Close
Close

Pogotowie Życiowe #5: Mam 24 lata i wciąż nie mam narzeczonego. To normalne?

Skip to entry content

Ostatnio dostaję od Was tyle wiadomości z problemami związkowo-życiowymi, że nie jestem w stanie odpowiadać na wszystkie indywidualnie i postanowiłem reaktywować najbardziej empatyczny i zaangażowany społecznie cykl na blogu – „Pogotowie Życiowe”. Tym razem czytelniczka Kasia pisze w sprawie swojej i koleżanki, a łączy je jedno pytanie: czy jeśli dorosła kobieta nie jest w związku, to coś z nią jest nie tak? A zresztą, przeczytajcie sami.

(…) Wczoraj byłam świadkiem pewnej sytuacji. Wydawało mi się, że jestem do takich rzeczy przyzwyczajona, ale coś mnie ruszyło i po całonocnych przemyśleniach, postanowiłam, że dobrze byłoby poznać męski punkt widzenia na ten temat. A że jesteś facetem, który wydaje mi się, że podejdzie do sprawy fair , zdecydowałam że napiszę

Dzwoni do mnie koleżanka. Lat 24. Zapłakana. Mówić nie może. Pytam co się stało, a ona, że Mama powiedziała jej, że w tym wieku powinna już mieć narzeczonego, zaplanowany ślub i wiedzieć w jakim kierunku zmierza. A na koniec dodała, że faceci takiej jak ona – 24 letniej, samotnej dziewczyny nie traktują jako potencjalnej kandydatki na partnerkę długoterminową, bo coś musi być z nią nie tak, skoro nikogo aktualnie nie ma. Taak. Sama nie mogłam w to uwierzyć Fakt, dziewczyna w swoim 24 letnim życiu miała jednego poważnego faceta, kilka ‚znajomości’ z których nic nie wyszło. Ale ja osobiście właśnie za to ją najbardziej podziwiałam. Potrafiła wyplątać się ze znajomości, które nic pozytywnego do jej życia nie wnosiły, często toksycznych. I to się ceni. Ja tak nie potrafię i dostaję po tyłku. Jednak Marzena się załamała, że teraz to już w ogóle zostanie wybrakowaną laską w wieku ‚już bliżej niż dalej’ i do rozumu nikt jej przemówić nie może. Z mojego KOBIECEGO podkreślam punktu widzenia sytuacja chora. Sama mam 22 lata i aktualnie żadnego potencjalnego kandydata na męża na horyzoncie, ale to nie średniowiecze. Jedni znajdują żony/mężów/konkubentów/utrzymanków jak kto woli w wieku 17 lat inni 25, a jeszcze inni 40. Czas na rozwój i te sprawy o których nie będę Ci pisać bo oklepane. Po tym przydługawym wstępie chciałam Cię zapytać jak na to patrzą faceci. Nie chłopcy. Czy według Was kobieta, która ma 24, no 25+ i nie jest 365 dni w związku ( bo zdarzy się przerwa – zaryzykuję – nawet roczna), który zamierza przypięczętować przysięgą przy ołtarzu jest przez Was gorzej postrzegana? Lepiej patrzycie na 19 latki, które od 13 roku życia mają co miesiąc innego chłopaka, bo niby bardziej atrakcyjne? Sama już nie wiem po całonocnych przemyśleniach czy to mój umówmy się ‚punkt widzenia małolaty’ jest dziwny czy mamy Marzeny, która to jedną rozmową zrównała poczucie wartości swojej córki z ziemią ? (…)

Pozdrawiam Kasia.

Kasi bardzo zależy na poznaniu męskiego punktu widzenia, więc Panowie, tutaj szczególny apel do Was: dajcie znać w komentarzach jak widzicie tę sytuację? Czy uważacie, że jeśli 20-kilkuletnia dziewczyna nie ma narzeczonego, to coś z nią jest nie tak? Czy jako przyszła żona, atrakcyjniejszy byłby dla Was sprawdzony, przechodzony towar, czy jednak docenilibyście, że nie brała wszystkiego co podleci, byle być z kimś, tylko jednak czekała na odpowiedniego mężczyznę? Zakładając oczywiście, że nie jest dziewicą, która dwójkę ludzi przeciwnej płci widziała w łóżku wyłącznie na ekranizacji „50 twarzy Greya”, ale normalną dziewczyną z doświadczeniami związkowymi.

Jak to miało miejsce wcześniej w tym cyklu, pierwsze 24 godziny należą do Was i jest to czas, w którym ja jestem tylko obserwatorem i nie ingeruję w kształt dyskusji. Przypominam jedynie, że w „Pogotowiu Życiowym” szczególny nacisk kładziemy na wzajemny szacunek i empatię, bo jego celem jest pomoc drugiej osobie, poprzez poznanie opinii niezależnych ludzi, w związku z czym, wypowiadamy się stonowanie, bez ironii, sarkazmu, ani przytyków do kogokolwiek. Czyli tak jakbyśmy szczerze rozmawiali z przyjaciółmi.

To jak, to normalne, że Kasia i Marzena są po 20-tym roku życia i wciąż nie mają narzeczonych?

Kasiu, w liście z problemem, o którym piszesz, nałożyło się kilka wątków, z których każdy jest ważny, a źle zrozumiany zahacza o patologię. A przynajmniej bycie nieszczęśliwym. Większość z nich dość dobrze wyjaśnili czytelnicy, dzieląc swoim spostrzeżeniami rzucającymi właściwe światło na tę sprawę tak że szacunek dla Was, za tak mocne zaangażowanie! Żeby jednak nie było niejasności, wyjaśnimy je sobie po kolei.

Po pierwsze, o wartości człowieka nie decyduje to, czy jest w związku, czy sam, czy ma dziecko, czy kota i stadninę koni. O wartości człowieka świadczą jego czyny i to kim jest. Bo druga osoba jest dodatkiem do życia, a nie jego sensem samym w sobie. Natomiast pierdolenie, że „dopiero, gdy będziesz mieć dziecko zrozumiesz na czym polega życie”, to po prostu pierdolenie i nie daj sobie wmówić, że jest prawdą.

