Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #49: Ewa Kopacz, Beata Szydło i debaty przedwyborcze

Skip to entry content

(autorem przepięknej ilustracji w nagłówku jest Ola z „Jak lampart pazurem”

Co się działo w tym tygodniu chyba wszyscy doskonale wiedzą, bo od tego tematu nie dało się uciec ani w telewizji, a tym bardziej w internecie. Ostatnie 7 dni zdominowała Ewa Kopacz, Beata Szydło i jedyny nie-robot w tym zestawieniu – Adrian Zandberg. Trudno na gorąco oceniać na ile to manipulacja mediów lewicowych, a na ile faktyczne zainteresowanie, ale gość z Partii Razem, przyćmił nawet Janusza Korwina-Mikkego i Pawła Kukiza. Poza kwestiami związanymi z wyborami, jedyną równie głośną informacją było lądowanie Mary’ego McFlya z „Powrotu do przyszłości”.

Dehydratyzowana pizza: czyli szama, która pojawia się w drugiej części filmu o wehikule czasu i szalonym doktorku. Co to znaczy „dehydratyzowana” i jak zrobić taką pizzkę? Tego dowiecie się z przepisu.

Które futurystyczne gadżety dostępne są w 2015 roku? Zawsze marzyliście o deskolotce, samosznurujących się Nike’ach i wideorozmowach oglądając drugą część „Powrotu do przyszłości”? Sprawdźcie, czy rzeczywistość dogoniła wyobraźnię reżysera i które z filmowych pomysłów zostały zrealizowane.

Bezradnik rodzicielski: zbiór obserwacji związanych z wychowywaniem dziecka. Gorzki humor nie tylko dla rodziców. W zasadzie bardziej dla tych bezdzietnych, żeby ich ostrzec.

Czym naprawdę jest „Kubuś Waterrr”? Marketingowo komunikowany jest jako woda, ale po przeczytaniu etykiety okazuje się, że to zwykły napój z 5 łyżkami cukru na pół litra. To tak, gdybyście się zastanawiali, czy warto kupować go dziecku zamiast zwykłej wody.

Jak skutecznie nie wygrać w konkursie na Facebooku: moja koleżanka, która jest social mediową nindżoką i prowadzi funpagi, prezentuje 10 sprawdzonych porad, które dadzą Ci 100% gwarancję, że jury zignoruje Twój udział.

Nadużycia retoryczne w debacie Kopacz – Szydło: to, że obie panie nie będą odpowiadać na pytania, tylko recytować wyklepane formułki było dość jasne przed spotkaniem, ale w tej analizie wystąpienia jest bardzo dużo merytorycznych kwestii, o których przeciętny widz mógł nie wiedzieć. Ja nie wiedziałem.

Bitwa garsonek – analiza ubioru Ewy Kopacz i Beaty Szydło: brzmi zabawnie, ale jest całkiem poważnie, bo wizerunek to bardzo ważny element pracy polityka, a jak się okazuje panie starające się o stołek premiera nie zawsze potrafią się ubrać z klasą adekwatną do tego stanowiska.

Latarnik wyborczy: czyli rzeczowe omówienie programu każdej z partii, wraz z rekomendacją, kto powinien na nią głosować. Lepszej ściągawki nie znajdziesz.

Już w niedzielę wybory parlamentarne. Sytuacja w tym roku jest wyjątkowo skomplikowana, dlatego nie mogło zabraknąć…

Posted by Make life harder on 22 październik 2015

 

Kopacz masakruje Szydło: najlepsza relacja z ich debaty jaką widziałem, jest dość długa, ale warto ją obejrzeć, bo wyjaśnia wszystko. Jeśli chcesz dowiedzieć się co naprawdę obie panie mają do powiedzenia, musisz to obejrzeć.

Układanie kostki rubika kilka kilometrów nad ziemią: tak bardzo jak nie wiem po co coś takiego robić, tak mocno robi to na mnie wrażenie.

This skydiver solves a rubix cube while free falling!

Posted by RantPlaces on 9 września 2015

 

Przybij piątkę Fuertaventurze! Bardzo, bardzo chętnie przybiję, ale dopiero w przyszłym roku, bo wiem, że teraz tam już wieje i pada.

