Close
Close

„Co jest napisane?” – ulubione hasło kierowników

Skip to entry content

Jest któryś tam maja i jest dużo chłodniej niż powinno być w maju, i zaraz będzie lać, a ja nie mam czasu się zatrzymać, żeby wyjąć jakiś deszczoodporny pancerz, bo biegnę, ciągnąc za sobą trochę bardziej niż trochę przepakowaną torbę, która przez swoją nadwagę i zbyt małe kółeczka ciągle się przewraca. Biegnę na pociąg, na który to bardzo, ale to bardzo chcę zdążyć, bo gdybym nie zdążył, znaczyłoby to, że nie wyjadę z Poznania, zostanę tu po wsze czasy, a znajomi z Krakowa będą mnie wspominać już tylko z nieostrych zdjęć i niepohamowanych pretensji związanych z nieoddaniem stówki, czy dwóch. Nie żebym miał coś do stolicy Wielkopolski, ale po prostu po całym, intensywnym jak zapach curry w mieszkaniu Hindusa, dniu kręcenia reklamy dla portalu z jedzeniem na dowóz, chcę wrócić do Krakowa. Fakt, że o 20:00 jestem umówiony na randkę też nie jest tu bez znaczenia, więc jak już mówiłem wcześniej, chcę zdążyć na ten pociąg.

A zdążenie na pociąg w Poznaniu, nie będąc z Poznania, rzeczą błahą nie jest, bo poznański dworzec główny ma to do siebie, że jest wyjątkowo nieprzyjazny dla niepoznaniaków. Owa nieprzyjazność objawia się w tym, że część torów jest w jednym miejscu, a druga część w zupełnie-kurwa-innym-miejscu i owo miejsce oznaczone jest najchujowiej na świecie, przez co dotarcie do niego nie jest łatwe. Ze wspomnianą niełatwością mam okazję się skonfrontować, gdy zostaje mi 7 minut do odjazdu pociągu i orientuję się, że jestem w innym miejscu niż przewidział to dyspozytor.

Wizja wywalenia kolejnych 75, a dniu podróży to pewnie i 150, złotych na kolejny bilet i udaremnienia spotkania z przyszłą wieloletnią konkubiną, z którą szukaliśmy się całe życie po świecie, żeby znaleźć się pod Bagatelą, jest dużo silniejsza niż fakt, że NIE MAM POJĘCIA GDZIE JEST TEN PIEPRZONY PERON, BO NIE MA ŻADNEGO OZNACZENIA, KTÓRE BY DO NIEGO KIEROWAŁO, więc za wiele nie myśląc, po prostu biorę tę na wpół otwartą, nie trzymającą się nawierzchni torbę pod pachę i zaczynam biec na oślep, jak mysz wrzucona do piwnicy pełnej kotów.

Biegnę, połykam powietrze bez popity i czuję, że albo zaraz dokonam zwrotu z inwestycji w zawartość żołądka, albo polecę jak Michael Jordan w ostatniej scenie „Kosmicznego Meczu”, tyle że nie nad ziemią, a po ziemi, zahaczając zębami o wystające płyty chodnikowe. Ewentualnie przekręcę licznik w Endomondo. Tyle, że go nie włączyłem. Biegnę więc tak sobie beztrosko, biegnę i w końcu dobiegam do tego mistycznego peronu numer 7, i widzę nawet jeszcze nieodjechany pociąg, co w mojej głowie zostaje spuentowane białym wierszem o treści „jest, kurwa, jest!”. Już mam się do niego pakować, uprzednio wrzucając przez okno torbę, wzorem najzaradniejszych reprezentantów naszego narodu wiedzących, w którym dyskoncie w jaki dzień jest promocja na masło, ale coś mi mówi, że ten łut szczęścia, to może być najzwyklejsza w świecie podpucha i to, że właściwy pojazd stoi we właściwym miejscu, to nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy.

