Close
Close

„Co jest napisane?” – ulubione hasło kierowników

Skip to entry content

Jest któryś tam maja i jest dużo chłodniej niż powinno być w maju, i zaraz będzie lać, a ja nie mam czasu się zatrzymać, żeby wyjąć jakiś deszczoodporny pancerz, bo biegnę, ciągnąc za sobą trochę bardziej niż trochę przepakowaną torbę, która przez swoją nadwagę i zbyt małe kółeczka ciągle się przewraca. Biegnę na pociąg, na który to bardzo, ale to bardzo chcę zdążyć, bo gdybym nie zdążył, znaczyłoby to, że nie wyjadę z Poznania, zostanę tu po wsze czasy, a znajomi z Krakowa będą mnie wspominać już tylko z nieostrych zdjęć i niepohamowanych pretensji związanych z nieoddaniem stówki, czy dwóch. Nie żebym miał coś do stolicy Wielkopolski, ale po prostu po całym, intensywnym jak zapach curry w mieszkaniu Hindusa, dniu kręcenia reklamy dla portalu z jedzeniem na dowóz, chcę wrócić do Krakowa. Fakt, że o 20:00 jestem umówiony na randkę też nie jest tu bez znaczenia, więc jak już mówiłem wcześniej, chcę zdążyć na ten pociąg.

A zdążenie na pociąg w Poznaniu, nie będąc z Poznania, rzeczą błahą nie jest, bo poznański dworzec główny ma to do siebie, że jest wyjątkowo nieprzyjazny dla niepoznaniaków. Owa nieprzyjazność objawia się w tym, że część torów jest w jednym miejscu, a druga część w zupełnie-kurwa-innym-miejscu i owo miejsce oznaczone jest najchujowiej na świecie, przez co dotarcie do niego nie jest łatwe. Ze wspomnianą niełatwością mam okazję się skonfrontować, gdy zostaje mi 7 minut do odjazdu pociągu i orientuję się, że jestem w innym miejscu niż przewidział to dyspozytor.

Wizja wywalenia kolejnych 75, a dniu podróży to pewnie i 150, złotych na kolejny bilet i udaremnienia spotkania z przyszłą wieloletnią konkubiną, z którą szukaliśmy się całe życie po świecie, żeby znaleźć się pod Bagatelą, jest dużo silniejsza niż fakt, że NIE MAM POJĘCIA GDZIE JEST TEN PIEPRZONY PERON, BO NIE MA ŻADNEGO OZNACZENIA, KTÓRE BY DO NIEGO KIEROWAŁO, więc za wiele nie myśląc, po prostu biorę tę na wpół otwartą, nie trzymającą się nawierzchni torbę pod pachę i zaczynam biec na oślep, jak mysz wrzucona do piwnicy pełnej kotów.

Biegnę, połykam powietrze bez popity i czuję, że albo zaraz dokonam zwrotu z inwestycji w zawartość żołądka, albo polecę jak Michael Jordan w ostatniej scenie „Kosmicznego Meczu”, tyle że nie nad ziemią, a po ziemi, zahaczając zębami o wystające płyty chodnikowe. Ewentualnie przekręcę licznik w Endomondo. Tyle, że go nie włączyłem. Biegnę więc tak sobie beztrosko, biegnę i w końcu dobiegam do tego mistycznego peronu numer 7, i widzę nawet jeszcze nieodjechany pociąg, co w mojej głowie zostaje spuentowane białym wierszem o treści „jest, kurwa, jest!”. Już mam się do niego pakować, uprzednio wrzucając przez okno torbę, wzorem najzaradniejszych reprezentantów naszego narodu wiedzących, w którym dyskoncie w jaki dzień jest promocja na masło, ale coś mi mówi, że ten łut szczęścia, to może być najzwyklejsza w świecie podpucha i to, że właściwy pojazd stoi we właściwym miejscu, to nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy.

Widząc pana z przyrządem, który mimo, że nie służy do lizania nazywany jest lizakiem i oczojebną, tudzież według prawideł szafiarskiej nomenklatury neonową, kamizelką, ostatnim łykiem powietrza jaki jestem w stanie połknąć bez uzewnętrzniania moich soków żołądkowych na posadzce, zapytowuję się go:

– Przepraszam, czy to pociąg do Krakowa?

