Close
Close

7 typów imprezowiczów, których spotkasz na festiwalach

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Crunchips

W zeszłym miesiącu dotarły do mnie szokujące dane. Amerykańscy naukowcy w kooperacji z Wróżbitą Maciejem ujawnili wyniki badań, z których jednoznacznie wynika, że w okresie między końcem czerwca, a początkiem września odbywa się najwięcej imprez. Spodziewaliście się? Ja też nie, dlatego razem z Crunchipsami postanowiliśmy zgłębić te informacje i przyjrzeć się bliżej uczestnikom tych wydarzeń. Wyposażony zarówno w grubo, jak i cienko siekane czipsy, ruszyłem tropem gromady młodych ludzi ze zwiększonym poziomem endorfin i wylądowałem na masowych imprezach plenerowych.

W trakcie kilkudniowego śledztwa połączonego ze zbieraniem materiału dowodowego, utrzymywaniem równowagi pod sceną i pracą w laboratorium, udało mi się wyodrębnić i scharakteryzować 7 typów imprezowiczów, których można spotkać na festiwalach.

 

Nieśmiertelny

6 typów imprezowiczów, których spotkasz na festiwalach

Czy słońce, czy deszcz, czy 17, czy 5 nad ranem, czy to pierwszy dzień imprezy czy ostatni, on ciśnie z melanżem po oporach jakby miał na drugie Łazarz i kartę rabatową na wskrzeszanie. Pierwszy zaczyna, ostatni kończy i zawsze jest mu mało. To ten gość, który rzuca groźby karalne do didżeja, gdy przestaje grać, bo organizatorzy wyłączyli prąd po wschodzie słońca. Nie ma znaczenia, czy jest po całodziennej podróży, całonocnej libacji, czy całożyciowym tyraniu na dwa etaty, kocioł pod sceną sam się nie zrobi!

 

Weteran

5 typów imprezowiczów, których spotkasz na festiwalach

Rozbija swój płócienny domek jako jeden z pierwszych, otacza z pół hektara dookoła siebie policyjną taśmą i rezerwuje miejscówę dla reszty ekipy. Był na tym festiwalu już w 1410, gdy nazywał się zupełnie inaczej niż teraz i wiedziała o nim tylko turbo-kumata wiara czytająca ręcznie zszywane ziny odbijane na czarno-białym ksero. Nie ekscytuje się żadnym z koncertów, bo żaden i tak nie będzie się równać z tymi sprzed 45 lat. To nic, że wtedy zespoły grały na mikrofonach od Skype pod wiatą z foliowych reklamówek. Przynajmniej był klimat.

Oprócz tego, że zna organizatora lepiej niż własną matkę, po kierunku i sile wiatru powie Ci, w którym toitoiu nie wpakujesz się na minę.

 

Sęp

1 typów imprezowiczów, których spotkasz na festiwalach

Przyjechał na stopa. Lub na gapę. Bez namiotu. Bez karimaty. Bez śpiwora. Bez prowiantu. Bez kasy. I bez chęci oddania sumy, na którą się u Ciebie zapożycza. Każde zdanie zaczyna od magicznego trzyliterowca „daj”. W okolicach piątego „daj łyczka” lub trzeciego „daj gryza”, gotuje się w Tobie anagram tego czasownika – „jad”.

Fotoreporter

4 typów imprezowiczów, których spotkasz na festiwalach

Przyspawany do Snapchata, Periscope i Instagrama. Jeśli nie ma Cię z nim na jakimś koncercie, to otrzyj łzy zazdrości, specjalnie dla Ciebie prowadzi relację na żywo z tego wydarzenia. Przed spaniem modli się o zgarnięcie nagrody World Press Photo za samojebki na tle sceny albo chociaż kontrakt od Polsatu na paradokument z jego snapami.

 

Przebieraniec

3 typów imprezowiczów, których spotkasz na festiwalach

Pozytywny wariat nie ufający plotkom. Śmiga w 40-stopniowym upale w przenośnej saunie, bo cały czas czeka na oficjalne ogłoszenie zakończenia Haloween.

