Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #37: hejty na Fejsie, druga Ziemia i brak ironii

Skip to entry content

Odkąd w podstawówce wpadłem na pomysł, żeby świadomie dokonywać wyboru muzyki, której słucham, zawsze w moich głośnikach królował rap, nie znaczy to jednak, że jestem zamknięty na inne gatunki. Wręczy przeciwnie, lubię poznawać i odkrywać nowe rzeczy, prawie, że w każdym aspekcie życia, wychodząc z założenia, że trzeba zjeść chleb z wielu pieców, żeby wiedzieć, który faktycznie Ci smakuje. Niesiony tą złotą myślą, której nie powstydziłby się Paulo Coelho, stwierdziłem, że pojadę na Woodstock.

Raz, że miał grać Modestep i Grubson. Dwa, że nigdy nie byłem. Trzy, że zawsze byłem ciekaw, czy te legendy o Broodstocku i turbolibacji są na wyrost, czy faktycznie jest tam taki rozpierdol. Cztery, że kiedy jak nie przed 30-stką? Brzmi sensownie, no nie? Z tego też powodu w dzisiejszym „Cotygodniowym Przeglądzie Internegu” pojawia się zastępstwo. I to zastępstwo wyjątkowe, bo blogera niszowego, a z bardzo dużym potencjałem. Mowa o Zdzisławie, u którego zarówno znajdziecie celne spostrzeżenia, zabawne porównannia, jak i lotną relację z przejazdu Pendolino.

Trzecie zastępstwo w CPI czas zacząć!

CPI 37

Otrzymując nominację do stworzenia głównej strony internetu poczułem się bardziej uroczyście niż w przedszkolnych jasełkach, gdzie grałem choinkę. Nie byłem pewien jak się do tego zabrać, więc przyjechałem do miasta Kraka i Smoga, żeby bardziej wczuć się w klimat, a cały wpis stworzyłem siedząc w garniturze.

Skoro już jestem gotów, to najpierw się przedstawię. Jestem Zdzisław, prowadzę bloga www.zdzislaw.in i dziś poprowadzę dla was CPI. Tak naprawdę, to nie nazywam się Zdzisław. Nie jest to moje prawdziwe imię, gdyż ono jest zbyt standardowe i niczym Lord Voldemort postanowiłem sobie zaprojektować nowe, lepsze. Co prawda nie jest anagramem, ani nie ma łacińskich interpretacji, ale uwielbiam je. Skoro już się znamy, pozwolę sobie zacząć.

Janek pojechał na Woodstock. Jeżeli już na Audioriverze doświadczył problemów techniczno-namiotowych, więc obawiam się, że z tego strasznego siedliska alkoholowych i seksualnych orgii błotnych może wrócić z WZW, albo nie wrócić wcale. Poprosiłem go jednak, o stosowanie zabezpieczenia i obiecał, że nie wyjdzie z namiotu bez ciepłych bamboszy, a marichuanen tylko ze sterylnych strzykawek.

Tomorrowland – pozostając w klimacie festiwalowym, chciałbym przedstawić jeden z najbardziej epickich na świecie. Co prawda jest to muzyka elektroniczna, ale ten rodzaj przystępny również dla fanów innych brzmień. Całość rozbrzmiewa na 16 różnych scenach, gdzie główna z nich jest zbudowana z romachem i przepychem większym niż uczta na zamku w Panu Tadeuszu. Wykonawcy tacy jak David Guetta, Tiesto, Steve Aoki, Avicii zapewne zapalaja lampkę „coś/gdzieś/kiedyś było” nawet u największych elektro-sceptyków.

Zresztą wszyscy dobrze wiedzą, że na festiwalu muzyka nie jest najważniejsza. W tym roku już jest za późno, żeby się załapać, zresztą trzeba być szybkim z kupowaniem biletów, bo rozchodzą się szybciej niż fajki w pociągu na Woodstock. Rzućcie okiem na krótki klip, pokazujący jego fragmenty. Niedługo na kanale powinien być dostępny oficjalny aftermovie. Jeżeli komuś spodobają się te klimaty, to polecam przeglądnąć nagrania z poprzednich lat.

Kopsnij Drina – wielki test bimbrów – Program który w przeciągu kilku odcinków podbił serca publiczności – interesujący temat, charyzmatyczny prowadzący, charakterystyczne zwroty i odpowiedni, niezbyt nachalny montaż. Mianowicie smutna sprawa, bo jest to już ostatni odcinek, ale można oglądać bez obawień. Polecam się zapoznać, a sceptyków uprzedzę, że zarobek z ich emisji zostanie przekazany fundacji do walki z alkoholizmem.

