Close
Close

Czym się różni zazdrość od zawiści?

Skip to entry content

Często słyszę dumne wypowiedzi „ja nikomu niczego nie zazdroszczę!”, w trakcie dyskusji na temat pieniędzy, kobiet, czy sławy, gdy rozmówca przeczuwa, że dyskusja zmierza w stronę zauważenia różnic między mną, a Hugh Hefnerem. Czy nim, a Jackiem Nicholsonem. Czy nią, a Madonną. Czy jakimkolwiek Polakiem, poza Romanek Polańskim, a przeciętnym aktorem ze Stanów. Po wytłuszczeniu tych dysproporcji w statusie społecznym i stanie świnki skarbonki, ludzie notorycznie chcą zaznaczyć, że mimo iż pragną tych celebryckich atrybutów, w żadnym, ale to w żadnym wypadku nie zazdroszczą omawianej personie. Jakby zazdrość była czymś złym.

Ja od dziecka zawsze komuś czegoś zazdrościłem. I dalej zazdroszczę.

W przedszkolu, w pełni zmieniających się Transformersów, które miał tylko jeden dzieciak w grupie i cała reszta musiała ustawiać się w kolejce, żeby móc się nimi pobawić. W podstawówce, wszystkiego, co miało znaną metkę. W gimnazjum, gładkiej cery bohaterom „Na Wspólnej”. W liceum, zagranicznych wakacji, zagranicznych ferii, zagranicznych majówek, zagranicznych przerw świątecznych i wszystkiego co powiewało przekraczaniem granic. Na studiach, orgii na imprezach i pracy po zakończeniu edukacji studentom z kraju z flagą z gwiazdkami.

Obecnie zazdroszczę Michałowi Szafrańskiemu liczby czytelników, Abstrachujom skutecznego rozwijania marki odzieżowej, Lekko Stronniczym braku skrępowania w występowaniu przed kamerą, a Weronice Załazińskiej wyjazdu na festiwal w Cannes. I co wynika z tej całej mojej zazdrości? To, że mobilizuję się i pracuję więcej i ciężej, żeby mieć to co oni. Chęć posiadania tego, co widzę u kogoś innego, przekłada się u mnie na działanie skierowane na zdobycie tego.

Zresztą spójrzmy jak to uczucie definiują słowniki. Według Państwowego Wydawnictwa Naukowego to

uczucie przykrości spowodowane brakiem czegoś, co bardzo chce się mieć i co inna osoba już ma

natomiast Wikisłownik określa to jako

uczucie chęci posiadania czegoś należącego do innej osoby, robienia tego, co ona

Nie brzmi jak jakaś terminalna choroba zakaźna, ani stan czyniący z Ciebie podczłowieka, prawda? Ot, po prostu uczucie dające Ci do zrozumienia, że jest jeszcze na tej plancie coś, co chcesz mieć. Dlaczego więc, ludzie tak mocno chcą manifestować odcinanie się od niego? Najprawdopodobniej przez mylenie zazdrości z zawiścią.

Czym jest zawiść?

Według PWNu

uczucie silnej niechęci do osoby, której się czegoś zazdrości

według Wiki

uczucie znacznie silniejsze niż zazdrość, polegające na odczuwaniu silnej niechęć lub wrogość w stosunku do osoby, której czegoś się zazdrości

A według mnie, to zgubne, wyniszczające uczucie, które zżera Cię od środka jak rak. W momencie, gdy włada Tobą zawiść, nie widzisz pracy, trudu i czasu poświęconego przez daną osobę, na zdobycie zajebistej fury, willi z parkiem wodnym, czy popularności równej Coca-Coli. Widzisz tylko te symbole sukcesu i uważasz, że ona na nie nie zasługuje, bo bezwarunkowo należą się Tobie.

Nie analizujesz sytuacji, nie próbujesz się zastanowić i dojść do tego, czemu ktoś ma furmankę pieniędzy, a Ty ledwo hulajnogę z groszówkami. Nie szukasz odpowiedzi z czego to wynika, nie próbujesz zrozumieć czynników decydujących o tym. Skupiasz się na sobie i swoim poczuciu dyskomfortu i nie przyjmujesz do świadomości, że po prostu mogłeś się za mało starać.

