Close
Close

3 lata w AirMaxach – czy warto wydać 500zł na buty?

Skip to entry content

Nike AirMax 90 chciałem mieć od bardzo dawna. Konkretnie to od momentu kiedy pojawiła się polska edycja „Yo! MTV Raps” i zobaczyłem je na jakimś klipie amerykańskich raperów. Wyglądały zajebiście, kolesie, którzy w nich rapowali też wyglądali zajebiście i muzyka, którą grali była zajebista, więc biorąc pod uwagę, że od 6-tej klasy podstawówki byłem zajarany hip-hopem i nie widziałem poza nim świata, musiałem je mieć. Tyle, że wtedy w Polsce były nie do dostania. No może w jakimś turbo wygrzany skateshopie w Warszawie na specjalne zamówienie, ale na pewno nie w Sosnowcu.

Gdy w końcu zaczęły pojawiać się w Polsce i nie trzeba było męczyć się ze ściąganiem ich z USA, ich cena wahała się między 500 a 600 złotych. Czyli była równowartością ¼ ówczesnej średniej pensji. Przeciętny Polak, żeby pozwolić sobie na jedną parę sportowych butów musiał pracować cały tydzien. Biorąc pod uwagę, że w tamtych czasach mój miesięczny budżet wynosił 1000zł, z czego musiałem opłacić mieszkanie, w sensie pół pokoju w lodowatej ruderze, jedzenie, bilet miesięczny i wygospodarować coś na tak zwaną „kulturę i rozrywkę”, chyba nie muszę Wam tłumaczyć czemu nie mogłem sobie na nie pozwolić?

Stać mnie na takie fanaberie było dopiero 3 lata temu, kiedy zarobiłem pierwszy hajs na blogu. Jak tylko przyszedł przelew, wyparowałem do sklepu Nike w Galerii Krakowskiej, poprosiłem o rozmiar 43, zapłaciłem i wyszedłem w nich dumny jak paw, unosząc się jak Fisz 30 centymetrów ponad chodnikami. Czułem się jakbym miał urodziny albo jak wtedy, gdy mama w podstawówce włożyła mi wyczekiwany zamek z Lego pod poduszkę i zamiast spać, składałego do 2 w nocy. Bardzo, ale to bardzo się jarałem, że po latach, za własne pieniądze zrealizowałem to nastoletnie marzenie.

Obecnie jest straszna moda na te buty i podejrzewam, że wielu z Was zastanawia się nad ich zakupem, dlatego, w związku z tym, że przeżyliśmy już kilka sezonów, pomyślałem, że odpowiem na pytanie: czy warto wydać 500zł na AirMaxy?

Wygląd

3 lata w AirMax 90

Będę wyjątkowo nieobiektywny, bo 90-tki trwale wpisały się w hip-hopową kulturę, w której byłem od wieku nastoletniego i zawsze mi się podobały. Mimo, że ich bryła, przez poduszkę powietrzną w podeszwie, jest bardzo charakterystyczna, to mało jest rzeczy do których nie pasują. Komponują się zarówno z jeansami, czy sztruksami o regularnym kroju, dresami, joggerami, leginsami, czy nawet spódnicami. Chyba jedyne do czego nie pasują to spodnie w kancik i suknie. Innymi słowy, wyglądają świetnie i są wyjątkowo uniwersalne.

Wygoda

Uwielbiam lekkie buty i bardzo dobrze czuję się w Cortezach, jeszcze lepiej w Pre Montrealach, a najlepiej w Rosherunach albo w ogóle espadrylach. Przy czym te ostanie średnio nadają się do poważniejszych wędrówek. AirMaxy są cięższe od wszystkich wyżej wymienionych, ale wciąż nie czujesz, że coś Ci ciąży na stopach. W środku są miękkie i mimo, że mają dość sztywną konstrukcję to nie powodują dyskomfortu przy wyginaniu stopy – gdybyście wpadli na pomysł, żeby wpisnać się w nich po skałach, czy coś.   Co do samego chodzenia, to przez wspomnianą wcześniej poduszkę powietrzną w podeszwie, amortyzują nierówności podłoża, podskoki, czy bieg, co jest naprawdę spoko opcją. Nie polecam w nich jakoś wyczynowo uprawiać sportu, bo to jednak będzie za mało, ale przy codziennym użytkowaniu i dobieganiu na autobus, sprawują się bardzo dobrze.  

