Close
Close

Czym się różni zazdrość od zawiści?

Skip to entry content

Często słyszę dumne wypowiedzi „ja nikomu niczego nie zazdroszczę!”, w trakcie dyskusji na temat pieniędzy, kobiet, czy sławy, gdy rozmówca przeczuwa, że dyskusja zmierza w stronę zauważenia różnic między mną, a Hugh Hefnerem. Czy nim, a Jackiem Nicholsonem. Czy nią, a Madonną. Czy jakimkolwiek Polakiem, poza Romanek Polańskim, a przeciętnym aktorem ze Stanów. Po wytłuszczeniu tych dysproporcji w statusie społecznym i stanie świnki skarbonki, ludzie notorycznie chcą zaznaczyć, że mimo iż pragną tych celebryckich atrybutów, w żadnym, ale to w żadnym wypadku nie zazdroszczą omawianej personie. Jakby zazdrość była czymś złym.

Ja od dziecka zawsze komuś czegoś zazdrościłem. I dalej zazdroszczę.

W przedszkolu, w pełni zmieniających się Transformersów, które miał tylko jeden dzieciak w grupie i cała reszta musiała ustawiać się w kolejce, żeby móc się nimi pobawić. W podstawówce, wszystkiego, co miało znaną metkę. W gimnazjum, gładkiej cery bohaterom „Na Wspólnej”. W liceum, zagranicznych wakacji, zagranicznych ferii, zagranicznych majówek, zagranicznych przerw świątecznych i wszystkiego co powiewało przekraczaniem granic. Na studiach, orgii na imprezach i pracy po zakończeniu edukacji studentom z kraju z flagą z gwiazdkami.

Obecnie zazdroszczę Michałowi Szafrańskiemu liczby czytelników, Abstrachujom skutecznego rozwijania marki odzieżowej, Lekko Stronniczym braku skrępowania w występowaniu przed kamerą, a Weronice Załazińskiej wyjazdu na festiwal w Cannes. I co wynika z tej całej mojej zazdrości? To, że mobilizuję się i pracuję więcej i ciężej, żeby mieć to co oni. Chęć posiadania tego, co widzę u kogoś innego, przekłada się u mnie na działanie skierowane na zdobycie tego.

Zresztą spójrzmy jak to uczucie definiują słowniki. Według Państwowego Wydawnictwa Naukowego to

uczucie przykrości spowodowane brakiem czegoś, co bardzo chce się mieć i co inna osoba już ma

natomiast Wikisłownik określa to jako

uczucie chęci posiadania czegoś należącego do innej osoby, robienia tego, co ona

Nie brzmi jak jakaś terminalna choroba zakaźna, ani stan czyniący z Ciebie podczłowieka, prawda? Ot, po prostu uczucie dające Ci do zrozumienia, że jest jeszcze na tej plancie coś, co chcesz mieć. Dlaczego więc, ludzie tak mocno chcą manifestować odcinanie się od niego? Najprawdopodobniej przez mylenie zazdrości z zawiścią.

Czym jest zawiść?

Według PWNu

uczucie silnej niechęci do osoby, której się czegoś zazdrości

według Wiki

uczucie znacznie silniejsze niż zazdrość, polegające na odczuwaniu silnej niechęć lub wrogość w stosunku do osoby, której czegoś się zazdrości

A według mnie, to zgubne, wyniszczające uczucie, które zżera Cię od środka jak rak. W momencie, gdy włada Tobą zawiść, nie widzisz pracy, trudu i czasu poświęconego przez daną osobę, na zdobycie zajebistej fury, willi z parkiem wodnym, czy popularności równej Coca-Coli. Widzisz tylko te symbole sukcesu i uważasz, że ona na nie nie zasługuje, bo bezwarunkowo należą się Tobie.

Nie analizujesz sytuacji, nie próbujesz się zastanowić i dojść do tego, czemu ktoś ma furmankę pieniędzy, a Ty ledwo hulajnogę z groszówkami. Nie szukasz odpowiedzi z czego to wynika, nie próbujesz zrozumieć czynników decydujących o tym. Skupiasz się na sobie i swoim poczuciu dyskomfortu i nie przyjmujesz do świadomości, że po prostu mogłeś się za mało starać.

