Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #46: jak zostać korektorem?, profesor Bralczyk i mój własny program śniadaniowy

Skip to entry content

Od ostatniego odcinka „Cotygodniowego Przeglądu Internetu” do dzisiaj, niemal cała moja facebookowa tablica żyła tym wydarzeniem w Gdańsku, o którym już pewnie nie chce Wam się czytać, więc powiem tylko, że mimo iż trudno było wyłuskać jakiekolwiek inne informacje, to podołałem wyzwaniu. 46-te CPI chudsze niż zazwyczaj, ale nie mniej sycące.

7 rzeczy, których nie wiesz o kawie: niedawno był światowy dzień kawy, więc Kasia Gandor zebrała kilka mało popularnych faktów o tej najbardziej akceptowalnej społecznie używce.

Miejska ścieżka: audioprzewodnik po Warszawie podrzucony przez jedną z czytelniczek. Nie zdążyłem go jeszcze wypróbować, ale sama koncepcja i opisy tras brzmią super!

Wolny dzień szturmowca z „Gwiezdnych Wojen”: fotografie przedstawiające co robi, gdy akurat nie walczy z Jedi.

Jak zostać korektorem? Gdyby komuś z Was zamarzyła się praca człowieka poprawiającego przecinki, rzeczowniki, czasowniki i powtórzenia, to moja dobra kumpela – Ula Łupińska – obszernie o tym opowiada. Bo w końcu założyła bloga, na co namawiałem ją od ponad roku, więc odnotowuję to jako osobisty sukces.

Wiesz jak to się pisze? Quiz ze znajomości języka polskiego. Byłem pewien, że jestem asem i na niczym mnie nie zagną, a miałem ledwie 9/12.

Buritto Bukowski – „Zjeść ser”: parodia bijącego wszelkie rekordy popularności Taco Hemingwaya i jego szlagieru „6 zer”. Pastisz mocno średni przede wszystkim ze względu na kwadratowy podkład, ale dla świętego spokoju można sprawdzić.

Profesor Bralczyk o języku internetu: obiecywałem, że nie będę już spamował Blog Forum Gdańsk, ale to wystąpienie jest całkowicie zjadliwe dla normalnych, nieblogujących ludzi i, co najważniejsze, wyjątkowo zabawne. Jeśli więc chcesz się jednocześnie dowiedzieć o mowie ojczystej i pośmiać, to jest to pozycja dla Ciebie.

Klip tygodnia: Disclosure to ci alchemicy, którzy stworzyli niemożliwe do jednorazowego przesłuchania i idealne do miziania się na parkiecie pod pretekstem tańca „Latch”. Numer poniżej to singiel z ich nowej płyty, który niestety nie próbuje nawet dorównać tamtemu hitowi, ale wciąż jest w ich stylu i bardzo przyjemnie się go słucha prowadząc flirt na kanapie.

Damska stylówka tygodnia: tym razem damska stylówka podwójna, bo nie ma męskiej, poza tym zarówno Karolina, jak i Paulina wyglądają jak milion złotych po denominacji, więc szkoda by je było rozłączać. Zwłaszcza, że już ktoś rozdzielił je przy porodzie, bo patrząc na tę fotę jestem pewien, że są siostrami-bliźniaczkami.

Charlize Mystery - Karolina Gliniecka

 

Fanpage tygodnia: ilustracyjny profil satyryczny dokumentujący przemyślenia Januszów i Grażyn, czyli ukazanie jak postrzegają bieżące wydarzenia typowi mieszkańcy Polski C. Poza humorem, warto zwrócić uwagę na charakterystyczną kreskę nadającą pracom odrębną estetykę.

Drodzy Panowie…#dzienchlopca #chlopcy #oferta #polskakobieta

Posted by Jak lampart pazurem on 30 września 2015

 

Ogłoszenie parafialne: w tej chwili Snapchat u 99% użytkowników jest śmietnikiem, do którego wrzuca się mydło i powidło, nagrania chodzących nóg, przejazdy taksówką, rozpikselowane jedzenie i nieudane karaoke, które w zamyśle autora jest faktycznym popisem wokalnym. Długo zastanawiałem się, czy musi tak być i czy nie da się inaczej. I wymyśliłem.