Zawiść sprawia, że zamiast inspirować się osiągnięciami innych, zaczynasz je deprecjonować, żeby nie czuć się źle. Budujesz sobie iglo z negatywnych emocji, w którym plujesz na ludzi mających to, co tych chciałbyś mieć, ale nigdy nie zrobiłeś na tyle dużo, by to zdobyć. Ta obsesja pożądania połączona z nienawiścią przesłania Ci rzeczywistość jak katarakta. Przestajesz budować, skupiasz się na destrukcji. Przy czym, paradoksalnie, nie zauważasz, że chcąc zaszkodzić innym, najbardziej niszczysz siebie. Aż zostajesz wydrążoną z motywacji, plującą jadem na otoczenie kukłą.

W skrócie, zazdrość tym się różni od zawiści, że to pierwsze mówi Ci, że czegoś pragniesz, a to drugie daje przekonanie, że to coś należy się Tobie bardziej niż innym. Jednocześnie zaciągając zasłonę amnezji na fakt, że jeśli coś chcesz mieć, to musisz ruszyć dupę, by to zdobyć.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Scott Joseph
(niżej jest kolejny tekst)

18
Dodaj komentarz

avatar
11 Comment threads
7 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
12 Comment authors
Adrian KalinowskiAnia MyszkowskaHandbook of Dairy Foods and Nutrition, Third Edition - Gregory D. Miller, Judith K. Jarvis, Lois D. McBean free downloadsAlexandraSaga Sachnik Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Róża Wigeland
Gość
Róża Wigeland

A te czary ze zdjęcia pomagają? Mam kilku blogerów na oku, ale nie wiem, czy szyć te laleczki, czy napisać kilka postów w tym czasie – o sobie oczywiście ;)

Jan Favre
Gość

Czy wbijanie igieł w laleczkę wudu pomaga być bardziej sfrustrowanym? Z pewnością.

Róża Wigeland
Gość
Róża Wigeland

Czyli ci wszyscy czarodzieje i szamani to bardzo mali ludzie. A my ich posądzamy o jakieś nadprzyrodzone zdolności :)

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Zazdrość najlepszym motywatorem – zaraz po sakramentalnym „nie dasz rady”. Zazdrościłam dziewczynom mieszczenia dupy w rurki i niewyglądania jak eksplodująca parówka ze smoleńskiej teorii doktora Ziółkowskiego – myk!, ćwiczymy, robimy, nie żremy – i jest. Zazdrościłam ludziom tego, że robią w życiu to, co lubią – więc ryłam do egzaminów całe lato po studiach, po 9 godzin dziennie, jak księgowa na etacie – i jest. Teraz zazdroszczę klientowi Chevroleta Camaro, a innym forsy na zachcianki- i doskonale wiem, co to oznacza :). Konstruktywna zazdrość jest dobra.Zazdrość to „fajnie tak – mieć furę siana i jeździć po świecie,spróbuję – może też… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

Na mnie akurat „nie dasz rady” i podpuszczanie w ten sposób nie działa, ale wiem, że dla wielu to jest jak sygnał startowy w biegach.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Ja nie mówię o podpuszczaniu. Chyba, że się źle rozumiemy. Przez podpuszczanie rozumiem „nie dasz rady schować się pod przejeżdżającym pociągiem”, a nie „nie dasz rady zdać tego egzaminu”.

Jan Favre
Gość

A, czyli Ty mówisz wprost o złorzeczeniu? W sensie „jesteś beznadziejny, nie poradzisz sobie?”.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Tak.

Tianzi
Gość
Tianzi

Prawilnej prostytutki <3

Karola Franieczek | Życie Me
Gość

Zazdrość jest dobra, bo motywuje do działania, po prostu.

Blogabella
Gość

Ooo kolejny dobry tekst. Świetne wytłumaczenie, że zazdrość to nic złego, a często odbierana negatywnie. W dzieciństwie wciskano nam kity typu „nie zazdrość innym, bo tak nieładnie”. Teraz wiem, że może ona być motorem napędowym własnego życia, a zazdrościć innym i się z nimi cieszyć jednocześnie to zupełnie naturalna rzecz.

