Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #24: relacja z porodu, Paweł Kukiz i „Przyjaciele”

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 24

Ten tydzień był spokojniejszy niż pacjent po podaniu pawulonu, więc nie spodziewajcie się żadnych sensacji polaryzujących społeczeństwo. Zresztą nawet gdyby tak było, podejrzewam, że nie przejęlibyście się tym bardziej niż sytuacją muchy na szybie tira, bo od poniedziałku wszyscy żyją tylko majówką. Oprócz mnie, ale o tym później.

Bohaterowie „Gry o Tron” w stylizacjach z lato ’90: jak nie mam świra na punkcie serialu, tak widząc te stylówki zwariowałem. Gdyby „na co dzień” grali w takich ciuchach, jarałbym się tym tytułem bardziej niż „Mad Men”.

Jak to jest być copywriterem? Od początku drugich studiów był to mój docelowy zawód, który jawił mi się jako praca marzeń. Olga z kilkuletnim stażem w tym temacie, opowiada jak to faktycznie z tym pisaniem sloganów jest.

Bezpieczni po trzęsieniu ziemi w Nepalu: celny i merytoryczny tekst o tym, że robienie sobie na Facebooku beki z tragedii wcale nie jest tak śmieszne jak się tagującym wydaje.

Sztuczna ręka do samojebek: nie masz chłopaka, a chcesz, żeby przyjaciółki popadały z zazdrości widząc romantyczne foteczki z partnerem na Fejsie? Idź do psuchoterapeuty. Albo kup sobie ten gadżet.

Naćpana oksytocyną: mimo, że daleka od standardowych i ckliwych historii o porodzie, to mimo to wzruszająca opowieść o tym, jak to jest wydać ze swojego ciała innego człowieka na świat.

Nowy „Dragon Ball” już w lipcu! Co prawda póki co tylko w Japonii, ale fakt, że wyjdzie jeszcze jakakolwiek animacja na podstawie tej mangi wystarcza, żeby popaść w euforię!

Paweł Kukiz kontra „dziennikarka” TVNu: tak właśnie wygląda dziennikarstwo w dużych mediach analogowych. Rzetelność i profesjonalizm w krzywym zwierciadle.


 

Jak wyglądaliby „Przyjaciele” w dzisiejszych czasach? Mistrzowska przeróbka kultowego serialu.

 

Damska stylówka tygodnia: typowo wiosenno-majówkowy komplecik. Trochę żałuję, że w moich czasach nastolatki nie ubierały się tak kwieciście jak Styleev. Choć jednak nie, jak sobie przypomnę jakie ciuchy były wtedy dostępne, to jednak nie żałuję.

zdjęcie pochodzi z bloga styleev.blogspot.com
zdjęcie pochodzi z bloga styleev.blogspot.com

 
Męska stylówka tygodnia: zestawienie na Króla Albanii. Niedługo pochód juwenaliowy, tak że propozycja od Simone Munari może się przydać.

zdjęcie pochodzi z bloga  simonemunari.com
zdjęcie pochodzi z bloga simonemunari.com

 

Klip tygodnia: w tym tygodniu też nie mam dla Was obrazka, a samą muzyczkę, ale za to jaką! Kojarzycie trzecią płytę takiego zapomnianego przez wszystkich składu Kaliber 44? I numer „Normalnie o tej porze” znajdujący się na niej? To sprawdźcie jak brzmiałby w wykonaniu idola Waszych rodziców.

 

Fanpage tygodnia: profil malutki i dopiero rozkręca się, ale ma potencjał, więc mam nadzieję, że przed wyborami pojawią się jakieś prawdziwe, bekogenne kozaki.

Korwin opowiadający bajki… Pardon, Korwin prezentujący program swojej partii.

Posted by Absurdalne zdjęcia Korwina on 10 marca 2015

 

Ogłoszenie parafialne: w tym miesiącu będzie się działo tyle rzeczy związanych z blogiem, że majówkę spędzam na WordPressie pisząc teksty, żeby się ze wszystkim wyrobić. Mam nadzieję jednak, że Wy odpoczywacie, grillujecie, ogniskujecie albo chociaż randkujecie i wyjechaliście za miasto, dlatego dajcie znać gdzie Was wywiało na długi weekend. Albo nawet wrzućcie w komentarzach jakąś fociszkę z wypadu, żebym wiedział, że ktoś jednak ma nieznośną lekkość bytu.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Halo, halo, no gdzie ty jesteś? – jak zwykle się spóźnia, jakby niepunktualność była domyślnie wpisana w mieszkanie na Ruczaju.

Sorka, korki, nadgodziny, korki. Wiesz jak jest – nie, nie wiem.

Tak, wiem jak jest, dlatego jak się z kimś ustawiam, to zanim podam godzinę, biorę pod uwagę korki, nadgodziny, korki. Sorka – grrr, jak ja nie lubię tego słowa.

Dobra, nie rób dymu, zaraz będziemy – „my”?

