Close
Close

Jak naprawdę jest na Przystanku Woodstock?

Skip to entry content

Gdy byłem dzieciakiem, czy tam nastolatkiem, połowa moich znajomych była punkami. A przynajmniej próbowała być, nosząc kostki i pijąc tanie wina. Sam nigdy nie byłem zainteresowany ideologią „no future”, bo od zawsze uważałem, że moja przyszłość zależy tylko ode mnie, ale, o dziwo, wyjątkowo łatwo znajdowaliśmy wspólny język. Pomijając tło wydarzeń, podczas których do tego porozumienia dochodziło, to od długowłosych znajomych słyszałem barwne jak paleta Photoshopa opowieści o Woodstocku. Że anarchia, że rebelia, że błoto, że turbolibacja, że Włochaty i hipereuforia.

Z czasem stereotypy na temat festiwalu w Kostrzynie nad Odrą, oscylujące wokół spania w krzakach, zaczęły się zderzać z zupełnie przeciwnym opiniami. Że niepowtarzalna atmosfera, że spotkania z artystami, że zróżnicowane tematycznie warsztaty, że dużo wydarzeń kulturalnych. Wrodzona tendencja do konfrontowania mitów, plotek i wyobrażeń z rzeczywistością podpowiadała, że trzeba by to sprawdzić osobiście, a nie bazować na opowieściach innych ludzi i tak po kilku latach zbierania się do tego przedsięwzięcia, w tym roku w końcu je zrealizowałem.

Jak naprawdę jest na Przystanku Woodstock?

 

Błoto, brud, syf, kiła i mogiła

przystanek woodstock 2015

To główny argument, który skutecznie odstrasza nie-punków od tej imprezy.

Otóż, o ile kurzu faktycznie jest sporo – bo trudno, żeby nie było, jeśli od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy osób jednocześnie skacze pod sceną – to błota w tym roku nie było zupełnie. Oczywiście jeśli komuś wyjątkowo zależało na wykonaniu tego zabiegu kosmetycznego, to mógł pokryć skórę mokrą ziemią wskakując do kałuży, ale nie była to pozycją konieczna do uczestniczenia w wydarzeniu. Żeby bardziej to zobrazować widziałem góra 12 osób skaczących w kałuży, przy czym żadna z nich nie była ubłocona powyżej pasa.

Jednym z haseł wstrzymującym pracę jelit jest też fraza „toitoie”. Po wszystkich opowieściach, które usłyszałem przed festiwalem o warunkach sanitarnych, spodziewałem się dosłownego zobrazowania „gównoburzy”. Z całym szacunkiem do wszystkich, którzy uważają to za apogeum niesterylności i plan zdjęciowy do kolejnej części „Ludzkiej Stonogi”, ale Wy chyba nigdy nie byliście na Hip-Hop Kempie. To co się dzieje na Woodstocku jest pachnącą łazienką przy stanie toalet w Hradec Kralove. Jeśli uważacie, że warunki na imprezie Jurka Owsiaka są skandaliczne, to gówno widzieliście, że tak tematycznie to ujmę. Serio. Spodziewałem się, że nie dam rady się tam załatwić przez cały wyjazd, a nie było z tym problemów nawet ostatniego dnia, co na Hip-Hop Kempie jest niemożliwe.

Co do kwestii mycia się, to kolejki do kranów też były mniejsze niż na innych imprezach tego typu na jakich byłem i szczerze mówiąc, trochę się rozczarowałem, jak takie zwykłe polowe warunki można tak bardzo zdemonizować.

 

Na imprezę przyjeżdżają same punki

przystanek woodstock 2015

Zwane przez zadeklarowanych przeciwników nurtu brudasami. Otóż – nie wiem na ile na szczęście, a na ile niestety – nie. Na przełomie lipca i sierpnia do Kostrzyna nad Odrą przyjeżdżają zarówno rastamani, hipsterzy, goci, dresy, informatycy, studenci z UJ, korpoludzie, jak i blogerzy. I wcale nie są w mniejszości w stosunku do nosicieli irokezów. Przez to, że muzyka jest dość zróżnicowana – od Meli Koteluk, przez Proletaryat, po Shaggy’ego – odbiorcy również nie stanowią jednolitej masy i w trakcie tych kilku dni można spotkać ludzi z bardzo odmiennych subkultur.

 

Na imprezę przyjeżdżają sami gówniarze

przystanek woodstock 2015

Również nieprawda. Wiek uczestników jest tak rozstrzelony, że nawet nie podjąłbym się szacowania średniej. W trakcie przemieszczania się po terenie festiwalu widziałem zarówno osoby, które mogłyby być moimi dziećmi, jak i te, których ja mógłbym być dzieckiem, a niedaleko mojego namiotu byli rozbici państwo, których mógłbym być wnuczkiem. Jeśli więc obawiasz się zmasowanego ataku gimbazy, to porzuć te obawy, bo nie mają przełożenia na stan faktyczny.

 

Łatwo paść ofiarą złodziei

Pozdro dla złodzieja, który wczoraj przegrzebał mi namiot. Dzięki, że zadowoliłeś się czipsami, a zostawiłeś mi powerbank.

Posted by Stay Fly on 2 sierpnia 2015

Jak widać po załączonym statusie, bardzo łatwo i w zasadzie nie trzeba robić nic więcej poza rozbiciem namiotu. Gwarancji, że ktoś nie przegrzebie Ci rzeczy w wigwamie nie daje nawet fakt, że rozbijasz się w ogrodzonej wiosce wśród, teoretycznie, samy swoich. Tak że nie polecam przywozić nic wartościowego, czego nie możesz zabrać ze sobą idąc na koncert.

 

Przystanek Woodstock polega tylko na chlaniu

przystanek woodstock 2015

To największe pomówienie, jakie można skierować w stronę tego festiwalu.

Nie byłem jeszcze na drugiej imprezie, na której byłoby tyle atrakcji kulturalnych. Możesz i poćwiczyć jogę na świeżym powietrzu, i zobaczyć przedstawienie z aktorami z teatru Michała Żebrowskiego, i uczestniczyć w warsztatach rozwoju osobistego, i potańczyć z instruktorem, i nauczyć się rapować, i porozmawiać z gościem, który bez pieniędzy zwiedził całą Europę (pozdro Włóczykij!), i poznać miłość swojego życia w trakcie szybkich randek. I oczywiście skakać pod sceną w trakcie zajebistych koncertów. A to wszystko totalnie, zupełnie i absolutnie ZA-DAR-MO!

Definitywnie rozwiewając wątpliwości: nie, Przystanek Woodstock nie polega tylko na chlaniu do nieprzytomności.

 

Największy festiwal w Polsce

przystanek woodstock 2015

Nie byłem na wszystkich imprezach masowych organizowanych w naszym kraju, ale jeszcze nie słyszałem o takiej, na której bawiłoby się ¾ miliona ludzi. A właśnie tyle osób przyjechało w zeszłym roku na wydarzenie prowadzone przez Jurka Owsiaka. 750 000 wiary! To tyle co CAŁY Kraków! Czujecie to? CAŁY Kraków na jednej imprezie? I to z tak genialną atmosferą, że wszyscy są otwarci, spontaniczni, rozemocjonowani i mimo to nie dochodzi do bójek? To jest naprawdę coś!

Odpowiadając na pytanie z nagłówka: tak naprawdę na Przystanku Woodstock jest zajebiście i mocno żałuję, że pierwszy raz wybrałem się na niego dopiero teraz, a nie kilka lat wcześniej!

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Zapraszamy do regularnych odwiedzin na portalu BIERZMNIE.COM.PL.
    Znajdziecie tam codziennie nowe #konkursy z biletami na najlepsze #koncerty w Polsce!
    Rock, Blues, Jazz, Metal, Rap – każdy znajdzie coś dla siebie!

    #Bierzmnie – to ja, Twój bilet do świata rozrywki!
    https://www.facebook.com/bierzmniebilet/
    https://bierzmnie.com.pl/

  • Ludzie, którzy nie byli a wypowiadają się o Woodstocku mają najczęściej punkt widzenia ukształtowany przez materiał wyemitowany na Trwam 10 lat (albo i więcej) temu…

  • bardzo fajny tekst. nie byłam nigdy na woodstocku, jakoś się „nie złożyło”. w każdym razie jesteś pierwszą osobą, która przekazuje mi, że tam wcale nie chodzi tylko o chlanie. ciekawy artykuł, pozdrawiam :D

  • Cieszę się, że że ktoś pomyślał o podeście pod kranami.