Widząc pana z przyrządem, który mimo, że nie służy do lizania nazywany jest lizakiem i oczojebną, tudzież według prawideł szafiarskiej nomenklatury neonową, kamizelką, ostatnim łykiem powietrza jaki jestem w stanie połknąć bez uzewnętrzniania moich soków żołądkowych na posadzce, zapytowuję się go:

– Przepraszam, czy to pociąg do Krakowa?

– A co jest napisane?

– Proszę pana, nie mam najmniejszego pojęcia, za minutę mam pociąg, który teoretycznie miał stąd odjeżdżać, więc widząc, że stoi tu tylko ten, z którego się pan wychyla, pytam: czy to jest pociąg do Krakowa?

– A co jest napisane?!?!

– Proszę pana, została mi minuta, nie może mi pan po prostu odpowiedzieć?

– A co jest napisane!?!?!?!?

– NAPISANE JEST „KATOWICE”, CO NIE ODPOWIADA NA MOJE PYTANIE!

– TO JAK JEST NAPISANE „KATOWICE”, TO CHYBA NIE „KRAKÓW”, NIE? CZYTANIE TAKIE TRUDNE?

–  TYPIE, PRACUJESZ W PKP I NIE WIESZ O TYM, ŻE JAK JEST NA POCIĄGU NAPISANE „KATOWICE”, TO TEN POCIĄG MOŻE PRZEJEŻDŻAĆ I PRZEZ KRAKÓW, I PRZEZ ŚWINOUJŚCIE, I PRZEZ BURKINA FASO? NAPRAWDĘ NIE MOGŁEŚ ODPOWIEDZIEĆ „NIE JEDZIE PRZEZ KRAKÓW”, ZAMIAST CWANIAKOWAĆ?

– Nie jedzie przez Kraków, bo jest napisane „Katowice’.

– Świetnie, dzięki.

 

***

 

„Co jest napisane?” to ulubione hasło typowych kierowników. Czyli barmanów, parkingowych, pań w urzędzie, kierowców busów, portierek w akademikach, stróżów nocnych i wszystkich innych Panów Świata, którzy w życiu prywatnym są nieistotnymi zerami, co frustruje ich do tego stopnia, że gdy tylko poczują trochę władzy, nadużywają jej, żeby leczyć swoje kompleksy i poczuć się kimś lepszym. Chcą choć raz czuć się ważni, chcą choć raz być panami sytuacji, bo na co dzień są sługami rzeczywistości, chcą choć raz budzić respekt, a nie politowanie i szyderczy śmiech.

Typowi kierownicy wykorzystują namiastkę władzy, którą daje im ich praca i zamiast odpowiedzieć, choćby jednym słowem, na banalne pytanie i pomóc drugiemu człowiekowi, chcą przez moment poczuć się jak nauczyciele, jak mentorzy, jak ktoś kogo się szanuje i z przekąsem wypluwają „a co jest napisane?”.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Thoth God of Knowledge
(niżej jest kolejny tekst)

46
Dodaj komentarz

avatar
18 Comment threads
28 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
27 Comment authors
Saga SachnikambasadorpOlaKonrad Błaszak - KonduxAleksandra Amelia Ścibiorek Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Joanna Pachla
Gość

godz. 14:02, czasy studiów, dziekanat.
– dzień dobry, przepraszam, czy mogłabym…
– pani wyjdzie, pani przeczyta.
– ale ja tylko…
– pani przeczyta. CO TAM JEST NAPISANE.

(byłam dwie minuty po czasie. dziekanat nie wybacza.)

Jan Favre
Gość

Dziekanat i bucowatość osób tam pracujących, to jest temat na osobną książkę.

Joanna Pachla
Gość

albo na całą sagę!

Saga Sachnik
Gość

Słucham?

Łukasz Przechodzeń
Gość

Wchodząc do każdego dziekanatu zamieniałem się w pełzającą wazelinę. Do dziś mi za to trochę wstyd.

ambasadorp
Gość

wstyd, nie wstyd, wpis się musi zgadzać

Agata Piętak
Gość

…i pomyśleć, że prawie dostałam stanowisko kierowniczki dziekanatu – muszę nad sobą jeszcze popracować :)

Suit your life up
Gość

Dla mnie pani Jadzia z Dziekanatu Finansów na UEK-u była zawsze bardzo miła, chociaż słyszałem już różne historie.

