Close
Close

Pamiętam swój pierwszy wyjazd na festiwal, szukanie transportu do Hradec Kralove na ostatnią chwilę, pakowanie się 4 godziny przed odjazdem autobusu i szukanie po północy czynnego kantoru, który wymieniłby nam złotówki na korony. Po dotarciu nawet nie zastanawiałem się czego zapomniałem, bo na dobrą sprawę nawet nie wiedziałem co powinienem ze sobą wziąć. Przy drugim wypadzie na Hip-Hop Kemp z listą rzeczy niezabaranych już było znacznie łatwiej, bo po dotarciu do Katowic, skąd ruszałem z resztą ekipy do Czech, olśniło mnie, że nie wziąłem namiotu. W końcu to tylko miejsce, które przez 4 dni miało być naszym domem, każdemu mogłoby się zdarzyć o nim nie pomyśleć, co nie? Dobra, nie odpowiadajcie.

W tym roku zamierzam się wybrać na aż 4 festiwale muzyczne, w tym na pierwszy już w ten piątek, więc pomyślałem, że i Wam, i mnie, będzie łatwiej się pakować na takie wydarzenie mając listę najpotrzebniejszych rzeczy. Stąd ten konsultowany z Ministrem Rozrywki i Rekreacji, zatwierdzony przez Instytut Dnia Następnego i testowany w terenie przez ze mnie Niezbędnik Festiwalowicza.

Co powinieneś zabrać ze sobą jadąc na kilkudniową plenerową imprezę muzyczną?

0. Namiot, karimata i śpiwór – wiem, że to oczywista oczywistość, oczywistsza niż kac po zmieszaniu wódki z szampanem i paczką fajek, ale z autopsji wiem, że da się tego zapomnieć, więc na wszelki wypadek wymieniam.

1. Zapalniczka – jedno z najbardziej wielofunkcyjnych urządzeń, które przydaje się zawsze. I odpalisz nią komuś papierosa, nawiązując nową znajomość, i otworzysz piwo, i rozpalisz grilla, i nieco rozświetlisz mrok, szukając zgubionych w trawie 5 złotych, i pobujasz się pod sceną przy piosence do wczuty. Waży tyle co nic, a może uratować życie, cytując Beary’ego Gryllsa.

2. Więcej ciuchów niż zakładałeś – duże masowe imprezy, na których ludzie wpadają w hiper-euforię mają to do siebie, że często dzieje się coś, czego nie zakładałeś. Na przykład, że nad ranem, tuż przed świtem, wskakujesz w ciuchach do jeziora. Albo, gdy nagle zaczyna padać deszcz, a ziemia pod stopami zamienia się w błoto, ktoś wpada na pomysł, żeby zrobić minizawody w ślizgu na klacie i uznajesz, że to brzmi sensownie. W takich momentach naprawdę doceniasz to, że wziąłeś jeden komplet ubrań więcej, niż planowałeś.

3. Czapka/kapelusz – zabrzmię teraz jak stary dziad, ale z udarem słonecznym nie ma żartów, a cały dzień na otwartej przestrzeni bez nakrycia głowy może do tego doprowadzić.

4. Papier toaletowy – kible na polu namiotowym to nie ani toalety w Hiltonie, ani w Sheratonie, ani nawet nie w akademiku AGHu. Bywają lepsze, jak te na Audioriver, czy bezapelacyjnie najgorsze na świecie, jak te na Hip-Hop Kempie, jednak jadąc na jakąś imprezę pierwszy raz nie wiesz czego się spodziewać, więc lepiej się zabezpieczyć.

5. Buty do wywalenia – zasadniczo wszystkie ciuchy, które bierzesz na plenerowe koncerty nie powinny być Twoimi stylówkami życia z logiem krokodyla za furmankę siana, bo masz 50% pewności, że nie wrócą do domu w takim stanie w jakim wyjechały, jednak w przypadku butów tych procent masz 100. Albo Ci je ktoś udepta na śmierć, albo je zabłocisz nie do poznania, albo po prostu przechodząc po pijaku przez ogrodzenie zahaczysz o wystający pręt i zrobisz w nich dziurę. Innymi słowy, na festiwal weź takie obuwie, którego nie będzie Ci żal pożegnać raz na zawsze.

