Close
Close

10 klasyków polskiej muzyki w nowym wydaniu

Skip to entry content

Rap wywodzi się z sampli i jakby sięgnąć do początków tego nurtu, to podkłady muzyczne w pierwszych kawałkach były po prostu zapętlonymi fragmentami utworów jazzowych, bluesowych, czy soulowych. Polski rap też kiełkował na rżnięciu cały taktów z przebojów lat 60-tych i ewentualnie dokładaniu do nich „przejść”, na początku i końcu numeru, w postaci pogłośniania bądź ściszania. Od tego momentu minęło sporo czasu i takie kradzieże – bo inaczej tego nie można nazwać – już nie mają miejsca.

Umiejętności producentów w kwestii cięcia sampli poszły o jakieś 10 do n-tej poziomów w górę i nie będzie to przesadą jeśli powiem, że stare utwory, z których wycinane są melodie, w nowych aranżacjach przeżywają swoje drugie życie. Zwłaszcza, że dochodzą do tego zupełnie świeże partie grane na syntezatorach, których kiedyś po prostu nie było. No i w przypadku rapu, oczywiście także nowa warstwa liryczna, która zupełnie zmienia wydźwięk utworu.

Poniżej 10 najciekawszych nowych wersji polskich klasyków, sprawdźcie jak wygląda ich drugie życie.

 

Wdowa – „Jeśli wiesz”

Oryginał: Nosowska – „Jeśli wiesz co chcę powiedzieć”

Nosowska – najlepsza żyjąca polska piosenkarka, Wdowa – wciąż najlepsza polska raperka. Co mogło wyjść z takiego połączenia? Tylko i wyłącznie turbo-hit? Cóż, hymnu pokolenia z tego nie ma, ale wyszło bardzo przyzwoicie, głównie za sprawą producenta, i mimo, że tekst pozostawia sporo do życzenia, to mocno się wkręca i trzeba to zapętlać.

 

Slums Attack – „Głucha noc”

Oryginał: Stan Borys – „Chmurami zatańczy sen”

Utwór Stana Borysa w wersji Peji został jednym z najbardziej znanych pijackich szlagierów, który w czasach mojej nastoletniości MUSIAŁ polecieć przynajmniej raz na KAŻDEJ imprezie. Autorowi oryginału nie za bardzo było w smak, że aranżacja poznaniaka cieszy się taką popularnością, w związku z czym wytoczył mu proces o złamanie praw autorskich. Summa summarum, panowie doszli do porozumienia, przybili sobie piątkę, a sumę która miała stanowić odszkodowanie przeznaczyli na cel charytatywny.

Wzgórze Ya-Pa-3 – „Mam tak samo jak ty”

Oryginał: Czesław Niemen – „Sen o Warszawie”

Powiedzmy sobie uczciwie, że jakiejś turbo zmiany w warstwie muzycznej w stosunku do oryginału to tu nie ma, ale równie szczerze trzeba przyznać, że to po prostu płynie, buja i samo stało się klasykiem. Mimo, że Czesiek za życia był mocno przeciwny temu kawałkowi.

 

Bonson/Matek – „Pan śmieć”

Oryginał: Lady Pank – „Wciąż bardziej obcy”

Zastanawiałem się jak skomentować tę pozycję, ale chyba popularność wersu „blanta, seks i blanta” mówi sama za siebie.

 

Andrzej Dąbrowski – „Refleksje”

Oryginał: Pezet/Noon – „Refleksje”

Mimo, że tu nie mamy do czynienia z samplowaniem a wykorzystaniem tylko tekstu, to wrzuciłem „Refleksje” do tego zestawienia, bo to chyba pierwszy w historii polskiego rapu przypadek, gdy mamy sytuację odwrotną. Kawałek Pezeta, który wśród hip-hopowców jest kultowy, został zrekonstruowany przez Andrzeja Dąbrowskiego w konwencji jazzowej. Zupełnie niespodziewana interpretacja, rzucają na wersy kompletnie inne światło.

 

Borixon – „Mój jest ten kawałek podłogi”

Oryginał: Mr Zoob – „Mój jest ten kawałek podłogi”

Puśćcie to swoim rodzicom i sprawdźcie ich reakcję. Mina mojej mamy? Bezcenna.

