Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #49: Ewa Kopacz, Beata Szydło i debaty przedwyborcze

Skip to entry content

(autorem przepięknej ilustracji w nagłówku jest Ola z „Jak lampart pazurem”

Co się działo w tym tygodniu chyba wszyscy doskonale wiedzą, bo od tego tematu nie dało się uciec ani w telewizji, a tym bardziej w internecie. Ostatnie 7 dni zdominowała Ewa Kopacz, Beata Szydło i jedyny nie-robot w tym zestawieniu – Adrian Zandberg. Trudno na gorąco oceniać na ile to manipulacja mediów lewicowych, a na ile faktyczne zainteresowanie, ale gość z Partii Razem, przyćmił nawet Janusza Korwina-Mikkego i Pawła Kukiza. Poza kwestiami związanymi z wyborami, jedyną równie głośną informacją było lądowanie Mary’ego McFlya z „Powrotu do przyszłości”.

Dehydratyzowana pizza: czyli szama, która pojawia się w drugiej części filmu o wehikule czasu i szalonym doktorku. Co to znaczy „dehydratyzowana” i jak zrobić taką pizzkę? Tego dowiecie się z przepisu.

Które futurystyczne gadżety dostępne są w 2015 roku? Zawsze marzyliście o deskolotce, samosznurujących się Nike’ach i wideorozmowach oglądając drugą część „Powrotu do przyszłości”? Sprawdźcie, czy rzeczywistość dogoniła wyobraźnię reżysera i które z filmowych pomysłów zostały zrealizowane.

Bezradnik rodzicielski: zbiór obserwacji związanych z wychowywaniem dziecka. Gorzki humor nie tylko dla rodziców. W zasadzie bardziej dla tych bezdzietnych, żeby ich ostrzec.

Czym naprawdę jest „Kubuś Waterrr”? Marketingowo komunikowany jest jako woda, ale po przeczytaniu etykiety okazuje się, że to zwykły napój z 5 łyżkami cukru na pół litra. To tak, gdybyście się zastanawiali, czy warto kupować go dziecku zamiast zwykłej wody.

Jak skutecznie nie wygrać w konkursie na Facebooku: moja koleżanka, która jest social mediową nindżoką i prowadzi funpagi, prezentuje 10 sprawdzonych porad, które dadzą Ci 100% gwarancję, że jury zignoruje Twój udział.

Nadużycia retoryczne w debacie Kopacz – Szydło: to, że obie panie nie będą odpowiadać na pytania, tylko recytować wyklepane formułki było dość jasne przed spotkaniem, ale w tej analizie wystąpienia jest bardzo dużo merytorycznych kwestii, o których przeciętny widz mógł nie wiedzieć. Ja nie wiedziałem.

Bitwa garsonek – analiza ubioru Ewy Kopacz i Beaty Szydło: brzmi zabawnie, ale jest całkiem poważnie, bo wizerunek to bardzo ważny element pracy polityka, a jak się okazuje panie starające się o stołek premiera nie zawsze potrafią się ubrać z klasą adekwatną do tego stanowiska.

Latarnik wyborczy: czyli rzeczowe omówienie programu każdej z partii, wraz z rekomendacją, kto powinien na nią głosować. Lepszej ściągawki nie znajdziesz.

Już w niedzielę wybory parlamentarne. Sytuacja w tym roku jest wyjątkowo skomplikowana, dlatego nie mogło zabraknąć…

Posted by Make life harder on 22 październik 2015

 

Kopacz masakruje Szydło: najlepsza relacja z ich debaty jaką widziałem, jest dość długa, ale warto ją obejrzeć, bo wyjaśnia wszystko. Jeśli chcesz dowiedzieć się co naprawdę obie panie mają do powiedzenia, musisz to obejrzeć.

Układanie kostki rubika kilka kilometrów nad ziemią: tak bardzo jak nie wiem po co coś takiego robić, tak mocno robi to na mnie wrażenie.

This skydiver solves a rubix cube while free falling!

