Close
Close

Bajki wszech czasów (idealne na chorobę)

Skip to entry content

5 bajek wszechczasów

Dawno, dawno temu, jeszcze zanim centra handlowe zaczęto nazywać galeriami, mówiłem Wam, że lubię bajki, że to rozrywka nie tylko dla dzieci i że wiele z nich ogląda się po stokroć lepiej niż „normalne” filmy. Zwłaszcza niż te polskie. Mimo, że nienawidzę chorować i dopóki nie mam gorączki i nie ścina mnie z nóg, udaję, że nic mi nie jest, to w piątek rozłożyło jak pionki na szachownicy – bo, kurwa, nie ma to jak dostać anginy w środku lata – i ostatnie 3 doby spędziłem przykuty do łóżka. Oglądając nieśmiertelne animowane klasyki. Dlatego pomyślałem, że podzielę się z Wami moimi bajkami wszech czasów. Dobrymi na każdą chorobę, łącznie z tą, przy której ten dzyndzelek na środku gardła puchnie Wam do takich rozmiarów, że w połowie leży na języku. Bardzo nieprzyjemne.

Wracając do rzeczy przyjemnych i miłych, oto moja piątka ponadczasowych filmów animowanych.

 

Pinokio

Pierwsza bajka jaką widziałem w życiu. Miałem chyba z 6 albo 7 lat, kiedy ciocia przywiozła mi ją z Włoch, gdzie był swobodnym dostęp do takich cudów techniki, jak kaseta VHS. Mimo, że nie znałem ani słowa po włosku, to zupełnie nie było mi to potrzebne do zrozumienia dramatu Pinokia i Dżepetto. Jakkolwiek to brzmi w przypadku opisywania animacji z 1940, to wystarczyła mi mimika i mowa ciała rysunkowych postaci, żeby wiedzieć co się dzieje na ekranie. I przeżywać tragedię chłopca z drewna równie mocno, jakby to był dokument. Szczerze mówiąc, ta bajka ma tak silny przekaz, że oglądając ją nawet dzisiaj chce mi się płakać. Choć może to skutek uboczny leków przeciwbólowych.

 

Jak wytresować smoka?

Tytuł z gatunku nowożytnych, zrealizowany przez osoby odpowiedzialne za „Shreka”, „Madagaskar” i „Kung-Fu Pandę”. Tematy wikingów i smoków zawsze były mi odległe i podchodziłem do nich z dużą dozą rezerwy, dlatego nie śpieszyło mi się do tej pozycji. Niesłusznie. Poza tym, że jest tu więcej i to zdecydowanie dużo lepiej podanej akcji niż w „Szybkich i wściekłych”, a humor przebija każdą polską komedię po „Poranku kojota”, to główny motyw, na którym oparta jest opowieść, można alegorycznie odnieść do dziesiątek problemów naszego społeczeństwa. Nie bez znaczenia jest też fakt, że to jedna z nielicznych bajek, gdzie główny bohater ponosi obrażenia ciała, których nie da się w wyleczyć w cudowny sposób.

 

Trylogia Toy Stroy

Celowo piszę, że trylogia, bo to jedyny przykład na to, że kontynuacja nie musi być gorsza od pierwowzoru. „Zabawkowej Opowieści” udało się to, na czym polegli twórcy „Shreka” – nie dość, że wszystkie 3 części trzymają trzymają alpinistyczny poziom, nie dość, że są zrozumiałe jako pojedyncze byty, nie dość, że składają się w spójną całość, to bawią równie mocno dzieci, co dorosłych, bez bazowania na wulgarności i wplatania w dialogi bieżących trendów. Ta seria, to po prostu pieprzony arcy-mistrz! Nie znam człowieka, który miałby jej coś do zarzucenia.

 

The Transformers: The Movie

Byłem dość nietypowym chłopcem, bo w dzieciństwie totalnie, ale to kompletnie i absolutnie, nie interesowałem ani piłką nożną, ani samochodami. I tak mi zostało do dziś. Jedynymi dwoma wyjątkami był świętej pamięci „Tsubasa” i właśnie Transformersy, czyli roboty-samochody. Zasadniczo w dzieciństwie miałem świra na punkcie robotów i gdy tylko w osiedlowej wypożyczalni kaset pojawiał się jakiś tytuł z przerośniętą sokowirówką na okładce, wierciłem mamie dziurę w brzuchu, dopóki mi go nie wypożyczyła. Pierwszym filmem z tego gatunku była właśnie ta bajka, która po latach okazała się genialnym półtoragodzinnym teledyskiem z świetną rockową ścieżką dźwiękową. Jako dzieciak jakoś nie wyłapałem, że tam jest tyle tej muzyki.

