Close
Close

Jak naprawdę jest na Przystanku Woodstock?

Skip to entry content

Gdy byłem dzieciakiem, czy tam nastolatkiem, połowa moich znajomych była punkami. A przynajmniej próbowała być, nosząc kostki i pijąc tanie wina. Sam nigdy nie byłem zainteresowany ideologią „no future”, bo od zawsze uważałem, że moja przyszłość zależy tylko ode mnie, ale, o dziwo, wyjątkowo łatwo znajdowaliśmy wspólny język. Pomijając tło wydarzeń, podczas których do tego porozumienia dochodziło, to od długowłosych znajomych słyszałem barwne jak paleta Photoshopa opowieści o Woodstocku. Że anarchia, że rebelia, że błoto, że turbolibacja, że Włochaty i hipereuforia.

Z czasem stereotypy na temat festiwalu w Kostrzynie nad Odrą, oscylujące wokół spania w krzakach, zaczęły się zderzać z zupełnie przeciwnym opiniami. Że niepowtarzalna atmosfera, że spotkania z artystami, że zróżnicowane tematycznie warsztaty, że dużo wydarzeń kulturalnych. Wrodzona tendencja do konfrontowania mitów, plotek i wyobrażeń z rzeczywistością podpowiadała, że trzeba by to sprawdzić osobiście, a nie bazować na opowieściach innych ludzi i tak po kilku latach zbierania się do tego przedsięwzięcia, w tym roku w końcu je zrealizowałem.

Jak naprawdę jest na Przystanku Woodstock?

 

Błoto, brud, syf, kiła i mogiła

przystanek woodstock 2015

To główny argument, który skutecznie odstrasza nie-punków od tej imprezy.

Otóż, o ile kurzu faktycznie jest sporo – bo trudno, żeby nie było, jeśli od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy osób jednocześnie skacze pod sceną – to błota w tym roku nie było zupełnie. Oczywiście jeśli komuś wyjątkowo zależało na wykonaniu tego zabiegu kosmetycznego, to mógł pokryć skórę mokrą ziemią wskakując do kałuży, ale nie była to pozycją konieczna do uczestniczenia w wydarzeniu. Żeby bardziej to zobrazować widziałem góra 12 osób skaczących w kałuży, przy czym żadna z nich nie była ubłocona powyżej pasa.

Jednym z haseł wstrzymującym pracę jelit jest też fraza „toitoie”. Po wszystkich opowieściach, które usłyszałem przed festiwalem o warunkach sanitarnych, spodziewałem się dosłownego zobrazowania „gównoburzy”. Z całym szacunkiem do wszystkich, którzy uważają to za apogeum niesterylności i plan zdjęciowy do kolejnej części „Ludzkiej Stonogi”, ale Wy chyba nigdy nie byliście na Hip-Hop Kempie. To co się dzieje na Woodstocku jest pachnącą łazienką przy stanie toalet w Hradec Kralove. Jeśli uważacie, że warunki na imprezie Jurka Owsiaka są skandaliczne, to gówno widzieliście, że tak tematycznie to ujmę. Serio. Spodziewałem się, że nie dam rady się tam załatwić przez cały wyjazd, a nie było z tym problemów nawet ostatniego dnia, co na Hip-Hop Kempie jest niemożliwe.

Co do kwestii mycia się, to kolejki do kranów też były mniejsze niż na innych imprezach tego typu na jakich byłem i szczerze mówiąc, trochę się rozczarowałem, jak takie zwykłe polowe warunki można tak bardzo zdemonizować.

 

Na imprezę przyjeżdżają same punki

przystanek woodstock 2015

Zwane przez zadeklarowanych przeciwników nurtu brudasami. Otóż – nie wiem na ile na szczęście, a na ile niestety – nie. Na przełomie lipca i sierpnia do Kostrzyna nad Odrą przyjeżdżają zarówno rastamani, hipsterzy, goci, dresy, informatycy, studenci z UJ, księgowi, jak i blogerzy. I wcale nie są w mniejszości w stosunku do nosicieli irokezów. Przez to, że muzyka jest dość zróżnicowana – od Meli Koteluk, przez Proletaryat, po Shaggy’ego – odbiorcy również nie stanowią jednolitej masy i w trakcie tych kilku dni można spotkać ludzi z bardzo odmiennych subkultur.

