Close
Close

Ostatnio mam jakiegoś wybitnego niefarta do trafiania na żywieniowych terrorystów, którzy mają misję prowadzenia świętej wojny ze wszystkimi odżywiającymi się inaczej niż oni. Mięso złe, bo zwierzątka, nabiał zły, bo ze zwierzątek, gluten zły, bo tak. Najlepiej tylko hummus, guacamole, jagody goji i wchłanianie energii słonecznej, bo inaczej zgon na miejscu, piekło i wieczne potępienie. A jak mnie pamięć nie myli, kiedyś każdy z nas żarł chemię i zaraz po połknięciu nie stawało mu serce, ani nie wyrastała trzecia ręka. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem za propagowaniem wpieprzania syfu, ale jak raz na jakiś czas zjemy coś, co nie jest na liście 100 najzdrowszych potraw na świecie, to naprawdę nie umrzemy od tego.

Gdybyście się zastanawiali, co może być tym zakazanym owocem spożywanym w trakcie dyspensy, to specjalnie dla Was przypominam największe przysmaki z czasów małoletnich, czyli chemię z dzieciństwa, którą kochaliście.

 

Cremona

śmietanka do kawy

Jedna z najpopularniejszych śmietanek do kawy, której nigdy w życiu nie wypiłem z kawą. Ani w ogóle nie przyjąłem jej w formie płynnej. Spożywana była w formie sypkiej, z torebki od razu do ust. Najczęściej kupowało się te mini-opakowania na 1-2 kawy za 20 groszy, ale pewnego razu, przy okazji jakiegoś 4-złotowego kieszonkowego, szarpnąłem się i kupiłem tę dużą 200-gramową paczkę. Wsypałem sobie tyle tej śmietanki do buzi, że w reakcji ze śliną zakleiła mi całą jamę ustną. Ale to było super!

 

Guma w kulkach

guma w kulkach

Po 5-ciu przeżuciach całkowicie traciła smak i twardniała, tak że o robieniu balonów nawet nie było sensu fantazjować, ale i tak kupowało się ją przy co drugiej wizycie w spożywczaku.

 

Vibovit

vibovit

Jestem przekonany, że został stworzony po to, by podświadomie uczyć mężczyzn gry wstępnej. Gdyby nie on, nie wiem, czy kiedykolwiek gdzieś włożylibyśmy pośliniony palec.

 

Zupka chińska

zupka chińska

Esencja syfu i śmieciowego żarcia. Glutaminian sodu, olej palmowy, wzmacniacze, spulchniacze i stabilizatory. Zawsze widząc skład tej atrapy jedzenia zastanawiam się, jak coś tak niezdrowego może być tak dobre. Mimo, że wiem ile gówna w tym jest, do dziś zdarza mi się zalać złocistego kurczaka albo krewetkową Vifonu.

 

Mleczko w tubce

mleczko w tubce

To chyba największy klasyk z dziecięcych lat. Nie mam pojęcia jaki ma związek z prawdziwym mlekiem, ani co autor miał na myśli tworząc je, ale to o smaku karmelowym było nie do zastąpienia przez jakiekolwiek inne słodycze. Gęste, turbo słodkie i ultra uzależniające. Po przebiciu aluminiowej plomby przy gwincie trzeba było wykazać się naprawdę nieziemską silną wolną, żeby przestać ssać i nie zeżreć całego przy pierwszym kontakcie.

 

Soczek w woreczku

sok w woreczku

Z sokiem to miało tyle wspólnego, co świnka morska z wodą i Ewelina z Warsaw Shore z muzyką, ale i tak był to najczęściej kupowany napój w trakcie przerw w podstawówce. Ze względu na formę opakowania, nie można było go po otwarciu po prostu schować do plecaka, czy odłożyć na później, tylko konieczne było spożycie od razu całego. Fakt, że ultra łatwo można go rozlać, był pretekstem do pierwszych pranków, bo w tych czasach mało rzeczy cieszyło równie, co widok kogoś z całą mokrą koszulką, po zupełnie-przypadkowym-popchnięciu. Wciąż trudno mi uwierzyć w to, że ktoś wpadł na tak głupi pomysł by sprzedawać napoje w workach.

Oranżadka w proszku

oranżada w proszku

Tak jak w przypadku Cremony, nie kojarzę ani jednego dzieciaka, który spożywałby ją zgodnie z zastosowaniem. Po co coś zalewać wodą, rozpuszczać i brudzić naczynia, jak można po prostu wysypać na język i pogryźć? Po kontakcie z wodą, jeszcze nie daj boże, okazałoby się, że nie jest tak wykręcająco-twarz-kwaśna jak na sucho.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Jeszcze kolorki na jęzorki, shocksy, „zegarek” z cukierków, takie kolorowe pastylki pudrowe… O, i Dumle! Te cukierki toffee, co się tak ciągnęły! Boże, ile to już lat? Na następny raz, gdy będę w Polsce, to chyba wykupię cały asortyment spożywczaków osiedlowych i z taką walizką wypchaną po brzegi wrócę do Anglii :D

  • A ja piłam oranżadki w proszku przy mamie :D

  • Doskonale pamiętam każdy z tych produktów, prawdziwi weterani wśród rarytasow ;) Slodzone mleczko do dziś cieszy się dużą popularnością wśród Polaków za granicą (przynajmniej ja najczęściej je przywiozę z wakacji, znajomym jako „polski rarytas”). Soczek w woreczku również cieszy się sława wśród coniektorych uczniów szkół zagranicznych ;)

  • Złoty kurczak i mleko w tubce – jedno i drugie mam zabunkrowane na czarną godzinę :)

  • Justyna z justynaenbarcena

    mmmm/ Mleko zagęszczone, a najlepiej z lodówki! Pychota!!
    Teraz raczej nie kupię, ze względu na zabójczą ilość kalorii!