[emaillocker]

6. Nerka – w niczym się tak dobrze nie nosi portfela, telefonu, chusteczek i innych pierdół, które normalnie obciążają Ci kieszenie, jak w saszetce przewieszonej przez ramię. Czy tam upiętej w pasie. Ryzyko wypadnięcia w trakcie skakania pod sceną drastycznie spada.

7. Węgiel i leki przeciwbólowe – mieszanie alkoholi, żarcie po którym Chodakowska dostałaby zawału serca, słońce, brak snu i nocne funkcjonowanie na zwiększonych obrotach może doprowadzić do rozregulowania organizmu. Podstawowe leki w krytycznej sytuacji pomogą Ci doprowadzić się do porządku i nie kończyć imprezy przed czasem.

8. Bank energii – choćbyś używał telefonu tylko i wyłącznie do dzwonienia, to bateria i tak w którymś momencie Ci padnie. Zazwyczaj w najmniej oczekiwanym, na przykład gdy wróciłeś się na chwilę po coś do namiotu i miałeś się zdzwonić z resztą gdzie są. Punkt z kontaktami na polu namiotowym zazwyczaj jest oblegany bardziej niż damska toaleta w Galerii Krakowskiej, a noszenie ze sobą po mieście rozgałęźnika i proszenie się w knajpach o podładowanie bywa kłopotliwe. Na przeciętnym banku energii naładujesz telefon do pełna 3 razy i będziesz miał kłopot z głowy.

9. Prezerwatywy – jak to mawia Rocco Siffredi: „nie znasz godziny, ani doby, kiedy ktoś rozłoży nogi”. Nie namawiam do przygodnego seksu, ale lato i zew natury mają to do siebie, że czasem wygrywają z logicznym myśleniem, a w takiej sytuacji zdecydowanie lepiej mieć zabezpieczenie przed ciążą i chorobami wenerycznymi, niż nie mieć i liczyć, że tym razem może nic się nie stanie. Poza tym, prezerwatywa po nadmuchaniu całkiem nieźle sprawdza się jako poduszka.

10. Peleryna – jeszcze raz wrócimy do motywu deszczu – serio, lepiej stać pod sceną w foliowym worku przypominając Teletubisia, niż ominąć koncert ulubionego wykonawcy ze względu na tragiczna pogodę. Lub łapać zapalenie oskrzeli, gardła i zatok tkwiąc ponad godzinę w ciuchach mokrych jak po wyjęciu z pralki. Może nie ma w tym swagu, ale jest komfort.

11. Zatyczki do uszu – ściany namiotu są ścianami tylko z nazwy i jeśli, tak jak ja, masz ultra płytki sen, znienawidzisz je za to. Za to pokochasz różowe, plastelino-podobne zatyczki za to, że tłumią echa basu i krzyki najtwardszych weteranów cisnących z melanżem do bladego świtu i piski ich koleżanek. Bez nich nie przetrwałbym ani jednej nocy na polu.

To tyle z mojej listy najpotrzebniejszych rzeczy, które są podstawą przetrwania festiwalu. Jeśli uważasz, że ten spis należy poszerzyć i uzupełnić o jakieś gadżety, to śmiało, komentarze są Twoje.

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

35
Dodaj komentarz

avatar
16 Comment threads
19 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
20 Comment authors
bierzmnie_gig24ZacieszSaga SachnikJoanna KowalczykBlogierka Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Amanda
Gość

Jak jest miejsce, to polecam gorąco wymienić karimatę na materac. Od ziemi ciągnie, jak cholera i można zamarznąć na karimacie. Materac można nawet kupić w teskaczu na miejscu i czuć się jak młody bóg.
Gdybyś był panną, sugerowałabym lejek typu shewee. Ale nie musisz, więc nie znasz bólu kucania nad np. woodstockowym toitoiem, który przypomina norwerskie fiordy sięgające sufitu.

