Close
Close

7 typów ludzi, których spotkasz na plaży

Skip to entry content

Po tygodniu pływania, opalania się i rzucania frisbee, przerywanego chowaniem się przed deszczem, napatrzyłem się tyle na piasek, że wszędzie widzę ziarna. Jak krakowski gołąb. Po spędzeniu takiej ilości czasu na plaży doznałem oświecenia porównywalnego do przejścia z geocentrycznej do heliocentrycznej koncepcji świata. Dotarło do mnie, że niezależnie czy jesteś w Hurghadzie, Słonecznym Brzegu, Darłowie, czy na Bagrach, wszędzie można spotkać niemal identyczne typy ludzi zażywających słonecznej kąpieli.

Kogo spotkasz na plaży?

 

Wcale-nie-mam-dupy-na-wierzchu

Znana także jako Spadające Majtki.

To ta lekko zaniedbana blachareczka z  kilkoma kilogramami nadbagażu nad łonem. Jest przekonana równie głęboko co brud za jej niedomalowanymi paznokciami, że nie rozwój intelektualno-osobisty, a idealnie opalona dupa jest czynnikiem decydującym o wygrywaniu życia. Mimo to, nie pójdzie na całość i nie ściągnie z siebie tych dwóch sznurków udających majtki, żeby zaaplikować sobie brąz na odwłok, tylko zsuwa je. Podciąga, zsuwa, podciąga, zsuwa, podciąga, zsuwa, żeby równomiernie złapać słońce, przez co przez większość czasu są spuszczone do połowy tyłka i nie wiadomo, czy właśnie srała, czy dopiero będzie. A przecież każdy kto nadział się na widok jej odbytu chce to wiedzieć.

 

Superniania

Jak wiadomo, najlepszą metodą wychowawczą jest krzyk, a w zasadzie skrzek. Więc z pozycji królowej matki, lub też władczyni narodów oczekującej na wachlowanie, rozciągnięta na leżaku jak żaba pod kołami TIRa na autostradzie, matrona nieustannie skrzeczy na dzieci.  Skrzeczy przez całą plażę, żeby nie wchodziły do wody bo jest głęboko, żeby weszły do wody bo jest gorąco, żeby wyszły z wody, bo się przeziębią i żeby nie piły wody, bo przed chwilą do niej sikały. Niosący się po falach skrzek przypomina bardziej nieudolną musztrę niż rozmowę z potomstwem, a to przecież nie jest poligon.

 

Pan Mieciu

Nieodzownie towarzyszy mu siatka-żulówka z logiem któregoś z dyskontów spożywczych, wypełniona najtańszymi browarami jakie można dostać w zasięgu kilometra. Po wypiciu trzech fasbergopodobnych szczyn, wali w kimę w pełnym słońcu i spala sobie skórę.

 

Modelka

Artystyczna fota z wypinaniem dupy na tle wody, artystyczna fota z wypinaniem dupy na tle piasku, artystyczna fota z wypinaniem dupy na tle palm, artystyczna fota z wypinaniem dupy na tle baru, artystyczna fota z wypinaniem dupy na tle innych dup. Nie ma już kolejnych miejsc do wypięcia pośladków, wciągnięcia brzucha i zrobienia dziubka? Ach, jak dobrze, że jeszcze są cycki! To jedziemy z drugą kolejeczką!

 

Rycerz ortalionu

Jeśli nie przyszedł na plażę w Shoxach, to tylko dlatego, że nastąpiła jakaś klęska żywiołowa pod postacią starcia się całej podeszwy po 5-ciu latach nieustannego chodzenia w jednej parze w każdy dzień tygodnia. Nigdy nie występuje sam, zawsze jest w towarzystwie przynajmniej dwóch kamratów wyglądających identycznie jak on, przez co chwila nieuwagi i staje się nie do odróżnienia. Łysa głowa, łańcuszek z pierwszej komunii na szyi i cichoszelesty do połowy uda z trzema paskami, łyżwą lub dzikim zwierzem, to nie ubiór. To styl życia.

 

Osiedlowa piękność

Narzeczona rycerza ortalionu. Kawałki Firmy recytuje z pamięci, kawałki Chady z przedramion kolegów. Co kwadrans szlug, co 10 sekund bluzg. Nie widzi różnicy między jeziorem, klubem i domem dlatego opala się w bieliźnie i pełnym makijażu. Posiada umiejętność miotania piorunami rzucając spojrzeniem jak shurikenami w inne przedstawicielki jej płci.