Wytrzymałość

3 lata w Nike AirMax Po 3 latach naprawdę intensywnego użytkowania poziom zużycia jest niewielki. W zasadzie ślady eksploatacji widać tylko przy pięcie, przy czym lekkie starcie się podeszwy, małe ubytki w gumie i przetarcie się farby, to znikome zniszczenie. Skóra, co najważniejsze w tego typu butach, nigdzie nie pękła, ani bardzo widoczne się nie zdeformowała. W środku, mimo, że od kupna ściągam i zakładam je bez rozsznurowywania, nie zrobiła się żadna dziura, gąbka nie wyleciała, a jedynie w jednym miejscu materiał lekko się wykruszył. Więcej, mimo tego, że buty czyściłem piorąc je w pralce, w żadnym miejscu nie puścił klej, ani nie nastąpił żaden inny defekt od środków chemicznych. 3 lata w Air Max 90 Podsumowując, stan bardzo dobry minus, jakby to napisali allegrowicze z odznaką super sprzedawcy.  

Zastosowanie

 

Tu dochodzimy chyba do najważniejszego puntku. Skórzane 90-tki to dla mnie miejskie obuwie jesienno-zimowe i mimo, że nie z takim przeznaczeniem zostały stworzone, to w takiej funkcji sprawują się świetnie! Przede wszystkim są ciepłe (swoją drogą nie rozumiem jak ludzie mogą w nich chodzić latem), dzięki wysokiej podeszwie i skórze trudno przemakalne i lżejsze niż większość typowych „jesiennych” butów. Przez to, że u dołu jest ta gruba guma, wdepnięcie w kałużę, czy chodzenie po płytkim śniegu kończy się bez szwanku i nie rzucasz w przestrzeń kurew, gdy biegnąc na autobus wpadniesz w coś nieplanowanego.

Na jesienne słoty nadają się idealnie, na lekką zimę, jak na przykład ta w zeszłym roku, też całkiem nieźle. Odpadają, gdy spadnie tyle śniegu, że można budować igla i gdy jest na tyle ciepło, że nie trzeba zakładać kurtki wychodząc z domu.

Czy warto?

3 lata w Nike AirMax 90

Mimo że, żeby uchronić się przed całkowitym zalaniem ulic tymi buciszami, powinienem Wam powiedzieć, że są przereklamowane i szkoda na nie hajsu, to prawda jest inna. Tak, warto wydać pół tysiąca złotych na Nike AirMax 90, bo cena jest adekwatna do stylu, wygody i jakości. Polecam!

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Chemia z dzieciństwa, którą kochałeś!

Skip to entry content

Ten wpis to powrót do słodkich czasów, kiedy jedliśmy syf i nikt się nie przejmował, czy to gluten, czy propan-butan i ile po tym przytyje. W codziennym asortymencie dostępnym w sklepiku szkolnym było tyle polepszaczy smaku i konserwantów, że każdy z nas powinien mieć “E” przed nazwiskiem. Hummus, guacamole, jagody goji i wchłanianie energii słonecznej? To już lepiej zalegalizować marihunaen. Przed Państwem największe przysmaki z czasów małoletnich, czyli chemia z dzieciństwa, którą kochaliśmy!

 

Cremona

śmietanka do kawy

Jedna z najpopularniejszych śmietanek do kawy, której nigdy w życiu nie wypiłem z kawą. Ani w ogóle nie przyjąłem jej w formie płynnej. Spożywana była w formie sypkiej, z torebki od razu do ust. Najczęściej kupowało się te mini-opakowania na 1-2 kawy za 20 groszy, ale pewnego razu, przy okazji jakiegoś 4-złotowego kieszonkowego, szarpnąłem się i kupiłem tę dużą 200-gramową paczkę. Wsypałem sobie tyle tej śmietanki do buzi, że w reakcji ze śliną zakleiła mi całą jamę ustną. Ale to było super!

 

Guma w kulkach

guma w kulkach

Po 5-ciu przeżuciach całkowicie traciła smak i twardniała, tak że o robieniu balonów nawet nie było sensu fantazjować, ale i tak kupowało się ją przy co drugiej wizycie w spożywczaku.

 

Vibovit

vibovit

Jestem przekonany, że został stworzony po to, by podświadomie uczyć mężczyzn gry wstępnej. Gdyby nie on, nie wiem, czy kiedykolwiek włożylibyśmy gdzieś pośliniony palec.