– A co jest napisane?

– Proszę pana, nie mam najmniejszego pojęcia, za minutę mam pociąg, który teoretycznie miał stąd odjeżdżać, więc widząc, że stoi tu tylko ten, z którego się pan wychyla, pytam: czy to jest pociąg do Krakowa?

– A co jest napisane?!?!

– Proszę pana, została mi minuta, nie może mi pan po prostu odpowiedzieć?

– A co jest napisane!?!?!?!?

– NAPISANE JEST „KATOWICE”, CO NIE ODPOWIADA NA MOJE PYTANIE!

– TO JAK JEST NAPISANE „KATOWICE”, TO CHYBA NIE „KRAKÓW”, NIE? CZYTANIE TAKIE TRUDNE?

–  TYPIE, PRACUJESZ W PKP I NIE WIESZ O TYM, ŻE JAK JEST NA POCIĄGU NAPISANE „KATOWICE”, TO TEN POCIĄG MOŻE PRZEJEŻDŻAĆ I PRZEZ KRAKÓW, I PRZEZ ŚWINOUJŚCIE, I PRZEZ BURKINA FASO? NAPRAWDĘ NIE MOGŁEŚ ODPOWIEDZIEĆ „NIE JEDZIE PRZEZ KRAKÓW”, ZAMIAST CWANIAKOWAĆ?

– Nie jedzie przez Kraków, bo jest napisane „Katowice’.

– Świetnie, dzięki.

 

***

 

„Co jest napisane?” to ulubione hasło typowych kierowników. Czyli barmanów, parkingowych, pań w urzędzie, kierowców busów, portierek w akademikach, stróżów nocnych i wszystkich innych Panów Świata, którzy w życiu prywatnym są nieistotnymi zerami, co frustruje ich do tego stopnia, że gdy tylko poczują trochę władzy, nadużywają jej, żeby leczyć swoje kompleksy i poczuć się kimś lepszym. Chcą choć raz czuć się ważni, chcą choć raz być panami sytuacji, bo na co dzień są sługami rzeczywistości, chcą choć raz budzić respekt, a nie politowanie i szyderczy śmiech.

Typowi kierownicy wykorzystują namiastkę władzy, którą daje im ich praca i zamiast odpowiedzieć, choćby jednym słowem, na banalne pytanie i pomóc drugiemu człowiekowi, chcą przez moment poczuć się jak nauczyciele, jak mentorzy, jak ktoś kogo się szanuje i z przekąsem wypluwają „a co jest napisane?”.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Thoth God of Knowledge
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Mogę Cię pocieszyć, że mimo iż z pińcet razy jechałem już z Dworca Głównego w Poznaniu to i tak zawsze sprawdzam gdzie są które perony :P

  • Aleksandra Amelia Ścibiorek

    Sparafrazowales po prostu Ochroniarza Patryka, ale to nic nie świadczy, to o niczym nie znaczy.

  • Mat

    Dobry tekst. Kojarzy mi się z ochroniarzem Patrykiem ;)

    • Jak usłyszałem „Ochroniarza Patryka” pomyślałem „cholera, znowu trafił w sedno!”.

      • Mat

        Zgadzam się – mistrz obserwacji – „As”.

  • Uff, dobrze wiedzieć, że nie tylko ja biegałam jak głupia po dworcu w Poznaniu. Do ostatniej chwili nie byłam pewna czy wsiadłam do dobrego pociągu (mój do Wrocławia stał pod tablicą ogłaszającą odjazd do Olsztyna, także tego).

  • Tianzi

    Hm. OK, nie wszystkie pytania są głupie (zwłaszcza w naszym Kraju Bez Oznaczeń)/ Ale dość często napisy jednak wszystko wyjaśniają i są tam m.in. po to, żeby pan Zdzisio albo pani Halinka nie musieli strzępić dzioba na dwusetnego dziennie typa, któremu się nie chce ruszyć gałką oczną.

    • Aleksandra Muszyńska

      Też tak myślałam, dopóki pociąg do Zielonej Góry nie okazał się być pociągiem do Terespola, bo ktoś nie zmienił tabliczki. Warto się upewnić, jeśli nie chcesz liczyć się z przymusowym poszerzaniem horyzontów geograficznych w granicach naszego pięknego kraju :).