 

DJ bez słuchawek

Dba o odpowiedni akompaniament, żebyś nie musiał plażować w ciszy i mógł nacieszyć uszy kompozycjami największych wirtuozów współczesnych czasów. Bezpłatnie zapewnia Ci wyselekcjonowane tło muzyczne przy pomocy niepozornego telefonu. Nie czujesz „Pisarza miłości”? „Ona tańczy dla mnie” nie trafia w Twoje wysublimowane gusta? To dlatego, że za mało się angażujesz. Na trzy, czteee-ryyy, wszyscy razem: PIZDA NAD GŁOWĄ, PI-PI-PIZDA NA GŁOWĄ!!

O kimś zapomniałem?

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

Ludzie, którym sukces odbił się czkawką

Skip to entry content

W masowym odbiorze sukces często utożsamiany jest z popularnością lub pieniędzmi. Zakłada się, że jeśli ktoś regularnie gości na okładce Gali z torebką za równowartość średniej krajowej, to jego życie jest usłane endorfinami i poczuciem własnej wartości. Osoby przegrywające nierówną walkę z rzeczywistością, bądź po prostu borykające się z niemożnością rozmnożenia stuzłotówek, trąc jedną o drugą, mają przypadłość wierzyć, że jeśli tylko ktoś ustawiłby na nie światła jupiterów, to pieniądze zleciałyby się jak ćmy. A zaraz za nimi szczęście.

Czy jest tak faktycznie? Czy posiadanie trochę znańszej gęby gwarantuje stabilizację finansową,  emocjonalną, spełnienie i samozadowolenie? I czy sława pomaga ułożyć sobie życie?

Nie. Nie będę budował napięcia przez pięć kolejnych akapitów, żeby zaskoczyć nieoczekiwanym zwrotem narracyjnym. Po prostu tak się nie dzieje, a jeśli istnieje jakaś zależność między wzrostem rozpoznawalności, a spokojem ogólno-życiowym, to raczej działa w drugą stronę. Im więcej zaczyna się dziać wokół Ciebie, tym więcej dzieje się w Tobie i jeśli masz jakieś niepozałatwiane sprawy, jakieś tlące się wewnętrzne problemy, to gdy jesteś na świeczniku, zaczynają wybuchać żywym ogniem.

A owy sukces zaczyna odbijać się czkawką. Albo Cię spopielać.

Mike Tyson – Człowiek Demolka

Odkąd zacząłem czytać biografię Mike’a Tysona, która jest tak wielka, że służy mi też za barykadę do drzwi, przestałem używać sformułowania „nic mnie już nie zdziwi”. Bo ten człowiek jest jednym, gigantycznym, napakowanym kompleksami i testosteronem zdziwieniem. Jako 7-latek był świadkiem prostytuowania się matki, która wykonywała usługi leżąc obok niego na łóżku. W tym wieku został też zgwałcony. Nie miał czego jeść, gdzie spać i od kogo nauczyć się choćby mycia się. Jako 13-latek nokautował kolesi starszych od siebie o dekadę i gdy już leżeli nieprzytomni na ziemi, ściągał im złote łańcuszki i zabierał portfele. Za co zresztą szybko trafił do poprawczaka.

I w wieku 20 lat został najmłodszym na świecie mistrzem wagi ciężkiej, przyleciał Dzwoneczek z „Piotrusia Pana”, posypał czarodziejskim pyłem i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Nie.

Rodzice mieli go w dupie, więc od nich nie nauczył się funkcjonowania w społeczeństwie, ani w ogóle podstaw relacji międzyludzkich. Jego psychopatyczny trener też nie przekazał mu za wiele, poza tym, że najważniejsza jest wygrana i jeśli nie dajesz z siebie 400% możliwości to jesteś gównem. Więc gdy na jego konto zaczęły spływać dziesiątki milionów dolarów, a media zrobiły z niego celebrytę, braki z dzieciństwa i system wartości poszatkowany jak tatar, musiały dać o sobie znać.

I dały.