 

Zupka chińska

zupka chińska

Esencja śmieciowego żarcia. Glutaminian sodu, olej palmowy, wzmacniacze, spulchniacze i stabilizatory. Zawsze widząc skład tej atrapy jedzenia zastanawiam się, jak coś tak niezdrowego może być tak dobre. Mimo, że wiem ile syfu w tym jest, do dziś zdarza mi się zalać złocistego kurczaka albo krewetkową Vifonu.

 

Mleczko w tubce

mleczko w tubce

To chyba największy klasyk z dziecięcych lat. Nie mam pojęcia jaki ma związek z prawdziwym mlekiem, ani co autor miał na myśli tworząc je, ale to o smaku karmelowym było nie do zastąpienia przez jakiekolwiek inne słodycze. Gęste, turbo słodkie i ultra uzależniające. Po przebiciu aluminiowej plomby przy gwincie trzeba było wykazać się naprawdę nieziemską silną wolną, żeby przestać ssać i nie zeżreć całego przy pierwszym kontakcie.

 

Soczek w woreczku

sok w woreczku

Z sokiem to miało tyle wspólnego, co świnka morska z wodą i Ewelina z Warsaw Shore z muzyką, ale i tak był to najczęściej kupowany napój w trakcie przerw w podstawówce. Ze względu na formę opakowania, nie można było go po otwarciu po prostu schować do plecaka, czy odłożyć na później, tylko konieczne było spożycie od razu całego. Fakt, że ultra łatwo można go rozlać, był pretekstem do pierwszych pranków, bo w tych czasach mało rzeczy cieszyło równie, co widok kogoś z całą mokrą koszulką, po zupełnie-przypadkowym-popchnięciu. Wciąż trudno mi uwierzyć w to, że ktoś wpadł na tak głupi pomysł by sprzedawać napoje w workach.

Oranżadka w proszku

oranżada w proszku

Tak jak w przypadku Cremony, nie kojarzę ani jednego dzieciaka, który spożywałby ją zgodnie z zastosowaniem. Po co coś zalewać wodą, rozpuszczać i brudzić naczynia, jak można po prostu wysypać na język i pogryźć? Po kontakcie z wodą, jeszcze nie daj boże, okazałoby się, że nie jest tak wykręcająco-twarz-kwaśna jak na sucho.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Giang Hồ Thị Hoàng

Jak nie wpaść we friendzone będąc kobietą?

Skip to entry content

Przy tekście z zeszłego tygodnia, radzącym facetom jak nie wpaść we friendzone, odezwało się kilka czytelniczek sugerujących, że przydałby się analogiczny wpis z radami dla kobiet. A jedna z nich napisała nieco dłuższą wiadomość, dopytując co zrobić, żeby z owej „strefy przyjaźni” wydostać się, gdy już się w niej jest.

Dobra, piszę, bo mi to nie daje spokoju. Patrząc na komentarze pod postem (zwykle facetów), wynika z tego, że żeby wyjść z friendzone, trzeba mieć odpowiednią aparycję (cytuję: Jak wyjść z friend zone : 1 nie być brzydkim ?). Czy ja to dobrze rozumiem, czy jest po prostu piątek i mój mózg nie chłonie tak, jak należy? Bo, że tak powiem, co ma piernik do wiatraka?

I drugie pytanie – czy naprawdę uważasz, że z legendarnego friendzone nie da się wyjść? Piszę, bo sama jestem w takiej sytuacji – dogadujemy się świetnie na każdym polu, jest nam ze sobą dobrze, rozmawiamy godzinami, spędzamy ze sobą mnóstwo czasu – a nic nie może/ nie chce z tego wyjść. Biorę pod uwagę ewentualność, że możemy być kiedyś razem, o ile on wyrazi taką chęć, ale jak nic nie wyjdzie – nie będzie tragedii. Kiedyś myślałam o Nim wyłącznie w kategorii “przyjaciel”, teraz coraz częściej w kategorii “chłopak” (chyba przez ludzi, którzy twierdzą, że bylibyśmy super parą). Co jest w takim razie ze mną/ z Nim nie tak, że to jeszcze nie wypaliło? Zachowujemy się jak para (bez spania ze sobą of course), a nią nie jesteśmy. Why? Może jako facet potrafiłbyś mi to wyjaśnić…

Łączę pozdrowienia,

Ola

Zmiana stanu z „kumpela”, na „moja druga połówka” jest mniej niemożliwa, niż w przypadku facetów, bo oparta jest na innych mechanizmach, ale wciąż to bardzo, ale to bardzo trudne. Prawie tak trudne jak przekonanie kobiety rano, że pięknie wygląda bez makijażu. Dlatego lepiej chuchać na zimne i robić tak, żeby nie wpaść do tej bezdennej studni z napisem „wieczna koleżanka”. Żeby dowiedzieć się jak do tego nie dopuścić, trzeba zadać sobie inne pytanie.

