Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #36: Małgorzata Rozenek, nowości filmowe i moja babcia

Skip to entry content

Drugie przeglądowe zastępstwo w tym sezonie nieco spóźnione, ale nie mniej dobre niż poprzednie. Przez to, że w czwartek 18-te urodziny obchodziła Monika z Black Dresses i zawitałem do stolicy, pogratulować jej wejścia w dorosłość i sprawdzić, czy Campari łączy się z whisky i piwem, weekend zaczął mi się nieco wcześniej i intensywniej. I tempo nie spadało, aż do końca niedzieli, bo kolejne 3 dni spędziłem na Audioriver w Płocku, gdzie dane mi było posprawdzać połączenia też z kilku innych dziedzin życia. Na przykład z cudotwórstwa: co wyjdzie z połączenia niezamkniętego namiotu i oberwania chmury? Prywatny basen i darmowe pranie całego bagażu.

W związku z zaistnieniem powyższych czynników, 36 odcinek „Cotygodniowego Przeglądu Internetu” oddałem w obce ręce. Ale za to bardzo zgrabne. Gościnnie streszczenie sieciowych aktualności przygotowała dla Was Magdalena Stępień z bloga Tattwa. Jeśli lubicie klimaty podróży w głąb siebie z dużą dozą emocjonalnego ekshibicjonizmu, to u Magdy będziecie się czuli jak podczas mocnego dokumentu o autoterapii. A jeśli nawet nie jesteście sympatykami melancholijno-depresyjnych klimatów, to i tak sama forma w jakiej są podane jej przemyślenia powinna Was oczarować. Warsztat językowy na poziomie Miodek+1.

Jaki efekt dało połączenie Tattwy i CPI? Przekonajcie się empirycznie.

CPI 36

Janek ostatnio sporo się wozi. Jak nie Kielce, to Radom, nie można nadążyć, tak go nosi po świecie. Ostatnią wycieczką do Sosnowca chciał udowodnić, że posiada paszport, ale że budynki w tle niebezpiecznie przypominały Rzeszów, nikt nie uwierzył, że zapuścił się aż na rubieże Polski, gdzie ponoć zwijają asfalt po 22.00.

To mówię ja, Magda ze Śląska. To ten rejon Polski, gdzie ludzie jedzą węgiel, a w zimie zjeżdżają na sankach po hałdach. Z tym, że to ostatnie to akurat prawda. Mówią, że darcie łacha z Sosnowca w ogóle nie jest już śmieszne, ale wpadnijcie kiedyś na Śląsk, to przekonacie się, że wcale nieprawda, po prostu nie słyszeliście jeszcze tych naprawdę dobrych żartów.

Początkowy plan był taki, żeby iść  klimaty ambitne, ale ostatnio szczytem moich ambicji jest dociągnięcie do końca odcinka CSI: Miami. Wiecie, każdy ma takie guilty pleasure na jakie go stać – Janek fotografuje sobie stopy  na Instagramie, gwiazdy rocka wciągają kokainę przez studolarówki, a ja z napięciem czekam, aż Horatio Caine rzuci sucharem odcinka. Po czym zaloży okular przeciwsłoneczny, odrzuci blond czuprynę i przejdzie do meritum, czyli do rzucania wyzwania złym ludziom.

Ostatecznie stanęło więc na innym rodzaju newsów. Łapcie w dłoń michę z popcornem. Zapnijcie pasy.

Jest teraz taki dziwny trend wśród młodych ludzi, że wszyscy chcą pracować w reklamie. To pragnienie zwykle utrzymuje się do momentu, kiedy owi pasjonaci nie odkrywają, że te wszystkie balansujące na krawędzi rozpaczy branżowe żarty to wcale nie są żarty i że naprawdę tak to wygląda. Ja też się dałam nabrać. Chociaż powyższy filmik (koniecznie włączcie napisy!) rozbawił nas w pracy do łez, to jednak wewnętrznie wszyscy tego dnia trochę umarliśmy.

Porzućcie wszelką godność Wy, którzy składacie CV.