Posted by RantPlaces on 9 września 2015

 

Przybij piątkę Fuertaventurze! Bardzo, bardzo chętnie przybiję, ale dopiero w przyszłym roku, bo wiem, że teraz tam już wieje i pada.

Klip tygodnia: jeszcze chwilą i uwierzę, że Małpa po 7 lata odcinania kuponów od „Kilka numerów o czymś” w końcu nagra coś nowego. Póki co, do zapowiedzi nowego albumu podchodzę z dystansem, ale singlem się jaram. Ma i nieoklepany, dobrze podany tekst, i, jak zwykle, kozacki bit Donatana, i zupełnie nierapowy klip, co działa tylko z korzyścią dla całości.

Fanpage tygodnia: tu miał być akapit polegający profil „Najlepsze teksty z polskich filmów”, ale niestety jakiś czas temu ten fanpage zamienił się w zwykłą farmę fanów, spamującą linkami do jakiegoś 1234 klonu Kwejka. Nie polecam tego allegrowicza.

Ogłoszenie parafialne: niezależnie za którą opcją polityczną jesteś, czy za KorWinem, czy za Razem, czy nawet za LPRem, idź na wybory! Głosuj na kogo Ci się podoba i pamiętaj, że Ci którzy nie wrzucą do urny kartki z krzyżykiem, nie mają prawa narzekać.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Kocham Cię za prawidłową odmianę nazwiska byłego lidera KNP! Dziennikarze wymyślają tyle wariantów, że mózg boli. Znajomemu wyznawcy przez parę tygodni tłukłam do głowy, że „Korwina-Mikke” w dopełniaczu (bierniku zresztą też) to błąd.

  • Wiola Starczewska

    Jako politologowi, spodobał mi się twój wybór linków na temat wyborów. A i o tym Facebooku też się przyda, po godzinach poluje na Mac Booki i smartfony.

    • Wiola Starczewska

      Dzieki!

  • Zwykłe skakanie ze spadochronem najwyraźniej jest już passé ;)

  • Bezradnik sprawił, że płakałam przez 20 min, mimo, że mam dwójkę swoich dzieci to ciągle mnie to bawi!♡ A Fuerta miło zaskoczyła, chyba zmienię zdanie o tej wyspie, fajny filmik :)

Co spakować jadąc na wakacje za granicę?

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z serwisem Walutomat.pl

Zawsze, gdy jestem przed kolejną podróżą i zastanawiam się, co spakować jadąc na wakacje za granicę, wydaje mi się, że odpowiedź na to pytanie jest banalna. Po czym docieram na miejsce i okazuje się, że jak zwykle czegoś zapomniałem. Czegoś oczywistego, co w danym momencie bardzo by mi się przydało. Tak bardzo jak kąpielówki na basenie. Nie wchodząc już w kompromitujące szczegóły z moich wycieczek, pomyślałem, że zrobię taką listę z punktami do odhaczenia rzeczy, które warto ze sobą zabrać.

Lecąc na tygodniowe wakacje warto spakować…

0. Siedem par koszulek, siedem par skarpetek, siedem par bokserek – ja wiem, że wszyscy wiedzą, ale kto nie zapomniał choć raz? Tylko ja? Dobra, to niech będzie, że punkt 0 jest tylko dla mnie.

1. Dowód i paszport – czemu aż dwa dokumenty? Teoretycznie do większości europejskich państw możesz dostać się na sam dowód tożsamości, ale kto wie, czy w trakcie opalania się w bułgarskim Słonecznym Brzegu nie poniesie Cię do tureckiego Stambułu, którego nie zwiedzisz bez paszportu? Albo czy zwyczajnie nie zgubisz w piasku jednego dokumentu, w trakcie mocno zakrapianej szampanem Piccolo imprezy na plaży i nie będziesz miał jak wrócić do kraju?

