia: średnio lubię eleganckie ciuchy, bo dużo bardziej kręci mnie moda uliczna, ale ta sukienka ujęła mnie swoją prostotą i klasycznością. I chyba nie przegnę, jeśli powiem, że każda kobieta powinna mieć taką w swojej szafie, aczkolwiek, przyznaję, że nie bez znaczenia była modelka prezentująca ją. I fakt, że zaprojektowała ją moja przyjaciółka, więc jeśli chcecie więcej info, to wpadajcie do niej.

Monika Kamińska Black Dresses

 

Klip tygodnia: poprzednia płyta W.E.N.Y. była grubym kozakiem na nowoczesnych bitach i mimo, że czwarta zapowiada się mocno klasycznie, to również zwiastuje wysoki poziom. A singiel „Lato w mieście” idealnie ujmuje leniwość ciepłych dni, spędzanych między przecznicami.

 

Fanpage tygodnia:: największy trolling polskiego Facebooka. Człowiek podszywający się za emerytkę Grażynę podaje najgorsze przepisy na świecie. Są tak nieatrakcyjne, nieapetyczne i odrzucające, że aż chce się je wypróbować. Szacun!

Chrzcinowy cymes, smakuje egzotycznie wyglada elegancko :))))Glówny punkt programu tej radosnej uroczystosci :))))Skł…

Posted by Kuchenne Igraszki I-Grażki on 21 lutego 2015

 

Bloger na głównym zdjęciu: nie dość, że Piotr Paweł, to jeszcze o nazwisku dużo trudniejszym i bardziej problematycznym, niż moje, bo Sawukajtys. Prowadzi bloga Sawiusz.pl z szablonem, który chyba gdzieś już widziałem i pisze o społeczeństwie, kulturze i karierze. O życiu zasadniczo.

Ogłoszenie parafialne: jak zauważyliście, akcję ze zdjęciami blogerów z lupkami w „Cotygodniowym Przeglądzie Internetu” zakończyłem już jakiś czas temu, a dzisiejsze foto to definitywny koniec. Zmieniam koncepcję na ikony, gwiazdy, superbohaterów i wszelkie postacie z popkultury, które kojarzone są z lupami i często można je z nimi zobaczyć na zdjęciach. Był Sherlock Holmes, był Inspektor Gadżet, czas na kolejnych!

Pomożecie i podrzucicie swoje ulubione postacie z filmów, bajek, gier i świata muzyki, które często pojawiają się w towarzystwie lupy?

---> SKOMENTUJ

7 powodów, dla których Uber jest lepszy od taksówki

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Uber

Od wczoraj po Krakowie hula Uber – aplikacja na telefony, która rewolucjonizuje sposób poruszania się po mieście na całym świecie. Możesz nie wiedzieć o co cho i z czym to się je, bo to swoiste novum, więc słówko wyjaśnienia, dlaczego trzeba się z tego cieszyć.

Uber to prosta apka, służąca do zamawiania samochodów, w celu przejazdu na imprezę, dworzec, do babci na pierogi, na spotkanie z byłą, czy jakimkolwiek innym. Rejestrujesz się, klikasz „zamów Ubera” i, wykorzystując GPS w Twoim telefonie, auto podjeżdża do miejsca w którym aktualnie się znajdujesz. Punkt, do którego chcesz się dostać podajesz wklepując adres, a za usługę płacisz bezgotówkowo kartą podpiętą do konta.

W skrócie, Uber to taka taksówka. Tylko 7 razy lepsza.

Czemu?

 

Po pierwsze, jest taniej

W Uberze opłata początkowa wynosi 5zł, koszt jednego przejechanego kilometra 1,40zł, a jednej rozpoczętej minuty 25 gr. I nie ma ani taryfy nocnej, ani świątecznej. Z kolei w najtańszym krakowskim taksiarskim korpo, na starcie płacisz 6zł, a za każde 1000 metrów 1,80zł. W taryfie podstawowej, bo w nocnej i świątecznej jest jeszcze więcej.

 

Po drugie, nie musisz mieć przy sobie pieniędzy

Znasz to uczucie, gdy domówka zaczyna umierać śmiercią naturalną i ostatnie zgony zajmują miejsca w wannie, a Ty bardzo nie chcesz do nich dołączać, więc przymierzasz się do zawinięcia na chatę? I gdy już udaje Ci się poprawnie wykonać kciukiem znak szczytującej jaskółki, żeby odblokować telefon i zadzwonić po taksę, orientujesz się, że została Ci złotówka i 43 grosze? W kieszeni, bo nie wziąłeś portfela? Zresztą, wiesz, że w pobliżu nie ma żadnego bankomatu, bo jesteś na takim wydupiu, że nawet nocny tu nie dociera? Znasz?

To możesz o nim zapomnieć.

Za przejazdy Uberem płacisz kartą podpiętą do aplikacji, której ani nie musisz mieć przy sobie, ani pokazywać, ani robić nic więcej, poza podaniem jej danych przy rejestracji. Pieniądze po każdej podróży są ściągane z konta, przez co nigdy nie musisz się martwić, że nie masz ich przy sobie, czy to w postaci gotówki, czy plastiku.

