Close
Close

Najlepsze uliczne historie: sierpień

Skip to entry content

Wakacje niestety i kalendarzowo i temperaturowo już za nami, co oznacza, że mentalnie musimy się powoli przygotowywać na nadciągające pół roku zimy. A przynajmniej jesieni, jak to było w zeszłym roku. Jednak zanim to nastąpi, coś na dogrzanie się – 10 najlepszych dialogów podłapanych w przestrzeni miejskiej w słoneczne dni. Bo wiecie, podobno zmarszczki mimiczne grzeją.

 

#1 – Niesiony udzielającą się festiwalową euforią i faktem, że w centrum Płocka, jak w cywilizowanych państwach, można napić się na ławce bez obawy o rozstrzelanie i 100-złotowy mandat, podchodzę do starszego pana z flaszką wypełnioną zastanawiającym czerwonym płynem:

– Dzień dobry. Pije pan tę Soplicę Truskawkową? Dobra?
– Co, co?
– Pytam, czy to czerwone co ma pan w ręku, to Soplica Truskawkowa? Bo zastanawiałem się czy kupić.
– Panie, to jest spirytus. Spirytus z mety z Boryszewa. Dać adres?
– Nie dziękuję, jednak zostanę przy piwie.

 

#2 – Wchodzę do Almy i widzę chłopca siedzącego na ziemi przy koszykach, bawiącego się telefonem tak, jakby to było najbardziej oczywiste miejsce i poza do grania na komórce. Gdy płaciłem już za zakupy i pakowałem szamę do siatek, zobaczyłem jak podchodzi do niego jakaś kobieta:

– I widzisz Filipku, widzisz, weszłam po jedną rzecz, a znowu wydawałam 200 złotych. Musisz mnie pilnować. Czemu mnie nie pilnujesz?
– (cisza i kompletnie zdezorientowana mina chłopca)
– Musisz mnie pilnować, bo jak tak dalej pójdzie wydam wszystkie pieniądze tatusia.

 

#3 – Historia z nocnego. Podchodzi lekko zawiany dwudziestokilkulatek do kierowcy w 664 i pyta:

– Jedzie pan przez Czarnowiejską?
– Nie przez Królewską.
– Ale ja mieszkam na Czarnowiejskiej.
– To trzeba wsiąść do innego autobusu.
– Ale chcę jechać z panem, bo pan jest do Hołowczyca podobny. To co, da radę przez tą Czarnowiejską?

Niestety, kierowca był nieugięty, nie dało rady.

 

#4 – Przechodzę przez świeżo asfaltowaną ulicę i lokalna starowinka do mnie:

– Panie, przejdź pan tam dalej, bo się cały przykleisz.
– Dziękuję, ale chyba dam sobie radę.
– Ale to się lepi do podeszwy, całe Roshe pan sobie zniszczysz.

I teraz pytanie dnia: skąd 70-letnia nieszafiarka wiedziała, że to co mam na nogach to Nike Rosherun?

 

#5 – Piękny monolog z TweetUpu na Stadionie Narodowym, wygłoszony oczywiście podczas pobytu w toalecie:

– Wiesz co, nie bierz tego do siebie, bo to nie chodzi o to, że ja cię nie lubię, to nie jest nic personalnego, staram się nie oceniać idei przez pryzmat ludzi, bo to krótkowzroczne, bo nawet idiocie może się zdarzyć wpaść na coś genialnego, co zresztą już się wiele razy zdarzało w historii ludzkości, jak pewnie sam dobrze wiesz, więc moje osobiste nastawienie do ciebie zupełnie nie ma znaczenia i nie traktuj tak tego. Chodzi po prostu o to, że twój pomysł jest chujowy.

 

#6 – Nie było żadnych wolnych Uberów, więc wracając z drukarni byłem zmuszony zamówić normalną taksę. Wsiadam do, delikatnie mówiąc, starawej Skody i mówię:

– Dałoby radę zamknąć te okna? Bo jestem chory i biorę antybiotyk.
– Co, angina?
– No, angina.
– Moja baba ma to samo.
– To zamknie pan?
– Sto złotych, panie. Sto złotych już poszło na lekarstwa, ale przynajmniej jak wracam do domu to mam spokój, bo ją tak boli, że gadać nie może.