Pieniądze traktował jak oset za kołnierzem – robił wszystko, żeby się ich pozbyć. Rozwalał hajs na drogie zabawki, ciuchy i imprezy, odbijając sobie wychowywaanie się w skrajnej biedzie, aż doszedł na skraj bankructwa i musiał ogłosić upadłość. Po drodze jeszcze tracąc zwycięskie złote pasy, odgryzając ucho przeciwnikowi na ringu i odsiadując w więzieniu wyrok za gwałt. Był jak półświadome dziecko z bronią masowego rażenia w dłoniach, i to bardziej dosłownie niż w przenośni.

Chodzące zniszczenie, które potęgowało się przez sukces sportowy i uwagę mediów.

Macaulay Culkin – biedny bogacz

Jak byłem dzieciakiem to myślałem sobie, że bycie aktorem to musi być spełnienie marzeń i jak trafiasz do nieba, to za sumienne odmawianie zdrowasiek robią z Ciebie hitowego filmowca. A potem nauczyłem się czytać i składać literki w wyrazy, a wyrazy w zdania i przeczytałem artykuł o Macaulayu Culkinie. Dziecięcej turbo-gwieździe, która w dorosłym życiu bardziej przypomina wieloletniego pacjenta MONARu niż popularnego aktora. Co jakoś bardzo nie mija się z prawdą.

Macky w wieku 10 lat zaczął zgarniać takie siano, że nasz kraj mógłby się u niego zapożyczyć. To znaczy, przepraszam, nie on, tylko jego rodzice. Którzy przez lata utrzymywali wielodzietną rodzinę ledwo wiążąc koniec z końcem. Bardzo Cię zaskoczę jak powiem, że skończyło się to walką matki z ojcem o kasę? To znaczy, nie o kasę, oficjalnie o prawo do opieki nad synem. Ładny eufemizm, co?

Przeobrażanie się z dzieciaczka w nastolatka przy asyście kamer, wpłynęło na niego jak Titanic na lodowiec i słodki Kevin z Richi Richa stał się dublerem Jareda Leto w końcowych scenach „Requiem dla snu”.

Kurt Cobain – autodestruktor bez autopilota

Podobno teraz prawdziwych punków już nie ma, ale jak byłem w gimnazjum to wielu moich znajomych chciało nimi być. Więc każdy z nich miał glany, kostkę i udawał, że wie jak zagrać „Come as you are”. Ich nietykalnym guru był Kurt Cobain i jeśli nie miałeś naszywki Nirvany w widocznym miejscu, to tak jakbyś nie miał ust – nie odzywałeś się.

Historia Cobaina to był klasyczny rock’n’roll – dzieciak z problematycznej rodziny, wkurwiony na dorosłych, rząd, system i prawa fizyki, przelewa złość, ból i poczucie bezsensu na muzykę. I nagrywa ultra przebojową płytę, która staje się hymnem pokolenia, a on sam jego symbolem. Gra trasy za cysterny dolarów, stacje muzyczne windują go na szczyty playlist i wpada w sidła komercji, stając się trybem machiny, którą tak bardzo gardził.

Wewnętrzne rozdarcie próbuje zszyć igłą i heroiną. Nie wychodzi. Z pomocą krawiecką przychodzi mu Courtney Love. Kurt kilka razy przedawkowuje narkotyki, ale uwolnić się od świateł reflektorów i mroków depresji pozwala mu dopiero strzał w głowę.

 

Marylin Monroe – samobójcze 90-60-90

Świat zapamiętał ją jako symbol seksu i ikonę popkultury, bo patrzył przez pryzmat tego, co było na pierwszym planie. W tle, w okolicach scenografii, było coś innego niż złocisty blond, perlisty uśmiech i wypięta pierś. Najpierw sierociniec, potem szpital psychiatryczny, a na końcu samotne odebranie sobie życia przez przedawkowanie barbituratów. A po drodze ciągłe szukanie szczęścia pod złym adresem, trzy rozwody i bezdzietność.

Ktoś by zapytał: jak to możliwe, przecież to była hollywoodzka gwiazda? Ja bym odpowiedział: właśnie dlatego.

