Close
Close

Czym się różni zazdrość od zawiści?

Skip to entry content

Często słyszę dumne wypowiedzi „ja nikomu niczego nie zazdroszczę!”, w trakcie dyskusji na temat pieniędzy, kobiet, czy sławy, gdy rozmówca przeczuwa, że dyskusja zmierza w stronę zauważenia różnic między mną, a Hugh Hefnerem. Czy nim, a Jackiem Nicholsonem. Czy nią, a Madonną. Czy jakimkolwiek Polakiem, poza Romanek Polańskim, a przeciętnym aktorem ze Stanów. Po wytłuszczeniu tych dysproporcji w statusie społecznym i stanie świnki skarbonki, ludzie notorycznie chcą zaznaczyć, że mimo iż pragną tych celebryckich atrybutów, w żadnym, ale to w żadnym wypadku nie zazdroszczą omawianej personie. Jakby zazdrość była czymś złym.

Ja od dziecka zawsze komuś czegoś zazdrościłem. I dalej zazdroszczę.

W przedszkolu, w pełni zmieniających się Transformersów, które miał tylko jeden dzieciak w grupie i cała reszta musiała ustawiać się w kolejce, żeby móc się nimi pobawić. W podstawówce, wszystkiego, co miało znaną metkę. W gimnazjum, gładkiej cery bohaterom „Na Wspólnej”. W liceum, zagranicznych wakacji, zagranicznych ferii, zagranicznych majówek, zagranicznych przerw świątecznych i wszystkiego co powiewało przekraczaniem granic. Na studiach, orgii na imprezach i pracy po zakończeniu edukacji studentom z kraju z flagą z gwiazdkami.

Obecnie zazdroszczę Michałowi Szafrańskiemu liczby czytelników, Abstrachujom skutecznego rozwijania marki odzieżowej, Lekko Stronniczym braku skrępowania w występowaniu przed kamerą, a Weronice Załazińskiej wyjazdu na festiwal w Cannes. I co wynika z tej całej mojej zazdrości? To, że mobilizuję się i pracuję więcej i ciężej, żeby mieć to co oni. Chęć posiadania tego, co widzę u kogoś innego, przekłada się u mnie na działanie skierowane na zdobycie tego.

Zresztą spójrzmy jak to uczucie definiują słowniki. Według Państwowego Wydawnictwa Naukowego to

uczucie przykrości spowodowane brakiem czegoś, co bardzo chce się mieć i co inna osoba już ma

natomiast Wikisłownik określa to jako

uczucie chęci posiadania czegoś należącego do innej osoby, robienia tego, co ona

Nie brzmi jak jakaś terminalna choroba zakaźna, ani stan czyniący z Ciebie podczłowieka, prawda? Ot, po prostu uczucie dające Ci do zrozumienia, że jest jeszcze na tej plancie coś, co chcesz mieć. Dlaczego więc, ludzie tak mocno chcą manifestować odcinanie się od niego? Najprawdopodobniej przez mylenie zazdrości z zawiścią.

Czym jest zawiść?

Według PWNu

uczucie silnej niechęci do osoby, której się czegoś zazdrości

według Wiki

uczucie znacznie silniejsze niż zazdrość, polegające na odczuwaniu silnej niechęć lub wrogość w stosunku do osoby, której czegoś się zazdrości

A według mnie, to zgubne, wyniszczające uczucie, które zżera Cię od środka jak rak. W momencie, gdy włada Tobą zawiść, nie widzisz pracy, trudu i czasu poświęconego przez daną osobę, na zdobycie zajebistej fury, willi z parkiem wodnym, czy popularności równej Coca-Coli. Widzisz tylko te symbole sukcesu i uważasz, że ona na nie nie zasługuje, bo bezwarunkowo należą się Tobie.

Nie analizujesz sytuacji, nie próbujesz się zastanowić i dojść do tego, czemu ktoś ma furmankę pieniędzy, a Ty ledwo hulajnogę z groszówkami. Nie szukasz odpowiedzi z czego to wynika, nie próbujesz zrozumieć czynników decydujących o tym. Skupiasz się na sobie i swoim poczuciu dyskomfortu i nie przyjmujesz do świadomości, że po prostu mogłeś się za mało starać.