 

Król Lew

Każdy to widział przynajmniej raz, wie o czym jest, zna na pamięć zakończenie i pisał „hakuna matata” na ławkach w podstawówce. I właśnie dlatego to zestawienia nie mogłoby się obyć bez „Króla Lwa”.

Mam nadzieję, że ta złota piątka osłodzi Wam znoje choroby równie skutecznie, co mnie.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #38: pierwszy raz w więzieniu, zakonnik i podryw, „Orki z Majorki”

Skip to entry content

pierwszy raz w więzieniu, zakonnik i podryw, Orki z Majorki

Jak jestem ciepłolubny i nienawidzę zimy, tak aktualne temperatury zbliżają się do granicy mojej wytrzymałości. Nie żebym był z tych, którym nigdy nie można dogodzić i zawsze znajdą sobie powód do narzekania, ale jak czuję, że powieka przylepia mi się do oczodołu od mrugania, to chyba jednak to nie jest to. Dlatego w dzisiejszym odcinku CPI kilka chłodniejszych tematów.

Pierwszy raz w więzieniu: tekst nieco starszy, niż z zeszłego tygodnia, ale na tyle istotny, że musiałem go Wam podrzucić. Czyta się jak genialną powieść sensacyjną, tyle, że to autentyczne wspomnienia. Mocna rzecz.

Ludzie Woodstocku: piękne zdjęcia oryginalnych uczestników tegorocznej edycji festiwalu w Kostrzynie nad Odrą. Nieźle oddają atmosferę imprezy i robią wrażenie.

Punkt widzenia: zależy od miejsca siedzenia, jak to mawiała moja nauczycielka fizyki w liceum i ten tekst bardzo zgrabnie udowadnia, że faktycznie tak jest, a każdy rozpad związku ma 2 strony.

Twoja ksywka na cycach albo tyłku: za 3 dyszki możesz umieścić dowolny napis na ciele supersztuki i dostać jego zdjęcie wraz z linkiem, do pochwalenia się na Fejsie. Brzmi jak genialny pomysł na biznes, co?

5 rzeczy, które warto wrzucić do plecaka: bo mogą okazać się przydatne w trakcie dłuższej wędrówki po górach. Niby oczywiste, a jednak bym o nich nie pomyślał.

Wielki dmuchany minionek przyleciał z wesołego miasteczka i zablokował drogę: nie jest to jakoś specjalnie istotna informacja, a w zasadzie w ogóle, ale nagłówek brzmi na tyle śmiesznie, że mam nadzieję, że poprawi Ci humor.

Co się stanie, gdy w Brazylii zaparkujesz na miejscu dla niepełnosprawnych? Zrobią Ci pranka jak to się teraz modnie mówi. Całkiem śmiesznego i dającego nauczkę na przyszłość.

What happens if you park in a disabled spot in Brazil… :D

Posted by Pirate FM on 9 lipca 2015

 

Czy spot o dopalaczach musi być gówniany? Mimo tego co sugerowały materiały wypuszczone przez GIS, odpowiedź brzmi: nie. Ten jest bardzo dobry.


 

Zakonnik opowiada o podrywie: nie dość, że radzi sobie z vlogowaniem lepiej niż większość początkujących youtuberów, to jeszcze mówi sensowne, merytoryczne rzeczy. Szacuneczek ojcze i czekam na kolejne odcinki!


 

Dziadeczek czesze triki na desce jak Tony Hawk: chciałbym zobaczyć ten żart na własne oczy, bo rozdziawione usta gapiów musiały być przepięknym widokiem.

Genial: Profiskater Danny León verkleidet sich als 80-jähriger und verblüfft Jugendliche am Skateplatz! Das ganze Video: http://goo.gl/Lr6Vve

Posted by vbuzz.at on 10 lipca 2015

 

Damska stylówka tygodnia: Jak to mówiła Marylin Monroe: „najlepszy makijaż dla kobiety to duże okulary przeciwsłoneczne” i tu się to sprawdza. Ania z Fashionable w nich i w prostej malinowej sukience ze szminką i lakierem na paznokciach pod kolor wygląda prześlicznie.

zdjęcie pochodzi z bloga fashionable.com.pl
zdjęcie pochodzi z bloga fashionable.com.pl

 

Męska stylówka tygodnia: powycierane spodnie to jednak nie mój styl, ale bluza w popcorn jest świetna! Ktoś wie gdzie dostać taką górę od dresu jak ma gość z Rebel Fashion Style?

zdjęcie pochodzi z bloga rebelfashionstyle.blogspot.com
zdjęcie pochodzi z bloga rebelfashionstyle.blogspot.com

 

Klip tygodnia: weź turbo poetycki tekst „orki z Majorki, orki z Poznania i ze Stalowej Woli, pan bóg stworzył walenie i bawi się z nimi, kiedy się goli” z poszóstnym dnem, dodaj muzyczny szlagier z lat 90-tych, zobrazuj to kiczowatymi wstawkami na blueboxie, które wtedy były w każdym teledysku, i masz murowany wakacyjny hit!