 

Małgorzata Rozenek jest niekwestionowaną królową domowego ogniska. Taka Ewa Chodakowska, tyle że ze ścierką. Nie oglądałam nigdy jej programów, bo przerosła mnie idea przedsięwzięcia, w którym grupa dorosłych kobiet tłucze się o nagrodę dla tej, która najładniej posprząta, ale po obejrzeniu tego materiału chyba zmienię zdanie. Ta krótka reklama zmieniła moje życie. Sama przecież nigdy bym na to nie wpadła. Metoda nie działa niestety na robaki pełzające, a jedynie na te fruwające i zeskakujące, ale nie wątpię, że w kolejnym odcinku Małgorzata pokaże nam, że kanapkę można także zasłonić w stylu murów obronnych. I wykopać dookoła fosę. Mucha nie siada!


 

Bujam się obecnie na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Nowe Horyzonty, więc przy okazji polecę Wam kilka filmów, które warto obejrzeć. Być może o nich słyszeliście, bo sieć już od dłuższego czasu żyje ich recenzjami i pełnymi sprzecznych komunikatów opiniami – niektóre powinny pojawić się niebawem w kinach, więc spróbuję Was przygotować na to, co nadchodzi:

„Amy” (reż Asif Kapadia, 2015). Na tej film czekają chyba wszyscy fani. Póki co, słyszałam na jego temat same pozytywne komentarze. Jak jest naprawdę? Cóż, „Amy” to solidny, porządnie zrealizowany dokument, który zapodaje sporo interesujących scen z początków kariery Amy Winehouse, z czasów jej lat nastoletnich. Jej historia jest jednak dosyć prosta i ci, którzy oczekiwali zaskoczenia, mogą się rozczarować: reżyser nienachalnie, ale wyraźnie wskazuje winnych, manipuluje środkami wyrazu (zwłaszcza muzyką), żeby naprowadzić widza na to, kogo ten powinien pociągnąć do odpowiedzialności za śmierć piosenkarki (spoiler: Amy Winehouse zmarła jakiś czas temu). Na szczęście nie jest to laurka, ale dość szczery portret i sama piosenkarka nie jest też przez Kapadię przesadnie wybielana. Fani zdecydowanie powinni obejrzeć. Pozostałym może trochę przeszkadzać tendencyjność tego obrazka. 7/10


 

Filmy z Cannes zawsze budzą sporo emocji. Wiecie, Cannes. To ta impreza, na której śliczna Weronika Załazińska z bloga Raspberry and Red rzuciła ostatnio cały świat na kolana swoją białą kreacją. Oprócz kreacji w Cannes pokazuje się też filmy. W tym roku sporo z nich przedostało się do świadomości masowej, głównie za sprawą „nowego filmu tego faceta, który nakręcił Wielkie Piękno”. Jednym z tych tytułów jest „The Lobster”, najnowszy obraz mojego ukochanego Giorgosa Lanthimosa: jeśli zetknęliście się wcześniej z grecką Nową Falą („Kieł”, „Attenberg”, „Alpy”), to wiecie, czego się spodziewać. Jeśli nie, to warto spróbować: „The Lobster” zawiera co prawda metaforę łopatą pisaną i mocno trąci banałem, ale może dzięki temu własnie (oraz dzięki anglojęzycznym aktorom) jest dalece bardziej przystępny niż „Kieł”. Przeszkadza nieco obecność Colina Farrella, który przesadnie dobrym aktorem nigdy nie był, ale jako że dobry koń i po błocie pojedzie, to dobry reżyser potrafił zrobić porządek nawet z facetem, który – mam wrażenie – nigdy nie myje włosów, tylko zmienia w nich olej. Na osłodę także Rachel Weisz, Léa Seydoux („Życie Adeli”) i John C. Reilly.  7/10


 

Aleksey Fedorchenko to moje wielkie odkrycie sprzed 2 lat. W 2013 jego film „Niebiańskie żony łąkowych Maryjczyków” rzucił na kolana nie tylko mnie, ale i jury festiwalu Nowe Horyzonty, którego przyznało Fedorchence z miejsca nagrodę główną. Nowy film reżysera bazuje na tych samych rozwiązaniach: jest mocno formalny, z pięknymi zdjęciami, operuje symbolami, ma zacięcie etnograficzne. Warto zwrócić uwagę na piękne zdjęcia i historyczny kontekst, nagromadzenie absurdu i przesady, nietypowy humor. „Anioły rewolucji” to ładna ciekawostka, która może być pierwszym krokiem do świata festiwali filmowych: chociaż na takich imprezach zawsze znajdzie się masa przegadanych, bełkotliwych potworków realizowanych przez wannabe artystów, to jednak kino niezależne ma swoje momenty i nazwiska warte polecenia. Fedorchenko jest jednym z nich. 8/10.