  • Wszędzie białkoholicy. A w weekend: ‚Ile w kokainie błonnika?’. Osobiście, jestem pełen glutenu i wciąż żyję.

  • A właśnie, jeszcze były takie chrupki piwne. Też dobre!

  • Vibovit? Poślinionym palcem? A nie od razu językiem?

  • Agata Stefaniuk

    Napoje w woreczkach były najlepsze!

  • Oranżada <3

  • mleczko w tubce! [walczę ze sobą, żeby nie iść do sklepu]

  • A herbata w granulkach na sucho? Też się jadło :-D

  • Karolina Zagórska

    Pamiętam jeszcze mleko Canny w proszku spożywane na sucho na zmianę ze Slim Fastem schowanym przez mamę w najbardziej niedostępnej szafce. Klasyk to oczywiście guma Turbo i Donald oraz lizaki serduszka na papierowych patyczkach, które rozwarstwiały się po dłuższym kontakcie ze śliną oraz lizaki z gwizdkiem.

  • Janek- tak czytam ten epicki zestaw i zastanawiam się czemu my wszystko żarliśmy na sucho? :) Cremona, vibovit (ja robiłam mix: 1 visolvit + 2 vibovity ;); zupki chinskie tez best na sucho z przyprawami i te oranżady. Lenistwo czy jakiś bunt wewnętrzny? ;)
    Ja dodałabym jeszcze drożdzówke z budyniem i kruszonką- chociaż to nie aż takie chemiczne gówno jak powyższy zestaw ;)

  • Gumy w kulkach pamiętam i ja. Niby błyskawicznie traciły smak, a i tak je lubiłam.

  • „złoty Kurczak” najlepsza!
    to pisze Kurczak, blogerka kulinarna ;)

  • Ło matko, faktycznie Cremona!!! Ja przez mleko w proszku, które robiłam sobie na papkę podobną do tego w tubce – czasem z kakaem; zapomniałam, że też to jadłam :D W kawie było paskudne – ja w sumie wtedy nie pijałam kawy – ale jako proszek. O mamo! <3

  • Monika Grzebyk

    Nienawidziłam tej wody w woreczku! Ale jak jesteś po WF-ie i masz tylko 50gr to nie stać Cię na nic innego, więc piłam, oczywiście ;)
    A na zupki chińskie jestem uwarunkowana niczym pies Pawłowa, bo jak w wieku 6-8 lat zostawałam w domu ze starszym o 10 lat bratem na kilka dni to mogliśmy oglądać filmy do nocy, nie sprzątać, grać cały czas na kompie i żyć w sielance :) I właśnie zupki Vifon były naszym podstawowym składnikiem diety

  • Ola

    Dobra, czy tylko ja zauważyłam, że jest nowy wygląd strony??? ;-)))

  • i jeszcze mój faworyt – rurki z kwaśnym proszkiem! im dłuższe, tym bardziej zajebiaszcze! http://jw-slodycze.pl/img/p/317-339-thickbox.jpg

    • Tak, tak, to się wciągało nałogowo, ale nie mogłem tego znaleźć już w żadnym sklepie.

      • Ala Ostrowska

        u mnie mogę kupować kilogramami <3

  • napojów w workach nie znam Oo w kartonikach z wbijaną rurką owszem, ale taki worek, worek?
    No to wrzucę wodę z barwnikiem i cukrem.
    http://meskiepisanie.pl/wp-content/uploads/2013/11/sopelek.jpeg

    • To co wrzucasz to były lody przecież!

  • A lody Bambino i pałeczki? <3 Kiedyś to się tego wsuwało!

    • O istnieniu lodów Bambino wiem, ale nigdy nie dane mi było ich próbować.

      • Wydaje mi się, że są jeszcze gdzieniegdzie dostępne, musisz koniecznie to nadrobić! Jakością nie powalają na kolana, ale mają w sobie ducha lat 90. ;)

        • Tuome

          lody Lulki :D hicior szkolnego sklepiku w lecie. Do tego ciepłe lody i żelki-owady

  • ToJa

    Chwila, chwila? Przecież „chemia” i „nie chemia” to jest chemia. Sam jesteś chemią!

  • Ja w Vibovit wkładałam język. Z grubej rury, a co!

    • też tak miałem. I teraz widzę ze groziło mi to zmianą orientacji z hetero na homo! ależ igrałem z losem:D

  • A gumy Turbo i Donald? Mój pierwszy biznes, bo sprzedawałem historyjki za 2gr/sztuka (ciotka przywoziła ze swoich tureckich wojaży razem ze sweterkami).