Najważniejsze, to widzieć jasne strony każdej sytuacji. A okna zamknął.

 

#7 – Jadę pociągiem i słucham nudnej rozmowy kolesi po 40-tce. Biorąc pod uwagę, że stać ich było na sałatkę w Pendolino i woleli zamówić ją niż schabowego, obstawiam, że są korpo-menadżerami wyższego szczebla. Zasadniczo wałkują temat, żon, dzieci i tego jak to jest ciężko być głową rodziny pojawiającą się w domu tylko w weekendy. W pewnym momencie gadka schodzi na temat porodów:

– Stary, jak moja była w ciąży z drugim synem, to była masakra. To był, nie wiem, jakiś 8 miesiąc, gram sobie w CSa, a ta przychodzi roztrzęsiona i mi ściąga słuchawki. A wiesz, mnie to wkurwia, bo jak gram to muszę być skupiony.
– Wiadomo.
– No, a ta mi słuchawki ściąga, a wiesz ja skupienie, bo nigdy nie wiadomo, gdzie ktoś kampi. Chciałem puścić jej zjebkę, a ta człowieku w płacz i widzę, że coś jej leci po nogach, to już wiedziałem o co chodzi i mówię “pakuj się, kończę mecz i jedziemy”. Wchodzimy do szpitala, biorą ją na salę, a lekarz do mnie, czy chcę być przy porodzie, a ja mówię, że przecież jestem, a on do mnie, czy chcę być na sali. Na sali, czujesz? I oglądać jak jej małego z piczki wyciągają w tej krwi i tym wszystkim co tam wylatuje z tego?
– Ohyda, daj spokój.
– No, dokładnie. To mówię “panie, mam oglądać jak mojej żonie piczkę nacinacie? jeszcze na głowę nie upadłem, ja chcę jeszcze pociupkać!”.

I nie wiem jaka opcja jest gorsza, że ciupkanie było eufemizmem seksu, czy grania w Counter Strike’a?

 

#8 – Dzieci to jednak potrafią spojrzeć na oklepany temat świeżym okiem. Synek do mamy przed witryną sklepową:

– Mamo, kupisz mi ten miecz?
– Nie Michałku. W domu już masz jeden miecz.
– Ale ten jest bardziej rycerzowy! Maaamo, proooszę!
– Nie “rycerzowy”, tylko “rycerski”. Nie ma takiego słowa jak “rycerzowy”.
– Ale czemu?
– No, tak jest w słowniku.
– Ale przecież jest “kolorowy”, a nie “kolorski”.
– Yyy…
– To kupisz mi ten miecz? Proooszę!

 

#9 – Panie w House zawsze pomocne:

– Przepraszam, nie mają państwo jakichś niepotrzebnych kartonów?
– Kantoru? Nie, tu nie ma kantoru.
– Nie, nie, czy nie mają państwo kartonów. Niepotrzebnych KAR-TO-NÓW.
– Ach, kartonów! Nie, nie mamy, ale jakby pan chciał kantor, to jest na samym końcu przy Kerfurze.

 

#10 – Wracając ze spaceru zachciało mi się czegoś słodkiego, to wszedłem do osiedlowego spożywczaka i wziąłem drożdżówkę nie wyglądającą na zupełnie nieświeżą, w bonusie dostając darmową lekcję liczenia procentów:

– Wie pani co, ale mam całe 50 złotych.
– Nic drobnych nie będzie?
– Niestety. Ale mogę zapłacić kartą w razie czego.
– Panie, kartą za jedną bułkę?
– No, jak nie ma pani wydać, to myślałem, że tak będzie łatwiej.
– Kartą za jedną bułkę, heh, dobre. Od 10 złotych można, a nie od złoty czterdzieści.
– Nie wiedziałem. Myślałem, że nie ma limitu.
– No jak, bank przecie bierze 2% za każde płacenie kartą, to z tych złoty czterdzieści ile by zostało? Nic!
– 2% z 1,40 to niecałe 3 grosze. Zresztą, zostałoby 98% kwoty, tak jak przy zakupach za 10 złotych i za 110.
– Niech mie tu pan matematyki nie uczy. Pracuję w handlu przeszło 30 lat i mówię, że poniżej 10 złotych te 2% to się nie opłaca.