 

Na imprezę przyjeżdżają sami gówniarze

przystanek woodstock 2015

Również nieprawda. Wiek uczestników jest tak rozstrzelony, że nawet nie podjąłbym się szacowania średniej. W trakcie przemieszczania się po terenie festiwalu widziałem zarówno osoby, które mogłyby być moimi dziećmi, jak i te, których ja mógłbym być dzieckiem, a niedaleko mojego namiotu byli rozbici państwo, których mógłbym być wnuczkiem. Jeśli więc obawiasz się zmasowanego ataku gimbazy, to porzuć te obawy, bo nie mają przełożenia na stan faktyczny.

 

Łatwo paść ofiarą złodziei

Pozdro dla złodzieja, który wczoraj przegrzebał mi namiot. Dzięki, że zadowoliłeś się czipsami, a zostawiłeś mi powerbank.

Posted by Stay Fly on 2 sierpnia 2015

Jak widać po załączonym statusie, bardzo łatwo i w zasadzie nie trzeba robić nic więcej poza rozbiciem namiotu. Gwarancji, że ktoś nie przegrzebie Ci rzeczy w wigwamie nie daje nawet fakt, że rozbijasz się w ogrodzonej wiosce wśród, teoretycznie, samy swoich. Tak że nie polecam przywozić nic wartościowego, czego nie możesz zabrać ze sobą idąc na koncert.

 

Przystanek Woodstock polega tylko na chlaniu

przystanek woodstock 2015

To największe pomówienie, jakie można skierować w stronę tego festiwalu.

Nie byłem jeszcze na drugiej imprezie, na której byłoby tyle atrakcji kulturalnych. Możesz i poćwiczyć jogę na świeżym powietrzu, i zobaczyć przedstawienie z aktorami z teatru Michała Żebrowskiego, i uczestniczyć w warsztatach rozwoju osobistego, i potańczyć z instruktorem, i nauczyć się rapować, i porozmawiać z gościem, który bez pieniędzy zwiedził całą Europę (pozdro Włóczykij!), i poznać miłość swojego życia w trakcie szybkich randek. I oczywiście skakać pod sceną w trakcie zajebistych koncertów. A to wszystko totalnie, zupełnie i absolutnie ZA-DAR-MO!

Definitywnie rozwiewając wątpliwości: nie, Przystanek Woodstock nie polega tylko na chlaniu do nieprzytomności.

 

Największy festiwal w Polsce

przystanek woodstock 2015

Nie byłem na wszystkich imprezach masowych organizowanych w naszym kraju, ale jeszcze nie słyszałem o takiej, na której bawiłoby się ¾ miliona ludzi. A właśnie tyle osób przyjechało w zeszłym roku na wydarzenie prowadzone przez Jurka Owsiaka. 750 000 wiary! To tyle co CAŁY Kraków! Czujecie to? CAŁY Kraków na jednej imprezie? I to z tak genialną atmosferą, że wszyscy są otwarci, spontaniczni, rozemocjonowani i mimo to nie dochodzi do bójek? To jest naprawdę coś!

Odpowiadając na pytanie z nagłówka: tak naprawdę na Przystanku Woodstock jest zajebiście i mocno żałuję, że pierwszy raz wybrałem się na niego dopiero teraz, a nie kilka lat wcześniej!

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Jest jakiś osobnik płci męskiej po 15-tym roku życia, który nigdy nie słyszał tego hasła? A jak ma wybitne problemy ze słuchem, to który nie słyszał, ani nie czytał tego hasła? Dobra, z grup pominiętych zostali nam analfabeci, ale tych akurat możemy zdyskryminować, w związku z czym, z przeprowadzonej na szybko ankiety opartej o metodykę pracy amerykańskich naukowców wynika, że 110% męskiej populacji choć raz w życiu spotkało się ze stwierdzeniem, że „faceci myślą tylko o jednym”. Tą enigmatyczną jednością, która dominuje umysły osobników wyposażonych w angielski zestaw śniadaniowy w kroczu, jest oczywiście seks. Zwany też ciupkaniem, przez dewotki, które nigdy nie dopuściłyby do tego, by brudzić sobie usta tym strasznym słowem na „s”. Lub czymkolwiek innym.

