Close
Close

Dwuznaczności, które otwierają umysł

Skip to entry content

Często pytacie skąd w moich wpisach tyle porównań i co mnie inspiruje przy pisaniu kolejnych. Nigdy nie było to większą zagadką niż pytanie czemu kobiety chodzą parami do toalety, ale odpowiem na nie jeszcze raz, bo ten temat powtarza się częściej, niż środa po wtorku. Otóż nie miałbym w postach tyle jaków, gdybym nie słuchał od 6-ej klasy podstawówki rapu, którego fundamentem jest właśnie ten środek stylistyczny.

Jeśli chcesz wznieść swój warsztat pisarski na wyższy poziom i nauczyć się składania lotnych, celnych analogii, to posłuchaj DonGuralEsko, Rasmentalismu albo Pezeta. A jeśli chcesz otworzyć umysł na gry słowne, a w szczególności dwuznaczności i widzieć w prostych zwrotach dużo więcej niż wynika to z definicji słownikowej, to odpal Quebonafide. Bo tak się składa, że właśnie wydał dwie kozackie płyty – „Ezoterykę” i „Erotykę” – które są wypchane po samiuśkie brzegi wersami możliwymi do interpretacji na co najmniej dwa sposoby.

Brzmi zawile i niezrozumiale? To już tłumaczę o co chodzi.

Łapię ciśnienie, bo za dużo barów w tym mieście nie daje mi spać.

Idealny przykład kreatywnego wykorzystania podwójnych znaczeń słów. Bar jako miejsce, gdzie pije się alkohol i spotyka z ludźmi i bar jako jednostka miary ciśnienia. A teraz przeczytaj cytat jeszcze raz – dobre, co?

Nie rozliczam się z jutrem, to tyra dla moich księgowych.

Też coś prostego, a po zauważeniu całkiem efektownego. Połączenie potocznego „rozliczania się z życiem” i rozliczania w sensie dosłownym, jako operacji finansowej.

Nie zjadają mnie nerwy, to ja zjadam nerwy #pycha.

Tu mamy piękne spuentowanie linijki dwuznacznym słowem-kluczem. I zarówno „pycha” w sensie „ale dobre”, jak i w rozumieniu postawy, charakteryzującej się wyniosłością, sprawia, że trudno nie uśmiechnąć się przy tym wersie.

Ledwo żywy, bo wykańcza mnie deadline.

To tłumaczenie „terminu” na angielski, nigdy nie było dla mnie jakoś wyjątkowo spektakularne, bo to jedna z oczywistszych gier słownych, ale jak puściłem ten numer kumplowi, to okazało się, że nie dla wszystkich. Reakcja była mnie więcej taka: „łooo, deadline, to przecież linia śmierci po polsku! Ale dobre, ale dobre, łooo!”.

Chcesz otrzeć się o sukces? Widzę jak niewinnie się skradasz. Proszę, odejdź z tym froteryzmem, madamme.

Żeby rozumieć ten tekst, trzeba wiedzieć, że froteryzm to rodzaj dewiacji seksualnej, która polega na ocieraniu się o ciało obcej osoby w zatłoczonych miejscach publicznych. I jak już to wiemy, możemy docenić pomysłowe powiązanie potocznego „ocierania się o sukces” z wcześniej wspomnianym zboczeniem. I jarać się, że całość można interpretować zarówno jako uniwersalne minięcie się z triumfem, jak i apel do kobiet, żeby nie namawiały autora na seks, co sugeruje apostrofa „madamme”. Gdyby quebo napisał to 200 lat temu, Mickiewicz mógłby czuć się zawstydzony.

Wyciągam kafla za kaflem, dla mnie ten biznes to jenga.

Kafel – slangowe określenie tysiąca złotych i kafel – element gry zręcznościowej, polegającej właśnie na sprawnym wyciąganiu klocków. Aż mi głupio, że nigdy w to nie grałem.

Mój rap jest w modzie, jeszcze sobie trochę pokrzyczy, a mogłem pogrzebać nadzieję i cały ten fejm ograniczyć do grobowej ciszy.