 

Wielka moda dla każdego! Duet Paprocki&Brzozowski projektują dla Biedry. Koce. Samo to wystarczy za dobry nagłówek. Akcja jest co prawda elementem kampanii charytatywnej promującej dołączanie do bazy dawców szpiku (polecam, zachęcam, sama jestem zarejestrowanym dawcą), ale to nie usprawiedliwia okrutnie brzydkiego designu. W informacjach prasowych pojawiły się ponadto pewne nieścisłości: chociaż sami projektanci twierdzą, że część zysków ze sprzedaży zostanie przekazana na cele dobroczynne, to mail, który dostałam od Biedry, milczy zdecydowanie na ten temat. Prawda, jak zawsze, leży pewnie gdzieś pośrodku. Uduszona poduszką.

Pomagajmy razem! <3 Poduszki i koce ze znakami zodiaku design by paprocki&brzozowski do kupienia w sklepach Biedronka….

Posted by paprocki&brzozowski on 22 lipca 2015

 

Damska stylówka tygodnia: zawsze podobają mi się rzeczy dla mnie nieosiągalne. Ketherin Kaffka jest blodynką, jest szczupła, może nosić spódnica w poziome paski i crop tops. Ja nie mogę. Ale i tak się jaram.

zdjęcie pochodzi z bloga www.kaffka.com.br
zdjęcie pochodzi z bloga www.kaffka.com.br

 

Klip tygodnia: chciałam zapodać Wam jakiś nowy fajny teledysk, ale jestem w tej kwestii strasznie wybredna, a ostatnio nic mi się nie podoba, więc postanowiłam podrzucić coś z kategorii „stare, ale jare”. To prawdopodobnie jeden z najlepszych klipów, jakie kiedykolwiek widziałam. A do tego śpiewają po katalońsku!


 

Słyszeliście, że na Węgrzech budują mur? Ano właśnie. Toczy się dyskusja o to, jakie znaczenie ma ten śmiały plan architektoniczny i jakie może pociągnąć za sobą konsekwencje. Przeczytajcie tekst Rafała Bauera, żeby zobaczyć problem z całkowicie nowej perspektywy. Samego bloga polecam wszystkim, którzy nie boją się kontrowersyjnego podejścia do polityki i kwestii gospodarczych.

Moje miasto, takie piękne. Kiedy byłam w liceum (dekadę temu), poszła fama, że w Gliwicach znaleziono dowody na pochówki wampiryczne. Wreszcie coś się działo na tym wygwizdowie. A teraz dzięki tym wampirom Śląsk będzie sławny! Wszystko za sprawą Guillermo del Toro.

Nie ma takiego miasta jak Londyn. Jest Lądek, Lądek Zdrój. Ale gdyby Londyn istniał, to byłby najlepszym miejscem na ziemi: własnie powstaje tam lokal oparty na inspiracji serialem „Miasteczko Twin Peaks”, który jest, nieprawdaż, najlepszym serialem ever. Możliwość zjedzenia tam posiłku będzie oczywiście kosztowała miliony monet, ale hej, czy to kiedykolwiek zatrzymało prawdziwego fana?

Skończyło się kłapanie paszczą w pociągu: Intercity chce wprowadzić zakaz prowadzenia głośnych rozmów podczas podróży, wzorem krajów cywilizowanych takich jak Szwajcaria. O ile nie mam z tym nigdy problemu w środkach komunikacji miejskiej, to jednak podczas długich podróży w cichym Pendolino Wiesiek rozmawiający z Cześkiem o pracy w Norwegii jest towarzyszem nieco męczącym. Zwłaszcza, jeśli zaraz po rozmowie sięga po pęto kiełbasy czosnkowej albo kabanosa. Polacy oswajają się powoli z luksusem tych pociągów i nawet to, że przy starcie z głośników popierdala Szopen, nie przeszkadza im żreć w przedziale jajek. Co zrobić, taki mamy klimat.

