Close
Close

9 rzeczy, które obieca Komorowski w tym tygodniu

Skip to entry content

9 rzeczy, które obieca Komorowski w tym tygodniu

Wczoraj odbyła się debata prezydencka, na którą, w przerwie między zbieraniem grzybów, a wchodzeniem na japońskie stołki, w końcu udało się dotrzeć Komorowskiemu. Najwyraźniej przerażony brakiem wygranej w pierwszej turze, stwierdził, że jednak chwilę będzie musiał poudawać, że mu zależy i wyjść do ludzi. Nie jestem zwolennikiem Dudy, bo poza wystudiowanym z PRowcami uśmiechem, nie ma za dużo do zaoferowania, ale Bronek nie ma nawet tego uśmiechu. Tylko absurdalne obietnice.

Komorowski, na fali popularności serialu „House of cards”, chciał być jak Frank Underwood i jego program America Works i podczas debaty potwierdził, że stworzy 100 000 miejsc pracy dla „młodych”. Z jednej strony te 100 000, to taka jałmużna na otarcie łez, a nie faktyczne rozwiązanie problemu, z drugiej, miejsca pracy są wynikiem zapotrzebowania pracodawców na pracowników, a tworząc je sztucznie powoduje się więcej start niż zysków. Z trzeciej natomiast, bawi mnie niezmiernie fakt, że zrobił to na tydzień przed drugą turą wyborów. I jest to obietnica tyle desperacka, co niewiarygodna.

Po drodze jeszcze przewinęła się zmiana konstytucji i zielone światło dla Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Znaczy to mniej więcej tyle, że Broniu będzie zapierał się rękami i nogami i obieca WSZYSTKO byleby tylko utrzymać stołek. Jakich zatem obietnic od Bronisława Komorowskiego możemy się spodziewać w tym tygodniu?

 

Dopłaty dla blogerów i skup miejsca reklamowego. W Polsce są już ponad 2 miliony blogów, to 20 razy więcej niż liczba górników na Śląsku. Prezydent nie może lekceważyć tak dużej siły! Żeby zapewnić spokojny byt blogerom i sushi do zdjęć na Instagrama, podpisze ustawę gwarantującą przynajmniej 1 płatną kampanię w okresie przestoju noworocznego. Ewentualnie powołanie kryzysowej grupy wsparcia, klikającej w banery z AdSense.

Bezdeszczowe niedziele. Bo, nic tak nie wkurwia jak gówniana pogoda w weekend.

Praktyczne użycie całkowania. Wielu młodych narzeka, że program nauczania już na etapie gimnazjum jest niedostosowany do realiów. Że lekcje prowadzone są w nudny, archaiczny sposób. Że uczniowie w szkołach katowani są nieprzydatną wiedzą, nie mającą zastosowania w prawdziwym życiu. Po wyborach to się zmieni. Na ulicach pojawią bankomaty i parkometry uruchamiające się dopiero po rozwiązaniu dwóch zadań z całką oznaczoną i jednego z pochodną.

Odzyskanie Wilna! Czas na sprawiedliwość, czas na rozliczenie się z przeszłością, czas na odebranie tego co nasze! Z borzą pomocą Wilno wruci do Polski!

Legalizacja metaamfetaminy. Kontynuujemy niezdrową fascynację serialami. Jak podają najnowsze sondaże, co piąty ankietowany oglądał „Breaking Bed” i w liście do Świętgo Mikołaja wpisał zestaw małego chemika. Głowa państwa nie może być głucha na tak wyraźne pragnienia ludu.

Zwycięstwo polskiej reprezentacji piłki nożnej. Już przed końcem bieżącego millenium.