Jeden z najbardziej przekminionych wersów na „Ezoteryce”. Z jednej strony sformułowanie „być w modzie” i zwinne połączenie go ze zwrotem zwrotem „krzyk mody”, a z drugiej popularne „pogrzebanie nadziei” i nawiązująca – poprzez odniesienie do pochówku – „grobowa cisza”. Jakby zastanawiania się nad składowymi zdania było mało, to początek i koniec pięknie kontrastuje na ogólnym poziomie – „krzyk” kontra „cisza”. I to znów w dwóch znaczeniach. Ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, że rap to coś więcej, niż rymowanie bezokoliczników o nienawiści do policji?

Bawisz się mną kotku? Jestem kłębkiem nerwów.

Kotek – kot, kotek – dziewczyna, kłębek – kulka z wełny, kłębek nerwów – bardzo nerwowa osoba, bawić się czymś – dosłownie, bawić się kimś – manipulować, mącić w głowie. Tylko 7 słów, a tyle znaczeń! FATALITY!

W imię czego znowu pęka ten Smirnoff? Chyba czas na przedstawienie: Kuba.

Mój ulubiony wers, chyba najlepiej obrazujący jak genialnym tekściarzem jest Quebonafide i co można zrobić z oczywistymi, zakorzenionymi w naszej kulturze zwrotami. „W imię czego?” odnosi się tu zarówno do frazeologicznego znaczenia związku, czyli „po co pijemy?”, jak i bezpośrednio do pytania o imię, natomiast „chyba czas na przedstawienie” i odpowiada na poprzednie pytanie, i informuje o tym, że czas na występ Kuby. Żeby jednak w pełni docenić tę grę słowną, jak i wszystkie poprzednie, trzeba to po prostu usłyszeć.

I jak drzwiczki do umysłu wyważone? Patrzysz na ekran komputera i lustrując słowa widzisz macierz z filmu z Keanu Reaves?

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

(niżej jest kolejny tekst)

60
Dodaj komentarz

avatar
27 Comment threads
33 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
31 Comment authors
AbotageKonradKarolinaCocoonJanek Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Ja uprawiam nachalną hipsteriadę i inspiruję się klasyką kinematografii, np. w postaci filmów „Sami Swoi”, „Nie ma Mocnych”, „Kochaj albo Rzuć”. Tam można kosą jechać po porównaniach. I jeszcze „Hotel Zacisze”. I ten, no, sporo innych.
„Bawisz się mną kotku? Jestem kłębkiem nerwów” – najlepsze :).

Jan Favre
Gość

Poza „Samymi swoimi” nie widziałem żadnego, rozumiem, że miałbym tam czego szukać?

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Do Twojego stylu bardziej mi pasuje Hotel Zacisze. Nie widziałabym Cię jednak w konwencji ziemsko-chłopskiej jak w trylogii Chęcińskiego ;).

margaritum
Gość

Muszę powiedzieć, że takie zręczne gry słowne to jedna z rzeczy, którą najbardziej cenię na Twoim blogu. Inspiracje inspiracjami, ale trzeba jednak mieć do tego talent :)

Jan Favre
Gość

Dzięki! I polecam sprawdzić płytę Quebo, bo tam jest tego duuużo więcej!

Urszula
Gość

Próbuję zrozumieć postawione przez Ciebie pytania na końcu tekstu, ale za nic nie mogę pojąć co to jest usmyłu :D

Jan Favre
Gość

Autokorekta nie podkreśliła mi tego :(

Urszula
Gość

Zwolnij ją! :)

Maturzysta Hejter
Gość
Maturzysta Hejter

Też mam!

Jan Favre
Gość

Piąteczka!

Maturzysta Hejter
Gość
Maturzysta Hejter

Piąteczka :)

alniac
Gość

Hah, zdjęcie to nieaktualne ciut, towarzyszu :)

Jan Favre
Gość

Fakt, mam teraz większy nieporządek na biurku.

