Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #38: pierwszy raz w więzieniu, zakonnik i podryw, „Orki z Majorki”

Skip to entry content

pierwszy raz w więzieniu, zakonnik i podryw, Orki z Majorki

Jak jestem ciepłolubny i nienawidzę zimy, tak aktualne temperatury zbliżają się do granicy mojej wytrzymałości. Nie żebym był z tych, którym nigdy nie można dogodzić i zawsze znajdą sobie powód do narzekania, ale jak czuję, że powieka przylepia mi się do oczodołu od mrugania, to chyba jednak to nie jest to. Dlatego w dzisiejszym odcinku CPI kilka chłodniejszych tematów.

Pierwszy raz w więzieniu: tekst nieco starszy, niż z zeszłego tygodnia, ale na tyle istotny, że musiałem go Wam podrzucić. Czyta się jak genialną powieść sensacyjną, tyle, że to autentyczne wspomnienia. Mocna rzecz.

Ludzie Woodstocku: piękne zdjęcia oryginalnych uczestników tegorocznej edycji festiwalu w Kostrzynie nad Odrą. Nieźle oddają atmosferę imprezy i robią wrażenie.

Punkt widzenia: zależy od miejsca siedzenia, jak to mawiała moja nauczycielka fizyki w liceum i ten tekst bardzo zgrabnie udowadnia, że faktycznie tak jest, a każdy rozpad związku ma 2 strony.

Twoja ksywka na cycach albo tyłku: za 3 dyszki możesz umieścić dowolny napis na ciele supersztuki i dostać jego zdjęcie wraz z linkiem, do pochwalenia się na Fejsie. Brzmi jak genialny pomysł na biznes, co?

5 rzeczy, które warto wrzucić do plecaka: bo mogą okazać się przydatne w trakcie dłuższej wędrówki po górach. Niby oczywiste, a jednak bym o nich nie pomyślał.

Wielki dmuchany minionek przyleciał z wesołego miasteczka i zablokował drogę: nie jest to jakoś specjalnie istotna informacja, a w zasadzie w ogóle, ale nagłówek brzmi na tyle śmiesznie, że mam nadzieję, że poprawi Ci humor.

Co się stanie, gdy w Brazylii zaparkujesz na miejscu dla niepełnosprawnych? Zrobią Ci pranka jak to się teraz modnie mówi. Całkiem śmiesznego i dającego nauczkę na przyszłość.

What happens if you park in a disabled spot in Brazil… :D

Posted by Pirate FM on 9 lipca 2015

 

Czy spot o dopalaczach musi być gówniany? Mimo tego co sugerowały materiały wypuszczone przez GIS, odpowiedź brzmi: nie. Ten jest bardzo dobry.


 

Zakonnik opowiada o podrywie: nie dość, że radzi sobie z vlogowaniem lepiej niż większość początkujących youtuberów, to jeszcze mówi sensowne, merytoryczne rzeczy. Szacuneczek ojcze i czekam na kolejne odcinki!


 

Dziadeczek czesze triki na desce jak Tony Hawk: chciałbym zobaczyć ten żart na własne oczy, bo rozdziawione usta gapiów musiały być przepięknym widokiem.

Genial: Profiskater Danny León verkleidet sich als 80-jähriger und verblüfft Jugendliche am Skateplatz! Das ganze Video: http://goo.gl/Lr6Vve

Posted by vbuzz.at on 10 lipca 2015

 

Damska stylówka tygodnia: Jak to mówiła Marylin Monroe: „najlepszy makijaż dla kobiety to duże okulary przeciwsłoneczne” i tu się to sprawdza. Ania z Fashionable w nich i w prostej malinowej sukience ze szminką i lakierem na paznokciach pod kolor wygląda prześlicznie.

zdjęcie pochodzi z bloga fashionable.com.pl
zdjęcie pochodzi z bloga fashionable.com.pl

 

Męska stylówka tygodnia: powycierane spodnie to jednak nie mój styl, ale bluza w popcorn jest świetna! Ktoś wie gdzie dostać taką górę od dresu jak ma gość z Rebel Fashion Style?

zdjęcie pochodzi z bloga rebelfashionstyle.blogspot.com
zdjęcie pochodzi z bloga rebelfashionstyle.blogspot.com

 

Klip tygodnia: weź turbo poetycki tekst „orki z Majorki, orki z Poznania i ze Stalowej Woli, pan bóg stworzył walenie i bawi się z nimi, kiedy się goli” z poszóstnym dnem, dodaj muzyczny szlagier z lat 90-tych, zobrazuj to kiczowatymi wstawkami na blueboxie, które wtedy były w każdym teledysku, i masz murowany wakacyjny hit!


