Close
Close

Biedronka promuje homoseksualizm. Według Frondy

Skip to entry content

Nie myślałem, że kiedyś to napiszę, ale jest portal internetowy, który w niedorzeczności pisanych „artykułów” jest w stanie dorównać naTemat, a czasem nawet ich przebić. Tym portalem jest Fronda. Czemu dzielę się z Wami tą cenną informacją? Bo wczoraj autor-widmo z Frondy opublikował paszkwil o tytule „Polacy nie robią zakupów w Biedronce !!! Ogłaszamy bojkot!”.  Który poza tym, że jest wyrachowaną manipulacją, to zawiera dość spory błąd logiczny. Na tyle duży, że mocno kwestionuje umiejętność myślenia osoby, która go napisała.

Fronda Biedronka

W sklepach Biedronka sprzedawane są książeczki dla dzieci pod tytułem „Mały słownik ważnych pojęć”. Brzmi niewinnie, ale to tylko pozory. Publikacja ta wpisuje się w promocję homoseksualizmu. Dlatego wzywamy do bojkotu sieci sklepów Biedronka do momentu usunięcia książki ze sprzedaży.

Zanim przejdę do tego, cóż takiego strasznego można znaleźć w książeczkach sprzedawanych przez dyskont z robaczkiem w logo, to warto zwrócić uwagę na inną kwestię. Nagłówek paszkwilu brzmi „Polacy nie robią zakupów w Biedronce !!! Ogłaszamy bojkot!”, co jest zagraniem wyjątkowo niskich lotów, bo sugeruje, że jeśli kupujesz cokolwiek w tym sklepie, to nie jesteś prawdziwym Polakiem. Z jednej strony jest to bardzo agresywna odezwa, brutalnie dzieląca społeczeństwo i zmuszająca do opowiedzenia się po którejś ze strony. Z drugiej, zawsze wydawało mi się, że o tym, czy jestem Polakiem, czy nie decyduje coś więcej niż miejsce, w którym kupuję masło.

Może gdyby ktoś z Faktu tak zatytułował swoją manipulację, to przeszedłbym obok tego obojętnie, ale przypomnijmy, że Fronda jest portalem katolickim. Antagonizowanie bliźnich? Iście chrystusowa postawa!

A sama Biedronka tak zachęca do nabycia książki dla dzieci: „Niezwykły rodzaj encyklopedii dla najmłodszych dzieci – ułożone alfabetycznie hasła uzupełniają ciekawostki i eksperymenty oraz komiksowe omówienia” . Wszystko pięknie, prawda? Ale to zwykła ściema. Prawda jest taka, że książka propaguje homoseksualizm.

I teraz zgadnijcie w jaki sposób ta biblia szatana umiejscowiona między kalarepą, a szynką szwardzwaldzką promuje homoseksualizm. Myślicie, że w środku jest wkładka z kamasutrą dla gejów? Albo chociaż wylistowane korzyści z bycia lesbijką? A może demonizowanie ludzkich zarodków jakie powstają ze związków hetero? Niestety, muszę Was rozczarować, ale pudło. W książce znajduje się definicja homofoba („ktoś kto nie lubi homoseksualistów”) i homoseksualisty („człowiek, którego pociągają osoby tej samej płci”). Tyle.

Jeśli podanie definicji jakiegoś zjawiska jest propagowaniem go, to Wikipedia propaguje kazirodztwo i zoofilię.

Idąc dalej tym tokiem rozumowania, kodeks karny propaguje gwałty, przepisy ruchu drogowego propagują wypadki samochodowe, a biblia propaguje grzeszenie. Nie zbaczając z tej ścieżki dedukcyjnej, wyobraźcie sobie teraz co musi propagować książka, w której podana jest definicja heroiny? Albo rasizmu? Albo holocaustu? Szacunek dla autora za genialną przekminę. Einstein mógłby się od niego sporo nauczyć.

Nasze dzieci mogą przeczytać w książce, że homoseksualiści to ludzie czujący pociąg do osób tej samej płci. I widzą zdjęcie uśmiechniętych lesbijek z pieskiem.