Aneta Kicman
Gość

Zawsze jak chciałam dać znać, że cieszę się razem z kimś, mówiłam „ale super! zazdroszczę!” i dodawałam zaraz „ale tak pozytywnie!”. W świetle nowych doniesień naukowców ze Stay Fly okazuje się, że nie muszę się więcej tłumaczyć :D

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Jedna z zasad podrywacza mówi, że żeby zdobyć numer najładniejszej sztuki w grupie, trzeba na samym początku zdobyć przychylność najbrzydszej. O ile inne reguły można kwestionować i być do nich zdystansowanym, to ta prawie zawsze się sprawdza. Prawie, bo ten wyjątek zostawiam sobie na ewentualność, gdy dziewczyna rozpozna w Tobie popularnego blogera lub Brada Pitta. Jeśli jednak, tak ja ja, nie jesteś ani jednym, ani drugim, to podejście zakończy się jak w ostatni piątek.

[akcja dzieje się w okolicach Placu Szczepańskiego, w godzinach zdecydowanie nocnych, ale jeszcze nie porannych]

Siema, przybij piątkę! – całe dnie spędzane w młodzieńczych latach na wymyślaniu idealnego otwieracza, który byłby nienachalny, nieoczywisty, interesujący i ściągał z lasek sukotarczę, w zderzeniu z rzeczywistością starły się jak ser na tarce, gdy okazało się, że najlepszym sposobem nawiązania kontaktu z drugim człowiekiem, jest wystawienie otwartej dłoni w jego kierunku i powiedzenie dokładnie czegokolwiek.

Piąteczka, dziewczyny! – Mateusz powtórzył po mnie i brunetka, szatynka i ta trzecia, po kolei przybiły nam piątki, jakby brały udział w pseudo-sztafecie na lekcji wuefu w podstawówce.

Słuchajcie, potrzebujemy waszej pomocy. Mój kumpel, Mateusz, jest programistą, pisze aplikację randkową i nie wiemy, czy to ma sens, dlatego potrzebujemy waszej opinii – powiedziałem do wszystkich trzech, zatrzymując spojrzenie na, na oko 23-letniej, szatynce, która już cała trzęsła się ze szczęścia, że może wypowiedzieć się na jakiś damsko-męski temat, bo jak wiadomo, każda kobieta jest doktoryzowano-habilitowanym ekspertem w tej dziedzinie.

Co to za aplikacja? Coś jak Tinder? – momentalnie zapytała brunetka z wyczuwalnym podnieceniem w głosie, po czym obrzuciła Mateusza spojrzeniem typu „tak naprawdę, to wcale nie wiem co to jest, słyszałam tylko od koleżanki kuzynki szwagierki sąsiadki, więc nie myśl sobie, że jestem jedną z tych, które muszą szukać faceta przez internet”.

Tak, coś jak Tinder, tylko, że lepsze. Chodzi o to, że… – Mateusz zaczął tłumaczyć na czym miałby polegać jego genialny wynalazek za furmankę siana, po czym, gdy rozszerzone źrenice, skupione spojrzenia i nachylone w naszą stronę sylwetki szatynki i brunetki dały nam sygnał, że nie zatrzymały się przy nas przez drastyczny spadek poziomu cukru, który uniemożliwił im wykonywanie ruchów swoim ciałem, tylko faktycznie są zainteresowane tematem, zaczęliśmy z nimi rozmawiać.

Z początku faktycznie o tej apce, którą mój kumpel wymyśli kwadrans wcześniej, później mniej więcej o wszystkim, z pominięciem neurobiologii i konfliktów na bliskim wschodzie. Mimo, że rozmawiało się miło i gadka toczyła się bez specjalnego wysiłku, to wiedziałem, że nic z tego nie będzie, bo szatynka powiedziała, że słucha Sylwii Grzeszczak. Nie mrugając przy tym okiem, nie trącając mnie łokciem, ani nie w żaden inny sposób nie sugerując, że kreci bekę. Mateo natomiast jadł brunetce z ręki z wzajemnością. Co najmniej jakby byli na pikniku i zapomnieli sztućców.