  • Domi

    Janek, nie wiesz jak bardzo twój tekst dodał mi otuchy przed tegorocznym Woodstockiem :) wszyscy przyjaciele i bliscy znajomi – znając dobrze mój dość nietypowy charakter – dziwili się, że w ciągu niespełna 21 lat swojego życia jeszcze tam nie byłam. NIGDY. Dopiero w tym roku jadę – a namówił mnie na to (nie wiem jakim cudem) mój chłopak, wieloletni fan Woodstocku :D Te wszystkie filmy, zdjęcia, relacje znajomych i znajomych znajomych z jednej strony mnie przerażały (i dalej mnie przerażają!), z drugiej zaś, trochę wstyd nie być tam, nie spróbować i nie odczuć na własnej skórze tej atmosfery, o której mi opowiadają z zachwytem w oczach :P Mam nadzieję, że wrócę stamtąd cała i zdrowa (bo np. rok temu przyjaciółka wróciła z zapaleniem płuc :’) ) i że nie będę miała zamiaru potem zabić tych wszystkich osób które tak mnie zachęcały na wyjazd :)

    • Ja w zeszłym roku wróciłem z anginą, ale zdecydowane nie było to zależne od organizatorów :D Tak źe weź ciepły śpiwór i wszystko będzie w porządku :) Dobrej zabawy!

      • Domi

        Wróciłam. Krótko (dwa dni), bo pomimo 2 par spodni, swetra, bluzy, śpiwora i okrycia się drugim śpiworem w ramionach ukochanego… zmarzłam w nocy. A że prognoza pogody na następną noc nie zapowiada się dobrze (deszcz) to wolałam zdezerterować i wrócić do ciepłego łóżka (tak, jestem wygodna). Inne minusy to hałas 24/dobę (spać nie można :'( ) i najebani ludzie dookoła (bałam się, że ktoś w końcu wpadnie na nasz namiot). Plusy? Organizacja całego tego zbiegowiska (toitoie, prysznice – 8 zł ale warto :), ochrona, pomoc medyczna – jestem pod wrażeniem), dobra i bardzo przystępna cenowo szama, dobra kawa, atrakcje różnego rodzaju (nie byłam w stanie iść na wszystkie jednocześnie, nad czym ubolewam :( ) no i koncerty (Enej + Łona, Webber & The Pimps na Małej Scenie – najlepszy koncert ever <3 ). Pamiątki? Nie, nie mam koszulki (za duży tłok w SiemaShopie), za to sprawiłam sobie bransoletki ze sznurków i koralików w stoisku informującym o HCV :)

        Także ten… radzę zabrać gruby kocyk. Ewentualnie dwa. Bądź siedem :D

  • Phoenix

    powinieneś się wybrać na jakiś psy festiwal w PL masz goadupa dharma fest etc, w wegrzech ozora festiwal a w portugali boom festiwal, super sprawa

    • Psy/Goa/Trans festiwale są najlepsze!
      Polecam <3

  • Pingback: Przystanek Woodstock w Internecie – nasze projekty()

  • Roza Pawlicka

    Wiecie czemu w tym roku nic się nie wylewa z toi toi bo zrobili nową kanalizację i odpływ ale w tamtym roku wszystko się wylewa na drogę szedles po gnoju i ta sterta puszek i śmieć wiec w tym roku nawet się nie wybralam

  • Potwierdzasz opinie jakie trafiają do mnie od ludzi którzy tam byli. Sama już od paru lat wybieram się tam i wybrać nie mogę. Teraz obiecuję sobie że w przyszłym roku :)

  • Atrakcyjny Adam

    Jeśli zaczynamy porównywać, to ja na ten przykład dużo wyżej oceniam Basowiszcza od Woodstocku :)

  • John Katharsis

    Jak dla mnie Woodstock – śmierdzi. Śmierdzi jedzeniem od krysznowców. Zapach czuć ładnych parę dni i po imprezie.

  • Aldona Czerkas

    Z tym HipHop Kempem to się całkowicie zgadzam. O ile na Woodzie było mnóstwo Toi-Toi i były one czyszczone chyba minimum 2 razy dziennie… tak w Hradec Kralove było ich za mało i były czyszczone raz dziennie (!!).
    A jeżeli chodzi o prysznice: Na Woodstocku kolejki były ogromne przed koncertami potem – pustki. Ilość prysznicy była większa niż rok temu no i nawet na otwartych można było zastać ciepłą wodę rano (!), na płatnych prysznicach zaś (mimo że droższe o 1zł) nie było już sytuacji, że ty odkręcasz ciepłą, a ktoś się drze, że mu zimna zaczęła lecieć… no i mogłeś w tej ciepłej, a nawet wrzącej wodzie siedzieć ile chcesz. Zaś na HipHop Kempie prysznicy o wiele za mało, były w kiepskim stanie do tego stopnia, że prawie wszyscy szli się kąpać do stawu/jeziora które było kawałek za terenem imprezy. xD

    Z tym chlaniem to też nie prawda: oczywiście sporo osób… może i większość przyjeżdża żeby się TAKŻE napić. Żeby się schlać – takich też można naliczyć. Ale są osoby, które nie piją wcale albo bardzo mało. Ja byłam na razie tylko na 2 Woodstockach i na obu wypiłam max 3 piwa… i to na początku bo ostatniego dnia oddawałam krew. Mój chłopak wypijał więcej ale także tylko na początku bo krew oddaje ze mną. I spokojnie, nie oddawaliśmy na 100% pod wpływem ponieważ po drodze z ciekawości dmuchaliśmy do alkomatu u Pana policjanta. :)

    Jeżeli chodzi o złodziei: Mi się jeszcze nie zdarzyło… rozbijam przy zaufanych znajomych z mojego miasta, zaprzyjaźniam się z sąsiadami, zawsze ktoś jest w pobliżu, nie zostawiam otwartego namiotu, staram się nie brać nic mocno wartościowego, a jak już biorę to noszę przy sobie bądź nie pozostawiam na widoku. Potencjalnym złodziejom raczej się nie będzie chciało grzebać w ogromnym plecaku, ponieważ ktoś go może nakryć…

  • Piotr Pucis

    Woodstock to nie impreza dla branzy disco polo chłopcy w rurkach itd. woodstok to miejse tabu niezrozumiale dla wielu ludzi jest to tez festiwal powrotu do buntu i czas żeby spotkać mnóstwo zajebistych ludzi którzy podobnie mysla i lubia zabawe przy dobrym brzmieniu muzyki i tak jak kazda impreza masowa ma swoje plusy i mnusy a złodzieje pijaki bez chamulca i agresozy chodza tez na pielgrzymki do czestochowy tak ze ludzie którym PRZYSTANEK WOODSTOK nie pasuje polecam przystanek ostruda i festiwal disco polo albo szanty w gdyni na bulwaze ;)

  • Zakob

    Co do ataku gimbazy to się nie zgodzę. Ja wszystko rozumiem ale na Woodstock ubierać się w ciuchy po 500 zł za każdy i pstrykać selfiacza za selfiaczem [bo widziałem mnóstwo takich ludzi (głównie panienek ale o dziwo chłopcy też się pojawiali)] Z roku na rok jest ich coraz więcej. Pozdrawiam :)

  • #mClover

    komuś tam zniknęły chipsy z namiotu, a mój namiot odwiedził ktoś bardzo miły i przyniósł 1,5 talerza jakiegoś makaronu :D

  • Jacek Karczmitowicz

    W tym roku moja córka (12 lat) była 6x raz na Woodstocku pod życzliwym okiem tylko ojca (mama musiała zostać w domu). Piszę o tym dlatego, że pierwszy raz nałożyła glany i pierwszy raz wspólnie wybieraliśmy listę atrakcji. Ona nastawiała się na Shaka Ponk i Anię Rusowicz ja na Decapitated i Hed PE ;-)
    Udało nam się zaliczyć dwa spotkania w ASP, 2x warsztaty na bębnach, 3x tańce z Hare Kryszna i oddać do eko skupu lecha 4 worki puszek.
    Warto wybrać się samemu choć tam naprawdę trudno być samemu, warto się wybrać z dzieckiem i samemu poczuć się jak dziecko, warto pojechać na Przystanek i przystanąć od codzienności. To taka Wigilia w środku wakacji ;-)
    Z Przystankiem Woodstock od… Szczecina Dąbie.