Fanpage tygodnia: Lisie Sprawy to fanpage robiony przez moją współlokatorkę Beatę, nieodmiennie chwyta mnie za moje wrażliwe serduszko. Jest ciepły, przyjemny, uroczy, a lisy to w internecie nowe koty. Serio, koty nie są już modne. Proste rysunki i zgrabne dialogi oraz monologi lisków są jedną z tych rzeczy, na które na Facebooku naprawdę czekam. Głównie dlatego, że nie m w nich ani grama pretensjonalnego bełkotu – tego ostatniego zdecydowanie unikam. Gdybym chciała z nim obcować, czytałabym własnego bloga. Polecam przygody lisków z Lisiego Królestwa!

Nie wszystkie rozstania są złe, czasem po prostu odchodzisz i zostajesz Królem. ;) (Rysunek inspirowany jest, oczywiście, pomysłem jednego z naszych Lisich Pasjonatów!)

Posted by Lisie Sprawy on 25 marca 2015

 

Na koniec dwa teksty na które warto wpaść do mnie: „Wszystko o mojej babci” – do napisania tego tekstu zbierałam się prawie rok. W końcu powstał – to jeden z tych najbardziej osobistych i bolesnych. „Bzdury” – byłam przeziębiona i jak zwykle zażyłam tabsę z pseudoefedryną. W efekcie wylał się ten tekst.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • nerdy-with-children

    Lisie sprawy uwielbiam, a o kampani Biedry nie łyszałem, ale brzmi dość słabo, zwłaszcza że zęby mnie bolą od estetyki tego designu.

  • Dziouchy ze Śląska wiedzą, co dobre! :D

  • pixie

    Sorry, ale Małgorzata Rozenek zmiotła konkurencję w tym tygodniu. Słowem -pozamiatane; moi mili Państwo!

  • To papierowym ręcznikiem można przykryć kanapki?!
    Wreszcie koniec z muchami między zębami, uff.

    • Można. Podobno działa też z twarzą, ale czekam aż Rozenek potwierdzi.

      • Sprawdziłam, ale zdjęłam, bo ludzie mnie rozpoznają.

    • Podobno – trzymaj się mocno – można też nim wytrzeć kawę rozlaną na blacie. Ale nie rób tego lepiej, zanim Rozenek nie pokaże na filmie, jak dokładnie to robić.

      • Janek, nie wpuszczaj więcej na bloga Magdy, ja nie mogę dojść do siebie.
        Dzięki za wpędzenie mnie w norę kompleksów.

  • Jajeczko i kiełbonek z czosnkiem, z Szopenem w tle …… uczta kulturalna. :)

    • Najlepsze połączenie ever, takie swojskie!

  • Buziaczki, obiecuję, że na moich 19 urodzinach sprawdzimy czy porto łączy się z cytrynówką.

  • Olga

    Wielki minus dla Ciebie za nazwanie Colina Farrella słabym aktorem. Polecam obejrzeć „Telefon” albo „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”.

    • Nie chcę stawać w roli adwokata Tattwa, ale faktycznie od „Domu na krańcu świata”, nie widziałem, żeby dawała jakieś wyjątkowe fajerwerki na ekranie.

    • Sandrze Bullock też się udało raz czy dwa dobrze zagrać. Co nie sprawia, że jest od razu Meryl Streep.

  • Aleksandra Muszyńska

    Przy tekście o strefach ciszy w Intercity cuś się urwało na końcu i nie wiem, jaki wpływ na podróżowanie Polaków w luksusie ma Szopen w głośnikach :(.
    Crop topy można sprytnie dobrać – nie są zarezerwowane tylko dla szczupaków. Spódnica z wysokim stanem oraz zabudowane, trzymające majty pod (kobiety mają z reguły problem z dolnym obszarem brzucha, góra częściej jest reprezentatywna), a na górę dość luźny crop top, uwalniający ze dwa centymetry ciała. Nie będzie to może takie wesołe uwolnienie mięsa jak u pani na zdjęciu, ale zawsze jakiś substytut :).

    • Już poprawione, dobrze, że trzymasz rękę na pulsie!

    • Mnie to się po prostu takie zgrabne laski podobają :D

      • Aleksandra Muszyńska

        Nie można było tak od razu :D?

