Close
Close

W małych miejscowościach i we wsiach podobno jak nie masz nikogo na poważnie do końca liceum, to rodzina zamawia mszę w Twojej intencji i rzucając na ofiarę zamienia 5-groszówki na 5-złotówki. W miastach jest nieco lepiej, bo taka sytuacja ma miejsce dopiero przy końcu licencjatu, a w takich konglomeratach jak Warszawa, czy Kraków nękanie o partnera pojawia się dopiero po magisterce. Jednak mimo, że w dużych miastach ta rodzinna presja dobrania sobie kogoś do pary jest sporo mniejsza, to mimo wszystko single czują ocenę otoczenia.

Przepraszam, ocenę osób w związkach, które komunikują im, że są równi i równiejsi, i że będąc sobie samemu sterem, okrętem, wędką, przynętą i szczupakiem, i tak nie dorównasz komuś kto ma drugą połówkę. Która nie jest flaszką. Co robią z kolei kawalerowie i panny przy takim postrzeganiu przez innych? Często próbują za wszelką cenę udowodnić, że bycie samemu to najlepsze co ich spotkało w życiu i za nic by nie zmienili stanu cywilnego. Bo niby po co im kula u nogi, przepraszam, partner? I często, żeby udowodnić jak dobrze jest im bez nikogo, kłamią.

Oto najczęstsze kłamstwa singli.

„Dawno nie byłem w kinie, bo nie leciało nic dobrego”, znaczy najczęściej „wstydzę się chodzić sam do kina, a nie chcę być piątym kołem u wozu idąc ze znajomą parką”.

„Założyłem Tindera dla zabawy”, znaczy najczęściej „bardzo chcę kogoś poznać, a inne metody zawiodły, więc próbuję tego”.

„Walentynki mnie śmieszą”, znaczy najczęściej „doprowadza mnie do szału oglądanie tych wszystkich migdalących się ludzi, przypominających mi o tym, że JESTEM SAM!”.

„Cenię swoją niezależność”, znaczy najczęściej „staram się widzieć jasne strony mrocznych sytuacji”.

„Nie lubię planować wakacji, ogarnę coś na spontanie”, znaczy najczęściej „moi wszyscy znajomi jadą gdzieś parami i nie mam z kim wybrać się na wczasy”.

„Nie lubię jeść na mieście”, znaczy najczęściej „nie chcę, żeby się wydało, że jestem tak samotny, że nie mam nawet z kim pójść do restauracji”.

„Lubię seks bez zobowiązań”, znaczy najczęściej „bardzo potrzebuję seksu, a skoro nie mogę go uprawiać z kimś kogo kocham z wzajemnością, to biorę to co jest”.

„Byłam na szybkich randkach, bo mnie koleżanka namówiła”, znaczy najczęściej „namówiłam koleżankę, żeby ze mną poszła na szybkie randki, bo liczyłam, że może tam kogoś poznam”.

„Biorę nadgodziny, bo jestem potrzebny w firmie”, znaczy najczęściej „kompletnie nie wiem co zrobić z wolnym czasem, więc staram się mieć go jak najmniej”.

„Mam kota, bo lubię zwierzęta”, znaczy najczęściej „mam kota, bo nie mam faceta, a potrzebuję ciepła i obecności kogoś żywego”.

„Domówki mnie nudzą”, znaczy najczęściej „na domówkach organizowanych przez moich znajomych są same pary, którymi już rzygam”.

„Chodzę do klubów, żeby posłuchać muzyki”, znaczy najczęściej „chodzę do klubów z nadzieją na poznanie kogoś sensownego albo chociaż seks”.

„Nie oglądam porno”, znaczy najczęściej „kłamię, kłamię, kłamię”.

(niżej jest kolejny tekst)

62
Dodaj komentarz

avatar
29 Comment threads
33 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
37 Comment authors
Grocrafty.plmagdafrajertattwaVenAngelika Gugułka Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

„Chcę się wyszaleć, nachodzić po klubach i nażłopać wódy, puszczając zalotne pijackie oczko do mijanych efebów – za wszystkie czasy” = „…ale chętniej w sumie pooglądałbym film pod kocem, migdaląc się z kimś bliskim serduszku :<".
Ewentualnie: "ja nie szukam nikogo na stałe, jak mi się zachce, to znajdę"= "ależ owszem, szukam, ale prędzej umrę i się zabiję, dokładnie w tej kolejności, niż cokolwiek zrobię z którymkolwiek z tych gnomów, których poznałam w życiu".

