Close
Close

Bajki wszech czasów (idealne na chorobę)

Skip to entry content

5 bajek wszechczasów

Dawno, dawno temu, jeszcze zanim centra handlowe zaczęto nazywać galeriami, mówiłem Wam, że lubię bajki, że to rozrywka nie tylko dla dzieci i że wiele z nich ogląda się po stokroć lepiej niż „normalne” filmy. Zwłaszcza niż te polskie. Mimo, że nienawidzę chorować i dopóki nie mam gorączki i nie ścina mnie z nóg, udaję, że nic mi nie jest, to w piątek rozłożyło jak pionki na szachownicy – bo, kurwa, nie ma to jak dostać anginy w środku lata – i ostatnie 3 doby spędziłem przykuty do łóżka. Oglądając nieśmiertelne animowane klasyki. Dlatego pomyślałem, że podzielę się z Wami moimi bajkami wszech czasów. Dobrymi na każdą chorobę, łącznie z tą, przy której ten dzyndzelek na środku gardła puchnie Wam do takich rozmiarów, że w połowie leży na języku. Bardzo nieprzyjemne.

Wracając do rzeczy przyjemnych i miłych, oto moja piątka ponadczasowych filmów animowanych.

 

Pinokio

Pierwsza bajka jaką widziałem w życiu. Miałem chyba z 6 albo 7 lat, kiedy ciocia przywiozła mi ją z Włoch, gdzie był swobodnym dostęp do takich cudów techniki, jak kaseta VHS. Mimo, że nie znałem ani słowa po włosku, to zupełnie nie było mi to potrzebne do zrozumienia dramatu Pinokia i Dżepetto. Jakkolwiek to brzmi w przypadku opisywania animacji z 1940, to wystarczyła mi mimika i mowa ciała rysunkowych postaci, żeby wiedzieć co się dzieje na ekranie. I przeżywać tragedię chłopca z drewna równie mocno, jakby to był dokument. Szczerze mówiąc, ta bajka ma tak silny przekaz, że oglądając ją nawet dzisiaj chce mi się płakać. Choć może to skutek uboczny leków przeciwbólowych.

 

Jak wytresować smoka?

Tytuł z gatunku nowożytnych, zrealizowany przez osoby odpowiedzialne za „Shreka”, „Madagaskar” i „Kung-Fu Pandę”. Tematy wikingów i smoków zawsze były mi odległe i podchodziłem do nich z dużą dozą rezerwy, dlatego nie śpieszyło mi się do tej pozycji. Niesłusznie. Poza tym, że jest tu więcej i to zdecydowanie dużo lepiej podanej akcji niż w „Szybkich i wściekłych”, a humor przebija każdą polską komedię po „Poranku kojota”, to główny motyw, na którym oparta jest opowieść, można alegorycznie odnieść do dziesiątek problemów naszego społeczeństwa. Nie bez znaczenia jest też fakt, że to jedna z nielicznych bajek, gdzie główny bohater ponosi obrażenia ciała, których nie da się w wyleczyć w cudowny sposób.

 

Trylogia Toy Stroy

Celowo piszę, że trylogia, bo to jedyny przykład na to, że kontynuacja nie musi być gorsza od pierwowzoru. „Zabawkowej Opowieści” udało się to, na czym polegli twórcy „Shreka” – nie dość, że wszystkie 3 części trzymają trzymają alpinistyczny poziom, nie dość, że są zrozumiałe jako pojedyncze byty, nie dość, że składają się w spójną całość, to bawią równie mocno dzieci, co dorosłych, bez bazowania na wulgarności i wplatania w dialogi bieżących trendów. Ta seria, to po prostu pieprzony arcy-mistrz! Nie znam człowieka, który miałby jej coś do zarzucenia.