Klip tygodnia: jeszcze chwilą i uwierzę, że Małpa po 7 lata odcinania kuponów od „Kilka numerów o czymś” w końcu nagra coś nowego. Póki co, do zapowiedzi nowego albumu podchodzę z dystansem, ale singlem się jaram. Ma i nieoklepany, dobrze podany tekst, i, jak zwykle, kozacki bit Donatana, i zupełnie nierapowy klip, co działa tylko z korzyścią dla całości.

Fanpage tygodnia: tu miał być akapit polegający profil „Najlepsze teksty z polskich filmów”, ale niestety jakiś czas temu ten fanpage zamienił się w zwykłą farmę fanów, spamującą linkami do jakiegoś 1234 klonu Kwejka. Nie polecam tego allegrowicza.

Ogłoszenie parafialne: niezależnie za którą opcją polityczną jesteś, czy za KorWinem, czy za Razem, czy nawet za LPRem, idź na wybory! Głosuj na kogo Ci się podoba i pamiętaj, że Ci którzy nie wrzucą do urny kartki z krzyżykiem, nie mają prawa narzekać.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Kocham Cię za prawidłową odmianę nazwiska byłego lidera KNP! Dziennikarze wymyślają tyle wariantów, że mózg boli. Znajomemu wyznawcy przez parę tygodni tłukłam do głowy, że „Korwina-Mikke” w dopełniaczu (bierniku zresztą też) to błąd.

  • Wiola Starczewska

    Jako politologowi, spodobał mi się twój wybór linków na temat wyborów. A i o tym Facebooku też się przyda, po godzinach poluje na Mac Booki i smartfony.

    • Wiola Starczewska

      Dzieki!

  • Zwykłe skakanie ze spadochronem najwyraźniej jest już passé ;)

  • Bezradnik sprawił, że płakałam przez 20 min, mimo, że mam dwójkę swoich dzieci to ciągle mnie to bawi!♡ A Fuerta miło zaskoczyła, chyba zmienię zdanie o tej wyspie, fajny filmik :)

Ćwiczyłem przez miesiąc z Chodakowską, czy schudłem?

Skip to entry content

Ras w utworze „Perwoll Vanish” rapuje „to co się dzieje, to nie wola boska, ruszaj dupę #Chodakowska” i słuchając tego wersu po raz setny, pomyślałem, że może ja też poruszam swoją. A że już Ewa została przywołana, to czemu by nie z nią? Budzi tak skrajne opinie w internecie, ma tylu oddanych – już nawet nie fanów a – wyznawców, i równie zaangażowanych nienawistników, że grzechem byłoby ominąć tak nośny temat i nie sprawdzić, czy jej owiane legendą treningi działają. Wizja stracenia kilku kilo też dodawała atrakcyjności temu pomysłowi, więc wyposażony w taką motywację masowego rażenia, zamówiłem „Skalpel Wyzwanie” – podobno najpopularniejszy i najbardziej wymagający z jej zestawów ćwiczeń – i zacząłem cisnąć. Opisując swoje codzienne wzloty i upadki pod hasztagiem #30DNIzCHODAKOWSKĄ na Facebooku.

Co dał mi miesiąc ćwiczeń z Ewą Chodakowską? Jak ćwiczy się z jej treningami na DVD? Czy w cztery tygodnie przeszedłem metamorfozę? I, najważniejsze, czy mam smukłe ramiona i pozbyłem się cellulitu?

Jak ćwiczy się z Ewką?

PRZYSZŁO! OD 1 PAŹDZIERNIKA JAZDA Z TEMATEM!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Stay Fly (@stayflypl)

Abstrahując od osoby Ewy, zmusić się do wysiłku fizycznego we własnym domu, w którym jesteśmy przyzwyczajeni do odpoczynku, a w zasadzie do obżerania się i leżenia na kanapie, samemu jest dość trudno. Jednego dnia, w przypływie naoglądania się wypiętych jędrnych tyłków na Instagramie, jeszcze da radę się zmotywować. Drugiego nawet też. Ale trzeciego, nie wiedząc jakie ćwiczenia mamy wykonywać, ani jak długo, jest niełatwo i zazwyczaj ambicjonalny zryw ku walce o własną sylwetkę i bycie najgorętszym ciachem w osiedlowej piekarni, kończy się równie szybko jak się zaczął.