      • Tianzi

        Nie no, w środkach komunikacji międzymiastowej gra się toczy o zbyt wysokie stawki, żeby nie zapytać, tu się zgadzam :)

  • Nika Kowalska

    lepiej co jest napisane, niż „co pisze?” :)

  • I to był chyba jeden z niewielu momentów, kiedy człowiek się cieszy, że PKP działa jak działa i pociąg się spóźnia! Jednak to PKP nie takie złe dla wszystkich i zawsze. Mi czasami te opóźnienia uratowały tyłek jak biegłam na peron z wywalonym jęzorem.

  • Przez cały początek historii, kiedy starałeś się znaleźć pociąg, z tyłu głowy miałam: zapytaj o drogę w punkcie info. I po chwili sobie uświadomiłam, że w Polsce może nie być takich punktów… Jak zdarza mi się zabłądzić w korytarzach metra w Londynie to są takie słupki i można zadzwonić i zapytać gdzie mam dalej iść. Boskie to jest, bo za zwyczaj mówią precyzyjnie, że np. mam w prawo, w lewo, zawrócić itd. pomimo, że na tabliczkach „jest napisane.” Najważnieje, że zdążyłeś :)

    • Takich z telefonami to u nas nie widziałem. „Stacjonarne” z człowiekiem są, ale zazwyczaj są do nich takie kolejki, że i tak bym nie zdążył.

  • Rossie

    Dworzec w Poznaniu jest nieprzyjazny też dla poznaniaków, akurat peron 7 bym znalazła ale ostatnio weszłam do centrum handlowego z zamiarem przejścia na dworzec i poczułam się kompletnie zagubiona. A dokąd pociąg jedzie zazwyczaj pytam współpasażerów, bywają milsi i lepiej poinformowani :D

  • Jakiej wtyczki do WordPressa używasz? Pytam o tą, która ładuje kolejną stronę po przescrollowaniu wpisu w dół.

    • Nie ma konkretnej nazwy, bo była pisana na zmówienie.

  • Pamiętam jak kiedyś wracałem z targów do Wrocławia i za cholerę nie mogłem znaleźć peronu, dodatkowo dworzec był w remoncie. Nie miałem pecha trafić na buców, ale najśmieszniejsze było to, że kolorowe ludki z lizakami same nie wiedziały, skąd mam odjechać i gdzie aktualnie jest ten akurat peron.
    A ja się ostatnio zemściłem na babie z okienka, bo kupowałem bilet w kasie IC, gdzie piękne naklepki, że visa i że maestro i nie trzeba sakiewki nosić, tylko plastik. A tu kobita mi mówi, że my kopytki nie psiedajemy, bo jakaś awaria. I gadaliśmy sobie o tej awarii namiętnie kilka minut i dopiero jak zapytałem „dlaczego to nie jest nigdzie napisane?” to pańcia się lekko speszyła, coś mruknęła i już nie darła na mnie japy, że co to za pomysły, żeby w kasie kolejowej kartą płacić.
    Pokonałem ją ich własną bronią :)

  • Sonia

    Szukając peronu na dworcu w Poznaniu byłam już prawie pewna, że prędzej dojadę do Hogwartu niż Gdyni albo zgubię się i odnajdę w Cube. Wkońcu instyktownie pobiegłam tam gdzie biegli wszyscy z wyrazem paniki na twarzy (lub pianą na ustach) wylewając po drodze kawę o której marzyłam pół dnia :(

  • Śpiewam sobie często „to nic nie znaczy, to o niczym nie swiadczy”. Jak coś jest napisane to nie podyskutujesz, chyba że w oficjalnym piśmie.