        • chciałam tak taktownie :D

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock

---> SKOMENTUJ

W sieciówkach nie ma ładnych męskich piżam

Skip to entry content

Przedwczoraj kładąc się do snu zwróciłem uwagę na coś, co do tej pory było dla mnie kompletnie bez znaczenia i stanowiło marginalną kwestię. Mianowicie, spojrzałem na to w czym śpię, czyli spraną, darmową koszulkę marki piwnej, którą dostałem razem z czteropakiem, i stare, za duże bokserki, których z lenistwa nigdy nie wymieniłem na właściwym rozmiar. I olśniło mnie, że to jest strasznie brzydkie i nieestetyczne. Popatrzyłem raz jeszcze na ten komplet bezdomnego i powiedziałem do siebie to, co Mufasa do Simby na początku „Króla Lwa”: „synu, jesteś na tyle duży, że czas zainwestować w porządną piżamę”.

Z przekazem wyniesionym z bajek Disneya trudno polemizować, więc ruszyłem do Bonarki w celu zakupienia turbo stylowego zestawu do spania i o to co znalazłem w sieciówkach, wypowiadając do sprzedawców frazę „czy są męskie piżamy?”.

 

Pull and Bear

– Dzień dobry, są u państwa męskie piżamy?

– Piżamy? Męskie? Nieee, nie ma.

Pull and Bear - męska piżama

 

Bershka

– Dzień dobry, są u państwa męskie piżamy?

– O takiej porze to nie ma.

– O takiej porze dnia, czy roku?

– Yyy, no nie ma.

– Ale w ogóle bywają?

– No nie.

bershka - męska piżama

 

New Yorker

– Dzień dobry, są u państwa męskie piżamy?

– Oj, skończył się akurat.

– Ale w ogóle mają państwo?

– Wydaje mi się, że tak.

new yorker - męska piżama

 

Diverse

– Dzień dobry, są u państwa męskie piżamy?

– Nie.

diverse - męska piżama

 

H&M

– Dzień dobry, są u państwa męskie piżamy?

– Tak, proszę za mną.

– Ale to jest sam dół.

– No tak, a czego pan więcej potrzebuje?

– Kompletu.

– To tam są t-shirty, może pan sobie coś dobrać.

H&m 2 - męska piżama H&m - męska piżama

No właśnie nie chciałem sobie niczego dobierać, tylko mieć jednolity, spójny komplet. Zwłaszcza, że gdyby do tych krótkich była taka sama góra, to brałbym z miejsca. Bo te długie to takie typowe dla starych dziadów, a przecież jeszcze nie skończyłem 30-stki.

 

C&A

– Dzień dobry, są u państwa męskie piżamy?

– Hmm, jakieś są, proszę za mną.

c&a - męska piżama c&a 2 - męska piżama

Pomijam, że w rozmiarze tylko XL, ale te „wzory” to takie szpitalno-nijakie. W obu przypadkach dół w kolorze kupy na trawniku, a góra wygląda bardziej jak takie se bluzy niż piżama. Z podstawówki pamiętam, że identyczne można było dostać na targu za piątala.

 

Peek&Cloppenburg

– Dzień dobry, są u państwa męskie piżamy?

– Nie. Nie mamy czegoś takiego.

peek - męska piżama

 

Cropp

– Dzień dobry, są u państwa męskie piżamy?

– Piżamy?

– Tak, piżamy, najlepiej męskie.

– Nie, nie mamy piżam.

cropp - męska piżama

 

Reserved

– Dzień dobry, są u państwa męskie piżamy?

– Tak. Tu są z przeceny, a tu z nowej kolekcji.

reserved 4 - męska piżama reserved - męska piżama reserved 2 - męska piżama reserved 3 - męska piżama

Nie pamiętam, które były które, bo zasadniczo wszystko wyglądały tak samo – jak przypadkowo dobrane darmowe koszulki-reklamówki i za duże gacie. Czyli to co mam w domu za darmo i w czym nie chcę sypiać. Gdybyście się zastanawiali czemu spodenki mam przy szyi, a nie na sobie, to podaję rozwiązanie zagadki: bo góra i dół były spięte klipsem tak, by nie dało się ich przymierzyć równocześnie. Sprytne, co?

 

House

– Dzień dobry, są u państwa męskie piżamy?