 

HuczuHucz – „Mijamy się mijając”

Oryginał: Jarosław Chojnacki – „Mijamy się mijając”

O ile w przypadku wszystkich innych kawałków w tym zestawieniu mamy do czynienia z klasykami, tak tutaj jest zgoła odmiennie, bo oryginał Jarosława Chojnackiego to padaka, którą trudno przesłuchać w całości. Mamy tu podręcznikowy przykład alchemii, bo RX z Huczem zamienili to zardzewiałe żeliwo w złoto. Dzięki wycięciu refrenu i nowej aranżacji, przekuli porażkę w sukces i stworzyli przejmujący majstersztyk, który wciąga i porusza.

 

TrzyHa – „40 stopni w cieniu”

Oryginał: Maanam – „Kocham Cię kochanie moje”

Kaseta „WuWuA” była pierwszą demówką, która tak szeroko rozeszła się po Polsce, a „40 stopni w cieniu” pierwszym udanym eksperymentem wplecenia śpiewanego refrenu z oryginału między zwrotki. Jakość nagrania jest tragiczna, a sama produkcja podkładu sprowadziła się do ordynarnego zapętlenia 3 taktów z „Kocham Cię kochanie moje”, ale są skrecze i buja. Jak na 1997 rok, to bardzo dużo.

 

B.O.K. – „Prometeusz”

Oryginał: Ewa Bem – „Podaruj mi trochę słońca”

Kiedy usłyszałem Bisza rzucającego dosadne metafory o przetrwaniu z zsamplowanym „podaruj mi trochę słońca” w refrenie, a później odkopałem w pamięci skąd pochodzi oryginał, wywróciło mi mózg na lewą stronę. To połączenie jest GE-NIAL-NE! Słowa Ewy Bem zostały wkomponowane w tak zaskakujący kontekst, że powątpiewam, czy najwięksi poeci z epoki renesansu wpadliby na to, że można im nadać taki wydźwięk. Czapki z głów!

 

Rozbójnik Alibaba – „Byłaś serca biciem”

Oryginał: Andrzej Zaucha – „Byłaś serca biciem”

Na temat tej przeróbki wypowiadałem się już kiedyś w „Cotygodniowym Przeglądzie Internetu” i podtrzymuję – Zaucha z pewnością nie przewraca się w grobie.

Ode mnie to tyle, jeśli znacie jakieś inne polskie kawałki, które przez sampling przeżywają drugą młodość, podrzućcie do komentarzy.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Patrick Gensel
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Dodanie np jakiejś wstawki typu „mam tak samo jak ty” w refrenie to jest nowe wydanie klasyku?

    • Pojawia się w komentarzu niżej ;)

  • Powiem tak, fajnie posłuchać takich klasyków-hitów z młodości rodziców, i porównać je z ich płytami.

  • kret
  • Świetne. Dzięki Ci za to :)

  • Przegenialne niektóre z tych kawałków! Dzięki wielkie :)

  • Piosenka, z której pochodzi sampel w „Nie puszczę” R.A.U. chyba nie jest specjalnie znana (ja szukałam z rok!), ale uwielbiam ten kawałek
    No i cały Art Brut, wiadomo.

  • Mr. Zoob mnie zostawił bez słów.

  • mickle

    Bronsolino, który już jakiś czas temu zasamplował Budkę Suflera, też zrobił ogień
    https://www.youtube.com/watch?v=w5uSQfHPm3s

  • Robek

    warto zauważyć, że takie odświeżanie polskich klasyków ma miejsce nie tylko w hip-hopie: najbardziej oczywiste przykłady to Ptaki i generalnie cały projekt The Very Polish Cut-Outs
    https://soundcloud.com/polishcutouts

  • Joanna Bochenek-Olińska
  • Tej, a „Schody kręte” Hucza? Lubię ten banalistyczny klimacik, dodatkowo fajnie podbity przez tak na poły prosto, a na poły prostacko wykorzystany klasyczny motyw. Nigdy nie wiem, czy mi się to podoba, czy gardzę tym refrenem.

    • Ani kawałek Hucza, ani oryginał mnie jakoś specjalnie nie kręci.