  • Powiedz, że ta historia ma happy end i zdążyłeś na pociąg albo przynajmniej na randkę? A z tym „a co jest napisane?” to niestety szczera prawda. Swoją drogą ostatnio też byłam w Poznaniu ale na szczęście koleżanka, która tam studiuje odprowadziła mnie na peron i co najlepsze okazało się, że wagony w pociągu są jakoś nienormalnie poustawiane – wagon 24 był na samym przodzie, za nim wagony 14, 15, 16. I gdzie tu logika? Na szczęście „mój” pan konduktor był nieco milszy niż Twój i wybawił mnie z opresji wskazując odpowiedni wagon ;)

  • Aleksandra Muszyńska

    Nie miałam tego doświadczenia aż na taką skalę, ale za to w drobnicy – pińćset razy.
    Ja: poproszę bilet piętnastominutowy ulgowy.
    Kierowca, patrząc beznamiętnie na pieniądze: a co tu napisane ?
    Ja: Że odliczona kwota. Ale ja nie mam odliczonej kwoty.Gdybym miała, to bym dała.
    K:No, ale co tu napisane?!
    Ja, w myślach: Gówno, ty żałosny spasiony satyrze, dasz mi ten bilet czy mam napisać na ciebie skargę?
    Bezinteresowne, wrodzone chamstwo plus kompleksy równa się bardzo, bardzo źle.
    ***
    Wybaczyła, że trzeba było przełożyć spotkanie :) ?

    • Ostatecznie zdążyłem, tak że obyło się bez posypywania głowy popiołem.

    • Katarzyna Prus

      A ten komentarz nie odsłania twojego chamstwa? Nie masz odliczonej kwoty na bilet, ale chcesz składać skargę na kierowcę, którego jeszcze potem nazywasz spasionym i żałosnym? No ja pierdolę.

      • Aleksandra Muszyńska

        W mojej ocenie – nie. Primo – żadnej z powyższych uwag nie WYGŁOSIŁAM, w związku z czym mowy nie ma o obnażeniu niedostatków kultury. Zakładam, że nie raz i nie osiem razy zdarzyło ci się poczęstować kogoś w myślach epitetem, którego z różnych przyczyn nie upubliczniłaś – co nie implikuje bycia chamem, tylko człowiekiem.
        Po drugie- komunikat o tym, że wymagana jest odliczona kwota mógłby być wyrażony inaczej niż „a co tu napisane”, na przykład: „nie wydam pani z dwóch złotych”. Uwierz mi, że w totalnej dupie miałam te pięćdziesiąt groszy i za odrobinę kulturalnego podejścia, którego z reguły ze świecą szukać u kierowców MZK, wylałabym się w żądanie reszty.
        Po trzecie – nie jestem świnką skarbonką, żeby obfitować w drobne rozmaitej maści.
        Ja też pierdolę, dziękuję.

        • Katarzyna Prus

          Rozumiem, że nie jesteś świnką – skarbonką, ale kierowcy komunikacji miejskiej zwykle sprzedają bilety za odliczoną kwotę. Jest to zasada obowiązująca w wielu miastach, a regulaminy poszczególnych przewoźników nie są utajnione,
          więc pasażer może zawczasu rozmienić pieniądze albo kupić bilet w sklepie. Zdarza się nie mieć drobnych, potrafię zrozumieć nawet twoje zniechęcenie po napotkaniu kierowcy z takim nastawieniem, ale te właśnie epitety, których nie wygłosiłaś do niego, piszesz tutaj. Więc jednak upubliczniasz. Co z tego, że może ów kierowca MZK ich nie przeczyta, o podejściu bardziej kulturalnym niż jego to nie świadczy.
          Po drugie, zwyczajnie zdumiała mnie twoja uwaga o składaniu skargi, skoro to pasażer powinien zadbać o to, żeby mieć bilet (albo pieniądze na niego), a nie kierowca. To jest sedno tej sprawy. Po prostu ręce opadają, kiedy ktoś się skarży w internecie na sytuację powstałą z jego winy.

          • Aleksandra Muszyńska

            A co jeśli powiem ci, że dwie minuty wcześniej pani w kiosku głosem miodowym oznajmiła mi, że biletów już nie ma, do następnego kiosku był jednak kawałek, a mnie się śpieszyło? Dodajmy do tego kiepskawy dzień oraz grand finale w postaci naburmuszonego pana na włościach – kierowcy, który mi oznajmia, że nie wyda mi i biletu nie ma – trudno. Nie czuję się w obowiązku bycia miłą w takiej sytuacji.
            Nie masz czasem tak, że cisną ci się zupełnie abstrakcyjne pomysły na działania w stosunku do ludzi, którzy doprowadzili cię do ostateczności? Rozstrzelanie, rozjechanie czołgiem, naplucie, cokolwiek? Nie wszystkie muszą być wdrożone. Składanie skargi również.
            Analogicznie możesz się także przejechać po większości komentatorów, bo skoro ktoś wchodzi do dziekanatu o 14:02,wiedząc,że jest czynne do 14:00, to o czym w ogóle rozmawiamy i skąd to oburzenie – jego wina, że zamarudził przy bufecie i nie oszczędził dwóch minut.
            A teraz przepraszam, ale nie chce mi się kontynuować tej dyskusji.

