Close
Close

10 klasyków polskiej muzyki w nowym wydaniu

Skip to entry content
autorem zdjęcia w nagłówku jest Patrick Gensel

Rap wywodzi się z sampli i jakby sięgnąć do początków tego nurtu, to podkłady muzyczne w pierwszych kawałkach były po prostu zapętlonymi fragmentami utworów jazzowych, bluesowych, czy soulowych. Polski rap też kiełkował na rżnięciu cały taktów z przebojów lat 60-tych i ewentualnie dokładaniu do nich „przejść”, na początku i końcu numeru, w postaci pogłośniania bądź ściszania. Od tego momentu minęło sporo czasu i takie kradzieże – bo inaczej tego nie można nazwać – już nie mają miejsca.

Umiejętności producentów w kwestii cięcia sampli poszły o jakieś 10 do n-tej poziomów w górę i nie będzie to przesadą jeśli powiem, że stare utwory, z których wycinane są melodie, w nowych aranżacjach przeżywają swoje drugie życie. Zwłaszcza, że dochodzą do tego zupełnie świeże partie grane na syntezatorach, których kiedyś po prostu nie było. No i w przypadku rapu, oczywiście także nowa warstwa liryczna, która zupełnie zmienia wydźwięk utworu.

Poniżej 10 najciekawszych nowych wersji polskich klasyków, sprawdźcie jak wygląda ich drugie życie.

 

Wdowa – „Jeśli wiesz”

Oryginał: Nosowska – „Jeśli wiesz co chcę powiedzieć”

Nosowska – najlepsza żyjąca polska piosenkarka, Wdowa – wciąż najlepsza polska raperka. Co mogło wyjść z takiego połączenia? Tylko i wyłącznie turbo-hit? Cóż, hymnu pokolenia z tego nie ma, ale wyszło bardzo przyzwoicie, głównie za sprawą producenta, i mimo, że tekst pozostawia sporo do życzenia, to mocno się wkręca i trzeba to zapętlać.

 

Slums Attack – „Głucha noc”

Oryginał: Stan Borys – „Chmurami zatańczy sen”

Utwór Stana Borysa w wersji Peji został jednym z najbardziej znanych pijackich szlagierów, który w czasach mojej nastoletniości MUSIAŁ polecieć przynajmniej raz na KAŻDEJ imprezie. Autorowi oryginału nie za bardzo było w smak, że aranżacja poznaniaka cieszy się taką popularnością, w związku z czym wytoczył mu proces o złamanie praw autorskich. Summa summarum, panowie doszli do porozumienia, przybili sobie piątkę, a sumę która miała stanowić odszkodowanie przeznaczyli na cel charytatywny.

Wzgórze Ya-Pa-3 – „Mam tak samo jak ty”

Oryginał: Czesław Niemen – „Sen o Warszawie”

Powiedzmy sobie uczciwie, że jakiejś turbo zmiany w warstwie muzycznej w stosunku do oryginału to tu nie ma, ale równie szczerze trzeba przyznać, że to po prostu płynie, buja i samo stało się klasykiem. Mimo, że Czesiek za życia był mocno przeciwny temu kawałkowi.

 

Bonson/Matek – „Pan śmieć”

Oryginał: Lady Pank – „Wciąż bardziej obcy”

Zastanawiałem się jak skomentować tę pozycję, ale chyba popularność wersu „blanta, seks i blanta” mówi sama za siebie.

 

Andrzej Dąbrowski – „Refleksje”

Oryginał: Pezet/Noon – „Refleksje”

Mimo, że tu nie mamy do czynienia z samplowaniem a wykorzystaniem tylko tekstu, to wrzuciłem „Refleksje” do tego zestawienia, bo to chyba pierwszy w historii polskiego rapu przypadek, gdy mamy sytuację odwrotną. Kawałek Pezeta, który wśród hip-hopowców jest kultowy, został zrekonstruowany przez Andrzeja Dąbrowskiego w konwencji jazzowej. Zupełnie niespodziewana interpretacja, rzucają na wersy kompletnie inne światło.

 

Borixon – „Mój jest ten kawałek podłogi”

Oryginał: Mr Zoob – „Mój jest ten kawałek podłogi”

Puśćcie to swoim rodzicom i sprawdźcie ich reakcję. Mina mojej mamy? Bezcenna.