Paulina Stasieniuk
Gość
Paulina Stasieniuk

Drugie jest dokładnie o mnie. Z trzema wyjątkami tak zajętymi innymi dziedzinami życia, że w sumie się nie liczy…

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Też przerabiałam tę metodę prób i błędów.Z przewagą błędów.

cynicalegoist.
Gość

A jak mnie czasami męczy związek, to znaczy że kłamię i na pewno mieć kogoś jest w 100% lepiej, niż być singlem?

Pytam poważnie, bo w dzisiejszej blogosferze zauważyłem dziwny trend posiadania kogoś na siłę, bo jeśli kogoś nie masz, to znaczy że na pewno nikt Cię nie chce, a nie dlatego, że serio chcesz być sam. Mam nadzieję że większość wyżej wymienionych stwierdzeń ma podłoże czysto ironiczne.

Jan Favre
Gość

„A jak mnie czasami męczy związek, to znaczy że kłamię i na pewno mieć kogoś jest w 100% lepiej, niż być singlem?” – oczywiście, że nie i zdecydowanie nie jest za byciem z kimś za wszelką cenę i tylko po to, żeby być.

cynicalegoist.
Gość

Dzięki. Chciałem to usłyszeć, bo takie wpisy budują trochę błędne widzenie świata, w których bycie samemu jest złe, niewartościowe, przykre, gdy związek jest tęczowym rajem w którym wszystko staje się idealnie. Jestem w związku prawie dwa lata i każdy, kto jest w nim tyle, wie że nie wszystko jest idealne. I gdy mówię o tym moim „singlowym” znajomym, to dziwią mi się i zastanawiają, jak to jest w ogóle możliwe. Nie wiem czemu, ale zbudowaliśmy sobie przekonanie, w którym związek musi być najzajebistszą częścią naszego życia. Nie może po prostu „być”, oparty na miłości i wspólnym partnerstwie. Musi wzdychać, parzyć,… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

„takie wpisy budują trochę błędne widzenie świata, w których bycie samemu jest złe, niewartościowe, przykre” mam wrażenie, że pominąłeś wstęp wpisu, gdzie piszę o presji społecznej i narzucaniu singlom postrzegania świata przez związkowców.

„Nie wiem czemu, ale zbudowaliśmy sobie przekonanie, w którym związek musi być najzajebistszą częścią naszego życia” – to niestety wepchała nam do głów popkultura, komedie romantyczne, seriale i popowe piosenki, gdzie lansowany jest model sprowadzania sensu egzystencji i osiągania szczęścia do bycia z drugą osobą.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Ja tego tekstu tak nie odebrałam. Dla mnie bardziej traktuje o ludziach, którzy naprawdę nie mogą sobie znaleźć nikogo sensownego – a chcieliby, i to dużo bardziej, niż mogą się przyznać przed sobą i innymi.

Dot
Gość
Dot

Zdecydowanie mieć byle kogo nie jest lepiej niż być singlem. Trust me.

Agata Muszyńska
Gość

Z tymi kotami to ostrożnie. Zaadoptowałam kotkę, żartując, że przecież „w takim wieku” i bez chłopaka to powinnam się zainteresować mruczkami, po czym – kilkanaście godzin później – natknęłam się na NIEGO. Szkoda, że pokój nie ma ścian z gumy, bo się ciaśniej zrobiło. : ))

Jan Favre
Gość

Dlatego piszę, że „znaczy najczęściej”, a nie „zawsze znaczy” :)

Agata Muszyńska
Gość

Tak, rozumiem – moje „ostrożnie” kierowane raczej było do dziewczyn… :D

Jan Favre
Gość

Aaa :)

Maciej Trojanowicz
Gość

Ale ja chodzę do klubów posłuchać muzyki…

Poza tym nie wyobrażam sobie kogoś sensownego, który nie słucha podobnej muzyki, z którym później można uprawiać seks. Szanujmy się!