Bezstresowa miesiączka. Kobiety niestety nie są tak dobrymi kierowcami jak ludzie i do największej liczby wypadków drogowych dochodzi właśnie przez nie, w wyniku dokuczliwego zespołu napięcia przedmiesiączkowego. Bronkowi zależy na wszystkich wyborcach, nawet tych nie znających się na myślistwie. Dlatego w trosce o kobiety, pozwoli im w trakcie okresu 2-krotnie zgłosić nieprzygotowanie w pracy i aż 4-krotnie w domu, aby nie musiały stresować się w te trudne dni. Po zgłoszeniu nieprzygotowania, nikt nie będzie mógł mieć do nich pretensji o niedyspozycyjność, a one same będą mogły zająć się czymś relaksującym. Na przykład zmywaniem lub cerowaniem skarpet męża.

iPhone bez folii dla każdego. Jesteśmy mocnym, nowoczesnym państwem z wieloletnią tradycją. Nie możemy być sto lat za 50 Centem. Ze specjalnych rezerw na wypadek ataku obcych, powstanie specjalny fundusz socjalny, gwarantujący każdemu Polakowi z prawem wyborczym, yyy, to znaczy po 18-tym roku życia, nowego iPhone’a 6. Wystarczy, że udostępnicie tego posta na swojej klatce schodowej, a w komentarzu wpiszecie „głosuję na Bronka”.

Przestrzeganie 40-godzinnego tygodnia pracy w Mordorze na Domaniewskiej. No dobra, z tym to akurat słaby żarcik.

(niżej jest kolejny tekst)

48
Dodaj komentarz

avatar
18 Comment threads
30 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
26 Comment authors
SoulmateOlgaTediCo powinien obiecać przyszły prezydent?Blogabella Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Agnieszka Zyśk
Gość

<3

Jan Favre
Gość

Buzi, buzi :*

dreszek
Gość
dreszek

Praktyczne użycie całkowania. – boskie :D

Agnieszka Zyśk
Gość

Janek na prezydenta!

Marcin Tymków
Gość

Rewelacyjny wpis :D

Jan Favre
Gość

Dzięki!

Basia
Gość
Basia

czy jestem jedyną osobą, która w życiu nie musiała rozwiązać całki? #grupawsparciaposzukiwana

Konrad
Gość
Konrad

Jestem z tobą

Karola Franieczek | Życie Me
Gość

Jest nas więcej

Weronika Truszczyńska
Gość

Nic nie wiecie o życiu.

Marta Tempes
Gość
Marta Tempes

A ja walczyłam z całkami i jestem z tego dumna :P Ale to miłe, że Prezydent chce nadać sensu mojemu życiu i wprowadzić praktyczne zastosowanie całek ;]

Wojciech Kopeć
Gość
Wojciech Kopeć

> miej komputer
> zastanawiaj się nad praktycznymi zastosowaniami całek

Michał Zieliński
Gość

Jest nas więcej.comment image

Ola
Gość

hm.. pewnie musiałam.. albo nie… ale widocznie byłam pod silnym działaniem meta amfetaminy bo nic nie pamiętam.
A może to trawka była…

Better
Gość
Better

Wchodzisz na grząski grunt, bo o politykę to łatwo się pokłócić. Nie rozumiem wątku dot. miesiączki, bo można to rozumieć róznie. Co do 100000 miejsc pracy to nie jest bajka ani głupia obietnica. To głośne wyrażenie pomysłu, który zaczyna się realizować. Polska od początku 2014 roku wie, ze bedzie inwestować w młodych i rynek pracy. UE nam daje kasę i to nie małą. Bronek PR ma słaby, bo jak z czymś wypali to nie wiadomo jak to rozumieć, ale tu obietnica nie jest bez pokrycia. Jeśli to się zamieni w systemowe rozwiazanie to dla tych bez pracy pewnie lepiej, ja… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

„politykę to łatwo się pokłócić” – tak jak o wszystko, bo nawet rosół nie wszyscy lubią.

„Co do 100000 miejsc pracy to nie jest bajka ani głupia obietnica.” – i zupełnym przypadkiem wpadł na to akurat po niekorzystnym wyniku pierwszej tury wyborów?

