Close
Close

7 pomysłów na to, co można zrobić z pustą butelką

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Kropla Beskidu

W lecie pijemy najwięcej wody, a w te wakacje jestem pewien, że padł jakiś rekord spożycia, bo żeby nie uschnąć w tym 30-kilkustopniowym skwarze, trzeba było pić w zasadzie bez przerwy. Duże spożycie płynów wiąże się z dużą ilością opakowań po nich, które stają się śmieciami. Śmieciami, które nie zawsze da się przetworzyć, a które często zalegają w miejscach niekoniecznie do tego przeznaczonych. Kropla Beskidu ma politykę firmy mocno skierowaną na naturę, dzięki czemu ich nowa butelka do 30% wykonana jest z materiału roślinnego i w pełni podlega recyklizacji, więc ich opakowanie na wodę nigdy nie będzie tylko bezużytecznym śmieciem, ale jest też kilka innych rzeczy, które można zrobić z pustą butelką.

Sprawdźcie 7 pomysłów na alternatywne wykorzystanie pustej plastikowej butelki.

 

Wałek do ciasta

co zrobić z pustej butelki 1

W czasie studiów, przy okazji dysputy na tematy kulinarne, oscylujące wokół tego, w którym dyskoncie są najtańsze jajka, często koleżanki żaliły mi się, że zrobiłyby jakieś kozackie ciasto, ale nie mają jak. Szybko je wtedy prostowałem, że stolnica wcale nie jest potrzebna, wystarczy po prostu umyć blat w kuchni, a wałek też jest kwestią wyobraźni. I naprawdę nie trzeba używać jej wyjątkowo mocno, żeby zauważyć, że czymś podłużnym i owalnym spokojnie możemy rozwałkować ciasto.

 

Cukierniczka

co zrobić z pustej butelki 3

Prosta do zrobienia, bo jedyne czego wymaga to wytopienia rozgrzanym śrubokrętem dziurek w nakrętce, wygodna w użyciu, bo wystarczy potrząsnąć, aby coś posłodzić i funkcjonalna, bo zawsze widzisz ile tego cukru jest.

 

Dozownik na płyn do mycia naczyń

co zrobić z pustej butelki 4

Wszelką domową chemię – od proszku do prania,  po mydło – kupuję w jak największych możliwych opakowaniach. I z płynem do mycia naczyń jest nie inaczej. Nie wynika to nawet tak bardzo z racjonalnego operowania hajsem i faktu, że większe jest tańsze, ile z mojego lenistwa i zapominalstwa – jak kupię dużą pakę, to dużo później będę musiał myśleć o tym, że się skończyła i trzeba zorganizować nową, niż jakbym kupił małą. Ma to jednak jeden istotny minus – płynu do mycia naczyń w dużym opakowaniu niewygodnie się używa. A mycie garów już samo w sobie jest na tyle niepodniecające, że jeśli można sobie umilić tę sytuację, to warto to zrobić. A przelanie części detergentu do mniejszego, wygodnego dozownika umila tę czynność zdecydowanie.

 

Zakładka do okna

co zrobić z pustej butelki 6

Nie wiem jaka jest fachowa nazwa na coś, co się wkłada między futrynę, a okno, żeby się nie zamknęło, ale po wielu empirycznych testach i latach doświadczeń stwierdzam, że mała plastikowa butelka nadaje się do tego idealnie.

 

Poduszka podróżna

Co można zrobić z poduszką

Są ludzie, którzy potrafią zasypiać w każdej pozycji, przy każdym natężeniu hałasu bez względu na temperaturę, wilgoć i inne warunki atmosferyczne. Ja do nich nie należę. I mam bardzo duże problemy, żeby choćby zdrzemnąć się w środku transportu. Wykorzystanie opakowania po wodzie jako poduszki ma dwie bardzo istotne zalety. Po pierwsze, nie musisz pamiętać, żeby je wziąć bo najprawdopodobniej masz je przy sobie. Po drugie, ze względu na elastyczność plastiku, butelka jest całkiem miękka i amortyzuje drgania, przez co głowa Ci nie skacze, jak byś oparł ją tylko i wyłącznie o gołą szybę/ścianę.