2. Dwie kopie biletu na samolot / rezerwacji wycieczki – ta sama sytuacja co wcześniej, tyle, że tym razem nie chodzi o całonocne recytowanie poezji, a o stres i pośpiech. Połowa lotów, które odbyłem była bladym świtem (7:30), co sprowadzało się do tego, że musiałem obudzić się w środku nocy i półprzytomny zdążyć na transport na lotnisko, nigdy nie będąc do końca pewnym, czy aby na pewno wszystko wziąłem. Dlatego, aby mieć większą pewność, że nie pomyliłem biletu z chusteczką, wyrzucając go do kosza, zawsze mam 2 kopie – jedną w portfelu i drugą w wewnętrznej kieszeni w torbie. Jak dotąd jeszcze ani razu nie odmówiono mi wejścia na pokład samolotu z powodu braku tego świstka, więc sprawdza się całkiem nieźle.

3. Coś od deszczu – ja wiem, że lato, słońce i w ogóle plan na całodniowe opalanie, ale jak byłem w Barcelonie w maju, to przez 4 z 5 dni padało. Tak że tego…

4. Coś ciepłego – jakby jednak nie było dzień w dzień tych 35 stopni w cieniu, które zapewniało biuro podróży.

6. Japonki – w razie zidentyfikowania runa leśnego pod prysznicem. No i na plażę.

7. Wygodne pełne buty na zmianę – gdyby ten deszcz faktycznie nie ustawał, a nastawiłeś się na zwiedzanie.

8. Spodenki do pływania / strój kąpielowy – no, to już omówiliśmy we wstępie.

9. Kapelusz / czapka – zabrzmię jak swoja własna babcia, ale „kto na słońcu smaży się bez kapelutka, tego wnet rozboli główka”.

10. Okulary przeciwsłoneczne z filtrem UV – -50 do mroczków przed oczami po zejściu z plaży i wejściu do ciemniejszego pomieszczenia, +10 do stylówy na letniaka.

11. Krem do opalania, też z filtrem – aktywuje czar „ochrona przed rakiem skóry” i zapobiega rzuceniu klątwy „bezsenna noc”.

12. Coś na komary – według ludowych wierzeń dym tytoniowy odstrasza komary, ale co jeśli żar z papierosa przyciągnie ćmy-wampiry? Jeśli nie chcesz przelewać krwi w żadną stronę i mieć święty spokój jak Quebonafide z Natalią Zamilską, po prostu spsikaj się czymś.

13. Wilgotne chusteczki – tym razem to będzie w tonie blogerek rodzicielskich, ale takie chusteczki zawsze się przydadzą. Na przykład, gdy trzecią godzinę lecisz samolotem i jesteś zmięty jak papier śniadaniowy z Twoich kanapek albo gdy jedziesz w 40-stopniowym upale busem z lotniska do hotelu, który wyjątkowo nie ma klimatyzacji i kleisz się jak butapren. Dzięki nim się odświeżysz.

14. Zwykłe chusteczki – tak na wszelki wypadek. Gdyby gdzieś nie było papieru toaletowego. Albo nieoczekiwanie się skończył. Przydają się. Serio.

15. Węgiel leczniczy – słyszałeś o zemście faraona albo klątwie sułtana? Nie? To Twoje szczęście, ale żeby nabawić się problemów z żołądkiem nie musisz koniecznie opuszczać kontynentu. Wystarczy, że zmieszasz ouzo z espresso i pół-świeżym kebabem. Żeby reszty wyjazdu nie spędzić gapiąc się w kafelki podłogowe w łazience, warto wziąć ze sobą jakieś antidotum.

16. Szczoteczka do zębów, pasta i dezodorant – ręcznik i żel pod prysznic na 95% jest na miejscu.

17. Leki przeciwbólowe / przeciwgorączkowe – gdyby zabawa była na tyle dobra, że chwila zapomnienia trwała pół dnia i spaliłeś sobie plecy na plaży, przewiało Cię na całonocnym ognisku, albo zamiast kopnąć piłkę trafiłeś w kamień ukryty tuż pod nią.

18. Dobra muzyka – to bardziej w kwestii pakowania na telefon, a nie do torby (bo telefon bierzesz, co nie? dobra, głupie pytanie), ale tak, właściwy akompaniament to czasem nawet i połowa udanego relaksu, bo nic tak nie dopełnia ekscytacji i szczęścia, jak adekwatne tło muzyczne.