„Polska od początku 2014 roku wie, ze bedzie inwestować w młodych i rynek pracy.” – myślałem, że to jest wiadomo od zawsze, a nie od 2014 roku.

Abstrahując od tego. miejsca pracy są – przykładowo dwóch moich kolegów od kilku miesięcy próbuje zrekrutować programistów – tylko brak jest wykwalifikowanych pracowników i w tym jest problem.

Better
Gość
Better

Nie, nie wiadomo było od zawsze że będą takie inwestycje na młodych i rynek pracy. One zawsze były ale do tej pory nie było extra kasy na to.

Nie, nie powiedział przypadkiem powiedział o tym całkiem celowo i w ogóle nie twierdzę że to dobrze brzmi, napisałam tylko, że to nie jest obietnica bez pokrycia i obojętnie która partia będzie nami rządzić.

Michał Zieliński
Gość

A ja jestem bardzo ciekaw co się z tym krajem stanie jak z europejskiego kranu przestanie spływać darmowa manna która od tylu lat ratuje nam dupę.

Better
Gość
Better

Jak się nie ogarniemy, to marnie to widzę po 2020.

steveminion
Gość
steveminion

Jaka darmowa kasa? Żeby coś dostać najpierw trzeba coś dać a wpłacamy coraz więcej plus ogromny koszt debilnych przepisów…

Michał Zieliński
Gość

a uważasz że więcej wpłacamy czy więcej ciągniemy?

steveminion
Gość
steveminion

I to jest ciekawe pytanie.
W tej chwili teoretycznie dostajemy więcej (ale z każdym rokiem to się zmniejsza). Wliczając jednak obsługę, kredyty na wkład własny i zwykłe urzędnicze marnotrawstwo nie wygląda to już tak kolorowo. Gro pieniędzy idzie na inwestycje deficytowe, realizowane bo można odstać dofinansowanie, a potem trzeba do nich dokładać wciąż mając na karku kredyty, itp itd… Do tego wszelkie regulacje, które bardziej szkodzą niż pomagają…
UE nie ratuje nam dupy ale nauczyła żyć na kredyt rządzących ignorantów (żeby nie opowiedzieć dosadniej), którzy rujnują nasz kraj.

steveminion
Gość
steveminion

„100000 miejsc pracy to nie jest bajka ani głupia obietnica”
To nie jest głupi pomysł to jest skrajnie debilny pomysł. Miejsc pracy nie tworzy się przez dotacje ale rozwój gospodarki. Skończy się na tym, że jedni stracą pracę aby dostali ją inni bo rząd za to płaci a po dwóch latach kolejna rotacja. Dokładnie tak było z niepełnosprawnymi…
Kiedy ludzie w końcu zrozumieją, że państwo nie jest od tego aby dawać ale nie zabierać…

Better
Gość
Better

Tak mówią Ci którzy maja pracę. Problem w tym, że ten rozwój gospodarki no jakimsś sposobem nie daje pracy młodym. Ja naprawdę nie bronie pomysłu, bo on zostanie w duzej części wykorzystany przez przedsiebiorców a młodzi tylko częściowo na tym skorzystają. Też mi łatwiej to kryykować, bo mam za co żyć.

steveminion
Gość
steveminion

Nie, tak powie każdy kto potrafi logicznie myśleć i nie musi walczyć o wyborców populistycznymi hasłami. Poza tym w Polce nie tylko młodzi nie mają pracy. Jedna z większych głupot to dotacje na założenie własnej działalności, które są ograniczone dla osób do 25 lat i powyżej 50. Ci pierwsi nie mają doświadczenia i po roku firma kończy swoją działalność (większość tak kończy) a Ci drudzy nawet nie pomyślą o zakładaniu firmy. W ten sposób jedyna grupa, która mogłaby na tym naprawdę skorzystać i przyczynić się do rozwoju gospodarki została wykluczona. Największym hitem jest karta dużej rodziny (czy jak to tam… Czytaj więcej »