– Piżamy? No nie wydaje mi się, ale może pan popatrzeć po sklepie.

– Ale to pani nie wie, czy są teraz, czy w ogóle?

– No mówię panu, że nie wydaje mi się, żeby były. Niech pan się przejdzie i zobaczy tam przy akcesoriach, jak nie będzie to nie ma.

– Aha.

Nie było.

house - męska piżama

 

Zara

– Dzień dobry, są u państwa męskie piżamy?

– Niestety nie mamy. Ale proszę popytać w innych sklepach.

zara - męska piżama

 

Jak widzicie, w sieciówkach odzieżowych jest porażka po całości i jak już się coś znajduje pod hasłem „męska piżama”, to jest to tak brzydkie, że nie warto za to płacić, a tym bardziej nosić. Panowie, jeśli znacie jakieś sklepy internetowe z ładnym męskimi piżamami, to dajcie znać, bo naprawdę mam dość sypiania w koszulce i bokserkach wyciągniętych z kosza PCK.

---> SKOMENTUJ

Pamiętam swój pierwszy wyjazd na festiwal, szukanie transportu do Hradec Kralove na ostatnią chwilę, pakowanie się 4 godziny przed odjazdem autobusu i szukanie po północy czynnego kantoru, który wymieniłby nam złotówki na korony. Po dotarciu nawet nie zastanawiałem się czego zapomniałem, bo na dobrą sprawę nawet nie wiedziałem co powinienem ze sobą wziąć. Przy drugim wypadzie na Hip-Hop Kemp z listą rzeczy niezabaranych już było znacznie łatwiej, bo po dotarciu do Katowic, skąd ruszałem z resztą ekipy do Czech, olśniło mnie, że nie wziąłem namiotu. W końcu to tylko miejsce, które przez 4 dni miało być naszym domem, każdemu mogłoby się zdarzyć o nim nie pomyśleć, co nie? Dobra, nie odpowiadajcie.

W tym roku zamierzam się wybrać na aż 4 festiwale muzyczne, w tym na pierwszy już w ten piątek, więc pomyślałem, że i Wam, i mnie, będzie łatwiej się pakować na takie wydarzenie mając listę najpotrzebniejszych rzeczy. Stąd ten konsultowany z Ministrem Rozrywki i Rekreacji, zatwierdzony przez Instytut Dnia Następnego i testowany w terenie przez ze mnie Niezbędnik Festiwalowicza.

Co powinieneś zabrać ze sobą jadąc na kilkudniową plenerową imprezę muzyczną?

0. Namiot, karimata i śpiwór – wiem, że to oczywista oczywistość, oczywistsza niż kac po zmieszaniu wódki z szampanem i paczką fajek, ale z autopsji wiem, że da się tego zapomnieć, więc na wszelki wypadek wymieniam.

1. Zapalniczka – jedno z najbardziej wielofunkcyjnych urządzeń, które przydaje się zawsze. I odpalisz nią komuś papierosa, nawiązując nową znajomość, i otworzysz piwo, i rozpalisz grilla, i nieco rozświetlisz mrok, szukając zgubionych w trawie 5 złotych, i pobujasz się pod sceną przy piosence do wczuty. Waży tyle co nic, a może uratować życie, cytując Beary’ego Gryllsa.

2. Więcej ciuchów niż zakładałeś – duże masowe imprezy, na których ludzie wpadają w hiper-euforię mają to do siebie, że często dzieje się coś, czego nie zakładałeś. Na przykład, że nad ranem, tuż przed świtem, wskakujesz w ciuchach do jeziora. Albo, gdy nagle zaczyna padać deszcz, a ziemia pod stopami zamienia się w błoto, ktoś wpada na pomysł, żeby zrobić minizawody w ślizgu na klacie i uznajesz, że to brzmi sensownie. W takich momentach naprawdę doceniasz to, że wziąłeś jeden komplet ubrań więcej, niż planowałeś.

3. Czapka/kapelusz – zabrzmię teraz jak stary dziad, ale z udarem słonecznym nie ma żartów, a cały dzień na otwartej przestrzeni bez nakrycia głowy może do tego doprowadzić.

