Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #24: relacja z porodu, Paweł Kukiz i „Przyjaciele”

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 24

Ten tydzień był spokojniejszy niż pacjent po podaniu pawulonu, więc nie spodziewajcie się żadnych sensacji polaryzujących społeczeństwo. Zresztą nawet gdyby tak było, podejrzewam, że nie przejęlibyście się tym bardziej niż sytuacją muchy na szybie tira, bo od poniedziałku wszyscy żyją tylko majówką. Oprócz mnie, ale o tym później.

Bohaterowie „Gry o Tron” w stylizacjach z lato ’90: jak nie mam świra na punkcie serialu, tak widząc te stylówki zwariowałem. Gdyby „na co dzień” grali w takich ciuchach, jarałbym się tym tytułem bardziej niż „Mad Men”.

Jak to jest być copywriterem? Od początku drugich studiów był to mój docelowy zawód, który jawił mi się jako praca marzeń. Olga z kilkuletnim stażem w tym temacie, opowiada jak to faktycznie z tym pisaniem sloganów jest.

Bezpieczni po trzęsieniu ziemi w Nepalu: celny i merytoryczny tekst o tym, że robienie sobie na Facebooku beki z tragedii wcale nie jest tak śmieszne jak się tagującym wydaje.

Sztuczna ręka do samojebek: nie masz chłopaka, a chcesz, żeby przyjaciółki popadały z zazdrości widząc romantyczne foteczki z partnerem na Fejsie? Idź do psuchoterapeuty. Albo kup sobie ten gadżet.

Naćpana oksytocyną: mimo, że daleka od standardowych i ckliwych historii o porodzie, to mimo to wzruszająca opowieść o tym, jak to jest wydać ze swojego ciała innego człowieka na świat.

Nowy „Dragon Ball” już w lipcu! Co prawda póki co tylko w Japonii, ale fakt, że wyjdzie jeszcze jakakolwiek animacja na podstawie tej mangi wystarcza, żeby popaść w euforię!

Paweł Kukiz kontra „dziennikarka” TVNu: tak właśnie wygląda dziennikarstwo w dużych mediach analogowych. Rzetelność i profesjonalizm w krzywym zwierciadle.


 

Jak wyglądaliby „Przyjaciele” w dzisiejszych czasach? Mistrzowska przeróbka kultowego serialu.

 

Damska stylówka tygodnia: typowo wiosenno-majówkowy komplecik. Trochę żałuję, że w moich czasach nastolatki nie ubierały się tak kwieciście jak Styleev. Choć jednak nie, jak sobie przypomnę jakie ciuchy były wtedy dostępne, to jednak nie żałuję.

zdjęcie pochodzi z bloga styleev.blogspot.com
zdjęcie pochodzi z bloga styleev.blogspot.com

 
Męska stylówka tygodnia: zestawienie na Króla Albanii. Niedługo pochód juwenaliowy, tak że propozycja od Simone Munari może się przydać.

zdjęcie pochodzi z bloga  simonemunari.com
zdjęcie pochodzi z bloga simonemunari.com

 

Klip tygodnia: w tym tygodniu też nie mam dla Was obrazka, a samą muzyczkę, ale za to jaką! Kojarzycie trzecią płytę takiego zapomnianego przez wszystkich składu Kaliber 44? I numer „Normalnie o tej porze” znajdujący się na niej? To sprawdźcie jak brzmiałby w wykonaniu idola Waszych rodziców.

 

Fanpage tygodnia: profil malutki i dopiero rozkręca się, ale ma potencjał, więc mam nadzieję, że przed wyborami pojawią się jakieś prawdziwe, bekogenne kozaki.

Korwin opowiadający bajki… Pardon, Korwin prezentujący program swojej partii.

Posted by Absurdalne zdjęcia Korwina on 10 marca 2015

 

Ogłoszenie parafialne: w tym miesiącu będzie się działo tyle rzeczy związanych z blogiem, że majówkę spędzam na WordPressie pisząc teksty, żeby się ze wszystkim wyrobić. Mam nadzieję jednak, że Wy odpoczywacie, grillujecie, ogniskujecie albo chociaż randkujecie i wyjechaliście za miasto, dlatego dajcie znać gdzie Was wywiało na długi weekend. Albo nawet wrzućcie w komentarzach jakąś fociszkę z wypadu, żebym wiedział, że ktoś jednak ma nieznośną lekkość bytu.