First World Problem Pills – Czy też irytuje Cię, gdy w ubikacji tracisz zasięg Wi-Fi, liczba followersów na insta nie rośnie wykładniczo, boisz się pająków, chciałbyś aby zawsze towarzyszyła Ci tęcza, łysiejesz i nie wiesz co na siebie włożyć? Możesz rozwiązać te, jak i wiele innych problemów biorąc odpowiednie tabletki. 100% placebo, 100% skuteczności.

firstworld

Hejty na fejsie – nowy blog obrazkowy, który w przeciągu kilku dni znalazł się na głównych stronach wiodących serwisów internetowych. Idea jest prosta – zarzucasz homofobicznym, rasistowskim, czy innym urągającym ludzkiej godności rzygiem na swoim facebooku? Jest szansa, że każdy będzie mógł znaleźć swoje zdjęcie opatrzone cytatem na tej stronie.

Dokonując chłodnej analizy tego pomysłu, nie spodziewałbym się wielkich efektów – boom na niego już minął, a zdjęcia nie są podpisane danymi personalnymi. Jednak samą ideę jak najbardziej propsuję. Trzeba być odpowiedzialnym za to co się mówi, a tym bardziej za to, co się podpisuje swoim nazwiskiem. Również w internecie.

Dlaczego 5 tys. Polaków polubiło mem z muzułmanami i torami do Birkenau – pozostając w temacie rasizmu, polecam artykuł z Dużego Formatu. Przyzwyczajony do bełkotu produkowanego przez darmowych praktykantów, lub innych pseudo dziennikarzy, nie spodziewałem się tak dobrze przygotowanego materiału. Dużo można o nim powiedzieć, ale ja określę go jednym zwrotem, który w naszym kraju nieczęsto ma okazję wypłynąć – profesjonalne dziennikarstwo.

Dragon Ball Z: Resurrection ‚F’ – powstaje nowa animowana kinówka Dragon Ball!!!11jeden Co prawda trailer wpadł do sieci już z miesiąc temu, ale w poprzednich CPI go nie znalazłem. Nie mogłem odmówić wam (ani sobie) sentymentalnego powrotu do czasów, gdy każdy na podstawie pozycji słońca i cienia mógł ocenić ile czasu pozostało do kolejnego odcinka. Wszystko po to, by następnie nabożnie wpatrywać się przez 20 minut w ekran, podziwiając spektakularne pojedynki. Teraz nie robi już takiego wrażenia, jednak w czasach gdy jedyną alternatywą był Krecik, Reksio, lub Bolek i Lolek, nie było dla mnie większej tragedii niż przegapienie nowego odcinka. Czekam.

Największy sukces NASA w poszukiwaniu drugiej Ziemi – odkryto planetę, której warunki są bardzo zbliżone do Ziemskich. Temperatura, prawdopodobna obecność wody, nasilenie światła, okres obiegu planety wokół „Słońca” – wszystko to mogło się przyczynić do powstania tam życia, może nawet inteligentnego. Jedyną niedogodnością jest dzielące nas 1400 lat świetlnych odległości, więc za naszego życia nie uda się zbyt wiele rozwinąć w stronę jej eksploracji.

sadfrog

Jak natura zareagowała na decyzję w sprawie małżeństw homoseksualnych – Ten artykuł z frondy przekroczył granice absurdu. Jeżeli po jego publikacji ASZdziennik ogłosił walkowera, to wiedz że coś się dzieje. Sam swego czasu przeglądałem komentarze pod artykułami o małżeństwach homoseksualnych i zastanawiałem się dokąd zmierza ludzkość. Jest tam ogień, błyskawice, sztormy, satanistyczny posąg, czerwony księżyc. Nie przewidziałem jednak kruka jadącego wierzchem na orle.

Cecil the lion – Amerykański dentysta zapłacił całkiem duże pieniądze, za możliwość odstrzelenia lwa, będącego symbolem parku narodowego w Zimbabwe. Karma powróciła bardzo szybko w postaci setek tysięcy negatywnych opinii internautów – stracił godność, pracę i „życie”. Szkoda, że to jedyny tak nagłośniony przypadek, przecież kłusowników jest o wiele więcej, a polowanie na bezbronne, w starciu z nowoczesną technologią, zwierzęta nie powinno mieć miejsca w cywilizowanym świecie.