 

Fanpage tygodnia: Faktoid powinien się już dawno znaleźć w CPI, bo autor kolejnych okładek fikcyjnego tygodnika jest jedną z najzdolniejszych osób w sieci. Genialne poczucie humoru, łatwość w celnym komentowaniu bieżących wydarzeń i tabloidowe wyczucie estetyki sprawia, że w każdą środę płyną mi łzy po policzkach.

UJAWNIAMY: Tajemnicze konstrukcje (wiek różny) zaatakowały Pomorze (red. nacz. (wiek do wiadomości redakcji) wciąż pod ostrzałem sezonu ogórkowego) [Poziom sarny: wakacje]

Posted by Faktoid on 5 sierpnia 2015

 

Ogłoszenie parafialne: próbuję schładzać organizm różnymi sposobami, ale od piaskownicy wiadomo, że najlepszym są lody, które według ostatnich doniesień podobno nie tuczą. Dlatego wpadłem na chytry plan, żeby rozwinąć swoje gastronomiczne umiejętności i zrobić je samemu. Jeśli znacie jakiś prosty przepis na dobre domowe lody, to podrzućcie do komentarzy. Podejrzewam, że innym też się przyda.

Jak naprawdę jest na Przystanku Woodstock?

Skip to entry content

Gdy byłem dzieciakiem, czy tam nastolatkiem, połowa moich znajomych była punkami. A przynajmniej próbowała być, nosząc kostki i pijąc tanie wina. Sam nigdy nie byłem zainteresowany ideologią „no future”, bo od zawsze uważałem, że moja przyszłość zależy tylko ode mnie, ale, o dziwo, wyjątkowo łatwo znajdowaliśmy wspólny język. Pomijając tło wydarzeń, podczas których do tego porozumienia dochodziło, to od długowłosych znajomych słyszałem barwne jak paleta Photoshopa opowieści o Woodstocku. Że anarchia, że rebelia, że błoto, że turbolibacja, że Włochaty i hipereuforia.

Z czasem stereotypy na temat festiwalu w Kostrzynie nad Odrą, oscylujące wokół spania w krzakach, zaczęły się zderzać z zupełnie przeciwnym opiniami. Że niepowtarzalna atmosfera, że spotkania z artystami, że zróżnicowane tematycznie warsztaty, że dużo wydarzeń kulturalnych. Wrodzona tendencja do konfrontowania mitów, plotek i wyobrażeń z rzeczywistością podpowiadała, że trzeba by to sprawdzić osobiście, a nie bazować na opowieściach innych ludzi i tak po kilku latach zbierania się do tego przedsięwzięcia, w tym roku w końcu je zrealizowałem.

Jak naprawdę jest na Przystanku Woodstock?

 

Błoto, brud, syf, kiła i mogiła

przystanek woodstock 2015

To główny argument, który skutecznie odstrasza nie-punków od tej imprezy.

Otóż, o ile kurzu faktycznie jest sporo – bo trudno, żeby nie było, jeśli od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy osób jednocześnie skacze pod sceną – to błota w tym roku nie było zupełnie. Oczywiście jeśli komuś wyjątkowo zależało na wykonaniu tego zabiegu kosmetycznego, to mógł pokryć skórę mokrą ziemią wskakując do kałuży, ale nie była to pozycją konieczna do uczestniczenia w wydarzeniu. Żeby bardziej to zobrazować widziałem góra 12 osób skaczących w kałuży, przy czym żadna z nich nie była ubłocona powyżej pasa.

Jednym z haseł wstrzymującym pracę jelit jest też fraza „toitoie”. Po wszystkich opowieściach, które usłyszałem przed festiwalem o warunkach sanitarnych, spodziewałem się dosłownego zobrazowania „gównoburzy”. Z całym szacunkiem do wszystkich, którzy uważają to za apogeum niesterylności i plan zdjęciowy do kolejnej części „Ludzkiej Stonogi”, ale Wy chyba nigdy nie byliście na Hip-Hop Kempie. To co się dzieje na Woodstocku jest pachnącą łazienką przy stanie toalet w Hradec Kralove. Jeśli uważacie, że warunki na imprezie Jurka Owsiaka są skandaliczne, to gówno widzieliście, że tak tematycznie to ujmę. Serio. Spodziewałem się, że nie dam rady się tam załatwić przez cały wyjazd, a nie było z tym problemów nawet ostatniego dnia, co na Hip-Hop Kempie jest niemożliwe.