Tym razem, wyjątkowo nie będę walczył z krzywdzącym stereotypem zakładającym, że w głowie mężczyzny nie pojawiają się myśli niezwiązane ze sprawdzaniem alternatywnych zastosowań kuchennego blatu, pralki, czy ksera w biurze, bo wydaje mi się, że każdy w miarę ogarnięty człowiek, wie, że to nieprawda. Faceci poza ruchaniem myślą jeszcze o jedzeniu, więc nie wiem jak wielką seksistowską świnią trzeba być, żeby spłycać nasze procesy myślowe do jednego. W dzisiejszym traktacie oscylującym wokół wojny płci skupię się na zupełnie innej kwestii. Mianowicie, na tym, o czym myślą kobiety.

Jeśli mężczyzna dąży do seksu, to znaczy, że chce uprawiać seks. Koniec, kropka. Jego intencje są jasne, czytelne i szczere. Pod chęcią włożenia penisa do pochwy i wymiany płynów ustrojowych nie czai się żadne drugie dno.

Co z kolei oznacza, że kobieta dąży do seksu? Cholera, też chciałbym to wiedzieć, bo to może być wszystko.

Kobiety tym się różnią od mężczyzn, że pójście do łóżka czasem nie jest dla nich celem samym w sobie, a jedynie środkiem do osiągnięcia czegoś więcej. Fakt, że wspięła się na Ciebie jak na Mount Blanc odruchowo jodłując przy zdobywaniu szczytu, wcale nie znaczy, że to było jej główną motywacją, ani, że w ogóle miała na to ochotę. Równie dobrze, mogła to być tylko droga do zdobycia czegoś innego i środek perswazji, którym miała nakłonić Cię do podjęcia innych działań. W końcu nikim się tak dobrze nie manipuluje jak napalonym facetem.

Mężczyzna uprawia seks, bo ma ochotę na seks. Przedstawicielka płci karmiącej może dążyć do łóżkowych zapasów, bo:

– chce dostać awans / podwyżkę / premię / wolne w dniu finału „You Can Dance”

– potrzebuje, żeby ktoś jej nieodpłatnie pomógł z przeprowadzką / remontem / poprowadzeniem sprawy rozwodowej z podziałem majątku

– chce zrobić sobie z Tobą samojebkę z hasztagiem #aftersex i zaimponować koleżankom, że spała z-tym-znanym-kolesiem-z-telewizora

– jest nowa w danym środowisku i chce wkręcić się w Twoją paczkę znajomych

– chce zrobić na złość przyjaciółce, której się podobasz, bo nie może znieść, że zostałaby jedyną singielką w ekipie. Lub też dlatego, że kiedyś pożyczyła jej swoją ulubioną sukienkę i wróciła poplamiona

– ma turbo słabo płatną pracę i uznała, że mieszkanie u Ciebie za darmo bardziej jej się kalkuluje, niż wywalanie co miesiąc tysiaka na klitkę na wydupiu

– potrzebuje materiału genetycznego, bo zegar biologiczny tyka

– chce dotrzeć do Twojej siatki kontaktów biznesowych, bo będzie odpalać ultra innowacyjny interes – studio paznkocia – i potrzebuje kogoś, kto wyłoży na to hajs

– [wstaw_problem_z_którym_nie_może_poradzić_sobie_sama] lub [niedobór_który_możesz_zaspokoić]

Podsumowując, dziewczyna może Cię wpuścić do swojego tajemniczego ogrodu, bo po prostu chce, żebyś jej przeorał grządki swoim pługiem, ALE prawdopodobne jest też, że poszła z Tobą do łóżka, bo to element jej manipulacji. Biorąc pod uwagę powyższe, stwierdzenie, że „faceci myślą tylko o jednym” to komplement. Bo laski nigdy nie wiadomo o czym myślą.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #37: hejty na Fejsie, druga Ziemia i brak ironii

