Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #46: jak zostać korektorem?, profesor Bralczyk i mój własny program śniadaniowy

Skip to entry content

Od ostatniego odcinka „Cotygodniowego Przeglądu Internetu” do dzisiaj, niemal cała moja facebookowa tablica żyła tym wydarzeniem w Gdańsku, o którym już pewnie nie chce Wam się czytać, więc powiem tylko, że mimo iż trudno było wyłuskać jakiekolwiek inne informacje, to podołałem wyzwaniu. 46-te CPI chudsze niż zazwyczaj, ale nie mniej sycące.

7 rzeczy, których nie wiesz o kawie: niedawno był światowy dzień kawy, więc Kasia Gandor zebrała kilka mało popularnych faktów o tej najbardziej akceptowalnej społecznie używce.

Miejska ścieżka: audioprzewodnik po Warszawie podrzucony przez jedną z czytelniczek. Nie zdążyłem go jeszcze wypróbować, ale sama koncepcja i opisy tras brzmią super!

Wolny dzień szturmowca z „Gwiezdnych Wojen”: fotografie przedstawiające co robi, gdy akurat nie walczy z Jedi.

Jak zostać korektorem? Gdyby komuś z Was zamarzyła się praca człowieka poprawiającego przecinki, rzeczowniki, czasowniki i powtórzenia, to moja dobra kumpela – Ula Łupińska – obszernie o tym opowiada. Bo w końcu założyła bloga, na co namawiałem ją od ponad roku, więc odnotowuję to jako osobisty sukces.

Wiesz jak to się pisze? Quiz ze znajomości języka polskiego. Byłem pewien, że jestem asem i na niczym mnie nie zagną, a miałem ledwie 9/12.

Buritto Bukowski – „Zjeść ser”: parodia bijącego wszelkie rekordy popularności Taco Hemingwaya i jego szlagieru „6 zer”. Pastisz mocno średni przede wszystkim ze względu na kwadratowy podkład, ale dla świętego spokoju można sprawdzić.

Profesor Bralczyk o języku internetu: obiecywałem, że nie będę już spamował Blog Forum Gdańsk, ale to wystąpienie jest całkowicie zjadliwe dla normalnych, nieblogujących ludzi i, co najważniejsze, wyjątkowo zabawne. Jeśli więc chcesz się jednocześnie dowiedzieć o mowie ojczystej i pośmiać, to jest to pozycja dla Ciebie.

Klip tygodnia: Disclosure to ci alchemicy, którzy stworzyli niemożliwe do jednorazowego przesłuchania i idealne do miziania się na parkiecie pod pretekstem tańca „Latch”. Numer poniżej to singiel z ich nowej płyty, który niestety nie próbuje nawet dorównać tamtemu hitowi, ale wciąż jest w ich stylu i bardzo przyjemnie się go słucha prowadząc flirt na kanapie.

Damska stylówka tygodnia: tym razem damska stylówka podwójna, bo nie ma męskiej, poza tym zarówno Karolina, jak i Paulina wyglądają jak milion złotych po denominacji, więc szkoda by je było rozłączać. Zwłaszcza, że już ktoś rozdzielił je przy porodzie, bo patrząc na tę fotę jestem pewien, że są siostrami-bliźniaczkami.

Charlize Mystery - Karolina Gliniecka

 

Fanpage tygodnia: ilustracyjny profil satyryczny dokumentujący przemyślenia Januszów i Grażyn, czyli ukazanie jak postrzegają bieżące wydarzenia typowi mieszkańcy Polski C. Poza humorem, warto zwrócić uwagę na charakterystyczną kreskę nadającą pracom odrębną estetykę.