Zawiść sprawia, że zamiast inspirować się osiągnięciami innych, zaczynasz je deprecjonować, żeby nie czuć się źle. Budujesz sobie iglo z negatywnych emocji, w którym plujesz na ludzi mających to, co tych chciałbyś mieć, ale nigdy nie zrobiłeś na tyle dużo, by to zdobyć. Ta obsesja pożądania połączona z nienawiścią przesłania Ci rzeczywistość jak katarakta. Przestajesz budować, skupiasz się na destrukcji. Przy czym, paradoksalnie, nie zauważasz, że chcąc zaszkodzić innym, najbardziej niszczysz siebie. Aż zostajesz wydrążoną z motywacji, plującą jadem na otoczenie kukłą.

W skrócie, zazdrość tym się różni od zawiści, że to pierwsze mówi Ci, że czegoś pragniesz, a to drugie daje przekonanie, że to coś należy się Tobie bardziej niż innym. Jednocześnie zaciągając zasłonę amnezji na fakt, że jeśli coś chcesz mieć, to musisz ruszyć dupę, by to zdobyć.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Scott Joseph
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • No i masz. Mówią, żeby robić pomysły realizować od razu, inaczej ktoś zrealizuje je za nas ;) Miałam w głowie gotowy tekst, o tym, że zazdrość to uczucie paradoksalnie dobre, bo mówi „chcę tak, jak Ty!”, bo fajnie żyjesz i mnie motywujesz. A ludzie to mylą z zawiścią i tyle z motywacji.
    Ale już to napisałeś, a ja mogę zająć się czym innym, to w sumie też dobra wiadomość, bo lista tematów długa jak noc.
    Fajnie myśleć podobnie!

  • Pingback: Handbook of Dairy Foods and Nutrition, Third Edition - Gregory D. Miller, Judith K. Jarvis, Lois D. McBean free downloads()

  • Świetny wpis! Osobiście wielu rzeczy ludziom zazdroszczę i czasem mówię to otwarcie. Jednak doceniam to jak doszli to tego miejsca w którym są i jak weszli w posiadanie rzeczy czy umiejętności. Nawet jeśli ktoś osiągnął coś nie do końca sam to nie darzę go nienawiścią, rozumiem, że tak się zdarza i to nie znaczy, że ja nie mogę za jakiś czas być na jego miejscu, jeśli zacznę na to ciężko pracować. Jeśli coś się komuś udaje i widzę to, wręcz cieszę się jego szczęściem i ono motywuje mnie do własnych działań. To świetne uczucie :) Pozdrawiam!

  • Zawiść to mi się od razu z bólem pośladów kojarzy. I z Pudlem.
    No i Hugh to chyba nie jest prawiczkiem, proszę Jana, więc skąd te porównania?

  • Kamil Wojnicki

    Przechodziłem przez etap zawiści. Nie polecam, 0/10. Ale po ogarnięciu się, zauważam, że zdrowa zawiść mocno mi pomaga przeskoczyć pewne granice, gdy pewność siebie nie wyrabia. Widzę ludzi z mojego otoczenia, którzy osiągnęli jakiś sukces, czy to finansowy czy sportowy i nagle okazuje się, że są ulepieni z tej samej gliny, że nie są nadludźmi a to osiągnęli to dzięki ciężkiej pracy. Zazdrość połączona z przekonaniem, że to do czego dążymy jest osiagalne bo ktoś z moich bliskich właśnie to zrobił mocno motywuje, oj mocno.

  • Zawsze jak chciałam dać znać, że cieszę się razem z kimś, mówiłam „ale super! zazdroszczę!” i dodawałam zaraz „ale tak pozytywnie!”. W świetle nowych doniesień naukowców ze Stay Fly okazuje się, że nie muszę się więcej tłumaczyć :D

  • Ooo kolejny dobry tekst. Świetne wytłumaczenie, że zazdrość to nic złego, a często odbierana negatywnie. W dzieciństwie wciskano nam kity typu „nie zazdrość innym, bo tak nieładnie”. Teraz wiem, że może ona być motorem napędowym własnego życia, a zazdrościć innym i się z nimi cieszyć jednocześnie to zupełnie naturalna rzecz.