Natomiast, widząc na telewizorze, monitorze, czy w ostateczności komórce, osobę, która pokazuje nam w jakie dziwne chińskie znaczki mamy się wyginać i ile czasu, a przede wszystkim przez cały czas wygina się razem z nami, jest zdecydowanie łatwiej. Mnie to w każdym razie bardzo pomogło, że nie jestem z tymi wszystkimi pozami z gry w „Twistera” po pijaku sam, tylko ktoś się męczy razem ze mną. Co do postaci samej Ewy, to jasne, momentami brzmi jak niechciane dziecko Paula Coelho i Mateusza Grzesiaka, ale mimo wszystko jej gadki są motywujące i nakręcają Cię, żeby nie odpuszczać już w pierwszym momencie zmęczenia, tylko próbować dać z siebie coś więcej. To jest super.

Jeśli chodzi o minusy, to turbo demotywujący jest fakt, że na nagraniach w ogóle nie widać zmęczenia trenerki. Co prawda w kilku momentach mówi, że uda ją pieką i też już opada z sił, ale jest to równie wiarygodne co gadka menela pod monopolwym, żebrzącego o 2 złote na bułkę. Przez cały trening na jej skórze nie pojawia się ani jedna kropla potu, co mega dołuje w momencie, gdy Ty już po 7 minutach ćwiczeń wyglądasz jakbyś wpadł w ciuchach do jeziora i wydaje Ci się, że jesteś gówniany, do niczego się nie nadajesz i nigdy nie dojdziesz do takiej formy jak ona.

Druga sprawa, kiedy ćwiczysz już trzeci tydzień i w kółko słuchasz tych samych komend i hasełek, które de facto powoli możesz cytować z pamięci, zaczyna Ci się nudzić. I to nudzić cholernie, bo ile razy można mielić tę samą gadkę? Przez to przestajesz się skupiać na poprawnym wykonywaniu ćwiczeń i Twoje myśli zaczynają wędrować w dziwne rejony. Typu, co jutro zrobić na obiad i czy pingwiny mają kolana. Dużo ciekawszą opcją byłoby nagranie tego samego treningu kilkukrotnie z różnymi wstawkami tekstowymi, tak, by po tygodniu można było puścić sobie inną wersję i ciągle czuć świeżość i ten sam początkowy zapał.

Jak wrażenia z samych ćwiczeń?

A tak wyglądam po poranku z Ewą. Dziewczyno, co Ty ze mną robisz? #30DNIzCHODAKOWSKĄ

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Stay Fly (@stayflypl)

„Skalpel Wyzwanie” jest turbo intensywnym zestawem, gdzie trudno znaleźć chwilę na dłuższy oddech, a w trakcie wykonywania go, ma się wrażenie odgrywania głównej roli w dokumencie o drodze krzyżowej. Fakt, że nie ma też jakiejś ścieżki zwiększania stopnia zaawansowania ćwiczeń – typu: pierwsze 3 dni pobudzamy mięśnie, kolejny tydzień jedziemy na pół-gwizdka, żeby wejść w rytm, a dopiero później jedziemy z treningiem pełną parą – tylko od razu jesteśmy rzuceni na głęboko wodę, jakby ojciec sadysta zepchnął nas ze skarpy na Zakrzówku wprost do zalewu, mega mocno zniechęca. Bo jak z wygodnego fotela i ciepłych kapci momentalnie ktoś Cię teleportuje na poligon wojskowy przeczołgując po koszarach, to odruchowo chcesz stamtąd uciec. To tyle z narzekania.

Pozytywne aspekty tego, że Chodakowska się nie szczypie i jedzie z koksem jak Pablo Escobar są dwa. Po pierwsze, po ćwiczeniach jesteś pobudzony, nabuzowany endorfinami i w ogóle czujesz, że dzień będzie spoko. I mimo, że nazajutrz masz kurewskie zakwasy i boli Cię dupa, to i tak czujesz się dobrze, bo wiesz, że zrobiłeś coś dla siebie. Po drugie, gdy przejdziesz na raz cały ten morderczy trening, co mnie udało się dopiero po tygodniu, czujesz się jakbyś wygrał życie, a świat nie miał granic i wszystko było możliwe. Jesteś w stanie takiej euforii, że chcesz wyjść na ulicę i ogłosić się mesjaszem, a przynajmniej królem dzielni, wyciągnąć prawą rękę w górę i odlecieć na Krypton. I to nastawienie przekłada się na wszystkie aspekty życia, co jest naprawdę zajebiste.