Jak macie coś od siebie na rozgrzanie, i nie mówię tu o herbacie z prądem, to dawajcie do komentarzy. Dialogi z plaży punktowane będą podwójnie.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #45: Problemy dzieciństwa, Zeus i Blog Forum Gdańsk

Skip to entry content

Ten tydzień praktycznie totalnie zdominowały dwa tematy. Pierwszy to niekwestionowany sukces Roberta Lewandowskiego, który przejdzie do historii piłki nożnej, czyli 5 bramek w 9 minut! Wszyscy powiedzieli już wszystko na ten temat, łącznie z tabunem marek, które chciały się podłączyć pod to wydarzenie, więc ja już sobie odpuszczę. Drugi gorący temat widzicie na ikonie wpisu i więcej dowiecie się o nim na końcu “Przeglądu”. A po drodze kilka innych wieści z sieci.

Chcę oddychać! Apel do prezydenta Andrzeja Dudy w sprawie podpisania nowelizacji ustawy o ochronie środowiska. Czyli innymi słowy, akcja która ma sprawić, że w końcu ktoś ogarnie turbo chujowe powietrze w Krakowie, od którego umierają ludzie.

Portrety depresji: świetne, metaforyczne i jednocześnie bardzo dosłowne fotografie ukazujące stan psychiczny człowieka cierpiącego na tę chorobę.

Czego nauczyła mnie moda na sukces? Mądrości wyniesione z telenoweli wszech czasów, która udowadnia, że możesz być jednocześnie swoim synem, ojcem, szwagrem, dziadkiem i wnukiem. I nie ma w tym nic złego.

Stopy najpierw: ktoś na pomyśle na mojego Instagrama oparł cały blog. Potwierdzając, że to genialny pomysł na zdjęcia.

Problemy dzieciństwa, których nasze dzieci nigdy nie zrozumieją: świetna obserwacja o tym “jak było kiedyś”. Czytam i aż mi głupio, że sam nie wpadłem, żeby o tym napisać choćby na Dzień Dziecka.

Piotra Kaszubski “przeprasza” za lewe interesy i oszustwa: robiąc to w stylu “no wiecie, wyjebałem masę ludzi na w chuj hajsu, ale przecież jestem taki seksowny, więc chyba mi wybaczycie, nie?”.

To moj pierwszy post po dlugiej nieobecnosci. Chcialbym wraz z tym wideo przekazac 400 000 zl na cele charytatywne oraz…

Posted by Piotr Kaszubski on 19 września 2015

 

Rugby to nie jest sport dla panienek: te dziewczyny udowadniają, że to nie do końca prawda. Szczerze mówiąc, wymiękłem oglądając kolejne zderzenia i wywrotki.

Lingerie football…These girls took some hits!!

Posted by Joann Leija on 23 stycznia 2015

 

Czy transformery istnieją w rzeczywistości? Okazuje się, że tak i już piszę list do Świętego Mikołaja, żeby przyniósł mi takie przebranie w grudniu!

 

Czy “Iron Man” to fonetycznie “Ajron Men”? A “Iron Maiden” to “Ajron Mejden”? Arlena Witt udowadnia, że nie i że całe życie byłem w błędzie. Cóż, lepiej późno niż nigdy.

Internet nie leczy: świetna kampania społeczna, w której miałem okazję brać udział i po roli w tym spocie dzwoniła do mnie osoba odpowiedzialna za remake “Scarface’a” z pytaniem, czy nie chciałbym dublować DiCaprio. Cały czas rozważam.