19. Słuchawki – żebyś nie zatruwał innym życia udając didżeja bez słuchawek.

20. Bank energii – po cholerę bank energii, jak przecież nie jedziesz na pole namiotowe, tylko do cywilizowanego miejsca, gdzie wszędzie są kontakty i możesz się podładować? No, żebyś się nie zdziwił. Jak się i słucha nuty, i robi zdjęcia, i dzwoni do mamy, żeś cały i zdrowy, i sprawdza teren na Google Maps, a w międzyczasie jeszcze czyta teksty wrzucone do Pocketa, to bateria może paść zanim się zorientujesz, że jesteś dokładnie nie wiadomo gdzie, bo poszedłeś na dłuższy spacer.

21. Ładowarka – wiadomo po co i dlaczego, ale jak robimy listę z punktami do odhaczenia, to musi się tu znaleźć.

22. Przynajmniej jedna gazeta – podobno kiedyś istniało życie bez nowoczesnych technologii i cyfryzacji, nic mi o tym nie wiadomo, ale jak już będziesz musiał się przenieść do tych czasów, bo mimo wszystko padł Ci telefon w samolocie albo nie chciałeś go zatrzeć na plaży, to warto mieć przy sobie jakieś średniowieczne narzędzia do walki z nudą, odporne na piasek i brak prądu.

23. Karty / jakakolwiek kieszonkowa gra towarzyska – gdyby padał ten cholerny deszcz, a Ty jednak chciałbyś się rozerwać ze współtowarzyszami. W końcu to wakacje!

24. Ekotorba – to moje obowiązkowe wyposażenie na większości wyjazdów. Czemu? Bo mega łatwo spakować ją do bagażu podróżnego i zabiera miejsca tyle co nic, a już w trakcie samych wakacji jest turbo poręczna, sporo mieści (książkę, okulary słoneczne, wodę, ręcznik, kąpielówki, bagietki, słoiki z gołąbkami, cokolwiek) i nie ma bólu, gdy uwali się piachem albo zaleje lokalnym trunkiem, bo wystarczy ją przeprać pod kranem.

25. Pieniądze – a konkretnie lokalna waluta. Celowo pojawiają się jako ostatni punkt, bo też zazwyczaj przypomina mi się o nich na samym końcu pakowania. Albo już w trakcie podróży. Gdy jest za późno, żeby skoczyć na miasto i wymienić kasę. Ciekawą alternatywną dla stacjonarnych kantorów jest Walutomat, w którym wymienisz pieniądze przez internet w każdej chwili i z każdego miejsca na Ziemi.

walutomat mochup 3

O co chodzi i z czym to się je?

W Walutomacie, tak jak w fizycznym kantorze, wymieniasz pieniądze, tyle, że przez internet za pomocą przelewów. Masz złotówki, chcesz mieć euro? Ustawiasz ile jednej waluty chcesz wymienić na drugą, klikasz i jest. Możesz albo skorzystać z bieżącego kursu zaproponowanego przez system i wymienić kasę natychmiast albo określić swój własny i czekać aż bieżący spadnie do tego poziomu.

Jedyne czego potrzebujesz, żeby korzystać z kantoru internetowego, to konto walutowe, co wydawało mi się jakąś barierą nie do przejścia, po czym okazało się, że to 5 kliknięć na kompie. Konto walutowe potrzebne jest do tego, żeby pieniądze w obcej walucie miały gdzie być przelane, bo nie da się tak, żebyś na zwykłym koncie złotówkowym miał euro. Co wcale nie było dla mnie oczywiste.