Czy schudłem po ćwiczeniu przez miesiąc z Chodakowską?

Odpowiedzi na to pytanie wyczekują wszyscy, którzy śledzili akcję #30DNIzCHODAKOWSKĄ i sam jej wyczekiwałem jak Antoni Macierewicz wyjścia z szafy. Czy mam smukłe ramiona, silne plecy, jędrne pośladki, sześciopak na brzuchu i mogę pochwalić się zdjęciem spektakularnej metamorfozy, zestawiającym moją sylwetkę „przed” i „po”?

 

?

 

?????

 

???????????????????????

 

???????????????????????????????????????????????

 

?!?!?!??!?!??!???!?!??!!!!!??????!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!?????????????????????????????????

 

Niestety nie.

Czemu nie schudłem? To znaczy, przepraszam, schudłem, ale tylko 1 kilogram? Przede wszystkim dlatego, że – tak jak Ewa mówi na samym początku nagrania treningowego – 70% sukcesu to właściwa dieta. A ja swojej diety nie zmieniłem zupełnie, więc trudno oczekiwać cudów, jeśli nie ma żadnego Łazarza w pobliżu.

Druga kwestia, że zachowałem się totalnie głupio i nieodpowiedzialnie, nie robiąc żadnych przerw, gimnastykując się codziennie i nie dając odpocząć ciału, co doprowadziło do tego, że się przećwiczyłem nadwyrężając mięśnie brzuszne. I musiałem na ponad tydzień odpuścić trening, żeby nie nabawić się jakieś poważnej kontuzji. Cóż, zdrowy rozsądek zdecydowanie nie jest moim drugim imieniem i – jak zazwyczaj – pretensje mogę mieć tylko do siebie.

Mimo to, całą akcją uważam, za zakończoną sukcesem.

Przede wszystkim dlatego, że mimo iż nie doznałem jakiejś spektakularnej utraty tkanki tłuszczowej, to czuję się zdecydowanie lepiej. Mam więcej energii, wolniej się meczę – pozdro z czwartego piętra bez windy – nawet, gdy się nie wyśpię jestem mniej zaspany i bardziej żywy, i zasadniczo jakoś tak pozytywniej na co dzień jest od tych ćwiczeń. Świadomość, że kilka razy w tygodniu robię coś dla siebie, co sprawia, że jestem sprawny i dbam o swoje ciało, jest bardzo budująca. Puentując, mogę zacytować stare góralskie przysłowie „w zdrowym ciele, zdrowy duch”. A kilogram mniej, też zawsze spoko.

Z istotnych aspektów tego wyzwania, nie mogę też pominąć faktu, że prowadziłem na bieżąco relację z ćwiczeń w mediach społecznościowych i każdemu, kto chce zacząć trenować cokolwiek, ale brakuje mu motywacji gorąco to polecam. Czemu? Przede wszystkim, gdy publicznie oświadczysz, że coś będziesz robił, to potem głupio się z tego wycofać i myśl, że ludzie będą Cię wypytywać, czemu nie ćwiczysz sprawia, że dla świętego spokoju już to robisz. Poza tym, dzięki bieżącemu opisywaniu swoich rezultatów, bardzo łatwo jest Ci zobaczyć postęp swoich działań, co dodatkowo motywuje i nakręca, że trud się opłaca, bo nie stoi się w miejscu. Innymi słowy: polecam.

Na koniec, złota myśl podsumowująca ten miesiąc, będąca parafrazą matki chrzestnej polskiego fitnessu „twoje ciało nie zawsze może więcej, niż podpowiada ci twój umysł”.

 

---> SKOMENTUJ

Z pamiętnika słoika: pierwszy miesiąc w Warszawie

Skip to entry content

Taki prosty chłopak jak ja, w takim wielkim mieście jak WWA czuje się jak Komorowski u Japończyków. W sensie, nie że wchodzę z butami na fotele w knajpach, ale mam lekkie wrażenie, jakbym był w innym świecie, który rządzony jest innymi zasadami i wymaga oswojenia, żeby móc w nim funkcjonować. Więc sukcesywnie oswajam tego kolosa, uczę się na pamięć jego składowych i próbuję nie robić wioski, odstając jak Palikot na zaprzysiężeniu Dudy na prezydenta. A dostosowywać jest się do czego, bo to miasto jest inne. Inne, niż każde inne.

Co mnie zaskoczyło w Warszawie w pierwszym miesiącu mieszkania?