  • a oto i pojawia się wątek miłosny, ciekawe, kim jest przyszła wieloletnia konkubina:D

    • Też zadaję sobie to pytanie.

      • Już nie rycz, mówiłam Ci, że rozumiem wymówkę „na pociąg”

  • Grocrafty

    Czyli, że nie zdążyłeś?:) Mnie się taka sytuacja nie zdarzyła, albo przynajmniej nie pamiętam, ale łączę się w bólu [*].

    • Zdążyłem. W końcu to PKP, więc pociąg się spóźnił.

  • godz. 14:02, czasy studiów, dziekanat.
    – dzień dobry, przepraszam, czy mogłabym…
    – pani wyjdzie, pani przeczyta.
    – ale ja tylko…
    – pani przeczyta. CO TAM JEST NAPISANE.

    (byłam dwie minuty po czasie. dziekanat nie wybacza.)

    • Dziekanat i bucowatość osób tam pracujących, to jest temat na osobną książkę.

      • albo na całą sagę!

      • Wchodząc do każdego dziekanatu zamieniałem się w pełzającą wazelinę. Do dziś mi za to trochę wstyd.

        • wstyd, nie wstyd, wpis się musi zgadzać

      • …i pomyśleć, że prawie dostałam stanowisko kierowniczki dziekanatu – muszę nad sobą jeszcze popracować :)

      • Dla mnie pani Jadzia z Dziekanatu Finansów na UEK-u była zawsze bardzo miła, chociaż słyszałem już różne historie.

        • Ola

          Pani Renatka z wydziału Zarządzania też jest zawsze pomocna! Czyżby cały UEK łamał stereotypy?

          • Cały na pewno nie. Jak studiowałem tam zarządzanie na magisterce, to obsługiwała nas jakaś Celina, strasznie nieprzyjemna, strasznie niepomocna.

          • Do tej pory uśmiechałem się tylko, gdy słyszałem te wszystkie opowieści z UEK-u. Jednak mina mi zrzedła, kiedy niedawno okazało się, że zostawiłem indeks do wpisu dla Pani profesor i zaginął. Przepadł. Albo ktoś go wziął, albo się zdematerializował. To się zdarza indeksom bardzo często. Zwłaszcza na UEK-u. Ale przed obroną?
            #trustory

      • Bartek Mazur

        Ja przy okazji mam dowcip:

        Przychodzi baba do lekarza ze studentem w dupie, a lekarz:

        aaaa, pani z dziekanatu :)

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock
---> SKOMENTUJ

Znacie taką stronę jak Fronda.pl? Nie? To nawet nie macie pojęcia jak szczęśliwymi ludźmi jesteście. W twitterowym skrócie, to turbo katolicki serwis z przegięciem w stronę nieoświecenia. Z własnej woli zapuszczałem się na niego, tylko gdy ktoś ze znajomych udostępnił na Facebooku „artykuł” z wyjątkowo zabawnym nagłówkiem. A to i tak tylko po to, by przeczytać śródtytuły i uciec. Tym razem jednak wpadłem na niego na dłużej, przez Asię z Wyrwane z kontekstu, która odniosła się do jednego z opublikowanych tam tekstów.

Ów tekst, o wdzięcznym tytule „Jak przypodobać się mężowi? PORADY”, jest zbiorem najbardziej  irracjonalnie brzmiących sugestii damsko-męskich, które, co prawie niemożliwe, w kategorii co-to-kurwa-jest dorównują „artykułom” z naTemat. Poniżej największe rodzyneczki z tej ewangelii pożycia małżeńskiego wraz z moim odbiciem piłeczki w drugą stronę. Czyli równie absurdalne rady dla panów, odnośnie tego, jak przypodobać się żonie.

