Close
Close

Geje, lesbijki, Matka Boska, Polska Walcząca i tęcza

Skip to entry content

Przez cały weekend byłem odcięty od internetu, więc wszelkie informacje o „celebrowaniu dumy” i legalizacji związków jednopłciowych w Stanach Zjednoczonych dotarły do mnie dopiero w poniedziałek popołudniu. Zacząłem czytać komentarze pod kolejnymi artykułami i statusami na Fejsie i zrobiło mi się naprawdę przykro. Ów smutek wynikał z tego, że wydarzenia w kraju na drugim końcu świata, nie mające żadnego powiązania z sytuacją u nas, podzieliły Polaków równie mocno, co rozbiory w trakcie wojny.

To naprawdę szokujące, że decyzje podjęte w odległym od nas o dziesiątki kilometrów USA, nie mającym mocy ustawodawczej w naszym kraju, doprowadziły do tego, że sąsiedzi zaczęli się rzucać sobie do gardeł i pałać nienawiścią równą najgorszym wrogom. Przerażające. Chciałem odciąć się od tego tematu, zamknąć oczy i udawać, że nie żyję wśród szaleńców gotowych wbić nóż rodakowi pod żebra, bez wyraźnego powodu. Chciałem, ale nie mogę, bo temat zaczął dotykać również mnie.

Dostałem wiadomości z pytaniem…

 

Czy nie wstawiłem zdjęcia z tęczą na swój profil, bo jestem homofobem?

Otóż nie, nie jestem.

Toleruję homoseksualistów. Znaczy, to tyle, że ani ich nie kocham, a nie nienawidzę, tylko przyjmuję do wiadomości, że są osoby tej samej płci, które chcą wzajemnie się bawić swoim przyrodzeniem. I dopóki nikt mi nie mówi co mam robić ze swoim, nie interesuje mnie to. Lub, obrazując moje nastawienie adekwatnie do tej sytuacji, mam to w dupie. Jak ktoś lubi takie zabawy, to proszę bardzo, nic mi do tego, dopóki robi to w zaciszu swojego domu i nie krzywdzi przy tym drugiej osoby.

A nie zmieniłem zdjęcia na tęczowe, bo tak jak nie świętowałem depenalizacji narkotyków w Czechach, tak też nie rusza mnie decyzja podjęta w miejscu za Atlantykiem, nie mająca wpływu na moje życie. To po prostu mnie nie dotyczy.

Sugerowanie, że jeśli ktoś nie zmienił profilowego na Facebooku na tęczowe, oznacza, że jest homofobem, to idiotyzm. To tak jak bym stwierdził, że jeśli ktoś nie wsparł Akademii Przyszłości, to znaczy, że nie jest za wyrównywaniem szans dzieciaków z nizin społecznych. Albo, że jeśli przy akcji „He for she” nie zrobił sobie zdjęcia w sukience to znaczy, że jest za gwałceniem kobiet. To tak nie działa.

Ja mam z kolei inne pytanie…

 

Czy Matka Boska nie kocha gejów?

Odpowiedź twierdzącą sugerują osoby oburzone na fakt, że administrator profilu „Sztuczne Fiołki” wstawił obraz Matki Boskiej w tęczowych kolorach. Okazało się, że wmawianie miłości matki Jezusa do homoseksualistów, to grzech śmiertelny, za który idzie się do piekła, a wnętrzności osoby tak twierdzącej ogień szatański trawi przez wieczność. No kto, jak kto, ale myślałem, że ta ikona to jednak kocha wszystkich, bez względu na preferencje łóżkowe. No a przynajmniej wszystkich wiernych, bo jednak bycie homoseksualistą nie jest tożsame z ateizmem.

To ciekawe, że tyle osób uznało kogoś za podczłowieka, czy bękarta diabła, a nie dziecko boga, tylko ze względu na to z kim sypia. Nawet jeśli w wierze katolickiej takie zachowanie to grzech, to myślałem, że grzechy się wybacza. Tak jak wielokrotnie odpuszczane jest złorzeczenie przeciwko bliźnim. Czy katowanie żony i dzieci po pijaku.