(niżej jest kolejny tekst)

21
Dodaj komentarz

avatar
13 Comment threads
8 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
14 Comment authors
Justyna Sekułaeva-iceOlkaJakub SkorusTianzi Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ania Myszkowska
Gość

Na WordPressie, too ;) Dodatkowo na Google Earth, bo nowe miejsca obczajam, żeby się za tydzień nie pogubić we włoskiej przestrzeni. Także Święto Pracy mam trzydniowe ;) Pozdro i nie zasiedź się!

Jan Favre
Gość

Regularnie ruszam się z przed biurka do lodówki, tak że bez obaw ;)

Urszula
Gość

Aż mi się przypomniał mój pierwszy wywiad z panem Januszem Korwin Mikke.
Choć pytania przygotowałam sama, a redaktor wcześniej je zatwierdził, to denerwowałam się wtedy okropnie.
I albo byłam lepsza od tej pani, albo pan Janusz bardziej wychowany, bo ostatecznie wywiad zamknęliśmy uściśnięciem sobie ręki. :D

astaaa
Gość
astaaa

Ja Kalibra nie zapomniałam, a ta przeróbka genialna, bardzo mi się spodobała. ;)

Jan Favre
Gość

To jest już nas dwójka ;)

Bartosz Ostrowski
Gość

Ten wywiad zapowiada się na tak żenujący, że obejrzałem mniej niż minutę.
A co do planów na majówkę to również mam zamian grzebać przy blogu ;)

Jan Favre
Gość

No to piątka!

Joanna Pachla
Gość

ja majówkę spędzam w Wordzie – to chyba daleko do siebie nie mamy. ;)

Jan Favre
Gość

W Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego? Myślałem, że w weekend nie egzaminują.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Halo, halo, no gdzie ty jesteś? – jak zwykle się spóźnia, jakby niepunktualność była domyślnie wpisana w mieszkanie na Ruczaju.

Sorka, korki, nadgodziny, korki. Wiesz jak jest – nie, nie wiem.

Tak, wiem jak jest, dlatego jak się z kimś ustawiam, to zanim podam godzinę, biorę pod uwagę korki, nadgodziny, korki. Sorka – grrr, jak ja nie lubię tego słowa.

Dobra, nie rób dymu, zaraz będziemy – „my”?

„My”? – kogo on tam ze sobą ciągnie? Myślałem, że pogadamy po męsku, jak dwudziestopięciolatek bez pracy z dwudziestopięciolatkiem z obozu pracy.

No już dojeżdżamy. 2 przystanki i jesteśmy, sorka, ale Gosia musiała się wrócić po tabletki, stąd lekka obsuwa – Gosia… no to śmy pogadali po męsku.

 

***

 

– Joł, co robisz jutro?

Siedzę w domu, Zosia jest chora. A co jest?

– Chciałem skoczyć na browara do jakiejś lokalnej mordowni.

Nie no, my nie damy rady. Zosia musi się wykurować, bo ma występ w przyszłym tygodniu.

– Kumam, że Zosię boli ząb, ale to nie możemy pójść na piwko?

Chętnie, ale my nie damy rady.

– Aha.

 

***

 

– Widziałeś jak „Birdman” poszalał z Oscarami? – czekam na komentarz, że to wielki sukces Polaków, bo koleś noszący kawę do reżyserki miał dziewczynę o słowiańskich rysach twarzy w podstawówce.

– Co-man? – trolluje?

– Nie widziałeś „Birdmana” z genialną kreacją Keatona? Jedynego filmu, w którym ten grubasek z „Kac Vegas” nie robi z siebie pajaca? – naprawdę mnie urzekło, że Galifianakis potrafi grać „normalne” role.

– Nie, nie widzieliśmy tego – to co on robił przez ostatni kwartał? A, pewnie „zamknięcie roku” go pochłonęło – zamknięcie roku nas pochłonęło.