Wymienianie hajsu w ten sposób jest bardzo wygodne i bezproblemowe, ale jest jedna rzecz, o której trzeba pamiętać. O ile konto w euro możesz otworzyć w ciągu minuty, kasę wymienić w 3 kwadranse, o tyle, żeby jej użyć, potrzebujesz karty do owego konta, która z banku idzie średnio 7 dni, więc warto obudzić się ciut wcześniej niż w drodze na lotnisko. Najlepiej zrobić to od razu, a gdyby te 5 kliknięć Cię nie przekonywało, to tu znajdziesz szerszy opis. Później możesz już śmiało zapominać wszystkiego.

walutomat mochup 2

Są jakieś plusy?

Zdecydowanie.

Czas – nie musisz nigdzie jechać, nie musisz się śpieszyć, nie musisz szukać kantoru, który ma akurat taką kwotę jaką chciałbyś kupić. Pieniądze możesz wymienić nawet przed samym wejściem do samolotu, a nawet i w trakcie lotu jak ma wi-fi.

Dostępność – skorzystać z internetowego kantoru możesz z każdego miejsca na Ziemi, w którym jesteś w stanie połączyć się z internetem.

Wygoda – jeśli w trakcie pobytu potrzebujesz więcej kasy niż wymieniłeś przed wyjazdem, nie musisz zadawać sobie egzystencjalnego „i co terasss?”, tylko po prostu robisz przelew i już masz lokalną walutę na karcie, którą możesz płacić bez dodatkowych kosztów lub, w zależności od oferty Twojego banku, wypłacać pieniądze bez prowizji z miejscowych bankomatów lub za pomocą usługi cashback.

Bezpieczeństwo – kasę którą masz na karcie trudniej zgubić niż banknoty, które masz w portfelu, zwłaszcza, gdy w tym drugim przypadku nosisz przy sobie całość wymienionego hajsu.

Oszczędność – nie jest to kwota za którą wybudujesz dom i kupisz nowe Mitsubishi, ale na piwko albo dwa styknie. Kupując 100 euro przez Walutomat, w zależności od tego w jakim banku masz konto, oszczędzasz nawet do 20zł. Przy sprzedawaniu kasy, która została Ci po wakacjach, też masz lepszy kurs, niż „normalnie”.

walutomat mochup

Czy warto?

Niech odpowiedzią na to pytanie będzie fakt, że na ostatnim wypadzie do Grecji, wymieniałem pieniądze właśnie w ten sposób. I póki co nie zamierzam go zmieniać.

---> SKOMENTUJ

Z pamiętnika słoika: pierwszy miesiąc w Warszawie

Skip to entry content

Taki prosty chłopak jak ja, w takim wielkim mieście jak WWA czuje się jak Komorowski u Japończyków. W sensie, nie że wchodzę z butami na fotele w knajpach, ale mam lekkie wrażenie, jakbym był w innym świecie, który rządzony jest innymi zasadami i wymaga oswojenia, żeby móc w nim funkcjonować. Więc sukcesywnie oswajam tego kolosa, uczę się na pamięć jego składowych i próbuję nie robić wioski, odstając jak Palikot na zaprzysiężeniu Dudy na prezydenta. A dostosowywać jest się do czego, bo to miasto jest inne. Inne, niż każde inne.

Co mnie zaskoczyło w Warszawie w pierwszym miesiącu mieszkania?

To miasto jest wielkie! Naprawdę! I pod kątem powierzchni, i wielkości budynków, i liczby knajp, nie mówiąc już o gęstości zaludnienia. Główne ulice są szerokie i długie, i w zasadzie przez cały dzień szczelnie pokryte dziką liczbą samochodów, autobusów, tramwajów, skuterów i motocykli, biurowce monstrualnie pną się w górę i błyszczą w słońcu jak lodowe sople, a restauracje, kawiarnie i bary wyrastają obok siebie jakby powstawały przez pączkowanie. Starym nawykiem, próbowałem się z kimś umówić „w centrum”, przy czym, już przy drugiej próbie zorientowałem się, że tutaj „centrum” jest jak pół Krakowa. Wielkie.