***

Uważaj czego sobie życzysz, bo możesz to dostać, a potem nie będziesz wiedział jak sobie z tym poradzić.

więcej na ten temat znajdziesz w mojej powieści „Lunatycy”

---> SKOMENTUJ

Cotygodniowy Przegląd Internetu #34: damkso-męskie iskrzenie, Szczepan Twardoch i Bolek i Lolek

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Nestea zorganizowaną przez agencję REDPILL

nestea - nico & vinz - fresh idea

Mimo, że część tego tygodnia wciąż byłem w Słonecznym Brzegu, to jednak z dwa razy zdarzyło mi się zerknąć do sieci. Głównie po to, żeby sprawdzić, czy blog nie wyleciał w kosmos w trakcie mojej nieobecności, ale nie tylko. Przyznaję, chyba uzależniłem się od internetu i po czterech dniach bez dostępu dostaję drgawek, zimnych potów, zawrotów głowy i kurczenia się naczyń krwionośnych. Tak że tego, tym pozytywnym wstępem zapraszam do najnowszego streszczenia 7 dni w wirtualnej rzeczywistości!

Może zaiskrzy jutro? Dobry tekst o tym, że żeby między chłopakiem, a dziewczyną było coś więcej, niż setka wspólnych znajomych na Fejsie, musi być jebnięcie. I albo pojawi się ono od razu, albo nic się między nimi nie wydarzy.

Spowiedź współpracownika Piotra K.: pamiętacie 20-letniego milionera, o którym rok, dwa lata temu było tak głośno w mediach? Tego od kliniki medycyny estetycznej, a później specyfików do wybielania zębów, który odmawiał sobie drożdżówek, żeby zostać rekinem biznesu? Jeden z jego pracowników opowiada jak ta mistyfikacja wyglądała od kuchni.

22 ilustracje pokazujące jak zmienił się świat: i jak technologia się rozwija, a człowiek zwija. Dające do myślenia spostrzeżenia.

Motywacyjny tekst o rzucaniu pracy i realizowaniu swojej zajawki: Monika, po długiej walce z samą sobą, której byłem naocznym świadkiem, bo rozmawiamy każdego dnia, zrezygnowała z pracy w wyuczonym zawodzie, żeby prowadzić najlepszego bloga o kobiecej elegancji i internetowy sklep z klasycznymi sukienkami. Wiem jak trudno było jej podjąć tę decyzję, więc tym bardziej gratuluję!

Szczucie klatą: tak jak nie wszyscy kolesie są zajarani atakowaniem zewsząd nagimi wymionami, tak nie wszystkie laski mają mokro na widok odkrytych torsów. Na przykład w centrum miasta.

Zaufanie jako waluta przyszłości: świetne, merytoryczne wystąpienie Michała Szafrańskiego z konferencji InfoShare, o tym co jest istotne w blogosferze.


 

Szczepan Twardoch ambasadorem Mercedes-Benz: informacja, która powinna wzbudzać podziw i uznanie, wywołała ogromny ból dupy. Chciałem odnieść się do tej sytuacji, ale byłem na wakacjach, a Sokół zrobił to bardzo celnie, więc zapoznajcie się z jego komentarzem.

Ja pierdolę, serio? Polski rap przechodził to 10 lat temu, kiedy wiele osób miało problem z lokowaniem produktu w klipie…

Posted by Sokół i Marysia Starosta on 4 lipca 2015

 

Bójka nastolatek w warszawskim tramwaju: nie wiem, czy gorsze jest, że takie rzeczy się dzieją, czy, że ludzie tylko biernie się temu przyglądają.

WIDZIAŁEM LIVE #kochamciepolsko #warszawagrchw jedna drugiej zwróciła uwagę że sa za głośno- a oto efekty ❤️ gdzie ja mieszkam?

Posted by Ajgor Ignacy on 6 lipca 2015

 

Damska stylówka tygodnia: odkąd odkryłem Kristinę Dolinskayę kilka tygodni temu, mam ochotę podrzucać Wam każdy jej nowy wpis. Nie widziałem jeszcze, żeby miała źle dobrany zestaw, niedopracowane zdjęcia albo chociaż nie wychodziła tak zabójczo zjawiskowo na każdym zdjęciu. Przyznaję odznakę superallegrowicza.

zdjęcie pochodzi z bloga kristinadolinskaya.blogspot.com
zdjęcie pochodzi z bloga kristinadolinskaya.blogspot.com

 

Męska stylówka tygodnia: domeną Ivana Changa są koszule (widziałem go chyba tylko na dwóch zdjęciach, gdy był w czymś, co nie miało kołnierzyka) i w takiej bym sobie pośmigał, bo jak mawiają azjatyccy myśliwi: „cętki zawsze spoko”.