 

Co sprawia, że kobieta wpada we friendzone?

Powód pierwszy: mężczyzna jest w związku.

Kiedy jestem zakochany, to nawet Penelopa Cruz i Agnieszka Szulim przestają robić na mnie wrażenie. Choćby leżały przede mną nago razem z całym kalendarzem Pirelli w hotelowym pokoju, trzymając w zębach oświadczenie, że wiadomość o żadnej figurze geometrycznej, którą tu utworzymy nie wydostanie się poza ten sześcian, nawet bym nie drgnął. W sensie powieka by mi nie drgnęła. Nawet bym nie ziewnął, choćby one zrobiły to pierwsze jedna po drugiej. Innymi słowy, jak gość jest w szczęśliwym związku, to nie masz za bardzo pola manewru.

 [emaillocker]

Powód drugi: nie jesteś wystarczająco ładna.

Mężczyzna patrząc na każdą kobietę momentalnie stwierdza, czy chciałby z nią poćwiczyć w łóżku gimnastykę artystyczną, czy nie. Możesz być zabawna, inteligentna, oczytana, wiedzieć czym jest spalony i nauczyć się samodzielnie oddawać mocz, bez wsparcia koleżanki, ale jeśli facet patrząc na Ciebie nie próbuje rozebrać Cię wzrokiem, to nigdy nie zrobi tego rękoma. Jeśli świetnie się dogadujecie, masz wrażenie, że lubi spędząć z Tobą czas i widujecie się częściej, niż gdy potrzebuje wybrać prezent na urodziny matki, ale nigdy nie splotły Wam się palce w uścisku, ani nie zahaczył swoimi wargami o Twoje przy dawaniu buziaka w policzek, to znaczy, że mu się nie podobasz.

Nie znaczy to, że jesteś brzydka i powinnaś zakopać się w głębokim dole na obrzeżach miasta albo związać się z niewidomym, bo ilu mężczyzn, tyle różnych definicji kobiecego piękna. Mnie pociągają drobne, delikatne, szczupłe, a wręcz chude, dziewczyny, ale mam wielu kumpli, których kręcą wysokie, duże laski. Dla mnie najistotniejsze są nogi i tyłek, dla mojego przyjaciela duże cycki. Ktoś lubi blondynki, ktoś lubi brunetki, a podobno, gdzieś w Wieliczce, jest nawet człowiek, któremu podobają się rude. To że ten konkretny facet nie ma ochoty sprawdzić z Tobą wytrzymałości swojego łóżka, nie znaczy, że żaden nie będzie chciał.

Innymi słowy, jeśli wolny, heteroseksualny facet, niemający w planach medialnej kariery księdza, traktuje Cię jak koleżankę, to znaczy, że nie pociągasz go fizycznie.

I tu dochodzimy do pytania, które zadała czytelniczka.

 

Jak wyjść z friendzone będąc kobietą?

W tym momencie wydaje mi się, że odpowiedź jest oczywista, ale na wszelki wypadek ją napiszę: żeby przejść z facetem z długotrwałego koleżeństwa do związku, musisz stać się dla niego atrakcyjna seksualnie.

Schudnąć, zacząć chodzić w sukienkach i spódnicach, zmienić oprawki albo zrobić laserową korekcję oczu, urosnąć, zmienić kolor, długość i uczesanie włosów, powiększyć piersi, wydłużyć nogi, wyprostować i wybielić zęby, zaokrąglić pośladki, wyrzucić buty trekingowe ze swojej szafy, dostać pieprzyków na dekolcie, zamienić adidasy na szpilki, albo na odwrót, przekłuć wargę, język, sutki, zrobić operację plastyczną nosa, zlikwidować odstające uszy, częściej nosić topy i leginsy, nabrać piegów na twarzy, wydepilować wąsy i brodę albo zacząć być bardziej wyzywającą. Ewentualnie bardziej dziewczęca.

Coś z tego powinno w końcu zadziałać.

 [/emaillocker]