Na samym początku na YouTube też były śmieciowe filmiki o niczym, po czym, po jakimś czasie, ktoś zauważył, że tylko od twórców zależy jak zostanie wykorzystana ta platforma i że można ją traktować jak twór telewizjopodobny. Czyli taki, w którym rację bytu mają konkretne, określone, cykliczne formaty, jak „Matura to bzdura”, „The Uwaga Pies”, czy „SciFun”. Czemu by tego samego nie zrobić na Snapchacie?

Od przyszłego tygodnia rozpoczynam emisję mojego własnego programu śniadaniowego „3 zdania do śniadania”, w którym będę komentował bieżące wydarzenia. Codziennie od poniedziałku do piątku będę nagrywał około minutowy odcinek, w którym poruszę głośny temat z dnia wczorajszego, na wzór przeglądu prasy w typowej telewizyjnej śniadaniówce. Bardzo ciekaw jestem jak to się sprawdzi w praktyce i czy jest szansa, że osoby, które skończyły gimnazjum przekonają się do tego medium.

Stay Fly Snapchat

Widzimy się już w najbliższy poniedziałek o 9:00 na moim snapchatowym kanale: panstayfly !

(niżej jest kolejny tekst)

32
Dodaj komentarz

avatar
17 Comment threads
15 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
18 Comment authors
MinervaEmiljaAmandaToJasink.zodiac Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ula Łupińska
Gość

Pierwsza!!!!! Dzięki za polecenie, zapraszam do siebie :*

Saga Sachnik
Gość

oddaję

Ula Łupińska
Gość

Ej, nie kumam tego „oddaję”, a już zwłaszcza „oddaję z powiadomień” :/

Saga Sachnik
Gość

Jak mnie polajkujesz, to ja Ciebie też!

Ania Piwowarczyk
Gość
Ania Piwowarczyk

12/12 :D A blog Uli jest super i też sobie pomyślałam „no w końcu!”. Do zobaczenia w poniedziałek o 9 :)

Ula Łupińska
Gość

Aww ♥ Ania, będziesz jutro na redakcji?

Saga Sachnik
Gość

Zgapiara.

zudit.pl
Gość

Piąteczka za Panią Korektor! <3

Ula Łupińska
Gość

♥!

Saga Sachnik
Gość

Tata jest jej wiernym czytelnikiem i podsyła mi linki do jej artykułów.

Ula Łupińska
Gość

Najlepszy tata!

Bartek Popiel
Gość

Szybkie przejście do działania po panelu o snapie na BFG ;)

Jan Favre
Gość

Akurat myślałem o tym od jakiegoś miesiąca, dwóch, ale po BFG stwierdziłem, że jak się nie sprężę, to ktoś mnie ubiegnie :)

AnSk
Gość
AnSk

10/12 ! Biorąc pod uwagę że moja nauka polskiego zakończyła się w pierwszej klasie postawówki, jestem dumna z siebie :) I wbijam na rekomendowanego bloga, może się coś ciekawego nauczę

Ula Łupińska
Gość

O poprawności językowej akurat więcej piszę na fanpage’u, więc zapraszam tam :)

Jan Favre
Gość

Ej, miałaś lepszy wynik niż ja, tak nie można :(

AnSk
Gość
AnSk

Nie martw się panie Janku! Nadrabiasz charyzmą ;)

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Czego blogerzy i startupowcy mogą się od siebie nauczyć?