I proszę nie regulować odbiorników, to na szaro z symbolem cytatu, to autentyczne złote myśli z Frondy.

jak przypodobac się mężowi

Doceń to, że bez szemrania po raz trzeci poszedł dzisiaj do sklepu.

Doceń to, że to już trzeci dzień bez szemrania, krzyczenia i fochowania.

Zauważ, że dba o trawnik.

Zauważ, że dba o trawnik. W sensie, depiluje go.

Kiedy wraca do domu w upalny dzień przygotuj mu coś do picia.

Kiedy wraca do domu w upalny dzień przygotuj jej coś do sprzątania. Z pewnością jest wykończona upałem i chciałaby się porelaksować.

Jeśli zrobi coś nie tak, nie krzycz: „A nie mówiłam…”.

Jeśli zrobi coś tak, krzyknij: „W końcu ci się udało…”.

Jeśli zabłądzi podczas wspólnej jazdy samochodem, nie narzekaj, tylko znajdź pozytywną stronę sytuacji: „Jaka ładna droga!”.

Jeśli zabłądzi podczas wspólnej jazdy samochodem, nie narzekaj, tylko znajdź pozytywną stronę sytuacji: „Jaka ładna droga! Uprawiałaś kiedyś seks na masce samochodu na wydupiu?”.

Kiedy zapomni ci przynieść coś, o co prosiłaś, powiedz: „Nie szkodzi, przyniesiesz następnym razem”.

Kiedy zapomni ci przynieść coś, o co prosiłeś, powiedz: „Nie szkodzi, masz okazję, żeby się przejść jeszcze raz”.

Jeśli nie chce czegoś dla ciebie zrobić, nie obrażaj się, ale poproś go o to kiedy indziej.

Jeśli nie chce czegoś dla ciebie zrobić, nie obrażaj się, ale poproś o to kochankę.

Wieczorem powitaj męża uśmiechem i, w miarę możliwości, dobrym humorem.

Wieczorem powitaj żonę uśmiechem i, w miarę możliwości, trzeźwym oddechem.

Jeśli jest zmęczony, zaakceptuj to.

Jeśli jest zmęczona, zaakceptuj to. I idź to kochanki.

Pochwal go, gdy z własnej inicjatywy pozmywał naczynia.

Pochwal ją, gdy z własnej inicjatywy zrobiła Ci loda.

Jeśli wcale nie gotujesz, ugotuj mu cokolwiek. Będzie miał się czym chwalić w pracy.

Jeśli wcale jej nie całujesz, zrób jej malinkę gdziekolwiek. Będzie miała się czym chwalić w pracy.

Rozpieszczaj męża, ale nie dzieci.

Rozpieszczaj żonę, ale nie tę sąsiada.

Opiekuj się nim, ale nie sprawiaj wrażenia, że mu matkujesz.

Opiekuj się nią, ale nie sprawiaj wrażenia, że robisz to bezinteresownie.

Jak chcesz powiedzieć coś ważnego mężowi, to poczekaj aż nie będzie zajęty i będzie mógł spokojnie cię wysłuchać

Jak chcesz powiedzieć coś ważnego żonie, to wyślij jej smsa.

Opowiadając mu o czymś staraj się mówić o konkretach.

Opowiadając jej o czymś staraj się mówić.

Prośby określaj jasno, bez owijania w bawełnę

Prośby określaj metaforycznie, owijając w bawełnę.

Daj mu chwilę odpocząć po pracy, nawet jeśli oboje pracujecie.

Daj jej chwilę odpocząć po gotowaniu, nawet jeśli oboje jedliście.

Wyprasuj mu koszulę, jeśli sobie z tym nie radzi. Może on wpadnie na to, żeby wyczyścić ci buty.

Wyczyść jej buty, jeśli sobie z tym nie radzi. Może ona wpadnie na to, żeby dmuchnąć Ci w wentyl.

Nie krytykuj męża przy innych, a zwłaszcza przy waszych dzieciach.

Nie krytykuj żony, a zwłaszcza gdy faktycznie zrobi coś źle.

Nie bądź zła na niego, gdy zgubi klucze.

Nie bądź zły na nią, gdy zgubi zamek.

Nie dbaj o dzieci kosztem męża.

Nie dbaj o dzieci. W końcu i tak ona zna się na tym lepiej od Ciebie.