  • anerdylady

    Mam podejście, za które część zdrowożerców mnie zabije, ale po to na co dzień odżywiam się zdrowo aby móc raz w czas sobie pozwolić na zupkę chińską lub inne niekoniecznie zdrowe jedzenie. Nie potrafię sama siebie oszukiwać, że nie lubię niezdrowego jedzenia; tym bardziej nie oszukuję się, że nic mi po nim nie będzie. I tak żyję dwa tygodnie na kremach z pora żeby raz w czas zjeść tablicę mendelejewa:)

    • O, to, to, to! I nikt, absolutnie NIKT nie rozumie mojej logiki. Bo przecież tak strasznie krytykuję słodzenie kawy/herbaty, picie napojów gazowanych, czy z uporem maniaka wyszukuję w sklepach produkty bez syropu glukozowo-fruktozowego, a później zdarza mi się zjeść kawałek czekolady/ciasta. No jak to?! Skoro jem czekoladę, to przecież mogę posłodzić herbatę czy usmażyć powidła z cukrem.
      I wszyscy uparcie twierdzą, że absolutnie nie ma różnicy pomiędzy zjedzeniem paska czekolady, a zjedzeniem całej tabliczki i zapiciem colą.

      • anerdylady

        Dokładnie:). I nie widzę nic złego w tym, że sobie raz w czas to zjem. Ale zarówno zdrowożercy jak i niezdrowożercy mają mnie za hipokrytkę. A ja sobie siedzę gdzieś między nimi po środku i mam większą przyjemność z jednego rządka tabliczki, niż niektórzy z całego kartonu;).

  • Ach, ile wspomnień powróciło :)
    Śmiem twierdzić, że niektóre z tych specjałów są silnie uzależniające. Na przykład mój mąż wciąż nie może żyć bez mleczka w tubce (tej zielonej), a jako że mieszkamy w Chicago, to jestesmy chyba głównymi importerami w USA :p niestety, pomimo że polskie sklepy sa bardzo dobrze zaopatrzone, to akurat mleczka nie sprowadzają :(

  • tylko tego soku w worku kompletnie nie kojarzę. to na pewno nie było wino?

    • Niestety u mnie w podstawówce nie sprzedawano wina, ale wyglądało to mniej więcej tak: http://bzmot.geoblog.pl/gallery/35616/medium_ceb3ff51e6c3.JPG

    • Анжелика Розалия

      Predzej tak ;)

      • O, właśnie!

        • Анжелика Розалия

          Jeszcze byly czekotubki,gwiazdki z milky way,i guma taka z 2 metrowa zwinieta w kolko ech te czasy a i blok bambo i skrzat i maslo czekoladowe :D

          • Анжелика Розалия

            I ufo takie z oplatka z orezadka w srodku,andruty i papierosy gumy

  • ostatnio w żabce stoję przy kasie, a mój luby gdzieś zaginął. Rozglądam się , ten przy lodówkach GŁASZCZE mleko skondensowane. HAHAHAH. Chyba mój terror pod znakiem ” syrop glukozowo fruktozowy to zło ” działa. Wołam do niego a pani ekspedientka z takim absolutnym wzruszeniem w oczach rzecze do mnie: PANI MU KUPI </3

    • Krzysztof Lancaster Kotkowicz

      Ale w większości wypadków w mleku skondensowanym jest cukier. ;-)))

      • heh, cukier cukier…hmmm. też się coś wymyśli. biała śmierć, puste kalorie…let’s get the terror started! a tak całkiem serio to coś we mnie pękło i kupiłam mu te mleko skondensowane następnego dnia!;)

        • Złota dziewczyna! Daj znać jak się rozstaniecie!

        • Ja od czasu do czasu kupuję, ale bardziej lubię takie z kotkiem, na dodatek „słodzone”, czyli jeszcze bardziej zabójcze;)

  • Żarło się, oj żarło to garściami!

  • Poza zupką chińską nie miałam przyjemności z tymi smakołykami (czyżby inny sklepik szkolny?). Za to smakiem mojego dzieciństwa były cheetosy serowe i jabłkowa guma do żucia (chyba orbit, ale pewna nie jestem).

    • Ada Żyta

      U nas były zamiast Cheetosów Maczugi :D

      • Nienawidziłam tych Maczug, za to Cheetosy zajadałam garściami. ;)

  • No i było super. Z tym, że nie pamiętam, by wówczas było tyle grubych dzieciaków. Poza opychaniem się powyższą chemią jedliśmy normalne domowe posiłki, warzywa i owoce, spędzaliśmy też dużo czasu na świeżym powietrzu. Dzisiejsze dzieciaki prowadzą siedzący tryb życia. Mają też do czynienia z jedzeniem kiepskiej jakości po prostu zbyt często,w domu i w szkole i w tym cały problem.

    • Aleksandra

      my nie mieliśmy chipsów i batoników a mamy zawsze piekły ciasto

  • Adriana

    A kto jadał zupkę chińską na surowo? :D ja bym do zestawienia dodała jeszcze ciepłe lody <3

  • Aleksandra Muszyńska

    Draże Korsarz <3.
    Zupka chińska jest jedynym działającym u mnie antidotum na kaca.I jedynym,co się w ogóle przyjmuje wtedy w organiźmie wkrótce po bolesnym przebudzeniu.