 

The Transformers: The Movie

Byłem dość nietypowym chłopcem, bo w dzieciństwie totalnie, ale to kompletnie i absolutnie, nie interesowałem ani piłką nożną, ani samochodami. I tak mi zostało do dziś. Jedynymi dwoma wyjątkami był świętej pamięci „Tsubasa” i właśnie Transformersy, czyli roboty-samochody. Zasadniczo w dzieciństwie miałem świra na punkcie robotów i gdy tylko w osiedlowej wypożyczalni kaset pojawiał się jakiś tytuł z przerośniętą sokowirówką na okładce, wierciłem mamie dziurę w brzuchu, dopóki mi go nie wypożyczyła. Pierwszym filmem z tego gatunku była właśnie ta bajka, która po latach okazała się genialnym półtoragodzinnym teledyskiem z świetną rockową ścieżką dźwiękową. Jako dzieciak jakoś nie wyłapałem, że tam jest tyle tej muzyki.

 

Król Lew

Każdy to widział przynajmniej raz, wie o czym jest, zna na pamięć zakończenie i pisał „hakuna matata” na ławkach w podstawówce. I właśnie dlatego to zestawienia nie mogłoby się obyć bez „Króla Lwa”.

Mam nadzieję, że ta złota piątka osłodzi Wam znoje choroby równie skutecznie, co mnie.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: Filmowe klasyki, których nie przełączysz()

  • Moje top 3: Król lew, Mała syrenka, Piękna i bestia, wiem babskie, ale w końcu jestem babą, to mogę. Na każdym z nich potrafię się popłakać rzewnymi łzami nawet, jeśli oglądam tylko fragmenty na youtube. A Syrenka ma tak kosmiczną ścieżkę dźwiękową, że raz podczas słuchania jej w samochodzie z tego rozmarzenia omal nie wjechalibyśmy w tył jakiemuś panu.

  • Muminki gdzie są? :D

  • Megamocny, Iniemamocni, oraz trzecia część Madagaskaru – te polecam oglądnąć.

    Co do „jak wytresować smoka” po seansie ze znajomymi, przez kilka godzin dyskutowaliśmy nad tym, czy warto byłoby poświęcić nogę, żeby dostać smoka.

    Warto. :D

  • ja tez ;))

  • Trylogia „Toy Story” – uwielbiam i ja, i dzieci! Plus „Potwory i spółka” oraz „Uniwersytet potworny”. A w ramach resetu włączę sobie od czasu do czasu „Porę na przygodę”. Ale dzieciom już tego raczej nie polecam… :D

  • Bajki to taka opcja, że jak już nie ma czego oglądać to wtedy włączam właśnie je.
    Najczęściej oglądam Zaplątani (no cóż, mam sporą słabość do młodego Sthura), ale tez bardzo lubię cykl Nowe Szaty Króla, przy którym zawsze się świetnie bawię i śmieje, poza tym nieśmiertelne Monster inc z „przerąbane jak pinokio w krainie termitów”, Ice Age (zwłaszcza pierwsze dwie części) i Mulan.
    Z przyjemnością co jakiś czas wracam też do Księżniczki i Zaby, a także Króla Lwa i najukochańszych z czasów dzieciństwa Małej Syrenki, Pięknej i Bestii i Zakochanego Kundla (najbardziej klasyczna ze wszystkich wymienionych) oraz 101 dalmateńczyków.

    generalnie chyba nie ma bajek, których nie lubię ;)

  • „Mały książę”, teraz do kin weszła ekranizacja. Książka, mimo że jest lekturą szkolną w gimnazjum, jest pisana dla dorosłych. Niesamowita. Pozycja obowiązkowa, zupełnie jak „Książę” Macchiavallego ;)

  • Do „Jak wytresować smoka?” powstał serial „Jeźdźcy smoków”, 20 odcinków, humor jak najbardziej na poziomie filmu, tylko animacja mam wrażenie lekko biedniejsza. Ale tylko lekko.
    Na czas choroby fajne są też „Klopsiki i inne zjawiska pogodowe”, są dwie części – taki trochę abstrakcyjny humor (zajebiaszczy telewizor na pilota), „Sindbad. Legenda 7 mórz” taka „poważna” bajka w stylu disneyowskich.
    Hehe, mam 6-latka w domu, w temacie bajek jestem nie do zagięcia – jak będziesz chciał więcej propozycji, to służę :)