Jest dużo drożej niż w innych miastach. Przykładowo, za dowóz zakupów z Tesco w KRK płaciłem średnio 7zł, w WWA 10zł. Browar w butelce w jedynej knajpie nad Wisłą w Krakowie, czyli w Forum Przestrzenie, kosztuje 9zł, w Warszawie 12zł, mimo, że jest ich kilka i teoretycznie to wymusza konkurowanie między sobą. Przeciętny burger w dobrej burgerowni w Grodzie Króla Kraka to wydatek około 20 zeta, w stolicy prawie 30. No, czuć różnicę.

Tempo! Wciąż, idąc po chodniku mam wrażenie, że przypadkowo trafiłem w sam środek zawodów chodziarskich, tylko nikt mnie o tym nie poinformował. W Krakowie ludzie się przechadzają, tutaj niemal biegną. Widząc, że ciągle ktoś Cię mija, sam mimowolnie przyspieszasz i zaczynasz żyć szybciej. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Z początku postrzegałem to jako wadę, jednak po miesiącu, zaliczam to do pozytywnych aspektów bycia w tym mieście, bo daje to kopa i sprawia, że najzwyczajniej w świecie przestajesz się opierdalać i tracić czas na pierdoły.

Korki… są równie kolosalne co miasto. Jak coś stanie, to stoi i paraliżuje komunikację, przez co przebicie się na drugą stronę Wisły bywa równie czasochłonne, co wytłumaczenie studentce pierwszego roku polonistyki, że matematyka przydaje się w życiu.

Ciągle coś się dzieje i czujesz, że jesteś w centrum tych wydarzeń. To coś, co zauważyłem bardzo szybko i postrzegam jako największy atut życia w stolicy. Koncerty, manifestacje, maratony, targi śniadaniowe, konferencje, wystawy, plany filmowe, spotkania branżowe, to wszystko dzieje się TUTAJ! I mieszkając w Warszawie jesteś albo tego bezpośrednim uczestnikiem, albo naocznym świadkiem, a nie biernym widzem, do którego docierają zmanipulowane przekazy informacyjne po kilku dniach. I to jest naprawdę zajebiste, bo wiesz, że skoro jesteś tak blisko tego, to możesz mieć na to wpływ!

Sieć rowerów miejskich działa. I to naprawdę, a nie tylko w wyobraźni twórców i władz miasta, jak to jest z KMK Bike w Krakowie. Stacji Veturilo jest naprawdę sporo i samych rowerów również, tak że swobodnie można poruszać się po większości miasta, a nie tylko śródmieściu. I konto można założyć od ręki, bez czekania 3 dni na zaksięgowanie przelewu, co jest wielkim plusem i sprawia, że możesz tu wpaść na weekend i nie wydać ani złotówki na transport miedzy dzielnicami.

Barmani mają poprzewracane w dupach. I robią Ci łaskę, że w ogóle Cię obsługują. Nie wiem skąd się to wzięło, ale nigdzie indziej nie widziałem tylu osób, które żyją w przekonaniu, że powinieneś ich całować po rękach i padać na kolana, za to, że łaskawie na Ciebie spojrzą i naleją browara.

Ludzie się lansują. I nie jest to drogą do osiągnięcia czegoś, a celem samym w sobie. Lansują się korpo-ludki wymieniając tak awangardowe, że aż debilne nazwy knajp, w których byli. Lansują się hipsterzy na jedzenie dań składających się z trawy z glonami, które oficjalnie są i modnymi i niszowymi potrawami. Jednocześnie. Lansują się dzieci w gimnazjum na noszenie na sobie dwukrotności średniej krajowej netto. I ten lans widać od momentu postawienia stopy na centralnym, po moczenie kostek w Wiśle.

Ludzie są aktywni. Mają czas, żeby wyjść z domu w tygodniu, nie płaczą, że jutro środa i trzeba wstać na 9:00 do robo i przede wszystkim chce im się. Uprawiają sporty, chodzą na wydarzenia kulturalne i biorą udział w inicjatywach społecznych. I to jest super, bo czujesz, że Twoje otoczenie żyje, a nie wegetuje pod przykrywką bycia dorosłym.