      • Zazwyczaj ludzie w stosunku do tego kawałka są bardziej emocjonalni, albo go uwielbiają, albo nie cierpią i (być może słusznie) wytykają kiczowatość i prostotę motywu, pierwszy raz widzę wzruszenie rąk :P

  • Olka

    Podoba mi się! A jeśli lubisz jazzowo-bluesowe rytmy, to polecam sprawdzić utwory zaaranżowane „w drugą stronę”. Andrzej Dąbrowski z albumu „Albo inaczej” w wykonaniu „Refleksji” Pezeta jest moim faworytem.

    • Znam, znam stąd właśnie wziąłem ten kawałek do wpisu :)

      • Olka

        Ale wtopa! Nie zauważyłam. Przyznam, że przesłuchałam jedynie Wdowę, Hucza i Bisza, bo mnie zaintrygowało, ale tym bardziej piona za gust :D

  • kulua

    Edyta Bartosiewicz – Opowieść
    &
    https://www.youtube.com/watch?v=9EE7no9Gkj0

    Jak już zacznę to zasłuchuje się cały dzień

    • O kurde, dopóki nie usłyszałem oryginału nie poznałem, że to to, dzięki!

      • kulua

        Też długo rozkminiałam skąd kojarze :)

  • Czesława Kruczkowska

    W zdecydowanie innej estetyce, ale Kruczkov sięga m.in. po fragmenty z Magdy Umer i Marka Grechuty. Warto zobaczyć też teledysk do „Jak zatrzymać” – poklatkowa animacja plastelinowa.

    https://www.youtube.com/watch?v=PAUhAJZA-oI&list=PLSFAI4udk8Moi-1g8ET__0bWsxpYw3ddp

    • Ciekawy eksperyment, ale jak dla mnie średnio udany. Najlepiej wyszła na tym Mela Koteluk.

  • Zagadka – kto zapętlił ten początek?
    https://www.youtube.com/watch?t=21&v=OUjWIm55fOI

    • Cholera, zapomniałem o tym, a miałem to nawet kiedyś na winylu! Jak to odkryłem, czułem się jakbym znalazł gar ze złotem na końcu tęczy.

    • Ostatnio mam straszną zajawkę na ten kawałek.
      Tzn Pezeta, bo oryginał teraz dopiero przesłuchuję pierwszy raz.
      Propsy.

  • Wdowa – MISTRZOWKI BIT :D

    Prometeusz desz bardzo daje radość ;) niezłe

    3ha – uwielbiam stare mixtejpy, po prostu uwielbiam. Zwłaszcza, że mam mnóstwo swoich, w jakości minus trylion :D

    No i jeszcze remix pezeta, jazz przyjemny, a oryginał… o jezu, ciarki, mrok, nienawiść, uczucia. Klasyk, ale trudny.

    Ogólnie samplowanie i odgrzebywanie znanych kawałków to my topic :D Mniam

  • Teresa Tutinas – Jak cię miły zatrzymać
    https://www.youtube.com/watch?v=lZv17c1azm8

    Od pierwszych dźwięków wiadomo co powstało z tego kawałka.

    • Zdradliwa wena, raz jest, raz jej nie ma :D
      Uwielbiam płytę 3:44!

      • Nie wiem, jakoś nigdy nie przekonałem się do Grubsona. No a kaliber44 to jest moje dzieciństwo (którego wtedy nie rozumiałem w ogóle), mój ogólniak (w którym cośtam już rozumiałem), no i w ogóle moje życie xD.

        • Ooo, moje też, ta płyta była pierwszą, jaką kupiłam za własne pieniądze i chyba najczęściej przeze mnie odsłuchiwaną. Do tego stopnia, że wszystkie zawarte na niej teksty mogłabym nawet dzisiaj wyrecytować :)

  • Bisz i B.O.K to chyba moje najlepsze odkrycie ostatnich lat. To co ten człowiek robi ze słowem zrywa dachy w stodołach. Już nie wspominam jak żongluje wątkami i bawi się motywami filozoficznymi.
    Rewelacja, a „Prometeusz” to tylko jeden utwór morzu zajebistości.

  • Tym Wzgórze Ya-Pa-3 zrobiłeś dzień. Ależ ja stary jestem :P

  • Marek i Wacek „Melodia dla Zuzi” zsamplowane w „Drin za drinem” Tedego.