Skip to entry content

Odkąd w podstawówce wpadłem na pomysł, żeby świadomie dokonywać wyboru muzyki, której słucham, zawsze w moich głośnikach królował rap, nie znaczy to jednak, że jestem zamknięty na inne gatunki. Wręczy przeciwnie, lubię poznawać i odkrywać nowe rzeczy, prawie, że w każdym aspekcie życia, wychodząc z założenia, że trzeba zjeść chleb z wielu pieców, żeby wiedzieć, który faktycznie Ci smakuje. Niesiony tą złotą myślą, której nie powstydziłby się Paulo Coelho, stwierdziłem, że pojadę na Woodstock.

Raz, że miał grać Modestep i Grubson. Dwa, że nigdy nie byłem. Trzy, że zawsze byłem ciekaw, czy te legendy o Broodstocku i turbolibacji są na wyrost, czy faktycznie jest tam taki rozpierdol. Cztery, że kiedy jak nie przed 30-stką? Brzmi sensownie, no nie? Z tego też powodu w dzisiejszym „Cotygodniowym Przeglądzie Internegu” pojawia się zastępstwo. I to zastępstwo wyjątkowe, bo blogera niszowego, a z bardzo dużym potencjałem. Mowa o Zdzisławie, u którego zarówno znajdziecie celne spostrzeżenia, zabawne porównannia, jak i lotną relację z przejazdu Pendolino.

Trzecie zastępstwo w CPI czas zacząć!

CPI 37

Otrzymując nominację do stworzenia głównej strony internetu poczułem się bardziej uroczyście niż w przedszkolnych jasełkach, gdzie grałem choinkę. Nie byłem pewien jak się do tego zabrać, więc przyjechałem do miasta Kraka i Smoga, żeby bardziej wczuć się w klimat, a cały wpis stworzyłem siedząc w garniturze.

Skoro już jestem gotów, to najpierw się przedstawię. Jestem Zdzisław, prowadzę bloga www.zdzislaw.in i dziś poprowadzę dla was CPI. Tak naprawdę, to nie nazywam się Zdzisław. Nie jest to moje prawdziwe imię, gdyż ono jest zbyt standardowe i niczym Lord Voldemort postanowiłem sobie zaprojektować nowe, lepsze. Co prawda nie jest anagramem, ani nie ma łacińskich interpretacji, ale uwielbiam je. Skoro już się znamy, pozwolę sobie zacząć.

Janek pojechał na Woodstock. Jeżeli już na Audioriverze doświadczył problemów techniczno-namiotowych, więc obawiam się, że z tego strasznego siedliska alkoholowych i seksualnych orgii błotnych może wrócić z WZW, albo nie wrócić wcale. Poprosiłem go jednak, o stosowanie zabezpieczenia i obiecał, że nie wyjdzie z namiotu bez ciepłych bamboszy, a marichuanen tylko ze sterylnych strzykawek.

Tomorrowland – pozostając w klimacie festiwalowym, chciałbym przedstawić jeden z najbardziej epickich na świecie. Co prawda jest to muzyka elektroniczna, ale ten rodzaj przystępny również dla fanów innych brzmień. Całość rozbrzmiewa na 16 różnych scenach, gdzie główna z nich jest zbudowana z romachem i przepychem większym niż uczta na zamku w Panu Tadeuszu. Wykonawcy tacy jak David Guetta, Tiesto, Steve Aoki, Avicii zapewne zapalaja lampkę „coś/gdzieś/kiedyś było” nawet u największych elektro-sceptyków.

Zresztą wszyscy dobrze wiedzą, że na festiwalu muzyka nie jest najważniejsza. W tym roku już jest za późno, żeby się załapać, zresztą trzeba być szybkim z kupowaniem biletów, bo rozchodzą się szybciej niż fajki w pociągu na Woodstock. Rzućcie okiem na krótki klip, pokazujący jego fragmenty. Niedługo na kanale powinien być dostępny oficjalny aftermovie. Jeżeli komuś spodobają się te klimaty, to polecam przeglądnąć nagrania z poprzednich lat.

