Close
Close

Granie w Lotto to sabotowanie własnych marzeń

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Lee
autorem zdjęcia jest Lee

Jako dzieciak miałem w zwyczaju puszczać Dużego Lotka – raz do roku w okolicy Świąt Bożego Narodzenia. Raz, że wtedy była jakaś turbo kumulacja – bo oczywiście w razie wygranej, 9-letniemu chłopcu nie wystarczyłby milion, tylko od razu musiałby mieć ich kilka – a dwa, że liczyłem na jakąś magiczną moc tego okresu. Że Mikołaj, Elfy, samotny wędrowiec, postanowienia noworoczne, dużo świątecznych filmów na TVNie i te sprawy. Z naiwnością adekwatną do ówczesne wieku, wierzyłem, że jak puszczam Lotka dzień przed sylwestrem, zaznaczę datę swoich urodzin i mamy i mocno pochucham, to wygram.

Chyba Was nie zaskoczę mówiąc, że nigdy nie trafiłem szóstki?

Jako już nieco mniej naiwny nastolatek, wpadłem na jakieś wyliczenia z których wynikało, że szansa trafienia wszystkich liczb w losowaniu jest jak jeden do kilku milionów. Nie trzeba mieć habilitacji z prawdopodobieństwa i kombinatoryki, żeby wiedzieć, że to niewiele. Konkretnie, na tyle mało, by liczenie na wygraną w tej grze uznać za głupotę i stratę czasu. I pieniędzy.

Puszczanie kuponu stało się dla mnie równie sensowne, co leczenie problemów z erekcją lubczykiem.

Z jednej strony było mi trochę przykro, że nie żyjemy w bajkowym świecie hollywoodzkich filmów, gdzie nie trzeba zamykać drzwi po wyjściu z domu, żeby nikt się nie włamał, a ludzie umawiają się na spotkania bez podawania adresów i dat, wypowiadając tylko „spotkajmy się jutro”, z drugiej natomiast, urealniło mi to obraz świata, rzucając w twarz fakt, że fortuny nie spadają z nieba jak letni grad, tylko trzeba na nie zapracować. Obecnie jako dorosły człowiek, widząc kolejki przed kolekturami, zastanawiam się, czy Ci wszyscy ludzie nie dotarli do tego wyliczenia prawdopodobieństwa, czy mieli aż tak chujowego nauczyciela matematyki, że tego nie rozumieją?

Bardziej realny niż wygrana w Lotto, jest wybuch instalacji gazowej w Twoim domu i spalenie Cię żywcem. Mimo to, chyba nie sprawdzasz jej co tydzień, co?

Pomijając kwestię prawie, że zerowej szansy na wygraną, to granie na loterii ma inny destrukcyjny aspekt. Mianowicie utratę siły sprawczej i oddanie kontroli nad własnym życiem.

Co robisz, gdy chcesz zjeść czekoladę i akurat nie masz jej w barku, a nie jesteś blogerem, żebyś mógł liczyć, że za chwilę kurier przyniesie Ci ją w darze losu? Poderzjewam, że idziesz do sklepu i kupujesz. Odruchowo, bez zastanawiania, po prostu.

To teraz drugie pytanie: co robisz, gdy chcesz mieć nowe buty, a oprócz tego, że nie jesteś blogerem, to nie jesteś też znanym raperem, żebyś mógł je dostać od sponsora? Strzelam, że zastanawiasz się dłuższą chwilę, szukasz najkorzystniejszej ceny w sieci, porównujesz z tą w sklepach stacjonarnych, wydzielasz jakąś część z miesięcznego budżetu i także idziesz do sklepu i kupujesz.

Pytanie numer trzy: co robisz, gdy chcesz polecieć na zagraniczne wakacje, a nie jesteś blacharą, żeby ktoś Ci je mógł zasponsorować? Obstawiam, że myślisz o tym z wyprzedzeniem, robisz plan uzbierania potrzebnej kwoty i co miesiąc wrzucasz parę stówek do świnki skarbonki, żeby w sierpniu zaczęła kwiczeć, a jej kwik z przepełnienia przełożył się na zajebisty wyjazd. Analizowanie, planowanie, działanie. Robi tak każdy dorosły człowiek, żyjący na własny rachunek.