Po drugie, nie żyjesz dla rodziny tylko dla siebie, bo jesteś jedyną osobą ponoszącą konsekwencje tego, co się z Tobą dzieje. Jeśli nie masz pewności, to weź pożyczkę w Providencie i zobacz do kogo przyjdą windykatorzy, gdy jej nie spłacisz. Albo uderz się młotkiem w głowę i sprawdź kogo będzie bolało. Zaręczam Cię, że ani babcię Krysię, ani wujka Staszka, ani nawet mamę. Podobnie będzie z bólem egzystencjalnym i turbo chujowym samopoczuciem, kiedy wejdziesz w niechciany związek małżeński, bo rodzina naciskała. Boleć będzie Ciebie.

Po trzecie, nie ma czegoś takiego jak normalność, ale zamężnej dziewczynie po 20-ce, z mojej perspektywy bliżej jest do bycia dziwną niż normalną. Nie mówię, że branie ślubu w takim momencie jest złe i powinno się tego zakazać, ale będąc tak młodym to mocno nieodpowiedzialne. Po pierwsze mając te 22, czy nawet 24, człowiek najczęściej jeszcze nic nie przeżył, nic nie widział i nic nie zarobił, więc ani nie ma pojęcia o świecie, ani nie będzie w stanie utrzymać siebie i rodziny. A udawanie wielkiej dorosłości, bo ma się pozłacany metal na serdecznym palcu, żyjąc cały czas za hajs starych to żenada.

Po czwarte, i podejrzewam dla Ciebie najważniejsze, to czy byłaś do tej pory w 1 związku, czy w 10, dla Twojego przyszłego partnera nie ma znaczenia. Tak bardzo jak dla Tutsi i Hutu nie ma znaczenia, czy w kolejnych wyborach parlamentarnych wygra PO, PiS, czy LPR. Jeśli jesteś atrakcyjna wizualnie i interesująca osobowościowo, to żaden facet nie zniechęci się do Ciebie tylko dlatego, że nie masz żadnego związku za sobą, bo kogo to obchodzi? To w ilu relacjach byłaś jest kwestią marginalną, istotne jest, czy go pociągasz i jak się przy Tobie czuje, a uwierz mi te czynniki nie pną się w górę proporcjonalnie do liczby facetów, do których mówiłaś „misiu”. Powiedziałbym, że wręcz odwrotnie.

To tyle, aczkolwiek mamie koleżanki przydałaby się konsultacja u psychologa, bo robi dużą krzywdę własnej córce.

(autorem zdjęcia w nagłówku jest clement127)

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • No właśnie, wręcz odwrotnie. Ja tam wolalałabym właśnie, żeby mój facet miał za sobą jak najmniej związków. Szczerze mówiąc, mając za sobą związek, w którym zarówno ja, jak i mój chłopak razem po raz pierwszy przeżywaliśmy chwile pełne uniesień, nie mogę sobie wyobrazić być z kimś, kto miałby to za sobą z kimś innym. Ale to chyba nie jest do końca normalne…

  • Martyna

    „listy do Bravo – 15 lat później” istnieją ! :)

  • Dark Chocolate

    Pozwólcież iż zaprezentuję mentalne podkarpacie!

    O ile jestem przeciwna dogadywaniu babek i matek (nie wnosi to nic oprocz depresji), o tyle rozumiem te dziewczyny. Dla kobiet najlepszy czas na znalezienie partnera jest do 30stki. Im dalej w las tym gorzej, bo w twoim baseniku plywaja coraz to starsze rybki. Basen sie zmniejsza. A u facetow dokladnie odwrotnie – coraz to mlodsze pluskaja sie w zasiegu oka :)

    Jak masz 30 lat i jestes singielka, to szukasz faceta w Twoim wieku mniej wiecej lub starszego. Niezonaci faceci po 30stce albo sie zenic nie chca, albo sa zonaci albo sa ciamajdami zyciowymi.

    Pracuje w sporym korpo i naokolo mnie wiekszosc lasek. I uwierzcie mi, wszystkie zaradne, przebojowe, trzepia kase, utrzymuja sie same i daleko im do niezdecydowanej dwudziesteczki na garnuszku rodzicow, ktora nie ma za co wyprawic wesela z kiełbą. One wyprawilyby i 3 wesela bo je stac. Tancza salse, jezdza w gory, ucza sie jezykow, czytaja, podrozuja. I sa SAME. A jak jaki nowy męski, okolo 30-letni nabytek nam na piętro przybywa , to po miesiacu dowiadują sie ze jest zareczony z 22-letnia konsultantka z Sephory.

    Nie pisze tego zeby nikogo straszyc, tylko zeby przekonac dziewczyny zeby walczyc o siebie. Zeby nie czekac 10 lat na pierscionek ktory moze nigdy sie nie pojawic. Poza tym, uwazam ze poznanie kogos w mlodym wieku ma o wiele wiecej plusow, niz osoby tu sie wypowiadajace negatywnie na ten temat tylko dlatego ze same nikogo wartosciowego w tym wieku nie poznaly. Kazdy czlowiek ma wady, w zwiazku wychodza one tym bardziej i to od nas zalezy czy bedziemy umieli uczyc sie milosci, drugiego czlowieka i czy bedziemy chcieli z milosci troszke sie dla niego zmienic.

  • Czekoholiczka

    Ja bym chciała w tej dyskusji pójść o krok dalej i zapytać czy 24-letnia dziewczyna, która „nie brała wszystkiego co podleci, byle być z kimś, tylko jednak czekała na odpowiedniego mężczyznę” i która wciąż jest dziewicą serio jest nienormalna?

  • Kasia Jabłońska

    Chciałabym poruszyć dwie kwestie:

    1. Prosisz o wzajemny szacunek i empatię, a używasz zwrotów „przechodzony towar”, „normalna dziewczyna, nie dziewica”. To zdecydowanie świadczy właśnie o braku szacunku i empatii.