Ola
Gość
Ola

Pani Renatka z wydziału Zarządzania też jest zawsze pomocna! Czyżby cały UEK łamał stereotypy?

Jan Favre
Gość

Cały na pewno nie. Jak studiowałem tam zarządzanie na magisterce, to obsługiwała nas jakaś Celina, strasznie nieprzyjemna, strasznie niepomocna.

Suit your life up
Gość

Do tej pory uśmiechałem się tylko, gdy słyszałem te wszystkie opowieści z UEK-u. Jednak mina mi zrzedła, kiedy niedawno okazało się, że zostawiłem indeks do wpisu dla Pani profesor i zaginął. Przepadł. Albo ktoś go wziął, albo się zdematerializował. To się zdarza indeksom bardzo często. Zwłaszcza na UEK-u. Ale przed obroną?
#trustory

Bartek Mazur
Gość
Bartek Mazur

Ja przy okazji mam dowcip:

Przychodzi baba do lekarza ze studentem w dupie, a lekarz:

aaaa, pani z dziekanatu :)

Jan Favre
Gość

Hahahahahahahahahahahaha :D

Grocrafty
Gość
Grocrafty

Czyli, że nie zdążyłeś?:) Mnie się taka sytuacja nie zdarzyła, albo przynajmniej nie pamiętam, ale łączę się w bólu [*].

Jan Favre
Gość

Zdążyłem. W końcu to PKP, więc pociąg się spóźnił.

zudit.pl
Gość

a oto i pojawia się wątek miłosny, ciekawe, kim jest przyszła wieloletnia konkubina:D

Jan Favre
Gość

Też zadaję sobie to pytanie.

Saga Sachnik
Gość

Już nie rycz, mówiłam Ci, że rozumiem wymówkę „na pociąg”

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Nie miałam tego doświadczenia aż na taką skalę, ale za to w drobnicy – pińćset razy.
Ja: poproszę bilet piętnastominutowy ulgowy.
Kierowca, patrząc beznamiętnie na pieniądze: a co tu napisane ?
Ja: Że odliczona kwota. Ale ja nie mam odliczonej kwoty.Gdybym miała, to bym dała.
K:No, ale co tu napisane?!
Ja, w myślach: Gówno, ty żałosny spasiony satyrze, dasz mi ten bilet czy mam napisać na ciebie skargę?
Bezinteresowne, wrodzone chamstwo plus kompleksy równa się bardzo, bardzo źle.
***
Wybaczyła, że trzeba było przełożyć spotkanie :) ?

Jan Favre
Gość

Ostatecznie zdążyłem, tak że obyło się bez posypywania głowy popiołem.

Katarzyna Prus
Gość
Katarzyna Prus

A ten komentarz nie odsłania twojego chamstwa? Nie masz odliczonej kwoty na bilet, ale chcesz składać skargę na kierowcę, którego jeszcze potem nazywasz spasionym i żałosnym? No ja pierdolę.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

W mojej ocenie – nie. Primo – żadnej z powyższych uwag nie WYGŁOSIŁAM, w związku z czym mowy nie ma o obnażeniu niedostatków kultury. Zakładam, że nie raz i nie osiem razy zdarzyło ci się poczęstować kogoś w myślach epitetem, którego z różnych przyczyn nie upubliczniłaś – co nie implikuje bycia chamem, tylko człowiekiem. Po drugie- komunikat o tym, że wymagana jest odliczona kwota mógłby być wyrażony inaczej niż „a co tu napisane”, na przykład: „nie wydam pani z dwóch złotych”. Uwierz mi, że w totalnej dupie miałam te pięćdziesiąt groszy i za odrobinę kulturalnego podejścia, którego z reguły ze… Czytaj więcej »