Klaudia Gajda
Gość
Klaudia Gajda

Ja akurat chodzę ,żeby wyładować energię poprzez taniec . ( Mam chłopaka )

Joanna Pachla
Gość

O, nigdy nie zwracałam na to uwagi. Chociaż pewnie zwróciłabym w momencie, kiedy facet puściłby mi Zenka Martyniuka jako podkład… :D

Minerva
Gość

Oj, bardzo się z Tobą zgadzam.

Grocrafty.pl
Gość

Do jakich klubów chodzisz, bo ja jeszcze w żadnym nie słyszałam dobrej muzyki?:)

Maciej Trojanowicz
Gość

Każdy ma własną definicję „dobrej muzyki”. :)

Dla mnie dobrą grają w takich jak: Nowa Jerozolima, Sfinks700, Prozak 2.0, Projekt LAB czy Das Lokal. :)

Grocrafty.pl
Gość

Generalnie w każdym klubie, w jakim byłam wygląda to podobnie. Do 22, kiedy jeszcze prawie nikt nie tańczy, puszczają fajną dla mnie muzę. Wchodzę na parkiet, załapię się na kilka fajnych nut (a czasem i nie), a potem jest non stop rąbanka i techno:) I takie coś leci do momentu, w którym kieruję się do szatni po kurtkę, bo wtedy wracają fajne hity, ale mi się już nie chce:)

Maciej Trojanowicz
Gość

Cóż, ja techno lubię. Ale nie takie chujowe, „manieczkowe” łupanie, które 95% Polaków myli z techno.

Ale to temat na bardzo długą rozmowę. :)

Niemniej jednak: szanuję, że nie lubisz i rozumiem Twój ból, bo dawniej sam w klubach czułem się nieswojo.

Patrycja Glińska
Gość
Patrycja Glińska

A ja jako singiel lubiłam sama chodzić do kina, jadać w restauracjach. Przynajmniej nikt nie wybierał mi filmów mogłam z czystym sumieniem wybrać się na jakąś strzelankę typu G.I Joe. A już o tym że mogłam spokojnie zjeść stek zamiast sałatkę bo przyszły luby patrzy to już nie wspominam. Ja w stanie singlowym przeżyłam spokojnie do 27 roku życia i całkiem dobrze wspominam ten okres.

Jan Favre
Gość

Niezależnie czy byłem sam, czy w związku, zdarzało mi się chodzić w pojedynkę do kina lub na obiad, bo nie wydaje mi się, żeby były to czynności genetycznie zarezerwowane dla par :)

Borsuk
Gość
Borsuk

A ja właśnie nie kumam tego, że w związku to już tylko kompromis i nigdy nic swojego. Jak kocha to i kotlety mielone na smalcu zaakceptuje ;)

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

No, mój mnie właśnie prawie że za to pokochał ;).

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Pogotowie Życiowe #5: Mam 24 lata i wciąż nie mam narzeczonego. To normalne?

Skip to entry content

Ostatnio dostaję od Was tyle wiadomości z problemami związkowo-życiowymi, że nie jestem w stanie odpowiadać na wszystkie indywidualnie i postanowiłem reaktywować najbardziej empatyczny i zaangażowany społecznie cykl na blogu – „Pogotowie Życiowe”. Tym razem czytelniczka Kasia pisze w sprawie swojej i koleżanki, a łączy je jedno pytanie: czy jeśli dorosła kobieta nie jest w związku, to coś z nią jest nie tak? A zresztą, przeczytajcie sami.