Klip Tygodnia – Pan od 24-godzinnego szczęścia tym razem zaserwował nam trwającą 2 minuty i 45 sekund wolność. Świetnie zrealizowany teledysk, wpadająca w ucho melodia i elektryzująca energia wokalu są wystarczającymi powodami, żeby zapoznać się z tym kawałkiem.

Jeżeli chodzi o stylówki, to początkowo chciałem przedstawić coś w klimatach mocno wytatuowanych i wykolczykowanych ludzi. Nie udało mi się jednak odnaleźć dobrych blogów takich autorów. A przynajmniej takich nie pornograficznych. Jeżeli ktoś ma jakieś, to podrzućcie proszę w komentarzu.

Damska stylówka tygodnia – Najlepszą damską stylówką po wszeczasy pozostanie połączenie tatuaży, eksluzywnej bielizny i opcjonalnie butów do tego. Nie chcę jednak nikogo deprawować, więc zaproponuję połączenie niestandardowej urody, z klasyczną małą czarną. Olivia Emily jest bardzo ładną dziewczynką, tylko przydałby się jej jakiś kolorowy rękaw, żeby przełamać monotonię śnieżnobiałej cery.

zdjęcie pochodzi z bloga oliviaemily.com
zdjęcie pochodzi z bloga oliviaemily.com

Męska stylówka tygodniaOutdersen i jego sesja odczarowywująca kamizelkę. Ta część garderoby kojarzyła mi się jedynie z dorabianiem kieszeni, aby było gdzie wrzucić opracowanie „Ludzi bezdomnych”, w dniu podstawy z polaka. Teraz to nawet mógłbym w takiej chodzić. Jak dorosnę i spoważnieję. O ile.

zdjęcie pochodzi z bloga outdersen.com
zdjęcie pochodzi z bloga outdersen.com

Zastanawiałeś się kiedyś, w jaki sposób można przekonać swoich ulubionych artystów, żeby zagrali koncert w Twoim mieście? Nic łatwiejszego, wystarczy że zbierzesz 1000 osób, które wykonają jednocześnie utwór i wrzucisz to na Youtuba. Możesz się wzorować na poniższym klipie.

Fanpage tygodnia – Tutaj stała się rzecz straszna. Kiedy zostałem nominowany do zastępstwa, wiedziałem już jaki fanpage wam zaprezentuję. Niestety w przeciągu ostatnich dni „Beka z ziół pełnych magii” została usunięta, więc nie można już przeglądać postów ludzi leczących raka pestkami moreli, odczyniających uroki, czy wierzących w spisek koncernów farmaceutycznych i szczepionki z rtęci i embrionów. A następnie dziwić się, że tacy ludzie istnieją.

Ironia jest miarą ludzkiej inteligencji, więc żeby nie oszaleć z jej nadmiaru, polecam wyrównywać jej poziom brakiem ironi. Bo tam nie ma jej wcale. Nic a nic.

Posted by brak ironii on 20 lipca 2015

To by było na tyle. Mam nadzieję, że stworzyłem godne zastępstwo i wszyscy będziecie chcieli być dziwni razem ze mną. Pozdro!

(niżej jest kolejny tekst)

9
Dodaj komentarz

avatar
5 Comment threads
4 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
7 Comment authors
Łukasz MatusikAgata MuszyńskaZdzislawPawełJan Favre Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Blogierka
Gość

zastepstwo godne:) a mnie kupiles tomorrowlandem i zamiłowaniem do kolorowych rekawow u dziewczyn ;)

Adelajda
Gość
Adelajda

Olivia jest cudna, kocham jej biel <3 <3 <3 i "brak ironii" wyjątkowo trafny :)

Jan Favre
Gość

Olivia wprowadza zdrową równowagę dla wszystkich mahoniowych czekoladek :)

Paweł
Gość

Dragon Ball nie powstaje a już powstał i w japoni była premiera. Na jesień ma wyjść na DVD/BR.
Dodatkowo jak nie wiesz leci teraz Dragon Ball Super, kontynuacja Z ;)

Zdzislaw
Gość

Mój błąd, sugerowałem się datą premiery w USA. Supera sprawdzę.
http://www.imdb.com/title/tt3819668/

Agata Muszyńska
Gość

I jak Ci się podobało na Modestep? :)

Jan Favre
Gość

Tym razem niestety się spóźniłem, tak że trudno mi się wypowiedzieć, ale jak byłem na nich w Krakowie, to totalny ogień! Wbijając na kocioł ledwo uszedłem z życiem, ale własnie o to chodzi :)

Agata Muszyńska
Gość

O taaak, była moc. „Machines” i „Seams” wspominam szczególnie!