  • Vibovi, zatęskniłam. Ale tej chemii było jeszcze więcej. Pamiętam obłędne lizaki w formie smoczków, brakuje mi ich i to mocno. :)

  • Haha, wróciły piękne wspomnienia! Zburzyłeś mój dziecięcy światopogląd – do dziś myślałam, że to wszystko takie zdrowe, skoro rodzice kupowali!

    • A to u mnie tego nie było.

      • Krzysztof Lancaster Kotkowicz

        Obawiam się, że jesteś trochę za młody. To okolice 1990-1992. ;-)

        • OMG, ja to pamiętam! UWIELBIAŁAM TE NAJKLEJKI <3 Jeeeeej…. <3 Ile wspomnień….

          • Θανάσης

            Dalej je produkują w Grecji :D

  • Niektóre z nich nadal zdarza mi się kupować:) Moim faworytem zdecydowanie była herbata w woreczku (oprócz soków było coś o smaku mniej więcej dzisiejszej mrożonej herbaty). Ja się zastanawiam, jak oni to transportowali.

  • Mleko w tubce to tylko CZEKOLADOWE.
    Heloł.

    ;)

    • Wyjdź!

    • Krzysztof Lancaster Kotkowicz

      Dziwnie piszesz WANILIOWE.

    • Natalia Zynwala

      Ulepszać doskonałe? Najlepsze było to zwykłe!

  • Były w swoim czasie takie lizaki co się moczyło w jakimś proszku i to tak strzelało w buzi (wiem opis inwalida), tak czy siak, chodzi mi o to, że na ogół ten proszek wpieprzało się bez lizaka. To musiało być dopiero zdrowe ;)

  • Jeżu, chińskie zupki… Dosłownie dwa dni temu jechałam pociągiem relacji Szanghaj-Shenzhen. Cała trasa to dokładnie 18 godzin. Na pokładzie sprzedawali zupki, takie z tekturową miską, za około 4 złote, do tego w każdym wagonie był darmowy dystrybutor z wrzątkiem… Dopiero wtedy zrozumiałam, że chińskie zupki zwyczajnie śmierdzą.

    Co do śmieci, to masz rację. Ja raz na jakiś czas wpieprzam fastfoody i nie umieram od tego, ale niestety za czasów mojego gimnazjum, codziennie kupowałam jakieś trzy paczki czipsów, tak samo jak większość kolegów i koleżanek z klasy. Jak myślę o nas z tamtych czasów, to jestem za tym, aby tych czipsów nie było.

    • Nie no, oczywiście we wszystkim trzeba mieć umiar, ja czipsy jadłem gdzieś 2 razy w tygodniu i raczej u mnie w klasie nie zdarzało się, żeby ktoś to pochłaniał codziennie.

      • No właśnie. Widzę po sobie, że dzieci jedzą to, co jest pod ręką. U mnie, jak sklepik był w okresie „po dostawie śmieci” i był dobrze wyposażony, to wszyscy żarli czipsy. Gdy było „przed dostawą”, to zadowalaliśmy się bułkami i tyle. Niestety wychodzi na to, że, że uczniowie jedzą coraz więcej tej chemii, czipsy dwa razy w tygodniu to już za mało.

  • Ewa Rynn

    Dla mnie szczytem rozrzutności był pudrowy zegarek: http://www.ciam.pl/uploads/_contents/208672/icon/1391594873_by_krzys_500.jpg

    Jakie to było pyszne! Kosztował jakieś 1,50 zł (nie to co guma kulka za 10 gr…), a założony na rękę wynosił Cię na szczyt podstawówkowej drabiny społecznej.

    • Patryk Mataniak

      Coś jak iwatch tylko lepsze :-)

    • Lans był w tym jak najbardziej, ale ja jakoś super za tym nie przepadałem, bo jak tylko założyłem na rękę, to czułem, że cały się rozpuszcza :(

    • Agnieszka Chomska

      Cukierki nadal są – zmieniła się tylko forma :)

  • Wojciech
    • Zawsze wiedziałem, że miałeś udane dzieciństwo Wojtek.

      • EpuL

        ja za to wcinalem co przerwe szyszki ryzowe :D

  • Aaa, okej teraz pamiętam! Nie kojarzyłem nazwy, bo w tych czasach nie byłem fanem żelek.

    • Jak można nie być fanem żelem :D

      • Ooo i one czasami były zamykane w takich osobnych opakowaniach ;)

      • Ej, ej, mówię, że w tamtych czasach nie byłem, teraz to wiadomo, że kocham!

  • Właśnie wciągam mleczko w tubce i nie, nie zostawię nic na później. :D Śmietankę w proszku zawsze wyżerałam u babci, a ona się dziwiła, że jej tak szybko ubywa. A Vibovit to dziecięcy klasyk. Nie znam dzieciaka, który nie wyjadałby go paluchem.

  • Wzruszyłam się, a moja podświadomość uciekła gdzieś do lat 90., gdy wciągałam tubkę mleka. Jeśli vibovit uczył chłopców gry wstępnej, to dziewczyn uczyło mleko skondensowane.;)

  • Jeszcze gumy SHOCK!!!

  • Agu

    J-jak to pomarańcz?!

  • W.

    2/7, u nas stałym zakupem była też Guma Shock i w efekcie chwilowe wykrzywienie ryjków – gdybyśmy mieli wtedy smartfony to pewno byłby najczęściej wysyłany snap w naszych ‚my story’.