Straszne! Dzwońmy na komisariat!

Dlatego wzywamy do bojkotu Biedronki. Dopóki będzie wspierać takie inicjatywy anty-rodzinne nie kupujmy w Biedronce!

Zbojkotujmy też wszystkie encyklopedie internetowe, e-booki, biblioteki, czytelnie i księgarnie! A tak że supermarkety, targi staroci i stoiska w przejściach dworcowych! I kioski! Przecież w każdym z tych miejsc można trafić na książkę, gazetę, czy broszurę, w której jest podana definicja homoseksualizmu! Chore! Na sam koniec zbojkotujmy także literę „h” w alfabecie, bo nigdy nie wiadomo, czy od samego wymawiania tej głoski nie rozpadają się rodziny, a ludzie nie zarażają się gejostwem.

Brawo Fronda, to brzmi logicznie!

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Mam 16 lat, są Dni Sosnowca i w parku w centrum gra Doda, w związku z czym, jest tu całe miasto i połowa ościennych. Część osób jest jej zadeklarowanymi fanami i recytuje „Dżagę” z zamkniętymi oczami od tyłu po sowiecku, część chce zobaczyć czy jej cycki na żywo robią takie samo wrażenie jak w pdfie z Playboyem ściągniętym z Torrenta, a część po prostu przyszła się napić w plenerze, bo to jeden z niewielu dni, kiedy w miarę swobodnie można walić spirytus rozrobiony ze Zbyszko 3 Cytryny w plastikowych kubkach wielokrotnego użytku, wylegując się na trawie. Pozwolę Wam użyć wyobraźni, intuicji i rzucić monetą z reszką po obu stronach, żeby zgadnąć w jakim celu ja się tu znalazłem.

No w każdym razie, siedzimy, pijemy, śpiewamy, gramy na gitarach, wozimy się wózkiem z Plusa – to taki lokalny pierwowzór Biedronki – cieszymy się słońcem i myślimy o tym, że jest spoko. W sensie bawimy się i nie myślimy w ogóle. Tak jak pozostałe kilkanaście tysięcy osób. Na szczęście pomimo wyłączonej lewej półkuli mózgowej, potrzeby fizjologiczne dają o sobie znać przed zrealizowaniem się, więc w pewnym momencie wstaję, żeby oddać naturze to, co do niej należy, w jakimś ustronnym miejscu. Czyli takim, gdzie jest mniej niż 8 osób na metr kwadratowy. Z racji, że – jeszcze raz o tym wspomnę – jest tu CAŁE MIASTO, nie jest to takie proste i chwilę trwa. Między jednym zajętym krzakiem przez dzieci-kwiaty, a drugim przez rodziców-winorośle – z na naciskiem na „wino” – ktoś szarpie mnie za rękaw.

– O, JASIEK! – eks-przyjaciółka z podstawówki, w której skrycie kochałem się pod przykrywką kumplowania, wykrzykuje mi w nos, oczy i usta moje imię z taką siłą, jakby bała się, że nie zorientuję się, że mówi do mnie.

– Cześć, Gosia – mówię z entuzjazmem godnym telemarketera, recytującego z pogiętej, pokreślonej kartki specjalną ofertę na pakiet darmowych minut, przygotowaną tylko dla mnie i ważną do końca dnia. Mówię to z chłodem rosyjskich zamrażarek, bo wciąż pamiętam jak oszroniła mi serduszko, olewając naszą-wielką-przyjaźń na rzecz jakiegoś starszego deskorolkarza z innej dzielni. Jeszcze do końca nie odtajało.

– A CO TY TU ROBISZ?!?!?! – dalej drze się, jakby chciała przebić kolejny poziom w brawomierzu z „Od przedszkola do Opola”, z akcentem na „nie jestem w stanie pojąć jak możesz być w miejscu, gdzie są wszyscy nasi rówieśnicy i zasadniczo każdy kogo znam oprócz babci Eugieni, której zeszło powietrze z kół w wózku inwalidzkim”.

