Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #49: Ewa Kopacz, Beata Szydło i debaty przedwyborcze

Skip to entry content

(autorem przepięknej ilustracji w nagłówku jest Ola z „Jak lampart pazurem”

Co się działo w tym tygodniu chyba wszyscy doskonale wiedzą, bo od tego tematu nie dało się uciec ani w telewizji, a tym bardziej w internecie. Ostatnie 7 dni zdominowała Ewa Kopacz, Beata Szydło i jedyny nie-robot w tym zestawieniu – Adrian Zandberg. Trudno na gorąco oceniać na ile to manipulacja mediów lewicowych, a na ile faktyczne zainteresowanie, ale gość z Partii Razem, przyćmił nawet Janusza Korwina-Mikkego i Pawła Kukiza. Poza kwestiami związanymi z wyborami, jedyną równie głośną informacją było lądowanie Mary’ego McFlya z „Powrotu do przyszłości”.

Dehydratyzowana pizza: czyli szama, która pojawia się w drugiej części filmu o wehikule czasu i szalonym doktorku. Co to znaczy „dehydratyzowana” i jak zrobić taką pizzkę? Tego dowiecie się z przepisu.

Które futurystyczne gadżety dostępne są w 2015 roku? Zawsze marzyliście o deskolotce, samosznurujących się Nike’ach i wideorozmowach oglądając drugą część „Powrotu do przyszłości”? Sprawdźcie, czy rzeczywistość dogoniła wyobraźnię reżysera i które z filmowych pomysłów zostały zrealizowane.

Bezradnik rodzicielski: zbiór obserwacji związanych z wychowywaniem dziecka. Gorzki humor nie tylko dla rodziców. W zasadzie bardziej dla tych bezdzietnych, żeby ich ostrzec.

Czym naprawdę jest „Kubuś Waterrr”? Marketingowo komunikowany jest jako woda, ale po przeczytaniu etykiety okazuje się, że to zwykły napój z 5 łyżkami cukru na pół litra. To tak, gdybyście się zastanawiali, czy warto kupować go dziecku zamiast zwykłej wody.

Jak skutecznie nie wygrać w konkursie na Facebooku: moja koleżanka, która jest social mediową nindżoką i prowadzi funpagi, prezentuje 10 sprawdzonych porad, które dadzą Ci 100% gwarancję, że jury zignoruje Twój udział.

Nadużycia retoryczne w debacie Kopacz – Szydło: to, że obie panie nie będą odpowiadać na pytania, tylko recytować wyklepane formułki było dość jasne przed spotkaniem, ale w tej analizie wystąpienia jest bardzo dużo merytorycznych kwestii, o których przeciętny widz mógł nie wiedzieć. Ja nie wiedziałem.

Bitwa garsonek – analiza ubioru Ewy Kopacz i Beaty Szydło: brzmi zabawnie, ale jest całkiem poważnie, bo wizerunek to bardzo ważny element pracy polityka, a jak się okazuje panie starające się o stołek premiera nie zawsze potrafią się ubrać z klasą adekwatną do tego stanowiska.

Latarnik wyborczy: czyli rzeczowe omówienie programu każdej z partii, wraz z rekomendacją, kto powinien na nią głosować. Lepszej ściągawki nie znajdziesz.

Już w niedzielę wybory parlamentarne. Sytuacja w tym roku jest wyjątkowo skomplikowana, dlatego nie mogło zabraknąć…

Posted by Make life harder on 22 październik 2015

 

Kopacz masakruje Szydło: najlepsza relacja z ich debaty jaką widziałem, jest dość długa, ale warto ją obejrzeć, bo wyjaśnia wszystko. Jeśli chcesz dowiedzieć się co naprawdę obie panie mają do powiedzenia, musisz to obejrzeć.

Układanie kostki rubika kilka kilometrów nad ziemią: tak bardzo jak nie wiem po co coś takiego robić, tak mocno robi to na mnie wrażenie.

This skydiver solves a rubix cube while free falling!

Posted by RantPlaces on 9 września 2015

 

Przybij piątkę Fuertaventurze! Bardzo, bardzo chętnie przybiję, ale dopiero w przyszłym roku, bo wiem, że teraz tam już wieje i pada.

Klip tygodnia: jeszcze chwilą i uwierzę, że Małpa po 7 lata odcinania kuponów od „Kilka numerów o czymś” w końcu nagra coś nowego. Póki co, do zapowiedzi nowego albumu podchodzę z dystansem, ale singlem się jaram. Ma i nieoklepany, dobrze podany tekst, i, jak zwykle, kozacki bit Donatana, i zupełnie nierapowy klip, co działa tylko z korzyścią dla całości.