To miasto jest wielkie! Naprawdę! I pod kątem powierzchni, i wielkości budynków, i liczby knajp, nie mówiąc już o gęstości zaludnienia. Główne ulice są szerokie i długie, i w zasadzie przez cały dzień szczelnie pokryte dziką liczbą samochodów, autobusów, tramwajów, skuterów i motocykli, biurowce monstrualnie pną się w górę i błyszczą w słońcu jak lodowe sople, a restauracje, kawiarnie i bary wyrastają obok siebie jakby powstawały przez pączkowanie. Starym nawykiem, próbowałem się z kimś umówić „w centrum”, przy czym, już przy drugiej próbie zorientowałem się, że tutaj „centrum” jest jak pół Krakowa. Wielkie.

Jest dużo drożej niż w innych miastach. Przykładowo, za dowóz zakupów z Tesco w KRK płaciłem średnio 7zł, w WWA 10zł. Browar w butelce w jedynej knajpie nad Wisłą w Krakowie, czyli w Forum Przestrzenie, kosztuje 9zł, w Warszawie 12zł, mimo, że jest ich kilka i teoretycznie to wymusza konkurowanie między sobą. Przeciętny burger w dobrej burgerowni w Grodzie Króla Kraka to wydatek około 20 zeta, w stolicy prawie 30. No, czuć różnicę.

Tempo! Wciąż, idąc po chodniku mam wrażenie, że przypadkowo trafiłem w sam środek zawodów chodziarskich, tylko nikt mnie o tym nie poinformował. W Krakowie ludzie się przechadzają, tutaj niemal biegną. Widząc, że ciągle ktoś Cię mija, sam mimowolnie przyspieszasz i zaczynasz żyć szybciej. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Z początku postrzegałem to jako wadę, jednak po miesiącu, zaliczam to do pozytywnych aspektów bycia w tym mieście, bo daje to kopa i sprawia, że najzwyczajniej w świecie przestajesz się opierdalać i tracić czas na pierdoły.

Korki… są równie kolosalne co miasto. Jak coś stanie, to stoi i paraliżuje komunikację, przez co przebicie się na drugą stronę Wisły bywa równie czasochłonne, co wytłumaczenie studentce pierwszego roku polonistyki, że matematyka przydaje się w życiu.

Ciągle coś się dzieje i czujesz, że jesteś w centrum tych wydarzeń. To coś, co zauważyłem bardzo szybko i postrzegam jako największy atut życia w stolicy. Koncerty, manifestacje, maratony, targi śniadaniowe, konferencje, wystawy, plany filmowe, spotkania branżowe, to wszystko dzieje się TUTAJ! I mieszkając w Warszawie jesteś albo tego bezpośrednim uczestnikiem, albo naocznym świadkiem, a nie biernym widzem, do którego docierają zmanipulowane przekazy informacyjne po kilku dniach. I to jest naprawdę zajebiste, bo wiesz, że skoro jesteś tak blisko tego, to możesz mieć na to wpływ!

Sieć rowerów miejskich działa. I to naprawdę, a nie tylko w wyobraźni twórców i władz miasta, jak to jest z KMK Bike w Krakowie. Stacji Veturilo jest naprawdę sporo i samych rowerów również, tak że swobodnie można poruszać się po większości miasta, a nie tylko śródmieściu. I konto można założyć od ręki, bez czekania 3 dni na zaksięgowanie przelewu, co jest wielkim plusem i sprawia, że możesz tu wpaść na weekend i nie wydać ani złotówki na transport miedzy dzielnicami.

Barmani mają poprzewracane w dupach. I robią Ci łaskę, że w ogóle Cię obsługują. Nie wiem skąd się to wzięło, ale nigdzie indziej nie widziałem tylu osób, które żyją w przekonaniu, że powinieneś ich całować po rękach i padać na kolana, za to, że łaskawie na Ciebie spojrzą i naleją browara.

Ludzie się lansują. I nie jest to drogą do osiągnięcia czegoś, a celem samym w sobie. Lansują się korpo-ludki wymieniając tak awangardowe, że aż debilne nazwy knajp, w których byli. Lansują się hipsterzy na jedzenie dań składających się z trawy z glonami, które oficjalnie są i modnymi i niszowymi potrawami. Jednocześnie. Lansują się dzieci w gimnazjum na noszenie na sobie dwukrotności średniej krajowej netto. I ten lans widać od momentu postawienia stopy na centralnym, po moczenie kostek w Wiśle.