Nie dbaj o kota kosztem męża.

Nie dbaj o kota kosztem żony. Płać za jego karmę z własnych pieniędzy.

Jeśli mąż lubi wątróbkę, to kup mu ją także, a nie tylko dla pieska.

Jeśli żona lubi wątróbkę, to kup jej ją także, a nie tylko dla kochanki.

Nie podejmuj ważnych decyzji bez rozmowy z mężem.

Nie podejmuj ważnych decyzji.

Pytaj męża, co mu sprawia przyjemność, może w końcu ci powie.

Pytaj kochanki, co jej sprawia przyjemność, może okaże się, że żona lubi to samo.

Na imieniny nie kupuj mu znowu skarpet.

Na imieniny nie kupuj jej znowu kurewskiej bielizny.

Narzędzi też mu nie kupuj, bo on wie lepiej, jakie potrzebuje.

Nawilżaczy doodbytniczych też jej nie kupuj, bo ona wie lepiej, jakich potrzebuje.

Jeśli chcesz się kochać, to zacznij bez czekania na jego inicjatywę.

Jeśli chcesz się kochać, to czekaj na jej inicjatywę. A przynajmniej pozwolenie.

Jeśli nic nie stoi na przeszkodzie, nie wzbraniaj się od seksu.

Jeśli coś stoi na przeszkodzie, nie zdradzaj jej na wyjazdach służbowych.

Jeśli nie możesz się kochać, to powiedz mu to szczerze.

Jeśli nie staje Ci, bo po ślubie roztyła się, przestała o siebie dbać, a w trakcie stosunku pyta Cię, czy lepiej wziąć kredyt na lodówkę, czy pralkę na raty i kompletnie przestała Cię pociągać, nie mów jej tego.

Powiedz mu kiedy będziesz gotowa, żeby mógł się przygotować.

Powiedz jej kiedy przestaniesz być gotowy, żeby mogła przestać się udawać.

Dbaj o swoją bieliznę.

Dbaj o… Nie, nie, nie mogę. Za dużo! Stop! Koniec! Mój mózg nie chce przyjąć, że ktoś naprawdę napisał to jako radę dla dorosłego człowieka.

Dziękuję za uwagę, można już rozpocząć formatowanie twardego dysku.

---> SKOMENTUJ

Najlepsze uliczne historie: czerwiec

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest gato-gato-gato
autorem zdjęcia jest gato-gato-gato

Ostatni zbiór ulicznych historii był tak dawno, że prawie zapomniałem, że mamy w ogóle taki cykl na blogu. Wszystko przez to, że niemal całkowicie zrezygnowałem z poruszania się MPK na rzecz roweru, przez co ilość okazji do podsłuchiwania absurdalnych dialogów drastycznie spadła. Ich jakość natomiast, jeśli drgnęła choć ociupinkę, to tylko w górę, bo w dzisiejszej złotej dziesiątce same kozaki, więc jeśli macie przy ustach naczynia z jedzeniem, uprasza się o ich odstawienie. Żeby nie było, że nie uprzedzałem.

 

# 1 – W trakcie konsumpcji pierogów dwie, na oko, licealistki, postanowiły podzielić się z otoczeniem przemyśleniami na temat używania prezerwatyw.

– …i wiesz, tak w ogóle to gumki są chujowe.

– Tak?

– Próbowaliśmy tych przedłużających stosunek i to jest w ogóle bez sensu.

– Tych z prążkami?

– Nie, tych z tą mazią w środku – „performa”, czy jakoś tak?

– Nie podoba ci się dłuższy stosunek?

– Przez tą gumę, to ja nic nie czuję i on nic nie czuje. W ogóle nic, jakby nie był we mnie. I przez ten środek, to on jest znieczulony. I kończy się to tak, że jemu opada i zamiast stosunku, oglądamy serial.

 

#2 – Na stacji naprzeciwko mojego bloku, te same bezcelowe pytania co zawsze, zostały tym razem zadane sąsiadowi, który nie wytrzymał:

– Była tankowana benzyna?

– Nie było.

– Zaproponuję hot-doga z kawą w zestawie, podać?

– Nie, dziękuję.

– Jest karta na punkty?

– Nie ma.

– Myślał pan o założeniu?