Klip tygodnia: poprzedni singiel z nowej płyty Zeusa opisywałem jako wyjątkowy niewypał, natomiast ten to totalny kozak i to w alternatywnym stylu. Delikatny zupełnie nierapowy bit, jeszcze lżejszy śpiewany refren i mocny, ciężki tekst w zwrotkach. Ostania autentycznie wywołuje łzy, które trudno powstrzymać. Świetny, poruszający utwór.

Damska stylówka tygodnia: to połączenie szortów z koszulą z długim rękawem, kapeluszem i butami na wysokiej platformie jest dziwne, ale na tyle oryginalne, że chciałem je tu wrzucić. Więcej nietypowych mieszanek znajdziecie u Bitcoin BB na blogu.

zdjęcie pochodzi z bloga bitcoinbb.blogspot.com
zdjęcie pochodzi z bloga bitcoinbb.blogspot.com

 

Męska stylówka tygodnia: torba zbyt damska jak dla mnie, ale mega zajefajna polówka! Chyba od liceum nie miałem polo z długim rękawem, tak że chętnie bym przytulił to, które ma na sobie Chris.

  Fanpage tygodnia: “odchodzi się od tego” najlepsza riposta dyskredytująca wypowiedź Twojego rozmówcy w trakcie sieciowej dyskusji. Jesteś mądrzejszy, przystojniejszy i lepiej zarabiający? Coś Ty taki zacofany? Postępowi ludzie odchodzą od tego.

#1475 bramek, 6 zero! #dobronarodowe

Posted by Odchodzi się od tego. on 23 września 2015

 

Ogłoszenie parafialne: dzisiaj wyjątkowo dla mnie istotny komunikat. O 10:00 zaczyna się najważniejsza w kraju konferencją branżowa – Blog Forum Gdańsk – a ja będę na niej jednym z prelegentów! Był to mój cel, odkąd dowiedziałem się o jej istnieniu i strasznie się jaram, że po 4 latach blogowania jestem w tym miejscu, gdzie byli ludzie, od których uczyłem się tego fachu. Będę uczestniczył w panelu “Blogerzy i Startupy: łączy nas społeczność, czyli czego możemy nauczyć się nawzajem od siebie?” i mówił o rozwijaniu bloga, więc jeśli interesuje Was ten temat, to możecie obejrzeć mnie na żywo TUTAJ. Część z moim udziałem zacznie się o 15:00, ale całe wydarzenie jest na tyle interesujące, że warto je śledzić od początku.

blog forum gdańsk 2015

Trzymajcie kciuki, żebym z ekscytacji nie zapomniał o oddychaniu!

Siadam, odpalam kompa i sprawdzam Thunderbirda, żeby zobaczyć który daleki krewny z Ameryki Południowej tym razem zostawił mi w spadku 50 miliardów dolarów, a tu taki mail:

Janku,

Nie czytam Cię bardzo długo, ale wiem, że większość twoich czytelników to kobiety i miesiąc po miesiącu do Ciebie zaglądają, więc musisz się na nich dobrze znać skoro ciągle utrzymujesz ich zainteresowanie i tak chętnie wchodzą z Tobą w dyskusje pod postami, dlatego właśnie postanowiłem do Ciebie napisać. Może to być głupie, że piszę do jakiegś blogera zamiast porozmawiać z kumplami, ale muszę przyznać, że nie mam ich zbyt wielu a ich rady albo są debilne i głupie i poprostu się nie sprawdzają (jak np. wproszenie się do niej z wizytą). Chodzi o to, że poznałem dziewczynę, nazwijmy ją X i mimo, że bardzo mi się podoba i bardzo się staram, żeby wyszło z tego coś więcej niż koleżeństwo to się nie udaje (…)