    Dodam, że piszę te słowa z … Kostrzyna.

  • Kurczę, to skąd się biorą zatem te legendy i przypowieści o „tym złym Woodstocku”?
    Po Twojej recenzji sama nabrałam ochoty na wybranie się w następnym roku :)

    • Podejrzewam, że po części z niechęci do samego Jurka Owsiaka i WOŚPu i plotek, które rozsiewają środowiska katolickie, a które urastają potem do rangi legend.

  • No to mity został obalone ;).
    ps. W zeszlym roku moja mama (50+) i brat (nascie) razem pojechali na Woodstock..now it all makes sense ;)

  • Aleksander Zalewski

    Tam każdy jest sobą i nie ma agresji, każdy ma wybór co chce robić i nikt nikogo nie zmusza do niczego, a wybór jest duży od koncertów przez spotkania z ciekawymi ludźmi do różnego rodzaju warsztatów.
    A co do czystości to śmieci jakoś więcej może by trzeba zrobić jakaś akcję w tym kierunku a do toitoi to ja chyba mam szczęście HA HA
    Tylko nie można oceniać takiej imprezy tylko przez toitoie albo śmieci czy kurz zawsze komuś będzie coś przeszkadzać a przecież najważniejsza jest atmosfera tam panują i to żę można tam naładować się pozytywną energią i oby nam jej starczyło do następnego roku.

    To był mój 18 Woodstock i mam nadzieję że będą kolejne.
    Pozdrowienia dla wszystkich no i całej WIOSKI OLA :)

  • Jan Górski

    Przez ostatnie 15 lat odwiedziłem Przystanek 13 razy ( ze wstydem przyznaję raz wystraszyła mnie pogoda a raz praca zmusiła do bycia na drugim końcu polski). I owszem było inaczej. Tak ilość Toi Toi, powstanie pryszniców, i ogólna poprawa warunków sanitarno bytowych nie ulega wątpliwości. Mniej Punków tak bo i pop kultura i zawsze powiązana z nią anty kultura się zmieniły. Dziś antysystemowcy częściej są hipsterami niż punkami a irokez częściej jest przebraniem scenicznym niż formą określenia przynależności do subkultury. A i tacy jak ja metale ( nie sugerujcie się grzecznym zdjęciem z oficjalnego profilu) coraz częściej ścinają długie pióra i zamieniają glany na coś lżejszego.

    A w Przystanku nigdy nie chodziło o to kto kim jest bo tylko tam punk z metalem i skinem potrafili skakać pod jedną sceną. Tam nigdy nie chodziło o turbo chlanie chociaż żadne punk czy metal za kołnierz nie wylewa. Tam nigdy nie chodziło to to ko w co wierzy chociaż zawsze ci od Jezusa byli w kontrze do tych mantrujących Krisznę. A nawet nie zawsze chodziło tam o muzykę. Bo chociaż to nazwy zespołów potrafiły ściągnąć pod wieka scenę nawet i milion ( wiem oficjalnie nigdy miliona nie było ale byłem w tym tłumie i uwierzcie był ;) to tacy jak ja który z roku na rok Przystanek traktują jak największe święto w roku byli tam zawsze nie zależnie od listy wykonawców.
    Bo tam zawsze chodziło o to by naładować akumulatory, ot by udowodnić sobie że w tym pochrzanionym kraju są nadal normalni ( chociaż zwykle wręcz odwrotnie nazywani) ludzie. Udowodnić sobie że można nie pluć na prawo i lewo jadem a mimo to wyrażać siebie i sprzeciw przeciw temu co na co dzień, co w polityce itp. By udowodnić sobie że kasa to dodatek do życia a liczą się takie właśnie chwilę takie spotkania, takie miejsca i ludzie.

    Dlatego chociaż faktycznie nie wszystkie mity tu łamane od zawsze są mitami to i tak tekst opisuje mój Woodstock. I za to dziękuję autorowi.

  • Arkadiusz Machliński

    W tym roku pojechałem po raz pierwszy i jedyne, czego żałuję, to że nie byłem na Woodstocku wcześniej.
    Wyruszyłem jedynie z przyjacielem i już pierwszego dnia poznałem mnóstwo genialnych ludzi, z którymi zresztą przeżyłem ten wspaniały festiwal. Również od zawsze słyszałem jedynie negatywne opinie i z całą pewnością stwierdzam teraz : tych ludzi zwyczajnie musiało nigdy nie być na Woodzie. Spodziewałem się błota, brudu, hałasu, awantur pod namiotem i prawdzie powiedziawszy, nie raz zastanawiałem się, czy trafiłem na właściwą imprezę.

    Gorąco polecam każdemu, naładowałem się pozytywną energią aż po sam czubek głowy. Tak wielu uprzejmych, miłych i pomocnych ludzi nie sposób spotkać na codzień w „szarej rzeczywistości”. :)

  • inlove

    Ja również byłam w tym roku po raz pierwszy w na tej bajecznej imprezie. W jedenej tylko kwestii się nie zgodzę-toitoie. W piątek nad ranem był taki smród, że niestety zwymiotowałam, co było dosyć zabawne. Cała reszta po prostu fantastyczna, do tej pory żyje Woodstock’iem, z CAAAAŁĄ pewnością wróce tam za rok! Niesamowite miejsce, klimat i ludzie. Koncerty i nagłośnienie-tego nie da sie opisać, tam trzeba być! Wg. mnie to obowiązek obywatelski być choć raz na tym pięknym festiwalu. Peace!

  • Planuję jechać na Woodstock od dobrych kilku lat, ale oczywiście i tym razem mi to nie wyszło. Tak czy siak wszelkich stereotypów na temat zarówno festiwalu jak i samych jego uczestników zdążyłam się już wyzbyć mimo, że moja noga w Kostrzynie jeszcze nie stanęła. :)
    Woodstock to musi być fenomenalna sprawa i spędzenie tam tych kilku dni z pewnością daje całą masę genialnych wspomnień. A nieprzyjemne sytuacje nie zdarzają się tylko tam – idąc do sklepu też możesz zostać okradziony, a siedząc w parku jakiś koleś zwymiotuje ci na buty. Życie. :)

    • CHK

      Nie czytaj na temat stereotypów, tylko znajdź ekipę i po prostu tam pojedź :D w tym roku byłem 3 raz i w przyszłym roku będę tam z powrotem :) kocham to miejsce, 3 dni w roku, kiedy można się ‚odhamić’, odpocząć od rzeczywistości, dobrze się zabawić i przy okazji nauczyć się czegoś podczas warsztatów, polecam!

  • Jola Gawłowska

    Super tekst:) aż żal było wyjeżdżać. Miejsce w którym odpoczywasz od tłumu marudzących ludzi jak bardzo życie jest straszne i jak bardzo jest źle. Mega energia i masa pozytywnych ludzi. :) Tam się nie jeździ tam się wraca. :)

    ps. ja też w tym roku miałam namiot w przeglądzie i do tego dwa razy. Mam nadzieję że ktoś kto chodzi teraz w mojej koszulce której nawet nie zdążyłam otworzyć, bawi się moim survivalowym multitoolem i gra w fruit ninja na moim starym telefonie wdepnie w .. bosą nogą. Nauczka na przyszły rok – elektryczny pastuch na kod pin w namiocie.

    • Współczuję kradzieży tylu cennych sprzętów. U mnie szczęście w nieszczęściu, bo zniknęły, co prawda bardzo dobre ale, tylko czipsy.

    • Sławek

      polecam TOI CAMP :)

  • Agata Brynda

    http://www.fronda.pl/a/striptiz-za-koszulke-tak-sie-bawi-na-woodstock-owsiaka,54939.html

    Nie było porno- zabawy w błocie? To nie Woodstock. Swoją drogą wystarczy poczytać komentarze pod tym artykułem -.-” Nie wiem jakim cudem zbłądziłam na tę stronę, ale od razu przypomniałam sobie Twój wpis.

    • Ci ludzie we Frondzie naprawdę mają raka mózgu.

  • Ja już chyba nigdy nie pojadę :(

    • Czemu?

      • Właściwie to jedynym moim problemem jest (choć trudno w to uwierzyć) brak ekipy, z którą mogłabym jechać. Chyba muszę poczekać aż moje dzieci podrosną i z nimi pojadę.