  • Zazdrość jest dobra, bo motywuje do działania, po prostu.

  • Aleksandra Muszyńska

    Zazdrość najlepszym motywatorem – zaraz po sakramentalnym „nie dasz rady”.
    Zazdrościłam dziewczynom mieszczenia dupy w rurki i niewyglądania jak eksplodująca parówka ze smoleńskiej teorii doktora Ziółkowskiego – myk!, ćwiczymy, robimy, nie żremy – i jest.
    Zazdrościłam ludziom tego, że robią w życiu to, co lubią – więc ryłam do egzaminów całe lato po studiach, po 9 godzin dziennie, jak księgowa na etacie – i jest.
    Teraz zazdroszczę klientowi Chevroleta Camaro, a innym forsy na zachcianki- i doskonale wiem, co to oznacza :).
    Konstruktywna zazdrość jest dobra.Zazdrość to „fajnie tak – mieć furę siana i jeździć po świecie,spróbuję – może też se tak zarobię”, a zawiść to „tyle siana – na pewno oszukiwał na podatkach albo podpierdolił ciotce ze Stanów, bo nie mógł wytrzymać, aż umrze i mu zapisze. A w ogóle to na pewno złapie jakąś malarię w tej Tajlandii, a co najmniej spotka ladyboya zamiast prawilnej prostytutki. I dobrze mu tak”.

    • Na mnie akurat „nie dasz rady” i podpuszczanie w ten sposób nie działa, ale wiem, że dla wielu to jest jak sygnał startowy w biegach.

      • Aleksandra Muszyńska

        Ja nie mówię o podpuszczaniu. Chyba, że się źle rozumiemy. Przez podpuszczanie rozumiem „nie dasz rady schować się pod przejeżdżającym pociągiem”, a nie „nie dasz rady zdać tego egzaminu”.

        • A, czyli Ty mówisz wprost o złorzeczeniu? W sensie „jesteś beznadziejny, nie poradzisz sobie?”.

          • Aleksandra Muszyńska

            Tak.

    • Tianzi

      Prawilnej prostytutki <3

  • Róża Wigeland

    A te czary ze zdjęcia pomagają? Mam kilku blogerów na oku, ale nie wiem, czy szyć te laleczki, czy napisać kilka postów w tym czasie – o sobie oczywiście ;)

    • Czy wbijanie igieł w laleczkę wudu pomaga być bardziej sfrustrowanym? Z pewnością.

      • Róża Wigeland

        Czyli ci wszyscy czarodzieje i szamani to bardzo mali ludzie. A my ich posądzamy o jakieś nadprzyrodzone zdolności :)

Kończę 29 lat. Co powiedziałbym 19-letniemu sobie?

Skip to entry content

Gdy miałem 19 lat i kończyłem liceum, wiek 29 wydawał mi się tak odległy, że nie byłem przekonany, czy kiedykolwiek go dożyje. Dziś jestem po drugiej stronie, w tym tygodniu obchodzę 29-te urodziny i wracając myślami do 19-letniego siebie mam wrażenie, że cofam się niemal do poprzedniego życia. Co zmieniło się w trakcie tej dekady? Nie chcę mówić, że wszystko, bo choćby nazwisko wciąż mam to samo, ale przeszedłem sporo przeobrażeń w tym czasie, głównie mentalnych.

Czy dziś, będąc krok przed 30-tką utożsamianą w naszym społeczeństwie z pełną dojrzałością, dałbym sobie z przeszłości, młodemu szczawiowi, jakieś rady? Pewnie, że tak!

Nie przywiązuj wagi do opinii innych, oni będą stać i pieprzyć, a ty ruszysz dalej

Głowa mnie boli, gdy myślę o tym ilu rzeczy nie zrobiłem, bo bałem się jak to zostanie odebrane przez otoczenie. Lęk przed negatywnymi opiniami innych jest niewiarygodnie blokujący i kompletnie idiotyczny, przy czym o tym drugim dowiadujesz się dużo, dużo później. Gdy dziś patrzę na osoby, które na studiach szydziły z tego, że założyłem bloga, widzę, że są dokładnie w tym samym miejscu, co wtedy. Czyli nigdzie. Pracują za karę, w zawodach, których nie lubią, przeklinają poniedziałki i błogosławią piątki. Nie zrobiły nic, co dałoby im prawo do demotywowania mnie przy realizacji swoich pomysłów, a mimo to im na to pozwalałem.