Dlaczego więc w tym związku przyczynowo-skutkowym, gdy w głowie pojawia się obraz wycieczki dookoła świata, czy mieszkania w Malibu, w Twojej głowie nie pojawia się plan działania, tylko myśl zagrania w Lotto?

Jeśli Ty nie wierzysz, że jesteś coś w stanie zrobić, to nikt inny nie uwierzy za Ciebie. To po pierwsze. Po drugie, gdybyś czas, energię, wiarę i pieniądze, które poświęcasz na granie w Lotto włożył w samorozwój i działanie, gwarantuję Ci, że po kilku latach zdobyłbyś to, o czym marzyłeś wypełniając kupon. Nigdy nie jestem w stanie tego zrozumieć, dlaczego ludzie wolą oddawać realizację swoich marzeń maszynie losującej, zamiast po prostu zacząć pracować nad ich realizacją.

Naprawdę uważasz, że bardziej prawdopodobne jest trafienie szóstki, niż zostanie wybitnym pisarzem, zawodową tancerką, czy zajebistym gitarzystą? Otóż z prostej matematyki wynika, że nie. Dużo realniejsze jest stworzenie drugiego Instagrama, trzeciego Facebooka, czy czwartego Tindera, którego pokochają ludzie na całym świecie, a fundusze z Doliny Krzemowej inwestujące w start-upy kupią go za duży hajs, niż wytypowanie tych cholernych 6 cyfr. Serio, większe szanse są na to, że śpiewając w dworcowym przejściu trafi na Ciebie łowca talentów i zaproponuje kontrakt płytowy w BMG, niż, że wyciągniesz właściwy los.

Dlaczego więc wybierasz najmniej prawdopodobną opcję, sabotując swoje marzenia?

Na koniec krótka metafora. Z pewnością zdarzyło Ci się kiedykolwiek płynąć statkiem, łodzią, czy chociażby rowerkiem wodnym i wiesz jak to działa. Żeby łódź nie rozbiła się o brzeg, nie osiadła na mieliźnie i nie została wywrócona przez wiatr, potrzebny jest napęd i sternik. Sternik, który będzie nią kierował, czuwał nad tym, by zmierzała, do wcześniej określonego do celu. Puszczanie Dużego Lotka, to wyjebanie sternika za burtę i zostawienie łódki ze swoim życiem na łaskę i niełaskę fal. I liczenie, że jakimś cudem dodryfuje do celu, nie rozbijając się o skały.

(niżej jest kolejny tekst)

74
Dodaj komentarz

avatar
31 Comment threads
43 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
37 Comment authors
Fabian z LasuKamil SkrokPani MakjustynoveAdrian Bysiak Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Jezu, kumulacja, przypomniałeś mi! Twój osąd uważam za nieco zbyt radykalny i uogólniający, Janie. Owszem, puszczam „Totka”. Nie za często, tylko przy tych hiper wyrąbanych kumulacjach, kiedy grają wszyscy i możliwość wygrania spada do 0,000000000000001 %.Nie za mądre, wiem :). Niemniej – robię to. Ale!- jednocześnie nie robię wykresów, na co przeznaczę wygraną forsę, gdzie najpierw pojadę i czy felgi w nowej furze zrobić platynowe czy tylko złote; nie spada mi wydajność w pracy, bo nie myślę sobie „jak już wygram piętnaście baniek, to kupię was i to biuro i w dupie będę mieć wszystko”; nie przestaję się kształcić, poprawiać… Czytaj więcej »

Grzegorz Deuter
Gość

Prawdopodobieństwo wygranej głównej i żadnej innej nie spada w kumulacji, jest stałe.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Mimo, że dużo więcej osób lezie i wysyła? Ja ze statystki to wiem tyle, co z nauki o obyczajach godowych stawonogów, więc dość mało – także nie będę się kłócić.

Grzegorz Deuter
Gość

Te wartości się nie zmieniają, inaczej jest w konkursach, gdzie jest określona liczba wygranych rzeczowych, nikt nie rozkłada samochodu na części, a w lotto jak więcej osób wygra, bo więcej puściło losy, to nagrody pieniężne dzielone są proporcjonalnie

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

W ten sposób. Racja.