    2. Moim zdaniem niniejsza dyskusja powinna raczej dotyczyć tego, jak bardzo zły wpływ mają na nas oczekiwania i naciski innych. W opisanym przypadku chodzi o mamę, ale to nie tylko wskazywane w komentarzach mamy, ciocie i babcie, ale też współpracownicy, znajomi czy przyjaciele potrafią bardzo głęboko ranić psychicznie (często nieświadomie), przekonując wszystkich wkoło do swojej – jedynie słusznej – wizji świata. Bardzo wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, jak komentarzami, obgadywaniem czy nawet pytaniami potrafi zatruć komuś życie i nie widzi żadnego problemu.

    • Dorota Cudzich

      zgadzam sie! „Przechodzony towar” i „normalna, nie dziewica” to przegiecie w druga strone.

    • Kasiu, te zwroty zostały użyte celowo, aby sprowokować osoby okopane w swoich światopoglądach do wyjścia poza nie i spojrzenia na sytuację z innej perspektywy.

  • IGor

    Po pierwsze 24 lata to młoda dziewczyna. Po drugie wiek i tak nie jest istotny pod tym względem że z kimś jest coś nie tak no chyba żeby miała 50. Ja znam 28 latkę która jest śliczna, mądra, poukladana (i sama – ewenement). Temat z wiekiem jest tylko taki że powoli zaczyna nie być z czego wybierać bo wszystko co fajne jest przebrane ;) przygody seksualne mają znaczenie dla facetów, ale faceci są pod tym względem zazwyczaj fair i mierzą swoją miarą, tzn nie wymagają od kobiety więcej niż od siebie pod tym względem. A co do dziewictwa uważam że to najpiękniejszy prezent dla męża, ale to już moje prywatne zdanie raczej różniące się od zdania większości. Kończąc wywód dla faceta najważniejszy jest wygląd ;)

  • Moja matka powtarzała mi ze w wieku 2
    16 – 26 lat faceci „ruchaja” wszystko co nie ucieka na drzewo. w dzisiejszych czasach łatwo wpaść w toksyczny związek :(

  • Jako stara panna mogę powiedzieć, że to normalne. Ale może samą siebie usprawiedliwiam.
    Każdy ma swoje tempo i emancypacja nam pozwoliła nie rodzić dzieci po kilku pierwszych miesiączkach, czy jak tam nam cycki bardziej urosły.
    Co do koleżanki:
    a) Mamy coś mają nie tak z głową, bo uważają, że takimi hasłami sprawią, że ich dzieci będą szczęśliwe. Spoiler – NIE. Nie będą.
    b) Jeśli koleżanka umie się wyplątać ze związków, które nie są dla niej produktywne, to o takiego skilla trzeba dbać, bo tylko dobrze zaprocentuje w przyszłości.
    c) Przytulić koleżankę i przypomnieć, że nie jest swoją mamą, tylko Koleżanką Marzenką, osobną istotą, a nie simsem kierowanym przez Mamę Marzenki.

    Ot co.

  • Sorry za spam, ale tak z innej beczki. Czy uważacie, że taka infantylizacja społeczeństwa ma pozytywne skutki? Kiedyś człowiek mając 18-20 lat był dorosły i dojrzały. Był na tyle odpowiedzialny, zrównoważony i zaradny, żeby pójść do pracy i założyć rodzinę. Młody mężczyzna był w stanie utrzymać rodzinę a młoda kobieta mieć już dzieci. I nikt się nie zastanawiał, czy to jest dobre, czy nie. Tak było i już.
    Kurcze, mi się wydaje, że to właśnie było normalne. Że 25-latek mieszkający z rodzicami, żyjący od imprezy do imprezy, że bujanie się przez życie na luzie – bo przecież samemu i bez zobowiązań łatwiej, normalne nie jest. Wszystko pod płaszczykiem samorozwoju, kształtowania swojej pozycji i tak dalej. I wydaje mi się, że instytucja małżeństwa, rodzina – bardzo na tym traci i traktowana jest po macoszemu. Śluby, rozwody, dzieci z poprzednich małżeństw, nieumiejętność zadecydowania czego się od życia oczekuje – wydaje mi się, że to jest właśnie skutek tego, że mamy takie bezstresowe, lajtowe życie. Nic nie musimy, jeśli nie chcemy, więc nie trzeba się o nic starać. Wszystko instant, więc i ludzie instant. Jesteśmy niedojrzali emocjonalnie. Jesteśmy zbyt dzieciaci do budowania poważnych relacji i, przykro mi to mówić, ale mała jest różnica w mentalności u 16- i 24-latka.

    I czuję się trochę jak kosmitka, bo pragnę z całego serca być kurą domową – jak moja babcia. Bo w wieku lat 24 odczuwam nieprzemożoną potrzebę posiadania potomstwa, a rodzina jest dla mnie wartością najwyższą.

    To tak na fali komentarzy o tym, co jest „normalniejsze” i o tym, kto jak się czuje w zależności od swojego wieku :)

    • Madix

      Z jednej strony masz rację, ale z drugiej weź pod uwagę, że kiedyś ani wiedza o antykoncepcji, ani dostęp do niej nie był tak powszechny.
      Ludzie mogą, to się zabezpieczają. Gdyby nasi dziadkowie też mieli taki dostęp do antykoncepcji, to pewnie nie byłoby tak powszechne podejście, że „musi być ślub”, jak jest się z kimś w związku… takie podejście, by jak najprędzej „zaobrączkować” partnera, jest IMO właśnie pokłosiem tego, że bez antykoncepcji prędzej czy później taki luźny związek kończył się ciążą, a bycie panną z dzieckiem było powodem do wstydu, bo „rozłożyła nogi przed byle kim, zamiast wybrać sobie odpowiedzialnego faceta, który by z nią i ślub wziął, i dzieci wychował”.