Czy dziś przeżywam to, że ktoś 5 lat temu mnie wyśmiał? W ogóle. Czy byłbym dużo dalej, gdybym wcześniej „zaryzykował”, że komuś może się nie spodobać to co robię? Zapewne.

Nie rezygnuj z porannej gimnastyki

Ani żadnych innych pozytywnych nawyków, które masz. Bo to jak ze sprzątaniem. Dużo łatwiej jest utrzymywać mieszkanie w czystości, pucując je co tydzień, niż zebrać się w raz w miesiącu, żeby je odgruzować z kurzu i brudnych naczyń.

Kiedyś codziennie rano ćwiczyłem przez 10 minut i nie kosztowało mnie to specjalnie dużo wysiłku, bo był to stały element dnia. Któregoś razu zrobiłem sobie tygodniową przerwę. Która rozciągnęła się na 1,5 roku. Powrót do tego nawyku dzisiaj jest nieporównywalnie trudniejszy, niż niezaprzepaszczanie go przerwą wtedy.

Każdy wybór, którego dokonujesz jest dobry, bo jest twój

Na przestrzeni lat podejmowałem wiele trudnych decyzji, które ciągnęły za sobą poważne, często nieodwracalne konsekwencje. Stając w ich obliczu wielokrotnie się bałem, bazując tylko na intuicji i nie mając pojęcia, czy dobrze robię. Szczęście w nieszczęściu, że nie miałem kogoś kto mógłby narzucić mi co jest właściwe i dokonać tego wyboru za mnie. Zresztą, byłem na tyle niepokorny, że i tak bym go nie posłuchał. Cześć z tych decyzji było nieodpowiedzialnych, lekkomyślnych i czasami po prostu głupich, ale patrząc na nie z perspektywy dzisiejszego punkt widzenia i tak ich nie żałuję.

Czemu?

Bo każda z nich była moja. Bo wiem, że przez te 10 lat byłem jedyną osobą, która kierowała moim życiem. Bo nie mam wrażenia, że biernie odgrywałem scenariusz napisany przez rodzinę, czy otoczenie.

Próbuj nowych rzeczy

Dokładnie tylu, do ilu tylko czujesz pociąg. Nigdy nie wiesz kiedy pozornie nieprzydatne umiejętności staną się kluczowe dla twojego rozwoju i twojej kariery.

Nie bądź tak zapatrzony w swoich idoli z młodości

Oczywiście, jeśli nie chcesz zostać wrakiem.

Od końca podstawówki byłem zafascynowany rapem, ta muzyka była całym moim życiem, a raperzy bożkami, w których byłem ślepo zapatrzony. Z kolegami godzinami analizowaliśmy ich teksty, przerzucaliśmy się plotkami na ich temat i chcieliśmy robić wszystko to, co oni. Niezależnie jak zdemoralizowane i destrukcyjne by to było. Gdy dziś patrzę na dawnych idoli, których z szacunku za dawne dokonania nie wymienię, widzę wraki zarówno fizyczne, jak i emocjonalne. Nie potrafią ani funkcjonować w społeczeństwie jako dorośli ludzie, ani w rodzinach jako mężowie, nie mówiąc już o parodii ojcostwa. Są teraz karykaturami samych siebie, którzy żyją w nadziei, że jeśli tylko wystarczająco mocno zamkną oczy, to czas się zatrzyma.

Gdybym się cofnął o te 10 lat, pokazałbym sobie co dzieje się z Piotrusiami Panami, gdy opuszczają Nibylandię. Bo zbyt długo byłem pewien, że taka sytuacja nie będzie mieć miejsca, traktując ich jak autorytety, a ich słowa jak drogowskazy.