Kopsnij Drina – wielki test bimbrów – Program który w przeciągu kilku odcinków podbił serca publiczności – interesujący temat, charyzmatyczny prowadzący, charakterystyczne zwroty i odpowiedni, niezbyt nachalny montaż. Mianowicie smutna sprawa, bo jest to już ostatni odcinek, ale można oglądać bez obawień. Polecam się zapoznać, a sceptyków uprzedzę, że zarobek z ich emisji zostanie przekazany fundacji do walki z alkoholizmem.

First World Problem Pills – Czy też irytuje Cię, gdy w ubikacji tracisz zasięg Wi-Fi, liczba followersów na insta nie rośnie wykładniczo, boisz się pająków, chciałbyś aby zawsze towarzyszyła Ci tęcza, łysiejesz i nie wiesz co na siebie włożyć? Możesz rozwiązać te, jak i wiele innych problemów biorąc odpowiednie tabletki. 100% placebo, 100% skuteczności.

firstworld

Hejty na fejsie – nowy blog obrazkowy, który w przeciągu kilku dni znalazł się na głównych stronach wiodących serwisów internetowych. Idea jest prosta – zarzucasz homofobicznym, rasistowskim, czy innym urągającym ludzkiej godności rzygiem na swoim facebooku? Jest szansa, że każdy będzie mógł znaleźć swoje zdjęcie opatrzone cytatem na tej stronie.

Dokonując chłodnej analizy tego pomysłu, nie spodziewałbym się wielkich efektów – boom na niego już minął, a zdjęcia nie są podpisane danymi personalnymi. Jednak samą ideę jak najbardziej propsuję. Trzeba być odpowiedzialnym za to co się mówi, a tym bardziej za to, co się podpisuje swoim nazwiskiem. Również w internecie.

Dlaczego 5 tys. Polaków polubiło mem z muzułmanami i torami do Birkenau – pozostając w temacie rasizmu, polecam artykuł z Dużego Formatu. Przyzwyczajony do bełkotu produkowanego przez darmowych praktykantów, lub innych pseudo dziennikarzy, nie spodziewałem się tak dobrze przygotowanego materiału. Dużo można o nim powiedzieć, ale ja określę go jednym zwrotem, który w naszym kraju nieczęsto ma okazję wypłynąć – profesjonalne dziennikarstwo.

Dragon Ball Z: Resurrection ‚F’ – powstaje nowa animowana kinówka Dragon Ball!!!11jeden Co prawda trailer wpadł do sieci już z miesiąc temu, ale w poprzednich CPI go nie znalazłem. Nie mogłem odmówić wam (ani sobie) sentymentalnego powrotu do czasów, gdy każdy na podstawie pozycji słońca i cienia mógł ocenić ile czasu pozostało do kolejnego odcinka. Wszystko po to, by następnie nabożnie wpatrywać się przez 20 minut w ekran, podziwiając spektakularne pojedynki. Teraz nie robi już takiego wrażenia, jednak w czasach gdy jedyną alternatywą był Krecik, Reksio, lub Bolek i Lolek, nie było dla mnie większej tragedii niż przegapienie nowego odcinka. Czekam.

Największy sukces NASA w poszukiwaniu drugiej Ziemi – odkryto planetę, której warunki są bardzo zbliżone do Ziemskich. Temperatura, prawdopodobna obecność wody, nasilenie światła, okres obiegu planety wokół „Słońca” – wszystko to mogło się przyczynić do powstania tam życia, może nawet inteligentnego. Jedyną niedogodnością jest dzielące nas 1400 lat świetlnych odległości, więc za naszego życia nie uda się zbyt wiele rozwinąć w stronę jej eksploracji.

sadfrog

Jak natura zareagowała na decyzję w sprawie małżeństw homoseksualnych – Ten artykuł z frondy przekroczył granice absurdu. Jeżeli po jego publikacji ASZdziennik ogłosił walkowera, to wiedz że coś się dzieje. Sam swego czasu przeglądałem komentarze pod artykułami o małżeństwach homoseksualnych i zastanawiałem się dokąd zmierza ludzkość. Jest tam ogień, błyskawice, sztormy, satanistyczny posąg, czerwony księżyc. Nie przewidziałem jednak kruka jadącego wierzchem na orle.