    • O właśnie, zapomniałem o Shocksach, bo to był kozak! Wykrzywiało twarz lepiej niż cytryna

  • O, tego to nie kojarzę, masz gdzieś fotę?

    • Ada

      i oto one:

Nie odniesiesz sukcesu, jeśli nie będziesz jak założyciel McDonald’s

Skip to entry content

W latach dwutysięcznych, kiedy miałem 13 lat i szedłem do gimnazjum, ukazała się „Kinematografia” Paktofoniki i nie dało się odpędzić od kawałka „Jestem Bogiem”, a Polska przeżywała pierwszy boom na hip-hop. Na każdym osiedlu było po 5 składów, a w każdej klatce był ktoś, kto pisał teksty, składał podkłady, freestyle’ował albo chociaż robił beatbox. W tych czasach na palcach połowy ręki mogłem policzyć znajomych, którzy nie chcieli być jak Magik, Fokus albo Rahim. Co nocy w głowach śnił się ten sam sen projektowany na wewnętrznych stronach powiek – zostać gwiazdą rapu.

Wielu moich kolegów było przekonanych do szpiku kości, że kariera muzyczna czeka na nich tuż za rogiem, ale zatrzymywali się na etapie odłożenia pieniędzy na mikrofon. Czy nauki programu do obróbki dźwięku. Albo popracowania trochę z emisją głosu. To nie były przeszkody nie do przejścia na „zasadzie nie mam nóg, ale chcę biegać w maratonach”. To były po prostu kolejne etapy, które każdy musiał przejść, jeśli faktycznie zależało mu na zajmowaniu się muzyką. Do ich pokonania potrzebny był tylko czas i praca. Tylko tyle. W świetle tych faktów zaskoczę Was, jeśli powiem, że większość z nich nigdy nie nagrała nawet pierwszej płyty demo?

W 2013 kiedy rzucałem studia, część moich znajomych z uczelni miała genialne pomysły na biznes. Swój biznes. Na którym mieli zarabiać miliony, wydawać miliardy i obracać bilionami. Do dzisiaj, z tych kilkunastu osób, do etapu założenia własnej działalności gospodarczej doszedł tylko jeden kumpel. Jeden. Reszta nawet nie spróbowała, odpadli na etapie zgooglowania frazy „jak założyć firmę”.

W tym samym roku internetowe pamiętniki przeżywały apogeum swojej popularności, a facjaty blogerów wisiały na billboardach w całym kraju. Polska dowiedziała się, że nie tylko nastolatki prowadzą swoje stronki w sieci, a ich czytelnicy, że NAPRAWDĘ da się na tym zarobić. Blogowałem wtedy drugi rok, i jeździłem po tylu konferencjach branżowych na ile pozwalało mi 1200zł, za które w tamtym czasie się utrzymywałem. Tłukłem się po kilkanaście godzin w jedną stronę śmierdzącym, nieogrzewanym PKP na drugi koniec kraju, żeby dowiedzieć się jak zrobić sobie pracę z hobby i spotykałem ludzi, którzy przyszli tam po to samo. Każdy z tych pod sceną, chciał być jak ci na scenie – zarabiać na swojej pasji. Żyć na własny rachunek, będąc samemu sobie szefem, a nie tylko trybem w machinie, chodząc do zakładu pracy.

Cześć z tych osób uprawiała odtwórczy recycling tego, co jakiś czas temu zdążyli już zrobić znani i lubiani, ale część miała naprawdę odkrywcze, nietuzinkowe pomysły i tematykę o niebo i piekło ciekawszą niż moja. Z obu tych grup, dzika liczba osób zrezygnował z planu podboju świata zaledwie po kilku, kilkunastu miesiącach.

Czemu? Bo pieniądze nie przyszły tak szybko jak się spodziewali. Bo brakowało im jednej cechy, którą miał założyciel McDonald’s.

Sylvester Stallone

Syn imigrantów, urodzony z częściowym paraliżem twarzy, wykrzywieniem dolnej wargi i  zaburzeniami mowy, które zostały mu na całe życie. Gość o ekspresji taboretu kuchennego i zdolnościach aktorskich paździerzowej półki, z sylwetki przypominający manekina w sklepie militarnym. Do 24-go roku życia jego najlepiej znaną światu umiejętnością było kasowanie biletów przy pomocy dziurkacza. Mimo to, postanowił, że zostanie aktorem. I to nie byle jakim. Oscarowym. Gwiazdą kina znaną na całym świecie.

Dziś chyba nie ma człowieka, który nie widziałbym „Rocky’ego” albo „Rambo”? Dopiął swego, mimo, że ze scenariuszem do filmu o bokserze musiał nachodzić się po studiach filmowych bardziej niż Robert Korzeniowski, bo wszyscy mówili mu, że to padaka, której nikt nie obejrzy.

Peja

A w zasadzie Ryszard Andrzejewski, urodzony w latach 80-tych na poznańskich Jeżycach. W epicentrum patologii i beznadziei, gdzie po zmroku nie zapuszcza się nawet policja. Gdy miał 12 lat zmarła jego mama, od tego momentu wychowywał go w pojedynkę ojciec alkoholik, którego nowotwór zabił 8 lat później. Mimo wszystkich przesłanek ku temu, by spędzić życie zbierając na wino w bramie, postanowił, że będzie muzykiem i zajmie się nieistniejącym wówczas w Polsce gatunkiem. Rapem.