 

HuczuHucz – „Mijamy się mijając”

Oryginał: Jarosław Chojnacki – „Mijamy się mijając”

O ile w przypadku wszystkich innych kawałków w tym zestawieniu mamy do czynienia z klasykami, tak tutaj jest zgoła odmiennie, bo oryginał Jarosława Chojnackiego to padaka, którą trudno przesłuchać w całości. Mamy tu podręcznikowy przykład alchemii, bo RX z Huczem zamienili to zardzewiałe żeliwo w złoto. Dzięki wycięciu refrenu i nowej aranżacji, przekuli porażkę w sukces i stworzyli przejmujący majstersztyk, który wciąga i porusza.

 

TrzyHa – „40 stopni w cieniu”

Oryginał: Maanam – „Kocham Cię kochanie moje”

Kaseta „WuWuA” była pierwszą demówką, która tak szeroko rozeszła się po Polsce, a „40 stopni w cieniu” pierwszym udanym eksperymentem wplecenia śpiewanego refrenu z oryginału między zwrotki. Jakość nagrania jest tragiczna, a sama produkcja podkładu sprowadziła się do ordynarnego zapętlenia 3 taktów z „Kocham Cię kochanie moje”, ale są skrecze i buja. Jak na 1997 rok, to bardzo dużo.

 

B.O.K. – „Prometeusz”

Oryginał: Ewa Bem – „Podaruj mi trochę słońca”

Kiedy usłyszałem Bisza rzucającego dosadne metafory o przetrwaniu z zsamplowanym „podaruj mi trochę słońca” w refrenie, a później odkopałem w pamięci skąd pochodzi oryginał, wywróciło mi mózg na lewą stronę. To połączenie jest GE-NIAL-NE! Słowa Ewy Bem zostały wkomponowane w tak zaskakujący kontekst, że powątpiewam, czy najwięksi poeci z epoki renesansu wpadliby na to, że można im nadać taki wydźwięk. Czapki z głów!

 

Rozbójnik Alibaba – „Byłaś serca biciem”

Oryginał: Andrzej Zaucha – „Byłaś serca biciem”

Na temat tej przeróbki wypowiadałem się już kiedyś w „Cotygodniowym Przeglądzie Internetu” i podtrzymuję – Zaucha z pewnością nie przewraca się w grobie.

Ode mnie to tyle, jeśli znacie jakieś inne polskie kawałki, które przez sampling przeżywają drugą młodość, podrzućcie do komentarzy.

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

(niżej jest kolejny tekst)

40
Dodaj komentarz

avatar
24 Comment threads
16 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
25 Comment authors
FranekMateuszmalenkablogujekretMagdalena Suska Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Justyna Skowera | elare
Gość

Lubię rap, nie miałam pojęcia o istnieniu niektórych oryginalnych wersji tych piosenek.

http://co-nas-kreci.blog.pl/
Gość
http://co-nas-kreci.blog.pl/

No a to? Chyba daje radę…

https://www.youtube.com/watch?v=njj1sK-fQSk

Jan Favre
Gość

Tyle, że to blend – czyli podłożenie acappelli do gotowego podkładu z innego utworu, czyli nie liczy się.

http://co-nas-kreci.blog.pl/
Gość
http://co-nas-kreci.blog.pl/

Aaaaj, wiedziałam, że coś jest nie tak :)

Nevena
Gość

Marek i Wacek „Melodia dla Zuzi” zsamplowane w „Drin za drinem” Tedego.

Jan Favre
Gość

Jak ma się w głowie wszystkie sceny przy których leciało „Drin za drinem” a potem puści się klip Marka i Wacka to ostra psychodela wychodzi :D

Kuba Osiński
Gość

Tym Wzgórze Ya-Pa-3 zrobiłeś dzień. Ależ ja stary jestem :P

madalena
Gość

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Dziś jest ważny dzień. Dziś mija równy rok odkąd zrezygnowałem z pracy, żeby zająć się blogowaniem na pełny etat. Dziś jest dzień, w którym chcę się uszczypnąć, żeby sprawdzić, czy się nie obudzę.