(…) Wczoraj byłam świadkiem pewnej sytuacji. Wydawało mi się, że jestem do takich rzeczy przyzwyczajona, ale coś mnie ruszyło i po całonocnych przemyśleniach, postanowiłam, że dobrze byłoby poznać męski punkt widzenia na ten temat. A że jesteś facetem, który wydaje mi się, że podejdzie do sprawy fair , zdecydowałam że napiszę

Dzwoni do mnie koleżanka. Lat 24. Zapłakana. Mówić nie może. Pytam co się stało, a ona, że Mama powiedziała jej, że w tym wieku powinna już mieć narzeczonego, zaplanowany ślub i wiedzieć w jakim kierunku zmierza. A na koniec dodała, że faceci takiej jak ona – 24 letniej, samotnej dziewczyny nie traktują jako potencjalnej kandydatki na partnerkę długoterminową, bo coś musi być z nią nie tak, skoro nikogo aktualnie nie ma. Taak. Sama nie mogłam w to uwierzyć Fakt, dziewczyna w swoim 24 letnim życiu miała jednego poważnego faceta, kilka ‚znajomości’ z których nic nie wyszło. Ale ja osobiście właśnie za to ją najbardziej podziwiałam. Potrafiła wyplątać się ze znajomości, które nic pozytywnego do jej życia nie wnosiły, często toksycznych. I to się ceni. Ja tak nie potrafię i dostaję po tyłku. Jednak Marzena się załamała, że teraz to już w ogóle zostanie wybrakowaną laską w wieku ‚już bliżej niż dalej’ i do rozumu nikt jej przemówić nie może. Z mojego KOBIECEGO podkreślam punktu widzenia sytuacja chora. Sama mam 22 lata i aktualnie żadnego potencjalnego kandydata na męża na horyzoncie, ale to nie średniowiecze. Jedni znajdują żony/mężów/konkubentów/utrzymanków jak kto woli w wieku 17 lat inni 25, a jeszcze inni 40. Czas na rozwój i te sprawy o których nie będę Ci pisać bo oklepane. Po tym przydługawym wstępie chciałam Cię zapytać jak na to patrzą faceci. Nie chłopcy. Czy według Was kobieta, która ma 24, no 25+ i nie jest 365 dni w związku ( bo zdarzy się przerwa – zaryzykuję – nawet roczna), który zamierza przypięczętować przysięgą przy ołtarzu jest przez Was gorzej postrzegana? Lepiej patrzycie na 19 latki, które od 13 roku życia mają co miesiąc innego chłopaka, bo niby bardziej atrakcyjne? Sama już nie wiem po całonocnych przemyśleniach czy to mój umówmy się ‚punkt widzenia małolaty’ jest dziwny czy mamy Marzeny, która to jedną rozmową zrównała poczucie wartości swojej córki z ziemią ? (…)

Pozdrawiam Kasia.

Kasi bardzo zależy na poznaniu męskiego punktu widzenia, więc Panowie, tutaj szczególny apel do Was: dajcie znać w komentarzach jak widzicie tę sytuację? Czy uważacie, że jeśli 20-kilkuletnia dziewczyna nie ma narzeczonego, to coś z nią jest nie tak? Czy jako przyszła żona, atrakcyjniejszy byłby dla Was sprawdzony, przechodzony towar, czy jednak docenilibyście, że nie brała wszystkiego co podleci, byle być z kimś, tylko jednak czekała na odpowiedniego mężczyznę? Zakładając oczywiście, że nie jest dziewicą, która dwójkę ludzi przeciwnej płci widziała w łóżku wyłącznie na ekranizacji „50 twarzy Greya”, ale normalną dziewczyną z doświadczeniami związkowymi.

Jak to miało miejsce wcześniej w tym cyklu, pierwsze 24 godziny należą do Was i jest to czas, w którym ja jestem tylko obserwatorem i nie ingeruję w kształt dyskusji. Przypominam jedynie, że w „Pogotowiu Życiowym” szczególny nacisk kładziemy na wzajemny szacunek i empatię, bo jego celem jest pomoc drugiej osobie, poprzez poznanie opinii niezależnych ludzi, w związku z czym, wypowiadamy się stonowanie, bez ironii, sarkazmu, ani przytyków do kogokolwiek. Czyli tak jakbyśmy szczerze rozmawiali z przyjaciółmi.

To jak, to normalne, że Kasia i Marzena są po 20-tym roku życia i wciąż nie mają narzeczonych?