Katarzyna Prus
Gość
Katarzyna Prus

Rozumiem, że nie jesteś świnką – skarbonką, ale kierowcy komunikacji miejskiej zwykle sprzedają bilety za odliczoną kwotę. Jest to zasada obowiązująca w wielu miastach, a regulaminy poszczególnych przewoźników nie są utajnione, więc pasażer może zawczasu rozmienić pieniądze albo kupić bilet w sklepie. Zdarza się nie mieć drobnych, potrafię zrozumieć nawet twoje zniechęcenie po napotkaniu kierowcy z takim nastawieniem, ale te właśnie epitety, których nie wygłosiłaś do niego, piszesz tutaj. Więc jednak upubliczniasz. Co z tego, że może ów kierowca MZK ich nie przeczyta, o podejściu bardziej kulturalnym niż jego to nie świadczy. Po drugie, zwyczajnie zdumiała mnie twoja uwaga o… Czytaj więcej »

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

A co jeśli powiem ci, że dwie minuty wcześniej pani w kiosku głosem miodowym oznajmiła mi, że biletów już nie ma, do następnego kiosku był jednak kawałek, a mnie się śpieszyło? Dodajmy do tego kiepskawy dzień oraz grand finale w postaci naburmuszonego pana na włościach – kierowcy, który mi oznajmia, że nie wyda mi i biletu nie ma – trudno. Nie czuję się w obowiązku bycia miłą w takiej sytuacji. Nie masz czasem tak, że cisną ci się zupełnie abstrakcyjne pomysły na działania w stosunku do ludzi, którzy doprowadzili cię do ostateczności? Rozstrzelanie, rozjechanie czołgiem, naplucie, cokolwiek? Nie wszystkie muszą… Czytaj więcej »

Kinga Bielejec
Gość

Powiedz, że ta historia ma happy end i zdążyłeś na pociąg albo przynajmniej na randkę? A z tym „a co jest napisane?” to niestety szczera prawda. Swoją drogą ostatnio też byłam w Poznaniu ale na szczęście koleżanka, która tam studiuje odprowadziła mnie na peron i co najlepsze okazało się, że wagony w pociągu są jakoś nienormalnie poustawiane – wagon 24 był na samym przodzie, za nim wagony 14, 15, 16. I gdzie tu logika? Na szczęście „mój” pan konduktor był nieco milszy niż Twój i wybawił mnie z opresji wskazując odpowiedni wagon ;)

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Znacie taką stronę jak Fronda.pl? Nie? To nawet nie macie pojęcia jak szczęśliwymi ludźmi jesteście. W twitterowym skrócie, to turbo katolicki serwis z przegięciem w stronę nieoświecenia. Z własnej woli zapuszczałem się na niego, tylko gdy ktoś ze znajomych udostępnił na Facebooku „artykuł” z wyjątkowo zabawnym nagłówkiem. A to i tak tylko po to, by przeczytać śródtytuły i uciec. Tym razem jednak wpadłem na niego na dłużej, przez Asię z Wyrwane z kontekstu, która odniosła się do jednego z opublikowanych tam tekstów.

Ów tekst, o wdzięcznym tytule „Jak przypodobać się mężowi? PORADY”, jest zbiorem najbardziej  irracjonalnie brzmiących sugestii damsko-męskich, które, co prawie niemożliwe, w kategorii co-to-kurwa-jest dorównują „artykułom” z naTemat. Poniżej największe rodzyneczki z tej ewangelii pożycia małżeńskiego wraz z moim odbiciem piłeczki w drugą stronę. Czyli równie absurdalne rady dla panów, odnośnie tego, jak przypodobać się żonie.

I proszę nie regulować odbiorników, to na szaro z symbolem cytatu, to autentyczne złote myśli z Frondy.

jak przypodobac się mężowi

Doceń to, że bez szemrania po raz trzeci poszedł dzisiaj do sklepu.

Doceń to, że to już trzeci dzień bez szemrania, krzyczenia i fochowania.

Zauważ, że dba o trawnik.

Zauważ, że dba o trawnik. W sensie, depiluje go.

Kiedy wraca do domu w upalny dzień przygotuj mu coś do picia.

Kiedy wraca do domu w upalny dzień przygotuj jej coś do sprzątania. Z pewnością jest wykończona upałem i chciałaby się porelaksować.