    • Jak ma się w głowie wszystkie sceny przy których leciało „Drin za drinem” a potem puści się klip Marka i Wacka to ostra psychodela wychodzi :D

  • http://co-nas-kreci.blog.pl/

    No a to? Chyba daje radę…

    https://www.youtube.com/watch?v=njj1sK-fQSk

    • Tyle, że to blend – czyli podłożenie acappelli do gotowego podkładu z innego utworu, czyli nie liczy się.

      • http://co-nas-kreci.blog.pl/

        Aaaaj, wiedziałam, że coś jest nie tak :)

  • Lubię rap, nie miałam pojęcia o istnieniu niektórych oryginalnych wersji tych piosenek.

Kocha się za coś. „Pomimo czegoś”, to można z kimś być

Skip to entry content

„Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” – słyszałeś kiedyś to powiedzenie? Założę się o dużą paczkę lodowych Oreo, że słyszałeś. Przynajmniej 47 razy. A w zasadzie słyszałaś. Bo powiedzenie to dotyczy głównie kobiet. Kobiet, które są z obiektywnie beznadziejnymi facetami, ale subiektywnie nie aż tak strasznymi, żeby się z nimi rozstać. Na przykład niepociągającymi i nudnymi, ale wiernymi i godnymi zaufania. Kiedy myśl o tym, że nie pasujecie do siebie już nie jest tylko luźną myślą, wypowiedzianą do przyjaciółki po jednym kieliszku prosecco za dużo, ale faktem namacalnym jak drzazga w palcu, z pomocą przychodzi ludowa mądrość. Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś.

Tyle, że to gówno prawda.

Zawsze kocha się za coś

Ile razy zakochałaś się w żebrzącym alkoholiku? W kimś kto absolutnie Cię nie pociągał? W człowieku, który zupełnie nie był w Twoim typie? Nie odpowiadaj, pozwól mi zgadnąć. Hmm, czyżby 0? Gdyby kochało się pomimo czegoś, a nie za coś, zakochiwałabyś się nieustanie. Co sekundę. I to nie w unikatowych, spotykanych rzadziej niż czterolistna koniczna jednostkach, tylko we wszystkich. Wszystkich jak leci. Bez wyjątku. Kochać każdego, nie oszczędzać nikogo, bo przecież każdy ma coś co Ci w nim nie pasuje.

Jeśli to powiedzenie byłoby prawdziwe, z facetami działoby się tak samo. Też nie braliby jeńców, tylko padali na jedno kolano z małymi, otwieranymi w połowie pudełeczkami, przed pierwszą lepszą niewiastą napotkaną na ulicy. Niezależnie, czy byłaby brzydka, pryszczata, gruba, z dredami, uważała, że szczepionki powodują autyzm, czy nie jadła mięsa. Mimo wszystko, z moich obserwacji wynika, że jednak tak nie jest. Wbrew hasłom z demotywatorów, mężczyźni zakochują się w kobietach ze względu na jakieś cechy. Zmysłowy uśmiech, niewiarygodnie zgrabne nogi, poczucie humoru, empatię i wewnętrzne ciepło, czy po prostu zajebiste cycki.

Zawsze jest coś, to „coś” może być fizyczne, może być częścią osobowości, może być pojedyncze, może być mnogie, może być mniej lub bardziej trudne do zdefiniowania, ale musi występować, żeby wystąpiło przyciąganie. Gdy tego czegoś nie ma, wewnętrzne magnesy układają się w drugą stronę i dochodzi do odpychania. Które nijak nie ma nic wspólnego z miłością. W przeciwnym wypadku Donald Trump już dawno byłby w związku z Hilary Clinton. A Janusz Korwin-Mikke z Kazimierą Szczuką. I jak dotąd jeszcze nigdy nie byłem kobietą, ale śmiem twierdzić, że to działa również w drugą stronę. Jeśli nie zakochasz się w jego piwnych oczach i kruczoczarnych włosach, w jego spontaniczności i ciekawości świata, albo innym elemencie jego osoby, który sprawi, że Twój mózg zacznie produkować oksytocynę, to się nie zakochasz i już. Dziękuję, do widzenia.