Zawiść sprawia, że zamiast inspirować się osiągnięciami innych, zaczynasz je deprecjonować, żeby nie czuć się źle. Budujesz sobie iglo z negatywnych emocji, w którym plujesz na ludzi mających to, co tych chciałbyś mieć, ale nigdy nie zrobiłeś na tyle dużo, by to zdobyć. Ta obsesja pożądania połączona z nienawiścią przesłania Ci rzeczywistość jak katarakta. Przestajesz budować, skupiasz się na destrukcji. Przy czym, paradoksalnie, nie zauważasz, że chcąc zaszkodzić innym, najbardziej niszczysz siebie. Aż zostajesz wydrążoną z motywacji, plującą jadem na otoczenie kukłą.

W skrócie, zazdrość tym się różni od zawiści, że to pierwsze mówi Ci, że czegoś pragniesz, a to drugie daje przekonanie, że to coś należy się Tobie bardziej niż innym. Jednocześnie zaciągając zasłonę amnezji na fakt, że jeśli coś chcesz mieć, to musisz ruszyć dupę, by to zdobyć.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Scott Joseph

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Adrian Kalinowski

    Wydaje mi się, że zawiść jak i zazdrość nie są dobre. Zależy jak pewne rzeczy jak długo się trzymają.
    Człowiek powinien patrzeć bardziej na siebie przecież czego chcę. Wydaje mi się, że wiele osób sukcesu jak zaczynała, to nie miała jednak w ogóle zamyśle do czego uda jej się dojść. Robiła po prostu to co lubiła, a sukces był wypadkową tego co robili. Ciężko zaplanować sukces, bo wpływa na niego sporo czynników, często nie zależnych od nas. Albo są te rzeczy, które ciężko uchwycić. Np. co powinna posiadać w sobie piosenka, która jest przebojem? Nie ma recepty na to. Ale warto rozwijać się w tym czym jest się dobrym. Nie oczekiwać też za wiele, aby nie wpaść we frustrację. Też często nie widzimy, jak wiele ktoś musiał czasu i energii poświęcić, aby dojść tam gdzie jest. Więc działać, a na pewno się jakiś sukces osiągnie. Dużo czasu czasem potrzeba i działań na wiele frontach.

  • No i masz. Mówią, żeby robić pomysły realizować od razu, inaczej ktoś zrealizuje je za nas ;) Miałam w głowie gotowy tekst, o tym, że zazdrość to uczucie paradoksalnie dobre, bo mówi „chcę tak, jak Ty!”, bo fajnie żyjesz i mnie motywujesz. A ludzie to mylą z zawiścią i tyle z motywacji.
    Ale już to napisałeś, a ja mogę zająć się czym innym, to w sumie też dobra wiadomość, bo lista tematów długa jak noc.
    Fajnie myśleć podobnie!

  • Pingback: Handbook of Dairy Foods and Nutrition, Third Edition - Gregory D. Miller, Judith K. Jarvis, Lois D. McBean free downloads()

  • Świetny wpis! Osobiście wielu rzeczy ludziom zazdroszczę i czasem mówię to otwarcie. Jednak doceniam to jak doszli to tego miejsca w którym są i jak weszli w posiadanie rzeczy czy umiejętności. Nawet jeśli ktoś osiągnął coś nie do końca sam to nie darzę go nienawiścią, rozumiem, że tak się zdarza i to nie znaczy, że ja nie mogę za jakiś czas być na jego miejscu, jeśli zacznę na to ciężko pracować. Jeśli coś się komuś udaje i widzę to, wręcz cieszę się jego szczęściem i ono motywuje mnie do własnych działań. To świetne uczucie :) Pozdrawiam!

  • Zawiść to mi się od razu z bólem pośladów kojarzy. I z Pudlem.
    No i Hugh to chyba nie jest prawiczkiem, proszę Jana, więc skąd te porównania?