    • Mikołajczyk

      Co do jeźdzców smoków, to są 2 sezony, łącznie 40 odcinków :)

      • I odcinek specjalny, ale nie ma go w polskiej wersji językowej :) No i Netflix wypuścił ostatnio 13 odcinków „Race to the edge”, które można potraktować jak sezon trzeci serialu.
        Ja osobiście kocham wszystko, co jest związane z „Jak wytresować smoka”. Druga część, to pierwszy film od czasów „Króla Lwa”, na którym płakałam.

  • a co ze Shrekiem? ;)
    ps.Janek powtarzam sie ale sprobuj mixtury do plukania: szklanka cieplej wody+lyzeczka sody+lyzeczka soli+10kropli/ciut jodyny; mi pomaga a czesto mam stany okolaanginowe w zwiazku z klima w pracy; no i zdrowka :*

    • Na początku oczywiście bardzo mi się podobał. Później z biegiem lat było tego Shreka trochę za dużo, ale teraz już doceniam tę bajkę jak leci w TV. ;-)

      • fakt, kolejna shreki to juz przesyt ale ten 1wszy i nawet 2gi kiedys tam smieszyly;)

  • kazziz

    tylko „Rick and Morty”.

  • Sylwia Handzlik

    Ja jestem wieeelką fanką filmów animowanych, oglądnęłam chyba wszystkie większe produkce.
    Jak wytresować smoka to mistrzostwo swiata! ja polecam jeszcze Hotel Transylwania i Megamocny. Można się pośmiać ;-D

  • Podczas choroby rodzice puszczali mi w kółko przygody Kaczora Donalda i Myszki Miki. Do dziś są to moi ulubieńcy. A z takich bajek długometrażowych Wall-E jedna z lepszych do polecenia czy Potwory i spółka.
    Z Twoich nie oglądałam Transformersów – nie moje klimaty.

  • O_l_l_i_e

    Oprócz tych wymienionych tutaj, dodałabym jeszcze „101 Dalmatyńczyków”, które sobie ostatnio odświeżyłam i okazało się, że to jeszcze piękniejsza (zarówno wizualnie, jak i fabularnie) bajka, niż ją zapamiętałam. I wprowadza w taki fajny, sentymentalno – uspokajający nastrój.

    Ktoś tu wspominał „Drogę do El Dorado” – bardzo tak, zwłaszcza jako obejrzenie „po latach”, bo zauważa się znacznie więcej smaczków. Naprawdę, to jest bajka z imponująco dobrym scenariuszem.

    No i na „Czy bajki jeszcze potrafią mnie wzruszać?” (gdyby ktoś w ogóle miał takie wątpliwości) niezmiennie albo „Lilo i Stich” albo – jeszcze dawniejszy, ale cudowny – „Ostatni jednorożec”.

    • Wow! „101 Dalmatyńczyków”. Zapomniałem, że taka bajka istnieje, ale jako dzieciak – ekstra! Dzięki za przypomnienie.

    • Marta Łazarska

      O tak, „Ostatni jednorożec” jest przecudny, nawet z tymi fałszowanymi piosenkami (z tyłu głowy leci właśnie Now that I’m a woman ;)). Gorzej, że praktycznie nikt tego nie zna.

      Ja odkryłam tydzień temu „Odlot”. Głupi zając. <3

  • Alicja Łabądź

    Najpiękniejsza bajka, choć bardziej odpowiednią nazwą jest film animowany- Legendy Sowiego Królestwa. Po pierwsze cudowny obraz, żałuje, że nie mogłam zobaczyć tego na dużym ekranie, po drugie muzyka, po trzecie i najważniejsze niesamowita fabuła, która jest jedną wielką metaforą. Jeśli nie widziałeś to naprawdę warto to naprawić.