Od 1995 do 2000 roku nagrał 4 albumy, które ukazały się jako legalne wydawnictwa dostępne w oficjalnej sprzedaży, jednak zupełnie nie przełożyły się na sukces komercyjny i popularność, przez co Peja dalej żył na skraju ubóstwa. Półtora roku później, cały czas dorabiając dorywczo w pracach fizycznych by mieć na podstawowe wydatki, nie poddając się, kolejny raz zmieniając wytwórnię i kolejny raz spędzając setki godzin przy tworzeniu muzyki, jako zespół Slums Attack nagrał płytę „Na legalu?”.

Płytę, która sprzedała się w ponad 100 000 egzemplarzy pokrywając się platyną i na stałe otwierając Peji drzwi do świata dobrobytu, spełnienia artystycznego i show-biznesu.

Założyciel McDonald’s

Choć jeśli miałbym być ultra dokładny, to powinienem napisać „populyzator McDonald’s”. Podwaliny pod globalną sieć barów szybkiej obsługi w rzeczywistości stworzyli dwaj bracia – Richarda i Maurice’a McDonald – zakładając mały bar w San Bernardino, ale to właśnie Ray Kroc sprawił, że ten lokalny biznes stał się globalny, rozprzestrzeniając BigMaca na cały świat.

Ray zanim stał się multimiliarderem, już na zawsze zmieniając najważniejszy punkt szkolnych wycieczek do Krakowa z Sukiennic na McDonald’s, pokonał kilka niepowodzeń i zawodów. Całe życie chciał stworzyć wielki, skalowalny interes, biznesowe imperium, które zapisze się na kartach historii, ale nie było nim ani sprzedawanie papierowych kubków, ani mleko w proszku, ani multimiksery. Żeby którymi móc handlować, jak najgorszy akwizytor z bagażnika, musiał zastawić dom i zainwestować wszystkie oszczędności.

Dopiero w wieku 52 lat, gdy większość osób bardziej myśli o emeryturze niż rozwoju zawodowym, trafił na mały lokal w Kalifornii – rewolucyjny jak na tamte czasy, bo nie było w nim kelnerek, a jedzenie podawano w papierowych torbach – który jawił mu się jako amerykański sen, będący korzeniem żyły złota. Kolejny raz, ryzykując finansowo, wywrócił swoje życie do góry nogami inwestując wszystko w rozwój McDonald’s. I tym razem trafił w dziesiątkę.

Mozolnie szukając franczyzobiorców, którzy otworzyliby kolejne lokale i walcząc z braćmi założycielami przy każdej próbie wprowadzenia zmian do interesu, nie poddając się ani razu, gdy jego pomysły były torpedowane, w końcu wepchał ten syzyfowy kamień na sam szczyt. Zamieniając nikomu nieznany, malusieńki McDonald’s w McImperium znane WSZYSTKIM.

Nie dokonałby tego, gdyby nie jedna cena cecha, o której wcielający się w niego Michael Keaton mówi pod koniec filmu.

Wytrwałość

Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nie nagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość i determinacja są wszechmocne.

To słowa Calvin Coolidge’a – 30-go prezydenta Stanów Zjednoczonych – które w „McImperium” powtarza Ray Kroc, a którymi kierował się i Sylwester Stallone, i Peja, i ja również podpisuję się pod nimi wszystkimi kończynami. Bo obserwując rzeczywistość i analizując życiorysy osób, które odniosły sukces, jakkolwiek byśmy go nie definiowali, nasuwa się jedna myśl.

Żeby odnieść sukces nie musisz być genialny, odkrywczy, ani nawet ładny. Wystarczy, że będziesz wytrwały.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nate McBean

 

---> SKOMENTUJ

Jak nie wpaść we friendzone będąc kobietą?

Skip to entry content

Przy tekście z zeszłego tygodnia, radzącym facetom jak nie wpaść we friendzone, odezwało się kilka czytelniczek sugerujących, że przydałby się analogiczny wpis z radami dla kobiet. A jedna z nich napisała nieco dłuższą wiadomość, dopytując co zrobić, żeby z owej „strefy przyjaźni” wydostać się, gdy już się w niej jest.

Dobra, piszę, bo mi to nie daje spokoju. Patrząc na komentarze pod postem (zwykle facetów), wynika z tego, że żeby wyjść z friendzone, trzeba mieć odpowiednią aparycję (cytuję: Jak wyjść z friend zone : 1 nie być brzydkim ?). Czy ja to dobrze rozumiem, czy jest po prostu piątek i mój mózg nie chłonie tak, jak należy? Bo, że tak powiem, co ma piernik do wiatraka?