      Obecnie instytucja małżeństwa (z białą suknią, welonem itd.) jest dla naszego pokolenia całkowicie zbędna. Do formalności wystarczy jedynie ślub cywilny (albo być może wkrótce – związek partnerski), a zresztą w praktyce nawet i on nie jest niezbędny: w szpitalu to Ty decydujesz, kto ma być uprawniony do informacji o Twoim stanie zdrowia, zgodnie z naszym prawem nieślubne dzieci dziedziczą tak samo jak te ze sformalizowanych związków, a na podatkach niby rozliczać się razem jest łatwiej, ale osobno można czasem więcej ukręcić.
      Kiedyś jedynie małżeństwo było gwarancją tego, że „chłop nie zostawi baby z brzuchem” i że w ogóle przyzna się do dziecka, bo to przyznanie ojcostwa jest kluczowe np. do dziedziczenia, alimentów itd.

    • Ojej, jak bardzo się nie zgadzam. Czasy się zmieniają, mówienie „kiedyś osiemnastolatek szedł do pracy i był odpowiedzialny” jest podejściem trochę przestarzałym i kompletnie nie pasującym do dzisiejszych realiów. Jak widzisz osiemnastolatka, który kończy zawodówkę, idzie do pracy gdzieś na produkcji, rodzi mu się dziecko, a on utrzymuje ze swojej wypłaty żonę i to dziecko? Jak ta trójka ma przeżyć za tysiąc pięćset złotych?

      To podejście było okej w czasach gdy pracowało się w gospodarstwie rolnym i zabijając jednego świniaka można było wykarmić całą rodzinę przez trzy miesiące, albo za komuny, kiedy to każdy miał pracę z przydziału i z przydziału miał pieniądze. Teraz to jest skrajnie nieodpowiedzialne. Zauważ różnicę pomiędzy krajami wysoko rozwiniętymi, jak Polska (kobiety rodzą dzieci koło trzydziestki) i krajami trzeciego świata, gdzie kobiety rodzą w wieku szesnastu lat, bo średnia długość życia wynosi tam czterdzieści. Piętnastolatek z Ugandy, który musi codziennie iść pięć kilometrów do studni po wodę na pewno jest bardziej odpowiedzialny niż polski student po dwudziestce. Ten sam piętnastolatek nie dalej niż za pięć lat będzie miał już gromadkę dzieci. Czy to znaczy, że Uganda jest taka super?

      Jeżeli chcesz być panią domu to spoko, ale błagam nie premiuj bardzo wczesnego macierzyństwa, bo w krajach wysoko rozwiniętych, koszty posiadania dzieci są wysokie, bo potomkowi należy zapewnić edukację i jakiś byt. Dzieciak już nie jest tanią siłą roboczą – im wcześniej tym lepiej, im więcej tym lepiej, żeby już poszli w pole i wiązać słomę.

  • Dobre – nie dobre. To jest po prostu zupełnie nieistotne i nie wiem, jak w ogóle można pod takim kątem cokolwiek rozpatrywać. Związki i poznawanie odpowiednich ludzi, budowanie relacji to jest tak kompletny random, że tu się nie da niczego sklasyfikować. I nie ma co zaprzątać sobie w ogóle tym głowy, przecież wszystko z czasem jakoś samo przychodzi, tak naturalnie.
    Mój samiec właśnie skończył 36 lat i tak na dobrą sprawę, jestem pierwszą dziewczyną, z którą zdecydował się związać. Ja mam lat 24 i nie byłam sama dłużej niż dwa miesiące odkąd związałam się z moim pierwszym byłym. Co człowiek, to historia. Nie ma, że „trzeba” albo „nie można”. Przecież to jest życie, a nie wzór na pole powierzchni prostopadłościanu.

  • Aleksandra Wilkos

    kiedy mysle o singielstwie, wybrednosci i przebieraniu przypomina mi sie dyskusja z kolega, tez singlem. dyskusja o… kuskusie. gadalismy o tym, ze czasem ktos nas ani ziebi, ani grzeje, a my sie probujemy do niego przekonac – jak do mdlego, moim skromnym zdaniem, kuskusu. ale wystarczy miec pod nosem szpinak, by rzucic wszystko i rzucic sie na ten nieszczesny szpinak, a kuskus idzie w odstawke.
    z jednej strony zarzuca sie singielkom/singlom wybrednosc, ale z drugie strony czy jest sens wchodzic w zwiazek-poczekalnie? czy to fair?
    do kuskusu sie nie przekonam, a od jedzenia na okraglo moze mnie zaczac nawet bardziej odrzucac. dwa razy zdarzylo mi sie kims zainteresowac po dluzszym czasie, ale to wiazalo sie z tym, ze wczesniej bylam w zwiazku, wiec patrzylam na innych ludzi z pewna slepota osoby juz zakochanej po uszy :)
    mysle, ze zwiazki na sile sa duzo gorsze niz samotnosc, bo utrudniaja komus innemu znalezienie kogos, kto bedzie go naprawde docenial.
    w zwiazku z powyzszym zycze wszystkim smacznego ;)

  • 20 lat i ślub? Nie będę się wypowaidać w kwestii „jakości towaru”, ale poruszę 2 inne:
    Aspekt finansowy: jaką parę w tym wieku stać na starosłowiańskie weselicho, z kiełbą, wódką zamiast wody i całą resztą inwentarza?

    Aspekt fizjologiczny: Biologicznie najlepszy wiek na pierwsze dziecko to o ile pamiętam z zamierzchłych czasów (zajęcia na ginekologii), wynosił jakieś 26 lat.

    To już nie te czasy kiedy istniało Bravo, ale aż czuć w tym liście jego piętno.

    Jestem singielką z 5 letnim stażem. Mam 25 lat. Wcześniej 3 związki, absolutnie nieudane. Liczne, przelotne znajomości po drodze. I dobrze mi z tym. Bo związki zawierane na siłę, lub z lęku przed samotnością to nie jest dobry fundament do budowania czegoś trwałego. A ten czas można zainwestować w siebie – nawet zwiększając atrakcyjność dla potencjalnych „nabywców”.

    • A czy starosłowiańskie weselicho to element konieczny do tego, by wziąć ślub? No nie wiem.