Fanpage tygodnia: tu miał być akapit polegający profil „Najlepsze teksty z polskich filmów”, ale niestety jakiś czas temu ten fanpage zamienił się w zwykłą farmę fanów, spamującą linkami do jakiegoś 1234 klonu Kwejka. Nie polecam tego allegrowicza.

Ogłoszenie parafialne: niezależnie za którą opcją polityczną jesteś, czy za KorWinem, czy za Razem, czy nawet za LPRem, idź na wybory! Głosuj na kogo Ci się podoba i pamiętaj, że Ci którzy nie wrzucą do urny kartki z krzyżykiem, nie mają prawa narzekać.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

Ludzie, którym sukces odbił się czkawką

Skip to entry content

W masowym odbiorze sukces często utożsamiany jest z popularnością lub pieniędzmi. Zakłada się, że jeśli ktoś regularnie gości na okładce Gali z torebką za równowartość średniej krajowej, to jego życie jest usłane endorfinami i poczuciem własnej wartości. Osoby przegrywające nierówną walkę z rzeczywistością, bądź po prostu borykające się z niemożnością rozmnożenia stuzłotówek, trąc jedną o drugą, mają przypadłość wierzyć, że jeśli tylko ktoś ustawiłby na nie światła jupiterów, to pieniądze zleciałyby się jak ćmy. A zaraz za nimi szczęście.

Czy jest tak faktycznie? Czy posiadanie trochę znańszej gęby gwarantuje stabilizację finansową,  emocjonalną, spełnienie i samozadowolenie? I czy sława pomaga ułożyć sobie życie?

Nie. Nie będę budował napięcia przez pięć kolejnych akapitów, żeby zaskoczyć nieoczekiwanym zwrotem narracyjnym. Po prostu tak się nie dzieje, a jeśli istnieje jakaś zależność między wzrostem rozpoznawalności, a spokojem ogólno-życiowym, to raczej działa w drugą stronę. Im więcej zaczyna się dziać wokół Ciebie, tym więcej dzieje się w Tobie i jeśli masz jakieś niepozałatwiane sprawy, jakieś tlące się wewnętrzne problemy, to gdy jesteś na świeczniku, zaczynają wybuchać żywym ogniem.

A owy sukces zaczyna odbijać się czkawką. Albo Cię spopielać.

Mike Tyson – Człowiek Demolka

Odkąd zacząłem czytać biografię Mike’a Tysona, która jest tak wielka, że służy mi też za barykadę do drzwi, przestałem używać sformułowania „nic mnie już nie zdziwi”. Bo ten człowiek jest jednym, gigantycznym, napakowanym kompleksami i testosteronem zdziwieniem. Jako 7-latek był świadkiem prostytuowania się matki, która wykonywała usługi leżąc obok niego na łóżku. W tym wieku został też zgwałcony. Nie miał czego jeść, gdzie spać i od kogo nauczyć się choćby mycia się. Jako 13-latek nokautował kolesi starszych od siebie o dekadę i gdy już leżeli nieprzytomni na ziemi, ściągał im złote łańcuszki i zabierał portfele. Za co zresztą szybko trafił do poprawczaka.

I w wieku 20 lat został najmłodszym na świecie mistrzem wagi ciężkiej, przyleciał Dzwoneczek z „Piotrusia Pana”, posypał czarodziejskim pyłem i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Nie.

Rodzice mieli go w dupie, więc od nich nie nauczył się funkcjonowania w społeczeństwie, ani w ogóle podstaw relacji międzyludzkich. Jego psychopatyczny trener też nie przekazał mu za wiele, poza tym, że najważniejsza jest wygrana i jeśli nie dajesz z siebie 400% możliwości to jesteś gównem. Więc gdy na jego konto zaczęły spływać dziesiątki milionów dolarów, a media zrobiły z niego celebrytę, braki z dzieciństwa i system wartości poszatkowany jak tatar, musiały dać o sobie znać.

I dały.

Pieniądze traktował jak oset za kołnierzem – robił wszystko, żeby się ich pozbyć. Rozwalał hajs na drogie zabawki, ciuchy i imprezy, odbijając sobie wychowywaanie się w skrajnej biedzie, aż doszedł na skraj bankructwa i musiał ogłosić upadłość. Po drodze jeszcze tracąc zwycięskie złote pasy, odgryzając ucho przeciwnikowi na ringu i odsiadując w więzieniu wyrok za gwałt. Był jak półświadome dziecko z bronią masowego rażenia w dłoniach, i to bardziej dosłownie niż w przenośni.