Drodzy Panowie…#dzienchlopca #chlopcy #oferta #polskakobieta

Posted by Jak lampart pazurem on 30 września 2015

 

Ogłoszenie parafialne: w tej chwili Snapchat u 99% użytkowników jest śmietnikiem, do którego wrzuca się mydło i powidło, nagrania chodzących nóg, przejazdy taksówką, rozpikselowane jedzenie i nieudane karaoke, które w zamyśle autora jest faktycznym popisem wokalnym. Długo zastanawiałem się, czy musi tak być i czy nie da się inaczej. I wymyśliłem.

Na samym początku na YouTube też były śmieciowe filmiki o niczym, po czym, po jakimś czasie, ktoś zauważył, że tylko od twórców zależy jak zostanie wykorzystana ta platforma i że można ją traktować jak twór telewizjopodobny. Czyli taki, w którym rację bytu mają konkretne, określone, cykliczne formaty, jak „Matura to bzdura”, „The Uwaga Pies”, czy „SciFun”. Czemu by tego samego nie zrobić na Snapchacie?

Od przyszłego tygodnia rozpoczynam emisję mojego własnego programu śniadaniowego „3 zdania do śniadania”, w którym będę komentował bieżące wydarzenia. Codziennie od poniedziałku do piątku będę nagrywał około minutowy odcinek, w którym poruszę głośny temat z dnia wczorajszego, na wzór przeglądu prasy w typowej telewizyjnej śniadaniówce. Bardzo ciekaw jestem jak to się sprawdzi w praktyce i czy jest szansa, że osoby, które skończyły gimnazjum przekonają się do tego medium.

Stay Fly Snapchat

Widzimy się już w najbliższy poniedziałek o 9:00 na moim snapchatowym kanale: panstayfly !

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

32 comments

  1. 10/12 ! Biorąc pod uwagę że moja nauka polskiego zakończyła się w pierwszej klasie postawówki, jestem dumna z siebie :) I wbijam na rekomendowanego bloga, może się coś ciekawego nauczę

  2. Twój wynik to:

    9/12

    Brawo, doskonały wynik! Jesteś mistrzem/mistrzynią poprawnej polszczyzny. Można się do Ciebie śmiało zwracać po poprawki. Gratulujemy! Sprawdź, jak pójdzie Twoim znajomym:)

    Nie jest tak źle, bałem się, że będzie gorzej ;)

  3. Burrito jest całkiem fajny jakby wlaczyc napisy i wyłączyć audio. Dowód na to, ze jednak rapować to nie taka prosta sprawa.

    A ten filmik z Bralczykiem: przepraszam vlogerow, ale to mi pokazało, że pomimo, że mowi sie ze YouTube, internet wypiera telewizje i że dziennikarze sobie nie radzą w internecie to jednak to działa w dwie strony. Jednak potrzeba jakiegos warsztatu, umiejetnosci… Nie wiem jak to nazwać nawet ale tego czegoś, ze potrafisz byc tym troche showmanem na scenie i potrafisz zabawić jakoś publiczność i poprowadzić energiczny wywiad. I wiem, ze to czasem kwestia scenariusza, ale ten scenariusz tez trzeba jakos odegrać. A w tym wypadku tak naprawde cały wywiad pociągnął dzieki swojemu urokowi i przebojowości profesor. Nie widziałam, duzo tego typu wystapień prowadzonych przez vlogerow, to jest tylko takie luźne przemyślenie po tym filmiku, nie chce zeby było ze uogólniam bardzo.

  4. Fajny ten quiz! Udało mi się rozbić bank choć miałam kilka momentów zawahania.
    Wiesz, że przez Ciebie najpewniej zacznę używać Snapchata? Minuta to mniej niż 15 nacodzienną lekturę Metrocafe w zatłoczonym tramwaju :D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

Czego blogerzy i startupowcy mogą się od siebie nauczyć?

