Close
Close

Co niemądrego można napisać, gdy umiera znana osoba?

Skip to entry content

We wtorek zmarł Jan Kulczyk – biznesmen, najbogatszy Polak z majątkiem szacowanym na ponad 15 miliardów złotych. Zmarł w wieku 65 lat w wyniku komplikacji po drobnym zabiegu kardiologicznym. Tyle, informacja do podania w 2 zdaniach. Grupa naTemat jednak nie byłaby sobą, gdyby nie wycisnęła więcej z tak nośnego tematu, bo przecież śmierć to najbardziej klikalna sensacja, więc grzechem było z tego nie skorzystać. I tak mamy przekrój „artykułów”, od mniej znanych faktów z życia przedsiębiorcy, po sztuczne tworzenie afery związanej z teoriami spiskowymi dotyczącymi jego zgonu.

Między jednym praktykantem, a drugim darmowym stażystą, trafia nam się Gosia Ohme – psycholożka i psychoterapeutka dziecięca oraz rodzinna – jak czytamy w jej zakładce „o sobie”. Gosia, jak przystało na pseudo-specjalistę z zakresu psychologii w serwisie dla kobiet, tworzy wybitnie niedorzeczny i wypchany klozetowymi mądrościami tekst „Śmierć Jana Kulczyka przypomina o tym, by ŻYĆ”.

śmierć Jana Kulczyka w natemat

Nie frustruj tym, czego nie udało Ci się osiągnąć. Policz raczej marzenia, które udało się spełnić. I ciesz się życiem, które nadal trwa. Choć nie wiesz, jak długo jeszcze.

Takie myśli, które pojawiają się, gdy umiera ktoś taki jak Jan Kulczyk.

Zawsze dziwię się ludziom, którzy zaczynają doceniać swoje życie i to, że są na tym świecie dopiero, gdy umiera ktoś znany. Codziennie umierają tysiące ludzi i jakoś ich to nie rusza, nawet na tyle, żeby przystanąć przy nekrologu i doczytać nazwisko do końca.  Gdy odchodzi ktoś bliski z kim mieliśmy wspólne przeżycia, wspomnienia i był częścią nas, to zrozumiałe, że reflektujemy się nad tym co mamy i kim jesteśmy, ale w przypadku zgonu niedostępnego dla nas celebryty? To dziwne. Zwłaszcza, że Kulczyk nie był Ryśkiem Riedelem, żeby znał go każdy nastolatek.

Wielka postać polskiej sceny biznesu. Fajny człowiek. Ojciec. Dziadek. Czyjś partner. Ktoś, kto jeszcze chwilę wcześniej planował swoje życie na miesiące do przodu. Ktoś, kto nam zwykłym ludziom, wydaje się być równym partnerem, by negocjować z Panem Bogiem.

Chyba nie jestem zwykłym człowiekiem, albo nie trafiłem w dzieciństwie do tej samej sekty, co autorka tekstu, bo mimo mojej sympatii do pana Kulczyka, nie postrzegałem go jako bytu równego bogu. Nawet, gdyby ten ostatni istniał.

Odchodzą jak my, pełni pokory wobec śmierci, która zabiera nas wszystkich, bez wyjątku

W pierszwej chwili pomyślałem, że Gosia dotarła do jakichś tajnych informacji z zapiskami z ostatnich chwil życia biznesmena. Nie pisałaby przecież, że odszedł pełny pokory wobec śmierci, gdyby nie była tego pewna, prawda? W drugim momencie przypomniałem sobie, że to przecież tekst z Grupy naTemat, więc przedsiębiorca równie dobrze mógł w ostatnich słowach złorzeczyć przeciwko całemu światu, a i tak „dziennikarka” napisałaby to co jej pasuje pod tezę.

Są ludzie, których – myślisz – to nie dotyczy. Żyją w tak innej niż Twoja rzeczywistości, że tam muszą być magiczne sposoby, by zatrzymać cierpienie, ból, a już na pewno odroczyć śmierć na nieskończenie długo. W naszych oczach ich wielkość przekłada się na siłę życia. Oni, znani, bogaci i sławni, powinni odchodzić ostatni.