Chodzące zniszczenie, które potęgowało się przez sukces sportowy i uwagę mediów.

Macaulay Culkin – biedny bogacz

Jak byłem dzieciakiem to myślałem sobie, że bycie aktorem to musi być spełnienie marzeń i jak trafiasz do nieba, to za sumienne odmawianie zdrowasiek robią z Ciebie hitowego filmowca. A potem nauczyłem się czytać i składać literki w wyrazy, a wyrazy w zdania i przeczytałem artykuł o Macaulayu Culkinie. Dziecięcej turbo-gwieździe, która w dorosłym życiu bardziej przypomina wieloletniego pacjenta MONARu niż popularnego aktora. Co jakoś bardzo nie mija się z prawdą.

Macky w wieku 10 lat zaczął zgarniać takie siano, że nasz kraj mógłby się u niego zapożyczyć. To znaczy, przepraszam, nie on, tylko jego rodzice. Którzy przez lata utrzymywali wielodzietną rodzinę ledwo wiążąc koniec z końcem. Bardzo Cię zaskoczę jak powiem, że skończyło się to walką matki z ojcem o kasę? To znaczy, nie o kasę, oficjalnie o prawo do opieki nad synem. Ładny eufemizm, co?

Przeobrażanie się z dzieciaczka w nastolatka przy asyście kamer, wpłynęło na niego jak Titanic na lodowiec i słodki Kevin z Richi Richa stał się dublerem Jareda Leto w końcowych scenach „Requiem dla snu”.

Kurt Cobain – autodestruktor bez autopilota

Podobno teraz prawdziwych punków już nie ma, ale jak byłem w gimnazjum to wielu moich znajomych chciało nimi być. Więc każdy z nich miał glany, kostkę i udawał, że wie jak zagrać „Come as you are”. Ich nietykalnym guru był Kurt Cobain i jeśli nie miałeś naszywki Nirvany w widocznym miejscu, to tak jakbyś nie miał ust – nie odzywałeś się.

Historia Cobaina to był klasyczny rock’n’roll – dzieciak z problematycznej rodziny, wkurwiony na dorosłych, rząd, system i prawa fizyki, przelewa złość, ból i poczucie bezsensu na muzykę. I nagrywa ultra przebojową płytę, która staje się hymnem pokolenia, a on sam jego symbolem. Gra trasy za cysterny dolarów, stacje muzyczne windują go na szczyty playlist i wpada w sidła komercji, stając się trybem machiny, którą tak bardzo gardził.

Wewnętrzne rozdarcie próbuje zszyć igłą i heroiną. Nie wychodzi. Z pomocą krawiecką przychodzi mu Courtney Love. Kurt kilka razy przedawkowuje narkotyki, ale uwolnić się od świateł reflektorów i mroków depresji pozwala mu dopiero strzał w głowę.

 

Marylin Monroe – samobójcze 90-60-90

Świat zapamiętał ją jako symbol seksu i ikonę popkultury, bo patrzył przez pryzmat tego, co było na pierwszym planie. W tle, w okolicach scenografii, było coś innego niż złocisty blond, perlisty uśmiech i wypięta pierś. Najpierw sierociniec, potem szpital psychiatryczny, a na końcu samotne odebranie sobie życia przez przedawkowanie barbituratów. A po drodze ciągłe szukanie szczęścia pod złym adresem, trzy rozwody i bezdzietność.

Ktoś by zapytał: jak to możliwe, przecież to była hollywoodzka gwiazda? Ja bym odpowiedział: właśnie dlatego.

***

Uważaj czego sobie życzysz, bo możesz to dostać, a potem nie będziesz wiedział jak sobie z tym poradzić.

więcej na ten temat znajdziesz w mojej powieści „Lunatycy”

---> SKOMENTUJ

Z pamiętnika słoika: pierwszy miesiąc w Warszawie

Skip to entry content

Taki prosty chłopak jak ja, w takim wielkim mieście jak WWA czuje się jak Komorowski u Japończyków. W sensie, nie że wchodzę z butami na fotele w knajpach, ale mam lekkie wrażenie, jakbym był w innym świecie, który rządzony jest innymi zasadami i wymaga oswojenia, żeby móc w nim funkcjonować. Więc sukcesywnie oswajam tego kolosa, uczę się na pamięć jego składowych i próbuję nie robić wioski, odstając jak Palikot na zaprzysiężeniu Dudy na prezydenta. A dostosowywać jest się do czego, bo to miasto jest inne. Inne, niż każde inne.