I jeszcze jedna nurtująca mnie kwestia…

 

Czy nasi dziadkowie w trakcie II wojny światowej walczyli z gejami?

Bo taki komunikat wysyła część osób zmieniając swoje zdjęcia na biało-czerwone z symbolem Polski Walczącej, mające być bezpośrednią kontrą do tych gejowych-tęczowych. Puentując to, że „nie o taka Polskę walczyli nasi przodkowie” lub że „prawdziwi patrioci nie będę tolerować gejów”.

Nigdy nie byłem asem z historii, ale jeśli dobrze pamiętam, to „P” z kotwicą było symbolem walki z Niemcami i faszyzmem, a nie gejami. Nasi dziadkowie nie działali w konspiracji z narażeniem siebie i swoich rodzin, żeby wyrzucić poza granicę tych strasznych pedałów, tylko wyrwać nasz kraj z rąk okupantów. Po to by był wolny. W-O-L-N-Y! Byśmy mogli swobodnie chodzić po ulicach, bawić się na koncertach z polską muzyką, kupować iPhone’y, wrzucać selfie na Instagrama i kochać kogo nam się podoba. Nawet laskę z naszego działu, bez względu na to, czy sami jesteśmy laską.

Bardzo mi przykro, że symbol nadziei stał się symbolem nienawiści. Zwłaszcza, że…

W czerwcu 2014 Sejm uchwalił ustawę o ochronie Znaku Polski Walczącej. Zgodnie z art. 1 ustawy znak, będący symbolem walki polskiego narodu z niemieckim agresorem i okupantem podczas II wojny światowej, stanowi dobro ogólnonarodowe i podlega ochronie należnej historycznej spuściźnie Rzeczypospolitej Polskiej. Otaczanie Znaku Polski Walczącej czcią i szacunkiem stało się prawem i obowiązkiem każdego obywatela Rzeczypospolitej Polskiej, a jego publiczne znieważanie podlega karze grzywny (art. 2 i 3 ustawy).

…a wykorzystywanie go przeciwko gejom i lesbijkom, w moim mniemaniu jednak nie jest otaczaniem go czcią i szacunkiem.

Na koniec…

 

Prośba

Niezależnie co sądzisz o osobach odmiennej orientacji, pamiętaj, że nie jesteśmy 52 stanem USA i to, co się tam dzieje, nie ma wpływu na naszą rzeczywistość. Gdyby tak było, już dawno broń byłaby legalna i moglibyśmy biegać z shotgunami pod kurtką zamiast z włączonym Endomondo. A nie jest tak. Tak samo jak nie jest legalna eutanazja, która w krajach znacznie bliższym nam geograficznie niż Ameryka funkcjonuje. W związku z tym – bez znaczenia, czy jesteś za związkami partnerskimi czy przeciw – nie ma powodu, żebyś mieszał drugiego Polaka z błotem i życzył mu butów z betonu.

A jeśli tak bardzo potrzebujesz tematu do ekscytacji, to popodniecaj się tym, że ¼ maturzystów nie zdała matury. Bo to realna sytuacja, która ma na nas wpływ.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

8 najciekawszych murali w Krakowie

Skip to entry content

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze nie pokazywałem twarzy na blogu, po Ziemi chodziły dinozaury, a Ewie nawet przez myśl nie przeszło, żeby namawiać tak porządnego chłopaka jak Adam do grzechu i żreć cudze jabłka, był sobie cykl wpisów promujący krakowskie murale. Z czasem inicjatywa umarła i przysypały ją szersze tematycznie wpisy, ale nie znaczy to, że przestałem doceniać piękno miejskiej sztuki na ulicach Krakowa. Wręcz przeciwnie, widząc nowe, kolorowe prace na szarych i często poniszczonych murach miasta, jaram się jak 7-latek w Disneylandzie.