  • Kamil Wojnicki

    Przechodziłem przez etap zawiści. Nie polecam, 0/10. Ale po ogarnięciu się, zauważam, że zdrowa zawiść mocno mi pomaga przeskoczyć pewne granice, gdy pewność siebie nie wyrabia. Widzę ludzi z mojego otoczenia, którzy osiągnęli jakiś sukces, czy to finansowy czy sportowy i nagle okazuje się, że są ulepieni z tej samej gliny, że nie są nadludźmi a to osiągnęli to dzięki ciężkiej pracy. Zazdrość połączona z przekonaniem, że to do czego dążymy jest osiagalne bo ktoś z moich bliskich właśnie to zrobił mocno motywuje, oj mocno.

  • Zawsze jak chciałam dać znać, że cieszę się razem z kimś, mówiłam „ale super! zazdroszczę!” i dodawałam zaraz „ale tak pozytywnie!”. W świetle nowych doniesień naukowców ze Stay Fly okazuje się, że nie muszę się więcej tłumaczyć :D

  • Ooo kolejny dobry tekst. Świetne wytłumaczenie, że zazdrość to nic złego, a często odbierana negatywnie. W dzieciństwie wciskano nam kity typu „nie zazdrość innym, bo tak nieładnie”. Teraz wiem, że może ona być motorem napędowym własnego życia, a zazdrościć innym i się z nimi cieszyć jednocześnie to zupełnie naturalna rzecz.

  • Zazdrość jest dobra, bo motywuje do działania, po prostu.

  • Aleksandra Muszyńska

    Zazdrość najlepszym motywatorem – zaraz po sakramentalnym „nie dasz rady”.
    Zazdrościłam dziewczynom mieszczenia dupy w rurki i niewyglądania jak eksplodująca parówka ze smoleńskiej teorii doktora Ziółkowskiego – myk!, ćwiczymy, robimy, nie żremy – i jest.
    Zazdrościłam ludziom tego, że robią w życiu to, co lubią – więc ryłam do egzaminów całe lato po studiach, po 9 godzin dziennie, jak księgowa na etacie – i jest.
    Teraz zazdroszczę klientowi Chevroleta Camaro, a innym forsy na zachcianki- i doskonale wiem, co to oznacza :).
    Konstruktywna zazdrość jest dobra.Zazdrość to „fajnie tak – mieć furę siana i jeździć po świecie,spróbuję – może też se tak zarobię”, a zawiść to „tyle siana – na pewno oszukiwał na podatkach albo podpierdolił ciotce ze Stanów, bo nie mógł wytrzymać, aż umrze i mu zapisze. A w ogóle to na pewno złapie jakąś malarię w tej Tajlandii, a co najmniej spotka ladyboya zamiast prawilnej prostytutki. I dobrze mu tak”.

    • Na mnie akurat „nie dasz rady” i podpuszczanie w ten sposób nie działa, ale wiem, że dla wielu to jest jak sygnał startowy w biegach.

      • Aleksandra Muszyńska

        Ja nie mówię o podpuszczaniu. Chyba, że się źle rozumiemy. Przez podpuszczanie rozumiem „nie dasz rady schować się pod przejeżdżającym pociągiem”, a nie „nie dasz rady zdać tego egzaminu”.

        • A, czyli Ty mówisz wprost o złorzeczeniu? W sensie „jesteś beznadziejny, nie poradzisz sobie?”.

          • Aleksandra Muszyńska

            Tak.

    • Tianzi

      Prawilnej prostytutki <3

  • Róża Wigeland

    A te czary ze zdjęcia pomagają? Mam kilku blogerów na oku, ale nie wiem, czy szyć te laleczki, czy napisać kilka postów w tym czasie – o sobie oczywiście ;)

    • Czy wbijanie igieł w laleczkę wudu pomaga być bardziej sfrustrowanym? Z pewnością.