Bo zawsze kocha się kogoś za coś i miłość ta trwa, tak długo, aż to coś nie przeminie. Aż ona przestanie być już tak zabawna, on przestanie jej dawać poczucie bezpieczeństwa, ona przestanie dbać o siebie, on się zapuści. I gdy to się stanie, gdy ten kluczowy element wyparuje, to nie będzie „miłości pomimo czegoś”. Po prostu się skończy i w najlepszym przypadku zostanie sentyment i przyzwyczajenie.

Można być z kimś pomimo czegoś

Jest wiele sytuacji, w których można być z kimś pomimo czegoś, ale tylko w jednym przypadku ma to sens. Tym wyjątkiem niepotwierdzającym reguły jest wariant, gdy dwójka ludzi się kocha, a tym „pomimo” są czynniki zewnętrzne nie wpływające negatywnie na ich relację.

W sensie, jesteście ze sobą, pomimo, że jedno z Was wychowało się z kulturze żydowskiej, a drugie nie. Jesteście ze sobą pomimo, że on jest cukrzykiem albo ma inne problemy natury zdrowotnej. Jesteście ze sobą pomimo, że póki co dzieli Was odległość. Jesteście ze sobą pomimo, że Wasze rodziny tego nie akceptują. Jesteście ze sobą pomimo większej różnicy wieku. Jesteście ze sobą pomimo, że ty jesteś ekstra, a on intrawertykiem. Jesteście ze sobą pomimo, że słuchasz Natalii Nykiel. Choć jeśli robisz to przy nim zbyt często, to faktycznie związek wkrótce może się rozpaść. W każdym razie dopóki to „pomimo” nie sprowadza się do tego, że jesteś z nim, pomimo, że czasem Cię uderzy jak za bardzo się napije, albo, że jest z Tobą pomimo, że masz manię kontroli i sprawdzasz go na każdym kroku, to wszystko spoko. „Pomimo” jest tylko trzeciorzędną, nieistotną pierdołą.

Można oczywiście również być z kimś, gdy „pomimo” jest pierwszoplanowym problemem, powracającym jak poniedziałek po niedzieli, albo gdy miłość występuje tylko jednostronnie, albo gdy w ogóle jej nie ma i nie zapowiada się, żeby była, tylko wtedy pojawia się pytanie: po co? Po co być ze sobą i tkwić w czymś, co jest bardziej logicznym układem, niż wzajemnym emocjonalnym przyciąganiem? Jest kilka całkiem niezłych odpowiedzi na to pytanie. Jedna: bo we dwójkę życie mniej boli. Prawda. Druga: bo lepiej uprawiać seks z zaufanym stałym partnerem, niż ze zmieniającymi się przypadkowymi. Też prawda. Trzecia: bo w ogóle lepiej uprawiać seks niż nie. Prawda jak cholera. Czwarta: bo ekonomiczniej wydatki dzielić na pół. Kolejny raz, trudno się nie zgodzić.

Tyle, że to wszystko sprowadza się do jednego: to tylko strata czasu. Czasu kiedy mógłbyś kochać kogoś za coś z wzajemnością, a nie być z kimś pomimo czegoś.

---> SKOMENTUJ

Dziś jest ważny dzień. Dziś mija równy rok odkąd zrezygnowałem z pracy, żeby zająć się blogowaniem na pełny etat. Dziś jest dzień, w którym chcę się uszczypnąć, żeby sprawdzić, czy się nie obudzę.

 

Grudzień 2008 – Jest zimno

Mieszkam z 5 przypadkowymi osobami w odrapanej ruderze w zrujnowanej kamienicy i paruje mi z ust, gdy wchodzę do kuchni. Więc staram się nie wychodzić z pokoju. A konkretnie spod kołdry. Leżę opatulony jak mumia i próbuję rozgrzać się jakimś podłym Żubrem. I palmami na komputerze. Oglądam „Californication” i w wyobraźni żyję życiem Hanka Moody’ego. Akurat łapie mega fuchę – będzie pisał bloga dla jednego z najpopularniejszy portali. Buja się po imprezach, pije drinki, wpada w tarapaty, wyciska życie jak cytrynę i o tym pisze. I ludzie to czytają. I ktoś mu za to płaci.

Fantazjuję, że też tak mogę.