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #22: typy uczniów, podryw i Kuchenne Igraszki

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 21

To był mój najintensywniejszy tydzień od czasów, gdy jeszcze musiałem godzić blogowanie z pracą na etacie. We wtorek wyjazd do Warszawy, w środę powrót do Krakowa, w czwartek pobudka o 6:00 i sesja zdjęciowa do akcji, wieczorem Smok Blog, w piątek urodziny przyjaciela, w sobotę wyjazd do Opola, w niedzielę powrót do Krakowa. Zastanawiam się, czy nie zrezygnować z wynajmowania mieszkania i nie kupić po prostu przyczepy kempingowej albo sprawnego campera, bo więcej mnie nie ma niż jestem. Mimo to sumiennie wypełniałem swoje blogerskie obowiązki i jestem na bieżąco z życiem sieci.

Skąd brać darmowe zdjęcia do wpisów? Lista 42 darmowych banków zdjęć z pewnością przyda się wszystkim blogerom i ludziom tworzącym treści do internetu. Mam nadzieję, że od tej pory Wasze teksty będą zajawiane samymi pięknymi foteczkami.

Afera z Łukaszem Jakóbiakiem i Komorowskim: osobiście wstrzymuję się od komentarza, ale był to na tyle głośny temat, że nie mogłem go pominąć w „Przeglądzie”. Na Wykopie znajdziecie zarzuty wobec Łukasza, a poniżej odpowiedzi.

 

Najchętniej polecane blogi w Polsce: czyli wyniki  tegorocznego „Share Weeka”, w którym jedni twórcy internetowi polecają drugich, uznając, że ich treści są na tyle wartościowe, że trzeba puścić je dalej. Strasznie mi miło, że inni blogerzy docenili na tyle moją pracę, że znalazłem się w złotej dziesiątce najlepszych. Dzięki!

Typy uczniów w szkole: z perspektywy praktykantki. Wysokiej praktykantki, na którą nie da się zwrócić uwagi. Ciekawy i jednocześnie zabawny tekst o tym, jak to w tych szkołach jest.

24 nazwy miejsc, które prawdopodobnie źle wymawiasz: dzięki tej wyliczance dowiedziałem się, że „Bangkok”, „Colombia”, czy „Iraq” wymawia się całkiem inaczej niż mi się wydawało. Cóż, lepiej późno niż wcale.

Jak poderwać laskę z internetu? Odpowiada Mamiko – śliczna, nieźle zapowiadająca się młoda vlogerka. Lepsza kamera, trochę pracy nad montażem i dynamiką i ma spore szanse zostać asem YouTube’a.

 

Damska stylówka tygodnia: średnio lubię eleganckie ciuchy, bo dużo bardziej kręci mnie moda uliczna, ale ta sukienka ujęła mnie swoją prostotą i klasycznością. I chyba nie przegnę, jeśli powiem, że każda kobieta powinna mieć taką w swojej szafie, aczkolwiek, przyznaję, że nie bez znaczenia była modelka prezentująca ją. I fakt, że zaprojektowała ją moja przyjaciółka, więc jeśli chcecie więcej info, to wpadajcie do niej.

Monika Kamińska Black Dresses

 

Klip tygodnia: poprzednia płyta W.E.N.Y. była grubym kozakiem na nowoczesnych bitach i mimo, że czwarta zapowiada się mocno klasycznie, to również zwiastuje wysoki poziom. A singiel „Lato w mieście” idealnie ujmuje leniwość ciepłych dni, spędzanych między przecznicami.

 

Fanpage tygodnia:: największy trolling polskiego Facebooka. Człowiek podszywający się za emerytkę Grażynę podaje najgorsze przepisy na świecie. Są tak nieatrakcyjne, nieapetyczne i odrzucające, że aż chce się je wypróbować. Szacun!

Chrzcinowy cymes, smakuje egzotycznie wyglada elegancko :))))Glówny punkt programu tej radosnej uroczystosci :))))Skł…

Posted by Kuchenne Igraszki I-Grażki on 21 lutego 2015

 

Bloger na głównym zdjęciu: nie dość, że Piotr Paweł, to jeszcze o nazwisku dużo trudniejszym i bardziej problematycznym, niż moje, bo Sawukajtys. Prowadzi bloga Sawiusz.pl z szablonem, który chyba gdzieś już widziałem i pisze o społeczeństwie, kulturze i karierze. O życiu zasadniczo.