      • Róża Wigeland

        Czyli ci wszyscy czarodzieje i szamani to bardzo mali ludzie. A my ich posądzamy o jakieś nadprzyrodzone zdolności :)

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock

---> SKOMENTUJ

Jedna z zasad podrywacza mówi, że żeby zdobyć numer najładniejszej sztuki w grupie, trzeba na samym początku zdobyć przychylność najbrzydszej. O ile inne reguły można kwestionować i być do nich zdystansowanym, to ta prawie zawsze się sprawdza. Prawie, bo ten wyjątek zostawiam sobie na ewentualność, gdy dziewczyna rozpozna w Tobie popularnego blogera lub Brada Pitta. Jeśli jednak, tak ja ja, nie jesteś ani jednym, ani drugim, to podejście zakończy się jak w ostatni piątek.

[akcja dzieje się w okolicach Placu Szczepańskiego, w godzinach zdecydowanie nocnych, ale jeszcze nie porannych]

Siema, przybij piątkę! – całe dnie spędzane w młodzieńczych latach na wymyślaniu idealnego otwieracza, który byłby nienachalny, nieoczywisty, interesujący i ściągał z lasek sukotarczę, w zderzeniu z rzeczywistością starły się jak ser na tarce, gdy okazało się, że najlepszym sposobem nawiązania kontaktu z drugim człowiekiem, jest wystawienie otwartej dłoni w jego kierunku i powiedzenie dokładnie czegokolwiek.

Piąteczka, dziewczyny! – Mateusz powtórzył po mnie i brunetka, szatynka i ta trzecia, po kolei przybiły nam piątki, jakby brały udział w pseudo-sztafecie na lekcji wuefu w podstawówce.

Słuchajcie, potrzebujemy waszej pomocy. Mój kumpel, Mateusz, jest programistą, pisze aplikację randkową i nie wiemy, czy to ma sens, dlatego potrzebujemy waszej opinii – powiedziałem do wszystkich trzech, zatrzymując spojrzenie na, na oko 23-letniej, szatynce, która już cała trzęsła się ze szczęścia, że może wypowiedzieć się na jakiś damsko-męski temat, bo jak wiadomo, każda kobieta jest doktoryzowano-habilitowanym ekspertem w tej dziedzinie.

Co to za aplikacja? Coś jak Tinder? – momentalnie zapytała brunetka z wyczuwalnym podnieceniem w głosie, po czym obrzuciła Mateusza spojrzeniem typu „tak naprawdę, to wcale nie wiem co to jest, słyszałam tylko od koleżanki kuzynki szwagierki sąsiadki, więc nie myśl sobie, że jestem jedną z tych, które muszą szukać faceta przez internet”.

Tak, coś jak Tinder, tylko, że lepsze. Chodzi o to, że… – Mateusz zaczął tłumaczyć na czym miałby polegać jego genialny wynalazek za furmankę siana, po czym, gdy rozszerzone źrenice, skupione spojrzenia i nachylone w naszą stronę sylwetki szatynki i brunetki dały nam sygnał, że nie zatrzymały się przy nas przez drastyczny spadek poziomu cukru, który uniemożliwił im wykonywanie ruchów swoim ciałem, tylko faktycznie są zainteresowane tematem, zaczęliśmy z nimi rozmawiać.

Z początku faktycznie o tej apce, którą mój kumpel wymyśli kwadrans wcześniej, później mniej więcej o wszystkim, z pominięciem neurobiologii i konfliktów na bliskim wschodzie. Mimo, że rozmawiało się miło i gadka toczyła się bez specjalnego wysiłku, to wiedziałem, że nic z tego nie będzie, bo szatynka powiedziała, że słucha Sylwii Grzeszczak. Nie mrugając przy tym okiem, nie trącając mnie łokciem, ani nie w żaden inny sposób nie sugerując, że kreci bekę. Mateo natomiast jadł brunetce z ręki z wzajemnością. Co najmniej jakby byli na pikniku i zapomnieli sztućców.

Zapomnieliśmy jednak, że została jeszcze ta trzecia. Brzydka, niechętna do rozmowy, obrażona na świat za swoją nieatrakcyjność.