        • To może w przyszłym roku zrobimy jakąś obozową ustawkę z czytelnikami, żeby każdy kto nie ma ekipy mógł się zabrać i pobawić :)

        • Aleksander Zalewski

          Widzisz mi kiedys posypala sie ekipa i zebralem ludzi przez bank podróży na stronie wosp teraz tworzymy wioske co roku jest stara ekipa czasami kogos braknie ale zawsze dodajemy wpis na banku podrozy zeby przygarnac tych co sa sami i nie maja z kim jechac Wiec dla chcącego nic trudnego Powodzenia zycze i do zobaczenia na przyszlym wodstocku

          • Wiesz co, u mnie to jest jeszcze ten problem, ze ja się boję sama podróżować, bo jak się cos stanie, to nie jestem w stanie nawet zadzwonić po pomoc czy do najbliższej osoby. Jasne, ze jakbym bardzo się uparła, to bym pewnie pojechała, ale jednak jest we mnie pewien zakorzeniony strach, którego się tak szybko nie pozbędę.

        • Pola Cybulska

          A byłaś kiedykolwiek?

          • No przecież napisałam, że nie.

          • Sybilla M

            Hej no przecież jest blablacar! :) co roku można się umówić z kimś kto jedzie samochodem z twojego miasta na woodstock! zawsze trochę bezpieczniej niż pociągiem, ale w tych tez nigdy nie brakuje ludzi :P nigdy nie bedziesz sama nawet w podróży! :)

          • Aleksander Zalewski

            Hej a skad jesteś tylko ze moja ekipa jezdzi prędzej w tym roku wyjezdzalismy juz w niedziele a reszta dotarła później

        • MC

          ja od 3 lat sam jadę. ekipa zawsze znajdzie się na miejscu.

  • Tak mi się właśnie zdawało, że widziałam Cię gdzieś na prelekcji Włóczykija :D Miło teraz przeczytać taki wpis naładowany pełną energią. Zupełnie jak moje odczucia po festiwalu!

  • Kasia Kowalewska

    Musiałeś mieć pecha, nam zdarzało się zapomnieć o zamknięciu samochodu i nigdy nic nie zginęło. A znowu na nasz rząd toitoiów sprzątający się obrazili i konsekwentnie omijali go przez dwa dni.
    Dodatkową atrakcją są Niemcy, którzy chcą się trochę nauczyć polskiego.
    -how to say „girl” in polish?
    -dziewczyna
    -dziewczyna? A nie „kurwa cycki”?
    To w ogóle bardzo wyluzowany naród.
    -mamy mały problem. Florian ci się zesrał w samochodzie. Ale nie przejmuj się, to wygląda jak takie małe kiełbaski.
    Także ten. Polecam Woodstock.

    • Florian, to rozumiem kotek?

      • Kasia Kowalewska

        Niestety Florian to pijany Niemiec, ani trochę do kotka nie podobny

  • Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy pojechałam na Woodstock (2005 rok), jedną z rzeczy, która pozytywnie mnie zaskoczyła, był duży poziom kultury ludzi. Mam na myśli to, że przechodząc przez mega zatłoczoną uliczkę ze straganami, kiedy co chwila ktoś na kogoś wpadał czy popychał, spodziewałabym się raczej usłyszeć „Patrz jak leziesz”, a tymczasem słyszałam jedynie „przepraszam” czy „sorry”. To było naprawdę niesamowite.

    Co do tych kradzieży to wiadomo, że się zdarzają, ale myślę też, że miałeś trochę pecha. A może to ja miałam szczęście, bo na W. byłam kilkukrotnie i szczęśliwie zawsze wracałam z całym swoim dobytkiem :)

    A tak poza tym to fajny tekst :)

  • Byłam trzeci raz, za rok pojadę znów. Niesamowita atmosfera, cudowni ludzie. Najpiękniejszy festiwal na świecie. Niestety najwięcej mają do powiedzenia o nim ci, którzy na nim nie byli :)

  • Ela Chwirot

    te wszystkie moherowe bajki to jedna wielka bzdura. Troche skarza sie czasami mieszkancy Kostrzyna, ale tez nie wszyscy. Jest to jednak zrozumiale – nie kazdemu zmiana z malego miasteczka w festiwalowe szalenstwo odppowiada – generalnie jednak jest to swietna impreza. Stwierdzam, jako niejednokrotny uczestnik i kostrzynianka :) Pozdrawiam

    • Domyślam się, że dla rdzennych mieszkańców może to być spory szok, ale z drugiej strony, pewnie robią w sklepach utarg na cały kwartał.

      • Ela Chwirot

        maja nieco wyzsze obroty, ale przy takiej ilosci stoisk z tanim jedzeniem i cala reszta na samym polu, szalu ni ma. Hotele i hostele to co innego, pewnie sa pelne po dach :) Moj tata zawsze troche narzekal, ale praca w rentgenie miejskiego szpitala w dniach nagminnych kontuzji stawow skokowych rzeczywiscie pozostawia wiele do zyczenia. W tym roku juz na emeryturze i nie uslyszalam zadnej skargi :)

  • Też w tym roku byłam pierwszy raz na Woodstoku pomimo mojego wiecznego jęczenia, że nie, bo brud, bo błoto, bo brud i błoto, bardzo miło się zaskoczyłam. Zdecydowanie zgadzam się z tym, że to impreza dla wszystkich, a picie alkoholu wcale nie jest wymogiem by się dobrze bawić.
    Jedyne, co do kradzieży, wiadomo lepiej losu nie kusić zabierać jedynie rzeczy konieczne, a te które się już musi zabrać to trzymać przy tyłku. Mi jednak zdarzyło się zostawić czteropak piwa na cały jeden dzień i noc przy naszym obozowisku zaraz obok jednej z głównych dróg do wioski ASP. Był dobrze widoczny dla wszystkich przechodzących i nikt go nie ruszył!

    Do mojej epopei dołączam zdjęcie z Woodstockowego bungee. Pierwszy raz skakałam, całkowicie na spontanie, przeżyłam, to się pochwalę! A co!

  • Marta Szał

    O widzisz, a mnie się od kilku już lat nie składa, by pojechać – jakaś ciąża, dziecko – kto by to zliczył ;)
    Bardzo lubię Woodstock, mimo że kiedyś ukradziono nam cały namiot – na kogoś musi trafić. Trudno, żeby w takim tłumie nie znalazł się złodziej. Podobnie jak trochę ćpunów, alkusów, idiotów, półmózgów, agresorów itd. I ten właśnie promil pokazuje później telewizja na „T” i portal na „F”, a ręce opadają, bo ludzie w to wierzą. Mają zbyt płytką wyobraźnię, by pomyśleć, co dzieje się codziennie w każdym dużym mieście: dopalacze, utonięcia, samobójstwa, naturalne zgony, udary.
    A tam naprawdę jest bezpiecznie i cudownie, pozytywnie i kolorowo :) Można robić dziesiątki rzeczy, rozmawiać ze wspaniałymi ludźmi. Chyba widać, że za tym tęsknię, co?

  • Też byłem w tym roku po raz pierwszy. Mało tego – jeszcze przed pierwszym oficjalnym dniem (czyli w środę, bo przyjechałem wcześniej) wlazłem od razu na backstage w asyście Owsiaka! :D

    • Żałuję, że nie udało mi się przybić piątki Jurkowi, ale to do nadrobienia za rok!

  • Aleksandra Muszyńska

    Czy był może w tym roku w Woodstockowym tłumie najstarszy metalowiec świata na wózku inwalidzkim, którego widziałam już na wszystkich festiwalach w tym kraju :)?

    • Był! Na koncercie Proletaryat udało się go zanieść pod samą scenę!

      • Aleksandra Muszyńska

        To można powiedzieć, że Woodstock się odbył, bez tego nie byłoby o tym mowy :).

    • Nie wiem, o którego chodziło, ale kilka osób na wózkach było i bawiło całkiem zacnie.

  • Monika Grzebyk

    Czekałam na Twój wpis o Woodstocku i miałam nadzieję, że będzie właśnie w takim tonie. Dzięki! :)

  • Odkąd pojechałem na Hip Hop Kemp, przestałem AŻ TAK narzekać na warunki sanitarne na Woodstocku. Naprawdę, Czesi mają mocno w dupie higienę osobistą festiwalowiczów. :D Na Woodzie nie jest dobrze, ale wiem, że zawsze mogło być gorzej. :D

  • Kawał dobrego tekstu. Woodstock to miejsce, gdzie można odzyskać wiarę w ludzi i w taką naturalną dobroć. Sam kiedyś miałem mieszane odczucia, na pierwszy Woodstock jechałem z wątpliwościami, a w tym roku już trzeci raz.