Cecil the lion – Amerykański dentysta zapłacił całkiem duże pieniądze, za możliwość odstrzelenia lwa, będącego symbolem parku narodowego w Zimbabwe. Karma powróciła bardzo szybko w postaci setek tysięcy negatywnych opinii internautów – stracił godność, pracę i „życie”. Szkoda, że to jedyny tak nagłośniony przypadek, przecież kłusowników jest o wiele więcej, a polowanie na bezbronne, w starciu z nowoczesną technologią, zwierzęta nie powinno mieć miejsca w cywilizowanym świecie.

Klip Tygodnia – Pan od 24-godzinnego szczęścia tym razem zaserwował nam trwającą 2 minuty i 45 sekund wolność. Świetnie zrealizowany teledysk, wpadająca w ucho melodia i elektryzująca energia wokalu są wystarczającymi powodami, żeby zapoznać się z tym kawałkiem.

Jeżeli chodzi o stylówki, to początkowo chciałem przedstawić coś w klimatach mocno wytatuowanych i wykolczykowanych ludzi. Nie udało mi się jednak odnaleźć dobrych blogów takich autorów. A przynajmniej takich nie pornograficznych. Jeżeli ktoś ma jakieś, to podrzućcie proszę w komentarzu.

Damska stylówka tygodnia – Najlepszą damską stylówką po wszeczasy pozostanie połączenie tatuaży, eksluzywnej bielizny i opcjonalnie butów do tego. Nie chcę jednak nikogo deprawować, więc zaproponuję połączenie niestandardowej urody, z klasyczną małą czarną. Olivia Emily jest bardzo ładną dziewczynką, tylko przydałby się jej jakiś kolorowy rękaw, żeby przełamać monotonię śnieżnobiałej cery.

zdjęcie pochodzi z bloga oliviaemily.com
zdjęcie pochodzi z bloga oliviaemily.com

Męska stylówka tygodniaOutdersen i jego sesja odczarowywująca kamizelkę. Ta część garderoby kojarzyła mi się jedynie z dorabianiem kieszeni, aby było gdzie wrzucić opracowanie „Ludzi bezdomnych”, w dniu podstawy z polaka. Teraz to nawet mógłbym w takiej chodzić. Jak dorosnę i spoważnieję. O ile.

zdjęcie pochodzi z bloga outdersen.com
zdjęcie pochodzi z bloga outdersen.com

Zastanawiałeś się kiedyś, w jaki sposób można przekonać swoich ulubionych artystów, żeby zagrali koncert w Twoim mieście? Nic łatwiejszego, wystarczy że zbierzesz 1000 osób, które wykonają jednocześnie utwór i wrzucisz to na Youtuba. Możesz się wzorować na poniższym klipie.

Fanpage tygodnia – Tutaj stała się rzecz straszna. Kiedy zostałem nominowany do zastępstwa, wiedziałem już jaki fanpage wam zaprezentuję. Niestety w przeciągu ostatnich dni „Beka z ziół pełnych magii” została usunięta, więc nie można już przeglądać postów ludzi leczących raka pestkami moreli, odczyniających uroki, czy wierzących w spisek koncernów farmaceutycznych i szczepionki z rtęci i embrionów. A następnie dziwić się, że tacy ludzie istnieją.

Ironia jest miarą ludzkiej inteligencji, więc żeby nie oszaleć z jej nadmiaru, polecam wyrównywać jej poziom brakiem ironi. Bo tam nie ma jej wcale. Nic a nic.

Posted by brak ironii on 20 lipca 2015

To by było na tyle. Mam nadzieję, że stworzyłem godne zastępstwo i wszyscy będziecie chcieli być dziwni razem ze mną. Pozdro!