Ludzie są aktywni. Mają czas, żeby wyjść z domu w tygodniu, nie płaczą, że jutro środa i trzeba wstać na 9:00 do robo i przede wszystkim chce im się. Uprawiają sporty, chodzą na wydarzenia kulturalne i biorą udział w inicjatywach społecznych. I to jest super, bo czujesz, że Twoje otoczenie żyje, a nie wegetuje pod przykrywką bycia dorosłym.

Ludzie wiedzą po co tu przyjeżdżają. Największe pozytywne oczarowanie. Nie poznałem jeszcze nikogo w Warszawie, kto nie potrafiłby odpowiedzieć na pytanie „po cholerę tu przyjechałeś i płacisz za 16-metrowy pokój tyle, co za dwupokojowe mieszkanie w Czeladzi?”. Ludzie mają plany, ludzie wiedzą co chcą zrobić, ludzie są samoświadomi. Nie dryfują na tratwach „nie wiem”, „kiedyś”, czy „czekam ze swoim życiem na pierdolony znak z nieba w postaci tęczy, piorunów i trójkopytnego jednorożca”.

Taki był pierwszy miesiąc w Warszawie – gubienie się przy wychodzeniu z metra, zastrzyk domięśniowy z motywacji, płacenie 18 zeta za lane piwo i poznanie słoików z celami. Czy mogło być lepiej?

---> SKOMENTUJ

Często się zdarza, że słysząc setki razy jakiś zwrot bądź pojedyncze słowo, mimo, że nie wiemy co ono tak naprawdę znaczy, mimowolnie zaczynamy go używać. Tak jak z ohydną, turbo-komerycjno-kiczowatą piosenką, którą jesteśmy katowani w hipermarketach. Mimo, że jej nienawidzimy i już przy pierwszych dźwiękach czujemy, że znów spotkamy się z wczorajszą kolacją, po tysięcznym przesłuchaniu, niezależnie od własnej, woli zaczynamy ją nucić.

W przypadku posługiwania się nie do końca zrozumiałym słownictwem, możemy powiedzieć coś czego zupełnie nie mieliśmy na myśli i być źle odbieranym przez otoczenie, natomiast w przypadku bezdźwięcznego śpiewania w głowie „Ona tańczy dla mnie” możemy dostać nerwicy natręctw i zniszczyć sobie gust. Nie wiem co jest gorsze, ale dziś zajmiemy się tą pierwszą kwestią. Czyli tłumaczeniem znaczenia słów, których ludzie często używają, mimo, że nie rozumieją.

Oportunista – Onar w kawałku „Nie szukam zrozumienia” rapował

Ja pierdolę szczerze trendy, jestem oportunistą

będąc przekonanym, że oportunista to osoba niezależna, która idzie pod prąd, na przekór aktualnym tendencjom. Myśląc, jak podejrzewam, że „oportunista” pochodzi od słowa „opór”. Niestety, nikt z jego znajomych, nikt z osób pracujących przy powstawaniu płyty, ani nikt z osób biorących udział w nagrywaniu teledysku do tego numeru, nie był na tyle życzliwy, by wyjaśnić mu, że oportunista, to

człowiek bez zasad, przystosowujący się do okoliczności dla doraźnych osobistych korzyści

Czyli ktoś troszkę inny niż mu się wydawało.

Paszkwil – często, gdy ktoś pseudo-poetycko i prawie-elegancko chce powiedzieć, że jakaś dziewczyna jest brzydsza niż dzwonnik z Notre Dame, używa tego określenia. Jednak w rzeczywistości paszkwil to nie maszkara, paskuda czy straszydło, a

utwór literacki, często anonimowy, skierowany przeciw konkretnej osobie, ośmieszający ją w sposób oszczerczy i obelżywy

tak że używając tego słowa jako obelgi ośmieszasz tylko sam siebie.