Skip to entry content

Podczas tegorocznego Blog Forum Gdańsk byłem panelistą w dyskusji skupionej na różnicach i podobieństwach łączących blogerów i startupowców, i tym czego wzajemnie możemy się od siebie nauczyć. Rozmowa była merytoryczna i obie strony mogły się nią zainspirować, wyciągając budujące wnioski, jednak 30 minut to bardzo mało czasu jak na tak szeroki temat i 4 wypowiadające się osoby. Dlatego, postanowiłem poruszyć go na blogu omawiając najważniejsze kwestie dotyczące obu środowisk i uzupełniając o dodatkowe przemyślenia, które nie padły w dyskusji.

 

Czego blogerzy mogą się nauczyć od startupowców?

Myślenie od początku o modelu biznesowym. W startupach już we wczesnym stadium rozwoju, a czasem nawet na poziomie idei, myśli się o tym jak będzie się je monetyzować. Czyli już w trakcie tworzenia rewolucyjnej apki nakładającej filtr maskujący pryszcze na zdjęciu, twórcy myślą o tym, w jaki sposób na niej zarobią. U blogerów tego nie ma i wydaje im się, że pieniądze same spadną z nieba, zapominając, że sam to może spaść meteoryt. Szkoda, bo gdyby taka przeciętna blogerka kulinarna już w momencie zakładania bloga zastanowiła się w jaki sposób może na nim za robić, nie musiałaby wklejać spamerskich banerów z adsense’ów, ani modlić się o kampanię ze słodzikami.

A opcji jest całkiem sporo.

Na przykład mogłaby już od pierwszego posta z przepisem pokazywać się na zdjęciach w fartuszkach własnego autorstwa. Powiedzmy ze śliwką. Po pół roku, gdy miałaby już jako takie grono czytelników, nic nie stałoby na przeszkodzie, żeby na blogu otworzyć sklep z akcesoriami kulinarnymi i sprzedawać fartuszki, rękawice kuchenne, czy chochle sygnowane własną marką, która od dawna byłaby utrwalona w świadomości jej odbiorców. Mogłaby też na samym początku założyć, że blog to jej trampolina do bycia najbardziej rozpoznawalnym kucharzem w kraju i prowadzenia własnych warsztatów kulinarnych. Oczywiście za hajs. Albo, że to sposób na zgromadzenie grupy osób, które będą zainteresowane jej książką z niepublikowanymi dotąd, wyjątkowymi przepisami.

Oczywiście powyższe pomysły można zrealizować na każdym etapie, ale gdy jest się ich świadomym na samym starcie ta droga jest o wiele prostsza.

 

Testowanie rozwiązań. W przypadku startupów, niezależnie, czy to nowy portal, czy aplikacja mobilna, zanim wprowadzi się na stałe jakieś rozwiązanie testuje się je. Dla przykładu, każda zmiana wyglądu Facebooka – wielkości treści na osi czasu, ikon z powiadomieniami, formatu zdjęcia w tle – zanim wejdzie globalnie, testowana jest na małej grupie użytkowników. W momencie gdy okaże się, że reagują na nią pozytywnie/potrafią posługiwać się nową funkcja, dane rozwiązanie wprowadzane jest u wszystkich. A jeśli okaże się, że nowy pomysł nie jest tak zajebisty jak się twórcom wydawało, nie wprowadzają go globalnie.

Na blogach testowanie rozwiązań nie istnieje.

Jeśli bloger wybierze sobie szablon przy zakładaniu swojej strony, to zazwyczaj aż do jej śmierci nic się w nim nie zmieni. Ewentualnie, aż najpopularniejszy bloger w jego kategorii nie zmieni wyglądu, przypominając tym samym taka opcja jest dostępna nawet na Blogspocie. A przecież to, jakiej wielkości są ikony wpisów na stronie głównej, w jakiś sposób są ułożone, czy w jednej, czy w dwóch, czy w trzech kolumnach, ma bardzo duży wpływ na liczbę odsłon. Podobnie jak umiejscowienie przycisku z Facebooka na stronie wpisu. I fakt, czy jest to „lubię to”, czy „udostępnij”, bo działają inaczej. Położenie i sposób prezentacji ramki z powiązanymi tekstami też ma wpływ na to, czy ktoś w nie klika, czy nie.