Ogłoszenie parafialne: jak zauważyliście, akcję ze zdjęciami blogerów z lupkami w „Cotygodniowym Przeglądzie Internetu” zakończyłem już jakiś czas temu, a dzisiejsze foto to definitywny koniec. Zmieniam koncepcję na ikony, gwiazdy, superbohaterów i wszelkie postacie z popkultury, które kojarzone są z lupami i często można je z nimi zobaczyć na zdjęciach. Był Sherlock Holmes, był Inspektor Gadżet, czas na kolejnych!

Pomożecie i podrzucicie swoje ulubione postacie z filmów, bajek, gier i świata muzyki, które często pojawiają się w towarzystwie lupy?

7 powodów, dla których Uber jest lepszy od taksówki

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Uber

Od wczoraj po Krakowie hula Uber – aplikacja na telefony, która rewolucjonizuje sposób poruszania się po mieście na całym świecie. Możesz nie wiedzieć o co cho i z czym to się je, bo to swoiste novum, więc słówko wyjaśnienia, dlaczego trzeba się z tego cieszyć.

Uber to prosta apka, służąca do zamawiania samochodów, w celu przejazdu na imprezę, dworzec, do babci na pierogi, na spotkanie z byłą, czy jakimkolwiek innym. Rejestrujesz się, klikasz „zamów Ubera” i, wykorzystując GPS w Twoim telefonie, auto podjeżdża do miejsca w którym aktualnie się znajdujesz. Punkt, do którego chcesz się dostać podajesz wklepując adres, a za usługę płacisz bezgotówkowo kartą podpiętą do konta.

W skrócie, Uber to taka taksówka. Tylko 7 razy lepsza.

Czemu?

 

Po pierwsze, jest taniej

W Uberze opłata początkowa wynosi 5zł, koszt jednego przejechanego kilometra 1,40zł, a jednej rozpoczętej minuty 25 gr. I nie ma ani taryfy nocnej, ani świątecznej. Z kolei w najtańszym krakowskim taksiarskim korpo, na starcie płacisz 6zł, a za każde 1000 metrów 1,80zł. W taryfie podstawowej, bo w nocnej i świątecznej jest jeszcze więcej.

 

Po drugie, nie musisz mieć przy sobie pieniędzy

Znasz to uczucie, gdy domówka zaczyna umierać śmiercią naturalną i ostatnie zgony zajmują miejsca w wannie, a Ty bardzo nie chcesz do nich dołączać, więc przymierzasz się do zawinięcia na chatę? I gdy już udaje Ci się poprawnie wykonać kciukiem znak szczytującej jaskółki, żeby odblokować telefon i zadzwonić po taksę, orientujesz się, że została Ci złotówka i 43 grosze? W kieszeni, bo nie wziąłeś portfela? Zresztą, wiesz, że w pobliżu nie ma żadnego bankomatu, bo jesteś na takim wydupiu, że nawet nocny tu nie dociera? Znasz?

To możesz o nim zapomnieć.

Za przejazdy Uberem płacisz kartą podpiętą do aplikacji, której ani nie musisz mieć przy sobie, ani pokazywać, ani robić nic więcej, poza podaniem jej danych przy rejestracji. Pieniądze po każdej podróży są ściągane z konta, przez co nigdy nie musisz się martwić, że nie masz ich przy sobie, czy to w postaci gotówki, czy plastiku.

 

Po trzecie, nie musisz wiedzieć gdzie jesteś

uber kraków promokod (9)

W czasach Google Maps w każdym telefonie, trudno się zgubić i nie wiedzieć gdzie się jest. Przynajmniej w teorii, bo mam znajome, dla których to nie jest żadna przeszkoda. Jednak, nawet jeśli widzisz na mapce, czy tabliczce na sąsiednim budynku, że jesteś na Friedleina 58, to niekoniecznie musisz wiedzieć jak to wymówić dzwoniąc po taksówkę. Zwłaszcza jeśli masz wrodzoną, lub nabytą w trakcie wcześniej wspomnianej domóweczki, wadę wymowy.

Z Uberem włączasz aplikację, klikasz „zamów” i tyle. Nie musisz wiedzieć, gdzie jesteś, GPS wie za Ciebie.