Skip to entry content

Podczas tegorocznego Blog Forum Gdańsk byłem panelistą w dyskusji skupionej na różnicach i podobieństwach łączących blogerów i startupowców, i tym czego wzajemnie możemy się od siebie nauczyć. Rozmowa była merytoryczna i obie strony mogły się nią zainspirować, wyciągając budujące wnioski, jednak 30 minut to bardzo mało czasu jak na tak szeroki temat i 4 wypowiadające się osoby. Dlatego, postanowiłem poruszyć go na blogu omawiając najważniejsze kwestie dotyczące obu środowisk i uzupełniając o dodatkowe przemyślenia, które nie padły w dyskusji.

 

Czego blogerzy mogą się nauczyć od startupowców?

Myślenie od początku o modelu biznesowym. W startupach już we wczesnym stadium rozwoju, a czasem nawet na poziomie idei, myśli się o tym jak będzie się je monetyzować. Czyli już w trakcie tworzenia rewolucyjnej apki nakładającej filtr maskujący pryszcze na zdjęciu, twórcy myślą o tym, w jaki sposób na niej zarobią. U blogerów tego nie ma i wydaje im się, że pieniądze same spadną z nieba, zapominając, że sam to może spaść meteoryt. Szkoda, bo gdyby taka przeciętna blogerka kulinarna już w momencie zakładania bloga zastanowiła się w jaki sposób może na nim za robić, nie musiałaby wklejać spamerskich banerów z adsense’ów, ani modlić się o kampanię ze słodzikami.

A opcji jest całkiem sporo.

Na przykład mogłaby już od pierwszego posta z przepisem pokazywać się na zdjęciach w fartuszkach własnego autorstwa. Powiedzmy ze śliwką. Po pół roku, gdy miałaby już jako takie grono czytelników, nic nie stałoby na przeszkodzie, żeby na blogu otworzyć sklep z akcesoriami kulinarnymi i sprzedawać fartuszki, rękawice kuchenne, czy chochle sygnowane własną marką, która od dawna byłaby utrwalona w świadomości jej odbiorców. Mogłaby też na samym początku założyć, że blog to jej trampolina do bycia najbardziej rozpoznawalnym kucharzem w kraju i prowadzenia własnych warsztatów kulinarnych. Oczywiście za hajs. Albo, że to sposób na zgromadzenie grupy osób, które będą zainteresowane jej książką z niepublikowanymi dotąd, wyjątkowymi przepisami.

Oczywiście powyższe pomysły można zrealizować na każdym etapie, ale gdy jest się ich świadomym na samym starcie ta droga jest o wiele prostsza.

 

Testowanie rozwiązań. W przypadku startupów, niezależnie, czy to nowy portal, czy aplikacja mobilna, zanim wprowadzi się na stałe jakieś rozwiązanie testuje się je. Dla przykładu, każda zmiana wyglądu Facebooka – wielkości treści na osi czasu, ikon z powiadomieniami, formatu zdjęcia w tle – zanim wejdzie globalnie, testowana jest na małej grupie użytkowników. W momencie gdy okaże się, że reagują na nią pozytywnie/potrafią posługiwać się nową funkcja, dane rozwiązanie wprowadzane jest u wszystkich. A jeśli okaże się, że nowy pomysł nie jest tak zajebisty jak się twórcom wydawało, nie wprowadzają go globalnie.

Na blogach testowanie rozwiązań nie istnieje.

Jeśli bloger wybierze sobie szablon przy zakładaniu swojej strony, to zazwyczaj aż do jej śmierci nic się w nim nie zmieni. Ewentualnie, aż najpopularniejszy bloger w jego kategorii nie zmieni wyglądu, przypominając tym samym taka opcja jest dostępna nawet na Blogspocie. A przecież to, jakiej wielkości są ikony wpisów na stronie głównej, w jakiś sposób są ułożone, czy w jednej, czy w dwóch, czy w trzech kolumnach, ma bardzo duży wpływ na liczbę odsłon. Podobnie jak umiejscowienie przycisku z Facebooka na stronie wpisu. I fakt, czy jest to „lubię to”, czy „udostępnij”, bo działają inaczej. Położenie i sposób prezentacji ramki z powiązanymi tekstami też ma wpływ na to, czy ktoś w nie klika, czy nie.