Niestety blogerzy kompletnie tego nie sprawdzają, ignorując, że coś mogłoby działać lepiej u nich na stronie.

 

Czego startupowcy mogą nauczyć się od blogerów?

Nadawanie ludzkiej twarzy produktowi. Blog nie istnieje bez jego autora i myśląc o tych najpopularniejszych, już po usłyszeniu nazwy, widzimy w głowie twarz osoby, która go tworzy. Przez to, że wiecie jak wyglądam, jaką mam mimikę, jaką mowę ciała, mamy dużo bliższy kontakt, niż w czasach, gdy byłem zabandażowanym autorem widmo, a blog cieszy się bez porównania większą popularnością. Upublicznienie swojego wizerunku pozwala nawiązać z odbiorcami więź emocjonalną i zaangażować ich w to co robisz. Dać im poczucie, że obcują z człowiekiem.

Dlaczego Brand24 jest liderem narzędzi do monitorowania internetu? Bo myśląc o tej firmie momentalnie masz przed oczami Michała Sadowskiego. Marka jest tak mocno powiązana z człowiekiem, że odbierasz ją przez jego pryzmat. Czemu nigdy nie ma takiego szumu w okół konkurencji? Czemu ludzie nie podniecają się SentiOne, mimo, że pod kątem skuteczności wcale nie jest gorsze? Bo to jedna z tysiąca bezosobowych usług, której nazwa wpada jednym uchem i wypada drugim, nie zostawiając nic w głowie przy przelocie, a myśląc o Brand24, mimo, że to działalność wirtualna, namacalnie czujesz, że tworzą ją ludzie. Ludzie z krwi i kości, a nie korpo-roboty o facjatach fantomów.

Startup potrzebuje lidera, który będzie jego oficjalnym reprezentantem, rzecznikiem, piarowcem, ale przede wszystkim ludzką twarzą. W Stanach wiedzą to już od dawna, bo myśląc Microsoft, myślisz Bill Gates, myśląc Apple, myślisz Steve Jobs, myśląc Facebook, myślisz Mark Zuckerberg. U nas się tego dopiero uczą.

 

Robienie dedykowanych akcji reklamowych. Blogi bardzo szybko wyrosły z banerków i reklamy displayowej. Nie trzeba było długo czekać, żeby okazało się, że jest coś efektywniejszego i przede wszystkim ciekawszego dla odbiorcy, niż walenie po oczach gifem z logiem i napisem „Nowy smak! Spróbuj!”. Obecnie promocja produktu w blogosferze, to lokowanie go w codziennej narracji blogera – wplatanie historii o nim w pojawiającej się na blogu treści. Mówiąc mniej enigmatycznie, to relacje z wyjazdów, na których produkt był obecny, testy ukazujące jak produkt sprawdza się w realnym życiu, czy opowiadanie o wartościach i ideach powiązanych z nim.

W startupach zdarza się to sporadycznie.

Jeśli są aplikacje, czy portale zarabiające nie na użytkownikach, a na reklamodawcach, to produkt sponsora rzadko kiedy zaimplementowany jest do ich ekosystemu. Marki najczęściej pojawiają się na osobnej powierzchni reklamowej w postaci standardowego displayu, na który użytkownicy jeśli nawet nie są od dawna ślepi, to po prostu nie wchodzą z nim w kontakt, bo traktują jako „zwykłą” reklamę. Czyli format, który znają z telewizji jako idealny moment na zrobienie sobie herbaty, czy pójście do toalety. W skrócie: olanie. A przecież wcale nie musi tak być.