Był to pierwszy raz, kiedy ktoś użył wobec mnie tak głupiego pytania, w tak oczywistej sytuacji i byłem pewien, że wynika z przypadku, małoletniości lub po prostu najebaństwa i szanse na to, że się powtórzy są równe znalezieniu tirówki z habilitacją. Czas pokazał, że jednak nie. Że bez spożycia trunku z czerwoną etykietą o nazwie Tur, również można zapytać, czy woda jest mokra, dlaczego gazeta po polaniu benzyną i rzuceniu na nią zapałki się pali, a także, co robi człowiek na imprezie, na której są zarówno jego wszyscy znajomi, jak i wszyscy znajomi osoby pytającej.

Co ciekawe, to pytanie najczęściej zadawały dziewczyny, choć nie jedynie, bo kilku niepełnosprytnym chłopakom też się zdarzyło. Słyszałem je i na premierach filmowych, i w klubach, i na koncertach ulubionych zespołów i zawsze zastanawiałem się co autor miał na myśli. A w zasadzie, czy miał jakąkolwiek, żeby coś mogło na niej być, bo pytanie co robię na juwenaliach uczelni, na której studiuję, było równie błyskotliwe, co włamywanie się do transformatorów wysokiego napięcia, żeby ukraść kable na złom, i dawało czytelny sygnał, że autor jednak owych myśli nie posiada.

Długo głowiłem się jak odpowiedzieć na takie wyciągnięte z dziury między pośladkami pytanie, ale wszelki dialog był tylko sabotowaniem własnego dobrego samopoczucia.

– A CO TY TU ROBISZ?!?!?!

– No, jestem na imprezie. Mniej, więcej, dokładnie tak jak ty.

– I PRZYSZEDŁEŚ TU SAM?!?!?!

– Jak widzisz, stoję przed tobą z kumplem, a nie jesteśmy bliźniakami syjamskimi, więc trzymając się definicji Słownika Języka Polskiego, nie, nie przyszedłem sam.

– TO JESTEŚ SAM Z KUMPLEM?!?!?!

– Tam siedzą nasi… aaa jebać to. Spadam, nara.

Od jakiegoś czasu na pytanie „a co ty tu robisz?”, odpowiadam rzeczowo – „gotuję bigos”. I jakoś dziwnym trafem, to ucina dalsze pytania.

autorem zdjęcia w nagłówku jest thejbird

Cotygodniowy Przegląd Internetu #39: „THORN”, kanony kobiecego piękna i „Wilk z Wallstreet”

Skip to entry content

THORN, kanony kobiecego piękna i Wilk z Wallstreet

Z powodu nieproszonego gościa, który wbił się z partyzanta do mojego gardła i po dobroci nie chciał wyjść, czyli anginy, praktycznie całe ostatnie 7 dni spędziłem w domu. Nienawidzę tego i kisząc się w zamkniętym pomieszczeniu dłużej niż 48 godzin dostaję ataku szału, dlatego mijający tydzień nie należał do najlepszych.

Za to był bardzo udany dla Tomka Tomczyka ztj. Jasona Hunta, bo właśnie ukazała się jego pierwsza powieść – „THORN” – co w dużej mierze przełożyło się na to, czym zalany był mój Facebook. Sam dopiero zacząłem książkę, więc oprócz tego, że jest świetnie wydana nie mogę na jej temat nic powiedzieć, ale mocno kibicuję Tomkowi i trzymam kciuki za sukces!

Jedyna warta uwagi aplikacja randkowa: bardzo ciekawe spojrzenie na Snapchata. Kamil pisze o tym, że przesyłanie sobie znikających po czasie treści wizualnych tak skraca dystans między ludźmi, że zanim powiesz „abrakadabra” od tyłu możesz już wylądować z kimś w łóżku.

Ciągle nowe kanony kobiecego piękna: próbują nam wepchać do głów gówniane portale internetowe, a kanon to nie coś, co się zmienia co sezon, tylko trwa kilka dekad. Tym razem Konrad punktuje praktykantów z naTemat.