Za każdym razem, gdy rzuciliśmy coś zabawnego i dziewczyny wybuchały śmiechem jak balony z wodą spuszczone z 4-go piętra, ona robiła skwaszoną minę, manifestując, że w jej mniemaniu to nieśmieszne. I jebiąc tym samym atmosferę. Mimo to, że kilkukrotnie próbowała obniżyć naszą wartość towarzyską, dając do zrozumienia swoim koleżankom, że jesteśmy włóczęgami-debilami, dziewczyny bez cienia zawahania kontynuowały flirt, dobrze się przy tym bawiąc. Apogeum jej zgorzknienia i emanowania wewnętrzną zgnilizną, zbiegło się w czasie z momentem kulminacyjnym spotkania.

…wiesz, to bardzo ciekawe – Mateusz wkłada rękę do kieszeni – i chętnie bym – Mateusz wyciąga rękę z kieszeni razem z telefonem – z tobą o tym porozmawiał – Mateusz odblokowuje telefon – w jakimś spokojniejszym miejscu – Mateusz wyciąga rękę z telefonem w kierunku brunetki – wpisz tu swój nu…

MUSIMY JUŻ IŚĆ!!!!!!!!! – ta trzecia nagle zaczęła drzeć mordę jakby ciągnik uciął jej stopę na sianokosach i nerwowo pociągnęła koleżanki za ubrania, tak, że szatynka prawie zgubiła buta. Brunetka próbowała złapać telefon Matea i wklepać tam swój numer, ale nie miała szans. Ta trzecia ciągnęła ją jak koń pociągowy, któremu ktoś powiedział, że jeśli natychmiast nie zawinie pod sobą asfaltu, to skończy w fabryce kleju. To był koniec. Podryw zsabotowany, wieczór rozjebany, a, być może, życiowa miłość Mateusza znikała w oddali ciągnięta po asfalcie jak worek ziemniaków.

Myśleliśmy, że tym razem będzie inaczej, ale było jak zawsze. Najbrzydsza w stadzie, przez brak nienależnego jej zainteresowania, kolejny raz udaremniła możliwość zawarcia związku małżeńskiego i reprodukcji, albo chociaż kilku wypadów do kina, swoim koleżankom. Uznała, że skoro ona nie jest adorowana, to nikt nie będzie. Bo przecież jak to tak może być, że jej koleżanki mają powodzenie, a ona nie? Jeszcze chwila i musiałaby przyznać przed samą sobą, że jest brzydka i nieciekawa. Suka ogrodnika.

Powtarzalność tego zjawiska dowodzi, że równość płci to kłamstwo. Facet facetowi nigdy by takiego świństwa nie zrobił.

autorem zdjęcia jest Valerio „Dokka” D’Introno

---> SKOMENTUJ

9 rzeczy, które obieca Komorowski w tym tygodniu

Skip to entry content

9 rzeczy, które obieca Komorowski w tym tygodniu

Wczoraj odbyła się debata prezydencka, na którą, w przerwie między zbieraniem grzybów, a wchodzeniem na japońskie stołki, w końcu udało się dotrzeć Komorowskiemu. Najwyraźniej przerażony brakiem wygranej w pierwszej turze, stwierdził, że jednak chwilę będzie musiał poudawać, że mu zależy i wyjść do ludzi. Nie jestem zwolennikiem Dudy, bo poza wystudiowanym z PRowcami uśmiechem, nie ma za dużo do zaoferowania, ale Bronek nie ma nawet tego uśmiechu. Tylko absurdalne obietnice.

Komorowski, na fali popularności serialu „House of cards”, chciał być jak Frank Underwood i jego program America Works i podczas debaty potwierdził, że stworzy 100 000 miejsc pracy dla „młodych”. Z jednej strony te 100 000, to taka jałmużna na otarcie łez, a nie faktyczne rozwiązanie problemu, z drugiej, miejsca pracy są wynikiem zapotrzebowania pracodawców na pracowników, a tworząc je sztucznie powoduje się więcej start niż zysków. Z trzeciej natomiast, bawi mnie niezmiernie fakt, że zrobił to na tydzień przed drugą turą wyborów. I jest to obietnica tyle desperacka, co niewiarygodna.