Dlatego postanowiłem zebrać najciekawsze z nich, które, ze względu na formę bądź przekaz, zasługują na wyróżnienie, i podzielić się nimi ze wszystkimi, którzy Kraków dopiero odkrywają lub wpadają tu na weekend, a chcą zobaczyć coś więcej niż Sukiennice i Wawel.

 

Budynek ZBK – róg ul. Józefińskiej i ul. Piwnej

Kraków - murale - Budynek ZBK – róg ul. Józefińskiej i ul. Piwnej - Blu

Genialna metafora, przedstawiająca relacje między kościołem a wiernymi. Biorąc pod uwagę, że dzieło zawiera herb Watykanu, a mimo to nie zostało zamazane, ani zdelegalizowane, można dojść do wniosku, że pomału przestajemy być krajem wyznaniowym. Praca autorstwa włoskiego artysty Blu.

 

Dom Józefa Mehoffera – ul. Krupnicza 26

Kraków - murale - Dom Józefa Mehoffera – ul. Krupnicza 26 - M-city 658

Według słów twórcy – Mariusza Warasa – mural „M-city 658” przedstawia Kraków jako miasto-parowiec pływający po olbrzymim akwarium najeżonym minami. Według mnie Kraków nie jest aż tak bardzo atakowany zewsząd, ale faktycznie momentami przydałoby mu się wyjąć głowę spod wody i nabrać świeżego powietrza. Piękne kolory i ciekawa koncepcja z akwarium, jako, jak rozumiem, metafory kiszenia się we własnym sosie.

 

Żydowskie Muzeum Galicja – Dajwór 18

Kraków - murale - Żydowskie Muzeum Galicja – Dajwór 18 - Marcin Wierzchowski

Autorem projektu jest Marcin Wierzchowski i jak mówi:

Mural inspirowany jest żydowską wycinanką. Chciałem pokazać Izrael żyjący przez wieki w Krakowie, podczas diaspory, i Izrael dzisiejszy, który powrócił do miejsca wyjścia i rozwinął nowoczesne państwo. Oba światy wywodzą się z jednego pnia, a nad jego losami czuwa Opatrzność, czyli ręce Hamsa.

No, brzmi sensownie.

 

Nowohuckie Centrum Kultury – al. Jan Pawła II 232

Kraków - murale - Nowohuckie Centrum Kultury – al. Jan Pawła II 232 - Audiomural

„Audiomural” powstał w ramach Nowohuckiego Festiwalu Sztuki, kolejny raz udowadniając, że Huta nie jest tak bardzo demonicznym miejscem, jak przyjęło się opowiadać w legendach miejskich. Aleksandra Toborowicz stworzyła miksero-pianino, które niestety nie oparło się próbie czasu i nie wygląda już tak estetycznie jak w dniu odsłonięcia, ale i tak jest świetnym pretekstem, żeby wybrać się poza śródmieście.

 

Skwerek z Foodtrackami – ul. Świętego Wawrzyńca 14

Kraków - murale - Skwerek z Foodtrackami – ul. Świętego Wawrzyńca 14 - Pile Peled

Mój ulubiony krakowskich mural, stworzony przez Pile Peleda – izraelskiego streetartowca. Przepiękny malunek małego Żyda w czapce lwa, przypominający o faktycznych korzeniach Kazimierza i historii tej dzielnicy. Jeszcze dwa lata temu można było go podziwiać w pełnej okazałości, dziś niestety częściowo zastawiony jest przyczepami z jedzeniem. Wstyd, skandal i hańba.