  • Pamiętam, że mnie totalnie rozczuliła bajka „Wall-E”, któregoś wieczoru muszę do niej wrócić. Jeśli jeszcze nie widziałeś, polecam! :)

    • Widziałem 2 lata temu, mimo, że praktycznie nie ma dialogów, to faktycznie potrafi złapać za serce.

    • Mnie przeraża fakt, że ludzkość do takiego własnie scenariusza dąży. Ale bajka jest piękna :)

  • Madd

    „Mój sąsiad Totoro” i generalnie kilka innych pozycji pana Miyazaki i studia Ghilbi. Anime owszem, ale majstersztyk pod względem… pod każdym względem. Nawet jeśli się nie lubi anime to to taki balsam dla duszy tych, którzy wciąż tęsknią za tradycyjną animacją rysunkową. Cudo!

    • Na „Totoro” byłem w stanie wysiedzieć niecały kwadrans. Nie żebym miał coś do anime, ale ten tytuł zdecydowanie nie dla mnie.

      • Ghilbi lepiej zaczać poznawać od czegoś lżejszego, np. Porco Rosso. Generalnie to są dość ciężkie filmy tak naprawdę. Daleko im do takiej rozrywki jaką daje Pixar czy Disney.

    • „Spirited away” „Mononoke hime” i „Ruchomy zamek Hauru” <3

  • Pamiętam jak we wczesnej podstawówce poszliśmy z klasą do kina na pierwszą część „Toy Story”. To był też pierwszy raz, kiedy na własnej skórze poczułam czym jest plagiat. Plagiat myśli. Bo przecież zawsze wiedziałam, że zabawki prowadzą swoje tajemnicze życie, a teraz ktoś próbuje robić z tego odkrycie :p

    Co do bajek wszechczasow, to dodałabym jeszcze „Piękną i Bestię” oraz najmagiczniejszą jak dla mnie wieczorynkę- „Muminki”.

  • To właśnie wspominam najmilej z lat dzieciństwa, jeżeli chodzi o bajki – nieważne w jakim były języku, nieważne jak wiele razy je oglądaliśmy – i tak siedzieliśmy przyklejeni do telewizora i wszystko było w porządku :) Teraz rzadko kiedy oglądam coś dwa razy.

    • Zgadza się, ciężko teraz o obejrzenie czegoś dwukrotnie. Wyjątkiem jest Kung Fu Panda. Widziałem to 3 razy! :)

  • Jonasz Potempa

    Polecam „Rango”. Ładna animacja z ciekawym przesłaniem.

    • Już któryś raz to ktoś poleca, tak że sprawdzę, dzięki.

  • Sandra Nowaczyk

    Już wszystkie te filmy oglądałam, ale mimo tego obejrzę jeszcze raz. Łączę się w bólu – nie ma to jak chorować w lato.

  • Ja utożsamiałam się z pocahontas :D w sumie do tej pory się z nią utożsamiam, tylko dzisiaj mam parę kilo więcej i włosy trochę za krótkie :| ;)

    • omg! ja zawsze probowalam spiewac jak ona (czy tam Gorniakowa;) ;)

  • Karina Michalska

    „Dżungla” :-) Animacja może nie jest najwyższych lotów, za to teksty mają genialne ;-)
    I… „Rogate ranczo”. Nikt tak nie śpiewa jak Flinta!

  • Najważniejsza bajka wszystkich moich chorób od dzieciństwa, za dzieciaka zapętlana tak ze 3 razy dziennie – PIĘKNA I BESTIA.

    • To też mam na kasecie na oryginalne! Tyle, że po włosku…

      • ja miałam angielską z polskim lektorem – z lekkim przesunięciem dźwięku ;)

  • W.

    U mnie się sprawdza pojawiający się dość często w telewizji ‚Klan urwisów’, ale to przez relacje Spankiego i Darli i wyłamanie się przez to z Klubu Mężczyzn Nienawidzących Kobiet. Sympatyczne kino familijne.