Po drodze jeszcze przewinęła się zmiana konstytucji i zielone światło dla Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Znaczy to mniej więcej tyle, że Broniu będzie zapierał się rękami i nogami i obieca WSZYSTKO byleby tylko utrzymać stołek. Jakich zatem obietnic od Bronisława Komorowskiego możemy się spodziewać w tym tygodniu?

 

Dopłaty dla blogerów i skup miejsca reklamowego. W Polsce są już ponad 2 miliony blogów, to 20 razy więcej niż liczba górników na Śląsku. Prezydent nie może lekceważyć tak dużej siły! Żeby zapewnić spokojny byt blogerom i sushi do zdjęć na Instagrama, podpisze ustawę gwarantującą przynajmniej 1 płatną kampanię w okresie przestoju noworocznego. Ewentualnie powołanie kryzysowej grupy wsparcia, klikającej w banery z AdSense.

Bezdeszczowe niedziele. Bo, nic tak nie wkurwia jak gówniana pogoda w weekend.

Praktyczne użycie całkowania. Wielu młodych narzeka, że program nauczania już na etapie gimnazjum jest niedostosowany do realiów. Że lekcje prowadzone są w nudny, archaiczny sposób. Że uczniowie w szkołach katowani są nieprzydatną wiedzą, nie mającą zastosowania w prawdziwym życiu. Po wyborach to się zmieni. Na ulicach pojawią bankomaty i parkometry uruchamiające się dopiero po rozwiązaniu dwóch zadań z całką oznaczoną i jednego z pochodną.

Odzyskanie Wilna! Czas na sprawiedliwość, czas na rozliczenie się z przeszłością, czas na odebranie tego co nasze! Z borzą pomocą Wilno wruci do Polski!

Legalizacja metaamfetaminy. Kontynuujemy niezdrową fascynację serialami. Jak podają najnowsze sondaże, co piąty ankietowany oglądał „Breaking Bed” i w liście do Świętgo Mikołaja wpisał zestaw małego chemika. Głowa państwa nie może być głucha na tak wyraźne pragnienia ludu.

Zwycięstwo polskiej reprezentacji piłki nożnej. Już przed końcem bieżącego millenium.

Bezstresowa miesiączka. Kobiety niestety nie są tak dobrymi kierowcami jak ludzie i do największej liczby wypadków drogowych dochodzi właśnie przez nie, w wyniku dokuczliwego zespołu napięcia przedmiesiączkowego. Bronkowi zależy na wszystkich wyborcach, nawet tych nie znających się na myślistwie. Dlatego w trosce o kobiety, pozwoli im w trakcie okresu 2-krotnie zgłosić nieprzygotowanie w pracy i aż 4-krotnie w domu, aby nie musiały stresować się w te trudne dni. Po zgłoszeniu nieprzygotowania, nikt nie będzie mógł mieć do nich pretensji o niedyspozycyjność, a one same będą mogły zająć się czymś relaksującym. Na przykład zmywaniem lub cerowaniem skarpet męża.

iPhone bez folii dla każdego. Jesteśmy mocnym, nowoczesnym państwem z wieloletnią tradycją. Nie możemy być sto lat za 50 Centem. Ze specjalnych rezerw na wypadek ataku obcych, powstanie specjalny fundusz socjalny, gwarantujący każdemu Polakowi z prawem wyborczym, yyy, to znaczy po 18-tym roku życia, nowego iPhone’a 6. Wystarczy, że udostępnicie tego posta na swojej klatce schodowej, a w komentarzu wpiszecie „głosuję na Bronka”.

Przestrzeganie 40-godzinnego tygodnia pracy w Mordorze na Domaniewskiej. No dobra, z tym to akurat słaby żarcik.

---> SKOMENTUJ