 

Grudzień 2008 – Jest zimno

Mieszkam z 5 przypadkowymi osobami w odrapanej ruderze w zrujnowanej kamienicy i paruje mi z ust, gdy wchodzę do kuchni. Więc staram się nie wychodzić z pokoju. A konkretnie spod kołdry. Leżę opatulony jak mumia i próbuję rozgrzać się jakimś podłym Żubrem. I palmami na komputerze. Oglądam „Californication” i w wyobraźni żyję życiem Hanka Moody’ego. Akurat łapie mega fuchę – będzie pisał bloga dla jednego z najpopularniejszy portali. Buja się po imprezach, pije drinki, wpada w tarapaty, wyciska życie jak cytrynę i o tym pisze. I ludzie to czytają. I ktoś mu za to płaci.

Fantazjuję, że też tak mogę.

Chcę wziąć jeszcze łyka, ale widzę dno w butelce i trzeźwość ściąga mnie na ziemię. Jest zimno, moja współlokatorka krzyczy, żebym ściszył, bo nie może zasnąć, a jutro mam zaliczenie z algebry liniowej. Z której w sumie jeszcze nic nie umiem.

To tylko fantazja.

 

Marzec 2011 – Kończę licencjat

Kiedy te 3 lata zleciały? Przecież wczoraj dopiero odbierałem indeks? Jeszcze nawet nie zdążyłem porządnie poznać kampusu. Dobra, nieważne. Chcę pracować w reklamie, więc chodzę po rozmowach kwalifikacyjnych. O pracę, o staż, o praktyki, o czyszczenie butów. O wszystko, byleby wbić się do jakiejś agencji albo działu marketingu.

– Dobrze. To teraz wyobraź sobie, że masz poinformować o nowej usłudze liderów opinii. Do jakich blogerów byś napisał?

– Do kogo?

– Komu z blogosfery wysłałaśbyś informację prasową komunikującą nową usługę naszego klienta?

– Ale, że co?

– Wiesz czym są blogi?

– W sensie, internetowe pamiętniki emo-nastolatków?

– No dobrze. Dziękuję ci za rozm…

– A nie, nie, już wiem. Martyna Wojciechowska, tak?

Nie dostałem tego stażu. Ani kolejnych dwóch. Za to dowiedziałem się, że ktoś taki jak blogerzy faktycznie istnieje. I to w naszym kraju. I podobno nawet z tego żyje.

To nie tylko fantazja?

 

Wrzesień 2011 – Mam ten staż

Kolejny, tym razem płatny, z opcją na stałą pracę i to w portalu, który zna nawet moja mama. Nieźle, co? No, nie źle. Jestem chyba redaktorem. „Chyba”, bo zasadniczo nikt mi nie powiedział jak nazywa się moje stanowisko, ale zajmuję się głównie pisaniem artykułów, a „dziennikarz” kojarzy mi się z prowadzeniem relacji z epicentrum wojennych wydarzeń, więc jednak „redaktor”. Piszę o dupach, zakupach, mydle i powidle, ale mimo to staram się, by każdy tekst miał pazur. No, pazurek. No dobra, paznokieć, ale taki dłuższy. Nie wszystkim koleżankom z redakcji się to podoba.

– Takie uszczypliwości to ty możesz sobie pisać na swoim blogu, a nie na portalu, który codziennie czyta kilkaset tysięcy ludzi.

– Racja.

Po powrocie do domu fantazja dostaje nazwę. „Stay Fly”.

 

Październik 2012 – Jadę na Blog Forum Gdańsk

Pierwszy raz. Za pożyczony hajs. Jak wystraszony szczurek. I mam spać kątem u znajomej znajomej znajomej. Przed wejściem do pociągu gubię bilet, ale i tak jadę. 11 godzin. Bez ogrzewania. Ale jadę, bo wiem, że tam TRZEBA być, bo tam będą WSZYSCY i może nawet poznam KOGOŚ, kim na co dzień tylko się jaram wlepiając ślepia w monitor. I może nawet zapamięta nazwę mojego bloga. Albo chociaż imię.

Przybijam piątkę z Kominkiem jak najgorszy psychofan, przebijając się przez tłum adoratorów, zamieniam zdanie z prowadzącym „Matura to bzdura” i dwa z tym jaśniejszym z „Lekko stronniczego”. I czuję się jakbym siedział na widowni podczas rozdawania Oscarów. Albo przynajmniej wszedł do garderoby gwiazd na „Top Trendach”.

Niepewność miesza się z ekscytacją.