Jeśli zrobi coś nie tak, nie krzycz: „A nie mówiłam…”.

Jeśli zrobi coś tak, krzyknij: „W końcu ci się udało…”.

Jeśli zabłądzi podczas wspólnej jazdy samochodem, nie narzekaj, tylko znajdź pozytywną stronę sytuacji: „Jaka ładna droga!”.

Jeśli zabłądzi podczas wspólnej jazdy samochodem, nie narzekaj, tylko znajdź pozytywną stronę sytuacji: „Jaka ładna droga! Uprawiałaś kiedyś seks na masce samochodu na wydupiu?”.

Kiedy zapomni ci przynieść coś, o co prosiłaś, powiedz: „Nie szkodzi, przyniesiesz następnym razem”.

Kiedy zapomni ci przynieść coś, o co prosiłeś, powiedz: „Nie szkodzi, masz okazję, żeby się przejść jeszcze raz”.

Jeśli nie chce czegoś dla ciebie zrobić, nie obrażaj się, ale poproś go o to kiedy indziej.

Jeśli nie chce czegoś dla ciebie zrobić, nie obrażaj się, ale poproś o to kochankę.

Wieczorem powitaj męża uśmiechem i, w miarę możliwości, dobrym humorem.

Wieczorem powitaj żonę uśmiechem i, w miarę możliwości, trzeźwym oddechem.

Jeśli jest zmęczony, zaakceptuj to.

Jeśli jest zmęczona, zaakceptuj to. I idź to kochanki.

Pochwal go, gdy z własnej inicjatywy pozmywał naczynia.

Pochwal ją, gdy z własnej inicjatywy zrobiła Ci loda.

Jeśli wcale nie gotujesz, ugotuj mu cokolwiek. Będzie miał się czym chwalić w pracy.

Jeśli wcale jej nie całujesz, zrób jej malinkę gdziekolwiek. Będzie miała się czym chwalić w pracy.

Rozpieszczaj męża, ale nie dzieci.

Rozpieszczaj żonę, ale nie tę sąsiada.

Opiekuj się nim, ale nie sprawiaj wrażenia, że mu matkujesz.

Opiekuj się nią, ale nie sprawiaj wrażenia, że robisz to bezinteresownie.

Jak chcesz powiedzieć coś ważnego mężowi, to poczekaj aż nie będzie zajęty i będzie mógł spokojnie cię wysłuchać

Jak chcesz powiedzieć coś ważnego żonie, to wyślij jej smsa.

Opowiadając mu o czymś staraj się mówić o konkretach.

Opowiadając jej o czymś staraj się mówić.

Prośby określaj jasno, bez owijania w bawełnę

Prośby określaj metaforycznie, owijając w bawełnę.

Daj mu chwilę odpocząć po pracy, nawet jeśli oboje pracujecie.

Daj jej chwilę odpocząć po gotowaniu, nawet jeśli oboje jedliście.

Wyprasuj mu koszulę, jeśli sobie z tym nie radzi. Może on wpadnie na to, żeby wyczyścić ci buty.

Wyczyść jej buty, jeśli sobie z tym nie radzi. Może ona wpadnie na to, żeby dmuchnąć Ci w wentyl.

Nie krytykuj męża przy innych, a zwłaszcza przy waszych dzieciach.

Nie krytykuj żony, a zwłaszcza gdy faktycznie zrobi coś źle.

Nie bądź zła na niego, gdy zgubi klucze.

Nie bądź zły na nią, gdy zgubi zamek.

Nie dbaj o dzieci kosztem męża.

Nie dbaj o dzieci. W końcu i tak ona zna się na tym lepiej od Ciebie.

Nie dbaj o kota kosztem męża.

Nie dbaj o kota kosztem żony. Płać za jego karmę z własnych pieniędzy.

Jeśli mąż lubi wątróbkę, to kup mu ją także, a nie tylko dla pieska.

Jeśli żona lubi wątróbkę, to kup jej ją także, a nie tylko dla kochanki.