Better
Gość
Better

Nie jestem na 100% pewna, bo musiałabym to sprawdzic, więc mnie nie „atakuj”:), ale pożyczki i rózne wsparcie jest też przewidziane dla wszystkich którzy chcą założyć działalność gospodarczą.

steveminion
Gość
steveminion

Przepraszam jeśli za ostro i odebrałaś to za atak :) Z kasą na własną działalność jest jak napisałem (choć nie wykluczam, że zasady mogą się różnić w zależności od miasta, czasami też zmienia się wiek ale ogólnie Ci po środku zawsze zostają na lodzie). Inną sprawą są pożyczki z UE.

Better
Gość
Better

Nie nie odebrałam, chciałam ewentualny uprzedzić i złagodzić klimat:)
Pewnie zasady mogą być rózne w róznych rejonach, bo to zależy jakie są najwieksze w nich probemy. Ale pieniadze z UE powinny być dla wszystkich. Wszystko co chciałam powiedzieć powyzej to, że to co powiedział Bronek nie jest bez sensu. Tylko to nie od niego zależy.

steveminion
Gość
steveminion

I znowu muszę się nie zgodzić (taki ze mnie uparciuch :) Żeby komuś coś dać najpierw trzeba komuś zabrać a rząd zabiera głównie tym, którym rzekomo chce pomagać. W międzyczasie część tych pieniędzy znika bo trzeba opłacić kolejnych urzędników którzy zajmą się obsługą tego kolejnego absurdalnego pomysłu. Gdzie tu sens i logika? Ten program nie tworzy nowych miejsc pracy. Nowe miejsca pracy tworzy rozwój gospodarczy, którego nie ma ze względu na bezustanny wzrost obciążeń podatkowych i zamordyzm skarbówki. Wystarczyłoby uprościć i zmniejszyć obciążenia podatkowe a dziura w budżecie która zrobi się z tego powodu szybko zostanie załatana z nawiązką przez… Czytaj więcej »

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #26: słownik fotograficzny, Bronisław Komorowski i Hipsterski Maoizm

Skip to entry content

cotygodniowy przegląd internetu 26

Ten tydzień bezdyskusyjnie był tygodniem Komorowskiego. Jednak nie do końca w pozytywnym znaczeniu tej frazy. W sumie to w całkowicie negatywnym. Wiele osób mówi, że największe szanse na wygranie w drugiej turze miałby nie odzywając się do 24-go maja i im więcej jego działań śledzę, tym bardziej się z tym zgadzam. Konkrety poniżej, a oprócz nich trochę wartościowego YouTube’a i linków do niepolitycznych treści.

Słownik fotograficznych: trudno mi powiedzieć coś więcej, niż, że to zestawienie podstawowych pojęć, które powinien poznać każdy, kto chce zająć się robieniem zdjęć na serio. No może jeszcze dodam, że autorka jest najbardziej fotogeniczną rudą dziewczyną jaką znam.

42 kuchenne gadżety, które chcę mieć! W tym takie wariactwa jak sosjerka z R2D2, krajalnica do pizzy w kształcie statku ze „Star Streka” i fartuch kucharski stylizowany na uniform Robina z „Batmana”.

Jak to jest mieszkać obok akademików w juwenalia? I przeżywać atak Żółwi Ninja, Motomyszy z Marsa i niedoszłych bardów jednocześnie. Czyli spojrzenie na to, co działo się w zeszłym tygodniu w Krakowie, z perspektywy kogoś, kto już jest po.

9-latek recenzuje nowych Avengersów: i z bólem serca, dumy, i opuszek palców muszę przyznać, że robi to dużo lepiej niż ja. Polecam tego podstawówkowicza.