Nigdy nie jest za późno na zmianę

Zawsze jest jeszcze czas, żeby zacząć wszystko od początku. Zawsze jest jeszcze czas, żeby wywrócić całe swoje życie do góry nogami. Zawsze jest jeszcze czas, żeby spróbować czegoś zupełnie nowego od zera. Może być trudniej, może być więcej przeszkód, może to zająć więcej czasu, ale nigdy nie jest za późno, żeby ułożyć rzeczywistość wokół siebie tak jak to sobie wymyśliłeś.

Tę radę kieruję zarówno w przeszłość, jak i przyszłość, żebym nigdy o niej nie zapomniał.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nenad Popović
---> SKOMENTUJ

Jedna z zasad podrywacza mówi, że żeby zdobyć numer najładniejszej sztuki w grupie, trzeba na samym początku zdobyć przychylność najbrzydszej. O ile inne reguły można kwestionować i być do nich zdystansowanym, to ta prawie zawsze się sprawdza. Prawie, bo ten wyjątek zostawiam sobie na ewentualność, gdy dziewczyna rozpozna w Tobie popularnego blogera lub Brada Pitta. Jeśli jednak, tak ja ja, nie jesteś ani jednym, ani drugim, to podejście zakończy się jak w ostatni piątek.

[akcja dzieje się w okolicach Placu Szczepańskiego, w godzinach zdecydowanie nocnych, ale jeszcze nie porannych]

Siema, przybij piątkę! – całe dnie spędzane w młodzieńczych latach na wymyślaniu idealnego otwieracza, który byłby nienachalny, nieoczywisty, interesujący i ściągał z lasek sukotarczę, w zderzeniu z rzeczywistością starły się jak ser na tarce, gdy okazało się, że najlepszym sposobem nawiązania kontaktu z drugim człowiekiem, jest wystawienie otwartej dłoni w jego kierunku i powiedzenie dokładnie czegokolwiek.

Piąteczka, dziewczyny! – Mateusz powtórzył po mnie i brunetka, szatynka i ta trzecia, po kolei przybiły nam piątki, jakby brały udział w pseudo-sztafecie na lekcji wuefu w podstawówce.

Słuchajcie, potrzebujemy waszej pomocy. Mój kumpel, Mateusz, jest programistą, pisze aplikację randkową i nie wiemy, czy to ma sens, dlatego potrzebujemy waszej opinii – powiedziałem do wszystkich trzech, zatrzymując spojrzenie na, na oko 23-letniej, szatynce, która już cała trzęsła się ze szczęścia, że może wypowiedzieć się na jakiś damsko-męski temat, bo jak wiadomo, każda kobieta jest doktoryzowano-habilitowanym ekspertem w tej dziedzinie.

Co to za aplikacja? Coś jak Tinder? – momentalnie zapytała brunetka z wyczuwalnym podnieceniem w głosie, po czym obrzuciła Mateusza spojrzeniem typu „tak naprawdę, to wcale nie wiem co to jest, słyszałam tylko od koleżanki kuzynki szwagierki sąsiadki, więc nie myśl sobie, że jestem jedną z tych, które muszą szukać faceta przez internet”.

Tak, coś jak Tinder, tylko, że lepsze. Chodzi o to, że… – Mateusz zaczął tłumaczyć na czym miałby polegać jego genialny wynalazek za furmankę siana, po czym, gdy rozszerzone źrenice, skupione spojrzenia i nachylone w naszą stronę sylwetki szatynki i brunetki dały nam sygnał, że nie zatrzymały się przy nas przez drastyczny spadek poziomu cukru, który uniemożliwił im wykonywanie ruchów swoim ciałem, tylko faktycznie są zainteresowane tematem, zaczęliśmy z nimi rozmawiać.

Z początku faktycznie o tej apce, którą mój kumpel wymyśli kwadrans wcześniej, później mniej więcej o wszystkim, z pominięciem neurobiologii i konfliktów na bliskim wschodzie. Mimo, że rozmawiało się miło i gadka toczyła się bez specjalnego wysiłku, to wiedziałem, że nic z tego nie będzie, bo szatynka powiedziała, że słucha Sylwii Grzeszczak. Nie mrugając przy tym okiem, nie trącając mnie łokciem, ani nie w żaden inny sposób nie sugerując, że kreci bekę. Mateo natomiast jadł brunetce z ręki z wzajemnością. Co najmniej jakby byli na pikniku i zapomnieli sztućców.