Jan Favre
Gość

„Ponadto pomyśl sobie, że istnieją gdzieś panowie Zygmunty i panie Jadwigi, którzy mają po 1.200,00 emerytury, a marzą o sanatorium bez kolejki i życia bez czatowania na promocje w Lidlu. Nie zapracują już przecież na to.” – to jest właśnie najgorsze. Pomijam, że o tej emeryturze 1200zł, mogli pomyśleć trochę wcześniej, niż w momencie, gdy ją dostali, ale wiesz, że żyjemy w czasach w których jest naprawdę łatwo zrobić cokolwiek i to najgorszy sposób w jaki można myśleć „jestem tak stary, że zostaje mi już tylko Lotto”. „I ktoś to w końcu, do cholery, wygrywa!” – i prawie zawsze końcu… Czytaj więcej »

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

„Pomijam, że o tej emeryturze 1200zł, mogli pomyśleć trochę wcześniej, niż w momencie, gdy ją dostali” – akurat z tym dość trudno mi się zgodzić, bo ostatnie 25 lat w Polsce było tak niesamowicie pełne rewolucyjnych zmian, że nikt nie mógł odpowiednio wcześniej przewidzieć, jak będzie wyglądał system emerytalny w chwili obecnej. Dopiero chyba pokolenie nasze może być już mądrzejsze w tym zakresie.
Ja im daję pełne prawo do takiego myślenia.Jeśli ktoś pracował 40 lat na taśmie w fabryce, to ma prawo do odpoczynku, nicnierobienia, zapomnienia o dorabianiu (przynajmniej przez jakiś czas), leczenia zwyrodnień i puszczania Lotka raz na tydzień. Amen.

Jacek eM
Gość

Jak najbardziej zgoda, ale „Dopiero chyba pokolenie nasze może być już mądrzejsze w tym zakresie”. Niestety nie jest. I wcale nie z powodu śmieciówek.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Ja jestem.Wiem,że zamiast emerytury będę miała parującą kupę i muszę odkładać hajs sama. 30 lat temu taka opcja byłaby nie do pomyślenia.

Harry Lee
Gość
Harry Lee

Niby tak ale jak pracowali całe życie na taśmie to kokosów nie powinni się spodziewać. Nie oszukujmy się, żadna praca nie hańbi ale jak ktoś spędził całe życie na najniższym stanowisku nie wykożystując żadnej szansy rozwoju to raczej zadowolony z siebie być nie powinien.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Wiesz,kiedyś jednak realia wskazywały na to, że „czy się stoi czy się leży, dwa tysiące się należy”, zaś o dostaniu się na studia często decydowały punkty za pochodzenie chłopskie – niekoniecznie wiedza. Można było nabrać przesadnego optymizmu i wiary w potęgę klasy robotniczej.

Pani Mak
Gość

Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że był w Polsce kiedyś inny ustrój? Że z wyjątkiem śmietanki nikt w luksusach nie żył? Że nie było tylu szans rozwoju, zarobku, a o prywatnych emeryturach nikt nie śnił? Że nawet ówcześni nauczyciele mają emerytury z 1500? No tak, mogli się bardziej starać… Ręce opadają, naprawdę. Tak, koleś, który „całe życie tyrał w hucie, a do huty dokładali” powinien przewidzieć, że nadejdzie kapitalizm i będzie klepał biedę. Powinien przekwalifikować się na inżyniera i odłożyć sobie pieniądze w prywatnym funduszu inwestycyjnym. Najlepiej w Luksemburgu. I jeszcze jedno, być może najważniejsze – człowiek, który pracował… Czytaj więcej »

Harry Lee
Gość
Harry Lee

Kapitalizm mamy od 26 lat, jeśli ktoś przechodzi na emeryturę teraz, czy nawet te 10 lat temu to jednak miał pare ładnych lat żeby coś wykombinować, przygotować się. Jasne, rozumiem tych co na emeryturze są od tych 20 lat (chyba jednak nie za dużo już takich na świecie) bo czasu na przystosowanie się nie mieli. I tak, wiem że sprzątaczki i stróże też są potrzebni ale nikt, NIKT nie powienin mieć na celu pracować na takim stanowisku całe życie i być z tego zadowolonym. Oczywiście pomijam tych, którzy robią to bo to lubią, gusta są różne. I skończmy z usprawiedliwianiem… Czytaj więcej »

Nevena
Gość

„śpiewając w dworcowym przejściu trafi na Ciebie łowca talentów” Nie chcę się czepiać, ale łowca talentów chyba nie śpiewa w dworcowym przejściu;)

Jan Favre
Gość

Czepiasz się bardzo.