– Żałuj, bardzo dobry film. Świetnie oddaje ten dylemat każdego twórcy – robić chałtury za miliony monet, czy realizować ambicje za drobne do garnuszka – serio jeszcze nie widziałem, żeby tak przystępnie dla masowego odbiorcy było to przedstawione. – A „Whiplash”? Też kozak i też na bogato z Oscarami.

– Nie, z nowościami nie jesteśmy na bieżąco – w sensie z filmami po końcu ostatniego millenium?

– O, stary, to kiedy ty ostatni raz byłeś w kinie? – na Kinomaniaku?

– No dawno nie byliśmy, to fakt. Ale to za to często chodzimy na basen przy Galerii Kazimierz, mają świetne sauny.

 

***

 

I teraz pytanie rozbijające bank: czemu używasz liczby mnogiej?

a) bo po wejściu w związek zatraciłeś własną tożsamość?

b) bo ograniczyłeś cały świat zewnętrzny do jednej osoby?

c) bo jesteś pantoflem i boisz się, że ONA usłyszy, że robiłeś cokolwiek bez niej?

d) wszystkie odpowiedzi są poprawne

Co musisz wiedzieć jeżdżąc rowerem po Krakowie?

Skip to entry content

Kraków nie jest aż tak zakorkowany i nie do przebicia się jak Warszawa, aczkolwiek w godzinach szczytu na Alejach potrafi być niesympatycznie, a z okien wszelkich środków transportu lecą „kurwy”. Coś jak w dniu meczu reprezentacji Polski z kimkolwiek. Dodaj do tego – nie notoryczne, ale jednak – spóźnienia i smród zaszczanych żuli, którzy robią z tramwaju swoje mobilne biuro i już masz mocny impuls do zastanowienia się, czy nie można by inaczej. Lepiej.

Otóż można, i to najlepiej, i tą możliwością jest rower. Nie będę się rozwodził nad tym, czemu pedałowanie jest wygrywaniem życia, bo już to zrobiłem i uznaję to za oczywistą oczywistość. Tym razem zdradzę Ci wszystkie sekrety i szokujące nowicjuszy prawdy, których poznanie sprawi, że poruszanie się rowerem po Krakowie będzie mniej stresogenne.

 

Rower miejski to równowartość 3 biletów miesięcznych

Jeśli jesteś normalnym człowiekiem, bo jeśli studentem to 6. Za 300 złotych kupisz nadający się do użytku rower z „bagażnikiem”, który będzie na tyle sprawny byś dotarł z Dębników do Mistrzejowic i na tyle niewybajerzony, że Ci go nie ukradną w pierwszym tygodniu użytkowania. Zasadniczo żywotność takiego sprzętu, bez przesadnego chuchania i dmuchania, to 2 sezony. Policzyłeś już ile oszczędzisz rezygnując z MPK, czy podać Ci kalkulator?

 

Ścieżki rowerowe są dla pieszych

Spacerowicze dobitnie Ci to udowodnią, gdy będziesz jechał przez Grodzką albo pod Wawelem. Bez permanentnego nakurwiania dzwonkiem nie dasz rady przejechać. Ani ich ominąć. Co czasem kończy się dość zabawnie, jeśli tylko lubisz grać w „Carmageddon”.

 

W godzinach szczytu na 95% będziesz szybciej niż MPK

Serio. Te 5% zarezerwowałem dla podróży 50-tką z jednej pętli na drugą, bo czasem zdarza jej się być na równo, ale w pozostałych przypadkach na pewno będziesz szybciej. Jednoślady górą!

 

Wszystkie serwisy rowerowe zdzierają

Dlatego jeśli już musisz skorzystać z ich usług, to nie ma sensu szczypać się z hajsem i krążyć po całym mieście, tylko oddać sprzęt do najbliższego.

 

Jest dużo stojaków i miejsc na zapięcie

W Grodzkie Króla Kraka na miejsca, w których możesz zostawić rower, naprawdę trudno narzekać, bo od galerii handlowych, przez place, po uczelnie są tysiące stojaków. A gdy te są zajęte, na przypinanie sprzętu do barierek, ogrodzeń, czy znaków drogowych też nikt krzywo nie patrzy.