Co do kwestii mycia się, to kolejki do kranów też były mniejsze niż na innych imprezach tego typu na jakich byłem i szczerze mówiąc, trochę się rozczarowałem, jak takie zwykłe polowe warunki można tak bardzo zdemonizować.

 

Na imprezę przyjeżdżają same punki

przystanek woodstock 2015

Zwane przez zadeklarowanych przeciwników nurtu brudasami. Otóż – nie wiem na ile na szczęście, a na ile niestety – nie. Na przełomie lipca i sierpnia do Kostrzyna nad Odrą przyjeżdżają zarówno rastamani, hipsterzy, goci, dresy, informatycy, studenci z UJ, księgowi, jak i blogerzy. I wcale nie są w mniejszości w stosunku do nosicieli irokezów. Przez to, że muzyka jest dość zróżnicowana – od Meli Koteluk, przez Proletaryat, po Shaggy’ego – odbiorcy również nie stanowią jednolitej masy i w trakcie tych kilku dni można spotkać ludzi z bardzo odmiennych subkultur.

 

Na imprezę przyjeżdżają sami gówniarze

przystanek woodstock 2015

Również nieprawda. Wiek uczestników jest tak rozstrzelony, że nawet nie podjąłbym się szacowania średniej. W trakcie przemieszczania się po terenie festiwalu widziałem zarówno osoby, które mogłyby być moimi dziećmi, jak i te, których ja mógłbym być dzieckiem, a niedaleko mojego namiotu byli rozbici państwo, których mógłbym być wnuczkiem. Jeśli więc obawiasz się zmasowanego ataku gimbazy, to porzuć te obawy, bo nie mają przełożenia na stan faktyczny.

 

Łatwo paść ofiarą złodziei

Pozdro dla złodzieja, który wczoraj przegrzebał mi namiot. Dzięki, że zadowoliłeś się czipsami, a zostawiłeś mi powerbank.

Posted by Stay Fly on 2 sierpnia 2015

Jak widać po załączonym statusie, bardzo łatwo i w zasadzie nie trzeba robić nic więcej poza rozbiciem namiotu. Gwarancji, że ktoś nie przegrzebie Ci rzeczy w wigwamie nie daje nawet fakt, że rozbijasz się w ogrodzonej wiosce wśród, teoretycznie, samy swoich. Tak że nie polecam przywozić nic wartościowego, czego nie możesz zabrać ze sobą idąc na koncert.

 

Przystanek Woodstock polega tylko na chlaniu

przystanek woodstock 2015

To największe pomówienie, jakie można skierować w stronę tego festiwalu.

Nie byłem jeszcze na drugiej imprezie, na której byłoby tyle atrakcji kulturalnych. Możesz i poćwiczyć jogę na świeżym powietrzu, i zobaczyć przedstawienie z aktorami z teatru Michała Żebrowskiego, i uczestniczyć w warsztatach rozwoju osobistego, i potańczyć z instruktorem, i nauczyć się rapować, i porozmawiać z gościem, który bez pieniędzy zwiedził całą Europę (pozdro Włóczykij!), i poznać miłość swojego życia w trakcie szybkich randek. I oczywiście skakać pod sceną w trakcie zajebistych koncertów. A to wszystko totalnie, zupełnie i absolutnie ZA-DAR-MO!

Definitywnie rozwiewając wątpliwości: nie, Przystanek Woodstock nie polega tylko na chlaniu do nieprzytomności.

 

Największy festiwal w Polsce

przystanek woodstock 2015

Nie byłem na wszystkich imprezach masowych organizowanych w naszym kraju, ale jeszcze nie słyszałem o takiej, na której bawiłoby się ¾ miliona ludzi. A właśnie tyle osób przyjechało w zeszłym roku na wydarzenie prowadzone przez Jurka Owsiaka. 750 000 wiary! To tyle co CAŁY Kraków! Czujecie to? CAŁY Kraków na jednej imprezie? I to z tak genialną atmosferą, że wszyscy są otwarci, spontaniczni, rozemocjonowani i mimo to nie dochodzi do bójek? To jest naprawdę coś!

Odpowiadając na pytanie z nagłówka: tak naprawdę na Przystanku Woodstock jest zajebiście i mocno żałuję, że pierwszy raz wybrałem się na niego dopiero teraz, a nie kilka lat wcześniej!