      • Nie konieczny dla wszystkich, ale domyślając się, że rzucająca takie zarzuty do dziewczyny matka/babka/ciotka/sąsiadka musiałaby być wprost obrzydliwą tradycjonalistką, to odpowiedź nasuwa się sama.

    • Madix

      Biologicznie to niemal im wcześniej, tym lepiej ;) 20 lat na pewno będzie lepszym wiekiem niż 26 lat, polemizować jedynie można, jaki będzie najniższy możliwy (i dobry – biologicznie ofc) wiek na dziecko. Tempo dojrzewania u dziewczynek jest różnie – ja miałam maxa w skali Tannera już w 12 r. ż., więc myślę, że tak na 16. urodziny spokojnie mogłabym sobie bebe zafundować bez fizycznej szkody dla mojego organizmu xD

      Natomiast z aspektami finansowymi w pełni się zgadzam. Wesele można o różnym standardzie mieć, ale sprowadzanie dziadkom na głowę partnera i dziecka, do małego zazwyczaj mieszkania (jak na taką ilość osób) jest zwyczajnie słabe.
      Dochodzą jeszcze kwestie gotowości psychicznej, ale te są IMO powiązane z samodzielnością finansową (tj. samodzielność finansowa jest jednym z efektów dojrzałości). Można też być ofc ogólnie dojrzałym i samodzielnym, ale nie czuć się gotowym na dziecko i to też jest najzupełniej normalne.

  • Tak w ogóle, to ciekawe, że dostajesz intymne maile o porady. Awansowałeś z pozycji kasownika:) Czyżby stolica tak na Ciebie wpłynęła?;)

  • Ach, takie przemyślenia nachodzą mnie w urodziny:) Szykuję post na podobny temat;) Wśród moich znajomych bardzo dużo jest ludzi niezaręczonych, a starsza jestem. W wieku 24 lat nie miałam takich problemów:)

    Tak w ogóle, to ciekawe, że dostajesz intymne maile o porady. Awansowałeś z pozycji kasownika:) Czyżby stolica tak na Ciebie wpłynęła?;)

    • Trochę nie rozumiem pytania. Co Cię konkretnie ciekawi? Że czytelnicy piszą do mnie maile? Czy że tego dostałem akurat po przeprowadzce do Warszawy?

      • Warszawa podana przypadkowo. Dziwi mnie, że kobieta pisze do obcego mężczyzny takie pytanie, jakoś nie przyszłoby mi to do głowy. Oczywiście nie ma w tym nic złego:)

        • „Dziwi mnie, że kobieta pisze do obcego mężczyzny takie pytanie” – spróbuj założyć popularnego bloga, to przejdziesz nad tym do porządku dziennego :)

          • Próbowałam, nie udało się;) Mój malutki blog poczuł się pojechany.

            Czy to pytanie jakoś Cię uraziło, czy co?:)

            Po prostu nie wiedziałam, że faceci prowadzący blogi też dostają takie pytania:) Jak mówiłam, nie przyszło mi nigdy do głowy napisać do blogera osobistego maila. Tzn. sorry, teraz przyszło, będę do Ciebie pisać:)

            W sumie fajnie, że traktują Cię jak przyjaciela, magia internetu:)

  • Natalia

    „- Ile masz lat?

    – 23, wszystkie moje koleżanki powychodziły już za mąż, mają rodziny,
    dzieci… a ja co?.. To jest małe miasto. Moja ciocia codziennie powtarza mi, że już jestem
    stara panną…”

    Młode Wilki, rok produkcji: 1995.

  • calexicos

    i ja chciałam dołączyć do dyskusji i wtrącić swoje trzy grosze, prawdopodobnie bardzo podobne. prawdopodobnie każdy z nas w swoim otoczeniu może znaleźć wiele osób, które będą uważać „to już najwyższy czas” albo „nie wybrzydzaj, bież okazję, bo zostaniesz starą panną”. moja rada? cóż, pieprzyć ich. uważam, podobnie jak Konrad, że warto czekać na swój ideał – na kogoś, kto nie tylko zawróci nam szaleńczo w głowie, ale będzie TYM. skoro znam siebie, wiem czego oczekuję od innych i wiem, czym mogę się podzielić, co jestem w stanie zaoferować od siebie, to szukam ‚typa’, który wpisze się w moje oczekiwania i będzie zadowolony z tego, co sama mogę mu dać. osobiście nie potrafię się zadowolić „pół-prawdą”. mój punkt widzenia jest oczywiście subiektywny, może nawet bardzo, ale uważam, że nie ma nic złego czy niewłaściwego (a wręcz jest to zabieg poprawny!) w ‚czekaniu’ na właściwego mężczyznę. sama mam za sobą takie doświadczenie – mam 21 lat i nigdy nie zaryzykowałam tracenia czasu na „chłopców”, którzy byli mną zainteresowani, ale ja nie byłam nimi. niedawno znalazłam swój ideał, a właściwie on znalazł mnie i uważam, że był wart wszelkiego czekania. nie ma dla nas żadnego dzwonka, wyznaczającego czas w którym możemy kogoś dla siebie znaleźć. to dobry czas dla koleżanki na wyluzowanie, relaks, pracę nad sobą, rozpoznanie własnych oczekiwań. „always look on the bright side of life” – bycie singlem ma tyle samo zalet, co bycie w długodystansowym związku. należy z tego tylko właściwie korzystać.

  • Kobieta dojrzewa dopiero po trzydziestce. Nie jest normalne swatać się w tak młodym wieku, kiedy jeszcze myśli się bardziej emocjonalnie, niż logicznie.

  • acai

    Nazywanie kogoś przechodzonym towarem nie ma absolutnie nic wspólnego z empatią i szacunkiem.

  • Red Bull

    Mam 34 a dopiero od roku jestem mężatką i mam ślicznego roczniaka.Dawno, dawno temu mój wiek nazywał się staropanienstwem, dziś ta nazwa się zatarła na całe szczęście i odpowiedni wiek przestał istnieć. Moje zdanie jest takie:każdy ma swój scenariusz życia i nic na siłę. wszystko przed tobą dziewczyno. Żyj:)

  • Jakże sprytnie, subtelnie i pewnie nie do końca świadomie przemyciłeś już swoją opinię że no dobra, o narzeczonego pytasz, ale to oczywiste że bycie dwudziestoparoletnią dziewicą bez doświadczeń związkowych normalne już na pewno nie jest ;)

    • k.