Nevena
Gość

Bo mnie razi jak ktoś używając imiesłowów nie dba o zgodność podmiotów.

Manamana
Gość
Manamana

szach-mat!

Nevena
Gość

No cóż, takich figur to ja nie znałam.

Nina Peplińska
Gość

To nie łowca głów ma śpiewać, a Ty. Łowca talentów może przechodzić obok. ;)

Nevena
Gość

Dziękuję za wyjaśnienie. Teraz wyjdę na grammar-nazi. Wiem, że taki był zamysł autora, ale logicznie to zdanie brzmi jakby to łowca miał śpiewać.
PS: przy imiesłowach tego typu podmioty powinny się zgadzać. No chyba że anakolut.

Nina Peplińska
Gość

Na prawdę musiałam przeczytać to zdanie kilka razy, żeby wyłapać ten sens, który Ty wychwyciłaś. ;) Mnie w każdym razie nie razi wcale.

Nevena
Gość

Good for you;) Ja mam skrzywienie zawodowe.

Karo
Gość

Czytam to zdanie, czytam i nie wiem jak mogłaś to tak zrozumieć. Ono brzmi logicznie tak jak jest napisane i nie ma sensu żeby szukać inne dna.

Jacek eM
Gość

Te wyliczenia prawdopodobieństwa zbyt prawdziwe i miarodajne nie są, bo nie zakładają nakładu pracy/środków/czasu i zdolności kogoś, kto miałby na szali zostanie drugim Slashem albo drugim Czarneckim. Jako bazę biorą tylko gołe prawdopodobieństwo. Kupić kuponik może każdy i jedynym wysiłkiem jest podniesienie dupci i skreślenie cyferek (a dla ekstremalnie leniwych jest chybił-trafił). Pozostałe rzeczy wymagają jednak czegoś, co nie każdy ma – fakt, najczęściej chęci, ale nie zawsze. Znam kilka osób, które choćby ćwiczyły całe życie, to nigdy nie zagrają na gitarze, bo słoń im na ucho nadepnął :) Masz rację z jedną rzeczą – dopóki to taki głupawy zwyczaj,… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

„Znam kilka osób, które choćby ćwiczyły całe życie, to nigdy nie zagrają na gitarze, bo słoń im na ucho nadepnął :)” – ja znam na przykład Mandarynę, która absolutnie nie potrafiła śpiewać, a chęciami i regularnymi ćwiczeniami nauczyła się nie fałszować, więc wierzę, że w tej materii wszystko jest możliwe ;)

Jacek eM
Gość

Oj, to przykład ekstremalny :) Poza tym miała inne talenty i bogato wyszła za mąż ;)
Ale w sumie… Tak już do tego, co napisałem poniżej – jak ktoś nie umie pisać, to w sumie może zatrudnić ghostwritera. Ale do tego trzeba kasy. Której nie ma, bo dopiero będzie tym sławnym pisarzem. Trochę się to zapętla.
Fakt – ktoś z odpowiednią motywacją i samozaparciem może wiele, ale czasami wyżej wała nie podskoczysz i po prostu Quasimodo nie zostanie Top Model.

Jan Favre
Gość

„Poza tym miała inne talenty i bogato wyszła za mąż” – każdy ma jakieś talenty, tylko nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę, a co do kapitału finansowego, to właśnie czytam biografię Mike’a Tysona i koleś był wybitnie biedny, a mimo to trenował, trenował i trenował i osiągnął zamierzony cel.

Jacek eM
Gość

Co do talentów zgoda – czy go masz czy go nie masz, to żeby do czegoś dojść musisz ciężko pracować. Ale nie zawsze działa to w drugą stronę – nie każdy, kto ma talent i ciężko pracuje, do czegoś dojdzie.

kasia garnek
Gość

Jeśli ktoś całkowitą nadzieję na sukces w życiu i spełnienie marzeń podporządkowuje myśli o wygranej, to fakt – dramat, strata czasu. Z drugiej strony, wysłanie kuponu ot tak, bez nadmiernego zaangażowania nie jest złe. A może się poszczęści i wszystko się ułatwi. Ja osobiście z doświadczeń z dzieciństwa polecam zdrapki. Gdy kupowałam je z moją ciocią w Krakowie zawsze wygrywałam chociaż te 5 złotych, a zdarzyło się też 20 – ile to kasy było dla mnie! Mogę podać lokalizację tego szczęśliwego punktu.