  • Błażej Nagiecki

    u mnie zawsze w takie dni Świat według Ludwiczka na przemian z Dzieciakami z klasy 402 :D

    • Tego drugiego tytułu nie kojarzę, ale w dzieciństwie byłem fanem Ludwiczka i jego ojca!

  • Kim

    „Anastazja” katowałam w dzieciństwie jak szalona, a i dzisiaj z przyjemnością oglądam :) bajki są super! Zdrowiej Janku!

  • Ja polecam „Jak ukraść Księżyc” :D

    • Ten z 2010 z tymi żółtymi tic-tacami, które teraz robią taki szał?

      • Tak. Ja przepadlam razem z synem. Przez przypadek trafilismy na druga czesc, ktora jeszcze fajniejsza od pierwszej :)

      • Tak! :D A jeśli nie lubisz żółtych Tic Taców to polecam np. disneyowskiego Herculesa (;

  • jak wytresować smoka <3 Janek, obejrzyjmy kiedyś coś razem!

    • Tak mnie jeszcze nikt nie zapraszał do Wrocławia. Chętnie!

  • Urszula Wajda

    „Mulan” Disneya! Tyle emocji naraz :))

  • Ja od siebie dorzucam Wielką Szóstkę. Chociaż jestem strasznie anty bajkowy to ta strasznie mi się podobała.

    • Oglądałem w swoje 27 urodziny :) bardzo przyjemna, ale nie powiedziałbym, że ponadczasowa.

      • Tego to też sam nie mkge powiedzieć. Zobaczymy za parę lat ;)

  • Ja polecam jeszcze Droge do Eldorado jeśłi nie widziałeś i Mustanga z Dzikiej Doliny – jak mam doła są to dla mnie cudowne bajki pocieszaczce : )

    • „Drogę do Eldorado” pamiętam jak przez mgłę, ale zdaje się, że była całkiem przyzwoita, a „Mustanga” nie kojarzę zupełnie, ale to jest okazja, żeby sprawdzić :)

      • „Mustang” stoi w moim osobistym rankingu tuż za „Królem Lwem”, którego znam już na pamięć bo przynajmniej raz w roku oglądam wszystke trzy części.”Mustang” zdecydowanie godny polecenia, chociażby ze względu na to, że brak typowych dialogów między końmi, a emocji nie brakuje. :)

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock
---> SKOMENTUJ

Cotygodniowy Przegląd Internetu #38: pierwszy raz w więzieniu, zakonnik i podryw, „Orki z Majorki”

Skip to entry content

pierwszy raz w więzieniu, zakonnik i podryw, Orki z Majorki

Jak jestem ciepłolubny i nienawidzę zimy, tak aktualne temperatury zbliżają się do granicy mojej wytrzymałości. Nie żebym był z tych, którym nigdy nie można dogodzić i zawsze znajdą sobie powód do narzekania, ale jak czuję, że powieka przylepia mi się do oczodołu od mrugania, to chyba jednak to nie jest to. Dlatego w dzisiejszym odcinku CPI kilka chłodniejszych tematów.

Pierwszy raz w więzieniu: tekst nieco starszy, niż z zeszłego tygodnia, ale na tyle istotny, że musiałem go Wam podrzucić. Czyta się jak genialną powieść sensacyjną, tyle, że to autentyczne wspomnienia. Mocna rzecz.

Ludzie Woodstocku: piękne zdjęcia oryginalnych uczestników tegorocznej edycji festiwalu w Kostrzynie nad Odrą. Nieźle oddają atmosferę imprezy i robią wrażenie.

Punkt widzenia: zależy od miejsca siedzenia, jak to mawiała moja nauczycielka fizyki w liceum i ten tekst bardzo zgrabnie udowadnia, że faktycznie tak jest, a każdy rozpad związku ma 2 strony.

Twoja ksywka na cycach albo tyłku: za 3 dyszki możesz umieścić dowolny napis na ciele supersztuki i dostać jego zdjęcie wraz z linkiem, do pochwalenia się na Fejsie. Brzmi jak genialny pomysł na biznes, co?