Czuję trochę zmieszanie, a trochę zażenowanie, że ktoś, kto tytułuje się psychologiem wmawia mi, że według mnie znani i lubiani „powinni odchodzić ostatni”. Otóż droga Ohme, według mnie ostatnia powinna odejść moja mama, żona lub córka, a nie obca mi osoba z kolorowej gazety. Magiczny sposób na zatrzymanie cierpienia i odroczenie śmierci powinien być zarezerwowany dla moich bliskich, a nie nieznajomych z telewizora i nie wiem jak spaczonym trzeba być, żeby sądzić inaczej.

Obserwujemy ich świat jak zafascynowane dzieci, które wierzą w istnienie bajek. I nagle to wszystko pryska. Bohaterowie znikają, a my pytamy „Jak to możliwe?”. No rozumiem mój sąsiad z czwartego piętra, który miał udar czy przyjaciółka mojej mamy, którą wykończył rak, ale on?

Kontynuacja poprzedniego wątku i dalsza eskalacja zaburzeń autorki. Chciałbym wierzyć, że to tylko kwestia niedojrzałości,  ale sugerowanie, że śmierć należy się bardziej przyjaciółce mamy, niż komuś innemu, dlatego że był znany z mediów, wskazuje na poważniejszy problem.

Przecież wielcy ludzie powinni znaleźć sposób, aby oszukać śmierć. I nagle uświadamiasz sobie, że śmierć jest wszechmocna. Ostateczna. Jest końcem.

To uświadamiają sobie dzieci w podstawówce, gdy umiera babcia albo dziadek, ale najwyraźniej autorka jest tak oderwana od rzeczywistości, że dopiero śmierć celebryty robi na niej jakiekolwiek wrażenie.

Śmierć Jana Kulczyka w psychologicznym sensie jest ważna dla nas wszystkich.

Bełkot. Śmierć Jana Kulczyka w psychologicznym sensie jest nieistotna dla nas wszystkich. Ważna jest tylko dla jego rodziny. Dla nas może być znacząca z ekonomicznego punktu widzenia, bo miał wpływ na wiele inwestycji dokonujących się w Polsce, ale przeciętny Kowalski nie ma o tym pojęcia.

Poza zwyczajnym empatycznym przeżywaniem, dotyka naszych lęków, przywraca pokorę, umniejsza Istnienie do fizycznego bytu, który poddawany jest nieustającym czynnikom losowym.

Bełkot. Emaptyczne przeżywanie kończy się na dojechaniu do kropki na końcu zdania, a przywracanie pokory to jakiś kolejny niezrozumiały montypythonowski żart.

I przywraca nam, może znów tylko na chwilę, pęd do życia, ten Bergsonowski „elan vital”, który zapewnia człowiekowi jako jedynej istocie poczucie istnienia ciągłości w czasie i przestrzeni.

Boże, co za bełkot! To zdanie jest tak złe, że nawet nie mam jak się do niego odnieść. Ja wiem, że wymienianie nazwisk francuskich filozofów jest jedną z porad w książce „Zostań specjalistą psychologii w kwadrans”, ale warto to jednak robić z sensem.

To tak, gdybyście się zastanawiali, co niemądrego można napisać, gdy umiera znana osoba.

(niżej jest kolejny tekst)

45
Dodaj komentarz

avatar
24 Comment threads
21 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
31 Comment authors
Shopping QueenMonikaAlice - Degrengolada MoralnapracowniakrakowNatalia Kaszuba Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ewelina Sz. | Mamspired
Gość

Kazdego czlowieka szkoda. Kazdy zasluguje na dlugie zycie. Mysle jednak ze Pan odszedl w wieku, w ktorym mozna sie juz tego spodziewac, bo cialo i narzady zaczynaja szwankowac. Oczywiscie wspolczuje rodzinie. I jak zobaczylam tylko naglowek od Ohme to nawet nie czytalam juz tekstu i widze ze dobrze zrobilam.