Mimi Mimieux
Gość
Mimi Mimieux

no ja właśnie wygrałam 77 zł w zdrapce którą dostałam od męża na imieniny ;) radocha co niemiara

Anna Byczek
Gość

Zdrapki są spoko. Mój mężczyzna nie tak dawno wygrał 500 zł.

Julia G
Gość
Julia G

Co do prawodpodobienstwa – 20 lat temu moja ciotka trafila szczesliwa szostke. Kupila dom, my dostalismy pierwsza niemiecka satelite na osiedlu dzieki temu. Fame byl. Da sie :)

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

„Jurassic World” – czyli jak nie robić filmu o dinozaurach

Skip to entry content

„Jurassic Park” jedynka i dwójka były sztosami! Świetnie zbudowana fabuła, wiarygodny rozwój wydarzeń i przede wszystkim  racjonalnie dozowane napięcie wciągające widza w klimat. To były filmy, na których dziewczyny łamały chłopakom kości śródręcza z emocji, a bezwarunkowa reakcja ciała w kulminacyjnych scenach grozy wyrzucała popcorn pod sufit. Na „Jurassic World” jedyny wyrzut, to wyrzucenie pieniędzy w błoto, bo kontynuacja mimo zaawansowanych efektów specjalnych wygenerowanych przez komputery, które na co dzień symulują loty w kosmos, nawet nie ociera się o jakość tytułów reżyserowanych przez Spielberga.

Ale po kolei.

 

Tragiczny scenariusz oparty na motywie wartości rodzinnych

Jest taki chwyt reklamowy, że jak nie wiesz co pokazać, to pokazujesz dzieci albo starców, bo to zawsze wzrusza. Twórcy „Jurassic World” stwierdzili, że film to przecież taka dłuższa reklama, więc tu te prawidłowości też powinny się sprawdzić. I postawili na pierwszą opcję. Pretekstem do pokazania dinuzaurów jest najmniej na świecie przejmująca historia rodzeństwa, których rodzice się rozwodzą. Przy czym relacje między nimi i rodzicami są tak nieudolnie przedstawione i tak spłycone, że widz nie dość, że im nie współczuję, to liczy, że któryś z nich zostanie w końcu zjedzony przez T-rexa.

 

Postacie-wydmuszki

Tak bardzo jak „Mad Max” jest ideałem pod kątem budowania postaci pierwszo, drugo i trzecioplanowych w kinie rozrywkowym, tak „Jurassic World” jest anty-wzorem z dopiskiem „tak się, kurwa, nie robi!”. Mimo nieustannych dialogów mających wyjaśnić widzowi kto jest kim – czemu treser jest treserem, czemu nastolatek jest nastolatkiem i czemu ruda, jest biurwą, która zdążyła zostać kierowniczką parku rozrywki, ale nie zdążyła zostać matką – i tak o tych postaciach nic nie wiadomo i są jedynie anonimowymi awatarami, za którymi biegają komputerowe wizualizacje gatunku, który wyginął miliony lat temu.

Przez to, że żaden z bohaterów nie ma wiarygodnej historii, ani nie jesteś w stanie utożsamić się z którymś z nich, ani przejąć ich losem.

 

Typiara w szpilkach

Jestem facetem, więc nie mam za dużego doświadczenia w chodzeniu w butach na obcasie. Jedyny raz kiedy miałem coś takiego na stopach, to przebierano-zakrapiana impreza w liceum, gdy prawie pozbawiłbym się części uzębienia zbyt szybko wstając w takim obuwiu. Jednak mimo osobistego szczątkowego kontaktu ze szpilkami, wiem od koleżanek zaprawionych w bojach, jakie trudy wiążą się z poruszaniem na 12-centymetrowym gwoździu. Przez cały dzień. Wiem, że to na dłuższą metę niewygodne, męczące i zdecydowanie nieprzyjazne do wykonywania nieprzemyślanych, gwałtownych ruchów. Dlatego, gdy zobaczyłem jak ruda przez pół filmu próbuje być jak Usain Bolt i BIEGA w szpilkach po lesie, piasku, szkle i się nie przewraca, ba!, nawet nie traci równowagi przy przebieżce przez bagno, straciłem resztki szacunku do tego filmu.

To miało być science-fiction, a nie narko-fantasy.

