Close
Close
autorem zdjęcia jest  lepantho
autorem zdjęcia jest lepantho

Spotkałeś się kiedyś z sytuacją, że…

…hydraulik pyta Cię jak naprawić kran?

…chirurg pyta Cię jak nastawić złamaną kość?

…piekarz pyta Cię jak upiec chleb?

…gość z ekipy remontowej pyta Cię jak ma przykleić tapetę do ściany?

…informatyk z działu technicznego pyta Cię jak ma Ci naprawić komputer?

…pilot samolotu pyta Cię, którędy ma lecieć?

…typ z wodociągów pyta Cię jak założyć instalację?

…szewc pyta Cię jak zreanimować dziurawego buta, żeby nadawał się do użytku?

…koleś z telekomu pyta Cię jak ma ustawić nadajniki, żebyś mógł zadzwonić do znajomego nad morzem?

Podejrzewam, że nigdy, bo oznaczałoby to, że powyższe osoby są wysoce niewykwalifikowane i pod żadnym pozorem nie powinny wykonywać swojego zawodu, skoro nie znają podstaw jego funkcjonowania. I zamiast nastawić rękę, złamią nogę, albo nie podciągną wody do domu, tylko odłączą gaz. Zresztą, niezależnie czy pytają o jakąś oczywistą czy złożoną kwestię, no to kurwa mać, jestem klientem. Nie muszę się znać na tym co robią, bo właśnie za to im płacę, żeby oni się na tym znali za mnie. Na tym własnie polega rynek usług.

Mimo to, taksówkarze notorycznie pytają „to którędy pojedziemy?” po podaniu punktu docelowego, i nie jest rezolutne zagajenie rozmowy, tylko faktyczne pytanie o trasę. Tak jak bym to ja był zawodowym kierowcą, zarobkowo zajmującym wożeniem ludzi pod wskazany przez nich adres, i wiedział w jakiej części miasta, o której godzinie są największe korki. I która ulica dokąd prowadzi.

To ja mam usługodawcy tłumaczyć na czym poleca jego praca, za którą mu płacę?

Co istotne, to pytanie najczęściej pada, gdy jestem z walizką i jasne jest, że chwilę temu odbyłem podróż. Taksiarzowi w tym momencie zapala się w głowie złodziejska lampka i sugeruje, że skoro właśnie przyjechałem do tego miasta, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że nie jestem stąd. I może mnie orżnąć z hajsu, jadąc dłuższą drogą albo w ogóle przez sąsiednie wsie, gdybym odpowiedział z akcentem Bilguuna Ariunbaatara. Dlatego pyta jaką trasą pojedziemy, aby sprawdzić czy przypadkiem nie jestem tutejszy i nie zorientuję się, że robi mnie w wała.

Zdarzyło się jednak kilka razy, że taksówkarz nie chciał mnie wyruchać na kasę, tylko naprawdę pytał jak dojechać do wskazanego miejsca, bo nie wiedział. Mimo, że nie była to hipsterska knajpa na uboczu, a adres w centrum miasta. Miasta, w którym mieszka i pracuje. I pytał jakimi ulicami musi jechać, żeby tam dotrzeć, bo nic mu nie przychodzi do głowy. Przy tak wykwalifikowanym człowieku, który nie potrafi wykonać fundamentalnych aspektów swojej pracy, lepiej wysiąść z auta i pójść pieszo.

Bo najprawdopodobniej również nie będzie wiedział jak użyć kierunkowskazów i hamulca.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Cotygodniowy Przegląd Internetu #20: irytujący pasażerowie, Rasmentalism i desanty

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 20

Mijający tydzień został zdominowany przez pseudo-aferkę z szafiarkami i prima aprilis. Pierwszy temat był bardziej przewałkowany niż ciasto na bożonarodzeniowe pierogi, a w drugim nie widziałem ani jednego żartu, który by mnie powalił, więc w dzisiejszym „Przeglądzie” nie pojawi się nic na ten temat. Pojawiają się za to filmiki, które powinny Was nastroić nieco pozytywniej, niż pogoda za oknem.

Rodzaje ludzi, którzy hamują Twój rozwój: nienawistnicy, pokrzywdzeni-uciemiężeni i wujkowie dobre rady. Bardzo dobry wpis kolejny raz zwracający uwagę to, że czynniki zewnętrzne mocno na nas wpływają.

7 narzędzi do tworzenia infografik: ładny wykres to podstawa każdej pracy dyplomowej i raportu w korpo, a dzięki aplikacjom tu zebranym będziecie mieli najładniej zwizualizowane wyniki na piętrze. Do prezentacji sprzedażowych też się przyda.