Jan Favre
Gość

Jasne, materac jest zdecydowanie lepszy niż karimata, ale to zawsze spory dodatkowy bagaż do taszczenia ze sobą.

„lejek typu shewee” – nie wiem co to jest i chyba trochę boję się pytać.

Amanda
Gość

małe ufo, które co roku zapominam kupić. a potem cierpię na woodstocku. jeżeli to będzie Twój pierwszy woodstock, to jak wrócisz stamtąd – zrozumiesz ;p

Dotee
Gość

o kurde, taki lejek – nigdy bym na to nie wpadła, ale może się przydać! :D

Amanda
Gość

polecam, 12 lat festiwali sprawia, że uznaję to za cud techniki.

sink.zodiac
Gość
sink.zodiac

O rany, przecież ten shewee to wynalazek życia! Jak ja sobie bez tego radziłam. Słyszałam o tym kiedyś od kumpeli i na następny festiwal biorę :)

Karolina Rzepka
Gość
Karolina Rzepka

lista jak najbardziej trafna. dodałabym jeszcze ewentualnie mokre chusteczki, które w najgorszym wypadku mogą zaimprowizować prysznic ;)

Maciej Trojanowicz
Gość

O, na jaki festiwal się wybierasz?

Jan Favre
Gość

Audioriver (nie spodziewałeś się, co?), Woodstock, Guca i Hip-Hop Kemp!

Maciej Trojanowicz
Gość

O, to się widzimy. XD

Chyba….

Monika Grzebyk
Gość
Monika Grzebyk

Twój pierwszy Woodstock? Fajnie, że jedziesz, może nawet Cię spotkam w tłumie. Woodstock ma to do siebie, że co chwilę kogoś spotykasz, nawet jak się nie umawialiście :)
Wiem, że już to ktoś napisał, ale – chusteczki nawilżane do wycierania pupy niemowlętom! Najpotrzebniejsza rzecz!

dobrymjud
Gość
dobrymjud

Oj tam, zapomnieć namiotu – może się zdarzyć. Moja znajoma raz po prostu nie wzięła, bo myślała, że będą rozdawać na miejscu ;)

Jan Favre
Gość

Hahahahahahahahaha :D

sink.zodiac
Gość
sink.zodiac

Bez jaj, to się nie zdarza naprawdę, żeby ktoś tego nie wiedział, haha :D

Paulina Kudzia
Gość
Paulina Kudzia

Do zobaczenia na Kempie, oczywiście z bagażem spakowanym według wskazówek (prawie wszystkich) ! :D

Jan Favre
Gość

Do zobaczenia!

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

5 rzeczy, które powinieneś zrobić po maturze

Skip to entry content

Drogi tegoroczny maturzysto, możliwe, że nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale okres, w którym obecnie się znajdujesz, to najprawdopodobniej najdłuższe wakacje w Twoim życiu. NAJ-DŁU-ŻSZE. Zakładając oczywiście, że po średniej szkole od razu pójdziesz na studia, a po nich do pracy, jak system przykazał. I pomijając emeryturę i ewentualną odsiadkę w zakładzie karnym, czego oczywiście Ci nie życzę. Biorąc pod uwagę, że czas jest jedynym dobrem nieodnawialnym, i że tyle wolnego naraz nie dostaniesz w zasadzie nigdy w żadnej firmie, warto go wykorzystać lepiej niż leżąc na kanapie.

Na przykład na rozwijanie siebie, poznawanie świata i naukę umiejętności, które przydadzą Ci się w „prawdziwym życiu”.

Oto 5 rzecz, które powinieneś zrobić po maturze:

 

1. Pojedź na stopa

Tak zwani „dorośli ludzie” nie mają czasu na jazdę stopem, bo każdy dzień wyrwany ze szpon pracy jest dla nich na wagę platyny. Dlatego planując urlop są czasem w stanie przepłacić za samolot, aby zredukować podróż z 2 dni do 4 godzin. Jest to zupełnie zrozumiałe i sam robię tak samo, ale warto choć raz w życiu stanąć z plecakiem na autostradzie i kciukiem łapać okazję.