Łukasz Matusik
Gość

W klimacie Tommorrowland (nie znoszę Guetty czy Aokiego), polecam zapoznać się z Defqon.1, Mysteryland czy Decibel Outdoor Festival :) PS. Wychodzi też nowa seria Dragon Ball – Dragon Ball Super.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Co niemądrego można napisać, gdy umiera znana osoba?

Skip to entry content

We wtorek zmarł Jan Kulczyk – biznesmen, najbogatszy Polak z majątkiem szacowanym na ponad 15 miliardów złotych. Zmarł w wieku 65 lat w wyniku komplikacji po drobnym zabiegu kardiologicznym. Tyle, informacja do podania w 2 zdaniach. Grupa naTemat jednak nie byłaby sobą, gdyby nie wycisnęła więcej z tak nośnego tematu, bo przecież śmierć to najbardziej klikalna sensacja, więc grzechem było z tego nie skorzystać. I tak mamy przekrój „artykułów”, od mniej znanych faktów z życia przedsiębiorcy, po sztuczne tworzenie afery związanej z teoriami spiskowymi dotyczącymi jego zgonu.

Między jednym praktykantem, a drugim darmowym stażystą, trafia nam się Gosia Ohme – psycholożka i psychoterapeutka dziecięca oraz rodzinna – jak czytamy w jej zakładce „o sobie”. Gosia, jak przystało na pseudo-specjalistę z zakresu psychologii w serwisie dla kobiet, tworzy wybitnie niedorzeczny i wypchany klozetowymi mądrościami tekst „Śmierć Jana Kulczyka przypomina o tym, by ŻYĆ”.

śmierć Jana Kulczyka w natemat

Nie frustruj tym, czego nie udało Ci się osiągnąć. Policz raczej marzenia, które udało się spełnić. I ciesz się życiem, które nadal trwa. Choć nie wiesz, jak długo jeszcze.

Takie myśli, które pojawiają się, gdy umiera ktoś taki jak Jan Kulczyk.

Zawsze dziwię się ludziom, którzy zaczynają doceniać swoje życie i to, że są na tym świecie dopiero, gdy umiera ktoś znany. Codziennie umierają tysiące ludzi i jakoś ich to nie rusza, nawet na tyle, żeby przystanąć przy nekrologu i doczytać nazwisko do końca.  Gdy odchodzi ktoś bliski z kim mieliśmy wspólne przeżycia, wspomnienia i był częścią nas, to zrozumiałe, że reflektujemy się nad tym co mamy i kim jesteśmy, ale w przypadku zgonu niedostępnego dla nas celebryty? To dziwne. Zwłaszcza, że Kulczyk nie był Ryśkiem Riedelem, żeby znał go każdy nastolatek.

Wielka postać polskiej sceny biznesu. Fajny człowiek. Ojciec. Dziadek. Czyjś partner. Ktoś, kto jeszcze chwilę wcześniej planował swoje życie na miesiące do przodu. Ktoś, kto nam zwykłym ludziom, wydaje się być równym partnerem, by negocjować z Panem Bogiem.

Chyba nie jestem zwykłym człowiekiem, albo nie trafiłem w dzieciństwie do tej samej sekty, co autorka tekstu, bo mimo mojej sympatii do pana Kulczyka, nie postrzegałem go jako bytu równego bogu. Nawet, gdyby ten ostatni istniał.

Odchodzą jak my, pełni pokory wobec śmierci, która zabiera nas wszystkich, bez wyjątku

W pierszwej chwili pomyślałem, że Gosia dotarła do jakichś tajnych informacji z zapiskami z ostatnich chwil życia biznesmena. Nie pisałaby przecież, że odszedł pełny pokory wobec śmierci, gdyby nie była tego pewna, prawda? W drugim momencie przypomniałem sobie, że to przecież tekst z Grupy naTemat, więc przedsiębiorca równie dobrze mógł w ostatnich słowach złorzeczyć przeciwko całemu światu, a i tak „dziennikarka” napisałaby to co jej pasuje pod tezę.