Jak nie planować dnia? Andrzej Tucholski ostatnio poszedł w stronę rozwojowo-biurowo-organizacyjną i pisze o tym jak hackować harmonogram dnia, żeby żyło się lepiej.

Cytaty z filmów Quentina Tarantino: z okazji tego, że autor „Pulp Fiction”, „Kill Billa” i „Django” skończył niedawno 52 lata, Asia z „Wyrwane z kontekstu” wyrwała najlepsze dialogi z jego produkcji.

Ludzie, którzy myślą, że kierowca potrzebuje ich pomocy: czyli kolejny genialny vine od Wittaminy.

 

Jimek w Narodowej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia: hip-hop wchodzi na salony! Nie jest to świeży materiał, bo sprzed kilku tygodni, ale bezapelacyjnie rozpierdala! Usłyszeć podkłady z „Black&Yellow”, „In Da Club”, „Still Dre”, czy „Crazy in love” na smyczkach i puzonach to niepowtarzalne przeżycie!

 

Séan Garnier konta Warszawa: ło Jezusieńku, co to człowiek robi z nogami? Przykro mi, ale niestety pan żonglujący piłką na Floriańskiej odpada przy nim w przedbiegach.

Séan GARNIER VS Warsaw (POLAND) by Séan GARNIER S3 freestyle ball • seen on https://youtu.be/SagJMgm4RkESean Crazy Street Skills: https://youtu.be/tcBNFBsIMS8More on Freekickerz

Posted by Freekickerz on 27 marca 2015

 

Męska stylówka tygodnia: jestem mocno antygarniturowy, ale w takim jak Spinache mógłbym śmigać. Nawet raz na kwartał.

 

Damska stylówka tygodnia: jest taka szafiarka, która nie przejmuje się nikim i niczym, i potrafi nie założyć stanika w zamian za przyodzianie ramoneski w centki. Nazywa się Alicja Zielasko, prowadzi bloga AlicePoint.com i wygląda w tym świetnie!

zdjęcie pochodzi z bloga alicepoint.com
zdjęcie pochodzi z bloga alicepoint.com

 

Klip tygodnia: któż to mógł być, jak nie Rasmentalism? Teledysk przypomina trochę „He ya!” Outkastu i prawie mu dorównuje kreacjami i poziomem humoru. Linijki i bit natomiast, jak zwykle dotykają chmur i gościny występ Dwóch Sławów nie pozwala im opaść.

 

Fanpage tygodnia: nie żebym był fanem traperów, glanów, czy innych siedlisk grzybów, ale ten profil to świetna przeciwwaga dla AirMaxów, których jest teraz więcej na ulicach niż plakatów wyborczych. Niech w naszym otoczeniu zagości miłość, harmonia, niski podatek dochodowy i różnorodność!

Z pozdrowieniami od Grodzieckiej z Czeladzi :D :D

Posted by Airmaxy ? nie dzięki mam desanty on 1 listopada 2014

 

Ogłoszenie parafialne: dzisiaj krótko – 16-go kwietnia, razem z Andrzejem Kozdębą i Michałem Majem, organizuję spotkanie blogerów w Krakowie. Jeśli tylko tworzycie coś w sieci i chcecie wymienić się doświadczeniami i pogadać, to wpadajcie na Smok Bloga!

31 sposobów, w jakie czytelnicy wyrażają miłość

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Garry Knight
autorem zdjęcia jest Garry Knight

Miłość różne ma oblicza, imiona i formy. Ta siostrzano-braterska mocno różni się od tej związkowej – pomijając Jaimego i Cersei z „Gry o tron” – a i ta związkowa niemal w każdej parze wygląda inaczej. Jednak poza tym rodzajem kochania drugiego człowieka, do którego przyzwyczaiła nas bajka „Jaś i Małgosia”, dramat „Romeo i Julia” i dokument „Madzia i mama”, jest jeszcze jedna odmiana tego uczucia. Dość świeża, niezbadana i nieopisana za pomocą chwytliwej historii – blogersko-czytelnicza.

Jest najbardziej dzika i najmniej przewidywalna ze wszystkich, a jej przejawy często wprawiają w zakłopotanie obie strony. Bo nigdy nie wiadomo, czy to już to, czy jeszcze podchody, czy już epitafium. Sprawdźcie 31 najbardziej zaskakujących sposobów w jaki czytelnicy wyrażali swoje uczucia podczas ostatniego badania.

1. dobrze, że nie miałam stanika jak przeprowadzałeś badanie, zawsze przyjemniej

Potwierdzam. Tylko proszę, nie wspominaj o tym komisji etyki lekarskiej.