 

Muzyka jak z Magix Music Maker

Czyli tendencyjna i odtwórcza do bólu. Brakowało jeszcze tylko śmiechu i szlochu puszczanego z playbacku jak w „Świecie według Bundych”. Albo didaskaliów u dołu ekranu: „UWAGA, TERAZ JEST PODNIOSŁA SCENA, WIĘC MACIE SIĘ WZRUSZYĆ!!!”.

 

To mają być dinozaury?

Powód dla którego idzie się na tego typu tytuły, główne danie, gwóźdź programu, wisienka na torcie, sutek na cycku. Zwał jak zwał.

W pierwszych dwóch częściach filmu budziły przerażanie, przyśpieszały tętno, rozszerzały źrenice, spłycały oddech i wysyłały info do stolca, że spotkanie jest w gaciach. Gdy wyskakiwały z ciemności chciało się wypluć płuca wykrzykując onomatopeje i momentalnie zasłaniało twarz, chcąc uchronić się przed ostrzami ich kłów. Zasadniczo z miejsca stan przedzawałowy i szybki rachunek sumienia. W „Jurassic World” jest nieco inaczej.

Czwarta część została nakręcona pod rodziny z dzieciakami i najstraszniejszym elementem filmu jest cena na bilecie. Zwłaszcza gdy idziesz w weekend na 3D.

Dinozaurów niby jest więcej i niby są też większe, ale jak mówi stare góralskie przysłowie „liczy się nie ilość oscypków, a jakość owczego mleka”. I tutaj tej jakości za bardzo nie ma. Najczarniejszy charakter, czyli Zmutowany Dinozaur, teoretycznie kogoś je, ale robi to w dzień i w taki oczywisty sposób, że trudno o jakieś emocje. Pterodaktyle teoretycznie porywają ludzi i okaleczają dziobami, ale robią to tak zabawnie, że zamiast się bać na tych scenach, głośno się śmiałem. Raptory teoretycznie też tam kogoś atakują, ale jakoś tak bez przekonania. W sensie, że ani one nie są przekonane, że chcą go zaatakować, ani ten bohater nie jest przekonany, że musi uciekać, ani ja nie jestem przekonany, że jest sens siedzieć do końca seansu.

Największy zarzut? Straszne dinozaury nie straszą.

Teoretycznie to film nakręcony lepszym sprzętem, z większą gamą śmiercionośnych gadów będących esencją gatunku, więc powinien dawać widzowi większą dawkę emocji. Tyle, że to tylko teoria. W praktyce ten tytuł rozczarowuje jak Tara Reid bez Photoshopa i niszczy legendę kozackich filmów grozy o dinozaurach, zostawiając wzdrygający posmak plastiku i niestrawność po niedogotowanym półprodukcie.

Nie polecam.

W grudniu zeszłego roku opublikowałem na blogu tekst pod tytułem „Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo?”, który był internetowym koniem trojańskim. Nagłówek sugerował, że w tekście czytelnicy dostaną przepis na śmierć, jednak w środku znajdowało się coś zupełnie innego – numery telefonów, pod którymi można otrzymać pomoc będąc w dołku emocjonalnym. Dzięki tej sztuczce, osoby szukające sposobu na odebranie sobie życia znajdowały miejsca, w których mogą je uratować. Dotarcie do nich było to dla mnie bardzo ważne, więc ucieszyłem się, że trik zadziałał, wpis rozszedł się po Fejsie i zindeksował w Googlach.

Jednak, gdy po pół roku od publikacji posta wszedłem do statystyk bloga, to co tam zobaczyłem, zmroziło mi krew w żyłach.

 

Co miesiąc 4000 osób trafia na mojego bloga, bo chce się zabić

Z fraz po jakich internauci trafiają na Stay Fly wynika, że 4000 osób miesięcznie wklepuje w Google „jak popełnić samobójstwo” i wpada tu szukając przepisu na śmierć. PRZERAŻAJĄCE! 4000 żywych istnień każdego miesiąca tak intensywnie myśli o odebraniu sobie życia, że aż zaczyna się do tego przygotowywać szukając najlepszego sposobu. Zobaczyłem tę liczbę i odebrało mi mowę, bo nie jest to jednorazowy przypadek, a powtarzający się co miesiąc trend!

To straszne, że tak wielu osobom jest tak źle ze sobą i swoim życiem, że aż planują jego zakończenie.