Są ludzie, których – myślisz – to nie dotyczy. Żyją w tak innej niż Twoja rzeczywistości, że tam muszą być magiczne sposoby, by zatrzymać cierpienie, ból, a już na pewno odroczyć śmierć na nieskończenie długo. W naszych oczach ich wielkość przekłada się na siłę życia. Oni, znani, bogaci i sławni, powinni odchodzić ostatni.

Czuję trochę zmieszanie, a trochę zażenowanie, że ktoś, kto tytułuje się psychologiem wmawia mi, że według mnie znani i lubiani „powinni odchodzić ostatni”. Otóż droga Ohme, według mnie ostatnia powinna odejść moja mama, żona lub córka, a nie obca mi osoba z kolorowej gazety. Magiczny sposób na zatrzymanie cierpienia i odroczenie śmierci powinien być zarezerwowany dla moich bliskich, a nie nieznajomych z telewizora i nie wiem jak spaczonym trzeba być, żeby sądzić inaczej.

Obserwujemy ich świat jak zafascynowane dzieci, które wierzą w istnienie bajek. I nagle to wszystko pryska. Bohaterowie znikają, a my pytamy „Jak to możliwe?”. No rozumiem mój sąsiad z czwartego piętra, który miał udar czy przyjaciółka mojej mamy, którą wykończył rak, ale on?

Kontynuacja poprzedniego wątku i dalsza eskalacja zaburzeń autorki. Chciałbym wierzyć, że to tylko kwestia niedojrzałości,  ale sugerowanie, że śmierć należy się bardziej przyjaciółce mamy, niż komuś innemu, dlatego że był znany z mediów, wskazuje na poważniejszy problem.

Przecież wielcy ludzie powinni znaleźć sposób, aby oszukać śmierć. I nagle uświadamiasz sobie, że śmierć jest wszechmocna. Ostateczna. Jest końcem.

To uświadamiają sobie dzieci w podstawówce, gdy umiera babcia albo dziadek, ale najwyraźniej autorka jest tak oderwana od rzeczywistości, że dopiero śmierć celebryty robi na niej jakiekolwiek wrażenie.

Śmierć Jana Kulczyka w psychologicznym sensie jest ważna dla nas wszystkich.

Bełkot. Śmierć Jana Kulczyka w psychologicznym sensie jest nieistotna dla nas wszystkich. Ważna jest tylko dla jego rodziny. Dla nas może być znacząca z ekonomicznego punktu widzenia, bo miał wpływ na wiele inwestycji dokonujących się w Polsce, ale przeciętny Kowalski nie ma o tym pojęcia.

Poza zwyczajnym empatycznym przeżywaniem, dotyka naszych lęków, przywraca pokorę, umniejsza Istnienie do fizycznego bytu, który poddawany jest nieustającym czynnikom losowym.

Bełkot. Emaptyczne przeżywanie kończy się na dojechaniu do kropki na końcu zdania, a przywracanie pokory to jakiś kolejny niezrozumiały montypythonowski żart.

I przywraca nam, może znów tylko na chwilę, pęd do życia, ten Bergsonowski „elan vital”, który zapewnia człowiekowi jako jedynej istocie poczucie istnienia ciągłości w czasie i przestrzeni.

Boże, co za bełkot! To zdanie jest tak złe, że nawet nie mam jak się do niego odnieść. Ja wiem, że wymienianie nazwisk francuskich filozofów jest jedną z porad w książce „Zostań specjalistą psychologii w kwadrans”, ale warto to jednak robić z sensem.

To tak, gdybyście się zastanawiali, co niemądrego można napisać, gdy umiera znana osoba.

Czy można mieć pretensje do kasjera że zachowuje się jak robot?

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Tim Robinson
autorem zdjęcia jest Tim Robinson

Jakiś czas temu wrzuciłem na fanpage dialog, który miał miejsce między sąsiadem z mojego bloku, a kasjerem na stacji benzynowej po drugiej stronie ulicy, która jest połączona z mini-dyskontem spożywczym. W skrócie chodziło o to, że sąsiad kupował tylko i wyłącznie te same co zwykle produkty spożywcze, a kasjer mimo to, jak zwykle, zamęczał go formułkami tak zwanego marketingu bezpośredniego. Czyli oferował dołączenie do programu lojalnościowego, później hot-doga i kawę, a na końcu jakieś czekoladki w promocyjnej cenie. Sąsiad się zirytował, bo jest częstym klient stacji/sklepu i za każdym razem odpowiada tak samo na te same pytania, i zwerbalizował swoje poddenerwowanie.