 

Tylko raz miałem kontrolę trzeźwości

Od 2008 roku, najczęściej od połowy marca do połowy października, poruszam się po Krakowie pedałując i w tym czasie tylko raz (słownie: RAZ) zatrzymał mnie patrol i kazał dmuchnąć. Nie zachęcam do jazdy pod wpływem alkoholu i wsiadanie po pijaku na rower jest równie głupie, co wspinanie się na rusztowanie w tym samym stanie, ale nie uważam, żeby to zagrażało innym uczestnikom ruchu drogowego bardziej niż nietrzeźwi piesi.

 

Najbardziej kradną na Uniwersytecie Ekonomicznym

Jeśli wydaje Ci się, że zostawianie roweru w godzinach nocnych w okolicach Rynku Głównego jest niebezpieczne, że przypinanie jednośladu do drzewa pod obskurną kamienicą na Kazimierzu prowokuje złodzieja, że porzucanie sprzętu pod Galerią Krakowska na równy tydzień jest jednoznaczne z jego utratą, to masz rację. Wydaje Ci się.

Przez 7 lat parkowałem rower gdzie popadnie o wszelkich możliwych porach i jedynym miejscem, z którego kiedykolwiek mi go skradziono był Kampus UEKu.

Kampus, który ma monitoring, ochronę, znajduje się w centrum miasta i jest zamykany na noc. Zajebano mi go w biały dzień, dosłownie w samo południe, bo między godziną 11:20, a 12:40, z samego pieprzonego środka uczelni. Wydawało mi się to niewiarygodne, że rower przypięty zapięciem grubości kciuka Grycanki może ot tak zniknąć, ale jak się dowiedziałem od znajomych ze studiów i panów z ochrony, którzy mieli na tę sytuację totalnie wyjebane, jest to na porządku dziennym.

 

Tylko łańcuch uchroni Cię przed kradzieżą

Wszelkie linki, zapięcia żyłkowe, a nawet podkówki wymiękają przy krakowskich złodziejach. Z wieloletnich dysputy z rowerzystami i własnych doświadczeń wynika, że jedynym sposobem ochrony przed pedałowymi Copperfieldami jest łańcuch z hartowanej stali z kłódką. Kosztuje to kilkadziesiąt złotych i wygląda jakbyś miał nim zamykać cementarną bramę, ale działa. A jak pomalujesz go na złoto, to jest swag.

 

Jeśli ukradli Ci rower, to wybierz się w weekend na Halę Targową

I zobacz za ile osiedlowi biznesmeni wystawili go na sprzedaż.

 

Akademik ASP to największe bicyklowe cmentarzysko

Dziesiątki holenderek, składaków i górali dogorywa w zaułkach domu studenckiego na Kapelance. Część uszkodzonych, część niekompletnych, a część po prostu porzuconych, zmienia kolor łapiąc odpryski z szablonów wrzucanych na ściany budynku i kamufluje się przyjmując kilogramy kurzu. Widząc te sterty żelastwa czekające na bliżej nieokreślone „nic”, trochę mi smutno, ale zawsze sobie myślę, że z rowerami jest jak z psami i wszystkie idą do nieba.

 

Studentki z Podkarpacia na to lecą

Nie wiem na czym to polega, ale to one są najbardziej zszokowane, że w mieście w którym ani Twoja matka nie wydała Cię na świat, ani nie mieszka cała Twoja rodzina do 7 pokoleń wstecz, można mieć rower. Gdy im powiesz, że pochodzisz z Bielska, a mimo to masz tu bicykla, możesz patrzeć jak eksplodują im czaszki, bo nie mieści im się to głowach. Traktują to jak zdarzenie na tym samym poziomie abstrakcji co paradoks kłamcy. Jak jakimś cudem styki im się nie popalą i już trochę ochłoną, zaczynają dopytywać jak to się robi, czy to legalne i czy one też tak mogą.

Co zazwyczaj przeradza się w wypad z kocem na Zakrzówek.

 

Taksówkarze nie biorą jeńców

Staram się nie generalizować, ale w tym przypadku się nie da. Jeśli taksiarz ma okazję nieprzepisowo Cię wyprzedzić, wymusić pierwszeństwo, ochlapać lub zepchnąć na pobocze, to z całą pewnością to zrobi. Zgadniesz dlaczego? Bo jemu się śpieszy!

W odróżnieniu od wszystkich innych oczywiście.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!