I drugie pytanie – czy naprawdę uważasz, że z legendarnego friendzone nie da się wyjść? Piszę, bo sama jestem w takiej sytuacji – dogadujemy się świetnie na każdym polu, jest nam ze sobą dobrze, rozmawiamy godzinami, spędzamy ze sobą mnóstwo czasu – a nic nie może/ nie chce z tego wyjść. Biorę pod uwagę ewentualność, że możemy być kiedyś razem, o ile on wyrazi taką chęć, ale jak nic nie wyjdzie – nie będzie tragedii. Kiedyś myślałam o Nim wyłącznie w kategorii „przyjaciel”, teraz coraz częściej w kategorii „chłopak” (chyba przez ludzi, którzy twierdzą, że bylibyśmy super parą). Co jest w takim razie ze mną/ z Nim nie tak, że to jeszcze nie wypaliło? Zachowujemy się jak para (bez spania ze sobą of course), a nią nie jesteśmy. Why? Może jako facet potrafiłbyś mi to wyjaśnić…

Łączę pozdrowienia,

Ola

Zmiana stanu z „kumpela”, na „moja druga połówka” jest mniej niemożliwa, niż w przypadku facetów, bo oparta jest na innych mechanizmach, ale wciąż to bardzo, ale to bardzo trudne. Prawie tak trudne jak przekonanie kobiety rano, że pięknie wygląda bez makijażu. Dlatego lepiej chuchać na zimne i robić tak, żeby nie wpaść do tej bezdennej studni z napisem „wieczna koleżanka”. Żeby dowiedzieć się jak do tego nie dopuścić, trzeba zadać sobie inne pytanie.

 

Co sprawia, że kobieta wpada we friendzone?

Powód pierwszy: mężczyzna jest w związku.

Kiedy jestem zakochany, to nawet Penelopa Cruz i Agnieszka Szulim przestają robić na mnie wrażenie. Choćby leżały przede mną nago razem z całym kalendarzem Pirelli w hotelowym pokoju, trzymając w zębach oświadczenie, że wiadomość o żadnej figurze geometrycznej, którą tu utworzymy nie wydostanie się poza ten sześcian, nawet bym nie drgnął. W sensie powieka by mi nie drgnęła. Nawet bym nie ziewnął, choćby one zrobiły to pierwsze jedna po drugiej. Innymi słowy, jak gość jest w szczęśliwym związku, to nie masz za bardzo pola manewru.

Powód drugi: nie jesteś wystarczająco ładna.

Mężczyzna patrząc na każdą kobietę momentalnie stwierdza, czy chciałby z nią poćwiczyć w łóżku gimnastykę artystyczną, czy nie. Możesz być zabawna, inteligentna, oczytana, wiedzieć czym jest spalony i nauczyć się samodzielnie oddawać mocz, bez wsparcia koleżanki, ale jeśli facet patrząc na Ciebie nie próbuje rozebrać Cię wzrokiem, to nigdy nie zrobi tego rękoma. Jeśli świetnie się dogadujecie, masz wrażenie, że lubi spędząć z Tobą czas i widujecie się częściej, niż gdy potrzebuje wybrać prezent na urodziny matki, ale nigdy nie splotły Wam się palce w uścisku, ani nie zahaczył swoimi wargami o Twoje przy dawaniu buziaka w policzek, to znaczy, że mu się nie podobasz.

Nie znaczy to, że jesteś brzydka i powinnaś zakopać się w głębokim dole na obrzeżach miasta albo związać się z niewidomym, bo ilu mężczyzn, tyle różnych definicji kobiecego piękna. Mnie pociągają drobne, delikatne, szczupłe, a wręcz chude, dziewczyny, ale mam wielu kumpli, których kręcą wysokie, duże laski. Dla mnie najistotniejsze są nogi i tyłek, dla mojego przyjaciela duże cycki. Ktoś lubi blondynki, ktoś lubi brunetki, a podobno, gdzieś w Wieliczce, jest nawet człowiek, któremu podobają się rude. To że ten konkretny facet nie ma ochoty sprawdzić z Tobą wytrzymałości swojego łóżka, nie znaczy, że żaden nie będzie chciał.

Innymi słowy, jeśli wolny, heteroseksualny facet, niemający w planach medialnej kariery księdza, traktuje Cię jak koleżankę, to znaczy, że nie pociągasz go fizycznie.

I tu dochodzimy do pytania, które zadała czytelniczka.

 

Jak wyjść z friendzone będąc kobietą?

W tym momencie wydaje mi się, że odpowiedź jest oczywista, ale na wszelki wypadek ją napiszę: żeby przejść z facetem z długotrwałego koleżeństwa do związku, musisz stać się dla niego atrakcyjna seksualnie.

Schudnąć, zacząć chodzić w sukienkach i spódnicach, zmienić oprawki albo zrobić laserową korekcję oczu, urosnąć, zmienić kolor, długość i uczesanie włosów, powiększyć piersi, wydłużyć nogi, wyprostować i wybielić zęby, zaokrąglić pośladki, wyrzucić buty trekingowe ze swojej szafy, dostać pieprzyków na dekolcie, zamienić adidasy na szpilki, albo na odwrót, przekłuć wargę, język, sutki, zrobić operację plastyczną nosa, zlikwidować odstające uszy, częściej nosić topy i leginsy, nabrać piegów na twarzy, wydepilować wąsy i brodę albo zacząć być bardziej wyzywającą. Ewentualnie bardziej dziewczęca.

Coś z tego powinno w końcu zadziałać.