Wazon

co zrobić z pustej butelki 5

Kwiaty zdarza mi się dostawać dość sporadycznie. W sumie do tej pory zdarzyło się to raptem 3 razy – po przedstawieniu w 3 klasie podstawówki, na 18-te urodziny i za wyróżnienie w konkursie na reklamę na licencjacie, bo laska wręczająca nagrody pomyliła mnie z kolesiem, który zajął trzecie miejsce. Zdecydowanie bardziej wolę burgery, bo po wręczeniu od razu znikają i trudniej je odebrać w razie pomyłki. W każdym razie, jak już dostanę te kwiaty, to nigdy nie mam ich do czego wstawić, a butelka jest naprawdę niezłym prowizorycznym wazonem.

 

Doniczka

co można zrobić z butelką

Bardzo lubię kupować zioła w doniczce i to nawet nie po to, żeby wykorzystywać je w kuchni, ale bardziej żeby mieć coś zielonego i pachnącego na biurku. Nie ma to jak w trakcie pracy, przy spadku weny, zaciągnąć się zapachem bazylii, czy mięty. Po udrożnieniu dróg oddechowych nowe pomysły momentalnie pączkują. Problem jednak w tym, że doniczki, w których sprzedawane są tego typu roślinki, mają dziury w spodzie. O czym przekonałem się przy pierwszym podlaniu, gdy chwilę potem miałem zalane biurko. W takiej sytuacji prostym i estetycznym rozwiązaniem, jest przełożenie roślinki razem z ziemią do odciętego dna butelki. Jest ładnie i sucho.

Jeśli macie inne pomysł jak można alternatywnie wykorzystać pustą butelkę, to dajcie znać w komentarzach, ale pamiętajcie, że najlepsze co możecie zrobić z Plant Bottle to zgnieść ją i wrzucić do odpowiedniego kontenera. Bo dzięki recyklingowi, powstanie z niej nowe, przyjazne dla środowiska opakowanie na wodę.

(niżej jest kolejny tekst)

34
Dodaj komentarz

avatar
23 Comment threads
11 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
24 Comment authors
innezycieKaśka BarcTwojeDIY KasiaCzym zastąpić wałek do ciasta?Blogabella Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
zudit.pl
Gość

Może zostać także baterią prysznicową na Woodstocku ;)

Jan Favre
Gość

Jak mogłem o tym zapomnieć!

zudit.pl
Gość

Bo Ty pewnie na bogatości pod jakimś prawdziwym prysznicem się ablucjowałeś.

Konrad
Gość
Jan Favre
Gość

O, ładne!

Agu
Gość

Mr Gadget :)

Jan Favre
Gość

Tak mam na trzecie!

Wojtek Abarowicz
Gość

Świecznik można zrobić. I bonio ;)

Jan Favre
Gość

O tak, to ostatnie zdecydowanie :D

Maria
Gość
Maria

O kurde bele. Jesteś oficjalnym mistrzem DIY.

Jan Favre
Gość

Hahahahahaha, dziękuję!

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Pierwszy raz w telewizji – jak to wygląda od kuchni?

Skip to entry content

W poniedziałek po raz pierwszy w życiu byłem w telewizji, konkretnie w „Pytaniu na śniadanie” w TVP2. Zaproszono mnie jako człowieka-z-internetu, abym skomentował „rozstanie w samolocie” – sytuację, która w zeszłym tygodniu była dość głośna w USA. Podczas jednego z lotów pewien koleś postanowił zerwać ze swoją dziewczyną tuż przed startem, najwyraźniej uznając, że sam lot nie jest wystarczającą dawką emocji, co wywołało kłótnię między parą. Kłótnię, którą sfotografowała i na bieżąco relacjonowała na Twitterze współpasażerka siedząca obok. I która, wraz ze zdjęciem eks-kochanków, wirusowo rozprzestrzeniła się w sieci. Nieładnie, co? I właśnie po to miałem pojawić się w studiu, żeby powiedzieć jak ta sytuacja wygląda z perspektywy osoby aktywnie tworzącej internet.