(…) staję na głowie, żeby ją zadowolić zabieram ją na wystawy, do kina, a ostatnio nawet do filharmonii na naprawdę ekskluzywny koncert na który bardzo trudno było dostać bilety mimo że kosztowały nie mało. (…) ze spotkań zawsze odwożę ją autem albo taksówką i też staram się dawać kwiaty mimo to nasza znajomość się w ogóle nie posuwa (jest cały czas tak samo odkąd się poznaliśmy). X traktuje mnie jak „przyjaciela” czyli na przywiatanie buziak w policzek a nie usta, nie pozwala mi się przytulić ani nawet dotknąć, raz jak próbowałem ją objąć jak zabrałem ją na spektakl (Szalone Nożyczki, bardzo fajny i myślę że by Ci się spodobał) to powiedziała, że to zły pomysł. Próbuję jej organizować czas tak żeby się dobrze bawiła i zabawiać ale to nie daje efektów (…)

Jak mam wyjść z roli „przyjaciela”, za mało się staram? Czy jej się nie podobam? Masz jakąś radę co zrobić w mojej sytuacji? Przyznaję, że po tym czasie i pieniądzach jakie w nią zainwestowałem nie chcę odpuszczać, zwłaszcza, że naprawdę mi sie podoba. A może ona po prostu jest lesbijką?

 

Poznałem w swoim życiu tylko jednego faceta, który wyszedł ze spędzającej samcom sen z oczu „strefy przyjaźni”. Tak, ten człowiek nie jest legendą miejską rozsiewaną przez internetowych nauczycieli podrywu, którzy chcą Ci sprzedać skype’owe konsultacje za 2 bańki, tylko rzeczywiście istnieje. ALE biorąc pod uwagę, że na tematy damsko-męskie dane mi było rozmawiać w przybliżeniu z jakimś tysiącem mężczyzn, a on jest dokładnie JEDEN, przyjmijmy, że to niemożliwe. I naprawdę szkoda Twojego czasu i energii na zaprzątanie sobie głowy tym jak wyjść z friendzone, bo i tak Ci się to nie uda. Przynajmniej ze statystycznego punktu widzenia.

Dużo sensowniejsze jest natomiast, żebyś Ty i wszyscy inni, którzy mają tendencję do lądowania w szufladce z napisem „wieczny kolega”, dowiedział się co robić, żeby do tego nie doprowadzić. Bo jak mówiła Goździkowa i twórca leku na rzeżączkę, lepiej zapobiegać niż leczyć. Zapobiegnijmy więc raz na zawsze zapisywaniu Cię w książce telefonicznej jako Koleżanka Z Kutasem, zamiast Super Ruchacz. Albo po prostu Marian.

Oto kilka prostych wskazówek, które powiedzą Ci jak nie wpaść we friendzone.

 

Nie możesz się za bardzo starać

Zwłaszcza na samym początku znajomości.

Im ładniejszą rwiesz pannę, tym więcej kolesi w jej życiu próbowało zdobyć ją prezencikami, komplementami, stawianiem wyjść do kina i byciem posłusznymi pieskiem czekającym na pochwałę od swojej pani. Po pierwsze szybko się tym znudzi, bo może mieć to na kiwnięcie palcem, a ludzie nie cenią rzeczy, które przychodzą im bez wysiłku. Po drugie, jeśli cały czas stawiasz ją w pozycji nagrody, na którą musisz zasłużyć, to ona też tak się zachowuje. Tyle, że nie czuje, żebyś na nią zasługiwał.

Jeśli chcesz być kimś więcej niż „wiecznym kolegą”, na początku znajomości ona musi się starać co najmniej na tym samym poziomie co Ty. Nie może być dysproporcji z Twoją przewagą, bo straci zainteresowanie. Tak jak pies nudzi się zabawką, którą ma tuż obok budy.

[emaillocker]

Musisz pokazać poczucie własnej wartości i niezależność

W poprzednim akapicie już ustaliliśmy, że nadskakiwanie powoduje kastrację. Co w takim razie robić, żeby owe jądra utrzymać?