Niestety blogerzy kompletnie tego nie sprawdzają, ignorując, że coś mogłoby działać lepiej u nich na stronie.

 

Czego startupowcy mogą nauczyć się od blogerów?

Nadawanie ludzkiej twarzy produktowi. Blog nie istnieje bez jego autora i myśląc o tych najpopularniejszych, już po usłyszeniu nazwy, widzimy w głowie twarz osoby, która go tworzy. Przez to, że wiecie jak wyglądam, jaką mam mimikę, jaką mowę ciała, mamy dużo bliższy kontakt, niż w czasach, gdy byłem zabandażowanym autorem widmo, a blog cieszy się bez porównania większą popularnością. Upublicznienie swojego wizerunku pozwala nawiązać z odbiorcami więź emocjonalną i zaangażować ich w to co robisz. Dać im poczucie, że obcują z człowiekiem.

Dlaczego Brand24 jest liderem narzędzi do monitorowania internetu? Bo myśląc o tej firmie momentalnie masz przed oczami Michała Sadowskiego. Marka jest tak mocno powiązana z człowiekiem, że odbierasz ją przez jego pryzmat. Czemu nigdy nie ma takiego szumu w okół konkurencji? Czemu ludzie nie podniecają się SentiOne, mimo, że pod kątem skuteczności wcale nie jest gorsze? Bo to jedna z tysiąca bezosobowych usług, której nazwa wpada jednym uchem i wypada drugim, nie zostawiając nic w głowie przy przelocie, a myśląc o Brand24, mimo, że to działalność wirtualna, namacalnie czujesz, że tworzą ją ludzie. Ludzie z krwi i kości, a nie korpo-roboty o facjatach fantomów.

Startup potrzebuje lidera, który będzie jego oficjalnym reprezentantem, rzecznikiem, piarowcem, ale przede wszystkim ludzką twarzą. W Stanach wiedzą to już od dawna, bo myśląc Microsoft, myślisz Bill Gates, myśląc Apple, myślisz Steve Jobs, myśląc Facebook, myślisz Mark Zuckerberg. U nas się tego dopiero uczą.

 

Robienie dedykowanych akcji reklamowych. Blogi bardzo szybko wyrosły z banerków i reklamy displayowej. Nie trzeba było długo czekać, żeby okazało się, że jest coś efektywniejszego i przede wszystkim ciekawszego dla odbiorcy, niż walenie po oczach gifem z logiem i napisem „Nowy smak! Spróbuj!”. Obecnie promocja produktu w blogosferze, to lokowanie go w codziennej narracji blogera – wplatanie historii o nim w pojawiającej się na blogu treści. Mówiąc mniej enigmatycznie, to relacje z wyjazdów, na których produkt był obecny, testy ukazujące jak produkt sprawdza się w realnym życiu, czy opowiadanie o wartościach i ideach powiązanych z nim.

W startupach zdarza się to sporadycznie.

Jeśli są aplikacje, czy portale zarabiające nie na użytkownikach, a na reklamodawcach, to produkt sponsora rzadko kiedy zaimplementowany jest do ich ekosystemu. Marki najczęściej pojawiają się na osobnej powierzchni reklamowej w postaci standardowego displayu, na który użytkownicy jeśli nawet nie są od dawna ślepi, to po prostu nie wchodzą z nim w kontakt, bo traktują jako „zwykłą” reklamę. Czyli format, który znają z telewizji jako idealny moment na zrobienie sobie herbaty, czy pójście do toalety. W skrócie: olanie. A przecież wcale nie musi tak być.