Co mnie zaskoczyło w Warszawie w pierwszym miesiącu mieszkania?

To miasto jest wielkie! Naprawdę! I pod kątem powierzchni, i wielkości budynków, i liczby knajp, nie mówiąc już o gęstości zaludnienia. Główne ulice są szerokie i długie, i w zasadzie przez cały dzień szczelnie pokryte dziką liczbą samochodów, autobusów, tramwajów, skuterów i motocykli, biurowce monstrualnie pną się w górę i błyszczą w słońcu jak lodowe sople, a restauracje, kawiarnie i bary wyrastają obok siebie jakby powstawały przez pączkowanie. Starym nawykiem, próbowałem się z kimś umówić „w centrum”, przy czym, już przy drugiej próbie zorientowałem się, że tutaj „centrum” jest jak pół Krakowa. Wielkie.

Jest dużo drożej niż w innych miastach. Przykładowo, za dowóz zakupów z Tesco w KRK płaciłem średnio 7zł, w WWA 10zł. Browar w butelce w jedynej knajpie nad Wisłą w Krakowie, czyli w Forum Przestrzenie, kosztuje 9zł, w Warszawie 12zł, mimo, że jest ich kilka i teoretycznie to wymusza konkurowanie między sobą. Przeciętny burger w dobrej burgerowni w Grodzie Króla Kraka to wydatek około 20 zeta, w stolicy prawie 30. No, czuć różnicę.

Tempo! Wciąż, idąc po chodniku mam wrażenie, że przypadkowo trafiłem w sam środek zawodów chodziarskich, tylko nikt mnie o tym nie poinformował. W Krakowie ludzie się przechadzają, tutaj niemal biegną. Widząc, że ciągle ktoś Cię mija, sam mimowolnie przyspieszasz i zaczynasz żyć szybciej. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Z początku postrzegałem to jako wadę, jednak po miesiącu, zaliczam to do pozytywnych aspektów bycia w tym mieście, bo daje to kopa i sprawia, że najzwyczajniej w świecie przestajesz się opierdalać i tracić czas na pierdoły.

Korki… są równie kolosalne co miasto. Jak coś stanie, to stoi i paraliżuje komunikację, przez co przebicie się na drugą stronę Wisły bywa równie czasochłonne, co wytłumaczenie studentce pierwszego roku polonistyki, że matematyka przydaje się w życiu.

Ciągle coś się dzieje i czujesz, że jesteś w centrum tych wydarzeń. To coś, co zauważyłem bardzo szybko i postrzegam jako największy atut życia w stolicy. Koncerty, manifestacje, maratony, targi śniadaniowe, konferencje, wystawy, plany filmowe, spotkania branżowe, to wszystko dzieje się TUTAJ! I mieszkając w Warszawie jesteś albo tego bezpośrednim uczestnikiem, albo naocznym świadkiem, a nie biernym widzem, do którego docierają zmanipulowane przekazy informacyjne po kilku dniach. I to jest naprawdę zajebiste, bo wiesz, że skoro jesteś tak blisko tego, to możesz mieć na to wpływ!

Sieć rowerów miejskich działa. I to naprawdę, a nie tylko w wyobraźni twórców i władz miasta, jak to jest z KMK Bike w Krakowie. Stacji Veturilo jest naprawdę sporo i samych rowerów również, tak że swobodnie można poruszać się po większości miasta, a nie tylko śródmieściu. I konto można założyć od ręki, bez czekania 3 dni na zaksięgowanie przelewu, co jest wielkim plusem i sprawia, że możesz tu wpaść na weekend i nie wydać ani złotówki na transport miedzy dzielnicami.

Barmani mają poprzewracane w dupach. I robią Ci łaskę, że w ogóle Cię obsługują. Nie wiem skąd się to wzięło, ale nigdzie indziej nie widziałem tylu osób, które żyją w przekonaniu, że powinieneś ich całować po rękach i padać na kolana, za to, że łaskawie na Ciebie spojrzą i naleją browara.