 

Wrzesień 2013 – Koniec studiów

Moi znajomi z roku albo obronili się przed wakacjami albo robią to właśnie teraz. Ja nie. I wszystko wskazuje na to, że nie zrobię tego w ogóle. Ja właśnie teraz mam kongo bongo w pracy, którą lubię, bo dopinam ostatnie szczegóły w kampanii dla kluczowego klienta. Tak, tak, dobrze myślisz, jestem tym cholernym copywriterem i płacą mi za to, że wymyślam hasła, slogany i w ogóle bawię się literkami. Jak chłodne jest to? Ale to nic. Spytaj, co z blogiem.

Z blogiem zaczyna się dziać!

Dzieje się, bo ludzie czytają, i to czytają z zaangażowaniem, i na tyle, że reklamodawcy to widzą. Tak jest, weszły dwie duże kampanie z bardzo spoko produktami. W sensie, że ktoś widzi sens w tym co robię oprócz mnie, w sensie, że pojawiają pierwsze większe pieniądze, w sensie, że chyba będzie można zrobić z tego sposób na życie.

„Chyba”, bo to wciąż wydaje mi się ulotne, nienamacalne. Nie wiadomo, czy zaraz się nie skończy. Taka złudna fantazja.

 

Maj 2014 – Żegnam się z pracą

– Siadaj. Chciałem z tobą porozmawiać, bo w tym miesiącu kończy ci się umowa i…

– I nie chcę jej przedłużać.

– Jesteś pewien?

– Tak.

– Okej. Chcesz przejść do konkurencji?

– Nie, wchodzę w bloga na pełen etat.

– Będziesz w stanie się z niego utrzymać?

– Taki jest plan.

 

Lipiec 2014 – Jestem

Siedzę w „Zielnik Cafe” na warszawskim Mokotowie. W restauracji Magdy Gessler, takiej co to ludzie kwartał odkładają, żeby pójść z rodziną w niedzielę na obiad. Z okazji 30-lecia małżeństwa, czy coś. W każdym razie, siedzę tam, jem obłędne pierożki z cielęciną, które w połączeniu z roztopionym masełkiem wyciągnęłyby z niejedzenia niejedną anorektyczkę, a naprzeciwko siebie mam Kominka. Tego, który jest dla mnie największym autorytetem w kwestii blogowania, tego, którego książki mam na półce i traktuję jak biblię, tego, który jest najlepszy z całego środowiska.

I nie jest to bynajmniej zlot fanów. Spotkaliśmy się, żeby obgadać kampanię z Somersby. Dużą kampanię. Taką, że jak jej nie spieprzę, to już wszystkie furtki będą przede mną otwarte. Będę mógł pisać, latać po świecie i bawić się jak 7-latek w Disneylandzie. Być, tak bardzo jak to tylko możliwe we współczesnym świecie, wolny.

Obok siebie mam śmietankę tej branży, w ustach bitą śmietanę ze świeżymi malinami, a w głowie wyśmienity plan na kolejne 3 lata. To już nie jest fantazja, to materializowanie marzenia.

 

Teraz

Stoję pod klatką kamienicy, w której marzłem 7 lat temu, z garścią piasku przywiezionego z Korfu. Zaciągam się resztkami zapachu morskiej bryzy unoszącego się z ziarenek i spoglądam na zmurszałe, popękane mury budynku, w którym zrodził się ten oderwany od ziemi pomysł. A potem zamykam oczy i w myślach przewijam rolkę filmu z moim życiem od 2008, aż do dzisiaj, robiąc stopklatkę na wszystkich wzlotach i upadkach. Trochę ich było. Zwłaszcza tych drugich, więc chwilę to trwa.

Otwieram oczy i mówię to sobie głośno: – Tak, kurwa, zrobiłem to! Zrobiłem to!

Sen się spełnia! Nie, przepraszam, nie „się” spełnia. To ja, ja spełniam swój własny sen! Na jawie!

Cotygodniowy Przegląd Internetu #28: Kuba Wojewódzki, Ryan Gosling i MacGyver

Skip to entry content

kuba wojewódzki kabaret ani mru mru

Kolejny tydzień upłynął w oparach wyborów, spisków, iluminatów i reptilian, dlatego nie będę Was tym męczył w 28 „Przeglądzie” i w całym zestawieniu pojawia się tylko jedna pioseneczka leciuteńko nawiązująca do tematu. Raz, że nie chcę zamienić Stay Fly w blog polityczny, a dwa, że właśnie jestem w Tyliczu i moje myśli zajmują dużo lżejsze tematy. Na przykład to, czy dałoby radę przewieźć w foliowych workach zapas czystego powietrza na kolejne 7 dni do Krakowa. Ja popadnę w zadumę nad tą kwestią, a Wy łapcie świeżutkie streszczenie sieci!