4. Papier toaletowy – kible na polu namiotowym to nie ani toalety w Hiltonie, ani w Sheratonie, ani nawet nie w akademiku AGHu. Bywają lepsze, jak te na Audioriver, czy bezapelacyjnie najgorsze na świecie, jak te na Hip-Hop Kempie, jednak jadąc na jakąś imprezę pierwszy raz nie wiesz czego się spodziewać, więc lepiej się zabezpieczyć.

5. Buty do wywalenia – zasadniczo wszystkie ciuchy, które bierzesz na plenerowe koncerty nie powinny być Twoimi stylówkami życia z logiem krokodyla za furmankę siana, bo masz 50% pewności, że nie wrócą do domu w takim stanie w jakim wyjechały, jednak w przypadku butów tych procent masz 100. Albo Ci je ktoś udepta na śmierć, albo je zabłocisz nie do poznania, albo po prostu przechodząc po pijaku przez ogrodzenie zahaczysz o wystający pręt i zrobisz w nich dziurę. Innymi słowy, na festiwal weź takie obuwie, którego nie będzie Ci żal pożegnać raz na zawsze.

[sociallocker id=”17312″]

6. Nerka – w niczym się tak dobrze nie nosi portfela, telefonu, chusteczek i innych pierdół, które normalnie obciążają Ci kieszenie, jak w saszetce przewieszonej przez ramię. Czy tam upiętej w pasie. Ryzyko wypadnięcia w trakcie skakania pod sceną drastycznie spada.

7. Węgiel i leki przeciwbólowe – mieszanie alkoholi, żarcie po którym Chodakowska dostałaby zawału serca, słońce, brak snu i nocne funkcjonowanie na zwiększonych obrotach może doprowadzić do rozregulowania organizmu. Podstawowe leki w krytycznej sytuacji pomogą Ci doprowadzić się do porządku i nie kończyć imprezy przed czasem.

8. Bank energii – choćbyś używał telefonu tylko i wyłącznie do dzwonienia, to bateria i tak w którymś momencie Ci padnie. Zazwyczaj w najmniej oczekiwanym, na przykład gdy wróciłeś się na chwilę po coś do namiotu i miałeś się zdzwonić z resztą gdzie są. Punkt z kontaktami na polu namiotowym zazwyczaj jest oblegany bardziej niż damska toaleta w Galerii Krakowskiej, a noszenie ze sobą po mieście rozgałęźnika i proszenie się w knajpach o podładowanie bywa kłopotliwe. Na przeciętnym banku energii naładujesz telefon do pełna 3 razy i będziesz miał kłopot z głowy.

9. Prezerwatywy – jak to mawia Rocco Siffredi: „nie znasz godziny, ani doby, kiedy ktoś rozłoży nogi”. Nie namawiam do przygodnego seksu, ale lato i zew natury mają to do siebie, że czasem wygrywają z logicznym myśleniem, a w takiej sytuacji zdecydowanie lepiej mieć zabezpieczenie przed ciążą i chorobami wenerycznymi, niż nie mieć i liczyć, że tym razem może nic się nie stanie. Poza tym, prezerwatywa po nadmuchaniu całkiem nieźle sprawdza się jako poduszka.

10. Peleryna – jeszcze raz wrócimy do motywu deszczu – serio, lepiej stać pod sceną w foliowym worku przypominając Teletubisia, niż ominąć koncert ulubionego wykonawcy ze względu na tragiczna pogodę. Lub łapać zapalenie oskrzeli, gardła i zatok tkwiąc ponad godzinę w ciuchach mokrych jak po wyjęciu z pralki. Może nie ma w tym swagu, ale jest komfort.

11. Zatyczki do uszu – ściany namiotu są ścianami tylko z nazwy i jeśli, tak jak ja, masz ultra płytki sen, znienawidzisz je za to. Za to pokochasz różowe, plastelino-podobne zatyczki za to, że tłumią echa basu i krzyki najtwardszych weteranów cisnących z melanżem do bladego świtu i piski ich koleżanek. Bez nich nie przetrwałbym ani jednej nocy na polu.

To tyle z mojej listy najpotrzebniejszych rzeczy, które są podstawą przetrwania festiwalu. Jeśli uważasz, że ten spis należy poszerzyć i uzupełnić o jakieś gadżety, to śmiało, komentarze są Twoje.

[/sociallocker]

---> SKOMENTUJ