Zapomnieliśmy jednak, że została jeszcze ta trzecia. Brzydka, niechętna do rozmowy, obrażona na świat za swoją nieatrakcyjność.

Za każdym razem, gdy rzuciliśmy coś zabawnego i dziewczyny wybuchały śmiechem jak balony z wodą spuszczone z 4-go piętra, ona robiła skwaszoną minę, manifestując, że w jej mniemaniu to nieśmieszne. I jebiąc tym samym atmosferę. Mimo to, że kilkukrotnie próbowała obniżyć naszą wartość towarzyską, dając do zrozumienia swoim koleżankom, że jesteśmy włóczęgami-debilami, dziewczyny bez cienia zawahania kontynuowały flirt, dobrze się przy tym bawiąc. Apogeum jej zgorzknienia i emanowania wewnętrzną zgnilizną, zbiegło się w czasie z momentem kulminacyjnym spotkania.

…wiesz, to bardzo ciekawe – Mateusz wkłada rękę do kieszeni – i chętnie bym – Mateusz wyciąga rękę z kieszeni razem z telefonem – z tobą o tym porozmawiał – Mateusz odblokowuje telefon – w jakimś spokojniejszym miejscu – Mateusz wyciąga rękę z telefonem w kierunku brunetki – wpisz tu swój nu…

MUSIMY JUŻ IŚĆ!!!!!!!!! – ta trzecia nagle zaczęła drzeć mordę jakby ciągnik uciął jej stopę na sianokosach i nerwowo pociągnęła koleżanki za ubrania, tak, że szatynka prawie zgubiła buta. Brunetka próbowała złapać telefon Matea i wklepać tam swój numer, ale nie miała szans. Ta trzecia ciągnęła ją jak koń pociągowy, któremu ktoś powiedział, że jeśli natychmiast nie zawinie pod sobą asfaltu, to skończy w fabryce kleju. To był koniec. Podryw zsabotowany, wieczór rozjebany, a, być może, życiowa miłość Mateusza znikała w oddali ciągnięta po asfalcie jak worek ziemniaków.

Myśleliśmy, że tym razem będzie inaczej, ale było jak zawsze. Najbrzydsza w stadzie, przez brak nienależnego jej zainteresowania, kolejny raz udaremniła możliwość zawarcia związku małżeńskiego i reprodukcji, albo chociaż kilku wypadów do kina, swoim koleżankom. Uznała, że skoro ona nie jest adorowana, to nikt nie będzie. Bo przecież jak to tak może być, że jej koleżanki mają powodzenie, a ona nie? Jeszcze chwila i musiałaby przyznać przed samą sobą, że jest brzydka i nieciekawa. Suka ogrodnika.

Powtarzalność tego zjawiska dowodzi, że równość płci to kłamstwo. Facet facetowi nigdy by takiego świństwa nie zrobił.

autorem zdjęcia jest Valerio „Dokka” D’Introno

9 rzeczy, które obieca Komorowski w tym tygodniu

Skip to entry content

9 rzeczy, które obieca Komorowski w tym tygodniu

Wczoraj odbyła się debata prezydencka, na którą, w przerwie między zbieraniem grzybów, a wchodzeniem na japońskie stołki, w końcu udało się dotrzeć Komorowskiemu. Najwyraźniej przerażony brakiem wygranej w pierwszej turze, stwierdził, że jednak chwilę będzie musiał poudawać, że mu zależy i wyjść do ludzi. Nie jestem zwolennikiem Dudy, bo poza wystudiowanym z PRowcami uśmiechem, nie ma za dużo do zaoferowania, ale Bronek nie ma nawet tego uśmiechu. Tylko absurdalne obietnice.