Piotrek
Gość

Mnie jeszcze dziwi jedna rzecz. Wszystkie sentencje na temat docenienia życia. Wszystkie durne wzdychania, które mówią o tym, że miał tyle kasy i co? i umarł. Więc po co mu to wszystko? ludzie zapominają o tym, że ten Pan przeżył 65 lat na takim poziomie życia, o którym większość z nas może tylko pomarzyć. A tak w ogóle 65 to nie 20.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

…ten proces ozłacania świeżego pomnika… Ponieważ psycholog ze mnie mniej więcej tak dobry jak z pani Ohme, to też se wymyślę na to nazwę – syndrom pośmiertnego hołubienia Michaela Jacksona. W niejakim abstrahowaniu od samego tekstu zauważam bowiem, że od przeglądania tekstów w prasie popularnej zbiera mię na rziganie. Taki z niego geniusz, wizjoner i wróż – cały biznes wymyślił, wyśnił w nocy i wysiedział na tronie. Filantrop, taki mądry, dobry i uczesany, ubrany najlepiej i taki rodzinny. Mecenas sztuki i w ogóle na pewno mielone też pewnie robił najlepsze. O tym, jak sie na niego rzygało w związku z… Czytaj więcej »

Wojciech
Gość
Wojciech

Santo Subito!

Ania Regiec
Gość
Ania Regiec

Nie ma to większego znaczenia.. Ale zalogowałam się tylko dlatego, by powiedziec, ze Twój komentarz to ogień! Dokładnie to samo pomyślałam!! :)

Jan Favre
Gość

Nie będę teraz dociekać, czy zarzuty, które stawiono Kulczykowi były zgodne z prawdą, czy nie, ale też zupełnie nie rozumiem tego wybielania człowieka po śmierci. Tak jakby fakt, że nie żyje z automatu wygładzał wszystkie rysy w jego życiorysie.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Ja też nie – nie o to chodzi, żeby go teraz rozliczać. Wziął i umarł, za późno na dochodzenie Ale ta obłuda sprawia, że po prostu ziemniaki mi gniją w piwnicy.

Anna “Świat Według Kobiet” Blo
Gość

A teraz troszkę na wesoło choć o śmierci gadamy..
Gościu miał kasy jak król więc może bardziej jemu niż Kaczyńskiemu ten Wawel się należy

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Głupio tak teraz wypowiadać lokatorom umowę.To jednak użytkowanie…wieczyste?

Anna “Świat Według Kobiet” Blo
Gość

Nie ma co dociekać…..ale rolnikiem, co to koniem pole orał od świtu do zachodu słońca też nie był. Ale przypomnijmy sobie gdzie pochowano Kaczyńskiego i co mówiono po jego śmierci i to naród, ludzie mówili. Za życia, że taki i siaki ,a po śmierci między królami go położyli…..płakali i w kolejce długiej stali, by kwiatki położyć..

Maja Sieńkowska
Gość

Myślę, że to nieudana poezja.

Marysia
Gość

Dobra farsa na dzień dobry! Dzięki! :)

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Czy można mieć pretensje do kasjera że zachowuje się jak robot?

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Tim Robinson
autorem zdjęcia jest Tim Robinson

Jakiś czas temu wrzuciłem na fanpage dialog, który miał miejsce między sąsiadem z mojego bloku, a kasjerem na stacji benzynowej po drugiej stronie ulicy, która jest połączona z mini-dyskontem spożywczym. W skrócie chodziło o to, że sąsiad kupował tylko i wyłącznie te same co zwykle produkty spożywcze, a kasjer mimo to, jak zwykle, zamęczał go formułkami tak zwanego marketingu bezpośredniego. Czyli oferował dołączenie do programu lojalnościowego, później hot-doga i kawę, a na końcu jakieś czekoladki w promocyjnej cenie. Sąsiad się zirytował, bo jest częstym klient stacji/sklepu i za każdym razem odpowiada tak samo na te same pytania, i zwerbalizował swoje poddenerwowanie.

Część czytelników mu przyklasnęła, deklarując, że też doprowadza ich do szału nachalne wciskanie jakiegoś przecenionego badziewia, a część oburzyła się, broniąc kasjera argumentem, że on tak musi, bo tak ma w skrypcie. Na pierwszy rzut oka racje obu stron wydają się sensowne i uzasadnione, więc rodzi się pytanie postawione w nagłówku: czy można mieć pretensje do pracowników sklepu, że działają jak zaprogramowane automaty?

W wypowiedziach osób broniących sprzedawców zachowujących się w ten sposób – czyli ciągle oferujących tym samym klientom te same dodatki, mimo ich zdecydowanych odmów przy poprzednich propozycjach – motywem przewodnim jest argument, że takie działanie jest im narzucone odgórnie i że oni muszą tak robić. Bo a nuż, okaże się, że to tajemniczy klient, który przyszedł sprawdzić pracownika i zaznaczy w kwestionariuszu przesyłanym do centrali, że kasjer nie stosuje się do procedur, przez co obetną mu premię. W związku z czym, pracownik sklepu musi w kółko klepać te same formułki, w trosce o własne dobro i o to, żeby hajs się zgadzał.