 

Psychofan

2 typów imprezowiczów, których spotkasz na festiwalach

Odkąd usłyszał „Na szczycie” Grubsona, wytatuował sobie „oryginal rudboj stajl” na przedramieniu i jeździ za nim po całym powiecie. Ma koszulkę z jego podobizną, zaczeskę w tę samą stronę, „Naprawimy to” na dzwonku, rastafariańskie frotki na obu nadgarstkach, naszyjnik z aluminiowych liści gandży i myśli o przeprowadzce do Rybnika. Skanduje jego imię od trzech suportów wstecz, stojąc w pierwszym rzędzie z metrowym transparentem „GRUPSĄ NAJLEPRZY!!!” i skręcanym fajkiem przypominającym blanta. Wszystkie zwrotki jedzie równo z wykonawcą, co ratuje sytuację przy słabym nagłośnieniu.

 

Tylko-dopiję-piwko

0 typów imprezowiczów, których spotkasz na festiwalach

Znany również jako Strażnik Namiotowego Ogniska lub Człowiek Korzeń ze względu na swoją niechęć do opuszczania obozowiska ze składanymi wigwamami.

 – Dawaj, rozkładamy namiot.

– Moment, tylko dopiję piwko.

– Chodź, pójdziemy coś wszamać.

– Zaraz, tylko dopiję piwko.

– Przejdziesz się ze mną po fajki?

– Chwila, tylko dopiję piwko.

– Ej, zaczynają już grać, idziemy pod scenę!

– Już, już, tylko dopiję piwko.

– Idziemy po piwko?

– Spoko, tylko dopiję piwko.

Którego z nich spotkaliście ostatnio?

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Bajki wszech czasów (idealne na chorobę)

Skip to entry content

5 bajek wszechczasów

Dawno, dawno temu, jeszcze zanim centra handlowe zaczęto nazywać galeriami, mówiłem Wam, że lubię bajki, że to rozrywka nie tylko dla dzieci i że wiele z nich ogląda się po stokroć lepiej niż „normalne” filmy. Zwłaszcza niż te polskie. Mimo, że nienawidzę chorować i dopóki nie mam gorączki i nie ścina mnie z nóg, udaję, że nic mi nie jest, to w piątek rozłożyło jak pionki na szachownicy – bo, kurwa, nie ma to jak dostać anginy w środku lata – i ostatnie 3 doby spędziłem przykuty do łóżka. Oglądając nieśmiertelne animowane klasyki. Dlatego pomyślałem, że podzielę się z Wami moimi bajkami wszech czasów. Dobrymi na każdą chorobę, łącznie z tą, przy której ten dzyndzelek na środku gardła puchnie Wam do takich rozmiarów, że w połowie leży na języku. Bardzo nieprzyjemne.

Wracając do rzeczy przyjemnych i miłych, oto moja piątka ponadczasowych filmów animowanych.

 

Pinokio

Pierwsza bajka jaką widziałem w życiu. Miałem chyba z 6 albo 7 lat, kiedy ciocia przywiozła mi ją z Włoch, gdzie był swobodnym dostęp do takich cudów techniki, jak kaseta VHS. Mimo, że nie znałem ani słowa po włosku, to zupełnie nie było mi to potrzebne do zrozumienia dramatu Pinokia i Dżepetto. Jakkolwiek to brzmi w przypadku opisywania animacji z 1940, to wystarczyła mi mimika i mowa ciała rysunkowych postaci, żeby wiedzieć co się dzieje na ekranie. I przeżywać tragedię chłopca z drewna równie mocno, jakby to był dokument. Szczerze mówiąc, ta bajka ma tak silny przekaz, że oglądając ją nawet dzisiaj chce mi się płakać. Choć może to skutek uboczny leków przeciwbólowych.

 

Jak wytresować smoka?

Tytuł z gatunku nowożytnych, zrealizowany przez osoby odpowiedzialne za „Shreka”, „Madagaskar” i „Kung-Fu Pandę”. Tematy wikingów i smoków zawsze były mi odległe i podchodziłem do nich z dużą dozą rezerwy, dlatego nie śpieszyło mi się do tej pozycji. Niesłusznie. Poza tym, że jest tu więcej i to zdecydowanie dużo lepiej podanej akcji niż w „Szybkich i wściekłych”, a humor przebija każdą polską komedię po „Poranku kojota”, to główny motyw, na którym oparta jest opowieść, można alegorycznie odnieść do dziesiątek problemów naszego społeczeństwa. Nie bez znaczenia jest też fakt, że to jedna z nielicznych bajek, gdzie główny bohater ponosi obrażenia ciała, których nie da się w wyleczyć w cudowny sposób.