Frankenstein – to z kolei określenie często stosowane w przypadku, delikatnie rzecz ujmując, mało atrakcyjnych mężczyzn, którym daleko do Rafała Maślaka, czy Ryana Goslinga. Osoby stosujące je mają oczywiście na myśli, że pan określany tym mianem wygląda jak potwór pozszywany z resztek innych ludzi, aspirujący do bycia zombie, jednak są w błędzie. Kto oglądał film o szalonym naukowcu, który chciał ożywić zwłoki, ten powinien pamiętać, że to właśnie on nazywał się Frankenstein, a nie poskładane przez niego monstrum. Pomyłka może wynikać z tego, że potworek tuż po powołaniu do życia zaczął dukać „Frankenstein, Frankenstein”, jednak nie obwieszczał on lokalnej społeczności swego imienia, a deklamował nazwisko swego twórcy. Coś jak „tata, tata” po narodzinach. Zakładając oczywiście, że dzieci zaraz po porodzie potrafią mówić.

Maraton – to bieg, wiadomo. Ale nie dla wszystkich jest wiadome, że to nie byle jaki bieg, a dość sprecyzowany.

Nazwa pochodzi od miejscowości Maraton w Grecji. Według Herodota po zwycięskiej dla Greków bitwie z Persami pod Maratonem w 490 p.n.e., armia perska zaokrętowała i wypłynęła w kierunku bezbronnych Aten. Widząc to, Grecy udali się co sił w nogach do miasta, przybywając praktycznie równocześnie z okrętami perskimi.

Dystans między Maratonem a Atenami wynosił 37 kilometrów, jednak podczas pierwszych igrzysk bieg maratoński zaokrąglono do 40 km, a następnie podczas igrzysk w Londynie dystans ten zwiększono jeszcze o 2195 metrów i tak zostało do dziś. Dlatego powiedzenie, że „przebiegłem 15-kilometrowy maraton” jest równie niepoprawne, co rzucenie „weź większą połowę” podczas dzielenia pizzy.

Incepcja – słowo to nie ma oficjalnej definicji w naszym języku, a zaczęto go używać w Polsce po sukcesie mistrzowskiego filmu Christophera Nolana z Leonardem DiCaprio o tym samym tytule. Niestety weszło do mowy potocznej w błędnym znaczeniu. Najczęściej „incepcja” pada w sytuacjach, gdy ktoś chce opisać rekurencję i sytuację zagnieżdżania zjawiska w samym sobie. Czyli bardziej obrazowo, gdy ktoś w paczce czipsów znajduje drugą paczkę czipsów, krzyczy „incepcja!”. Albo gdy bawi się matrioszką. W rzeczywistości, incepcja to nie jest lalka w lalce, czy sen w śnie, ale podłożenie komuś pomysłu z zewnątrz, tak by uznał go za swoją autorską ideę. Czyli to, co stanowiło główną misję Cobba i jego ekipy.

Bynajmniej – temu, że TO NIE PRZYNAJMNIEJ był poświęcony cały osobny wpis, ale dla niektórych to wciąż za mało.

Gender – aktualnie chyba najbardziej zdemonizowane słowo w naszej kulturze i nawet wazektomia w połączeniu z weganizmem nie budzą tylu negatywnych skojarzeń. Wiele osób krzywi się, marszczy brwi i zaczyna rwać przęsła z ogrodzenia słysząc to słowo, nie mając tak naprawdę pojęcia co ono oznacza. Wbrew obiegowej opinii, „gender” to wcale nie jest synonim pedofilii, homoseksualizmu, ani transwestytyzmu. Gender to nie żadna dewiacja seksualna, a

suma cech osobowości, zachowań, stereotypów i ról płciowych, rozumianych w danym społeczeństwie jako kobiece lub męskie, przyjmowanych przez kobiety i mężczyzn w ramach danej kultury w drodze socjalizacji

Innymi słowy, to płeć kulturowo-społeczna.

Olimpiada – to nie to samo co igrzyska olimpijskie. Określenie „olimpiada” to tak naprawdę

okres 4 lat w kalendarzu starogreckim, stosowany w starożytności na oznaczenie okresów pomiędzy igrzyskami, oraz współcześnie przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski jako rachuba stosowana do obliczenia kolejnych letnich igrzysk olimpijskich

Mam nadzieję, że już nigdy nie usłyszę w telewizji, że „za chwilę zacznie się transmisja z olimpiady”, bo naprawdę nie ma nic pociągającego w gapieniu się w telewizor przez 4 lata, w oczekiwaniu na start imprezy sportowej.

Jeśli macie jakieś słowa, które mogą uzupełnić tę listę, to śmiało, dawajcie do komentarzy.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Kristina Alexanderson
---> SKOMENTUJ