5 rzeczy, które warto wrzucić do plecaka: bo mogą okazać się przydatne w trakcie dłuższej wędrówki po górach. Niby oczywiste, a jednak bym o nich nie pomyślał.

Wielki dmuchany minionek przyleciał z wesołego miasteczka i zablokował drogę: nie jest to jakoś specjalnie istotna informacja, a w zasadzie w ogóle, ale nagłówek brzmi na tyle śmiesznie, że mam nadzieję, że poprawi Ci humor.

Co się stanie, gdy w Brazylii zaparkujesz na miejscu dla niepełnosprawnych? Zrobią Ci pranka jak to się teraz modnie mówi. Całkiem śmiesznego i dającego nauczkę na przyszłość.

What happens if you park in a disabled spot in Brazil… :D

Posted by Pirate FM on 9 lipca 2015

 

Czy spot o dopalaczach musi być gówniany? Mimo tego co sugerowały materiały wypuszczone przez GIS, odpowiedź brzmi: nie. Ten jest bardzo dobry.


 

Zakonnik opowiada o podrywie: nie dość, że radzi sobie z vlogowaniem lepiej niż większość początkujących youtuberów, to jeszcze mówi sensowne, merytoryczne rzeczy. Szacuneczek ojcze i czekam na kolejne odcinki!


 

Dziadeczek czesze triki na desce jak Tony Hawk: chciałbym zobaczyć ten żart na własne oczy, bo rozdziawione usta gapiów musiały być przepięknym widokiem.

Genial: Profiskater Danny León verkleidet sich als 80-jähriger und verblüfft Jugendliche am Skateplatz! Das ganze Video: http://goo.gl/Lr6Vve

Posted by vbuzz.at on 10 lipca 2015

 

Damska stylówka tygodnia: Jak to mówiła Marylin Monroe: „najlepszy makijaż dla kobiety to duże okulary przeciwsłoneczne” i tu się to sprawdza. Ania z Fashionable w nich i w prostej malinowej sukience ze szminką i lakierem na paznokciach pod kolor wygląda prześlicznie.

zdjęcie pochodzi z bloga fashionable.com.pl
zdjęcie pochodzi z bloga fashionable.com.pl

 

Męska stylówka tygodnia: powycierane spodnie to jednak nie mój styl, ale bluza w popcorn jest świetna! Ktoś wie gdzie dostać taką górę od dresu jak ma gość z Rebel Fashion Style?

zdjęcie pochodzi z bloga rebelfashionstyle.blogspot.com
zdjęcie pochodzi z bloga rebelfashionstyle.blogspot.com

 

Klip tygodnia: weź turbo poetycki tekst „orki z Majorki, orki z Poznania i ze Stalowej Woli, pan bóg stworzył walenie i bawi się z nimi, kiedy się goli” z poszóstnym dnem, dodaj muzyczny szlagier z lat 90-tych, zobrazuj to kiczowatymi wstawkami na blueboxie, które wtedy były w każdym teledysku, i masz murowany wakacyjny hit!


 

Fanpage tygodnia: Faktoid powinien się już dawno znaleźć w CPI, bo autor kolejnych okładek fikcyjnego tygodnika jest jedną z najzdolniejszych osób w sieci. Genialne poczucie humoru, łatwość w celnym komentowaniu bieżących wydarzeń i tabloidowe wyczucie estetyki sprawia, że w każdą środę płyną mi łzy po policzkach.

UJAWNIAMY: Tajemnicze konstrukcje (wiek różny) zaatakowały Pomorze (red. nacz. (wiek do wiadomości redakcji) wciąż pod ostrzałem sezonu ogórkowego) [Poziom sarny: wakacje]

Posted by Faktoid on 5 sierpnia 2015

 

Ogłoszenie parafialne: próbuję schładzać organizm różnymi sposobami, ale od piaskownicy wiadomo, że najlepszym są lody, które według ostatnich doniesień podobno nie tuczą. Dlatego wpadłem na chytry plan, żeby rozwinąć swoje gastronomiczne umiejętności i zrobić je samemu. Jeśli znacie jakiś prosty przepis na dobre domowe lody, to podrzućcie do komentarzy. Podejrzewam, że innym też się przyda.