Zapomnieliśmy jednak, że została jeszcze ta trzecia. Brzydka, niechętna do rozmowy, obrażona na świat za swoją nieatrakcyjność.

Za każdym razem, gdy rzuciliśmy coś zabawnego i dziewczyny wybuchały śmiechem jak balony z wodą spuszczone z 4-go piętra, ona robiła skwaszoną minę, manifestując, że w jej mniemaniu to nieśmieszne. I jebiąc tym samym atmosferę. Mimo to, że kilkukrotnie próbowała obniżyć naszą wartość towarzyską, dając do zrozumienia swoim koleżankom, że jesteśmy włóczęgami-debilami, dziewczyny bez cienia zawahania kontynuowały flirt, dobrze się przy tym bawiąc. Apogeum jej zgorzknienia i emanowania wewnętrzną zgnilizną, zbiegło się w czasie z momentem kulminacyjnym spotkania.

…wiesz, to bardzo ciekawe – Mateusz wkłada rękę do kieszeni – i chętnie bym – Mateusz wyciąga rękę z kieszeni razem z telefonem – z tobą o tym porozmawiał – Mateusz odblokowuje telefon – w jakimś spokojniejszym miejscu – Mateusz wyciąga rękę z telefonem w kierunku brunetki – wpisz tu swój nu…

MUSIMY JUŻ IŚĆ!!!!!!!!! – ta trzecia nagle zaczęła drzeć mordę jakby ciągnik uciął jej stopę na sianokosach i nerwowo pociągnęła koleżanki za ubrania, tak, że szatynka prawie zgubiła buta. Brunetka próbowała złapać telefon Matea i wklepać tam swój numer, ale nie miała szans. Ta trzecia ciągnęła ją jak koń pociągowy, któremu ktoś powiedział, że jeśli natychmiast nie zawinie pod sobą asfaltu, to skończy w fabryce kleju. To był koniec. Podryw zsabotowany, wieczór rozjebany, a, być może, życiowa miłość Mateusza znikała w oddali ciągnięta po asfalcie jak worek ziemniaków.

Myśleliśmy, że tym razem będzie inaczej, ale było jak zawsze. Najbrzydsza w stadzie, przez brak nienależnego jej zainteresowania, kolejny raz udaremniła możliwość zawarcia związku małżeńskiego i reprodukcji, albo chociaż kilku wypadów do kina, swoim koleżankom. Uznała, że skoro ona nie jest adorowana, to nikt nie będzie. Bo przecież jak to tak może być, że jej koleżanki mają powodzenie, a ona nie? Jeszcze chwila i musiałaby przyznać przed samą sobą, że jest brzydka i nieciekawa. Suka ogrodnika.

Powtarzalność tego zjawiska dowodzi, że równość płci to kłamstwo. Facet facetowi nigdy by takiego świństwa nie zrobił.

autorem zdjęcia jest Valerio „Dokka” D’Introno
---> SKOMENTUJ

9 rzeczy, które obieca Komorowski w tym tygodniu

Skip to entry content

9 rzeczy, które obieca Komorowski w tym tygodniu

Wczoraj odbyła się debata prezydencka, na którą, w przerwie między zbieraniem grzybów, a wchodzeniem na japońskie stołki, w końcu udało się dotrzeć Komorowskiemu. Najwyraźniej przerażony brakiem wygranej w pierwszej turze, stwierdził, że jednak chwilę będzie musiał poudawać, że mu zależy i wyjść do ludzi. Nie jestem zwolennikiem Dudy, bo poza wystudiowanym z PRowcami uśmiechem, nie ma za dużo do zaoferowania, ale Bronek nie ma nawet tego uśmiechu. Tylko absurdalne obietnice.