Ludzie się lansują. I nie jest to drogą do osiągnięcia czegoś, a celem samym w sobie. Lansują się korpo-ludki wymieniając tak awangardowe, że aż debilne nazwy knajp, w których byli. Lansują się hipsterzy na jedzenie dań składających się z trawy z glonami, które oficjalnie są i modnymi i niszowymi potrawami. Jednocześnie. Lansują się dzieci w gimnazjum na noszenie na sobie dwukrotności średniej krajowej netto. I ten lans widać od momentu postawienia stopy na centralnym, po moczenie kostek w Wiśle.

Ludzie są aktywni. Mają czas, żeby wyjść z domu w tygodniu, nie płaczą, że jutro środa i trzeba wstać na 9:00 do robo i przede wszystkim chce im się. Uprawiają sporty, chodzą na wydarzenia kulturalne i biorą udział w inicjatywach społecznych. I to jest super, bo czujesz, że Twoje otoczenie żyje, a nie wegetuje pod przykrywką bycia dorosłym.

Ludzie wiedzą po co tu przyjeżdżają. Największe pozytywne oczarowanie. Nie poznałem jeszcze nikogo w Warszawie, kto nie potrafiłby odpowiedzieć na pytanie „po cholerę tu przyjechałeś i płacisz za 16-metrowy pokój tyle, co za dwupokojowe mieszkanie w Czeladzi?”. Ludzie mają plany, ludzie wiedzą co chcą zrobić, ludzie są samoświadomi. Nie dryfują na tratwach „nie wiem”, „kiedyś”, czy „czekam ze swoim życiem na pierdolony znak z nieba w postaci tęczy, piorunów i trójkopytnego jednorożca”.

Taki był pierwszy miesiąc w Warszawie – gubienie się przy wychodzeniu z metra, zastrzyk domięśniowy z motywacji, płacenie 18 zeta za lane piwo i poznanie słoików z celami. Czy mogło być lepiej?

---> SKOMENTUJ

Często się zdarza, że słysząc setki razy jakiś zwrot bądź pojedyncze słowo, mimo, że nie wiemy co ono tak naprawdę znaczy, mimowolnie zaczynamy go używać. Tak jak z ohydną, turbo-komerycjno-kiczowatą piosenką, którą jesteśmy katowani w hipermarketach. Mimo, że jej nienawidzimy i już przy pierwszych dźwiękach czujemy, że znów spotkamy się z wczorajszą kolacją, po tysięcznym przesłuchaniu, niezależnie od własnej, woli zaczynamy ją nucić.

W przypadku posługiwania się nie do końca zrozumiałym słownictwem, możemy powiedzieć coś czego zupełnie nie mieliśmy na myśli i być źle odbieranym przez otoczenie, natomiast w przypadku bezdźwięcznego śpiewania w głowie „Ona tańczy dla mnie” możemy dostać nerwicy natręctw i zniszczyć sobie gust. Nie wiem co jest gorsze, ale dziś zajmiemy się tą pierwszą kwestią. Czyli tłumaczeniem znaczenia słów, których ludzie często używają, mimo, że nie rozumieją.

Oportunista – Onar w kawałku „Nie szukam zrozumienia” rapował

Ja pierdolę szczerze trendy, jestem oportunistą

będąc przekonanym, że oportunista to osoba niezależna, która idzie pod prąd, na przekór aktualnym tendencjom. Myśląc, jak podejrzewam, że „oportunista” pochodzi od słowa „opór”. Niestety, nikt z jego znajomych, nikt z osób pracujących przy powstawaniu płyty, ani nikt z osób biorących udział w nagrywaniu teledysku do tego numeru, nie był na tyle życzliwy, by wyjaśnić mu, że oportunista, to

człowiek bez zasad, przystosowujący się do okoliczności dla doraźnych osobistych korzyści

Czyli ktoś troszkę inny niż mu się wydawało.

Paszkwil – często, gdy ktoś pseudo-poetycko i prawie-elegancko chce powiedzieć, że jakaś dziewczyna jest brzydsza niż dzwonnik z Notre Dame, używa tego określenia. Jednak w rzeczywistości paszkwil to nie maszkara, paskuda czy straszydło, a

utwór literacki, często anonimowy, skierowany przeciw konkretnej osobie, ośmieszający ją w sposób oszczerczy i obelżywy

tak że używając tego słowa jako obelgi ośmieszasz tylko sam siebie.