---> SKOMENTUJ

Cotygodniowy Przegląd Internetu #46: jak zostać korektorem?, profesor Bralczyk i mój własny program śniadaniowy

Skip to entry content

Od ostatniego odcinka „Cotygodniowego Przeglądu Internetu” do dzisiaj, niemal cała moja facebookowa tablica żyła tym wydarzeniem w Gdańsku, o którym już pewnie nie chce Wam się czytać, więc powiem tylko, że mimo iż trudno było wyłuskać jakiekolwiek inne informacje, to podołałem wyzwaniu. 46-te CPI chudsze niż zazwyczaj, ale nie mniej sycące.

7 rzeczy, których nie wiesz o kawie: niedawno był światowy dzień kawy, więc Kasia Gandor zebrała kilka mało popularnych faktów o tej najbardziej akceptowalnej społecznie używce.

Miejska ścieżka: audioprzewodnik po Warszawie podrzucony przez jedną z czytelniczek. Nie zdążyłem go jeszcze wypróbować, ale sama koncepcja i opisy tras brzmią super!

Wolny dzień szturmowca z „Gwiezdnych Wojen”: fotografie przedstawiające co robi, gdy akurat nie walczy z Jedi.

Jak zostać korektorem? Gdyby komuś z Was zamarzyła się praca człowieka poprawiającego przecinki, rzeczowniki, czasowniki i powtórzenia, to moja dobra kumpela – Ula Łupińska – obszernie o tym opowiada. Bo w końcu założyła bloga, na co namawiałem ją od ponad roku, więc odnotowuję to jako osobisty sukces.

Wiesz jak to się pisze? Quiz ze znajomości języka polskiego. Byłem pewien, że jestem asem i na niczym mnie nie zagną, a miałem ledwie 9/12.

Buritto Bukowski – „Zjeść ser”: parodia bijącego wszelkie rekordy popularności Taco Hemingwaya i jego szlagieru „6 zer”. Pastisz mocno średni przede wszystkim ze względu na kwadratowy podkład, ale dla świętego spokoju można sprawdzić.

Profesor Bralczyk o języku internetu: obiecywałem, że nie będę już spamował Blog Forum Gdańsk, ale to wystąpienie jest całkowicie zjadliwe dla normalnych, nieblogujących ludzi i, co najważniejsze, wyjątkowo zabawne. Jeśli więc chcesz się jednocześnie dowiedzieć o mowie ojczystej i pośmiać, to jest to pozycja dla Ciebie.

Klip tygodnia: Disclosure to ci alchemicy, którzy stworzyli niemożliwe do jednorazowego przesłuchania i idealne do miziania się na parkiecie pod pretekstem tańca „Latch”. Numer poniżej to singiel z ich nowej płyty, który niestety nie próbuje nawet dorównać tamtemu hitowi, ale wciąż jest w ich stylu i bardzo przyjemnie się go słucha prowadząc flirt na kanapie.

Damska stylówka tygodnia: tym razem damska stylówka podwójna, bo nie ma męskiej, poza tym zarówno Karolina, jak i Paulina wyglądają jak milion złotych po denominacji, więc szkoda by je było rozłączać. Zwłaszcza, że już ktoś rozdzielił je przy porodzie, bo patrząc na tę fotę jestem pewien, że są siostrami-bliźniaczkami.

Charlize Mystery - Karolina Gliniecka

 

Fanpage tygodnia: ilustracyjny profil satyryczny dokumentujący przemyślenia Januszów i Grażyn, czyli ukazanie jak postrzegają bieżące wydarzenia typowi mieszkańcy Polski C. Poza humorem, warto zwrócić uwagę na charakterystyczną kreskę nadającą pracom odrębną estetykę.

Drodzy Panowie…#dzienchlopca #chlopcy #oferta #polskakobieta

Posted by Jak lampart pazurem on 30 września 2015

 

Ogłoszenie parafialne: w tej chwili Snapchat u 99% użytkowników jest śmietnikiem, do którego wrzuca się mydło i powidło, nagrania chodzących nóg, przejazdy taksówką, rozpikselowane jedzenie i nieudane karaoke, które w zamyśle autora jest faktycznym popisem wokalnym. Długo zastanawiałem się, czy musi tak być i czy nie da się inaczej. I wymyśliłem.

Na samym początku na YouTube też były śmieciowe filmiki o niczym, po czym, po jakimś czasie, ktoś zauważył, że tylko od twórców zależy jak zostanie wykorzystana ta platforma i że można ją traktować jak twór telewizjopodobny. Czyli taki, w którym rację bytu mają konkretne, określone, cykliczne formaty, jak „Matura to bzdura”, „The Uwaga Pies”, czy „SciFun”. Czemu by tego samego nie zrobić na Snapchacie?

Od przyszłego tygodnia rozpoczynam emisję mojego własnego programu śniadaniowego „3 zdania do śniadania”, w którym będę komentował bieżące wydarzenia. Codziennie od poniedziałku do piątku będę nagrywał około minutowy odcinek, w którym poruszę głośny temat z dnia wczorajszego, na wzór przeglądu prasy w typowej telewizyjnej śniadaniówce. Bardzo ciekaw jestem jak to się sprawdzi w praktyce i czy jest szansa, że osoby, które skończyły gimnazjum przekonają się do tego medium.

Stay Fly Snapchat

Widzimy się już w najbliższy poniedziałek o 9:00 na moim snapchatowym kanale: panstayfly !

---> SKOMENTUJ