      Chciałam napisać to samo. I bynajmniej nie uważam, że to nienormalne.

      • Czy normalne czy nie to już też każdy sam oceni, tutaj akurat uderzyło mnie to że wpis jest z założenia nastawiony na otwartą dyskusję, każdy ma swoje zdanie, empatia, sympatia i kolorowe misie, ale wylazło jednak ze pewne rzeczy są według autora oczywiste i tu już dyskusji nie ma. Takimi skrajnymi przypadkami nie ma się co nawet zajmować.
        Ja do końca nie wiem czy normalne czy nienormalne (w ogóle nie wiem jak zdefiniować tu jakąś normę i czy warto się do niej dostosowywać), ale sama do niedawna takim skrajnym przypadkiem byłam. I jednak trochę ukłuło :)

  • Wprawdzie facetem nie jestem, ale dorzucę coś od siebie: Dziewczyny! Korzystajcie z tego czasu wolności! Ja w wieku 19 lat weszłam w „poważny” związek, w wieku 25 wychodziłam za mąż. Nie mogę powiedzieć, że jestem nieszczęśliwa, bo facet trafił mi się fajny, ale brakuje mi tych kilku lat młodości, które powinnam była przeżyć trochę inaczej.

    • Ciekawi mnie to, co piszesz, bo sama mam 20 lat i od roku jestem w związku, który uważam za „poważny”. Czego dokładnie Ci brakuje? Czy związek w jakiś sposób Cię ograniczał?

      PS Jestem w związku na odległość, swojego lubego widuję średnio raz na miesiąc-półtora, więc mogę mieć nieco inną perspektywę.

      • To nie tak, że ograniczał mnie mój chłopak- na pewno nie w takim sensie, że próbowal mi czegoś zabraniac czy wpływać na moje decyzje. Nic z tych rzeczy. Ale wiesz, jak jesteś w związku to pewnych rzeczy się po prostu nie robi. Nie masz tyle czasu dla przyjaciół. Nie masz tyle czasu na babskie wyjścia. Nie będziesz spotykała się z innym chlopakiem, żeby zobaczyć, z którym Ci lepiej. Nie zorientujesz się, na przykładach, na czym Ci najbardziej zależy, a co może odpuścić, przez co póżniej może nie będziesz umiała w pełni docenić tego co masz. Nie umiem tego wyjaśnic chyba ;) Każdy jest inny, więc może tylko mi brakuje tych kilku lat „wolności i szaleństwa”. Choć tak jak wspomniałam wczesniej, na pewno nie mogę powiedzieć, że jestem nieszczęśliwa, po prostu odczuwam pewien niedosyt ;)

        PS. Mój związek też przeżył wiele etapów „na odległość”- przez pierwszych kilka miesięcy mogliśmy widywać się tylko 1 w tygodniu, a po 2 latach mój mąż (wówczas chlopak) wyjechal za granicę, więc przez kolejne 2,5 lata widywaliśmy się przez kilka tygodni raz na kilka miesięcy.

        • W związku na odległość, przynajmniej moim, odpada problem braku czasu dla przyjaciół czy na babskie wyjścia. Gdyby nie studia, to miałabym go aż nadto. ;) Nie bardzo wiem, o jakich szaleństwach mówisz, ale na pewno nie czuję, żeby fakt bycia w związku mi w czymś przeszkadzał. A przez inne związki przechodziłam w liceum, najdłuższy trwał 9 miesięcy i na tej może nie najpoważniejszej, ale jednak jakiejś podstawie stwierdzam, że mój obecny związek bardzo mi pasuje.

  • Ludzie, kobiety dopiero w okolicach 30-tki dopiero wiedzą, czego chcą od życia, wcześniej tylko eksperymentują i im się tylko coś wydaje (faceci to jeszcze w późniejszym wieku) ;) Stąd tyle nieudanych małżeństw, bo po drodze jakieś dzieci się pojawiły.

  • Asia

    Bardzo chciałabym jednak wierzyć, że małżeństwo nie jest życiowym wyznacznikiem i nie decyduje o tym, czy jesteśmy coś warte czy nie. Mam 24 lata, zaręczona już byłam, a teraz od pół roku jestem sama i całkiem świetnie się czuję. Po przeczytaniu tego tekstu zaczęłam się trochę niepokoić, że może faktycznie ze mną jest coś nie tak.. Wiele koleżanek ma już męża, dzieci, (albo same dzieci), a niektóre zdążyły się już rozwieźć. Mam jednak wrażenie, że ze ślubem czy też bez najważniejsze jest to, żebym była szczęśliwa. Czasy „odrobinkę” się zmieniły, więc nie dajmy sobie wmówić, co jest dla nas odpowiednie/lepsze/korzystniejsze/coludziepowiedzą, bo to jest nasze życie. :) Pozdrawiam moich rodziców, którzy mają do tego wspaniały stosunek i przez to nie czuję się jak stara panna w wieku 24 lat. :)

  • kel

    Jako świeży, 27-letni singiel powiadam Ci: nie ma to żadnego znaczenia. A już słuchanie opinii innych ludzi na temat swojego życia i co się w nim powinno to najgorsza możliwa opcja.

  • Normalniejsze niż być 26- latką po rozwodzie.

    • Aleksandra Muszyńska

      Albo bez, z nowym „wujkiem” dla trojga dziatek zrodzonych ze szczęśliwego, jednotygodniowego konkubinatu, każde z innym facetem.

      • Daleka jestem od osądzania ludzi, bo jestem wspomnianą 26-latką po rozwodzie, dzieci też mam, w nowym związku tez jestem.
        Nie mniej, wciąż uważam, że bycie 24- letnią panną bez perspektyw na szybkie zamążpójście jest normalniejsze :)

        • Dorota Cudzich

          a ja nie uwazam, ze normalniejsze. potencjalnie jedynie mniej brzemienne w skutki i zranienia.