Dlaczego?

Po pierwsze i najważniejsze, sprawdzasz swoje zdolności do przetrwania w niesprzyjających warunkach. Kiedy musisz opuścić swoją strefę komfortu, narazić się na niepewność i możliwość stania na poboczu całą noc i cały dzień, sporo dowiadujesz się o sobie i o tym, jak reagujesz na trudniejsze sytuacje. Uczysz się cierpliwości i wytrwałości i nawiązywania kontaktu z obcymi ludźmi. A gdy w końcu łapiesz tego stopa, nabierasz w sobie przekonania, że co by się nie działo jesteś w stanie sobie poradzić. To ugruntowanie poczucia zaradności przydaje się na każdym etapie życia i jest nie do przecenienia.

Po drugie, poznajesz nowych ludzi, często z innych kultur, którzy mogą Cię zainspirować, nauczyć czegoś lub podzielić się doświadczeniami, które po prostu będą interesujące. Jeśli podróżujesz do innego kraju, nikt Ci nie opowie o nim tyle, co tubylec. A w ciągu kilku godzin jazdy może Ci opowiedzieć naprawdę sporo.

Po trzecie, to po prostu dobra zabawa. Będąc autostopowiczem masz szansę przeżyć przygody, o których wcześniej słyszałeś tylko z opowiadań, czy oglądałeś na filmach. Trochę adrenaliny, trochę śmiechu. I to za darmo.

 

2. Naucz się gotować

Nawet jeśli uważasz, że studia to przeddorosłość, przedłużenie dzieciństwa i beztroska do kwadratu, bo możesz melanżować w tygodniu, wracać nad ranem i nikt Ci kazań nie będzie wygłaszał, to w świetle prawa, mając te 19 lat, odpowiadasz sam za siebie. Więc warto byłoby posiąść umiejętność organizowania sobie pożywienia.

W trakcie 7 lat życia w Krakowie przeprowadzałem się 15 razy, trafiając w akademikach i wynajętych mieszkaniach na najróżniejsze egzemplarze współlokatorów, w tym na dość pokaźną grupę ekstremalnych słoików. Jedyne co byli w stanie zrobić w kuchni poza jajecznicą i herbatą, to odgrzać przywiezione z domu w hurtowych ilościach gołąbki, mielone, schabowe i klopsy. Czasem w ich wyprawkach były nawet ugotowane ziemniaki, bo najwyraźniej rodzice wiedzieli, że brakuje im jakiegoś chromosomu i sami nie ogarną tak skomplikowanej czynności.

Większość z nich jechała na gotowych obiadkach aż do 5-go roku, co było dla mnie przerażające, że już w każdej możliwej kategorii dorośli ludzie nie potrafią zadbać o siebie w tak podstawowym aspekcie. Nie bądź kaleką życiową, naucz się gotować.

 

3. Pójdź do pracy

Bananowe życie i hajs od starych jest świetny do momentu, aż nie odetną Ci go z dnia na dzień i nie poczujesz na własnym pustym żołądku, że wszystko kosztuje, a pieniądze nie pojawiają się samoistnie po wypowiedzeniu zaklęcia „ale jestem głodny”.

W momencie, gdy idziesz do pierwszej pracy i zaczynasz zarabiać pierwsze grosze, zupełnie zmienia Ci się perspektywa patrzenia na rzeczywistość. Przede wszystkim zaczynasz odczuwać wartość pieniądza i szanujesz go, bo gdy z własnej kieszeni masz wydać ¼ wypłaty lub więcej na Air Maxy, zastanowisz się o wiele więcej niż raz, czy to na pewno dobry pomysł.