Weźmy choćby na warsztat największego giganta społecznościowego, który zdeklasował konkurencję na samym wejściu – Facebooka. Nie wiem czemu, ale portal Marka cały czas kurczowo trzyma się reklam w prawej szpalcie, tak jakby ktokolwiek zwracał na nie uwagę, za to kompletnie nie wykorzystuje możliwości CAPTCHA – systemu zabezpieczeń – którą wprowadził przy wysyłaniu linków. W momencie kiedy chcemy znajomemu wysłać lub wkleić na tablicę odnośnik do mało popularnej domeny, wyskakuje okienko z 9 obrazkami, na którym mamy zaznaczyć wszystkie zdjęcia z elementem podanym w komunikacie. Na przykład „Jeśli chcesz przesłać link, zaznacz wszystkie zdjęcia na których jest wodospad, aby udowodnić, że nie jesteś robotem”.

Jak można by to wykorzystać reklamowo?

Aż prosi się, żeby ulokować tam markę. Czemu by nie zrobić CAPTCHA, w którą wpleciony jest produkt – na przykład „zaznacz wszystkie zdjęcia, na których jest Samsung Galaxy S5”? W takiej sytuacji użytkownik nie dość, że musiałbym przeczytać nazwę telefonu i odnotować ją w umyślę, to jeszcze szukając go na zdjęciach utrwaliłby sobie jak on wygląda. I to w formie mini-zabawy. To naprawdę efektywniejsze niż ramka z napisem „Nowy Samsung, kliknij!” na marginesie strony internetowej.

Skupiając się bardziej na lokalnym środowisku, na pewno kojarzycie genialną aplikację JakDojade.pl. W wersji na urządzenia stacjonarne w widoku wyszukiwania połączenia ma na prawym pionowym pasku kwadrat z reklamą i na poziomym górnym pasku prostokąt z reklamą, a w wersji mobilnej co jakiś czas wyskakuje pop-up reklamowy na całe okno. Pójście po linii najmniejszego oporu w kwestii implementacji reklamy i trzymanie się podejścia z zeszłej dekady.

Przecież w sytuacji kiedy cała uwaga użytkownika skupiona jest na trasie przejazdu, produkt powinien pojawić się właśnie tam! Wyobraźmy sobie teraz, że JakDojade.pl podpisało kontrakt reklamowy ze Snickersem, co stoi na przeszkodzie, żeby batoniki pojawiły się na mapie miasta? Na przykład jako punkty symbolizujące kolejne przystanki na drodze autobusu, zamiast standardowych kropek? A w wersji mobilnej przy włączeniu nawigacji dodatkowo by znikały, jak pożarte przez Pacmana?

To chyba ciekawsze niż standardowa ramka sygnalizująca „Uwaga, reklama! Natychmiast odwróć wzrok w drugą stronę!”, co?

Najbardziej wczuci czytelnicy mogli coś podejrzewać po fotach wrzucanych na fanpage i statusach na profilu prywatnym, ale teraz piszę to oficjalnie: od początku września mieszkam w Warszawie. Nie pisałem o tym od razu, bo potrzebowałem trochę czasu na ogarnięcie kwestii technicznych i musiałem się choć trochę zaklimatyzować. Przeprowadzka między odległymi o 300 kilometrów miastami, to jednak co innego niż przewiezienie swoich rzeczy do drugiej dzielnicy, zwłaszcza gdy okazuje się, że jest ich duuużo więcej niż przypuszczałeś i akcję musisz rozbić na 2 części.

Część osób pewnie jest teraz zaskoczona, bo zawsze podkreślałem swoje przywiązanie i miłość do Krakowa, dlatego słówko wyjaśnienia…

 

Dlaczego? Po co? Czemu?

Kocham Kraków i od 4-tej klasy podstawówki marzyłem o tym, żeby w nim mieszkać. Jest urokliwym, pełnym duszy i czaru, wspaniałym miejscem do mieszkania, imprezowania, a zwłaszcza studiowania. Ale dość średnim do pracy i rozwoju, zwłaszcza jeśli działasz na styku internetu i marketingu i doszedłeś już do jakiegoś poziomu. Niestety, ale od jakiegoś czasu czułem, że to co było do zrobienia w tym mieście już zrobiłem nic więcej już się nie stanie. Miałem wrażenie, że najważniejsze wydarzenia mnie omijają, a ja jestem tylko ich biernym obserwatorem, a nienawidzę tego.