Ludzie wiedzą po co tu przyjeżdżają. Największe pozytywne oczarowanie. Nie poznałem jeszcze nikogo w Warszawie, kto nie potrafiłby odpowiedzieć na pytanie „po cholerę tu przyjechałeś i płacisz za 16-metrowy pokój tyle, co za dwupokojowe mieszkanie w Czeladzi?”. Ludzie mają plany, ludzie wiedzą co chcą zrobić, ludzie są samoświadomi. Nie dryfują na tratwach „nie wiem”, „kiedyś”, czy „czekam ze swoim życiem na pierdolony znak z nieba w postaci tęczy, piorunów i trójkopytnego jednorożca”.

Taki był pierwszy miesiąc w Warszawie – gubienie się przy wychodzeniu z metra, zastrzyk domięśniowy z motywacji, płacenie 18 zeta za lane piwo i poznanie słoików z celami. Czy mogło być lepiej?

---> SKOMENTUJ

Często się zdarza, że słysząc setki razy jakiś zwrot bądź pojedyncze słowo, mimo, że nie wiemy co ono tak naprawdę znaczy, mimowolnie zaczynamy go używać. Tak jak z ohydną, turbo-komerycjno-kiczowatą piosenką, którą jesteśmy katowani w hipermarketach. Mimo, że jej nienawidzimy i już przy pierwszych dźwiękach czujemy, że znów spotkamy się z wczorajszą kolacją, po tysięcznym przesłuchaniu, niezależnie od własnej, woli zaczynamy ją nucić.

W przypadku posługiwania się nie do końca zrozumiałym słownictwem, możemy powiedzieć coś czego zupełnie nie mieliśmy na myśli i być źle odbieranym przez otoczenie, natomiast w przypadku bezdźwięcznego śpiewania w głowie „Ona tańczy dla mnie” możemy dostać nerwicy natręctw i zniszczyć sobie gust. Nie wiem co jest gorsze, ale dziś zajmiemy się tą pierwszą kwestią. Czyli tłumaczeniem znaczenia słów, których ludzie często używają, mimo, że nie rozumieją.

Oportunista – Onar w kawałku „Nie szukam zrozumienia” rapował

Ja pierdolę szczerze trendy, jestem oportunistą

będąc przekonanym, że oportunista to osoba niezależna, która idzie pod prąd, na przekór aktualnym tendencjom. Myśląc, jak podejrzewam, że „oportunista” pochodzi od słowa „opór”. Niestety, nikt z jego znajomych, nikt z osób pracujących przy powstawaniu płyty, ani nikt z osób biorących udział w nagrywaniu teledysku do tego numeru, nie był na tyle życzliwy, by wyjaśnić mu, że oportunista, to

człowiek bez zasad, przystosowujący się do okoliczności dla doraźnych osobistych korzyści

Czyli ktoś troszkę inny niż mu się wydawało.

Paszkwil – często, gdy ktoś pseudo-poetycko i prawie-elegancko chce powiedzieć, że jakaś dziewczyna jest brzydsza niż dzwonnik z Notre Dame, używa tego określenia. Jednak w rzeczywistości paszkwil to nie maszkara, paskuda czy straszydło, a

utwór literacki, często anonimowy, skierowany przeciw konkretnej osobie, ośmieszający ją w sposób oszczerczy i obelżywy

tak że używając tego słowa jako obelgi ośmieszasz tylko sam siebie.

Frankenstein – to z kolei określenie często stosowane w przypadku, delikatnie rzecz ujmując, mało atrakcyjnych mężczyzn, którym daleko do Rafała Maślaka, czy Ryana Goslinga. Osoby stosujące je mają oczywiście na myśli, że pan określany tym mianem wygląda jak potwór pozszywany z resztek innych ludzi, aspirujący do bycia zombie, jednak są w błędzie. Kto oglądał film o szalonym naukowcu, który chciał ożywić zwłoki, ten powinien pamiętać, że to właśnie on nazywał się Frankenstein, a nie poskładane przez niego monstrum. Pomyłka może wynikać z tego, że potworek tuż po powołaniu do życia zaczął dukać „Frankenstein, Frankenstein”, jednak nie obwieszczał on lokalnej społeczności swego imienia, a deklamował nazwisko swego twórcy. Coś jak „tata, tata” po narodzinach. Zakładając oczywiście, że dzieci zaraz po porodzie potrafią mówić.