 

Blok mieszkalny – ul. Józefińska 24

Kraków - murale - Blok mieszkalny – ul. Józefińska 24 - Filip Kuźniar - Lem

Na koniec ludzie skarleją do wymiaru bezmózgich sług żelaznych geniuszy i, być może, poczną oddawać im cześć boską…

Biorąc pod uwagę coraz większe uzależnienie ludzi od technologii, trudno nie odczuwać podobnej obawy.  Mural autorstwa Filipa Kuźniara nie jest specjalnie zaskakujący w formie, ale musiał się tu znaleźć ze względu na upamiętnienie Stanisława Lema. I miejskiego kolorytu w postaci chłopaków walących Tatry przy skrzynce z kablami.

 

Schody – ul. Tatrzańska 5

Kraków - murale - Schody – ul. Tatrzańska 5 - tęczowe schody - Agnieszka Rola i Monika Pasek

Mimo, że to nie mural, lecz, jak powiedział mój znajomy, schodal i tak warto sprawdzić. „Błędy człowieka czynią go sympatycznym”, „człowiek nigdy naprawdę nie był, póki nie wróci do domu”, „przynajmniej słońce jest zawsze za darmo”, czy „talent to kwestia szczęścia, najważniejsza w życiu jest odwaga”, to tylko 4 z 55 cytatów, które znajdziecie na tęczowych stopniach. Na pomysł umieszczenia sentencji największych światowych pisarzy na zniszczonych schodach i dania im tym samym drugiego życia, wpadła Agnieszka Rola i Monika Pasek.

 

Podziemna ściana – Rondo Mogilskie

Kraków - murale - Podziemna ściana – Rondo Mogilskie - Olaf Cirut

Rondo Mogilskie, to jedno z najpopularniejszych miejsc przesiadek komunikacyjnych na mapie Krakowa, przez które codziennie przewijają się tysiące ludzi. Często zagonionych, zmęczonych po pracy lub zestresowanych egzaminami. Pozioma paleta barw autorstwa Olafa Ciruta, powstała w wyniku inicjatywy „101 murali dla Krakowa”, może ich ożywić, rozśmieszyć lub po prostu zaintrygować dając oddech w codziennym biegu. Trochę żałuję, że nie było jej jeszcze gdy sam wysiadałem na Mogilskim idąc na zajęcia na Uniwersytecie Ekonomicznym.

Która z tych prób ożywienia przestrzeni miejskiej przypadła Wam najbardziej do gustu i chcielibyście zobaczyć ją na żywo?

Cotygodniowy Przegląd Internetu #32: jak zostać youtuberem, 17,77zł na macierzyńskim i Rubens z Bytomia

Skip to entry content
jak zostać youtuberem, 17,77zł na macierzyńskim i Rubens z Bytomia
zdjęcie pochodzi z profilu facebook.com/rubensZbytomia

Przyznam szczerze, że od poniedziałku myślałem już tylko o tym, że dzisiaj jadę do Wrocławia na 3-dniowe spotkanie starszych panów w słusznej sprawie, a we wtorek lecę na pierwsze wakacje tego lata, więc jakoś wyjątkowo nie paliło mi się do węszenia internetowych sensacji. Nie znaczy to jednak, że w dzisiejszym „Cotygodniowym Przeglądzie Internetu” nie znajdziecie gorących tematów. Wręcz przeciwnie.

To nie jest kraj dla kobiet biznesu chcących rodzić dzieci: świetny komentarz do skandalicznej zmiany zasad przyznawania zasiłków macierzyńskich. Zgodnie z nowymi przepisami, kobietom prowadzącym działalność gospodarczą przed zajściem w ciążę, po porodzie będzie przysługiwać 17,77zł miesięcznego wsparcia od państwa. No, kurwa mać!

Uber wchodzi do Trójmiasta! Czyli świetna alternatywna dla taksówek od wczoraj jest już dostępna w Gdańsku, Gdynii i Sopocie. Jeśli chcecie wiedzieć co, kto, po co, to wbijajcie to Troyanna.

18-ście przesłanek świadczących o tym, że urodziłeś się w Polsce: całkiem zabawne, całkiem trafne. „Your living room was also your parent’s bedroom” i „you offer tea to anyone who comes into your house”, to faktycznie chyba tylko u nas.