  • A gdzie zdjęcie? ;)

  • Heh, ciekawy temat
    Zaskakujące, że ludzie podchodzą w tym wieku do tematu w taki… dziwny sposób
    Znam dziewczynę, która w wieku 26 lat po raz pierwszy była w związku, znam dziewczynę, która po 7-letnim związku w wieku 24 lat się rozstała z facetem, dwa lata później poznała swojego obecnego męża i wreszcie uważa się za kobietę szczęśliwą, znam dziewczynę, która wiele wycierpiała z różnymi facetami przez ostatnie 10 lat, teraz w wieku 26. lat wychodzi za mąż po 4-miesięcznej znajomości i wyjeżdża z lubym do Stanów…
    To moi rówieśnicy – ale są fantastyczni ludzie, których można poznać i wcześniej i później. Każdego z ans mogą męczyć wątpliwości na temat tego, że będziemy sami i opuszczeni, ale myślę, że nie ma co się tym przejmować i szukać na siłę miłości życia. Ja za każdym razem, gdy odpuszczałem sobie wysiłki w tym temacie, dawałem się zaskoczyć życiu trafiałem na kogoś kto potrafił je w jakiś sposób pozytywnie zmienić : )
    Z mojej perspektywy osoba, która była w kilku związkach, różnych zwiazkach może być zdecydowanie lepszym partnerem – ma w końcu doswiadczenie z roznych okresow swojego zycia i moze odniesc się do obecnego w odpowiedni sposob.

  • Aleksandra Muszyńska

    U mnie gorzej i chorzej – od pięciu lat jestem w związku, a on jeszcze mnie nie poprosił o rękę. Znaczy chyba, że nie traktuje mnie poważnie i po prostu miał akurat pięć wolnych lat, żeby zabić nieco czasu i mieć z kim chodzić do kina na coś innego niż Mad Max :o.
    A poważnie- tak, to normalne.
    Ciekawe, że takich dylematów nie mają w tym wieku mężczyźni. „Olaboga, 24 lata i jeszcze nie mam małżonki i dwojga dziatek, co one sobie wszystkie pomyślą, te lepsze, że jakiś jestem nieodpowiedzialny i tylko dupy mi w głowie, odobryYezu, jesień mija a jam niczyja”.
    Niech koleżanka wrzuci na luz i zredukuje trochę kontakty z babciami, bo czuję, że presja może iść z tej strony ;).

    • Jesteś w stanie oczekującym! :)

      • Aleksandra Muszyńska

        Bride mode: pending.

    • Rany, ja 6 lat, co ludzie o nas pomyślą? Chociaż muszę przyznać, że pytania znajomych i rodziny o ślub dostaję nieustannie.

      • Aleksandra Muszyńska

        Pytania pytaniami- ja mam już regularne nękanie przez Matkę. Jeszcze chwila i zgłoszą znęty psychiczne na policji.

      • Przepraszam za tekst, ale „w dupie z tymi znajomymi” ! To Wy macie być szczęśliwi. Zresztą kto powiedział, że ślub jest obowiązkowy?

    • Nie wiedziałem gdzie napisać, bo po trochu do wszystkich wypowiedzi (które przeczytałem) chciałem się odnieść – zwłaszcza do Twojej o „olaboga-24-latkach-facetach-nie-latawicach”.

      Każdemu według potrzeb – ktoś kiedyś mądry powiedział (a w sumie wielu ich było co tak mówili). I myślę, że w tym temacie tak trzeba myśleć.

      Dlaczego niektóre nasze mamy/babcie/ciocie/wujkcie i inne „cie” nie rozumieją ocb i dlaczego, że jak, bo bez męża/żony czy też ślubu (kościelnego koniecznie! bo cywilny to komuną wieje i trzeba walczyć z odwiecznym czerwonym ścierwem!)?
      A bo najczęściej wychowani w dawnych czasach ograniczeni byli do ludzi co w jednej „wewsi” żyli, albo miasteczku co to każdy wie kto co gdzie i z kim. Innego świata dla nich nie było. Za lasem co to na skraju miasteczka mieszkał świat był zacieniony jak na mapie Comand&Conquer, czy innego Red Alert’a na gimnazjalnym komputerze. Ci co wyjeżdżali ze „zwsi” to samobójcy, odmieńcy i ich społeczeństwo nie chciało. Bo im dobrze było w małym ich przytulnym światku. I tak się w pary łączyli i żyli. I mąż żonę bił, bo pił, żona męża zdradzała, bo się go nie bała, ale przy niedzielnym schabowym wszystko było jak gniecione ziemniaki ze śmietaną łyżką wygładzone.
      Ba! Pewnie, że i zdarzały się pary jak z bajki! Ona go poznała, do razu się zakochała. On nie bardzo, ale tatko powiedział, że kasiasta i w posagu wniesie dużo hajsów, to ją wziął za żonę i po 2 latach w końcu pokochał, bo się okazało, że to zła kobieta nie była.

      Rozpisuję się, a w skrócie chodzi o to, że w tym momencie mamy na wyciągnięcie ręki cały świat. I tak jak możemy studiować pierdyliard kilometrów stąd, tak równie łatwo możemy poznać pierdyliard razy więcej ludzi niż mogli ONI. Tak więc i mamy większy dylemat. No i czasu nam więcej potrzeba na podjęcie decyzji.

      Ale nie zawsze tak jest. I nie jest to w cale gorsze! Jeśli ktoś ma to szczęście, że trafił jak śliwka w kompot (czy tam wpadł, wtopił czy umoczył – jak kto woli) i przed maturą ślubował, że po grób i do końca i na maksa – i się zgodził na swój los, który w cale taki być nie musiał i mu dobrze z tą decyzją – to dobrze. Jeśli ktoś poznał i zakochał się na zabój i chce do końca życia właśnie z nią/nim – super. Przykładów można mnożyć jak się mnożą bakterie na klamce od publicznego szaletu.