Frankenstein – to z kolei określenie często stosowane w przypadku, delikatnie rzecz ujmując, mało atrakcyjnych mężczyzn, którym daleko do Rafała Maślaka, czy Ryana Goslinga. Osoby stosujące je mają oczywiście na myśli, że pan określany tym mianem wygląda jak potwór pozszywany z resztek innych ludzi, aspirujący do bycia zombie, jednak są w błędzie. Kto oglądał film o szalonym naukowcu, który chciał ożywić zwłoki, ten powinien pamiętać, że to właśnie on nazywał się Frankenstein, a nie poskładane przez niego monstrum. Pomyłka może wynikać z tego, że potworek tuż po powołaniu do życia zaczął dukać „Frankenstein, Frankenstein”, jednak nie obwieszczał on lokalnej społeczności swego imienia, a deklamował nazwisko swego twórcy. Coś jak „tata, tata” po narodzinach. Zakładając oczywiście, że dzieci zaraz po porodzie potrafią mówić.

Maraton – to bieg, wiadomo. Ale nie dla wszystkich jest wiadome, że to nie byle jaki bieg, a dość sprecyzowany.

Nazwa pochodzi od miejscowości Maraton w Grecji. Według Herodota po zwycięskiej dla Greków bitwie z Persami pod Maratonem w 490 p.n.e., armia perska zaokrętowała i wypłynęła w kierunku bezbronnych Aten. Widząc to, Grecy udali się co sił w nogach do miasta, przybywając praktycznie równocześnie z okrętami perskimi.

Dystans między Maratonem a Atenami wynosił 37 kilometrów, jednak podczas pierwszych igrzysk bieg maratoński zaokrąglono do 40 km, a następnie podczas igrzysk w Londynie dystans ten zwiększono jeszcze o 2195 metrów i tak zostało do dziś. Dlatego powiedzenie, że „przebiegłem 15-kilometrowy maraton” jest równie niepoprawne, co rzucenie „weź większą połowę” podczas dzielenia pizzy.

Incepcja – słowo to nie ma oficjalnej definicji w naszym języku, a zaczęto go używać w Polsce po sukcesie mistrzowskiego filmu Christophera Nolana z Leonardem DiCaprio o tym samym tytule. Niestety weszło do mowy potocznej w błędnym znaczeniu. Najczęściej „incepcja” pada w sytuacjach, gdy ktoś chce opisać rekurencję i sytuację zagnieżdżania zjawiska w samym sobie. Czyli bardziej obrazowo, gdy ktoś w paczce czipsów znajduje drugą paczkę czipsów, krzyczy „incepcja!”. Albo gdy bawi się matrioszką. W rzeczywistości, incepcja to nie jest lalka w lalce, czy sen w śnie, ale podłożenie komuś pomysłu z zewnątrz, tak by uznał go za swoją autorską ideę. Czyli to, co stanowiło główną misję Cobba i jego ekipy.

Bynajmniej – temu, że TO NIE PRZYNAJMNIEJ był poświęcony cały osobny wpis, ale dla niektórych to wciąż za mało.

Gender – aktualnie chyba najbardziej zdemonizowane słowo w naszej kulturze i nawet wazektomia w połączeniu z weganizmem nie budzą tylu negatywnych skojarzeń. Wiele osób krzywi się, marszczy brwi i zaczyna rwać przęsła z ogrodzenia słysząc to słowo, nie mając tak naprawdę pojęcia co ono oznacza. Wbrew obiegowej opinii, „gender” to wcale nie jest synonim pedofilii, homoseksualizmu, ani transwestytyzmu. Gender to nie żadna dewiacja seksualna, a

suma cech osobowości, zachowań, stereotypów i ról płciowych, rozumianych w danym społeczeństwie jako kobiece lub męskie, przyjmowanych przez kobiety i mężczyzn w ramach danej kultury w drodze socjalizacji

Innymi słowy, to płeć kulturowo-społeczna.

Olimpiada – to nie to samo co igrzyska olimpijskie. Określenie „olimpiada” to tak naprawdę

okres 4 lat w kalendarzu starogreckim, stosowany w starożytności na oznaczenie okresów pomiędzy igrzyskami, oraz współcześnie przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski jako rachuba stosowana do obliczenia kolejnych letnich igrzysk olimpijskich

Mam nadzieję, że już nigdy nie usłyszę w telewizji, że „za chwilę zacznie się transmisja z olimpiady”, bo naprawdę nie ma nic pociągającego w gapieniu się w telewizor przez 4 lata, w oczekiwaniu na start imprezy sportowej.

Jeśli macie jakieś słowa, które mogą uzupełnić tę listę, to śmiało, dawajcie do komentarzy.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Kristina Alexanderson

---> SKOMENTUJ