Fragment, w którym się pojawiam możecie zobaczyć TUTAJ, natomiast podejrzewam, że większość z Was zastanawia się jak taka wizyta w telewizji wygląda od kuchni. Ja, będąc dzieciakiem często fantazjowałem jak może wyglądać studio nagrań i w jakich warunkach powstaje ta magia, która sprawia, że codziennie w szklany ekran wpatrują się setki tysięcy, a nawet miliony osób. Zresztą, będąc dorosłym i widząc znajomych na kanapach w śniadaniówkach też mnie cholernie ciekawiło, jak to jest.

Teraz już wiem.

 

Przy realizacji jednego odcinka pracuje ogromny sztab ludzi

Jan Favre - Stay Fly - Pytanie na śniadanie (1)

I to jeszcze większy niż się wydaje.

Zacznijmy od tego, że zupełnie inna osoba się z Tobą kontaktuje w sprawie udziału, inna Cię odbiera, gdy się zjawisz w budynku, inna prowadzi Cię na plan, a inna z Tobą rozmawia podczas nagrania. Oprócz tego inna osoba Cię maluje – makijaż jest obowiązkowy niezależnie od płci, tak że fani równouprawnienia powinni być szczęśliwi – inna „opiekuje” się Tobą i innymi gośćmi w trakcie oczekiwania na nagranie, inna podaje napoje, dwie inne podłączają Cię do mikroportu, trzy inne Cię kamerują i nie mam pojęcia ile innych ogląda to wszystko na bieżąco w reżyserce. Od groma ludzi!

Mocno to kontrastuje z produkcjami youtube’owymi, gdzie za wszystkie te elementy odpowiedzialna jest najczęściej tylko jedna osoba.

 

Nie dostaje się za to pieniędzy

Dla mnie to było oczywiste mniej więcej od zawsze, ale spotkałem wiele osób, które były bardzo zaskoczone, że „jak to, telewizornia nie płaci piniendzy?”. Otóż nie, za kilkuminutowy udział w porannym programie nie dostaje się hajsu.

 

Ekipa realizująca program jest bardzo miła

Jan Favre - Stay Fly - Pytanie na śniadanie (4)

Wszyscy, których wymieniłem wyżej są naprawdę serdeczni i sympatyczni. I to od pani makijażystki po Annę Popek. Nikt nie kozaczy, nie gwiazdorzy i nie daje Ci odczuć, że jesteś tu tylko przypadkowym, chwilowym gościem, który zaraz zniknie, więc można mieć go w dupie. I to mimo tego, że każdego dnia pojawia się tam przynajmniej 6 osób takich jak Ty, więc przemiał jest naprawdę spory.

 

Wszystko wygląda inaczej niż na ekranie

To co na ekranie telewizora wydaje się profesjonalne i dopracowane co do najdrobniejszego szczegółu, od środka wygląda jak prowizorka. Nie sugeruję, że organizacja planu zdjęciowego jest amatorska, ale patrząc na to od kuchni byłem zdziwiony, że efekt końcowy  jest tak dobry. Zarówno instalacje, scenografia, jak i sami prowadzący i sposób rozmowy, wydają się zupełnie zwyczajni i bez takiego blichtru jaki widać pod drugiej stronie kamery. Ot, jakaś kanapa ustawiona nie wiedzieć czemu na środku dużego holu i jakiś siedzący na niej człowiek.

 

Jest stres jak na maturze

Jan Favre - Stay Fly - Pytanie na śniadanie (5)

Niby mam jakieś tam doświadczenie w gadaniu do urządzenia nagrywającego dźwięk i obraz, bo niby niewielką, ale jedna miałem przygodę z YouTube. Z odpowiadaniem na pytania też jakoś sobie radzę, bo udzieliłem jakichś kilkunastu wywiadów. Mimo to, jadąc pod gmach TVP byłem pospinany jak przed pierwszą spowiedzią. Napięcie potęgował fakt, że w studiu musiałem być o 7:50, co wiązało się z pobudką o 6:30, a ja jestem jedną z tych osób, którym mózg się włącza dopiero w okolicach 9:00, więc wiedziałem, że nie będę za specjalnie elokwentny ani błyskotliwy.