Kasiu, w liście z problemem, o którym piszesz, nałożyło się kilka wątków, z których każdy jest ważny, a źle zrozumiany zahacza o patologię. A przynajmniej bycie nieszczęśliwym. Większość z nich dość dobrze wyjaśnili czytelnicy, dzieląc swoim spostrzeżeniami rzucającymi właściwe światło na tę sprawę tak że szacunek dla Was, za tak mocne zaangażowanie! Żeby jednak nie było niejasności, wyjaśnimy je sobie po kolei.

Po pierwsze, o wartości człowieka nie decyduje to, czy jest w związku, czy sam, czy ma dziecko, czy kota i stadninę koni. O wartości człowieka świadczą jego czyny i to kim jest. Bo druga osoba jest dodatkiem do życia, a nie jego sensem samym w sobie. Natomiast pierdolenie, że „dopiero, gdy będziesz mieć dziecko zrozumiesz na czym polega życie”, to po prostu pierdolenie i nie daj sobie wmówić, że jest prawdą.

Po drugie, nie żyjesz dla rodziny tylko dla siebie, bo jesteś jedyną osobą ponoszącą konsekwencje tego, co się z Tobą dzieje. Jeśli nie masz pewności, to weź pożyczkę w Providencie i zobacz do kogo przyjdą windykatorzy, gdy jej nie spłacisz. Albo uderz się młotkiem w głowę i sprawdź kogo będzie bolało. Zaręczam Cię, że ani babcię Krysię, ani wujka Staszka, ani nawet mamę. Podobnie będzie z bólem egzystencjalnym i turbo chujowym samopoczuciem, kiedy wejdziesz w niechciany związek małżeński, bo rodzina naciskała. Boleć będzie Ciebie.

Po trzecie, nie ma czegoś takiego jak normalność, ale zamężnej dziewczynie po 20-ce, z mojej perspektywy bliżej jest do bycia dziwną niż normalną. Nie mówię, że branie ślubu w takim momencie jest złe i powinno się tego zakazać, ale będąc tak młodym to mocno nieodpowiedzialne. Po pierwsze mając te 22, czy nawet 24, człowiek najczęściej jeszcze nic nie przeżył, nic nie widział i nic nie zarobił, więc ani nie ma pojęcia o świecie, ani nie będzie w stanie utrzymać siebie i rodziny. A udawanie wielkiej dorosłości, bo ma się pozłacany metal na serdecznym palcu, żyjąc cały czas za hajs starych to żenada.

Po czwarte, i podejrzewam dla Ciebie najważniejsze, to czy byłaś do tej pory w 1 związku, czy w 10, dla Twojego przyszłego partnera nie ma znaczenia. Tak bardzo jak dla Tutsi i Hutu nie ma znaczenia, czy w kolejnych wyborach parlamentarnych wygra PO, PiS, czy LPR. Jeśli jesteś atrakcyjna wizualnie i interesująca osobowościowo, to żaden facet nie zniechęci się do Ciebie tylko dlatego, że nie masz żadnego związku za sobą, bo kogo to obchodzi? To w ilu relacjach byłaś jest kwestią marginalną, istotne jest, czy go pociągasz i jak się przy Tobie czuje, a uwierz mi te czynniki nie pną się w górę proporcjonalnie do liczby facetów, do których mówiłaś „misiu”. Powiedziałbym, że wręcz odwrotnie.

To tyle, aczkolwiek mamie koleżanki przydałaby się konsultacja u psychologa, bo robi dużą krzywdę własnej córce.

(autorem zdjęcia w nagłówku jest clement127)

Cotygodniowy Przegląd Internetu #47: Maciej Stuhr, ksiądz gej i CeZik

Skip to entry content

(satyryczna ilustracja autorstwa Oli z „Jak lampart pazurem”

Kto śledzi na Snapchacie mój poranny program informacyjny (kanał: panstayfly), ten dość dobrze wie, co działo się w tym tygodniu i dzisiejszy „Cotygodniowy Przegląd Internetu” nie będzie dla niego wielkim zaskoczeniem. Aczkolwiek nie znaczy, że nie dowie się niczego nowego, bo mijający tydzień to zdecydowanie więcej niż te 5 tematów, o których gadałem na wideo. Dużo więcej. Co konkretnie?