2. Gdzieś, coś, kiedyś, na jakimś zdjęciu ujrzałam twój tyłek. Brałabym.

Sam tyłek? Wy kobiety, to jednak strasznie przedmiotowo podchodzicie do relacji. Nie to co my.

3. w realu wydajesz się równie spoko, może następnym razem podejdę i zagadam ;)

W Carefourze też jestem do zniesienia, ale w Auchanie podobno mocno przeginam, nie mówiąc już o Almie. Przepraszam, musiałem.

4. Ma małego.

Coś czułem, że „małe jest piękne” to tylko taki wyświechtany slogan. No nic, zbieram na większego pendrive’a.

5. na pewno nie dałby rady napisać zabawnego posta o jajeczkowaniu pingwinów cesarskich i polityce rolnej Nowej Zelandii.

Niezła próba. Ja bym poradził sobie z tym nawet bez klawiatury, ale założę się, że Konrad z „Moja dziewczyna czyta blogi” nie dałby rady nawet klepnąć jednego akapitu.

6. nie jest już taki fajny jak kiedyś i zbyt dużo używa kropki nienawiści w odpowiedziach do komentarzy czytelników

To jest wyjątkowo zabawne. Są ludzie, którzy uważają, że zdanie zakończone zgodnie z zasadami pisowni języka polskiego – czyli kropką – to przejaw negatywnych emocji. Otóż nie! Wyobraź sobie, że są osoby, które nie wrzucają na końcu każdej linijki „;)”, „:P”, czy „xD” i wcale nie oznacza to, że buchają nienawiścią, a każda wypowiedź jest podszyta sarkazmem i ironią. Po prostu chcą, żebyś wiedział, gdzie się kończy zdanie.

7. że śniło mi się, że złamałeś mi nogę bo wjechałeś na mnie na rowerze :<

Ej, po pierwsze to Ty mi weszłaś wprost pod koła, a po drugie, to nogi mają to do siebie, że się zrastają. W przeciwieństwie do szprych.

8. Autor ma naprawdę sekswone nogi

Ten komentarz pojawił się tak wiele razy, że autentycznie zacząłem się im przyglądać i rozkminiać, co jest w nich takiego pociągającego. I nie wiem. Ale jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że się nie znam.

9. Boże, twój styl wypowiedzi ma tyle z Pratchetta…

Nie znam typa, ale miło, że zwróciłaś się do mnie po imieniu.

10. ptaki latają kluczem

A pingwinom marzną stopy.

11. św. Mikołaj nie istnieje. AAAHAHAHAH..

Ja do Was z sercem na tacy, a Wy mnie twarzą o beton. Za co?

12. Brakuje mi pytania „czy masz na mnie jakiś wpływ”, bo moja odpowiedź to „ogromny”! Przykłady? Zaczęło się od głupiego eksperymentu, a ja wciąż nie jem tego mięsa, kiedy wpadam na chwilę do Krakowa to czytam, gdzie tam w Krakowie można fajnie zjeść/pobyć i autentycznie kiedyś, mieszkając przez jakiś czas na Krowodrzy Górce, chodziłam rozglądając się dookoła, licząc, że może na Ciebie wpadnę (#stalker). Chyba dwukrotnie przebrnęłam przez Twoje archiwum, wcale nie dlatego, że czegoś szukałam, po prostu lubię jak piszesz – jesteś jedynym z blogerów, których czytam absolutnie wszystkie teksty, niezależnie od tego, czego dotyczą (na pozostałych blogach nawet nie klima w tematy, które mnie nie interesują). Dobra. Chyba muszę iść po więcej cukru do sklepu, bo tą wiadomością skończyły mi się całe zapasy.

Po takiej bombonierce z miłością, jedyne co jestem w stanie powiedzieć, to „dziękuję”. Tak że dziękuję. Bardzo.

13. lubię, jak masz włosy.

Ja też wolę jak nie jesteś łysa.

14. Jestes całkiem zwyklym gościem z mordy ale inteligencja i  humor dodaje Ci tego czegoś… seksapilu? No, żebym  nie przesadziła. Ale CZEGOŚ Ci dodaje. :)

I nie wiesz, czy Cię kocha, czy obraża, czy po prostu jest kobietą.

15. dzieki za bloga, mam kaca, a Ty i tak twgo nie przeczytasz

Zakład, że przeczytam?

16. i tak kiedyś zostaniesz moim mężem

Hmm, nie wiem co na to moja dziewczyna, ale powinnyście się dogadać w tej kwestii.