Gdy dziennikarza boli dupa: bo jakaś marka śmiała odmówić mu wydania u niego pieniędzy na reklamę, ponieważ niepochlebnie i nieelegancko się o niej wypowiadał, to dostaje sraczki i zaczyna rzucać gównem. Kolejny przykład na to, jak ten zawód się stacza.

Mundury III rzeszy: bardzo ciekawy artykuł o tym jaką rolę odgrywały uniformy żołnierzy w niemieckich wojskach i jakie powiązania miał przemysł modowy z wojną.

Pomaganie to jest zwykła rzecz: obszerny wywiad z Anną Dymną o prowadzeniu fundacji i pomaganiu potrzebującym, i o tym z jakimi problemami się to wiążę, gdy chcesz się zająć działalnością dobroczynną. Rozmowa jest początkiem zaangażowanego społecznie cyklu „Halo Człowiek” Konrada Kruczkowskiego.

Po Cudzemu: kanał edukacyjny, który w humorystyczny i przystępny sposób uczy jak mówić nie po naszemu, a po obcokrajowemu, czyli po angielskiemu.

Kompilacja bicia się w pierś z „Wilka z Wallstreet”: nie wiem, czy mogę dodać coś więcej oprócz tego, że to jest przezajebiste i powinno się znaleźć w CPI już dawno!


 

Człowieko-pies: scena ze spaghetti najlepsza. Nie wiem ile podejść robili, żeby to tak zsynchronizować, ale wygląda świetnie!

Ruff-life By @GregBaskwell @finley4pawsListen To Young Paperboyz – Life Of The Boyshttps://www.youtube.com/watch?v=mW3oqd7xAHI

Posted by Young Paperboyz on 12 maja 2015

 

Klip tygodnia: dobra, nie oszukujmy się, klip jest taki żeby dało się na niego patrzeć, żadnych fajerwerków, ani nawet kapiszonów. Ale za to tekst… tekst to wiązka dynamitu! Jedne z najlepszych bitewnych wersów jakie wyszły w tym roku i zasadniczo totalna czołówka braggadacio w naszym kraju.


 

Damska stylówka tygodnia: nie siedzę specjalnie głęboko w strojach kąpielowych, ale ten – mimo, że lekko bajerancki to jednak prosty – jest idealną przeciwwagą dla tych pojebanych siateczek lansowanych przez firmy streetwearowe. I druga sprawa, duży szacunek dla Styleev za przełamywanie stereotypów i pokazywanie, że blizna w widocznym miejscu, to nie powód do wstydu i z nią też można być zmysłową i seksowną.

zdjęcie pochodzi z bloga styleev.blogspot.com
zdjęcie pochodzi z bloga styleev.blogspot.com

 

Męska stylówka tygodnia: poza brodą, w której w tej temperaturze chyba bym się roztopił, komplet Ekskluzywnego Menela jest idealny na bieżące warunki atmosferyczne. I te kwieciste espardyle! Jak chcę takie espadryle!

zdjęcie pochodzi z bloga ekskluzywnymenel.com
zdjęcie pochodzi z bloga ekskluzywnymenel.com

 
Fanpage tygodnia: dzisiaj nietypowo, bo wyróżnionym profilem nie jest żaden funpag do śmieszkowania, ani około satyryczny. Dzisiaj chciałem Wam pokazać działalność moich przyjaciół mieszkających w Berlinie, którzy zajmują się szeroko pojętą sztukę, ale w tym konkretnym wypadku fotografią. Jeśli lubicie nieoczywiste, a często absurdalne zdjęcia, to polecam tych allegrowiczów.

#prenzlauerberg #berlin #lipstick #2014

Posted by Superultraextra on 11 sierpnia 2015

 

Ogłoszenie parafialne: wczoraj w ramach treningu kreatywności i poszerzenia umiejętności operowania słowem poprosiłem Was o pomysł na wyzwanie pisarskie. Padły 2 sensowne propozycje:

1. Haiku o burgerach o bez używania słowa „burger”.

2. Limeryk o bułgarskich wakacjach.

Dajcie znać, która propozycja wyzwania bardziej Wam się podoba i która woleliście, żebym podjął.