 

Po trzecie, nie musisz wiedzieć gdzie jesteś

uber kraków promokod (9)

W czasach Google Maps w każdym telefonie, trudno się zgubić i nie wiedzieć gdzie się jest. Przynajmniej w teorii, bo mam znajome, dla których to nie jest żadna przeszkoda. Jednak, nawet jeśli widzisz na mapce, czy tabliczce na sąsiednim budynku, że jesteś na Friedleina 58, to niekoniecznie musisz wiedzieć jak to wymówić dzwoniąc po taksówkę. Zwłaszcza jeśli masz wrodzoną, lub nabytą w trakcie wcześniej wspomnianej domóweczki, wadę wymowy.

Z Uberem włączasz aplikację, klikasz „zamów” i tyle. Nie musisz wiedzieć, gdzie jesteś, GPS wie za Ciebie.

[sociallocker id=”17312″]
 

Po czwarte, nie musisz znać numeru

Pomyśl, że jesteś w Krakowie pierwszy raz w życiu, właśnie wysiadłeś na dworcu w Płaszowie zamiast na głównym, bo dopadło Cię jakieś większe nieoczekiwane nieogarnięcie, a musisz w ciągu 30 minut być w innej części miasta. Bo rozmowa rekrutacyjna, randka, czy coś. Nie musisz ani panikować, ani googlować „najtańsze taxi kraków”, żeby znaleźć numer na jakąś taksę. Wystarczy, że włączysz apkę.

Bardzo pomogło to mnie i mojej mamie podczas Wielkanocy w Rzymie. Przez to, że nasz lot opóźnił się o 1,5 godziny, ustalony wcześniej plan dotarcia do miejsca, w którym mieliśmy mieszkać wziął w łeb i musieliśmy na gorąco myśleć, jak się teraz wydostać z Termini. Po ciemku. I w deszczu. Z umierającą baterią w telefonie. Po wielogodzinnej podróży. I z żołądkami pustszymi niż wydmuszki, w których kiszki grały marsz pogrzebowy. Włączyłem Ubera, poczekałem 6 minut na kierowcę i problem się rozwiązał.

 

Po piąte, nie ma pytania „którędy pojedziemy?”

uber kraków promokod (7)

I wałowania klientów na hajs, o którym mówiliśmy tydzień temu. Trasa między miejscem, w którym się znajdujesz, a docelowym, jest wyznaczana przez aplikację i zarówno Ty, jak i kierowca, widzicie ją na swoich telefonach. W związku z tym pan prowadzący dość dobrze wie, którędy ma jechać. I nie musi  się Ciebie radzić w tej sprawie.

 

Po szóste, jeździsz dobrymi furami

W Krakowie zdarza się, że dzwoniąc po taryfę z taniej sieci trafiasz na okaz, który powinien zostać skierowany do muzeum. Albo bezpośrednio do utylizacji. Nie jest to nagminne, ale bywają momenty, że wsiadając auta i słysząc gruźliczny kaszel silnika, zaczynasz się poważnie zastanawiać, czy aby na pewno nie będzie trzeba dzwonić po lawetę. W Uberze dbają o to, żebyś nigdy nie wsiadł do zardzewiałego, pożyczonego od szwagra Golfa Dwójki, czy rozpadającego się Poloneza.

Korzystając z apki w Rzymie, jeździłem samymi Mercedesami S-klasy, a w Warszawie Chryslerami. Były to bardziej niż miłe przejażdżki. W Krakowie również lokalny oddział Ubera, podczas rekrutacji kierowców, kontroluje stan estetyczny i techniczny aut, i dba o to, żeby nie było lipy.

 

Po siódme, możesz jeździć za darmo!

Jeśli do tego momentu jeszcze wahałeś się, czy zainstalować Ubera, to właśnie wyciągam asa z rękawa, którym zamykam rozdanie. Mimo, że jestem w podkoszulku.

uber kraków promokod

Rejestrując się w aplikacji z tego linka https://get.uber.com/invite/PanJan lub po prostu wpisując w niej ultra tajny kod „PanJan” – prawda, że piękny? – dostajesz absolutnie, totalnie i bezkruczkowo 40 zeta na 2 pierwsze przejazdy Uberem po Krakowie za darmo! Czyli tyle, ile potrzebujesz, żeby dostać się z Ruczaju na Rynek Główny. I wrócić. Czy na jakąkolwiek inną trasę, którą będziesz chciał wykonać po Grodzie Króla Kraka. Spoko, co?

Ale, ale, to nie wszystko! Oprócz 40zł ode mnie i Ubera, możesz zgarnąć dużo, ale to naprawdę dużo więcej, bo aplikacja ma świetny system poleceń. Zaraz po zarejestrowaniu się, dostajesz swój własny kod, który działa podobnie jak ten na grafice powyżej, bo każda kolejna osoba, która poda go po zainstalowaniu apki, dostaje 25zł na start. I Ty też dostajesz 25zł na dowolny przejazd. I tak w nieskończoność przy każdej nowej osobie!

Innymi słowy, jeśli masz tylko wielu znajomych, możesz bujać się po mieście z prywatnym kierowcą za friko. Znasz jakąś „normalną” taksówkę, która tak potrafi?

[/sociallocker]

---> SKOMENTUJ