---> SKOMENTUJ

Jak naprawdę jest na Przystanku Woodstock?

Skip to entry content

Gdy byłem dzieciakiem, czy tam nastolatkiem, połowa moich znajomych była punkami. A przynajmniej próbowała być, nosząc kostki i pijąc tanie wina. Sam nigdy nie byłem zainteresowany ideologią „no future”, bo od zawsze uważałem, że moja przyszłość zależy tylko ode mnie, ale, o dziwo, wyjątkowo łatwo znajdowaliśmy wspólny język. Pomijając tło wydarzeń, podczas których do tego porozumienia dochodziło, to od długowłosych znajomych słyszałem barwne jak paleta Photoshopa opowieści o Woodstocku. Że anarchia, że rebelia, że błoto, że turbolibacja, że Włochaty i hipereuforia.

Z czasem stereotypy na temat festiwalu w Kostrzynie nad Odrą, oscylujące wokół spania w krzakach, zaczęły się zderzać z zupełnie przeciwnym opiniami. Że niepowtarzalna atmosfera, że spotkania z artystami, że zróżnicowane tematycznie warsztaty, że dużo wydarzeń kulturalnych. Wrodzona tendencja do konfrontowania mitów, plotek i wyobrażeń z rzeczywistością podpowiadała, że trzeba by to sprawdzić osobiście, a nie bazować na opowieściach innych ludzi i tak po kilku latach zbierania się do tego przedsięwzięcia, w tym roku w końcu je zrealizowałem.

Jak naprawdę jest na Przystanku Woodstock?

 

Błoto, brud, syf, kiła i mogiła

przystanek woodstock 2015

To główny argument, który skutecznie odstrasza nie-punków od tej imprezy.

Otóż, o ile kurzu faktycznie jest sporo – bo trudno, żeby nie było, jeśli od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy osób jednocześnie skacze pod sceną – to błota w tym roku nie było zupełnie. Oczywiście jeśli komuś wyjątkowo zależało na wykonaniu tego zabiegu kosmetycznego, to mógł pokryć skórę mokrą ziemią wskakując do kałuży, ale nie była to pozycją konieczna do uczestniczenia w wydarzeniu. Żeby bardziej to zobrazować widziałem góra 12 osób skaczących w kałuży, przy czym żadna z nich nie była ubłocona powyżej pasa.

Jednym z haseł wstrzymującym pracę jelit jest też fraza „toitoie”. Po wszystkich opowieściach, które usłyszałem przed festiwalem o warunkach sanitarnych, spodziewałem się dosłownego zobrazowania „gównoburzy”. Z całym szacunkiem do wszystkich, którzy uważają to za apogeum niesterylności i plan zdjęciowy do kolejnej części „Ludzkiej Stonogi”, ale Wy chyba nigdy nie byliście na Hip-Hop Kempie. To co się dzieje na Woodstocku jest pachnącą łazienką przy stanie toalet w Hradec Kralove. Jeśli uważacie, że warunki na imprezie Jurka Owsiaka są skandaliczne, to gówno widzieliście, że tak tematycznie to ujmę. Serio. Spodziewałem się, że nie dam rady się tam załatwić przez cały wyjazd, a nie było z tym problemów nawet ostatniego dnia, co na Hip-Hop Kempie jest niemożliwe.

Co do kwestii mycia się, to kolejki do kranów też były mniejsze niż na innych imprezach tego typu na jakich byłem i szczerze mówiąc, trochę się rozczarowałem, jak takie zwykłe polowe warunki można tak bardzo zdemonizować.