  • kamila150

    Ja w tym roku zajrzałam tam też pierwszy raz. Mnie osobiście urzekła otwartość ludzi, brak negatywnych emocji przy bardzo dużym zróżnicowaniu uczestników.
    I przytulanie obcych osbób :) genialna sprawa!

  • Karlo Patience

    Pierwszy raz byłem na Woodstock w 2004 roku, pierwsza edycja w Kostrzynie. Potem jeszcze osiem razy. I to naprawdę są dwa różne festiwale, wtedy i dziś. Warunki sanitarne się poprawiły, 10-12 lat temu z toi toiami było naprawdę kiepsko, a o prysznicach nikt nawet nie marzył. Zmienili się też ludzie, którzy tu przyjeżdżają. Faktycznie obecnie punków jest jak na lekarstwo. Wtedy był to festiwal kontry, przyjeżdżali ludzie, którzy czuli w dużej mierze, że są poza społeczeństwem. Jurek nie uderzał tak w tony patriotyczne, nie było ASP. Do władzy w Polsce dochodziły właśnie LPR i PiS. Jechanie na Woodstock w wielu kręgach było powodem do wstydu. Teraz jest to impreza popularna, na której warto się pokazać, powiedzieć, że się było. Ale to co pozostaje bez zmian, to niesamowita atmosfera. Festiwal się zmienił. I nie mówię, że było lepiej czy gorzej. Było inaczej, bo i czasy były trochę inne. Dlatego niektóre przykłady, które wymieniasz jako mity, nie zawsze mitami były :)

    • MC

      dobrze mówi polać mu:) jak bym czytał to co sam chciałem napisać. też od 2004 jeżdżę. dwa razy nie byłem a teraz nawet myślę żeby zabrać swoją 3 letnią córkę.

  • 6 lat jeżdżę, nigdy mnie nie okradli i – odpukać – mam nadzieję, że tak zostanie, chociaż też nigdy nie zabieram swojego złota, diamentów i dolarów ze sobą. Nie ma co szpanować pod namiotem.
    A jeśli chodzi o muzykę, to z roku na rok Woodstock jest coraz bardziej różnorodny. W tym roku – IMHO – najlepszym koncertem był Modestep, który z muzyką punk ma tyle wspólnego, co ja z produkcją garnków z gliny.
    No i wydaje mi się, że fala ogólnopolskiego hejtu wymierzonego w Woodstock z roku na rok maleje. A na to wpływ mają zarówno blogerzy, uczestnicy, jak i organizatorzy i to mnie bardzo cieszy.

    • Okradli raz znajomego mojego brata. Ukradli mu WSZYSTKO razem z namiotem. Wrócił do obozu i okazało się, że jego namiot już tam nie stoi. Wrócił do domu owinięty w koc. Na szczęście kasę miał przy sobie. Ale ja jest pół miliona ludzi to wszystko się może zdarzyć.

  • Madd

    Na festiwale tego typu bierze się tylko to czego nie szkoda zniszczyć czy stracić. Żaden złodziej i powódź ci wtedy nie straszna. Swoją drogą jeśli zostanie się o jeden dzień dłużej to można wrócić z trzema namiotami zamiast jednego. W życiu nie widziałam takiej masy porzuconych rzeczy jak na końcu Woodstoku. Morze, dosłownie morze wszystkiego w stanie od śmieciowego po nie śmigane rzeczy. Widok niezwykły. A co do mitów odnośnie Wooda to polecam odważyć się na żarcie do kryshnowców. Ponoć po pierwszym nie ruszasz się z toi toia przez pół woodstocku, ale na szczęście ta klątwa działa chyba tylko na hipsterów. Polecam!

    • Ja np. znalazłem porzuconą czapkę z logo Heinekena :D (wyprałem ją po powrocie, rzecz jasna)

    • Żarełko u Kriszny bardzo dobre, szczególne sos z soczewicy (rok temu tak było, nie wiem jak teraz), jedyne co przyszło mi z trudnością to zjedzenie tej słodkiej ciemnobrązowej kulki, która robiła za deser. Do dzisiaj nie wiem co to było.

      • Anna Moderska

        Kasza kuskus z miodem, rodzynkami lub/i bananami.

    • Ema

      Kulki Mocy to zwyczajna halawa. Żarcie u Krishny robi ludziom ała jeśli się zażerają przez resztę roku burgerami i pizzą z mrożonki. Strączki, ostre przyprawy i w nieprzystosowanym żołądku rewolucja gotowa ;-)

  • Maria

    „śliczna Judyta i Kasia” – zmień czym prędzej ten opis, zanim się Kasia obrazi! :D
    Kurczę, może kiedyś też pojadę…

    • Ej, oczywiście, że chodzi o śliczną Judytę i śliczną Kasię!

  • Jak to w tym roku nie było błota? :O Nie było grzybków pod sceną? To nie jest zwykłe błoto, to zawsze był zwieziony z zewnątrz czysty piasek, w którym panowała niesamowita kultura tańca, przewracania ludzi, przepraszania ich, podnoszenia, tańca, przewracania – i tak od nowa ;)
    Nie było mnie w tym roku po raz pierwszy, jak policzyłam, od 12 lub 13 lat – ludzie uwielbiają demonizować Woodstock, ale jak na ilość ludzi (a tylko ona czasem doskwiera, bo jest ich ogrom) w jednym miejscu – aż dziw bierze, że naprawdę nic złego się tam nie dzieje.
    Wielkie zazdro, będziesz za rok? :)

    • kala101

      było błoto i grzybek było :)

    • Będę!

      • Anna Moderska

        To odwiedź namiot Towarzystwa Rozwoju Rodziny ;)

    • Był grzybek, ale dopiero trzeciego dnia zrobiło się na tyle ciepło (a wręcz gorąco) by można było wskoczyć w błotko ;)

    • Anna Moderska

      Jak do tej pory to chyba był jeden z chłodniejszych Woodstocków. Ale nie mniej wspaniały :)

  • Co ja patrzę, pod kranami jest prowizoryczna, drewniana podłoga. Czyli już nie trzeba stać po kostki w błocie myjąc się, a na koniec wodą z butli myć stóp kilkanaście metrów dalej. Super.

    Btw. lepiej późno niż wcale ;) A w przyszłym roku polecam wybranie się pociągiem nocny. Skondensowana na małej przestrzeni duża ilość, dobrze zaopatrzonych ludzi z wyrywającym się nastrojem melanżowo-imprezowym jest dla mnie jednym z najlepszych elementów woodstocku. Wracać już lepiej czym innym.

    • W przyszłym roku odwiedzę Woodstock na pewno, tak że może również zaliczę pociąg :)

    • Wracałem w sobotę nocnym pociągiem. Ludzie spali nawet na podłodze, niektórzy wysiadali 2 stacje dalej niż powinni.

  • Łaaaa! :)

    Byłam w tym roku pierwszy raz i ci, którzy jeżdżą od lat powiedzieli mi, że w tym roku toi -toie wyglądały wyjątkowo dobrze. Organizatorzy już przed festiwalem zapewniali, że tym razem „wzmocnili” tę kwestię. „Jednym z haseł wstrzymującym pracę jelit jest też fraza „toitoie” – każdy festiwalowicz zna tę praktykę. :D

    Słyszałam, jak Owsiak mówił ze sceny, że w czasie całego festiwalu zatrzymano chyba dwie pijane osoby, które zakłócały (s)pokój. Dwie osoby z setek tysięcy. Nawet, jeśli było ich więcej, to nie na taką skalę, o której czasem mówią przeciwnicy Przystanku Woodstock.

    • To mnie naprawdę ujęło, że mimo tych kilkuset tysięcy osób naprawdę nie było spokojnie i bez niepotrzebnej przemocy.

      • Ponoć jeszcze 2 osoby trafiły do szpitala z powodu wypicia płynu do mycia felg wymieszanego z alkoholem, bo jakiś facet sprzedawał tam taki syf. Ale i tak się zdziwiłem, bo słuchając niektórych opowieści, to nie spodziewałem się tak pozytywnej atmosfery. Chyba słuchałem opowieści ludzi, którzy nigdy tam nie byli.

        • Czytałam o tym płynie w prasie. Koleś podobno reklamował to jako „niezłą jazdę”… Ale to raczej w aucie niż w jelitach, choć jakby nie patrzeć, w tym drugim też.