A trzeba wziąć pod uwagę, że to tylko i wyłącznie ludzie, którzy trafili do mnie na bloga, a nie wszyscy, którzy wpisują tę kombinację w wyszukiwarce. Tych jest wielokrotnie więcej i szczerze mówiąc, aż słabo mi się robi, gdy myślę ile. Ile czyichś ojców, wyczekiwanych córek, kochanych mężów, bliskich przyjaciółek, czy dobrych kumpli z ławki, każdego miesiąca przeczesuje internet w poszukiwaniu jak najskuteczniejszej metody na bezbolesne samobójstwo. I znajduje ją.

 

Zróbmy rewolucję, zhackujmy Google!

Cytując Zeusa „nie ma co wychodzić z kina dopóki trwa seans”. Dopóki żyjesz, wynik meczu nie jest ustalony i wszystko może się zmienić, dlatego umyślne, bezpowrotne zakańczanie go przed czasem, to najgłupsze co można zrobić. Każdy nowy dzień to nowe możliwości i nowa szansa na znalezienie rozwiązania, a z autopsji wiem, że jak gówniana sytuacja by nie była, to zawsze jakieś się znajdzie. Tylko trzeba być w stanie je dojrzeć, co czasem nie jest możliwe bez pomocy psychologa.

Dlatego chcę, żebyśmy wszystkim zagubionym w labiryntach problemów podali nić Ariadny. A najłatwiej możemy to zrobić hackując Google.

Użyjmy technologii przeciwko niej samej. Zaspamujmy wyszukiwarki na hasło „jak popełnić samobójstwo” tekstami, w których ludzie znajdą iskrę nadziei. Jeśli osoba myśląca o odebraniu sobie życia na pierwszych 10 stronach wyników wyszukiwań znajdzie linki z numerami telefonów do pogotowia psychologicznego, pod którymi może uzyskać pomoc, to jest bardzo duża szansa, że z niej skorzysta. Jeśli te 100 pierwszych wyników będzie odsyłać do wpisów o tym, że życie ma sens i że z każdego bagna da się wyjść, to istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że ten człowiek naprawdę w to uwierzy.

Im więcej osób nie znajdzie w Googlach przepisu na śmierć, tym lepsza będzie otaczająca nas rzeczywistość!

 

Jak to zrobić?

Mam nadzieję, że nie muszę Cię już dłużej przekonywać, że brak rodzin opłakujących bezsensowne odejście matki, syna, czy żony, to dobry pomysł. Żeby wywalić poradniki o wiązaniu pętli poza wyniki wyszukiwania i wepchnąć zamiast nich teksty niosące pomoc, wystarczą 4 proste kroki.

  1. Zatytułuj wpis „Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo?” lub „Jak skutecznie i bezboleśnie się zabić?” lub jakąś z kombinacji tych tytułów.
  2. Użyj we wpisie wielokrotnie takich fraz jak „samobójstwo”, „zabić się”, „odebrać sobie życie” i ich kombinacji lub pochodnych.
  3. Umieść we wpisie pozytywne treści, niosące nadzieję i dające wiarę, że nie ma problemu, z którym nie można sobie poradzić, a samobójstwo nie jest rozwiązaniem.
  4. Zachęć czytelnika, żeby zamiast planowania śmierci zadzwonił pod jeden z tych numerów, gdzie otrzyma fachową pomoc i dalsze wsparcie.
    116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
    22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
    116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
    801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
    800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej

Tyle wystarczy.

 

Czyjeś życie jest w Twoich rękach!

Nawet jeśli masz bloga modowego, nawet jeśli Twoi czytelnicy nie są zainteresowani tematyką społeczną, nawet jeśli wydaje Ci się, że jesteś jednym z miliona i możesz sobie to odpuścić, bo zrobi to ktoś inny, to mylisz się. W pierwszym przypadku możesz dodać wpis z datą wsteczną, tak by nie wyświetlił się na głównej stronie, a w drugim, tak jak w przypadku wyborów, każdy głos się liczy. Każde działanie, które sprawi, że artykuły z listami tabletek, które trzeba połknąć, żeby się nie obudzić zostaną wyrzucone poza nawias, jest istotne.

Jesteśmy blogerami – liderami opinii, którzy mają wpływ na odbiorców. Pokażmy, że to nie tylko puste hasło! Pokażmy, że blogosfera ma realną moc zmieniania rzeczywistości!

autorem zdjęcia jest The Pondering Moose

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!