 

Na imprezę przyjeżdżają same punki

przystanek woodstock 2015

Zwane przez zadeklarowanych przeciwników nurtu brudasami. Otóż – nie wiem na ile na szczęście, a na ile niestety – nie. Na przełomie lipca i sierpnia do Kostrzyna nad Odrą przyjeżdżają zarówno rastamani, hipsterzy, goci, dresy, informatycy, studenci z UJ, korpoludzie, jak i blogerzy. I wcale nie są w mniejszości w stosunku do nosicieli irokezów. Przez to, że muzyka jest dość zróżnicowana – od Meli Koteluk, przez Proletaryat, po Shaggy’ego – odbiorcy również nie stanowią jednolitej masy i w trakcie tych kilku dni można spotkać ludzi z bardzo odmiennych subkultur.

 

Na imprezę przyjeżdżają sami gówniarze

przystanek woodstock 2015

Również nieprawda. Wiek uczestników jest tak rozstrzelony, że nawet nie podjąłbym się szacowania średniej. W trakcie przemieszczania się po terenie festiwalu widziałem zarówno osoby, które mogłyby być moimi dziećmi, jak i te, których ja mógłbym być dzieckiem, a niedaleko mojego namiotu byli rozbici państwo, których mógłbym być wnuczkiem. Jeśli więc obawiasz się zmasowanego ataku gimbazy, to porzuć te obawy, bo nie mają przełożenia na stan faktyczny.

 

Łatwo paść ofiarą złodziei

Pozdro dla złodzieja, który wczoraj przegrzebał mi namiot. Dzięki, że zadowoliłeś się czipsami, a zostawiłeś mi powerbank.

Posted by Stay Fly on 2 sierpnia 2015

Jak widać po załączonym statusie, bardzo łatwo i w zasadzie nie trzeba robić nic więcej poza rozbiciem namiotu. Gwarancji, że ktoś nie przegrzebie Ci rzeczy w wigwamie nie daje nawet fakt, że rozbijasz się w ogrodzonej wiosce wśród, teoretycznie, samy swoich. Tak że nie polecam przywozić nic wartościowego, czego nie możesz zabrać ze sobą idąc na koncert.

 

Przystanek Woodstock polega tylko na chlaniu

przystanek woodstock 2015

To największe pomówienie, jakie można skierować w stronę tego festiwalu.

Nie byłem jeszcze na drugiej imprezie, na której byłoby tyle atrakcji kulturalnych. Możesz i poćwiczyć jogę na świeżym powietrzu, i zobaczyć przedstawienie z aktorami z teatru Michała Żebrowskiego, i uczestniczyć w warsztatach rozwoju osobistego, i potańczyć z instruktorem, i nauczyć się rapować, i porozmawiać z gościem, który bez pieniędzy zwiedził całą Europę (pozdro Włóczykij!), i poznać miłość swojego życia w trakcie szybkich randek. I oczywiście skakać pod sceną w trakcie zajebistych koncertów. A to wszystko totalnie, zupełnie i absolutnie ZA-DAR-MO!

Definitywnie rozwiewając wątpliwości: nie, Przystanek Woodstock nie polega tylko na chlaniu do nieprzytomności.

 

Największy festiwal w Polsce

przystanek woodstock 2015

Nie byłem na wszystkich imprezach masowych organizowanych w naszym kraju, ale jeszcze nie słyszałem o takiej, na której bawiłoby się ¾ miliona ludzi. A właśnie tyle osób przyjechało w zeszłym roku na wydarzenie prowadzone przez Jurka Owsiaka. 750 000 wiary! To tyle co CAŁY Kraków! Czujecie to? CAŁY Kraków na jednej imprezie? I to z tak genialną atmosferą, że wszyscy są otwarci, spontaniczni, rozemocjonowani i mimo to nie dochodzi do bójek? To jest naprawdę coś!

Odpowiadając na pytanie z nagłówka: tak naprawdę na Przystanku Woodstock jest zajebiście i mocno żałuję, że pierwszy raz wybrałem się na niego dopiero teraz, a nie kilka lat wcześniej!

---> SKOMENTUJ