Pamiętacie jeszcze Flexxip? Pierwszy skład Tego Typa Mesa, w którym nawijał z Emilem Blefem? Strasznie jarałem się ich demówką i legalem, dlatego serduszko zabiło mi ciut mocniej, gdy w tym wywiadzie wrócili do czasów ortalionów i golenia głów na zero.

Hity z dzieciństwa przetłumaczone na polski! Radio Zet zrobiło prześwietna akcję – wzięło takie klasyki jak „Gangsta’s Paradise” Coolia, „Boom, Boom, Boom” Venga Boys, „Blue” Eiffel 65 i podłożyło lektora z „Mody na sukces” tłumaczącego linijki na nasz język. Musisz tego posłuchać!

Miłość i wybaczenie na dzień matki: to wcale nie jest ckliwy, oklepany tekst, który ma wywołać rzewne łzy u odbiorcy. To bardzo zabawny wpis, o tym, że każdej mamie zdarza się palnąć coś głupiego i przeholować z chwaleniem swojego dziecka.

Najbardziej przereklamowane miejsca na świecie: nieco inne zdjęcia, niż te z folderów w biurach podróży, pokazujące, że Góra Rushmore, Stonehenge, czy Giblarltar nie wygląda jak w hollywoodzkich filmach.

Ciuchy po domu: powinno się spalić albo oddać najgorszemu wrogowi, a tutaj całkiem nieźle wytłumaczone jest dlaczego należy tak zrobić.

Kuba Wojewódzki buduje sobie szubienicę: bo nie dość, że nie rozumie internetu, to w ostatnim odcinku swojego programu wypowiedział mu wojnę. A, cytując klasyka, to tak jakby plemnik nagrał diss na spermę.

Doszły nas słuchy, że wczoraj pan Kuba Wojewódzki w swoim przebojowym programie razem z kolesiami z Ani Mru-Mru ciągnęli…

Posted by Make life harder on 27 maja 2015

 

Jak wyglądają prawdziwi fani Quebonafide? No tak. Mnie słabo widać, ale stoję tam z tyłu.


 

Ryan Gosling nie chce zjeść płatków: boska kompilacja ujęć, na których bożyszcze kobiet wykręca się od śniadania.

Ryan Gosling will eat his cereal http://gu.com/p/48559/fb

Posted by The Guardian on 5 maja 2015

 

Damska stylówka tygodnia: Agata nie jest typową szafiarką, bo główną tematyką jej bloga jest sport i ćwiczenia, ale spokojnie mogłaby się skupić tylko na ciuchach, bo ma genialne komplety. Tym poniżej zdobyła moje serce. Po raz 7 w tym roku.

zdjęcie pochodzi z bloga Fitly.pl
zdjęcie pochodzi z bloga Fitly.pl

Klip tygodnia: nie jest to nowy ani utwór, ani teledysk, ale z uwagi na to, jakim wydarzeniem zaczął się ten tydzień, czułem nienegocjowalną powinność umieszczenia go w dzisiejszym „Przeglądzie”.


 

Fanpage tygodnia: istnieje jakiś facet, który w dzieciństwie nie fantazjował o zostaniu MacGyverem i zrobieniu helikoptera z paczki zapałek i puszki Coli? Okazuje się, że jest kilku gości, którzy macgyverują sobie w dorosłym życiu i potrafią zrobić łódkę z pustych butelek, BMW z osła i koło do motoru z adidasów. Profil rzadko aktualizowany, ale jak już coś wrzuca to jest prawdziwy sztos!

Amazing :D

Posted by Macgyver It on 23 czerwca 2014

 
Ogłoszenie parafialne: bardzo, bardzo dawno temu, jedna z czytelniczek zaproponowała, żebym w ramach miesięcznych wzywań zrobił sobie „30 dni codziennie z czymś nowym”. Pomysł jest bardzo pierwszoklasowy, tyle, że żeby go zrealizować muszę sobie wszystkie te „nowe rzeczy” wcześniej przygotować i rozpisać.

Stąd pytanie do Was – jakie macie propozycje czynności, jedzenia, picia, miejsc, czy innych aktywności, których mógłbym spróbować po raz pierwszy w życiu, w ramach tego wyzwania?