          Znakomita większość ludzi na Woodstocku wie, że wybór leży po ich stronie. Dobra atmosfera skutecznie zniechęca do inicjowania akcji z agresją na czele. :)

          • damian

            woodstock jest dla zwierząt rozumiesz? ZWIERZĄT

          • Sławek

            żal mi Cię ograniczony chłopczyku z rozwojem poniżej gimbazy …

          • Krzysztof Zając

            jeśli prezesów firm którzy się tam bawią, ludzi na co dzień chodzących w garniturach do pracy, właścicieli firm którzy przejechali pół kraju aby przez 3 dni się pobawić itd…. nazywasz zwierzętami , to ty nie zasługujesz nawet na miano bakterii.

          • Artur

            Dziękuje ci bardzo Damianie że tak sądzisz bo właśnie dzięki temu nigdy cię nie ujrzę na Woodstocku i nigdy nie będziesz wstanie popsuć tej doskonałej atmosfery miłości, przyjaźni i muzyki :) Pozdrawiam i nie zapraszam :)

          • Olga Szemraj

            byłam na Woodstocku, było cudownie, przepięknie, a ludzie to zwierzęta jednak, nie wyprzemy się tego :)

    • Toitoiów nigdy za dużo. Szczególnie, że w ciągu jednego popołudnia każdy potrafi zamienić się w Mordor

      • Ktoś z mojej wioski wypatrzył toi toi, który wyglądał na nieczynny i nikt poza nami do niego nie zaglądał… Padały zatem konspiracyjne hasła w stylu „brązowa szóstka czysta”. Sheraton wśród kostrzyńskich toalet.. ;)

        • Jak już z podłogi można jeść to faktycznie standard się poprawił :)

    • Ryszard Wysocki

      Patrząc na twoje zdjęcie mam wrażenie że widzieliśmy się na woodzie;-) Jeśli to nie kłopot napisz mi gdzie byłaś rozbita a będę wiedział czy to ty ;-)

      • Tak, że jak weszłam na zbudowany podest, to widziałam dużą scenę. Blisko gastronomii i wioski z flagą „Golub-Dobrzyń” oraz passata, na którym wisiało prześcieradło z napisem „Janusze Woodstocku 1.9 TDI”. :D Ostatnią wskazówką, jaką jestem w stanie podać jest chorągiewka od Play z napisem „Zapierdalasz nie stygniesz”.

        • Ryszard Wysocki

          Dziękuję za tak szybką odpowiedż i choć jesteś bardzo podobna do poszukiwanej osoby to jednak nie ty;-) Poszukuję sąsiadki która była rozbita tuż za pasażem handlowym;-) Jeszcze raz dziękuje:-)

  • Mówiłem, że Ci się spodoba!
    Ja od siebie dorzucam przytulanie.
    W tym roku rozdałem kilkaset przytuli, nosków eskimosków oraz pstryczków w nos <3
    peace.love.hugs <3

Sprzedałem 567 sztuk powieści zanim w ogóle się ukazała – to wybitnie czy tragicznie?

Skip to entry content

Mijają 2 tygodnie od dnia premiery „Lunatyków” – mojej pierwszej powieści wydanej własnymi siłami. Instagram rośnie w zdjęcia czytelników, odbiór jest bardzo pozytywny, w sieci pojawiają się pierwsze recenzje, średnia ocen na Lubimy Czytać to 7/10, a najmniej przychylna opinia zamieszczona tam zaczyna się od słów „zacznijmy od tego, że książka jest na pewno niesamowicie czytalna – po trzech dniach od dostania jej w ręce przerzuciłem ostatnia kartkę”. Myślę, że to dobry moment, żeby pokazać trochę liczb i podsumować okres przedsprzedaży. Zwłaszcza, że w końcu odespałem maraton pracy po kilkanaście godzin na dobę i powoli wracam do żywych.

Do dnia premiery (26 października), przy sprzedaży wyłącznie przez stronę www.Lunatycy.com, poszło 567 egzemplarzy. Czyli zanim ktokolwiek mógł zobaczyć książkę na oczy i potwierdzić, że w ogóle istnieje, ponad pół tysiąca osób stwierdziło, że chce ją mieć. Czy to dobry wynik? W porównaniu do twórców internetowy wydających poradniki to bardzo słabo. W porównaniu do gameplayerów wydających swoje biografie w wieku 19 lat, to nie wiadomo, bo tradycyjne wydawnictwa nie podają liczb. A w porównaniu do debiutujących powieściopisarzy, to świetnie.

Ale po kolei.

Ile pieniędzy trzeba zainwestować, żeby samemu wydać książkę?

Można 21 000 złotych, ale można też 0.

Co składa się na pierwszą kwotę?

Przede wszystkim druk, który jest jej większą częścią, bo wydrukowanie nakładu 2 100 egzemplarzy (2 000 sztuk na sprzedaż i 100 na przyciski do papieru) kosztowało  11 676zł. W dalszej kolejności: film promocyjny – 3 690zł, korekta – 1 900zł, skład – 1 230zł, okładka – 500zł, sesja zdjęciowa do materiałów promocyjnych– 430zł, sponsorowanie postów na Facebooku – 400zł, szablon strony sprzedażowej – 180zł i kilka innych pierdół. Normalnie powinienem jeszcze doliczyć redakcję i postawienie sklepu internetowego, ale Magda Stępień (odpowiedzialna za kontrolę jakości tekstu) i Andrzej Kozdęba (ustawiający w WordPressie wszystko, co powinno być ustawione) uparli się, że nie chcą pieniędzy i niestety nie byłem w stanie zmusić ich do przyjęcia gotówki. Cóż, jak pech, to pech.

Czy któraś z tych pozycji mogłaby być mniejsza lub zupełnie zniknąć? Z pewnością można by oszczędzić na filmie promocyjnym – na przykład nie robiąc go w ogóle, co z powodzeniem uskuteczniają tradycyjne wydawnictwa – ale z powodów, o których piszę w dalszej części, uważam, że był to konieczny wydatek. Można by też przyciąć na okładce i użyć fotki z darmowego banku zdjęć lub jakiegoś popularnego stocka – co najwyraźniej stosuje Czwarta Strona wydająca Remigiusza Mroza. W związku z tym, że jednak moim głównym celem przy tworzeniu „Lunatyków” nie było wyciskanie złotówek z papieru, aż lasy tropikalne zaczną płakać, tylko zrobienie czegoś zajebistego, co będzie mogło być moją wizytówką, nie płakałem nad każdym wydanym grosikiem.

Jak wydać samemu książkę za 0zł?

Przeprowadzając kampanię crowdfundingową („crowdfunding” to „finansowanie przez tłum” – zbieranie pieniędzy na dany cel, gdzie każdy z wpłacających, w zależności od wysokości wpłaty, uzyskuje jakąś korzyść) lub sensownie rozpisując przedsprzedaż. Mnie dotyczył częściowo wariant drugi.

Częściowo, bo przedsprzedaż była rozpisana na tyle sensownie, na ile byłem to w stanie zrobić, zajmując się tym pierwszy raz w życiu. Z różnych powodów była kilkukrotnie przesuwana i trwała krócej niż pierwotnie zakładałem, jednak efekt i tak był zadowalający. Z pieniędzy czytelników sfinansowałem cały druk, więc tak naprawdę z własnych środków musiałem pokryć tylko 9 000zł reszty kosztów. Czego i tak dałoby się uniknąć, gdybym podwykonawcom zapłacił dopiero 2 miesiące po wystawieniu faktury, co nagminnie się zdarza w branży reklamowej, jednak nie chciałem być człowiekiem, na którym wiesza się chuje w kuluarach i zapłaciłem wszystkim po tygodniu.

Ile się zarabia na wydawaniu samemu książki?

Jedyna prawdziwa odpowiedź brzmi: to zależy. Zależy od ceny za jaką będziesz chciał ją sprzedawać i kosztów jakie będziesz ponosił, żeby to się stało.

Średnia cena książki w Polsce oscyluje w granicach 40zł. Jeśli dodasz do tego 10zł kosztów wysyłki, to dalej będzie akceptowalne, ale przy wyższej kwocie musisz to już jakoś sensownie uzasadnić. Zatrzymajmy się więc przy standardowych 50zł, a w zasadzie 49zł, bo – wbrew rozsądkowi – ta złotówka różnicy naprawdę działa.

Jakie mamy koszta przy samo-publikowaniu (jak ktoś zna ładniejsze tłumaczenie dla self-publishingu, to śmiało)?