„My”? – kogo on tam ze sobą ciągnie? Myślałem, że pogadamy po męsku, jak dwudziestopięciolatek bez pracy z dwudziestopięciolatkiem z obozu pracy.

No już dojeżdżamy. 2 przystanki i jesteśmy, sorka, ale Gosia musiała się wrócić po tabletki, stąd lekka obsuwa – Gosia… no to śmy pogadali po męsku.

 

***

 

– Joł, co robisz jutro?

Siedzę w domu, Zosia jest chora. A co jest?

– Chciałem skoczyć na browara do jakiejś lokalnej mordowni.

Nie no, my nie damy rady. Zosia musi się wykurować, bo ma występ w przyszłym tygodniu.

– Kumam, że Zosię boli ząb, ale to nie możemy pójść na piwko?

Chętnie, ale my nie damy rady.

– Aha.

 

***

 

– Widziałeś jak „Birdman” poszalał z Oscarami? – czekam na komentarz, że to wielki sukces Polaków, bo koleś noszący kawę do reżyserki miał dziewczynę o słowiańskich rysach twarzy w podstawówce.

– Co-man? – trolluje?

– Nie widziałeś „Birdmana” z genialną kreacją Keatona? Jedynego filmu, w którym ten grubasek z „Kac Vegas” nie robi z siebie pajaca? – naprawdę mnie urzekło, że Galifianakis potrafi grać „normalne” role.

– Nie, nie widzieliśmy tego – to co on robił przez ostatni kwartał? A, pewnie „zamknięcie roku” go pochłonęło – zamknięcie roku nas pochłonęło.

– Żałuj, bardzo dobry film. Świetnie oddaje ten dylemat każdego twórcy – robić chałtury za miliony monet, czy realizować ambicje za drobne do garnuszka – serio jeszcze nie widziałem, żeby tak przystępnie dla masowego odbiorcy było to przedstawione. – A „Whiplash”? Też kozak i też na bogato z Oscarami.

– Nie, z nowościami nie jesteśmy na bieżąco – w sensie z filmami po końcu ostatniego millenium?

– O, stary, to kiedy ty ostatni raz byłeś w kinie? – na Kinomaniaku?

– No dawno nie byliśmy, to fakt. Ale to za to często chodzimy na basen przy Galerii Kazimierz, mają świetne sauny.

 

***

 

I teraz pytanie rozbijające bank: czemu używasz liczby mnogiej?

a) bo po wejściu w związek zatraciłeś własną tożsamość?

b) bo ograniczyłeś cały świat zewnętrzny do jednej osoby?

c) bo jesteś pantoflem i boisz się, że ONA usłyszy, że robiłeś cokolwiek bez niej?

d) wszystkie odpowiedzi są poprawne

Co musisz wiedzieć jeżdżąc rowerem po Krakowie?

Skip to entry content

Kraków nie jest aż tak zakorkowany i nie do przebicia się jak Warszawa, aczkolwiek w godzinach szczytu na Alejach potrafi być niesympatycznie, a z okien wszelkich środków transportu lecą „kurwy”. Coś jak w dniu meczu reprezentacji Polski z kimkolwiek. Dodaj do tego – nie notoryczne, ale jednak – spóźnienia i smród zaszczanych żuli, którzy robią z tramwaju swoje mobilne biuro i już masz mocny impuls do zastanowienia się, czy nie można by inaczej. Lepiej.

Otóż można, i to najlepiej, i tą możliwością jest rower. Nie będę się rozwodził nad tym, czemu pedałowanie jest wygrywaniem życia, bo już to zrobiłem i uznaję to za oczywistą oczywistość. Tym razem zdradzę Ci wszystkie sekrety i szokujące nowicjuszy prawdy, których poznanie sprawi, że poruszanie się rowerem po Krakowie będzie mniej stresogenne.

 

Rower miejski to równowartość 3 biletów miesięcznych

Jeśli jesteś normalnym człowiekiem, bo jeśli studentem to 6. Za 300 złotych kupisz nadający się do użytku rower z „bagażnikiem”, który będzie na tyle sprawny byś dotarł z Dębników do Mistrzejowic i na tyle niewybajerzony, że Ci go nie ukradną w pierwszym tygodniu użytkowania. Zasadniczo żywotność takiego sprzętu, bez przesadnego chuchania i dmuchania, to 2 sezony. Policzyłeś już ile oszczędzisz rezygnując z MPK, czy podać Ci kalkulator?

 

Ścieżki rowerowe są dla pieszych

Spacerowicze dobitnie Ci to udowodnią, gdy będziesz jechał przez Grodzką albo pod Wawelem. Bez permanentnego nakurwiania dzwonkiem nie dasz rady przejechać. Ani ich ominąć. Co czasem kończy się dość zabawnie, jeśli tylko lubisz grać w „Carmageddon”.

 

W godzinach szczytu na 95% będziesz szybciej niż MPK

Serio. Te 5% zarezerwowałem dla podróży 50-tką z jednej pętli na drugą, bo czasem zdarza jej się być na równo, ale w pozostałych przypadkach na pewno będziesz szybciej. Jednoślady górą!