Tylko tu pojawia się pytanie, czy nadrzędnym zadaniem pracownika jest dbaniem o własną pensję?

Ja rozumiem, że praca na stacji paliw to nie wolontariat i jest się tam z dość konkretnego powodu – dla pieniędzy. Jest to dla mnie jasne jak cera albinosa. Jednak pod uwagę trzeba wziąć też inną kwestię – po co ten ktoś na tej stacji paliw został zatrudniony? Raczej nie po to, żeby być bezmózgim Yeti bez możliwości logicznego rozumowania, kojarzenia faktów i podejmowania decyzji. Gdyby tak było, faktycznie wszędzie byłyby roboty zaprogramowane na wykonywanie tylko i wyłącznie ściśle określonych czynności. Albo małpy, które podobno można nauczyć wszystkiego. Jendak wciąż są tam ludzie po to, żeby reagowali, gdy pojawią się nieprzewidziane sytuacje.

Powtórzę jeszcze raz – obsługą w większości miejsc wciąż są ludzie, a nie automaty, po to, aby modyfikowali swoje działania, gdy coś dzieje się inaczej niż to zaplanowano w scenariuszu.

I taką właśnie sytuacją jest klient, który pojawia się w danym miejscu regularnie, przychodząc po ściśle określone produkty i już wielokrotnie kategorycznie odmówił propozycji założenia karty na punkty i hot-doga i kawy. W związku z tym, pracownik sklepu będący człowiekiem, czyli zgodnie ze stanem dzisiejszej nauki będący istotą myślącą, po uwadze klienta, że, tak jak zwykle, chce tylko i wyłącznie zapłacić za to co ma w koszyku, powinien zakodować, że setna próba nachalnego akwizytorstwa może go tylko wkurwiać. I sprawić, że już więcej nie pojawi się w tym miejscu, tylko wybierze konkurencyjny punkt, w którym obsłużą go jednostki zdolne do przetwarzania informacji odbieranych z otoczenia.

Tłumaczenie się, że „ja tak mam w skrypcie” to doprowadzenie do sytuacji jakiegoś absurdalnego impasu, gdzie ani sklep, który powinien być prokonsumencki taki nie jest, bo wprowadza uczucie dyskomfortu, ani pracownik, który powinien przyczyniać się do zwiększania zarobków sklepu, nie zwiększa ich, bo irytuje klientów odstraszając ich. Jeśli w sklepie coś nie działa, to pracownik powinien być pierwszą osobą, która to zauważa i na to reaguje, więc jeśli wciskanie dodatków przy kasie nie działa na stałych klientów, a w zasadzie powoduje odwrotny skutek od zamierzonego, to powinien przestać to robić i zgłosić to szefostwu. Bo na tyle na ile się znam na biznesie, w relacjach z klientami chodzi o to, żeby ich przyciągać, a nie wkurwiać.

Reasumując: tak, można mieć pretensje do istoty samodzielnie myślącej, że zachowuje się jak robot.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #36: Małgorzata Rozenek, nowości filmowe i moja babcia

Skip to entry content

Drugie przeglądowe zastępstwo w tym sezonie nieco spóźnione, ale nie mniej dobre niż poprzednie. Przez to, że w czwartek 18-te urodziny obchodziła Monika z Black Dresses i zawitałem do stolicy, pogratulować jej wejścia w dorosłość i sprawdzić, czy Campari łączy się z whisky i piwem, weekend zaczął mi się nieco wcześniej i intensywniej. I tempo nie spadało, aż do końca niedzieli, bo kolejne 3 dni spędziłem na Audioriver w Płocku, gdzie dane mi było posprawdzać połączenia też z kilku innych dziedzin życia. Na przykład z cudotwórstwa: co wyjdzie z połączenia niezamkniętego namiotu i oberwania chmury? Prywatny basen i darmowe pranie całego bagażu.