Możliwe, że to moje nastawienie subiektywne, ale czułem, że żeby pójść dalej z blogowaniem, muszę pójść dalej z miejscem zamieszkania. I przenieść się do Warszawy, do miasta, gdzie to wszystko tętni.

„Z kim przestajesz, takim się stajesz” nie jest tylko truizmem rzucanym przez babcie, ale ma odzwierciedlenie w rzeczywistości. To jakimi ludźmi się otaczasz ma na Ciebie bardzo duży wpływ i odbija się na Twoim zachowaniu oraz sposobie myślenia. I jeśli możesz na co dzień spotykać się z osobami, które zajmują się tym samym co Ty i są tym zajarane, to uwierz, że ta energia, wymiana wiedzy i doświadczeń będzie Cię budować i dawać Ci kopa do działania. Ja wiem, że świat nie ma granic, bo jest internet, ale napisanie do kogoś na Fejsie, a spotkanie się twarzą w twarz, to taka różnica, jak oglądanie Paryża na Google Street View, a patrzenie na jego budynki stojąc osobiście na głównych ulicach.

Innym słowy, przyjechałem do stolicy, żeby poczuć pierdolnięcie i wejść z blogowaniem na jeszcze wyższy poziom. Jednak póki co…

 

Jestem totalnym świeżakiem

Byłem wcześniej stolicy przy okazji jakichś konferencji, czy współprac reklamowych, ale to było bywanie. A nie życie. A w Warszawie żyje się zupełnie inaczej niż w Krakowie. Pomijając kwestię cen, to jest kompletnie inne tempo i organizacja miasta. Inaczej też wygląda sposób spędzania czasu i infrastruktura imprezowo-rozrywkowa. Kiedyś pisałem o różnicach między obecną, a byłą stolicą, ale czuję, że będę musiał dopisać drugą część, bo jest tego zdecydowanie więcej. Ale to za jakiś czas, bo aktualnie jestem totalnym świeżakiem w tym mieście, który dopiero uczy się co i jak, więc mam wielką prośbę: jeśli macie jakieś wskazówki odnośnie życia w Warszawie, które mogą ułatwić start w tym niełatwym mieście, to dawajcie do komentarzy.

Z najprzydatniejszych zrobimy osobny wpis dla innych świeżaków. Bo podejrzewam, że nie jestem jedynym nowym w tym ponad półtoramilionowym mieście. Jestem pewien, że jest więcej osób, które póki co czują się tu lekko zagubione, dlatego pomyślałem, że zamiast gubić się osobno, możemy się pogubić…

 

RAZEM

---> KLIKNIJ, ŻEBY DOŁĄCZYĆ DO GRUPY <---
—> KLIKNIJ, ŻEBY DOŁĄCZYĆ DO GRUPY <—

Założyłem facebookową grupę RAZEM, dla wszystkich osób, które razem ze mną chcą poznawać Warszawę, odkrywać w niej ciekawe miejsca, włóczyć się po parkach, zwiedzać zabytki i nauczyć się na pamięć wszystkich stacji metra. Ale nie tylko. To też grupa dla osób, które chcą wybrać się w większym gronie do kina, a potem pogadać przy piwie o filmie. Albo przy winie o spektaklu. Albo przy herbacie o wystawie. Albo przy wiśniówce o koncercie, na którym byli RAZEM. To dla wszystkich pozytywnych ludzi, którzy są otwarci na świat i chcą poznać innych pozytywnych ludzi.  W skrócie: to grupa dla czytelników tego bloga.

Chodźcie i integrujcie się w stolicy wszyscy, to jest bowiem grupa Nasza, która dla Nas została wydana.

https://www.facebook.com/groups/1053617021323891/