 

Wszystkie serwisy rowerowe zdzierają

Dlatego jeśli już musisz skorzystać z ich usług, to nie ma sensu szczypać się z hajsem i krążyć po całym mieście, tylko oddać sprzęt do najbliższego.

 

Jest dużo stojaków i miejsc na zapięcie

W Grodzkie Króla Kraka na miejsca, w których możesz zostawić rower, naprawdę trudno narzekać, bo od galerii handlowych, przez place, po uczelnie są tysiące stojaków. A gdy te są zajęte, na przypinanie sprzętu do barierek, ogrodzeń, czy znaków drogowych też nikt krzywo nie patrzy.

 

Tylko raz miałem kontrolę trzeźwości

Od 2008 roku, najczęściej od połowy marca do połowy października, poruszam się po Krakowie pedałując i w tym czasie tylko raz (słownie: RAZ) zatrzymał mnie patrol i kazał dmuchnąć. Nie zachęcam do jazdy pod wpływem alkoholu i wsiadanie po pijaku na rower jest równie głupie, co wspinanie się na rusztowanie w tym samym stanie, ale nie uważam, żeby to zagrażało innym uczestnikom ruchu drogowego bardziej niż nietrzeźwi piesi.

 

Najbardziej kradną na Uniwersytecie Ekonomicznym

Jeśli wydaje Ci się, że zostawianie roweru w godzinach nocnych w okolicach Rynku Głównego jest niebezpieczne, że przypinanie jednośladu do drzewa pod obskurną kamienicą na Kazimierzu prowokuje złodzieja, że porzucanie sprzętu pod Galerią Krakowska na równy tydzień jest jednoznaczne z jego utratą, to masz rację. Wydaje Ci się.

Przez 7 lat parkowałem rower gdzie popadnie o wszelkich możliwych porach i jedynym miejscem, z którego kiedykolwiek mi go skradziono był Kampus UEKu.

Kampus, który ma monitoring, ochronę, znajduje się w centrum miasta i jest zamykany na noc. Zajebano mi go w biały dzień, dosłownie w samo południe, bo między godziną 11:20, a 12:40, z samego pieprzonego środka uczelni. Wydawało mi się to niewiarygodne, że rower przypięty zapięciem grubości kciuka Grycanki może ot tak zniknąć, ale jak się dowiedziałem od znajomych ze studiów i panów z ochrony, którzy mieli na tę sytuację totalnie wyjebane, jest to na porządku dziennym.

 

Tylko łańcuch uchroni Cię przed kradzieżą

Wszelkie linki, zapięcia żyłkowe, a nawet podkówki wymiękają przy krakowskich złodziejach. Z wieloletnich dysputy z rowerzystami i własnych doświadczeń wynika, że jedynym sposobem ochrony przed pedałowymi Copperfieldami jest łańcuch z hartowanej stali z kłódką. Kosztuje to kilkadziesiąt złotych i wygląda jakbyś miał nim zamykać cementarną bramę, ale działa. A jak pomalujesz go na złoto, to jest swag.

 

Jeśli ukradli Ci rower, to wybierz się w weekend na Halę Targową

I zobacz za ile osiedlowi biznesmeni wystawili go na sprzedaż.

 

Akademik ASP to największe bicyklowe cmentarzysko

Dziesiątki holenderek, składaków i górali dogorywa w zaułkach domu studenckiego na Kapelance. Część uszkodzonych, część niekompletnych, a część po prostu porzuconych, zmienia kolor łapiąc odpryski z szablonów wrzucanych na ściany budynku i kamufluje się przyjmując kilogramy kurzu. Widząc te sterty żelastwa czekające na bliżej nieokreślone „nic”, trochę mi smutno, ale zawsze sobie myślę, że z rowerami jest jak z psami i wszystkie idą do nieba.

 

Studentki z Podkarpacia na to lecą

Nie wiem na czym to polega, ale to one są najbardziej zszokowane, że w mieście w którym ani Twoja matka nie wydała Cię na świat, ani nie mieszka cała Twoja rodzina do 7 pokoleń wstecz, można mieć rower. Gdy im powiesz, że pochodzisz z Bielska, a mimo to masz tu bicykla, możesz patrzeć jak eksplodują im czaszki, bo nie mieści im się to głowach. Traktują to jak zdarzenie na tym samym poziomie abstrakcji co paradoks kłamcy. Jak jakimś cudem styki im się nie popalą i już trochę ochłoną, zaczynają dopytywać jak to się robi, czy to legalne i czy one też tak mogą.

Co zazwyczaj przeradza się w wypad z kocem na Zakrzówek.

 

Taksówkarze nie biorą jeńców

Staram się nie generalizować, ale w tym przypadku się nie da. Jeśli taksiarz ma okazję nieprzepisowo Cię wyprzedzić, wymusić pierwszeństwo, ochlapać lub zepchnąć na pobocze, to z całą pewnością to zrobi. Zgadniesz dlaczego? Bo jemu się śpieszy!

W odróżnieniu od wszystkich innych oczywiście.