 

Fanpage tygodnia: Faktoid powinien się już dawno znaleźć w CPI, bo autor kolejnych okładek fikcyjnego tygodnika jest jedną z najzdolniejszych osób w sieci. Genialne poczucie humoru, łatwość w celnym komentowaniu bieżących wydarzeń i tabloidowe wyczucie estetyki sprawia, że w każdą środę płyną mi łzy po policzkach.

UJAWNIAMY: Tajemnicze konstrukcje (wiek różny) zaatakowały Pomorze (red. nacz. (wiek do wiadomości redakcji) wciąż pod ostrzałem sezonu ogórkowego) [Poziom sarny: wakacje]

Posted by Faktoid on 5 sierpnia 2015

 

Ogłoszenie parafialne: próbuję schładzać organizm różnymi sposobami, ale od piaskownicy wiadomo, że najlepszym są lody, które według ostatnich doniesień podobno nie tuczą. Dlatego wpadłem na chytry plan, żeby rozwinąć swoje gastronomiczne umiejętności i zrobić je samemu. Jeśli znacie jakiś prosty przepis na dobre domowe lody, to podrzućcie do komentarzy. Podejrzewam, że innym też się przyda.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Jak naprawdę jest na Przystanku Woodstock?

Skip to entry content

Gdy byłem dzieciakiem, czy tam nastolatkiem, połowa moich znajomych była punkami. A przynajmniej próbowała być, nosząc kostki i pijąc tanie wina. Sam nigdy nie byłem zainteresowany ideologią „no future”, bo od zawsze uważałem, że moja przyszłość zależy tylko ode mnie, ale, o dziwo, wyjątkowo łatwo znajdowaliśmy wspólny język. Pomijając tło wydarzeń, podczas których do tego porozumienia dochodziło, to od długowłosych znajomych słyszałem barwne jak paleta Photoshopa opowieści o Woodstocku. Że anarchia, że rebelia, że błoto, że turbolibacja, że Włochaty i hipereuforia.

Z czasem stereotypy na temat festiwalu w Kostrzynie nad Odrą, oscylujące wokół spania w krzakach, zaczęły się zderzać z zupełnie przeciwnym opiniami. Że niepowtarzalna atmosfera, że spotkania z artystami, że zróżnicowane tematycznie warsztaty, że dużo wydarzeń kulturalnych. Wrodzona tendencja do konfrontowania mitów, plotek i wyobrażeń z rzeczywistością podpowiadała, że trzeba by to sprawdzić osobiście, a nie bazować na opowieściach innych ludzi i tak po kilku latach zbierania się do tego przedsięwzięcia, w tym roku w końcu je zrealizowałem.

Jak naprawdę jest na Przystanku Woodstock?

 

Błoto, brud, syf, kiła i mogiła

przystanek woodstock 2015

To główny argument, który skutecznie odstrasza nie-punków od tej imprezy.

Otóż, o ile kurzu faktycznie jest sporo – bo trudno, żeby nie było, jeśli od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy osób jednocześnie skacze pod sceną – to błota w tym roku nie było zupełnie. Oczywiście jeśli komuś wyjątkowo zależało na wykonaniu tego zabiegu kosmetycznego, to mógł pokryć skórę mokrą ziemią wskakując do kałuży, ale nie była to pozycją konieczna do uczestniczenia w wydarzeniu. Żeby bardziej to zobrazować widziałem góra 12 osób skaczących w kałuży, przy czym żadna z nich nie była ubłocona powyżej pasa.

Jednym z haseł wstrzymującym pracę jelit jest też fraza „toitoie”. Po wszystkich opowieściach, które usłyszałem przed festiwalem o warunkach sanitarnych, spodziewałem się dosłownego zobrazowania „gównoburzy”. Z całym szacunkiem do wszystkich, którzy uważają to za apogeum niesterylności i plan zdjęciowy do kolejnej części „Ludzkiej Stonogi”, ale Wy chyba nigdy nie byliście na Hip-Hop Kempie. To co się dzieje na Woodstocku jest pachnącą łazienką przy stanie toalet w Hradec Kralove. Jeśli uważacie, że warunki na imprezie Jurka Owsiaka są skandaliczne, to gówno widzieliście, że tak tematycznie to ujmę. Serio. Spodziewałem się, że nie dam rady się tam załatwić przez cały wyjazd, a nie było z tym problemów nawet ostatniego dnia, co na Hip-Hop Kempie jest niemożliwe.