Weźmy choćby na warsztat największego giganta społecznościowego, który zdeklasował konkurencję na samym wejściu – Facebooka. Nie wiem czemu, ale portal Marka cały czas kurczowo trzyma się reklam w prawej szpalcie, tak jakby ktokolwiek zwracał na nie uwagę, za to kompletnie nie wykorzystuje możliwości CAPTCHA – systemu zabezpieczeń – którą wprowadził przy wysyłaniu linków. W momencie kiedy chcemy znajomemu wysłać lub wkleić na tablicę odnośnik do mało popularnej domeny, wyskakuje okienko z 9 obrazkami, na którym mamy zaznaczyć wszystkie zdjęcia z elementem podanym w komunikacie. Na przykład „Jeśli chcesz przesłać link, zaznacz wszystkie zdjęcia na których jest wodospad, aby udowodnić, że nie jesteś robotem”.

Jak można by to wykorzystać reklamowo?

Aż prosi się, żeby ulokować tam markę. Czemu by nie zrobić CAPTCHA, w którą wpleciony jest produkt – na przykład „zaznacz wszystkie zdjęcia, na których jest Samsung Galaxy S5”? W takiej sytuacji użytkownik nie dość, że musiałbym przeczytać nazwę telefonu i odnotować ją w umyślę, to jeszcze szukając go na zdjęciach utrwaliłby sobie jak on wygląda. I to w formie mini-zabawy. To naprawdę efektywniejsze niż ramka z napisem „Nowy Samsung, kliknij!” na marginesie strony internetowej.

Skupiając się bardziej na lokalnym środowisku, na pewno kojarzycie genialną aplikację JakDojade.pl. W wersji na urządzenia stacjonarne w widoku wyszukiwania połączenia ma na prawym pionowym pasku kwadrat z reklamą i na poziomym górnym pasku prostokąt z reklamą, a w wersji mobilnej co jakiś czas wyskakuje pop-up reklamowy na całe okno. Pójście po linii najmniejszego oporu w kwestii implementacji reklamy i trzymanie się podejścia z zeszłej dekady.

Przecież w sytuacji kiedy cała uwaga użytkownika skupiona jest na trasie przejazdu, produkt powinien pojawić się właśnie tam! Wyobraźmy sobie teraz, że JakDojade.pl podpisało kontrakt reklamowy ze Snickersem, co stoi na przeszkodzie, żeby batoniki pojawiły się na mapie miasta? Na przykład jako punkty symbolizujące kolejne przystanki na drodze autobusu, zamiast standardowych kropek? A w wersji mobilnej przy włączeniu nawigacji dodatkowo by znikały, jak pożarte przez Pacmana?

To chyba ciekawsze niż standardowa ramka sygnalizująca „Uwaga, reklama! Natychmiast odwróć wzrok w drugą stronę!”, co?

---> SKOMENTUJ

Najbardziej wczuci czytelnicy mogli coś podejrzewać po fotach wrzucanych na fanpage i statusach na profilu prywatnym, ale teraz piszę to oficjalnie: od początku września mieszkam w Warszawie. Nie pisałem o tym od razu, bo potrzebowałem trochę czasu na ogarnięcie kwestii technicznych i musiałem się choć trochę zaklimatyzować. Przeprowadzka między odległymi o 300 kilometrów miastami, to jednak co innego niż przewiezienie swoich rzeczy do drugiej dzielnicy, zwłaszcza gdy okazuje się, że jest ich duuużo więcej niż przypuszczałeś i akcję musisz rozbić na 2 części.

Część osób pewnie jest teraz zaskoczona, bo zawsze podkreślałem swoje przywiązanie i miłość do Krakowa, dlatego słówko wyjaśnienia…

 

Dlaczego? Po co? Czemu?

Kocham Kraków i od 4-tej klasy podstawówki marzyłem o tym, żeby w nim mieszkać. Jest urokliwym, pełnym duszy i czaru, wspaniałym miejscem do mieszkania, imprezowania, a zwłaszcza studiowania. Ale dość średnim do pracy i rozwoju, zwłaszcza jeśli działasz na styku internetu i marketingu i doszedłeś już do jakiegoś poziomu. Niestety, ale od jakiegoś czasu czułem, że to co było do zrobienia w tym mieście już zrobiłem nic więcej już się nie stanie. Miałem wrażenie, że najważniejsze wydarzenia mnie omijają, a ja jestem tylko ich biernym obserwatorem, a nienawidzę tego.