Komorowski doradza Młodemu: że jak chce kupić mieszkanie zarabiając 2 000zł, to musi albo zmienić pracę albo wziąć kredyt. Z zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu, ta odpowiedź zelektryzowała internautów i przerodziła się w falę nienawiści. A co niby miał odpowiedzieć?

https://www.youtube.com/watch?v=Do4OsDMJTBA

Komorowski kontra niepełnosprawna: zapewne tak samo podstawiona jak młody w filmiku wyżej, tyle, że tu wychodzi brzydka rzecz, która dotąd była kryta. Mianowicie prezydent Polski jest kukiełką, którą steruje zza jego pleców sufler. I to jest faktyczny problem niszczący wizerunek.


 

Syndrom Trinity: tak, chodzi o tę laskę z „Matrixa”, o seksizm i o parytety w hollywodzkich filmach. Brzmi dziwnie, co? Ale słucha się całkiem znośnie.

Pogromcy Przysłów: kolesie z kanału Grupa Filmowa Darwin, w przerwach miedzy odcinkami „Wielkich konfliktów” kręcą luźniejsze rzeczy.  I jedną z nich jest własnie parodia „Pogromców mitów” z Discovery. Bardzo zresztą udana, chętnie obejrzałbym cały sezon.


 

Damska stylówka tygodnia: nie wiem co mi się bardziej podoba na tym zdjęciu – mural, modelka, czy buty? Te ostatnie widać najmniej, a są naprawdę bajeranckie i widząc je na żywo, trudno skupić się na czymś innym. U Mademoiselle Kate zobaczycie je w całej okazałości i kilka innych rzeczy, od których trudno oderwać oczy.

zdjęcie pochodzi z bloga mademoiselle-kate.blogspot.com
zdjęcie pochodzi z bloga mademoiselle-kate.blogspot.com

 

Męska stylówka tygodnia: za każdym razem jak wchodzę na bloga Vnitasa, zastanawiam się, czy te ciuchy są faktycznie tak dobre, czy to on jest tak skrojony, że wszystko na nim leży, jakby się w tym urodził. Tym razem jest podobnie i jeśli tylko ktoś mi zagwarantuje, że w klasyczno-oficjalnych ciuchach będę wyglądał nie gorzej, niż on, to zaczynam chodzić w marynarkach.

zdjęcie pochodzi z bloga vaniitas.blogspot.com
zdjęcie pochodzi z bloga vaniitas.blogspot.com

 

Klip tygodnia: Dawid Podsiadło i Flirtini na antenie Czówrki stworzyli bardzo ładną, wkręcającą piosenkę. Świetny podkład Jedynaka i Mentosa i idealnie wklejający się w to leniwy wokal Dawid. Szkoda tylko, że nie po polsku.


 

Fanpage tygodnia: Hipsterski Maoizm polecałem już przy zestawieniu profili, bez których Facebook byłby nudny, ale robię to jeszcze raz. Odkąd kampanie kandydatów na prezydenta nabrały tempa, pojawiają się tam absolutne kozaki, które nie sposób przeglądać w trakcie spożywania posiłku, bo zawartość jamy ustnej ląduje na ziemi, ścianie lub monitorze. Autorzy profilu to asy satyry politycznej.

Pozdrawiamy słodkiego pana Andrzeja

Posted by Hipsterski maoizm on 13 maja 2015

 
Jeśli znacie równie dobre, oscylujące wokół polityki, funpagi, to podrzućcie.

7 wad „Avengers: Czas Ultrona”

Skip to entry content

W weekend byłem na nowej ekranizacji przygód komiksowych superbohaterów – „Avengers: Czas Ultrona”. Nie, żebym był jakimś zagorzałym fanem, bo dużo bardziej jarają mnie wszelkie wariacje na temat X-Menów, ale na „Iron Man 3” bawiłem się jak Adam Hofman na diecie poselskiej, więc stwierdziłem, że sprawdzę. W końcu Robert Downey Jr. w obsadzie filmu, to już od jakiegoś czasu gwarancja przynajmniej przyzwoitej rozrywki. No i udało mi się znaleźć seans nie w 3D, o w miarę przyzwoitej porze, więc „za” było zdecydowanie więcej niż „przeciw”.