Część czytelników mu przyklasnęła, deklarując, że też doprowadza ich do szału nachalne wciskanie jakiegoś przecenionego badziewia, a część oburzyła się, broniąc kasjera argumentem, że on tak musi, bo tak ma w skrypcie. Na pierwszy rzut oka racje obu stron wydają się sensowne i uzasadnione, więc rodzi się pytanie postawione w nagłówku: czy można mieć pretensje do pracowników sklepu, że działają jak zaprogramowane automaty?

W wypowiedziach osób broniących sprzedawców zachowujących się w ten sposób – czyli ciągle oferujących tym samym klientom te same dodatki, mimo ich zdecydowanych odmów przy poprzednich propozycjach – motywem przewodnim jest argument, że takie działanie jest im narzucone odgórnie i że oni muszą tak robić. Bo a nuż, okaże się, że to tajemniczy klient, który przyszedł sprawdzić pracownika i zaznaczy w kwestionariuszu przesyłanym do centrali, że kasjer nie stosuje się do procedur, przez co obetną mu premię. W związku z czym, pracownik sklepu musi w kółko klepać te same formułki, w trosce o własne dobro i o to, żeby hajs się zgadzał.

Tylko tu pojawia się pytanie, czy nadrzędnym zadaniem pracownika jest dbaniem o własną pensję?

Ja rozumiem, że praca na stacji paliw to nie wolontariat i jest się tam z dość konkretnego powodu – dla pieniędzy. Jest to dla mnie jasne jak cera albinosa. Jednak pod uwagę trzeba wziąć też inną kwestię – po co ten ktoś na tej stacji paliw został zatrudniony? Raczej nie po to, żeby być bezmózgim Yeti bez możliwości logicznego rozumowania, kojarzenia faktów i podejmowania decyzji. Gdyby tak było, faktycznie wszędzie byłyby roboty zaprogramowane na wykonywanie tylko i wyłącznie ściśle określonych czynności. Albo małpy, które podobno można nauczyć wszystkiego. Jendak wciąż są tam ludzie po to, żeby reagowali, gdy pojawią się nieprzewidziane sytuacje.

Powtórzę jeszcze raz – obsługą w większości miejsc wciąż są ludzie, a nie automaty, po to, aby modyfikowali swoje działania, gdy coś dzieje się inaczej niż to zaplanowano w scenariuszu.

I taką właśnie sytuacją jest klient, który pojawia się w danym miejscu regularnie, przychodząc po ściśle określone produkty i już wielokrotnie kategorycznie odmówił propozycji założenia karty na punkty i hot-doga i kawy. W związku z tym, pracownik sklepu będący człowiekiem, czyli zgodnie ze stanem dzisiejszej nauki będący istotą myślącą, po uwadze klienta, że, tak jak zwykle, chce tylko i wyłącznie zapłacić za to co ma w koszyku, powinien zakodować, że setna próba nachalnego akwizytorstwa może go tylko wkurwiać. I sprawić, że już więcej nie pojawi się w tym miejscu, tylko wybierze konkurencyjny punkt, w którym obsłużą go jednostki zdolne do przetwarzania informacji odbieranych z otoczenia.

Tłumaczenie się, że „ja tak mam w skrypcie” to doprowadzenie do sytuacji jakiegoś absurdalnego impasu, gdzie ani sklep, który powinien być prokonsumencki taki nie jest, bo wprowadza uczucie dyskomfortu, ani pracownik, który powinien przyczyniać się do zwiększania zarobków sklepu, nie zwiększa ich, bo irytuje klientów odstraszając ich. Jeśli w sklepie coś nie działa, to pracownik powinien być pierwszą osobą, która to zauważa i na to reaguje, więc jeśli wciskanie dodatków przy kasie nie działa na stałych klientów, a w zasadzie powoduje odwrotny skutek od zamierzonego, to powinien przestać to robić i zgłosić to szefostwu. Bo na tyle na ile się znam na biznesie, w relacjach z klientami chodzi o to, żeby ich przyciągać, a nie wkurwiać.

Reasumując: tak, można mieć pretensje do istoty samodzielnie myślącej, że zachowuje się jak robot.