Nie podejmuj ważnych decyzji bez rozmowy z mężem.

Nie podejmuj ważnych decyzji.

Pytaj męża, co mu sprawia przyjemność, może w końcu ci powie.

Pytaj kochanki, co jej sprawia przyjemność, może okaże się, że żona lubi to samo.

Na imieniny nie kupuj mu znowu skarpet.

Na imieniny nie kupuj jej znowu kurewskiej bielizny.

Narzędzi też mu nie kupuj, bo on wie lepiej, jakie potrzebuje.

Nawilżaczy doodbytniczych też jej nie kupuj, bo ona wie lepiej, jakich potrzebuje.

Jeśli chcesz się kochać, to zacznij bez czekania na jego inicjatywę.

Jeśli chcesz się kochać, to czekaj na jej inicjatywę. A przynajmniej pozwolenie.

Jeśli nic nie stoi na przeszkodzie, nie wzbraniaj się od seksu.

Jeśli coś stoi na przeszkodzie, nie zdradzaj jej na wyjazdach służbowych.

Jeśli nie możesz się kochać, to powiedz mu to szczerze.

Jeśli nie staje Ci, bo po ślubie roztyła się, przestała o siebie dbać, a w trakcie stosunku pyta Cię, czy lepiej wziąć kredyt na lodówkę, czy pralkę na raty i kompletnie przestała Cię pociągać, nie mów jej tego.

Powiedz mu kiedy będziesz gotowa, żeby mógł się przygotować.

Powiedz jej kiedy przestaniesz być gotowy, żeby mogła przestać się udawać.

Dbaj o swoją bieliznę.

Dbaj o… Nie, nie, nie mogę. Za dużo! Stop! Koniec! Mój mózg nie chce przyjąć, że ktoś naprawdę napisał to jako radę dla dorosłego człowieka.

Dziękuję za uwagę, można już rozpocząć formatowanie twardego dysku.

Najlepsze uliczne historie: czerwiec

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest gato-gato-gato
autorem zdjęcia jest gato-gato-gato

Ostatni zbiór ulicznych historii był tak dawno, że prawie zapomniałem, że mamy w ogóle taki cykl na blogu. Wszystko przez to, że niemal całkowicie zrezygnowałem z poruszania się MPK na rzecz roweru, przez co ilość okazji do podsłuchiwania absurdalnych dialogów drastycznie spadła. Ich jakość natomiast, jeśli drgnęła choć ociupinkę, to tylko w górę, bo w dzisiejszej złotej dziesiątce same kozaki, więc jeśli macie przy ustach naczynia z jedzeniem, uprasza się o ich odstawienie. Żeby nie było, że nie uprzedzałem.

 

# 1 – W trakcie konsumpcji pierogów dwie, na oko, licealistki, postanowiły podzielić się z otoczeniem przemyśleniami na temat używania prezerwatyw.

– …i wiesz, tak w ogóle to gumki są chujowe.

– Tak?

– Próbowaliśmy tych przedłużających stosunek i to jest w ogóle bez sensu.

– Tych z prążkami?

– Nie, tych z tą mazią w środku – „performa”, czy jakoś tak?

– Nie podoba ci się dłuższy stosunek?

– Przez tą gumę, to ja nic nie czuję i on nic nie czuje. W ogóle nic, jakby nie był we mnie. I przez ten środek, to on jest znieczulony. I kończy się to tak, że jemu opada i zamiast stosunku, oglądamy serial.

 

#2 – Na stacji naprzeciwko mojego bloku, te same bezcelowe pytania co zawsze, zostały tym razem zadane sąsiadowi, który nie wytrzymał:

– Była tankowana benzyna?

– Nie było.

– Zaproponuję hot-doga z kawą w zestawie, podać?

– Nie, dziękuję.

– Jest karta na punkty?

– Nie ma.

– Myślał pan o założeniu?

– Proszę panią, czy pani mnie naprawdę nie kojarzy? Od pół roku, co drugi dzień kupuję tu piwo i ser i za każdym razem odpowiadam to samo, bo nie mam auta, nie jem hot-dogów i nie chcę żadnych punktów, tylko zapłacić za jedzenie. Nie może mi pani po prostu skasować tych piw i sera bez tego gadania?