Próbowałem jakoś racjonalizować sytuację, że po pierwsze, mniej więcej wiem o czym będę mówił, po drugie, przecież już występowałem przed wieloma ludźmi na konferencjach i nigdy nie zapomniałem o oddychaniu, a po trzecie, i tak nikt znajomy nie będzie tego oglądał, bo celowo nie informowałem ludźmi w obawie, że jednak zemdleję na wizji, więc w najgorszym wypadku po prostu nie pochwalę się linkiem na Facebooku. Nie pomogło. Udało mi się zachować przytomność przez całość nagrania, ale i tak stresowałem się jak przed ustnym angielskim. Bo co by nie było, to jednak TELEWIZJA.

 

Trudno powiedzieć coś sensownego

Mojej wypowiedzi daleko do przemowy Steve’a Jobsa na Stanford w 2005 roku, nie tylko ze względu na stres.

Przede wszystkim, prowadzący widzą Ciebie i pytania pierwszy raz w życiu i kompletnie nic o Tobie nie wiedzą, i o temacie na który macie rozmawiać mniej więcej tyle samo, więc trudno zrobić im coś innego, niż rzucić jakieś ogólnikowe zapytanie-wytrych, na które odpowiada się jednym zdaniem. Dalej, jest baaardzo mało czasu. Na YouTube 8 minut wydaje się wiecznością w trakcie, której można omówić wszystkie wątki miłosne z „Mody na sukces”, ale w telewizji to dosłownie mrugnięcie okiem. Biorąc oczywiście pod uwagę, że w tych 8 minutach ma być przedstawienie tematu i mają go skomentować 4 niezależne osoby. I w końcu, trudno powiedzieć coś sensownego, bo do telewizji idzie się dla lansu, więc jeśli jesteś świeżakiem i chcesz zbudować jakąś dłuższą wypowiedź, już po kilku zdaniach Twój bardziej doświadczony rozmówca Ci przerwie, bo to on chce być na świeczniku.

 

Od występu w telewizji nie rośnie ruch na blogu

A na pewno nie od jednorazowego pokazania się w śniadaniówce. Krążą mity o tym, jakoby wyświetlenie się na ekranie telepudła było bezpośrednio powiązane z wystrzeleniem statystyk odwiedzin w kosmos. Ale to mity. Nie dość, że w dniu występu na fanpage nie przybyło mi setek tysięcy fanów, tylko 14, czyli o 3 więcej niż wynosi standardowa dzienna średnia, to ruch na blogu miałem ciut niższy niż zazwyczaj w poniedziałki, bo przez to, że byłem na nagraniu nowy wpis opublikowałem dopiero popołudniu. To tak, gdyby się ktoś zastanawiał, jak wygląda konwertowanie odbiorców z telewizji na internet.

To tyle z moich wrażeń po pierwszym razie z profesjonalnymi kamerami. Jeśli macie jakiekolwiek pytania odnośnie tego jak to jest i co tam się dzieje, to walcie śmiało.

Błędy językowe, które byłyby poprawne w słowniku Pawłowicz

Skip to entry content

Znacie to uczucie kiedy zastanawiacie się, czy przypadkiem nie jesteście w filmie, a Wasze życie nie rozgrywa się na planie tragikomedii? Zaczynając swoją przygodę z pracą, gdy chodziłem do fizycznej, monotonnej, niemiłosiernie powtarzalnej tyrki, kilkukrotnie zdarzyło mi się zastanowić, czy w wyniku dziwnego zbiegu okoliczności nie występuję w kolejnej części „Dnia świstaka”, tylko nikt mi o tym nie powiedział. Dużo później, będąc już dość mocno doświadczony przez życie i absurdy organizacyjno-biurokratyczno-prawne systemu, w którym żyjemy, zdarzyło mi się zastanowić, czy nie gram w „Dniu Świra”. W zeszłym tygodniu natomiast, bardzo poważnie rozważałem, czy aby na pewno nie uczestniczę w kolejnej produkcji Monty’ego Pythona.