Komorowski, na fali popularności serialu „House of cards”, chciał być jak Frank Underwood i jego program America Works i podczas debaty potwierdził, że stworzy 100 000 miejsc pracy dla „młodych”. Z jednej strony te 100 000, to taka jałmużna na otarcie łez, a nie faktyczne rozwiązanie problemu, z drugiej, miejsca pracy są wynikiem zapotrzebowania pracodawców na pracowników, a tworząc je sztucznie powoduje się więcej start niż zysków. Z trzeciej natomiast, bawi mnie niezmiernie fakt, że zrobił to na tydzień przed drugą turą wyborów. I jest to obietnica tyle desperacka, co niewiarygodna.

Po drodze jeszcze przewinęła się zmiana konstytucji i zielone światło dla Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Znaczy to mniej więcej tyle, że Broniu będzie zapierał się rękami i nogami i obieca WSZYSTKO byleby tylko utrzymać stołek. Jakich zatem obietnic od Bronisława Komorowskiego możemy się spodziewać w tym tygodniu?

 

Dopłaty dla blogerów i skup miejsca reklamowego. W Polsce są już ponad 2 miliony blogów, to 20 razy więcej niż liczba górników na Śląsku. Prezydent nie może lekceważyć tak dużej siły! Żeby zapewnić spokojny byt blogerom i sushi do zdjęć na Instagrama, podpisze ustawę gwarantującą przynajmniej 1 płatną kampanię w okresie przestoju noworocznego. Ewentualnie powołanie kryzysowej grupy wsparcia, klikającej w banery z AdSense.

Bezdeszczowe niedziele. Bo, nic tak nie wkurwia jak gówniana pogoda w weekend.

Praktyczne użycie całkowania. Wielu młodych narzeka, że program nauczania już na etapie gimnazjum jest niedostosowany do realiów. Że lekcje prowadzone są w nudny, archaiczny sposób. Że uczniowie w szkołach katowani są nieprzydatną wiedzą, nie mającą zastosowania w prawdziwym życiu. Po wyborach to się zmieni. Na ulicach pojawią bankomaty i parkometry uruchamiające się dopiero po rozwiązaniu dwóch zadań z całką oznaczoną i jednego z pochodną.

Odzyskanie Wilna! Czas na sprawiedliwość, czas na rozliczenie się z przeszłością, czas na odebranie tego co nasze! Z borzą pomocą Wilno wruci do Polski!

Legalizacja metaamfetaminy. Kontynuujemy niezdrową fascynację serialami. Jak podają najnowsze sondaże, co piąty ankietowany oglądał „Breaking Bed” i w liście do Świętgo Mikołaja wpisał zestaw małego chemika. Głowa państwa nie może być głucha na tak wyraźne pragnienia ludu.

Zwycięstwo polskiej reprezentacji piłki nożnej. Już przed końcem bieżącego millenium.

Bezstresowa miesiączka. Kobiety niestety nie są tak dobrymi kierowcami jak ludzie i do największej liczby wypadków drogowych dochodzi właśnie przez nie, w wyniku dokuczliwego zespołu napięcia przedmiesiączkowego. Bronkowi zależy na wszystkich wyborcach, nawet tych nie znających się na myślistwie. Dlatego w trosce o kobiety, pozwoli im w trakcie okresu 2-krotnie zgłosić nieprzygotowanie w pracy i aż 4-krotnie w domu, aby nie musiały stresować się w te trudne dni. Po zgłoszeniu nieprzygotowania, nikt nie będzie mógł mieć do nich pretensji o niedyspozycyjność, a one same będą mogły zająć się czymś relaksującym. Na przykład zmywaniem lub cerowaniem skarpet męża.

iPhone bez folii dla każdego. Jesteśmy mocnym, nowoczesnym państwem z wieloletnią tradycją. Nie możemy być sto lat za 50 Centem. Ze specjalnych rezerw na wypadek ataku obcych, powstanie specjalny fundusz socjalny, gwarantujący każdemu Polakowi z prawem wyborczym, yyy, to znaczy po 18-tym roku życia, nowego iPhone’a 6. Wystarczy, że udostępnicie tego posta na swojej klatce schodowej, a w komentarzu wpiszecie „głosuję na Bronka”.

Przestrzeganie 40-godzinnego tygodnia pracy w Mordorze na Domaniewskiej. No dobra, z tym to akurat słaby żarcik.

---> SKOMENTUJ