1. Druk – najoczywistsza składowa z oczywistych, przy czym już tu pojawiają takie wahania, że można dostać choroby morskiej. Twarda okładka, czy miękka? Jak miękka to karton satynowany, jednostronnie kredowany, czy matowy? I ze skrzydełkami, czy to jednak nie kubełek classic w KFC i może być bez? A co z papierem w środku? Offset, satynowany, ecobook, czy Munken Print Cream vol 1,8 (cokolwiek to znaczy)? I ile ma mieć gram?

To wszystko sprawia, że przy nakładzie 2 000 sztuk, koszt 1 egzemplarza może wynosić poniżej 5zł, a może i prawie 9zł. U mnie wyszło niecałe 6zł.

2. Platforma sprzedażowa – miejsce gdzie będzie można kupić książkę.

Czytałem o jednym przypadku, gdzie dziewczyna wydająca się samodzielnie postawiła sobie za punkt honoru wprowadzić swoją książką na półki w Empiku. I wyszła na tym jak fanka Popka na tatuowaniu gałki ocznej. W sensie nie straciła wzroku, no bez przesady, Empik jest straszny, ale są jakieś granice. Po prostu odbiło jej się to nieświeżym bigosem. Utopiła pieniądze (bo za bycie w sieciowych księgarniach się płaci) i zamroziła książki (bo ostatecznie nie wylądowały na półkach, tylko przeleżały pół roku w magazynach). Dlatego większość samo-publikujących się sprzedaje swoje książki wysyłkowo przez internet.

W opcjach jest wystawianie aukcji na Allegro lub własny sklep internetowy. W przypadku tego drugiego zazwyczaj mamy do czynienia z abonamentowym kosztem rzędu 60zł miesięcznie. Do tego dochodzi koszt obsługi szybkich płatności internetowych (żeby wpłaty od kupujących były księgowane natychmiast, a nie po tygodniu). W zależności czy wybierzesz PayU, czy Przelewy24, to może być 2,9% lub 1,9% wartości zamówienia. W moimi przypadku niecały 1zł.

3. Dystrybucja – innymi słowy: wysyłka. Za zrealizowanie jednej wysyłki do czytelnika – karton, pakowanie, druk i naklejenie etykiety, nadanie Kurierem48 Pocztexu – płacę niecałe 15zł podwykonawcy robiącemu to za mnie (Krzysztof Bartnik – ten sam człowiek, który wysyła książki Volantowi, Pani Swojego Czasu, Michałowi Szafrańskiemu, a od niedawna również Radkowi Kotarskiemu).

Są self-publisherzy (straszne słowo, wiem), którzy przycinają na tej składowej i wysyłają książki osobiście zwykłym listem poleconym, ale w mojej opinii – biorąc pod uwagę ile czasu każdorazowo trzeba poświęcić na ogarnianie tego – to wcale nie jest oszczędność. Bo gdy jesteś zarówno autorem jaki i wydawcą, to naprawdę ostatnia rzecz, którą powinieneś robić, to stać z siatą paczek w kolejce na poczcie. Zwłaszcza, gdy – tak jak ja – w momencie, kiedy w ciągu dnia masz zrobić więcej niż dwie rzeczy, nie robisz żadnej dobrze, bo podzielność uwagi to dla Ciebie koncept czysto teoretyczny.

Podsumujmy to: czytelnik za książkę płaci 49zł, odejmujesz od tego 6zł za druk, 1zł za szybkie płatności i 15zł za wysyłkę (powinniśmy jeszcze doliczyć wcześniej wymienioną redakcję, korektę, skład, okładkę, promocję itd., ale przyjmijmy, że już wyszedłeś na zero z kosztami startowymi), wychodzi 27zł dla Ciebie. Minus podatek dochodowy i VAT.

Czy 567 książek sprzedanych w przedsprzedaży to dużo, czy mało?

Dużo, ale tylko biorąc po uwagę, że to powieść.

Czemu jest to takie istotne?

Po pierwsze: motywacja do zakupu.

Ludzie kochają poradniki, bo dają im obietnicę bezpośredniego wpływu na ich życie i zmiany na lepsze (co prawda zapominają, że książka sama za nich tych zmian nie wprowadzi, ale w tym kontekście to nieistotne). Przykładowo: przy poradniku o odchudzaniu można wprost komunikować, że „kupując tę książkę dowiesz się jak schudnąć X kilogramów w Y miesięcy”. Potencjalny nabywca widzi bezpośrednie powiązanie między zakupem danego tytułu, a korzyścią jaką mu to przyniesie.

Z beletrystyką jest trudniej, bo – jak byśmy nie fetyszyzowali literatury i nie wynosili na piedestał czytania – to po prostu rozrywka. Czas umili, ale życia nie zmieni (a przynajmniej trudniej jest stosować tego typu narrację w materiałach promocyjnych). Oczywiście możemy próbować grać na tonach, że powieści nas rozwijają emocjonalnie, przez śledzenie trudnych losów bohaterów stajemy się bardziej empatyczni, dzięki odkrywaniu nowych środowisk poszerzamy swoje horyzonty, a przez samo czytanie stajemy się bardziej elokwentni, poza tym to kontakt z… <ziew> dobra, wiem, że absolutnie na nikim, poza nauczycielkami polskiego, to nie robi wrażenia.

Pośrednie korzyści z czytania jako takiego większość ma w dupie, powieści to rozrywka, więc przede wszystkim mają rozrywać. Problem jest tylko taki, że ludzie są przyzwyczajeni do tego, że rozrywkę mają za darmo, zwłaszcza w internecie.

Po drugie: co jest w środku?

W przypadku poradników wystarczy pokazać spis streści, żeby było wiadomo z czym to się je. Przy biografiach tak naprawdę nie trzeba nic poza nazwiskiem opisywanej postaci. Z wielowątkową opowieścią na kilkaset stron jest nieco trudniej, bo co, będziesz streszczał po rozdziale co tam się dzieje? Zrobiłem to zanim zacząłem pisać, to się nazywa plan ramowy i wyszło 48 stron A4. Będziesz próbował zamknąć całość w jednym chwytliwym zdaniu? Świetnie, tylko, że to za mało.

Ludzie chcą wiedzieć co jest w środku, o czym to jest, i czy na pewno się wciągną, bo w momencie kiedy jesteś debiutantem (a jesteś), nie uwierzą Ci na słowo, że po prostu „warto”. Dlatego też postanowiłem wyprodukować zwiastun promocyjny na wzór zwiastunów filmowych, żeby na tyle zobrazować czytelnikom historię, by mogli ją poczuć i zapragnęli poznać jej dalszą część. W przypadku tego gatunku książki, uważam, że było to jedno z istotniejszych działań.

Po trzecie: wynik mierzenia zależy od punktu odniesienia.

Przy znajomych Youtuberach, którym w przedsprzedaży poszło po kilkanaście (a niektórym nawet po kilkadziesiąt) tysięcy sztuk, moje 567 egzemplarzy wygląda blado jak albinos na śniegu. Sytuacja jednak się zmienia, kiedy odrzucimy wartości bezwzględne i spojrzymy na sytuację pod kątem proporcji – to znaczy stosunku obserwatorów na Facebooku do liczby kupionych książek – bo absurdem byłoby oczekiwać, że moja niespełna dwudziestotysięczna społeczność wykręci taki sam wynik, jak ponad półmilionowa Ewy z Red Lipstick Monster (którą pozwolę sobie się tu posłużyć, bo robi świetną robotę i bardzo ją cenię). Gdy spojrzymy na procenty, okazuje się, że już przepaści nie ma.

Porównując się z kolei do debiutujących powieściopisarzy, wychodzi, że jest bardzo dobrze. Próbowałem znaleźć jakieś dane sprzedażowe dotyczące debiutów literackich w Polsce i jedyna liczba do jakiej udało mi się dotrzeć, to przedrukowany cytat z Forbesa, który mówi, że…

Zgodnie z niedawnymi informacjami podanymi przez magazyn „Forbes” średnia sprzedaż dobrego debiutu waha się od 500 do 1000 egz. Średni początkowy nakład debiutanta w naszym wydawnictwie to 400 egz.

Co by oznaczało, że ich roczny wyniki przebiłem w niecały miesiąc.

Czy dało się wycisnąć więcej z przedsprzedaży?

Jak najbardziej, tylko musiałaby się stać jedna z dwóch rzeczy: ja musiałbym mieć więcej doświadczenia lub doba więcej godzin.