Jakie wrażenia po seansie?

Nie jest to tytuł tak słaby jak ostatnia „Godzilla”, bo nie wiem co trzeba by zrobić, żeby przebić tego gniota, ale do „Przeszłość, która nadejdzie” sporo mu brakuje. Mniej więcej tyle, ile Elizie z Warsaw Shore do bycia piosenkarką. No dobra, może ciut mniej. W każdym razie z pewnością nie jest to film, na który trzeba pójść, żeby móc nazywać się miłośnikiem kina rozrywkowego. Ot, taki przyjemny średniak dla fanów serii. Dla wszystkich pozostałych po prostu średniak, na którym lepiej sprawdzić, czy koleżanka z którą się przyszło nie ma wody z kolanach, ani udach, niż skupiać na ekranie.

Czemu?

 

Walka, walka, walka

Avengers-czas ultronu

Od razu walimy z grubej rurki – najpoważniejszy zarzut wobec filmu. Niestety w „Avengers: Czas Ultrona” nie ma czasu na budowanie napięcia, osadzanie widza w klimacie i pozwolenie mu aby przejął się losem swojej planety. Nie ma na to czasu, bo trzeba napierdalać! Obraz dominują sceny walki, przerywane scenami bitwy, z luką na sceny wojny. I tak w kółko od wciśnięcia „play” przez operatora do napisów końcowych. Chciałeś się wczuć w sytuację postaci na ekranie? To idź na „Milczenie owiec”.

 

Ten typ z łukiem

Avengers_hawkeye

To przeszkadzało mi już w poprzedniej części, ale w tej uniemożliwiało mi zabawę. Avengersi to zbiór superbohaterów, więc jak sama nazwa wskazuje, powinno być super. Thor jest synem Odyna i ma kozacki młot, Kapitan Ameryka jest genetycznie modyfikowanym koleżką z poprzedniego stulecia, Iron Man to cud techniki i naukowy geniusz, a Hulk to Hulk. I nagle na pierwszy plan tego składu wychodzi ziomeczek, którego jedyną umiejętnością jest to, że potrafi strzelać z łuku.

To nawet Strasburger wilgotniejsze suchary klepie. Przecież to jest superbohaterstwo na poziomie Wardęgi. Z jednej strony mamy półbogów, a z drugiej typa, który za dużo naoglądał się Robin Hooda. Gdyby jeszcze był jakimś turbo samcem alfa, albo chociaż rzucał śmieszne teksty, ale jest tylko wiecznie ciągnącą się za ekipą ciapą. W dodatku chodzącą w bezrękawniku. Jakbym Bronka 20 lat wcześniej widział.

 

Brak logiki

avengers-age-of-ultron-

To mnie zawsze irytuje w filmach sensacyjno-komiksowo-rozrywkowych, ale tu już osiąga apogeum. Tego typu tytuły opierają się na tym, że ten dobry z tym złym, tłuką się jak mięso na kotlety, rozpierdalając po drodze całe miasto. Wieżowce, centra handlowe, samochody, wylatują w powietrze jak fajerwerki w nowy rok i wszyscy mają w dupie, że są w nich ludzie. I giną. Im większy budynek jebnie na ziemię, tym większa zabawa przecież. Mimo to, że podczas jednej takie sceny walki, zginęło „przypadkiem” kilkaset osób, protagonisty nigdy to nie rusza.

Co się dzieje jednak, gdy w kadrze pojawi się dziecko? No trzeba ratować. To chuj, że w poprzednich scenach główny bohater zabił dziesiątki takich dzieci rzucając czarnym charakterem po domach. Dziecko jest widoczne w kadrze, więc trzeba olać misję ratowania świata i wyłączenie bomby 30 sekund przed wybuchem, który zmiecie wszystkich z planety, tylko rzucić się na ratunek jakiemuś przypadkowe bachorowi. Tak, to brzmi logicznie.