Pokazać, że jesteś zajebistym, inteligentnym, dowcipnym, pomysłowym kolesiem i masz tego świadomość. Laski nie lecą na hajs, ciuchy, sześciopak, fryz na hitlerjugend, ani buźkę jak Zakościelny. Gdyby tak było, nie widywałbyś na ulicach mega sztuk z łysymi świniami w skórach z lumpeksu, ani z dresami bez dwójek. Kobiety przyciąga pewność siebie. Popatrz na takiego Liroya, ani nie ma facjaty jak z okładki Logo, ani zabójczej stylówy, ani nawet wzrostu. A mimo to, jego żona to mocne 8/10. Jak to się stało? Charyzma, śmiałość, zdecydowanie.

Pewność siebie, często granicząca z bezczelnością, wabi kobiety lepiej niż przecena w Rossmanie. Jeśli w trakcie Waszej relacji będziesz również dyktował warunki, a nie tylko przystawał na jej sugestie, a przede wszystkim komunikował, że w żadnym wypadku nie masz zamiaru spotykać się z nią za wszelką cenę i musi się starać, żeby utrzymać tak świetnego gościa jak Ty, zdobędziesz jej zainteresowanie.

 

Nie możesz bać się jej dotknąć

Jest takie powiedzenie, że jeśli wydaje Ci się, że to dobry moment, żeby ją pocałować, to znaczy, że to dobry moment, żeby ją pocałować. Jeśli za bardzo przeciągniesz tę chwilę, kiedy patrzycie sobie w oczy, czujesz przetaczające się przez Twoje ciało fale ciepła i uniemożliwiający Ci logiczne myślenie obraz jak wkładasz jej język do ust, to bardzo prawdopodobne, że minie bezwpowrotnie, a szansa na przeramowanie Waszej znajomości na tę, w której dyszy Ci do ucha tuż przed tym jak opada na Ciebie w poorgazmowym bezwładzie, przesuwa się na “kiedyś”. Czyli wylatuje poza oś czasu.

Jeśli w odpowiednim momencie nie nadasz Waszej relacji kontekstu seksualnego, ona nada jej „przyjacielskiego”. A Twoje podchodzenie do niej jak do pełnej pieluchy tylko jej w tym pomoże. Pamiętaj, że laski w odróżnieniu od nas, częściej działają na poziomie emocjonalnym niż logicznym. Ona ma poczuć, że zaraz po tym jak przerobisz z nią całą kamasutrę, chcesz by została matką Twoich dzieci, a nie przeczytać to na piśmie. A na pewno tego nie poczuje, jeśli 47 randkę z rzędu będziesz się zastanawiał, czy to dobry moment, żeby złapać ją za rękę.

 

Musisz dawać jej emocje

Najlepiej WSZYSTKIE!

Wiesz czemu tyle dziewczyn jest z totalnymi skurwysynami? Bo z nimi ciągle się coś dzieje. A baby potrzebują, żeby się coś działo. Potrzebują się śmiać, krzyczeć, płakać, martwić, kochać, nienawidzić, być dumnymi, zawiedzionymi, brzydzić się i pożądać. Najlepiej NARAZ!

Tak zwany „dobry facet” daje kobiecie poczucie bezpieczeństwa i… zazwyczaj tyle. Babka oczywiście tego potrzebuje. Najczęściej w okolicach drugiego dziecka. Do 25-tki jest czarną dziurą wciągającą wszystko co rozjuszy jej ośrodkowy układ nerwowy. Potrzebuje wypłakiwać nowe dorzecze Wisły, gdy nie odzywasz się przez 3 dni, a potem wpadać w hipereuforię, gdy zadzwonisz powiedzieć, że zaraz będziesz pod jej klatką, bo stęskniłeś się i chcesz ją przytulić. Potrzebuje bać się, gdy włamujecie się na cudzą działkę w środku nocy, żeby uprawiać seks w altance, czuć niepewność, gdy zapraszasz ją na pierwszą imprezę ze swoimi znajomymi i zaskoczenie, gdy dajesz jej kwiaty bez okazji.

Zasadniczo kobieta potrzebuje czuć. Cały czas coś innego. Dlatego jeśli chcesz pojawiać się w jej myślach częściej, niż gdy robi listę sługusów na każdą okazję, musisz być jebanym gejzerem tych inności.

Powodzenia.

[/emaillocker]