Branżowa modomowa: kolejny odcinek słowniczka z modowymi pojęciami. Tym razem wytłumaczone zostają takie hasła jak „pin-up”, „haute couture”, czy „pret-a-porter”, którego znaczenie od dawna mnie zastanawiało, ale byłem zbyt leniwy, żeby zgooglować.

Księżniczki z bajek Disneya jako hot-dogi: nie wiem, czy tu trzeba dodawać coś więcej, po prostu Arielka została parówką.

37 pytań o piwo: zbiór merytorycznych odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania na temat najpopularniejszego w Polsce alkoholu.

Usuwanie robaków z ubrań w „elitarnym” budynku Rezydencji Foksal: czyli sposób w jaki zemścił się jeden z najemców na wspólnocie mieszkaniowej, za uniemożliwienie mu otwarcia lokalu gastronomicznego na jednym z luksusowych warszawskich osiedli.

Najgorsze co możesz dać kobiecie to czas: dość dobrze wytłumaczone zjawisko, którego kilkukrotnie byłem naocznym świadkiem. Mianowicie, jeśli kobieta ma za dużo czasu na myślennie, to prawie na pewno wymyśli coś głupiego.

Genialny rebranding opakowań mleczka w tubce: podesłała jedna z czytelniczek pod tekstem o „chemii z dzieciństwa, którą kochaliśmy” i momentalnie zakochałem się w tych projektach! Są prześliczne, kupowałbym na potęgę mleko zagęszczone w takich tubkach!

7 grzechów głównych knajp na Fejsie: celne wypunktowane nieogarnięcia mikroprzedsiębiorców gastronomicznych i tego, jak nie potrafią zadbać o wizerunek swojego biznesu.

Ksiądz ujawnia, że jest gejem: konkretnie ksiądz Krzysztof Charamsa ujawnia, że jest gejem w związku z drugim mężczyzną, co robi z niego turbo hipokrytę, a całe zamieszanie wokół upublicznienia swojej orientacji robi po to, żeby wypromować swoją książkę. Mimo to, wmanipulowanie poważnych, zasięgowych mediów w to, że każdy z nich dostanie sensacyjną informację na wyłączność, było na tyle zabawne, że nawet się na niego nie gniewam.

Maciej Stuhr jako Dorota Wellman: przeprowadza wywiad z samym sobą i jest prześmieszny. Chętnie oglądałbym jego kanał na YouTube, gdzie parodiowałby celebrytów, bo wyszło mu to świetnie.

W krzyżowym ogniu pytań Doroty

Posted by Maciej Stuhr on 5 października 2015

Star Trek przerobiony: przez Dema. W charakterystyczny dla niego absurdalnie absurdalny sposób.

Klip tygodnia: oficjalnie i publicznie stwierdzam, że CeZik jest przegeniuszem! Ten gość ma taką wyobraźnię jak wszyscy polscy reżyserzy i muzycy razem wzięci! Czujecie, że każdy dźwięk w tym miksie pochodzi z jego ust i nie ma tu ani pół instrumentu? I że każda z postaci w klipie to on? Co znaczy, że każde ujęcie musiał nagrywać z pińcset razy i pewnie poświęcić miesiąc na montaż? SZACUN!

Fanpage tygodnia: kiedy trafiłem na ten profil, w pierwszym momencie pomyślałem, że to tania podróbka „Sztucznych fiołków”. Na szczęście przetrzymałem to pierwsze wrażenie i zagłębiłem się bardziej w „Średniowieczne memy”, znajdując całą kopalnię retro-awangardowej beki. Świetne, popkulturowo-chamskie dialogi dołączane do, z pozoru nieśmiesznych, obrazów sprzed wielu stuleci. Kozak!

Ogłoszenie parafialne: jak pewnie zdążyliście już zauważyć, na bloga wjechał nowy szablon, który nie jest wolny o niedociągnięć i błędów. Póki co zbieram niedoróbki do poprawki, które zostaną ogarnięte w przyszłym tygodniu, więc jeśli widzicie, że coś nie hula, to piszcie śmiało. A jak wszystko hula i jest zajebiście, to też nie krępujcie się tego wyrazić. Wcale się nie obrażę.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!