 

Trylogia Toy Stroy

Celowo piszę, że trylogia, bo to jedyny przykład na to, że kontynuacja nie musi być gorsza od pierwowzoru. „Zabawkowej Opowieści” udało się to, na czym polegli twórcy „Shreka” – nie dość, że wszystkie 3 części trzymają trzymają alpinistyczny poziom, nie dość, że są zrozumiałe jako pojedyncze byty, nie dość, że składają się w spójną całość, to bawią równie mocno dzieci, co dorosłych, bez bazowania na wulgarności i wplatania w dialogi bieżących trendów. Ta seria, to po prostu pieprzony arcy-mistrz! Nie znam człowieka, który miałby jej coś do zarzucenia.

 

The Transformers: The Movie

Byłem dość nietypowym chłopcem, bo w dzieciństwie totalnie, ale to kompletnie i absolutnie, nie interesowałem ani piłką nożną, ani samochodami. I tak mi zostało do dziś. Jedynymi dwoma wyjątkami był świętej pamięci „Tsubasa” i właśnie Transformersy, czyli roboty-samochody. Zasadniczo w dzieciństwie miałem świra na punkcie robotów i gdy tylko w osiedlowej wypożyczalni kaset pojawiał się jakiś tytuł z przerośniętą sokowirówką na okładce, wierciłem mamie dziurę w brzuchu, dopóki mi go nie wypożyczyła. Pierwszym filmem z tego gatunku była właśnie ta bajka, która po latach okazała się genialnym półtoragodzinnym teledyskiem z świetną rockową ścieżką dźwiękową. Jako dzieciak jakoś nie wyłapałem, że tam jest tyle tej muzyki.

 

Król Lew

Każdy to widział przynajmniej raz, wie o czym jest, zna na pamięć zakończenie i pisał „hakuna matata” na ławkach w podstawówce. I właśnie dlatego to zestawienia nie mogłoby się obyć bez „Króla Lwa”.

Mam nadzieję, że ta złota piątka osłodzi Wam znoje choroby równie skutecznie, co mnie.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #38: pierwszy raz w więzieniu, zakonnik i podryw, „Orki z Majorki”

Skip to entry content

pierwszy raz w więzieniu, zakonnik i podryw, Orki z Majorki

Jak jestem ciepłolubny i nienawidzę zimy, tak aktualne temperatury zbliżają się do granicy mojej wytrzymałości. Nie żebym był z tych, którym nigdy nie można dogodzić i zawsze znajdą sobie powód do narzekania, ale jak czuję, że powieka przylepia mi się do oczodołu od mrugania, to chyba jednak to nie jest to. Dlatego w dzisiejszym odcinku CPI kilka chłodniejszych tematów.

Pierwszy raz w więzieniu: tekst nieco starszy, niż z zeszłego tygodnia, ale na tyle istotny, że musiałem go Wam podrzucić. Czyta się jak genialną powieść sensacyjną, tyle, że to autentyczne wspomnienia. Mocna rzecz.

Ludzie Woodstocku: piękne zdjęcia oryginalnych uczestników tegorocznej edycji festiwalu w Kostrzynie nad Odrą. Nieźle oddają atmosferę imprezy i robią wrażenie.

Punkt widzenia: zależy od miejsca siedzenia, jak to mawiała moja nauczycielka fizyki w liceum i ten tekst bardzo zgrabnie udowadnia, że faktycznie tak jest, a każdy rozpad związku ma 2 strony.

Twoja ksywka na cycach albo tyłku: za 3 dyszki możesz umieścić dowolny napis na ciele supersztuki i dostać jego zdjęcie wraz z linkiem, do pochwalenia się na Fejsie. Brzmi jak genialny pomysł na biznes, co?