Wszystko co miało miejsce podczas pisania i wydawania „Lunatyków” działo się w moim życiu po raz pierwszy. Od wybierania grubości papieru do książki, po wybieranie koloru przycisku w sklepie internetowym. A po drodze rejestrowanie działalności gospodarczej, pilnowanie korekty, składu, druku, terminów i tego, żeby zjeść choć dwa posiłki w ciągu dnia i przejść się dalej niż do toalety, bo bywało, że w obliczu nawarstwiającego się zapierdolu i setki spraw do załatwienia NA JUŻ, zwyczajnie o tym zapominałem. Albo nie miałem kiedy.

O naprawdę wielu rzeczach nie wiedziałem, o prawie tylu samo nie pomyślałem i musiałem się ich uczyć w biegu. Na szczęście miałem od kogo (za co serdecznie dziękuję Monice Kamińskiej, Bartkowi Popielowi, Michałowi Szafrańskiemu i wszystkim z grupy „Jak wydać książkę?”, bo dostałem od nich ogromne wsparcie merytoryczne), niestety nie zawsze było kiedy i część działań promocyjnych musiałem odpuścić, bo zwyczajnie coś by mi siadło pod kopułą z przepracowania. A nie po to trzy i pół roku temu odchodziłem z etatu, żeby teraz świat za oknem widywać tylko we vlogach na YouTube.

Jestem w pełni świadom, że w tej pierwszej fazie mogłem zrobić dużo więcej, ale raz, że pieniądze nie są dla mnie aż tak ważne, by zapracować się na śmierć, a dwa, że to był tylko jeden etap. Na szczęście, w odróżnieniu od tradycyjnych wydawnictw, nie jest tak, że książkę się promuje i sprzedaje tylko przez trzy miesiące, a potem idzie na przemiał i wszyscy zapominają o jej istnieniu. Przez to, że nikt poza mną nie ma kontroli nad tym, co dzieje się z „Lunatykami”, mogę ich promować przez najbliższy rok, a nawet dwa, ciągle docierając do nowych grup odbiorców.

Co jest największym minusem wydawania się samemu?

To, że musisz być wydawcą, dystrybutorem, promotorem i sprzedawcą w jednym. I jeśli wielozadaniowość nie jest Twoją mocną stroną, to nie najlepiej. Gorzej jest tylko, gdy czujesz się artystą.

Tłumacząc to bardziej obrazowo: dopóki piszesz, zwłaszcza powieść, musisz być przekonany, że historia, którą opowiadasz, a zwłaszcza sposób w jaki to robisz, to najbardziej unikatowa rzecz na świecie. Pieprzony latający jednorożec albo nieodkryty dotąd pierwiastek chemiczny. Że po tej książce historia ludzkości się skończy i zacznie na nowo. Musisz wierzyć, że to coś absolutnie wyjątkowego, bo inaczej nie będziesz się starał i jarał tym co robisz i wyjdzie jakiś wymęczony od niechcenia gniot.

Z kolei, kiedy proces twórczy jest już skończony, oddałeś tekst do druku i nic więcej nie możesz w nim zmienić, musisz zrzucić skórę Michała Anioła i wejść w buty Raya Kroca. I przyjąć, że Twoje redefiniujące życie i śmierć dzieło, jest najzwyklejszym na świecie produktem, który po prostu trzeba sprzedać. Jak proszek do prania albo krem po oczy. Bo dla procesu jakim jest sprzedaż nie ma absolutnie żadnej różnicy, czy to, co stworzyłeś będzie nominowane do Paszportów Polityki, czy wyląduje w czyimś garnku, a później na talerzu, czy w ogóle będzie tym talerzem.

Teoretycznie – to oczywiste, praktycznie – dopiero się tego uczę.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

 

---> SKOMENTUJ

Jest jakiś osobnik płci męskiej po 15-tym roku życia, który nigdy nie słyszał tego hasła? A jak ma wybitne problemy ze słuchem, to który nie słyszał, ani nie czytał tego hasła? Dobra, z grup pominiętych zostali nam analfabeci, ale tych akurat możemy zdyskryminować, w związku z czym, z przeprowadzonej na szybko ankiety opartej o metodykę pracy amerykańskich naukowców wynika, że 110% męskiej populacji choć raz w życiu spotkało się ze stwierdzeniem, że „faceci myślą tylko o jednym”. Tą enigmatyczną jednością, która dominuje umysły osobników wyposażonych w angielski zestaw śniadaniowy w kroczu, jest oczywiście seks. Zwany też ciupkaniem, przez dewotki, które nigdy nie dopuściłyby do tego, by brudzić sobie usta tym strasznym słowem na „s”. Lub czymkolwiek innym.

Tym razem, wyjątkowo nie będę walczył z krzywdzącym stereotypem zakładającym, że w głowie mężczyzny nie pojawiają się myśli niezwiązane ze sprawdzaniem alternatywnych zastosowań kuchennego blatu, pralki, czy ksera w biurze, bo wydaje mi się, że każdy w miarę ogarnięty człowiek, wie, że to nieprawda. Faceci poza ruchaniem myślą jeszcze o jedzeniu, więc nie wiem jak wielką seksistowską świnią trzeba być, żeby spłycać nasze procesy myślowe do jednego. W dzisiejszym traktacie oscylującym wokół wojny płci skupię się na zupełnie innej kwestii. Mianowicie, na tym, o czym myślą kobiety.

Jeśli mężczyzna dąży do seksu, to znaczy, że chce uprawiać seks. Koniec, kropka. Jego intencje są jasne, czytelne i szczere. Pod chęcią włożenia penisa do pochwy i wymiany płynów ustrojowych nie czai się żadne drugie dno.

Co z kolei oznacza, że kobieta dąży do seksu? Cholera, też chciałbym to wiedzieć, bo to może być wszystko.

Kobiety tym się różnią od mężczyzn, że pójście do łóżka czasem nie jest dla nich celem samym w sobie, a jedynie środkiem do osiągnięcia czegoś więcej. Fakt, że wspięła się na Ciebie jak na Mount Blanc odruchowo jodłując przy zdobywaniu szczytu, wcale nie znaczy, że to było jej główną motywacją, ani, że w ogóle miała na to ochotę. Równie dobrze, mogła to być tylko droga do zdobycia czegoś innego i środek perswazji, którym miała nakłonić Cię do podjęcia innych działań. W końcu nikim się tak dobrze nie manipuluje jak napalonym facetem.

Mężczyzna uprawia seks, bo ma ochotę na seks. Przedstawicielka płci karmiącej może dążyć do łóżkowych zapasów, bo:

– chce dostać awans / podwyżkę / premię / wolne w dniu finału „You Can Dance”

– potrzebuje, żeby ktoś jej nieodpłatnie pomógł z przeprowadzką / remontem / poprowadzeniem sprawy rozwodowej z podziałem majątku

– chce zrobić sobie z Tobą samojebkę z hasztagiem #aftersex i zaimponować koleżankom, że spała z-tym-znanym-kolesiem-z-telewizora

– jest nowa w danym środowisku i chce wkręcić się w Twoją paczkę znajomych

– chce zrobić na złość przyjaciółce, której się podobasz, bo nie może znieść, że zostałaby jedyną singielką w ekipie. Lub też dlatego, że kiedyś pożyczyła jej swoją ulubioną sukienkę i wróciła poplamiona

– ma turbo słabo płatną pracę i uznała, że mieszkanie u Ciebie za darmo bardziej jej się kalkuluje, niż wywalanie co miesiąc tysiaka na klitkę na wydupiu

– potrzebuje materiału genetycznego, bo zegar biologiczny tyka

– chce dotrzeć do Twojej siatki kontaktów biznesowych, bo będzie odpalać ultra innowacyjny interes – studio paznkocia – i potrzebuje kogoś, kto wyłoży na to hajs

– [wstaw_problem_z_którym_nie_może_poradzić_sobie_sama] lub [niedobór_który_możesz_zaspokoić]

Podsumowując, dziewczyna może Cię wpuścić do swojego tajemniczego ogrodu, bo po prostu chce, żebyś jej przeorał grządki swoim pługiem, ALE prawdopodobne jest też, że poszła z Tobą do łóżka, bo to element jej manipulacji. Biorąc pod uwagę powyższe, stwierdzenie, że „faceci myślą tylko o jednym” to komplement. Bo laski nigdy nie wiadomo o czym myślą.

---> SKOMENTUJ