Jak manipuluje się faktami na temat pigułki „dzień po”: celne wypunktowanie nieprawdziwych informacji o antykoncepcji po stosunku. Więcej edukacji seksualnej, mniej demonizowania dostępnych metod niezachodzenia w ciążę.

10 fikcyjnych ojców, których nie ma co zazdrościć: zestawienie tatuśków znanych z popkultury, którzy byli tragicznymi starymi. Taka przewrotna laurka na dzień ojca.

Czy zmiana nazwiska po ślubie to dobry pomysł? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale po tekście u Żudit, wiem że lepiej zostać przy swoim i gdy tylko nadarzy się taka okazja z pewnością tak zrobię.

Relacja z imprezy zrealizowana w technologii 360 stopni: z tego co wiem, to jeden z pierwszych takich filmów na polskim YouTube. O ile sam materiał to suchar po całości, tak możliwość przekręcenia obrazu w KAŻDĄ stronę robi wrażenie.

 

Jak zostać youtuberem? Tak naprawdę to materiał jest w zasadzie o czym innym, ale ze względu na to, że można go odnieść do wielu dziedzin życia i zawiera od groma wartościowych przemyśleń, każdy powinien go sprawdzić.


 
Jak było na Festiwalu Kolorów w Zabierzowie? No właśnie tak. Gdzieś tam na 15-tym planie biegam w zielonych spodenkach i z twarzą w takim samym kolorze.


 
Damska stylówka tygodnia: pozostajemy w tematyce ślubnej. Jeśli kiedyś dałbym się przekabacić na przebierzmowanie i wstąpienie w związek małżeński, to tylko w takiej sukience jak Ola ze Styl Oly.

zdjęcie pochodzi z bloga StylOly.com
zdjęcie pochodzi z bloga StylOly.com

 

Męska stylówka tygodnia: w tym tygodniu za inspirującą męską stylizację, niech posłuży zestaw Rafała Masnego z Abstrachujów z szaloną fryzurą na grzybka przeniesioną z lat ’90-tych.


 
Klip tygodnia: Kękę, to jeden z niewielu reprezentantów klasycznego rapu, którego mimo prostoty stylu da się słuchać. Zaangażowany społecznie, patriotyczny numer obrazuje przepiękny teledysk z bardzo estetycznymi ujęciami, więc jeśli nie słuchasz takiej muzyki, to chociaż popatrz sobie na widoczki.


 
Fanpage tygodnia: Ślązacy już to dawno kochają, więc pora, żeby memy z obrazami jednego z najbardziej znanych malarzy poznały też inne regiony. Cieszę się, że po „Sztucznych Fiołkach” trend na uwspółcześnianie sztuki jest kontynuowany, szkoda tylko, że dzieła nie są podpisywane nazwami i datami, bo miałoby to przy okazji wymiar edukacyjny.

 
Ogłoszenie parafialne: w związku z tym, że zaczynają się dłuższe wyjazdy, festiwale i dzikie wojaże, będę miał trochę gorszy kontakt z siecią, niż przez poprzednie 9 miesięcy jesieni. Nie znaczy to, że blog jako całość na tym ucierpi, bo na to bym sobie nigdy nie pozwolił, ale z pewnością trudniej będzie mi robić „Cotygodniowe Przeglądy Internetu”.

Dlatego pomyślałem o zastępstwach.

Jeśli nie wiesz o co chodzi, to kliknij na gościnny wpis Julii Oleś z FabJulus albo Konrada Jureckiego z Moja Dziewczyna Czyta Blogi. Jeśli wiesz o co chodzi, masz czas, ponadprzeciętnie operujesz słowem pisanym i chcesz pokazać się najlepszym czytelnikom w polskiej blogosferze pisząc kolejny odcinek „CPI” w ramach zastępstwa, zostaw linka do swojego bloga w komentarzach.

Oczywiście TYLKO POWAŻNE OFERTY.