Maraton – to bieg, wiadomo. Ale nie dla wszystkich jest wiadome, że to nie byle jaki bieg, a dość sprecyzowany.

Nazwa pochodzi od miejscowości Maraton w Grecji. Według Herodota po zwycięskiej dla Greków bitwie z Persami pod Maratonem w 490 p.n.e., armia perska zaokrętowała i wypłynęła w kierunku bezbronnych Aten. Widząc to, Grecy udali się co sił w nogach do miasta, przybywając praktycznie równocześnie z okrętami perskimi.

Dystans między Maratonem a Atenami wynosił 37 kilometrów, jednak podczas pierwszych igrzysk bieg maratoński zaokrąglono do 40 km, a następnie podczas igrzysk w Londynie dystans ten zwiększono jeszcze o 2195 metrów i tak zostało do dziś. Dlatego powiedzenie, że „przebiegłem 15-kilometrowy maraton” jest równie niepoprawne, co rzucenie „weź większą połowę” podczas dzielenia pizzy.

Incepcja – słowo to nie ma oficjalnej definicji w naszym języku, a zaczęto go używać w Polsce po sukcesie mistrzowskiego filmu Christophera Nolana z Leonardem DiCaprio o tym samym tytule. Niestety weszło do mowy potocznej w błędnym znaczeniu. Najczęściej „incepcja” pada w sytuacjach, gdy ktoś chce opisać rekurencję i sytuację zagnieżdżania zjawiska w samym sobie. Czyli bardziej obrazowo, gdy ktoś w paczce czipsów znajduje drugą paczkę czipsów, krzyczy „incepcja!”. Albo gdy bawi się matrioszką. W rzeczywistości, incepcja to nie jest lalka w lalce, czy sen w śnie, ale podłożenie komuś pomysłu z zewnątrz, tak by uznał go za swoją autorską ideę. Czyli to, co stanowiło główną misję Cobba i jego ekipy.

Bynajmniej – temu, że TO NIE PRZYNAJMNIEJ był poświęcony cały osobny wpis, ale dla niektórych to wciąż za mało.

Gender – aktualnie chyba najbardziej zdemonizowane słowo w naszej kulturze i nawet wazektomia w połączeniu z weganizmem nie budzą tylu negatywnych skojarzeń. Wiele osób krzywi się, marszczy brwi i zaczyna rwać przęsła z ogrodzenia słysząc to słowo, nie mając tak naprawdę pojęcia co ono oznacza. Wbrew obiegowej opinii, „gender” to wcale nie jest synonim pedofilii, homoseksualizmu, ani transwestytyzmu. Gender to nie żadna dewiacja seksualna, a

suma cech osobowości, zachowań, stereotypów i ról płciowych, rozumianych w danym społeczeństwie jako kobiece lub męskie, przyjmowanych przez kobiety i mężczyzn w ramach danej kultury w drodze socjalizacji

Innymi słowy, to płeć kulturowo-społeczna.

Olimpiada – to nie to samo co igrzyska olimpijskie. Określenie „olimpiada” to tak naprawdę

okres 4 lat w kalendarzu starogreckim, stosowany w starożytności na oznaczenie okresów pomiędzy igrzyskami, oraz współcześnie przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski jako rachuba stosowana do obliczenia kolejnych letnich igrzysk olimpijskich

Mam nadzieję, że już nigdy nie usłyszę w telewizji, że „za chwilę zacznie się transmisja z olimpiady”, bo naprawdę nie ma nic pociągającego w gapieniu się w telewizor przez 4 lata, w oczekiwaniu na start imprezy sportowej.

Jeśli macie jakieś słowa, które mogą uzupełnić tę listę, to śmiało, dawajcie do komentarzy.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Kristina Alexanderson
---> SKOMENTUJ