zdjęcie pochodzi ze strony LookBook.nu
zdjęcie pochodzi ze strony LookBook.nu

 

Klip tygodnia: wakacyjno-egzotyczny teledysk z ładnymi ujęciami lasów tropikalnych, wodospadów i innych tarzanopodobnych miejscówek, które, jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, będę miał okazję zobaczyć już w styczniu. Tak że tego, zapętlam i napalam się na największą przygodę swojego dotychczasowego życia. Obraz jest jednocześnie częścią kampanii Nestea celebrującej na dobre odpalenie sezonu letniego. Na marginesie, życzyłbym sobie, żeby w polskich klipach lokowanie produktu było równie pomysłowe co w tym Nico i Vinza, bo zazwyczaj albo wali się logiem po twarzy w zupełnie przypadkowych scenach albo marka znika gdzieś na 15-tym tle.


 

Fanpage tygodnia: jedna z pierwszych kreskówek w polskiej telewizji przerobiona na modłę osiedlowo-dilersko-imprezową. Podpisy rodem jak z „Las Vegas Parano” pod obrazkami z dwoma ciamajdowatymi chłopaczkami są równie genialne co zaskakujące. Owacje na stojąca dla osoby tworzącej treść na profil.

 

Ogłoszenie parafialne: w przyszłą sobotę będzie bardzo spoko wydarzenie w Krakowie w Parku Jordana – Smok Blog wersja plenerowa. Blogerzy, youtuberzy, vine’owcy, snapchatowcy i wszyscy inni internetowi twórcy treści spotykają się na Blogośniadaniu na trawie. Mnie niestety nie będzie na pikniku, bo w tym samym czasie świadkuję na ślubie, dlatego musicie pójść, zjeść coś dobrego, poznać nowych ludzi i powiedzieć mi jak było. Dacie radę?

---> SKOMENTUJ

„Co jest napisane?” – ulubione hasło kierowników

Skip to entry content

Jest któryś tam maja i jest dużo chłodniej niż powinno być w maju, i zaraz będzie lać, a ja nie mam czasu się zatrzymać, żeby wyjąć jakiś deszczoodporny pancerz, bo biegnę, ciągnąc za sobą trochę bardziej niż trochę przepakowaną torbę, która przez swoją nadwagę i zbyt małe kółeczka ciągle się przewraca. Biegnę na pociąg, na który to bardzo, ale to bardzo chcę zdążyć, bo gdybym nie zdążył, znaczyłoby to, że nie wyjadę z Poznania, zostanę tu po wsze czasy, a znajomi z Krakowa będą mnie wspominać już tylko z nieostrych zdjęć i niepohamowanych pretensji związanych z nieoddaniem stówki, czy dwóch. Nie żebym miał coś do stolicy Wielkopolski, ale po prostu po całym, intensywnym jak zapach curry w mieszkaniu Hindusa, dniu kręcenia reklamy dla portalu z jedzeniem na dowóz, chcę wrócić do Krakowa. Fakt, że o 20:00 jestem umówiony na randkę też nie jest tu bez znaczenia, więc jak już mówiłem wcześniej, chcę zdążyć na ten pociąg.

A zdążenie na pociąg w Poznaniu, nie będąc z Poznania, rzeczą błahą nie jest, bo poznański dworzec główny ma to do siebie, że jest wyjątkowo nieprzyjazny dla niepoznaniaków. Owa nieprzyjazność objawia się w tym, że część torów jest w jednym miejscu, a druga część w zupełnie-kurwa-innym-miejscu i owo miejsce oznaczone jest najchujowiej na świecie, przez co dotarcie do niego nie jest łatwe. Ze wspomnianą niełatwością mam okazję się skonfrontować, gdy zostaje mi 7 minut do odjazdu pociągu i orientuję się, że jestem w innym miejscu niż przewidział to dyspozytor.

Wizja wywalenia kolejnych 75, a dniu podróży to pewnie i 150, złotych na kolejny bilet i udaremnienia spotkania z przyszłą wieloletnią konkubiną, z którą szukaliśmy się całe życie po świecie, żeby znaleźć się pod Bagatelą, jest dużo silniejsza niż fakt, że NIE MAM POJĘCIA GDZIE JEST TEN PIEPRZONY PERON, BO NIE MA ŻADNEGO OZNACZENIA, KTÓRE BY DO NIEGO KIEROWAŁO, więc za wiele nie myśląc, po prostu biorę tę na wpół otwartą, nie trzymającą się nawierzchni torbę pod pachę i zaczynam biec na oślep, jak mysz wrzucona do piwnicy pełnej kotów.