W związku z zaistnieniem powyższych czynników, 36 odcinek „Cotygodniowego Przeglądu Internetu” oddałem w obce ręce. Ale za to bardzo zgrabne. Gościnnie streszczenie sieciowych aktualności przygotowała dla Was Magdalena Stępień z bloga Tattwa. Jeśli lubicie klimaty podróży w głąb siebie z dużą dozą emocjonalnego ekshibicjonizmu, to u Magdy będziecie się czuli jak podczas mocnego dokumentu o autoterapii. A jeśli nawet nie jesteście sympatykami melancholijno-depresyjnych klimatów, to i tak sama forma w jakiej są podane jej przemyślenia powinna Was oczarować. Warsztat językowy na poziomie Miodek+1.

Jaki efekt dało połączenie Tattwy i CPI? Przekonajcie się empirycznie.

CPI 36

Janek ostatnio sporo się wozi. Jak nie Kielce, to Radom, nie można nadążyć, tak go nosi po świecie. Ostatnią wycieczką do Sosnowca chciał udowodnić, że posiada paszport, ale że budynki w tle niebezpiecznie przypominały Rzeszów, nikt nie uwierzył, że zapuścił się aż na rubieże Polski, gdzie ponoć zwijają asfalt po 22.00.

To mówię ja, Magda ze Śląska. To ten rejon Polski, gdzie ludzie jedzą węgiel, a w zimie zjeżdżają na sankach po hałdach. Z tym, że to ostatnie to akurat prawda. Mówią, że darcie łacha z Sosnowca w ogóle nie jest już śmieszne, ale wpadnijcie kiedyś na Śląsk, to przekonacie się, że wcale nieprawda, po prostu nie słyszeliście jeszcze tych naprawdę dobrych żartów.

Początkowy plan był taki, żeby iść  klimaty ambitne, ale ostatnio szczytem moich ambicji jest dociągnięcie do końca odcinka CSI: Miami. Wiecie, każdy ma takie guilty pleasure na jakie go stać – Janek fotografuje sobie stopy  na Instagramie, gwiazdy rocka wciągają kokainę przez studolarówki, a ja z napięciem czekam, aż Horatio Caine rzuci sucharem odcinka. Po czym zaloży okular przeciwsłoneczny, odrzuci blond czuprynę i przejdzie do meritum, czyli do rzucania wyzwania złym ludziom.

Ostatecznie stanęło więc na innym rodzaju newsów. Łapcie w dłoń michę z popcornem. Zapnijcie pasy.

Jest teraz taki dziwny trend wśród młodych ludzi, że wszyscy chcą pracować w reklamie. To pragnienie zwykle utrzymuje się do momentu, kiedy owi pasjonaci nie odkrywają, że te wszystkie balansujące na krawędzi rozpaczy branżowe żarty to wcale nie są żarty i że naprawdę tak to wygląda. Ja też się dałam nabrać. Chociaż powyższy filmik (koniecznie włączcie napisy!) rozbawił nas w pracy do łez, to jednak wewnętrznie wszyscy tego dnia trochę umarliśmy.

Porzućcie wszelką godność Wy, którzy składacie CV.


 

Małgorzata Rozenek jest niekwestionowaną królową domowego ogniska. Taka Ewa Chodakowska, tyle że ze ścierką. Nie oglądałam nigdy jej programów, bo przerosła mnie idea przedsięwzięcia, w którym grupa dorosłych kobiet tłucze się o nagrodę dla tej, która najładniej posprząta, ale po obejrzeniu tego materiału chyba zmienię zdanie. Ta krótka reklama zmieniła moje życie. Sama przecież nigdy bym na to nie wpadła. Metoda nie działa niestety na robaki pełzające, a jedynie na te fruwające i zeskakujące, ale nie wątpię, że w kolejnym odcinku Małgorzata pokaże nam, że kanapkę można także zasłonić w stylu murów obronnych. I wykopać dookoła fosę. Mucha nie siada!


