Close
Close

wpis jest wynikiem współpracy z marką Kropla Beskidu

Pytanie za milion punktów – wiecie z czego robi się wodę? Nie, nie z łez atlantydzkich syren. Nie, również nie z zawartości garbów wielbłądów-gigantów. Tak, brawo, z wody! To teraz coś trudniejszego, wiecie czym się różni woda źródlana od mineralnej albo jak się ją butelkuje? Spoko, ja też bym nie wiedział, gdyby nie wyjazd do malowniczego Tylicza, gdzie Kropla Beskidu ma swoje źródło i fabrykę. Byłem tam niedawno z Moniką z Black Dresses, zahaczając też o inne części Beskidu Sądeckiego, i trochę pogadaliśmy o wodzie, trochę o polityce, trochę o niepokalanym poczęciu, a trochę o tym, czemu mam lepszego bloga od niej. Czwarty temat podobał jej się zdecydowanie najbardziej.

 

Kropla Beskidu 2

– Do twarzy ci w tej kamizelce, ty masz jakąś przeszłość w drogówce?

– Nie, na porodówce.

– Nieśmieszne.

– Twoje też nie.

– Dobra, cicho, chcę posłuchać o recyclingu.

– Przecież ty zaczęłaś.

– To ty skończ.

– Nowa-butelka-do-30%-zrobiona-jest-z-roślin-i-w-100%-można-ją-ponownie-wykorzystać. Skończyłem.

 

Kropla Beskidu 3

– Co to jest?

– Butelki.

– Ej, to, że powiedziałem, że prawie nie widać, że przytyłaś, to był komplement, nie musisz być taka zgryźliwa.

– Ale to naprawdę są butelki.

– Masz okulary z hologramami 3D? Przecież widzę, że to probówki.

– Bo to są butelki przed nadmuchaniem. Ta po lewej jest półlitrowa, a ta po prawej litr i ¾. Wchodzą do tej maszyny przed tobą, wirują, rozdmuchują się i wychodzą w „normalnych” rozmiarach.

– Nieźle. Myślisz, że z garniturem z komunii też się tak da?

 

Kropla Beskidu 4

– Po co robisz sobie zdjęcie na tle butelek?

– Bo nigdy nie widziałem tylu naraz. No chyba, że na juwenaliach.

 

Kropla Beskidu 5

– Myślisz, że Air Maxy się w to wliczają?

– Nie, bo są na platformie. Dalej nie nauczyłeś się, czym się różni obcas od koturny i platformy?

– Yyy… nie.

 

Kropla Beskidu 6

– A to platformy, koturny, czy podkład pod ognisko?

– Z prawej sandały, z lewej espadryle.

 

Kropla Beskidu 7

– A, to tak wygląda nowoczesne źródło.

– A spodziewałaś się dziury w ścianie?

– Nie, ale myślałam, że jak woda źródlana, to ze źródełka, takiego jak na filmach z Janosikiem.

– Ale to nie jest źródlana, tylko mineralna.

– A czym to się różni?

– Kiedyś tym, że mineralna, żeby tak zostać nazwana, musiała mieć 1 gram minerałów na litr, a teraz, że musi przejść pińćset badania i spełnić tysionc wymogów, dlatego to wszystko jest strzeżone i obunkrowane, żeby nic niepowołanego się do niej nie dostało.

 

Kropla Beskidu 7

– Czemu robisz zdjęcie jak ktoś mi robi zdjęcie?

– Żebyś mógł powiedzieć, że paparazzi jeżdżą za tobą nawet za granicę.

 

Kropla Beskidu 9

– Ładnie tu, co?

– Pięknie, tylko zaraz będzie lać.

– No coś ty, przejdzie bokiem.

– Janek, to są góry, mówię Ci, że w ciągu kwadransa będzie ulewa.

– Jakby miało padać, to by już lało, na stówę przejdzie bokiem. Zresztą, jak jesteś taka pewna, to się załóżmy.

– No dobra, ale o dychę, bo nie chcę cię naciągać.

 

Kropla Beskidu 10

– Wygrałaś.

 

Kropla Beskidu 11

– Wiedziałaś, że pszczoły-kobiety mogą rodzić tylko chłopaków, a w całym ulu jedynie królowa może rodzić inne dziewczyny? I że pszczoły-mężczyźni w ogóle nie są wpuszczane do ula, tylko koczują na drzewach? I że jedyną ich misją życiową jest zapłodnienie królowej, a zaraz po tym umierają? I że jak królowa zostanie zapłodniona, pszczoły-kobiety odgryzają jej skrzydła, żeby już nigdy więcej nie opuściła ula? I że…

– Tak, Janku wiem, odkąd weszliśmy do Muzeum Pszczelarstwa stoję tuż za tobą.

– A no tak, faktycznie.

 

Kropla Beskidu 12

– O Jezu, o Jezu, smażone rydze!

– Na maśle.

– No właśnie!

– Wiesz ile to ma kalorii?