Chcę wziąć jeszcze łyka, ale widzę dno w butelce i trzeźwość ściąga mnie na ziemię. Jest zimno, moja współlokatorka krzyczy, żebym ściszył, bo nie może zasnąć, a jutro mam zaliczenie z algebry liniowej. Z której w sumie jeszcze nic nie umiem.

To tylko fantazja.

 

Marzec 2011 – Kończę licencjat

Kiedy te 3 lata zleciały? Przecież wczoraj dopiero odbierałem indeks? Jeszcze nawet nie zdążyłem porządnie poznać kampusu. Dobra, nieważne. Chcę pracować w reklamie, więc chodzę po rozmowach kwalifikacyjnych. O pracę, o staż, o praktyki, o czyszczenie butów. O wszystko, byleby wbić się do jakiejś agencji albo działu marketingu.

– Dobrze. To teraz wyobraź sobie, że masz poinformować o nowej usłudze liderów opinii. Do jakich blogerów byś napisał?

– Do kogo?

– Komu z blogosfery wysłałaśbyś informację prasową komunikującą nową usługę naszego klienta?

– Ale, że co?

– Wiesz czym są blogi?

– W sensie, internetowe pamiętniki emo-nastolatków?

– No dobrze. Dziękuję ci za rozm…

– A nie, nie, już wiem. Martyna Wojciechowska, tak?

Nie dostałem tego stażu. Ani kolejnych dwóch. Za to dowiedziałem się, że ktoś taki jak blogerzy faktycznie istnieje. I to w naszym kraju. I podobno nawet z tego żyje.

To nie tylko fantazja?

 

Wrzesień 2011 – Mam ten staż

Kolejny, tym razem płatny, z opcją na stałą pracę i to w portalu, który zna nawet moja mama. Nieźle, co? No, nie źle. Jestem chyba redaktorem. „Chyba”, bo zasadniczo nikt mi nie powiedział jak nazywa się moje stanowisko, ale zajmuję się głównie pisaniem artykułów, a „dziennikarz” kojarzy mi się z prowadzeniem relacji z epicentrum wojennych wydarzeń, więc jednak „redaktor”. Piszę o dupach, zakupach, mydle i powidle, ale mimo to staram się, by każdy tekst miał pazur. No, pazurek. No dobra, paznokieć, ale taki dłuższy. Nie wszystkim koleżankom z redakcji się to podoba.

– Takie uszczypliwości to ty możesz sobie pisać na swoim blogu, a nie na portalu, który codziennie czyta kilkaset tysięcy ludzi.

– Racja.

Po powrocie do domu fantazja dostaje nazwę. „Stay Fly”.

 

Październik 2012 – Jadę na Blog Forum Gdańsk

Pierwszy raz. Za pożyczony hajs. Jak wystraszony szczurek. I mam spać kątem u znajomej znajomej znajomej. Przed wejściem do pociągu gubię bilet, ale i tak jadę. 11 godzin. Bez ogrzewania. Ale jadę, bo wiem, że tam TRZEBA być, bo tam będą WSZYSCY i może nawet poznam KOGOŚ, kim na co dzień tylko się jaram wlepiając ślepia w monitor. I może nawet zapamięta nazwę mojego bloga. Albo chociaż imię.

Przybijam piątkę z Kominkiem jak najgorszy psychofan, przebijając się przez tłum adoratorów, zamieniam zdanie z prowadzącym „Matura to bzdura” i dwa z tym jaśniejszym z „Lekko stronniczego”. I czuję się jakbym siedział na widowni podczas rozdawania Oscarów. Albo przynajmniej wszedł do garderoby gwiazd na „Top Trendach”.

Niepewność miesza się z ekscytacją.

 

Wrzesień 2013 – Koniec studiów

Moi znajomi z roku albo obronili się przed wakacjami albo robią to właśnie teraz. Ja nie. I wszystko wskazuje na to, że nie zrobię tego w ogóle. Ja właśnie teraz mam kongo bongo w pracy, którą lubię, bo dopinam ostatnie szczegóły w kampanii dla kluczowego klienta. Tak, tak, dobrze myślisz, jestem tym cholernym copywriterem i płacą mi za to, że wymyślam hasła, slogany i w ogóle bawię się literkami. Jak chłodne jest to? Ale to nic. Spytaj, co z blogiem.