Komorowski, na fali popularności serialu „House of cards”, chciał być jak Frank Underwood i jego program America Works i podczas debaty potwierdził, że stworzy 100 000 miejsc pracy dla „młodych”. Z jednej strony te 100 000, to taka jałmużna na otarcie łez, a nie faktyczne rozwiązanie problemu, z drugiej, miejsca pracy są wynikiem zapotrzebowania pracodawców na pracowników, a tworząc je sztucznie powoduje się więcej start niż zysków. Z trzeciej natomiast, bawi mnie niezmiernie fakt, że zrobił to na tydzień przed drugą turą wyborów. I jest to obietnica tyle desperacka, co niewiarygodna.

Po drodze jeszcze przewinęła się zmiana konstytucji i zielone światło dla Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Znaczy to mniej więcej tyle, że Broniu będzie zapierał się rękami i nogami i obieca WSZYSTKO byleby tylko utrzymać stołek. Jakich zatem obietnic od Bronisława Komorowskiego możemy się spodziewać w tym tygodniu?

 

Dopłaty dla blogerów i skup miejsca reklamowego. W Polsce są już ponad 2 miliony blogów, to 20 razy więcej niż liczba górników na Śląsku. Prezydent nie może lekceważyć tak dużej siły! Żeby zapewnić spokojny byt blogerom i sushi do zdjęć na Instagrama, podpisze ustawę gwarantującą przynajmniej 1 płatną kampanię w okresie przestoju noworocznego. Ewentualnie powołanie kryzysowej grupy wsparcia, klikającej w banery z AdSense.

Bezdeszczowe niedziele. Bo, nic tak nie wkurwia jak gówniana pogoda w weekend.

Praktyczne użycie całkowania. Wielu młodych narzeka, że program nauczania już na etapie gimnazjum jest niedostosowany do realiów. Że lekcje prowadzone są w nudny, archaiczny sposób. Że uczniowie w szkołach katowani są nieprzydatną wiedzą, nie mającą zastosowania w prawdziwym życiu. Po wyborach to się zmieni. Na ulicach pojawią bankomaty i parkometry uruchamiające się dopiero po rozwiązaniu dwóch zadań z całką oznaczoną i jednego z pochodną.

Odzyskanie Wilna! Czas na sprawiedliwość, czas na rozliczenie się z przeszłością, czas na odebranie tego co nasze! Z borzą pomocą Wilno wruci do Polski!

Legalizacja metaamfetaminy. Kontynuujemy niezdrową fascynację serialami. Jak podają najnowsze sondaże, co piąty ankietowany oglądał „Breaking Bed” i w liście do Świętgo Mikołaja wpisał zestaw małego chemika. Głowa państwa nie może być głucha na tak wyraźne pragnienia ludu.

Zwycięstwo polskiej reprezentacji piłki nożnej. Już przed końcem bieżącego millenium.

Bezstresowa miesiączka. Kobiety niestety nie są tak dobrymi kierowcami jak ludzie i do największej liczby wypadków drogowych dochodzi właśnie przez nie, w wyniku dokuczliwego zespołu napięcia przedmiesiączkowego. Bronkowi zależy na wszystkich wyborcach, nawet tych nie znających się na myślistwie. Dlatego w trosce o kobiety, pozwoli im w trakcie okresu 2-krotnie zgłosić nieprzygotowanie w pracy i aż 4-krotnie w domu, aby nie musiały stresować się w te trudne dni. Po zgłoszeniu nieprzygotowania, nikt nie będzie mógł mieć do nich pretensji o niedyspozycyjność, a one same będą mogły zająć się czymś relaksującym. Na przykład zmywaniem lub cerowaniem skarpet męża.

iPhone bez folii dla każdego. Jesteśmy mocnym, nowoczesnym państwem z wieloletnią tradycją. Nie możemy być sto lat za 50 Centem. Ze specjalnych rezerw na wypadek ataku obcych, powstanie specjalny fundusz socjalny, gwarantujący każdemu Polakowi z prawem wyborczym, yyy, to znaczy po 18-tym roku życia, nowego iPhone’a 6. Wystarczy, że udostępnicie tego posta na swojej klatce schodowej, a w komentarzu wpiszecie „głosuję na Bronka”.

Przestrzeganie 40-godzinnego tygodnia pracy w Mordorze na Domaniewskiej. No dobra, z tym to akurat słaby żarcik.