– Ciii, w górach się nie liczy.

I tym pozytywnym akcentem kończymy relację z doliny rozpusty, gdzie woda leje się strumieniami, powietrze jest tak czyste, że można popuścić wodze fantazji w nocy z piątku na niedzielę, a pszczoły w zastępstwie za iluminatów regulują lokalną gospodarkę.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Co przeczytasz, prosząc o rekomendację knajpy na Facebooku?

Skip to entry content

autorem zdjęcia jest Thomas Hawk
autorem zdjęcia jest Thomas Hawk

Podejrzewam, że zdarzyło Ci się jechać kiedyś do miasta, w którym nigdy wcześniej nie byłeś i nie wiedziałeś, gdzie się je, gdzie się pije, a gdzie pod żadnym pozorem nie należy tego robić, jeśli nie chcesz wylądować na płukaniu żołądka. Albo nawet niekoniecznie gdzieś wyjeżdżałeś, ale po prostu chciałeś sprawdzić nowe miejsca, w których mógłbyś oznaczyć się na Swarmie i zrobić selfie w kiblu.

Mnie, z tytułu wykonywanego zawodu, przynajmniej raz w miesiącu zdarza się odwiedzać miejscowości, w których jestem pierwszy raz lub znam je słabo. W takim wypadku, licząc na opatrzność bożą i wierząc w miłosierdzie bliźnich, przed wyjazdem, proszę znajomych i nieznajomych na Facebooku o polecenie knajp. Na obiad, śniadanie albo zdjęcie na fanpage. W sensie takich miejsc, w których jedli więcej niż raz, nie otruli się i bez przypału poszliby tam na szamę z Gordonem Ramsayem. I mimo prostego pytania „Hej, gdzie w Warszawie dają dobre burgery?”, zawsze dostanę kilka odpowiedzi, które wykraczają poza „najlepsze na Złotej 69”, czy „W ZdrowaKrowa na Nowym Świecie <3 <3 <3”.

Co przeczytasz prosząc o rekomendację knajpy na Facebooku?

„w Warszawie to nie wiem, ale we Wrocławiu, to koniecznie idź do XYZ!” – super, ale nie jestem we Wrocławiu. Widząc wypowiedź w tym stylu zawsze zastanawiam się, czy jej autor kończąc gimnazjum nie opanował czytania ze zrozumieniem, czy raczej za wszelką cenę musi znaczyć swoją obecność, nawet jeśli nie ma nic istotnego do powiedzenia. W obu przypadkach nie pomoga.

„na burgery? a nie lepiej na sałatkę? ;)” – nie, kurwa, nie lepiej. Jakbym potrzebował porady dietetyka, to bym poszedł do dietetyka, a jakbym chciał zjeść trawę, to bym nie pytał o mięso. Idź być Chodakowską gdzie indziej.

„nieźle się bujasz” znane też jako „powodzi się” – jeśli ktoś podróż do innego miasta w tym samym kraju, czy zjedzenie posiłku poza lokalem mieszkalnym, w którym składuje skarpety, uważa za wygrywanie życia i esencję powodzenia, to szczerze współczuję mu jego sytuacji materialnej. I mentalnej. I absolutnie nie mam zamiaru przepraszać, czy samobiczować się za to, że kogoś nie stać. Naprawdę, przygoda na tej planecie nie powinna polegać na czołganiu się w pokutnym worze i kajaniu za każdą przyjemność.

„słyszałem, że w ABC jest spoko” – a ja słyszałem, że branie heroiny nie uzależnia.

„burgery? po co iść na miasto jak przecież można zrobić w domu? to minutka roboty, a lepiej i zdrowiej przede wszystkim!” – to z kolei od kulinarnych świrów, którzy przy każdym zdjęciu z półproduktem będę Cię terroryzować, żebyś zrobił to sam. Ciasto francuskie? Po co kupować jak można zrobić samemu? Koncentrat pomidorowy? Przecież to takie proste, wystarczą 3 dni, aż opanujesz jak się go robi, zamieniając kuchnię w pole bitwy. Masło? A nie lepiej trzymać krowę na klatce schodowej i poubijać śmietanę w maselnicy jak Słowinaki z klipu Donatana? Wielkie dzięki za złotą radę, ale jakbym chciał zostać pełnoetatowym kuchcikiem, to bym założył rodzinę i został w domu.

„warszafka” ewentualnie „krakówek”  – w życiu nie byłem, nie widziałem i nie zobaczę, więc na wszelki wypadek publicznie tym pogardzę.

„QWERTY rozsadza kubki smakowe od 1410! jadam tam średnio 8 dni w tygodniu i jeszcze nigdy się nie zawiodłem, jedzenie tak świeże, że zabrałbym na nie moją matkę przed porodem, obsługa  tak miła, że przestałem spotykać się ze znajomymi, a wystrój tak bajerancki, że mieszkanie urządziłem w tym samym klimacie! I mają działające wi-fi! kozak 100%! Polecam!” – i to jest użyteczna odpowiedź, za którą będę Ci bardzo wdzięczny!