Z blogiem zaczyna się dziać!

Dzieje się, bo ludzie czytają, i to czytają z zaangażowaniem, i na tyle, że reklamodawcy to widzą. Tak jest, weszły dwie duże kampanie z bardzo spoko produktami. W sensie, że ktoś widzi sens w tym co robię oprócz mnie, w sensie, że pojawiają pierwsze większe pieniądze, w sensie, że chyba będzie można zrobić z tego sposób na życie.

„Chyba”, bo to wciąż wydaje mi się ulotne, nienamacalne. Nie wiadomo, czy zaraz się nie skończy. Taka złudna fantazja.

 

Maj 2014 – Żegnam się z pracą

– Siadaj. Chciałem z tobą porozmawiać, bo w tym miesiącu kończy ci się umowa i…

– I nie chcę jej przedłużać.

– Jesteś pewien?

– Tak.

– Okej. Chcesz przejść do konkurencji?

– Nie, wchodzę w bloga na pełen etat.

– Będziesz w stanie się z niego utrzymać?

– Taki jest plan.

 

Lipiec 2014 – Jestem

Siedzę w „Zielnik Cafe” na warszawskim Mokotowie. W restauracji Magdy Gessler, takiej co to ludzie kwartał odkładają, żeby pójść z rodziną w niedzielę na obiad. Z okazji 30-lecia małżeństwa, czy coś. W każdym razie, siedzę tam, jem obłędne pierożki z cielęciną, które w połączeniu z roztopionym masełkiem wyciągnęłyby z niejedzenia niejedną anorektyczkę, a naprzeciwko siebie mam Kominka. Tego, który jest dla mnie największym autorytetem w kwestii blogowania, tego, którego książki mam na półce i traktuję jak biblię, tego, który jest najlepszy z całego środowiska.

I nie jest to bynajmniej zlot fanów. Spotkaliśmy się, żeby obgadać kampanię z Somersby. Dużą kampanię. Taką, że jak jej nie spieprzę, to już wszystkie furtki będą przede mną otwarte. Będę mógł pisać, latać po świecie i bawić się jak 7-latek w Disneylandzie. Być, tak bardzo jak to tylko możliwe we współczesnym świecie, wolny.

Obok siebie mam śmietankę tej branży, w ustach bitą śmietanę ze świeżymi malinami, a w głowie wyśmienity plan na kolejne 3 lata. To już nie jest fantazja, to materializowanie marzenia.

 

Teraz

Stoję pod klatką kamienicy, w której marzłem 7 lat temu, z garścią piasku przywiezionego z Korfu. Zaciągam się resztkami zapachu morskiej bryzy unoszącego się z ziarenek i spoglądam na zmurszałe, popękane mury budynku, w którym zrodził się ten oderwany od ziemi pomysł. A potem zamykam oczy i w myślach przewijam rolkę filmu z moim życiem od 2008, aż do dzisiaj, robiąc stopklatkę na wszystkich wzlotach i upadkach. Trochę ich było. Zwłaszcza tych drugich, więc chwilę to trwa.

Otwieram oczy i mówię to sobie głośno: – Tak, kurwa, zrobiłem to! Zrobiłem to!

Sen się spełnia! Nie, przepraszam, nie „się” spełnia. To ja, ja spełniam swój własny sen! Na jawie!

---> SKOMENTUJ

Cotygodniowy Przegląd Internetu #28: Kuba Wojewódzki, Ryan Gosling i MacGyver

Skip to entry content

kuba wojewódzki kabaret ani mru mru

Kolejny tydzień upłynął w oparach wyborów, spisków, iluminatów i reptilian, dlatego nie będę Was tym męczył w 28 „Przeglądzie” i w całym zestawieniu pojawia się tylko jedna pioseneczka leciuteńko nawiązująca do tematu. Raz, że nie chcę zamienić Stay Fly w blog polityczny, a dwa, że właśnie jestem w Tyliczu i moje myśli zajmują dużo lżejsze tematy. Na przykład to, czy dałoby radę przewieźć w foliowych workach zapas czystego powietrza na kolejne 7 dni do Krakowa. Ja popadnę w zadumę nad tą kwestią, a Wy łapcie świeżutkie streszczenie sieci!