 

Bujam się obecnie na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Nowe Horyzonty, więc przy okazji polecę Wam kilka filmów, które warto obejrzeć. Być może o nich słyszeliście, bo sieć już od dłuższego czasu żyje ich recenzjami i pełnymi sprzecznych komunikatów opiniami – niektóre powinny pojawić się niebawem w kinach, więc spróbuję Was przygotować na to, co nadchodzi:

„Amy” (reż Asif Kapadia, 2015). Na tej film czekają chyba wszyscy fani. Póki co, słyszałam na jego temat same pozytywne komentarze. Jak jest naprawdę? Cóż, „Amy” to solidny, porządnie zrealizowany dokument, który zapodaje sporo interesujących scen z początków kariery Amy Winehouse, z czasów jej lat nastoletnich. Jej historia jest jednak dosyć prosta i ci, którzy oczekiwali zaskoczenia, mogą się rozczarować: reżyser nienachalnie, ale wyraźnie wskazuje winnych, manipuluje środkami wyrazu (zwłaszcza muzyką), żeby naprowadzić widza na to, kogo ten powinien pociągnąć do odpowiedzialności za śmierć piosenkarki (spoiler: Amy Winehouse zmarła jakiś czas temu). Na szczęście nie jest to laurka, ale dość szczery portret i sama piosenkarka nie jest też przez Kapadię przesadnie wybielana. Fani zdecydowanie powinni obejrzeć. Pozostałym może trochę przeszkadzać tendencyjność tego obrazka. 7/10


 

Filmy z Cannes zawsze budzą sporo emocji. Wiecie, Cannes. To ta impreza, na której śliczna Weronika Załazińska z bloga Raspberry and Red rzuciła ostatnio cały świat na kolana swoją białą kreacją. Oprócz kreacji w Cannes pokazuje się też filmy. W tym roku sporo z nich przedostało się do świadomości masowej, głównie za sprawą „nowego filmu tego faceta, który nakręcił Wielkie Piękno”. Jednym z tych tytułów jest „The Lobster”, najnowszy obraz mojego ukochanego Giorgosa Lanthimosa: jeśli zetknęliście się wcześniej z grecką Nową Falą („Kieł”, „Attenberg”, „Alpy”), to wiecie, czego się spodziewać. Jeśli nie, to warto spróbować: „The Lobster” zawiera co prawda metaforę łopatą pisaną i mocno trąci banałem, ale może dzięki temu własnie (oraz dzięki anglojęzycznym aktorom) jest dalece bardziej przystępny niż „Kieł”. Przeszkadza nieco obecność Colina Farrella, który przesadnie dobrym aktorem nigdy nie był, ale jako że dobry koń i po błocie pojedzie, to dobry reżyser potrafił zrobić porządek nawet z facetem, który – mam wrażenie – nigdy nie myje włosów, tylko zmienia w nich olej. Na osłodę także Rachel Weisz, Léa Seydoux („Życie Adeli”) i John C. Reilly.  7/10


 

Aleksey Fedorchenko to moje wielkie odkrycie sprzed 2 lat. W 2013 jego film „Niebiańskie żony łąkowych Maryjczyków” rzucił na kolana nie tylko mnie, ale i jury festiwalu Nowe Horyzonty, którego przyznało Fedorchence z miejsca nagrodę główną. Nowy film reżysera bazuje na tych samych rozwiązaniach: jest mocno formalny, z pięknymi zdjęciami, operuje symbolami, ma zacięcie etnograficzne. Warto zwrócić uwagę na piękne zdjęcia i historyczny kontekst, nagromadzenie absurdu i przesady, nietypowy humor. „Anioły rewolucji” to ładna ciekawostka, która może być pierwszym krokiem do świata festiwali filmowych: chociaż na takich imprezach zawsze znajdzie się masa przegadanych, bełkotliwych potworków realizowanych przez wannabe artystów, to jednak kino niezależne ma swoje momenty i nazwiska warte polecenia. Fedorchenko jest jednym z nich. 8/10.


 

Wielka moda dla każdego! Duet Paprocki&Brzozowski projektują dla Biedry. Koce. Samo to wystarczy za dobry nagłówek. Akcja jest co prawda elementem kampanii charytatywnej promującej dołączanie do bazy dawców szpiku (polecam, zachęcam, sama jestem zarejestrowanym dawcą), ale to nie usprawiedliwia okrutnie brzydkiego designu. W informacjach prasowych pojawiły się ponadto pewne nieścisłości: chociaż sami projektanci twierdzą, że część zysków ze sprzedaży zostanie przekazana na cele dobroczynne, to mail, który dostałam od Biedry, milczy zdecydowanie na ten temat. Prawda, jak zawsze, leży pewnie gdzieś pośrodku. Uduszona poduszką.

Pomagajmy razem! <3 Poduszki i koce ze znakami zodiaku design by paprocki&brzozowski do kupienia w sklepach Biedronka….