– Ale ja mam tak w skrypcie.

 

#3 – Para 70-latków rozprawia o odżywianiu w busie do Krakowa:

– Ale jak ty tak dużo kalorii spaliłeś?

– Aaa, bo szczuplutki jestem.

– Ale jak to – ja 750, a ty ponad 1000?

– Aaa, ja na to nie patrzę.

– Ale pokaż, pokaż ile dokładnie.

– Aaa, daj mi spokój.

Po 10 minutach focha starszej pani i nie odzywania się do siebie, co ewidentnie irytowało starszego pana:

– Trzeba było nie żreć tyle, to byś więcej spaliła, a tak żresz i nie masz siły się ruszać.

 

#4 – Stoję pod Bagatelą dłuższą chwilę i starszy pan stojący obok zagaduje:

– Pan na spektakl?

– Nie, ja na koleżankę.

– Aha. Ja też się tak czasem umawiam, ale wolę pod.

 

#5 – Starsza pani do pieska na Młynówce Królewskiej:

– No chodź pieronie, chodź!

– Hau, hau!

– Ty ze mną nie negocjuj, tylko chodź!

– Wrrr, wrrr, hau!

– Tak? Będziesz warczeć na mnie pieronie jeden? To ja ci kosteczki z najlepszego mięska wyciągam zamiast na rosół dać, a ty na mnie warczysz? To idź w cholerę! Tu pan jedzie na rowerze i cię na pewno przejedzie.

Zlitowałem się i nie przejechałem. Choć faktycznie pieron z niego był.

 

#6 – Rozmowa dwóch studentów prawa, na oko 2-go roku bo coś tam już wiedzieli, w busie z Krakowa:

– …blablablablablabla, blablablabla i blablablablabblabla, blabla.

– Ale jak to? Przecież blablablabla, blablablablabblablabla, blabla.

– Nie. Zgodnie z blablablablabblabla i blablabla to blablablabla.

– A nie blablablablabblablabla?

– Nie, bo blablablabla.

– No tak, faktycznie.

Aczkolwiek możliwe, że kilku zwrotów nie zrozumiałem.

 

#7 – Rozmowa w męskim kiblu w Forum Przestrzenie:

– Papieru nie ma, mydła nie ma, ręczników nie ma, niczego nie ma. Chujowe to Forum.

– Ale są dupy.

– No tak, racja.

 

#8 – Przedtrzydziestka do bufetowej na stołówce przy Parku Jordana:

– Przepraszam, jest tu klimatyzacja?

– Chodzi.

– A można by ją podkręcić? Bo czuję, że się zaraz upiekę.

– Na full chodzi.

– Niemożliwe, temperatura w tym pomieszczeniu jest taka sama jak na zewnątrz.

– Pani, jakby na full nie chodziła, to by była wyższa.

– Aha.

 

#9 – Starsza pani karmiąc wiewiórkę w Parku Jordana:

– Zjedz sobie kochanie, zjedz. Śliczna jesteś. No masz, masz, piękne masz futerko. No, masz, masz, zjedz sobie. Gdyby moje córki były takie ładne jak ty, to bym się za nie nie musiała w kościele wstydzić.

 

#10 – Negocjowanie statusu związku przez telefon, w kolejce po zapiekankę na Placu Nowym, zawsze spoko:

– Gośka, nie ruchałem jej, rozumiesz?

– …

– To Cicha kłamie. Zresztą chuja może wiedzieć, bo już jej dawno nie było.

– …

– Nie ruchałem jej, rozumiesz? Poza Marcelą nie ruchałem żadnej dupy oprócz ciebie, bo jesteś miłością mojego życia, rozumiesz?

 

Z racji, że poprzednie zestawienie najlepszych ulicznych historii było dwa miesiące temu, podejrzewam, że macie od groma własnych podsłuchanych dialogów, którymi chcecie podzielić się z resztą w komentarzach. Mam rację?