Biegnę, połykam powietrze bez popity i czuję, że albo zaraz dokonam zwrotu z inwestycji w zawartość żołądka, albo polecę jak Michael Jordan w ostatniej scenie „Kosmicznego Meczu”, tyle że nie nad ziemią, a po ziemi, zahaczając zębami o wystające płyty chodnikowe. Ewentualnie przekręcę licznik w Endomondo. Tyle, że go nie włączyłem. Biegnę więc tak sobie beztrosko, biegnę i w końcu dobiegam do tego mistycznego peronu numer 7, i widzę nawet jeszcze nieodjechany pociąg, co w mojej głowie zostaje spuentowane białym wierszem o treści „jest, kurwa, jest!”. Już mam się do niego pakować, uprzednio wrzucając przez okno torbę, wzorem najzaradniejszych reprezentantów naszego narodu wiedzących, w którym dyskoncie w jaki dzień jest promocja na masło, ale coś mi mówi, że ten łut szczęścia, to może być najzwyklejsza w świecie podpucha i to, że właściwy pojazd stoi we właściwym miejscu, to nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy.

Widząc pana z przyrządem, który mimo, że nie służy do lizania nazywany jest lizakiem i oczojebną, tudzież według prawideł szafiarskiej nomenklatury neonową, kamizelką, ostatnim łykiem powietrza jaki jestem w stanie połknąć bez uzewnętrzniania moich soków żołądkowych na posadzce, zapytowuję się go:

– Przepraszam, czy to pociąg do Krakowa?

– A co jest napisane?

– Proszę pana, nie mam najmniejszego pojęcia, za minutę mam pociąg, który teoretycznie miał stąd odjeżdżać, więc widząc, że stoi tu tylko ten, z którego się pan wychyla, pytam: czy to jest pociąg do Krakowa?

– A co jest napisane?!?!

– Proszę pana, została mi minuta, nie może mi pan po prostu odpowiedzieć?

– A co jest napisane!?!?!?!?

– NAPISANE JEST „KATOWICE”, CO NIE ODPOWIADA NA MOJE PYTANIE!

– TO JAK JEST NAPISANE „KATOWICE”, TO CHYBA NIE „KRAKÓW”, NIE? CZYTANIE TAKIE TRUDNE?

–  TYPIE, PRACUJESZ W PKP I NIE WIESZ O TYM, ŻE JAK JEST NA POCIĄGU NAPISANE „KATOWICE”, TO TEN POCIĄG MOŻE PRZEJEŻDŻAĆ I PRZEZ KRAKÓW, I PRZEZ ŚWINOUJŚCIE, I PRZEZ BURKINA FASO? NAPRAWDĘ NIE MOGŁEŚ ODPOWIEDZIEĆ „NIE JEDZIE PRZEZ KRAKÓW”, ZAMIAST CWANIAKOWAĆ?

– Nie jedzie przez Kraków, bo jest napisane „Katowice’.

– Świetnie, dzięki.

 

***

 

„Co jest napisane?” to ulubione hasło typowych kierowników. Czyli barmanów, parkingowych, pań w urzędzie, kierowców busów, portierek w akademikach, stróżów nocnych i wszystkich innych Panów Świata, którzy w życiu prywatnym są nieistotnymi zerami, co frustruje ich do tego stopnia, że gdy tylko poczują trochę władzy, nadużywają jej, żeby leczyć swoje kompleksy i poczuć się kimś lepszym. Chcą choć raz czuć się ważni, chcą choć raz być panami sytuacji, bo na co dzień są sługami rzeczywistości, chcą choć raz budzić respekt, a nie politowanie i szyderczy śmiech.

Typowi kierownicy wykorzystują namiastkę władzy, którą daje im ich praca i zamiast odpowiedzieć, choćby jednym słowem, na banalne pytanie i pomóc drugiemu człowiekowi, chcą przez moment poczuć się jak nauczyciele, jak mentorzy, jak ktoś kogo się szanuje i z przekąsem wypluwają „a co jest napisane?”.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Thoth God of Knowledge

---> SKOMENTUJ