Co do kwestii mycia się, to kolejki do kranów też były mniejsze niż na innych imprezach tego typu na jakich byłem i szczerze mówiąc, trochę się rozczarowałem, jak takie zwykłe polowe warunki można tak bardzo zdemonizować.

 

Na imprezę przyjeżdżają same punki

przystanek woodstock 2015

Zwane przez zadeklarowanych przeciwników nurtu brudasami. Otóż – nie wiem na ile na szczęście, a na ile niestety – nie. Na przełomie lipca i sierpnia do Kostrzyna nad Odrą przyjeżdżają zarówno rastamani, hipsterzy, goci, dresy, informatycy, studenci z UJ, księgowi, jak i blogerzy. I wcale nie są w mniejszości w stosunku do nosicieli irokezów. Przez to, że muzyka jest dość zróżnicowana – od Meli Koteluk, przez Proletaryat, po Shaggy’ego – odbiorcy również nie stanowią jednolitej masy i w trakcie tych kilku dni można spotkać ludzi z bardzo odmiennych subkultur.

 

Na imprezę przyjeżdżają sami gówniarze

przystanek woodstock 2015

Również nieprawda. Wiek uczestników jest tak rozstrzelony, że nawet nie podjąłbym się szacowania średniej. W trakcie przemieszczania się po terenie festiwalu widziałem zarówno osoby, które mogłyby być moimi dziećmi, jak i te, których ja mógłbym być dzieckiem, a niedaleko mojego namiotu byli rozbici państwo, których mógłbym być wnuczkiem. Jeśli więc obawiasz się zmasowanego ataku gimbazy, to porzuć te obawy, bo nie mają przełożenia na stan faktyczny.

 

Łatwo paść ofiarą złodziei

Pozdro dla złodzieja, który wczoraj przegrzebał mi namiot. Dzięki, że zadowoliłeś się czipsami, a zostawiłeś mi powerbank.

Posted by Stay Fly on 2 sierpnia 2015

Jak widać po załączonym statusie, bardzo łatwo i w zasadzie nie trzeba robić nic więcej poza rozbiciem namiotu. Gwarancji, że ktoś nie przegrzebie Ci rzeczy w wigwamie nie daje nawet fakt, że rozbijasz się w ogrodzonej wiosce wśród, teoretycznie, samy swoich. Tak że nie polecam przywozić nic wartościowego, czego nie możesz zabrać ze sobą idąc na koncert.

 

Przystanek Woodstock polega tylko na chlaniu

przystanek woodstock 2015

To największe pomówienie, jakie można skierować w stronę tego festiwalu.

Nie byłem jeszcze na drugiej imprezie, na której byłoby tyle atrakcji kulturalnych. Możesz i poćwiczyć jogę na świeżym powietrzu, i zobaczyć przedstawienie z aktorami z teatru Michała Żebrowskiego, i uczestniczyć w warsztatach rozwoju osobistego, i potańczyć z instruktorem, i nauczyć się rapować, i porozmawiać z gościem, który bez pieniędzy zwiedził całą Europę (pozdro Włóczykij!), i poznać miłość swojego życia w trakcie szybkich randek. I oczywiście skakać pod sceną w trakcie zajebistych koncertów. A to wszystko totalnie, zupełnie i absolutnie ZA-DAR-MO!

Definitywnie rozwiewając wątpliwości: nie, Przystanek Woodstock nie polega tylko na chlaniu do nieprzytomności.

 

Największy festiwal w Polsce

przystanek woodstock 2015

Nie byłem na wszystkich imprezach masowych organizowanych w naszym kraju, ale jeszcze nie słyszałem o takiej, na której bawiłoby się ¾ miliona ludzi. A właśnie tyle osób przyjechało w zeszłym roku na wydarzenie prowadzone przez Jurka Owsiaka. 750 000 wiary! To tyle co CAŁY Kraków! Czujecie to? CAŁY Kraków na jednej imprezie? I to z tak genialną atmosferą, że wszyscy są otwarci, spontaniczni, rozemocjonowani i mimo to nie dochodzi do bójek? To jest naprawdę coś!

Odpowiadając na pytanie z nagłówka: tak naprawdę na Przystanku Woodstock jest zajebiście i mocno żałuję, że pierwszy raz wybrałem się na niego dopiero teraz, a nie kilka lat wcześniej!