5 rzeczy, które warto wrzucić do plecaka: bo mogą okazać się przydatne w trakcie dłuższej wędrówki po górach. Niby oczywiste, a jednak bym o nich nie pomyślał.

Wielki dmuchany minionek przyleciał z wesołego miasteczka i zablokował drogę: nie jest to jakoś specjalnie istotna informacja, a w zasadzie w ogóle, ale nagłówek brzmi na tyle śmiesznie, że mam nadzieję, że poprawi Ci humor.

Co się stanie, gdy w Brazylii zaparkujesz na miejscu dla niepełnosprawnych? Zrobią Ci pranka jak to się teraz modnie mówi. Całkiem śmiesznego i dającego nauczkę na przyszłość.

What happens if you park in a disabled spot in Brazil… :D

Posted by Pirate FM on 9 lipca 2015

 

Czy spot o dopalaczach musi być gówniany? Mimo tego co sugerowały materiały wypuszczone przez GIS, odpowiedź brzmi: nie. Ten jest bardzo dobry.


 

Zakonnik opowiada o podrywie: nie dość, że radzi sobie z vlogowaniem lepiej niż większość początkujących youtuberów, to jeszcze mówi sensowne, merytoryczne rzeczy. Szacuneczek ojcze i czekam na kolejne odcinki!


 

Dziadeczek czesze triki na desce jak Tony Hawk: chciałbym zobaczyć ten żart na własne oczy, bo rozdziawione usta gapiów musiały być przepięknym widokiem.

Genial: Profiskater Danny León verkleidet sich als 80-jähriger und verblüfft Jugendliche am Skateplatz! Das ganze Video: http://goo.gl/Lr6Vve

Posted by vbuzz.at on 10 lipca 2015

 

Damska stylówka tygodnia: Jak to mówiła Marylin Monroe: „najlepszy makijaż dla kobiety to duże okulary przeciwsłoneczne” i tu się to sprawdza. Ania z Fashionable w nich i w prostej malinowej sukience ze szminką i lakierem na paznokciach pod kolor wygląda prześlicznie.

zdjęcie pochodzi z bloga fashionable.com.pl
zdjęcie pochodzi z bloga fashionable.com.pl

 

Męska stylówka tygodnia: powycierane spodnie to jednak nie mój styl, ale bluza w popcorn jest świetna! Ktoś wie gdzie dostać taką górę od dresu jak ma gość z Rebel Fashion Style?

zdjęcie pochodzi z bloga rebelfashionstyle.blogspot.com
zdjęcie pochodzi z bloga rebelfashionstyle.blogspot.com

 

Klip tygodnia: weź turbo poetycki tekst „orki z Majorki, orki z Poznania i ze Stalowej Woli, pan bóg stworzył walenie i bawi się z nimi, kiedy się goli” z poszóstnym dnem, dodaj muzyczny szlagier z lat 90-tych, zobrazuj to kiczowatymi wstawkami na blueboxie, które wtedy były w każdym teledysku, i masz murowany wakacyjny hit!


 

Fanpage tygodnia: Faktoid powinien się już dawno znaleźć w CPI, bo autor kolejnych okładek fikcyjnego tygodnika jest jedną z najzdolniejszych osób w sieci. Genialne poczucie humoru, łatwość w celnym komentowaniu bieżących wydarzeń i tabloidowe wyczucie estetyki sprawia, że w każdą środę płyną mi łzy po policzkach.

UJAWNIAMY: Tajemnicze konstrukcje (wiek różny) zaatakowały Pomorze (red. nacz. (wiek do wiadomości redakcji) wciąż pod ostrzałem sezonu ogórkowego) [Poziom sarny: wakacje]

Posted by Faktoid on 5 sierpnia 2015

 

Ogłoszenie parafialne: próbuję schładzać organizm różnymi sposobami, ale od piaskownicy wiadomo, że najlepszym są lody, które według ostatnich doniesień podobno nie tuczą. Dlatego wpadłem na chytry plan, żeby rozwinąć swoje gastronomiczne umiejętności i zrobić je samemu. Jeśli znacie jakiś prosty przepis na dobre domowe lody, to podrzućcie do komentarzy. Podejrzewam, że innym też się przyda.