Cotygodniowy Przegląd Internetu #31: PornHub, zakochiwanie się i lewitacja

Skip to entry content

Cotygodniowy Przegląd Internetu 31 PornHub miłość i lewitacja

Bieżący tydzień upłynął pod znakiem magii i empatii. Mam na myśli oczywiście hackowanie Googli i zapychanie wyników wyszukiwania treściami z numerami telefonów do pogotowia psychologicznego. Od poniedziałku w zasadzie trudno było zająć mi się czymś innym, bo albo odpisywałem na wiadomości osób dopytujących o akcję, albo czytałem teksty, które już powstały. W chwili gdy to piszę, jest już grubo ponad 100 blogerów, którzy wsparli akcję i jestem naprawdę dumny z nas jako środowiska, że podjęliśmy ten temat, ale szerzej wypowiem się w przyszłym tygodniu, bo to zasługuję na osobną, dłuższą formę. Co działo się w sieci poza #GoogleHack?

10 filarów filmów katastroficznych: czyli rozłożenie na czynniki pierwsze takich arcydzieł hollywoodzkiego kina jak “Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia”, “2012”, czy najnowszego cyber-hitu “San Andreas”. Po lekturze tekstu możesz zacząć tytułować się filmoznawcą.

Potrzymasz mi torebkę? Celne uchwycenie anomalii damsko-męskich, w których facet nosi torebkę partnerki. Obserwacja dość istotna, a została ledwo liźnięta, więc spodziewajcie się kontynuacji tematu.

Jak PornHub radzi sobie marketingowo? Tak, tak, dobrze przeczytałeś, nie ma tam żadnej literówki. Chodzi o ten serwis z filmami, na których odgrywane są sceny z książki do biologii z działu “rozmnażanie”. A konkretnie to chodzi o to, jak byt z tak trudną tematyką może się promować. Okazuje się, że całkiem nieźle i to bez szczucia cycem.

Słownik polonijny: “barbeć kiuk”, “bekjard”, “sczardżować” i inne ordynarne makaronizmy używane w Czikago i Londku, po których dostaję mdłości.

Czy jeszcze się zakocham? To pytanie zadaje sobie chyba każdy dorosły, który zakończył związek. Bez znaczenia, czy ta relacja trwała 3 miesiące, czy 3 lata. W pewnym wieku, po kolejnym niepowodzeniu na polu damsko-męskim, zaczyna się ocierać o przekonanie, że już więcej nic się nie wydarzy. Asia z “Wyrwane z kontekstu” przekonuje, że to nieprawda.

Dlaczego nie wychodzi Ci w miłości? Świetnie napisane, niezależne rozwinięcie tematu z tekstu powyżej. Cóż za koincydencja.

Ciągłe życie ze smarfonem w dłoni: to nie życie, tylko w najlepszym wypadku rejestrowanie na Snapchacie wydarzeń, które Cię omijają. Bardzo dosadny film, ukazujący jedną z głównych chorób naszych czasów.

Cuanta verdad !!!

Posted by Jose Acosta on 20 lutego 2015

 

Damska stylówka tygodnia: Kristina Dolinskaya to zjawiskowa nastolatka z Odessy o stu twarzach. Jako wiosenna hipisko-indianka prezentuje się zdecydowanie najlepiej i na tyle przekonująco, że można by z nią krowy kraść, czy co tam jedzą hipisi.

zdjęcie pochodzi z bloga kristinadolinskaya.blogspot.com
zdjęcie pochodzi z bloga kristinadolinskaya.blogspot.com

 

Męska stylówka tygodnia: Qmike’a polecałem już wielokrotnie i z pewnością polecę jeszcze nie raz, bo jego zdjęcia oszołamiają! Gość jest esencją jakości w kontekście blogów modowych. Za każdym razem kiedy widzę, że lewituje w perfekcyjnym kadrze z idealnie wyeksponowanymi detalami, chcę zadzwonić do niego i powiedzieć, że jest zajebisty i, że będę jego darmowym asystentem-popierdółą.

zdjęcie pochodzi z bloga quyenmike.com
zdjęcie pochodzi z bloga quyenmike.com

 

Klip tygodnia: nie ma tu ani podprogowego przekazu, ani techniki prostującej zwoje mózgowe, ale przyjemnie się słucha i są hipnotyzujące letnio-wakacyjne widoki. W sam raz na poprawę samopoczucia w zapowiadane deszcze w ten weekend.

Fanpage tygodnia: trudno mi dodać coś poza tym, co znajdziecie w tytule profilu. Ot, najlepsze cytaty z najgorszych harlekinów.

Jest to jakieś rozwiązanie.

Posted by Typowy Harlequin on 16 czerwca 2015

 

Ogłoszenie parafialne: uśmiechnij się. Najlepiej do osoby po Twojej prawej.