Posted by paprocki&brzozowski on 22 lipca 2015

 

Damska stylówka tygodnia: zawsze podobają mi się rzeczy dla mnie nieosiągalne. Ketherin Kaffka jest blodynką, jest szczupła, może nosić spódnica w poziome paski i crop tops. Ja nie mogę. Ale i tak się jaram.

zdjęcie pochodzi z bloga www.kaffka.com.br
zdjęcie pochodzi z bloga www.kaffka.com.br

 

Klip tygodnia: chciałam zapodać Wam jakiś nowy fajny teledysk, ale jestem w tej kwestii strasznie wybredna, a ostatnio nic mi się nie podoba, więc postanowiłam podrzucić coś z kategorii „stare, ale jare”. To prawdopodobnie jeden z najlepszych klipów, jakie kiedykolwiek widziałam. A do tego śpiewają po katalońsku!


 

Słyszeliście, że na Węgrzech budują mur? Ano właśnie. Toczy się dyskusja o to, jakie znaczenie ma ten śmiały plan architektoniczny i jakie może pociągnąć za sobą konsekwencje. Przeczytajcie tekst Rafała Bauera, żeby zobaczyć problem z całkowicie nowej perspektywy. Samego bloga polecam wszystkim, którzy nie boją się kontrowersyjnego podejścia do polityki i kwestii gospodarczych.

Moje miasto, takie piękne. Kiedy byłam w liceum (dekadę temu), poszła fama, że w Gliwicach znaleziono dowody na pochówki wampiryczne. Wreszcie coś się działo na tym wygwizdowie. A teraz dzięki tym wampirom Śląsk będzie sławny! Wszystko za sprawą Guillermo del Toro.

Nie ma takiego miasta jak Londyn. Jest Lądek, Lądek Zdrój. Ale gdyby Londyn istniał, to byłby najlepszym miejscem na ziemi: własnie powstaje tam lokal oparty na inspiracji serialem „Miasteczko Twin Peaks”, który jest, nieprawdaż, najlepszym serialem ever. Możliwość zjedzenia tam posiłku będzie oczywiście kosztowała miliony monet, ale hej, czy to kiedykolwiek zatrzymało prawdziwego fana?

Skończyło się kłapanie paszczą w pociągu: Intercity chce wprowadzić zakaz prowadzenia głośnych rozmów podczas podróży, wzorem krajów cywilizowanych takich jak Szwajcaria. O ile nie mam z tym nigdy problemu w środkach komunikacji miejskiej, to jednak podczas długich podróży w cichym Pendolino Wiesiek rozmawiający z Cześkiem o pracy w Norwegii jest towarzyszem nieco męczącym. Zwłaszcza, jeśli zaraz po rozmowie sięga po pęto kiełbasy czosnkowej albo kabanosa. Polacy oswajają się powoli z luksusem tych pociągów i nawet to, że przy starcie z głośników popierdala Szopen, nie przeszkadza im żreć w przedziale jajek. Co zrobić, taki mamy klimat.

Fanpage tygodnia: Lisie Sprawy to fanpage robiony przez moją współlokatorkę Beatę, nieodmiennie chwyta mnie za moje wrażliwe serduszko. Jest ciepły, przyjemny, uroczy, a lisy to w internecie nowe koty. Serio, koty nie są już modne. Proste rysunki i zgrabne dialogi oraz monologi lisków są jedną z tych rzeczy, na które na Facebooku naprawdę czekam. Głównie dlatego, że nie m w nich ani grama pretensjonalnego bełkotu – tego ostatniego zdecydowanie unikam. Gdybym chciała z nim obcować, czytałabym własnego bloga. Polecam przygody lisków z Lisiego Królestwa!

Nie wszystkie rozstania są złe, czasem po prostu odchodzisz i zostajesz Królem. ;) (Rysunek inspirowany jest, oczywiście, pomysłem jednego z naszych Lisich Pasjonatów!)

Posted by Lisie Sprawy on 25 marca 2015

 

Na koniec dwa teksty na które warto wpaść do mnie: „Wszystko o mojej babci” – do napisania tego tekstu zbierałam się prawie rok. W końcu powstał – to jeden z tych najbardziej osobistych i bolesnych. „Bzdury” – byłam przeziębiona i jak zwykle zażyłam tabsę z pseudoefedryną. W efekcie wylał się ten tekst.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!