Jest jakiś osobnik płci męskiej po 15-tym roku życia, który nigdy nie słyszał tego hasła? A jak ma wybitne problemy ze słuchem, to który nie słyszał, ani nie czytał tego hasła? Dobra, z grup pominiętych zostali nam analfabeci, ale tych akurat możemy zdyskryminować, w związku z czym, z przeprowadzonej na szybko ankiety opartej o metodykę pracy amerykańskich naukowców wynika, że 110% męskiej populacji choć raz w życiu spotkało się ze stwierdzeniem, że „faceci myślą tylko o jednym”. Tą enigmatyczną jednością, która dominuje umysły osobników wyposażonych w angielski zestaw śniadaniowy w kroczu, jest oczywiście seks. Zwany też ciupkaniem, przez dewotki, które nigdy nie dopuściłyby do tego, by brudzić sobie usta tym strasznym słowem na „s”. Lub czymkolwiek innym.

Tym razem, wyjątkowo nie będę walczył z krzywdzącym stereotypem zakładającym, że w głowie mężczyzny nie pojawiają się myśli niezwiązane ze sprawdzaniem alternatywnych zastosowań kuchennego blatu, pralki, czy ksera w biurze, bo wydaje mi się, że każdy w miarę ogarnięty człowiek, wie, że to nieprawda. Faceci poza ruchaniem myślą jeszcze o jedzeniu, więc nie wiem jak wielką seksistowską świnią trzeba być, żeby spłycać nasze procesy myślowe do jednego. W dzisiejszym traktacie oscylującym wokół wojny płci skupię się na zupełnie innej kwestii. Mianowicie, na tym, o czym myślą kobiety.

Jeśli mężczyzna dąży do seksu, to znaczy, że chce uprawiać seks. Koniec, kropka. Jego intencje są jasne, czytelne i szczere. Pod chęcią włożenia penisa do pochwy i wymiany płynów ustrojowych nie czai się żadne drugie dno.

Co z kolei oznacza, że kobieta dąży do seksu? Cholera, też chciałbym to wiedzieć, bo to może być wszystko.

Kobiety tym się różnią od mężczyzn, że pójście do łóżka czasem nie jest dla nich celem samym w sobie, a jedynie środkiem do osiągnięcia czegoś więcej. Fakt, że wspięła się na Ciebie jak na Mount Blanc odruchowo jodłując przy zdobywaniu szczytu, wcale nie znaczy, że to było jej główną motywacją, ani, że w ogóle miała na to ochotę. Równie dobrze, mogła to być tylko droga do zdobycia czegoś innego i środek perswazji, którym miała nakłonić Cię do podjęcia innych działań. W końcu nikim się tak dobrze nie manipuluje jak napalonym facetem.

Mężczyzna uprawia seks, bo ma ochotę na seks. Przedstawicielka płci karmiącej może dążyć do łóżkowych zapasów, bo:

– chce dostać awans / podwyżkę / premię / wolne w dniu finału „You Can Dance”

– potrzebuje, żeby ktoś jej nieodpłatnie pomógł z przeprowadzką / remontem / poprowadzeniem sprawy rozwodowej z podziałem majątku

– chce zrobić sobie z Tobą samojebkę z hasztagiem #aftersex i zaimponować koleżankom, że spała z-tym-znanym-kolesiem-z-telewizora

– jest nowa w danym środowisku i chce wkręcić się w Twoją paczkę znajomych

– chce zrobić na złość przyjaciółce, której się podobasz, bo nie może znieść, że zostałaby jedyną singielką w ekipie. Lub też dlatego, że kiedyś pożyczyła jej swoją ulubioną sukienkę i wróciła poplamiona

– ma turbo słabo płatną pracę i uznała, że mieszkanie u Ciebie za darmo bardziej jej się kalkuluje, niż wywalanie co miesiąc tysiaka na klitkę na wydupiu

– potrzebuje materiału genetycznego, bo zegar biologiczny tyka

– chce dotrzeć do Twojej siatki kontaktów biznesowych, bo będzie odpalać ultra innowacyjny interes – studio paznkocia – i potrzebuje kogoś, kto wyłoży na to hajs

– [wstaw_problem_z_którym_nie_może_poradzić_sobie_sama] lub [niedobór_który_możesz_zaspokoić]

Podsumowując, dziewczyna może Cię wpuścić do swojego tajemniczego ogrodu, bo po prostu chce, żebyś jej przeorał grządki swoim pługiem, ALE prawdopodobne jest też, że poszła z Tobą do łóżka, bo to element jej manipulacji. Biorąc pod uwagę powyższe, stwierdzenie, że „faceci myślą tylko o jednym” to komplement. Bo laski nigdy nie wiadomo o czym myślą.