 [emaillocker]

Po czwarte, nie musisz znać numeru

Pomyśl, że jesteś w Krakowie pierwszy raz w życiu, właśnie wysiadłeś na dworcu w Płaszowie zamiast na głównym, bo dopadło Cię jakieś większe nieoczekiwane nieogarnięcie, a musisz w ciągu 30 minut być w innej części miasta. Bo rozmowa rekrutacyjna, randka, czy coś. Nie musisz ani panikować, ani googlować „najtańsze taxi kraków”, żeby znaleźć numer na jakąś taksę. Wystarczy, że włączysz apkę.

Bardzo pomogło to mnie i mojej mamie podczas Wielkanocy w Rzymie. Przez to, że nasz lot opóźnił się o 1,5 godziny, ustalony wcześniej plan dotarcia do miejsca, w którym mieliśmy mieszkać wziął w łeb i musieliśmy na gorąco myśleć, jak się teraz wydostać z Termini. Po ciemku. I w deszczu. Z umierającą baterią w telefonie. Po wielogodzinnej podróży. I z żołądkami pustszymi niż wydmuszki, w których kiszki grały marsz pogrzebowy. Włączyłem Ubera, poczekałem 6 minut na kierowcę i problem się rozwiązał.

 

Po piąte, nie ma pytania „którędy pojedziemy?”

uber kraków promokod (7)

I wałowania klientów na hajs, o którym mówiliśmy tydzień temu. Trasa między miejscem, w którym się znajdujesz, a docelowym, jest wyznaczana przez aplikację i zarówno Ty, jak i kierowca, widzicie ją na swoich telefonach. W związku z tym pan prowadzący dość dobrze wie, którędy ma jechać. I nie musi  się Ciebie radzić w tej sprawie.

 

Po szóste, jeździsz dobrymi furami

W Krakowie zdarza się, że dzwoniąc po taryfę z taniej sieci trafiasz na okaz, który powinien zostać skierowany do muzeum. Albo bezpośrednio do utylizacji. Nie jest to nagminne, ale bywają momenty, że wsiadając auta i słysząc gruźliczny kaszel silnika, zaczynasz się poważnie zastanawiać, czy aby na pewno nie będzie trzeba dzwonić po lawetę. W Uberze dbają o to, żebyś nigdy nie wsiadł do zardzewiałego, pożyczonego od szwagra Golfa Dwójki, czy rozpadającego się Poloneza.

Korzystając z apki w Rzymie, jeździłem samymi Mercedesami S-klasy, a w Warszawie Chryslerami. Były to bardziej niż miłe przejażdżki. W Krakowie również lokalny oddział Ubera, podczas rekrutacji kierowców, kontroluje stan estetyczny i techniczny aut, i dba o to, żeby nie było lipy.

 

Po siódme, możesz jeździć za darmo!

Jeśli do tego momentu jeszcze wahałeś się, czy zainstalować Ubera, to właśnie wyciągam asa z rękawa, którym zamykam rozdanie. Mimo, że jestem w podkoszulku.

uber kraków promokod

Rejestrując się w aplikacji z tego linka https://get.uber.com/invite/PanJan lub po prostu wpisując w niej ultra tajny kod „PanJan” – prawda, że piękny? – dostajesz absolutnie, totalnie i bezkruczkowo 40 zeta na 2 pierwsze przejazdy Uberem po Krakowie za darmo! Czyli tyle, ile potrzebujesz, żeby dostać się z Ruczaju na Rynek Główny. I wrócić. Czy na jakąkolwiek inną trasę, którą będziesz chciał wykonać po Grodzie Króla Kraka. Spoko, co?

Ale, ale, to nie wszystko! Oprócz 40zł ode mnie i Ubera, możesz zgarnąć dużo, ale to naprawdę dużo więcej, bo aplikacja ma świetny system poleceń. Zaraz po zarejestrowaniu się, dostajesz swój własny kod, który działa podobnie jak ten na grafice powyżej, bo każda kolejna osoba, która poda go po zainstalowaniu apki, dostaje 25zł na start. I Ty też dostajesz 25zł na dowolny przejazd. I tak w nieskończoność przy każdej nowej osobie!

Innymi słowy, jeśli masz tylko wielu znajomych, możesz bujać się po mieście z prywatnym kierowcą za friko. Znasz jakąś „normalną” taksówkę, która tak potrafi?

 [/emaillocker]