Twoje pierwsze działanie zarobkowe na 90% nie będzie pracą przy biurku, tylko zajęciem fizycznym, więc będziesz miał okazję zobaczyć jak żyją „zwykli ludzie”. Ile muszą się nastarać, napocić i namęczyć, żeby zarobić na mieszkanie i jedzenie, i czy to ich cieszy. To powinno dać Ci do myślenia i zmotywować do rozwoju, żeby nie skończyć jak oni, tylko w porę zająć się czymś, co i będzie dawać Ci satysfakcję, i dobre wynagrodzenie.

 

4. Naucz się otwierać piwo bez otwieracza

W trakcie studiów nic Ci się tak nie przyda, jak umiejętność otwierania zakapslowanej butelki zapalniczką, kluczami, drugą zakapslowaną butelką, klamrą od paska, czy pendrivem. Serio. Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, ile znajomości nawiązałem przez to, że ktoś nie miał otwieracza, a chciał się napić.

 

5. Znajdź swoją pasję!

Już na wstępie ustaliliśmy, że masz sporo czasu, bo ¼ roku to okres niepojęcie długi, więc jeśli do tej pory nie odkryłeś co Cię jara, to naprawdę teraz jest świetny moment, żeby to zrobić. Lepszego nie będzie.

Dlaczego jest to w ogóle ważne?

Bo człowiek bez zajawki, bez czegoś tylko jego, co go naprawdę kręci i daje przyjemność z robienia tego, dużo traci. I najczęściej jego późniejsze życie ogranicza się tylko do pracy i obowiązków domowych. W momencie, gdy masz coś co Cię jara, czujesz, że Twoja egzystencja jest pełniejsza. I co równie istotne, łatwiej radzisz sobie w kryzysowych sytuacjach, bo masz odskocznię, swoje schronienie, w którym możesz przeczekać zły okres i wyrzucić złe emocje.

Inną kwestią jest natomiast to, że jeśli w porę dojdziesz do tego, co lubisz robić i w czym jesteś dobry, rozwijając się w tym kierunku, możesz zamienić to w sposób na życie.

Dlatego teraz, gdy nie masz na głowie kartkówek, klasówek, egzaminów, poprawek, ani innych rzeczy, które mocno by Cię absorbowały, masz idealną okazję, żeby próbować i szukać. Możesz pojechać na warsztaty aktorskie, zapisać się na kurs rysunku, uczyć się grać na gitarze z YouTube, czy próbować programować w Javie. Możesz wymyślić jakiś totalny odpadł, jak granie pałeczkami na artykułach gospodarstwa domowego albo spawanie Transformersów z rozbitych samochodów. Lub cokolwiek innego, co sprawia Ci przyjemność. Dwa poprzednie pomysły zapewniły ich autorom radość i pieniądze. Z Twoim może być tak samo, tylko musisz zacząć od zdefiniowania co Cię kręci.

A teraz masz na to czas.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #33: bankructwo 50 Centa, Tomasz Knapik i Sztuka Rymotwórcza

Skip to entry content
zdjęcie pochodzi ze strony facebook.com/sztuka.rymotworcza
zdjęcie pochodzi ze strony facebook.com/sztuka.rymotworcza

Wolałbym udawać, że nie wiem co się działo w tym tygodniu i że nie dotarł do mnie syf związany z in vitro i kompletnym niezrozumieniem tematu przez osoby z rządu. Dotarł. Mimo to, odpuszczam go w dzisiejszym CPI, bo mam wystarczająco nadpsute nerwy innymi tematami. Na przykład tym, że rozchorowałem się w lato i ostatnie kilka dni spędziłem praktyczne nie wychodząc spod kołdry. Jak pechowe jest to? Przynajmniej dobrze, że było co czytać.

50 Cent został bankrutem? Tak podało wiele mediów, jednak raper, którego majątek szacuje się na 155 milionów dolarów, z dnia na dzień nie został bankrutem, tylko ogłosił bankructwo. Bardzo przystępnie napisane wyjaśnienie czym różnią się te dwa stany i o co chodzi w całym zamieszaniu.

Maciej Stuhr będzie grał w serialu Jakuba Żulczyka: ale info, ale info! Z nieskrywanym podnieceniem czekam na rozwój wydarzeń!