Wszystko za sprawą posłanki Krystyny Pawłowicz. Która jednocześnie jest profesorem. Wyjątkowo nie chodzi o jej poglądy na temat in vitro, seksu, czy aborcji, ale o to jak posługuje się słowem pisanym. Otóż Krysia w jednej ze swoich wypowiedzi na Facebooku popełniła wyjątkowo brzydki błąd – napisała „wziąść” zamiast „wziąć”. Sprawa pewnie przeszłaby bez echa, bo każdemu zdarzają się błędy, nawet profesorom, ale Kryśka dołożyła napalmu do pieca, bo zamiast przyznać się do pomyłki, zaczęła iść w zaparte. Wmawiając wszystkim, że czarne jest białe, a białe jest czarne i że oczywiście nie była to językowa gafa, a jedyna poprawna forma.

Nie wierzę swoim oczom :oPani Krystyna Pawłowicz w odpowiedzi na zarzut, że „wziąść” jest niepoprawną formą. #tosięniedziejenaprawdę

Posted by Pani Korektor on 27 sierpnia 2015

Podążając za tym genialnym wyjaśnieniem, zebrałem inne równie częste błędy, które w słowniku Pawłowicz byłyby poprawne.

Włanczać – osoby będące za pan brat z nowymi technologiami, wiedzą, że każde urządzenie elektroniczne ma „włancznik” i „wyłancznik”, stąd czasownikiem opisującym uruchomienie sprzętu jest słowo „włanczać”. Tylko zacofanym emerytom oglądającym „Taniec z gwiazdami” przez radio na korbkę wydaje się, że tam jest jakieś „ą”.

Poszłem – „nieważne, czy szłem, czy szedłem, ważne, że ona doszła” – jak mawia najbardziej znany polski elektryk. I trudno kwestionować taką konkluzję.

Pierw – dodawanie do rdzennie polskiego przysłówka „pierw” przedrostka „naj”, jest szkodliwą amerykanizacją naszego języka. Nasza kultura jest na tyle wartościowa, że nie musimy za wszelką cenę zaszczepiać w niej chwalipięctwa i rozbuchanego ego mieszkańców USA. To, że oni uważają się za speców w każdej dziedzinie i choćby gotowali jajko na twardo powiedzą, że są w tym najlepsi, nie znaczy, że my też musimy wszędzie pakować „naj”.

Spaźniać – jak masz nie być na czas, to przynajmniej z klasą. „Spóźnia się” plebs, „spaźnia się” arystokracja. Odkąd Polska przyjęła chrzest w 1410, sformułowanie to było zarezerwowane tylko dla najważniejszych głów rządzących państwem. Dziś niektórzy pseudo-poloniści próbują sugerować, że to błąd, ale co oni mogą wiedzieć, skoro ich przodkowie w tamtych czasach pili wodę z jednej kałuży z końmi?

Okąpać – ci, którzy mówią, że „idą się wykąpać”, może i się myją, ale na pewno nie tak dokładnie jak Ci, którzy zażywają „okąpieli”. Człowiek okąpany jest czystszy niż łzy ministrant przyjmującego pierwszy raz kopertę po kolędzie. Warto na to zwrócić uwagę już w trakcie pierwszej randki i zastanowić się, czy chciałbyś się obudzić obok dziewczyny, która tylko się kąpie. Fujka, co?

Półtorej roku – mamy równość płci i traktowanie „roku” tylko i wyłącznie w kategoriach rzeczownika rodzaju męskiego, to za przeproszeniem, tfu, seksizm!

Brzmi jak scenariusz do nowego skeczu Monty’ego Pythona?