 

Infantylne momenty

avengers czas ultrona  recenzja

W połowie filmu Avengersi zostają dojechani przez ziomków Ultrona – sztuczną inteligencję, która przemieszcza się po sieci z prędkością światła – i postanawiają się schować. Nie w bunkrze, nie w schronie odciętym od świata i komunikacji, nie na biegunie północnym gdzie zasięg LTE ani GPS nie sięga. Nie. W jakimś domku na wsi. Który widać z każdej satelity.

Domek należy do typa z łukiem i jego żony i mimo, że jest widoczny jak czarne oliwki na pizzy, to Avengersi są pod wrażeniem jak świetnie łucznik ukrył go przed światem.

Tak jak pisałem dwa akapity wyżej, typ z łukiem w grupie ma pozycję popychadła, służącego bardziej za mięso armatnie, niż kogoś kto jest w stanie zrobić COKOLWIEK. Mimo to, typu w trakcie rozmowy z żoną oznajmia jej, że musi być liderem dojechanych Avengersów, pomóc im stanąć na nogi i ocalić świat od zagłady. Co jest najmniej przekonującą sceną motywacyjną, jaką w życiu widziałem.

 

Za dużo żartów

Tony Stark ma w tym filmie złote linijki, które sprawiają, że między kolejnymi niekończącymi się scenami walki, można się faktycznie zaśmiać. Niestety pozostali mają te linie lekko zardzewiałe i nawet dałoby się je jeszcze jakoś naoliwić, gdyby nie fakt, że padają zbyt często. Esencją przeładowania, co by nie mówić, sensacyjnego tytułu żartami, jest odnoszenie się co kwadrans w pseudo-śmieszny sposób do suchara Kapitana Planety z początku filmu. Jakbym chciał obejrzeć rasową komedię, to bym włączył wystąpienie Magdy Ogórek, a nie szedł do kina.

 

Ultron

avengers czas ultrona ultron

Niestety, ale wyjątkowo słabym punktem „Czasu Ultrona” jest sam Ultron, będący jednocześnie najmniej inteligentną sztuczną inteligencją jaką widziałem. Koleś, a w zasadzie „to coś”, ma dostęp do WSZYSTKICH baz danych i WSZYSTKICH systemów informatycznych na świecie.

I co robi, żeby unicestwić ludzkość?

Nie wprowadza buntu maszyn, czy awarii instalacji elektrycznej, która jest w każdym domu. Nie zmienia procedur produkcji żywności, czy filtrowania wody, żeby po cichu zatruć ludzi. Nie wysyła też radzieckich bomb na biały dom, żeby rozpętać trzecią wojnę światową.

Nie. Stwierdza, że najlepszy pomysłem będzie wyrwanie kawałka Ziemi i rzucenie nim w planetę, bo widział to na filmie o wyginięciu dinozaurów. Innymi słowy, wybiera standardowe rozwiązanie godne zwykłego czarnocharakterowego osiłka, które można sabotować na dziesiątki sposobów, a nie jakiś przekminiony sposób, na który mógłby wpaść tylko cyber-mózg. Zawiodłem się.

 

Brak Pepper Pots

avengers czas ultrona   recenzja

Przypominam, że w tej części przygód Iron Mana jest już oficjalnie jego panną, więc nie wiem jak mogli nie pokazać jej nawet przez chwilę, jednocześnie komunikując jej istnienie. Bo niby co, sugerują, że ani się o niego nie martwiła, ani nie chciała mu pomóc w kulminacyjnej scenie, ani nie czekała w domu z rosołem i schabowym na jego powrót?

Co te amerykańskie produkcje robią ludziom z głowami? Przecież kobiety nie są aż tak oziębłe, prawda?

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!