Słowniczek podstawowych pojęć modowych: jeśli tak jak ja myśleliście, że „it-girl” to dziewczyna-informatyk,  albo chcecie wiedzieć jakie jest polskie tłumaczenie „outfitu”, to wpadajcie do Tamary. Bardzo przydatny cykl wpisów.

Emerytura w kamperze: jest możliwa. Mega inspirujący artykuł o pomyśle na jesień życia. Teresa i Andrzej Walczakowie zamiast czekać na śmierć w mieszkaniu, podróżują po świecie i doceniają uroki bycia nomadami.

Jak poradzić sobie z kłopotliwą teściową? Przywitać rozgrzanym żelazkiem? Poczęstować dopalaczem? A może zapaść się pod ziemię i udawać, a może uznać, że jej nieustanne narzucanie się wcale Ci nie przeszkadza? Matylda przedstawia sensowne rozwiązanie.

Czyja to wypowiedź – Peji, czy polityka? Zaskakujący quiz z jeszcze bardziej zaskakującymi odpowiedziami. W wynikach spodziewaj się niespodziewanego.

Czy niechamski prank może być śmieszny? Twórca kanału Jeleniejaja dowodzi, że tak. Dla mnie to zdecydowanie dużo bardziej zabawne, niż napastowanie przechodniów po nocy, czy wypróżnianie się do śmietnika w galerii handlowej.


 

King Fury i Tomasz Knapik: turbo-sensacyjno-rozrywkowy krótkometrażowy film, czerpiący wszystko co najlepsze z kultowych filmów akcji, właśnie pojawił się w wersji z polskim lektorem. Nawet jeśli nie lubisz tego typu obrazów, to warto sprawdzić dla samego niezawodnego Tomasza Knapika.


 

Jules z „Pulp fiction” testuje burgera: i po jego rekomendacji sam bym stestował.

Damska stylówka tygodnia: w obliczu zaistniałych okoliczności natury, nie jestem w stanie napisać nic więcej niż: ŁOOOOOUŁ! Więcej zdjęć doprowadzających do wystrzeszczu na blogu Macademian Girl.

zdjęcie pochodzi z bloga macademiangirl.com
zdjęcie pochodzi z bloga macademiangirl.com

 

Klip tygodnia: dawno nie było nic od Quebo, co? Klip nie urywa żadnej części ciała i ze scenariuszem, czy montażem można by zdecydowanie więcej pokombinować, ale miło się ogląda. Raz, że jest superbohater w złotych butach, a dwa, że obraz był kręcony w Krakowie.


 

Fanpage tygodnia: klasyka malarstwa w ostatnich czasach przeżywa prawdziwy renesans. Najpierw „Sztuczne fiołki”, potem „Rubens był z Bytomia”, a teraz cytaty z polskich rapowych kawałków. I niech ktoś tylko spróbuje powiedzieć, że szerszego ogółu odbiorców nie da się zainteresować sztuką. Gdybym tylko w ten sposób miał podawaną wiedzę w liceum, najznamienitsze dzieła wraz z ich autorami recytowałbym z pamięci.

Wincenty Wodzinowski x DJ 600V ft. K.A.S.T.A. Squad”Toast”/”Wychylylybymy”

Posted by Sztuka Rymotwórcza on 20 czerwca 2015

 

Ogłoszenie parafialne: dzisiejsze ogłoszenie to raczej wyznanie i deklaracja miłości. Chciałem ogromnie, ale to ogromnie podziękować Marcinowi Wolakowi z firmy SpeedUp.pro, który jest najlepszym specem od WordPressa jakiego znam. Marcin po raz kolejny uratował mi tyłek, sprawiając, że blog nie wyleciał w powietrze, przez, że tak to ujmę, zewnętrzne czynniki niszczące, tylko stoi tam gdzie stał i ma się dobrze. Nie wiem jak on to robi, że w momencie kiedy inni wymiękają on jest w stanie rozwiązać każdy problem, ale w moim osobistym rankingu aniołów stróżów jest na pierwszym miejscu.

Polecam tego allegrowicza!