Możliwe, że to moje nastawienie subiektywne, ale czułem, że żeby pójść dalej z blogowaniem, muszę pójść dalej z miejscem zamieszkania. I przenieść się do Warszawy, do miasta, gdzie to wszystko tętni.

„Z kim przestajesz, takim się stajesz” nie jest tylko truizmem rzucanym przez babcie, ale ma odzwierciedlenie w rzeczywistości. To jakimi ludźmi się otaczasz ma na Ciebie bardzo duży wpływ i odbija się na Twoim zachowaniu oraz sposobie myślenia. I jeśli możesz na co dzień spotykać się z osobami, które zajmują się tym samym co Ty i są tym zajarane, to uwierz, że ta energia, wymiana wiedzy i doświadczeń będzie Cię budować i dawać Ci kopa do działania. Ja wiem, że świat nie ma granic, bo jest internet, ale napisanie do kogoś na Fejsie, a spotkanie się twarzą w twarz, to taka różnica, jak oglądanie Paryża na Google Street View, a patrzenie na jego budynki stojąc osobiście na głównych ulicach.

Innym słowy, przyjechałem do stolicy, żeby poczuć pierdolnięcie i wejść z blogowaniem na jeszcze wyższy poziom. Jednak póki co…

 

Jestem totalnym świeżakiem

Byłem wcześniej stolicy przy okazji jakichś konferencji, czy współprac reklamowych, ale to było bywanie. A nie życie. A w Warszawie żyje się zupełnie inaczej niż w Krakowie. Pomijając kwestię cen, to jest kompletnie inne tempo i organizacja miasta. Inaczej też wygląda sposób spędzania czasu i infrastruktura imprezowo-rozrywkowa. Kiedyś pisałem o różnicach między obecną, a byłą stolicą, ale czuję, że będę musiał dopisać drugą część, bo jest tego zdecydowanie więcej. Ale to za jakiś czas, bo aktualnie jestem totalnym świeżakiem w tym mieście, który dopiero uczy się co i jak, więc mam wielką prośbę: jeśli macie jakieś wskazówki odnośnie życia w Warszawie, które mogą ułatwić start w tym niełatwym mieście, to dawajcie do komentarzy.

Z najprzydatniejszych zrobimy osobny wpis dla innych świeżaków. Bo podejrzewam, że nie jestem jedynym nowym w tym ponad półtoramilionowym mieście. Jestem pewien, że jest więcej osób, które póki co czują się tu lekko zagubione, dlatego pomyślałem, że zamiast gubić się osobno, możemy się pogubić…

 

RAZEM

---> KLIKNIJ, ŻEBY DOŁĄCZYĆ DO GRUPY <---
—> KLIKNIJ, ŻEBY DOŁĄCZYĆ DO GRUPY <—

Założyłem facebookową grupę RAZEM, dla wszystkich osób, które razem ze mną chcą poznawać Warszawę, odkrywać w niej ciekawe miejsca, włóczyć się po parkach, zwiedzać zabytki i nauczyć się na pamięć wszystkich stacji metra. Ale nie tylko. To też grupa dla osób, które chcą wybrać się w większym gronie do kina, a potem pogadać przy piwie o filmie. Albo przy winie o spektaklu. Albo przy herbacie o wystawie. Albo przy wiśniówce o koncercie, na którym byli RAZEM. To dla wszystkich pozytywnych ludzi, którzy są otwarci na świat i chcą poznać innych pozytywnych ludzi.  W skrócie: to grupa dla czytelników tego bloga.

Chodźcie i integrujcie się w stolicy wszyscy, to jest bowiem grupa Nasza, która dla Nas została wydana.

https://www.facebook.com/groups/1053617021323891/

---> SKOMENTUJ