Pamiętacie jeszcze Flexxip? Pierwszy skład Tego Typa Mesa, w którym nawijał z Emilem Blefem? Strasznie jarałem się ich demówką i legalem, dlatego serduszko zabiło mi ciut mocniej, gdy w tym wywiadzie wrócili do czasów ortalionów i golenia głów na zero.

Hity z dzieciństwa przetłumaczone na polski! Radio Zet zrobiło prześwietna akcję – wzięło takie klasyki jak „Gangsta’s Paradise” Coolia, „Boom, Boom, Boom” Venga Boys, „Blue” Eiffel 65 i podłożyło lektora z „Mody na sukces” tłumaczącego linijki na nasz język. Musisz tego posłuchać!

Miłość i wybaczenie na dzień matki: to wcale nie jest ckliwy, oklepany tekst, który ma wywołać rzewne łzy u odbiorcy. To bardzo zabawny wpis, o tym, że każdej mamie zdarza się palnąć coś głupiego i przeholować z chwaleniem swojego dziecka.

Najbardziej przereklamowane miejsca na świecie: nieco inne zdjęcia, niż te z folderów w biurach podróży, pokazujące, że Góra Rushmore, Stonehenge, czy Giblarltar nie wygląda jak w hollywoodzkich filmach.

Ciuchy po domu: powinno się spalić albo oddać najgorszemu wrogowi, a tutaj całkiem nieźle wytłumaczone jest dlaczego należy tak zrobić.

Kuba Wojewódzki buduje sobie szubienicę: bo nie dość, że nie rozumie internetu, to w ostatnim odcinku swojego programu wypowiedział mu wojnę. A, cytując klasyka, to tak jakby plemnik nagrał diss na spermę.

Doszły nas słuchy, że wczoraj pan Kuba Wojewódzki w swoim przebojowym programie razem z kolesiami z Ani Mru-Mru ciągnęli…

Posted by Make life harder on 27 maja 2015

 

Jak wyglądają prawdziwi fani Quebonafide? No tak. Mnie słabo widać, ale stoję tam z tyłu.


 

Ryan Gosling nie chce zjeść płatków: boska kompilacja ujęć, na których bożyszcze kobiet wykręca się od śniadania.

Ryan Gosling will eat his cereal http://gu.com/p/48559/fb

Posted by The Guardian on 5 maja 2015

 

Damska stylówka tygodnia: Agata nie jest typową szafiarką, bo główną tematyką jej bloga jest sport i ćwiczenia, ale spokojnie mogłaby się skupić tylko na ciuchach, bo ma genialne komplety. Tym poniżej zdobyła moje serce. Po raz 7 w tym roku.

zdjęcie pochodzi z bloga Fitly.pl
zdjęcie pochodzi z bloga Fitly.pl

Klip tygodnia: nie jest to nowy ani utwór, ani teledysk, ale z uwagi na to, jakim wydarzeniem zaczął się ten tydzień, czułem nienegocjowalną powinność umieszczenia go w dzisiejszym „Przeglądzie”.


 

Fanpage tygodnia: istnieje jakiś facet, który w dzieciństwie nie fantazjował o zostaniu MacGyverem i zrobieniu helikoptera z paczki zapałek i puszki Coli? Okazuje się, że jest kilku gości, którzy macgyverują sobie w dorosłym życiu i potrafią zrobić łódkę z pustych butelek, BMW z osła i koło do motoru z adidasów. Profil rzadko aktualizowany, ale jak już coś wrzuca to jest prawdziwy sztos!

Amazing :D

Posted by Macgyver It on 23 czerwca 2014

 
Ogłoszenie parafialne: bardzo, bardzo dawno temu, jedna z czytelniczek zaproponowała, żebym w ramach miesięcznych wzywań zrobił sobie „30 dni codziennie z czymś nowym”. Pomysł jest bardzo pierwszoklasowy, tyle, że żeby go zrealizować muszę sobie wszystkie te „nowe rzeczy” wcześniej przygotować i rozpisać.

Stąd pytanie do Was – jakie macie propozycje czynności, jedzenia, picia, miejsc, czy innych aktywności, których mógłbym spróbować po raz pierwszy w życiu, w ramach tego wyzwania?

---> SKOMENTUJ