– Proszę panią, czy pani mnie naprawdę nie kojarzy? Od pół roku, co drugi dzień kupuję tu piwo i ser i za każdym razem odpowiadam to samo, bo nie mam auta, nie jem hot-dogów i nie chcę żadnych punktów, tylko zapłacić za jedzenie. Nie może mi pani po prostu skasować tych piw i sera bez tego gadania?

– Ale ja mam tak w skrypcie.

 

#3 – Para 70-latków rozprawia o odżywianiu w busie do Krakowa:

– Ale jak ty tak dużo kalorii spaliłeś?

– Aaa, bo szczuplutki jestem.

– Ale jak to – ja 750, a ty ponad 1000?

– Aaa, ja na to nie patrzę.

– Ale pokaż, pokaż ile dokładnie.

– Aaa, daj mi spokój.

Po 10 minutach focha starszej pani i nie odzywania się do siebie, co ewidentnie irytowało starszego pana:

– Trzeba było nie żreć tyle, to byś więcej spaliła, a tak żresz i nie masz siły się ruszać.

 

#4 – Stoję pod Bagatelą dłuższą chwilę i starszy pan stojący obok zagaduje:

– Pan na spektakl?

– Nie, ja na koleżankę.

– Aha. Ja też się tak czasem umawiam, ale wolę pod.

 

#5 – Starsza pani do pieska na Młynówce Królewskiej:

– No chodź pieronie, chodź!

– Hau, hau!

– Ty ze mną nie negocjuj, tylko chodź!

– Wrrr, wrrr, hau!

– Tak? Będziesz warczeć na mnie pieronie jeden? To ja ci kosteczki z najlepszego mięska wyciągam zamiast na rosół dać, a ty na mnie warczysz? To idź w cholerę! Tu pan jedzie na rowerze i cię na pewno przejedzie.

Zlitowałem się i nie przejechałem. Choć faktycznie pieron z niego był.

 

#6 – Rozmowa dwóch studentów prawa, na oko 2-go roku bo coś tam już wiedzieli, w busie z Krakowa:

– …blablablablablabla, blablablabla i blablablablabblabla, blabla.

– Ale jak to? Przecież blablablabla, blablablablabblablabla, blabla.

– Nie. Zgodnie z blablablablabblabla i blablabla to blablablabla.

– A nie blablablablabblablabla?

– Nie, bo blablablabla.

– No tak, faktycznie.

Aczkolwiek możliwe, że kilku zwrotów nie zrozumiałem.

 

#7 – Rozmowa w męskim kiblu w Forum Przestrzenie:

– Papieru nie ma, mydła nie ma, ręczników nie ma, niczego nie ma. Chujowe to Forum.

– Ale są dupy.

– No tak, racja.

 

#8 – Przedtrzydziestka do bufetowej na stołówce przy Parku Jordana:

– Przepraszam, jest tu klimatyzacja?

– Chodzi.

– A można by ją podkręcić? Bo czuję, że się zaraz upiekę.

– Na full chodzi.

– Niemożliwe, temperatura w tym pomieszczeniu jest taka sama jak na zewnątrz.

– Pani, jakby na full nie chodziła, to by była wyższa.

– Aha.

 

#9 – Starsza pani karmiąc wiewiórkę w Parku Jordana:

– Zjedz sobie kochanie, zjedz. Śliczna jesteś. No masz, masz, piękne masz futerko. No, masz, masz, zjedz sobie. Gdyby moje córki były takie ładne jak ty, to bym się za nie nie musiała w kościele wstydzić.

 

#10 – Negocjowanie statusu związku przez telefon, w kolejce po zapiekankę na Placu Nowym, zawsze spoko:

– Gośka, nie ruchałem jej, rozumiesz?

– …

– To Cicha kłamie. Zresztą chuja może wiedzieć, bo już jej dawno nie było.

– …

– Nie ruchałem jej, rozumiesz? Poza Marcelą nie ruchałem żadnej dupy oprócz ciebie, bo jesteś miłością mojego życia, rozumiesz?

 

Z racji, że poprzednie zestawienie najlepszych ulicznych historii było dwa miesiące temu, podejrzewam, że macie od groma własnych podsłuchanych dialogów, którymi chcecie podzielić się z resztą w komentarzach. Mam rację?

---> SKOMENTUJ