17. często cytuję jego wpisy/opowieści/dialogi pryz kawie z rodzinką :)

Oj, wizja, że ktoś o tekstach z mojego bloga rozmawia przy rodzinnym stole, jak o artykułach z gazet, naprawdę połechtała moje ego. To bardzo nobilitujące.

18. strusie jajo jest ok. 8 razy większe od kurzego

A kilogram ma 1000 gramów.

19. Boję się, że kiedyś wrzuci na bloga/fb jakąś moją rozmowę z tramwaju

Szczerze mówiąc, to za każdym razem, gdy wrzucam jakiś dialog podłapany w komunikacji miejskiej, czuję napięcie w obawie, że któryś z czytelników napisze „halo, halo, czemu umieściłeś moją rozmowę!!!1jeden”. Jeszcze taka sytuacja nie miała miejsca, ale wierzę, że wszystko przed nami.

20. Podkochuje się w Twojej inteligencji emocjonalnej mimo, ze jestem mężatką

Z blogerem to nie zdrada.

21. czytam Cię od tak dawna, że pamiętam nawet rudego kota z Twojego bloga :)

Kłamiesz, ludzie nie żyją tak długo!

22. są na świecie miasta powyżej 1mln, które nie są Warszawą!

Chcesz mi wmówić, że jest coś dalej? Że świat się nie kończy poza Polską i przekraczają granicę Cieszyna nie wypadasz poza krawędź Ziemi?

23. Przez Ciebie Kominek niedługo opuści tron :)

Mam nadzieję! W końcu ile można czekać, aż ktoś wyjdzie z toalety?

24. Cieszę się, że po świecie wędrują takie fajne wszechświaty atomów jak Ty :)

Dawno nie słyszałem tak wysublimowanego komplementu. Bądź moją gwiazdą polarną między wczoraj, a jutrem.

25. to jedyna rzecz która mnie nie wkurwia na kacu.

Ten też dobry.

26. Absolutnie rzuciłabym stanikiem z zachwytu!

I ten również nie gorszy.

27. Tyle mówisz o tym byciu prawiczkiem, że chętnie bym Cię pozbawiła tego brzemienia. Buziaki :*

Tyle lat zastanawiałem się jak stracić tę cholerną cnotę, próbując wszystkiego poza wypadem do Dzielnicy Czerwonych Latarni, a okazało się, że to prostsze niż jajecznica – wystarczy założyć bloga! Przekażcie to reszcie, może dzięki temu nasz gatunek nie wyginie!

28. Jesteś marną, nieudaną kopią Kominka -> on się wypił przez hejting i pizding na blogu, jak widać – już tego nie stosuje. I Ty też nie będziesz, ciao. A ankieta trochę do dupy.

Napisała dziewczyna czytająca mnie regularnie od dwóch lat, która jest na blogu głównie przez ciekawe tematy i nie chce, żebym cokolwiek zmieniał. No tak, to ma sens.

29. podczas wietrznych dni, kiedy wpadam na słupy i ludzi, bo przez włosy nic nie widzę, mogłabym wpaść na niego.

Ta pani powinna prowadzić zajęcia z podrywu na piątkowych spotkaniach singielek, bo robi to świetnie. Od jutra chodzę z rozwartymi ramionami w wietrzne dni.

30. Jesteś dla mnie czasami irytującym małolatem.Ty byś pewnie uznał,że jestem żałosna (mam 35 lat,ostatnio zawaliło mi się CAŁE życie,nigdy nie byłam tak pewna siebie jak Ty.)Ale wciąż Ciebie czytam.Podziwiam.Wiele się od Ciebie nauczyłam.Żałuję,że nie mam takiego faceta.Albo że nie jestem taka jak Ty.A czasem wierzę,dzięki temu co napisałeś,że jednak nie przegram.Że będzie jeszcze dobrze.I za to dziękuję.I pamiętaj,pisząc swojego bloga robisz chwilami więcej,niż jesteś w stanie sobie wyobrazić…Gdy czytałam Twój tekst o samobójstwie,byłam bardzo w złym stanie.Dziękuję,kochany mój Małolacie…

Szczerze wzruszyłem się. Dla takich komentarzy, naprawdę, warto to robić.

31. Jakby Ci Janek brakowało na chleb to mogę Ci załatwić pracę w Portsmouth, będzie mi z Tobą raźniej, buziaki <3

No to już mam odpowiedź na wszelkie pytania „a co za 5 lat?”, „a co jak minie moda na blogi?”, a „a co jak się wypalisz?”, a „a co jak rodzice wyciągną ci wtyczkę od internetu?”.

To jest na tyle dobre, że chyba założę Aska, żeby mieć to na co dzień, a nie tylko raz do roku.