      A czy to, że się nie możemy zdecydować, czy zajmuje nam to więcej czasu to znaczy, że nie potrafimy podjąć się zobowiązań? Że boimy się i uciekamy? Nie.
      Każdy z nas jest inny. I każdy inaczej czuje. I inaczej się rozwija. Umysłowo i emocjonalnie. Inne mamy ambicje, potrzeby i marzenia. Więc każdy z nas kiedy indziej będzie szukać tego jedynego szczęścia. Albo i nie. Bo kto powiedział, że ludzie muszą żyć parami. Stereotypowe zrzędliwe baby i dziady też istnieć muszą!
      W moim mniemaniu nierozsądne jest w wieku 20 lat podejmować się wyzwań, na które nie jesteśmy gotowi. Nie mówię, że nikt nie jest na to gotowy. Bo może tak nie jest. A może jest. Ja wiem, że ja nie byłem. I cieszę się, że nie podjąłem się żadnego. Ani domu, ani dzieci, ani żony. Bo wiem, że spaprałbym sobie życie. A ono moje jest. I będę je układał tak jak ja sobie tego chcę, a nie wszystkie „cie”.
      Infantylizacja społeczeństwa? Może. Ale kto bogatemu zabroni. Świat zawsze składał się z nieudaczników, średniaków i wybitnych geniuszy. Tylko w książkach od historii o tych pierwszych się nie pisze. Pewnie dlatego, że szybciej umierali i nic nie osiągnęli.

      Faceci nie mają tego dylematu?

      Jak miałem 24 lata, byłem ówcześnie w już prawie 4 letnim związku. Świętej pamięci dziadek, jak tylko z nim rozmawiałem pytał się kiedy w końcu go na ślub zaproszę. Bo po takim czasie to się tylko żenić trzeba – mawiała moja przyszła-niedoszła-i-dzięki-bogu-teściowa. No i się zastanawiałem. Czy na prawdę? A czy ja tego nie powinienem czuć? Czy tak powinno być? No i się przekonałem, że nie powinno tak być. Że muszę to czuć. A nie czułem. I się skończył związek. No i zostałem. Sam. Lat 25. Czy płakałem? O nie! Cały roczek hulałem (głównie po parkach na rolkach i po kraju na szczudłach) i odżywałem po (z perspektywy czasu) nudnym jak flaki z olejem związku, który niewiele mi do życia wniósł. A później znów poznałem kogoś. I teraz, lat 27, prawie 8 wiem, czuję i chcę. I to się w tym wszystkim liczy.

      Więc dziewczyny. Nie łamcie się. Weźcie się pod ramię i idźcie na drinka. Może poznacie właśnie jego (byle to nie ten sam był, bo kwas się zrobi). Albo nie. I poczytajcie książkę. 18-stka, 24-ka czy 40-stka – bez znaczenia. Może to brzydkie podsumowanie jest, ale w punkt – każda (wstaw ładne słowo określające kobietę, które będzie do rymu, bo ja nie mogłem nic wymyślić) znajdzie swojego adoratora. Jeśli będzie chciała, żeby ją znalazł.

      Uszy do góry!

      • Aleksandra Muszyńska

        …każda śpiwora…?

    • Byłam ze swoim chłopakiem cztery lata i po latach obietnic wspólnego życia nie było żadnej konkretnej deklaracji. Nie chciałam w wieku 20-kilku lat wychodzić za mąż, jednakże po latach deklaracja była dla mnie istotna. Rozstaliśmy się z kilku powodów. On po miesiącu, dwóch miał już nową dziewczynę. Po pół roku oświadczył jej się. Najwidoczniej ze mną nie wystarczyły lata, a z nią raptem kilka słodkich randek. Jak bardzo można poznać osobę po kilku miesiącach spotykania się razem, nie mieszkając nawet razem? ;)

      • Aleksandra Muszyńska

        Tak zwana teoria podważonej przykrywki, w jakiejś książce beletrystycznej o tym czytałam ;).

        • Możesz rozwinąć? Nie znam :)

          • Aleksandra Muszyńska

            Chodziło o to,że pierwsza poważna kobieta w życiu faceta, która nawet kończy jako narzeczona (po wieloletnim związku) to tylko starter, który „podważa przykrywkę” od słoika.Po rozstaniu i obluzowaniu zakrętki następna ma już z górki i szybko odkręca całą zakrętkę, waląc ostro do ołtarza w dwa miesiące ;). To tak w uproszczeniu.

          • Ech… Z dystansu mogę stwierdzić, że dobrze, że nie zostałam jego narzeczoną. Trudniej byłoby mi skończyć na pozór idealny związek, ale mimo wszystko życie w złotej klatce. Uff, starter jest dobry na swoje sposoby ;)

        • Kurde, ktoś wpadł na to przede mną. Zaobserwowałem podobne zjawisko parę lat temu, ale nie potrafiłem tego nazwać. Od teraz wiem jaka to teoria. Dzięki :D

  • Marcin Perfuński

    To normalne, ale polecam małżeństwo ;)

  • Marta Toton

    Dobre pytanie. Mam 25 lat… zobaczymy, co przyniesie życie. Trzeba przyznać, że każdy z nas, z wiekiem dojrzewa do pewnych decyzji, zmienia poglądy na pewne sprawy. Na moim przykładzie, jeszcze 2 lata temu podobała mi się wizja silnej i niezależnej singielki forever. Nie, nie nie jestem imprezowiczką, nie przebieram w „ofertach” itp itd. Jakikolwiek to brzmi…Nie przejmuje sie opinią rodziców, faktem iż większość moich znajomych w jakiś sposób ułożyło sobie życie. Jednak z czasami brakuje mi „kawałka męskiej marynarki”. Jednak, nic na silę.

  • Mam 26 lat i nie mam narzeczonego. Idę kupić kota z okazji staropanieństwa, bo nic dobrego mnie już w tym życiu nie czeka…. no chyba, że ktoś pomoże? Tylko poważne oferty.

    • Nycza

      Mam 20, a babcia już usiłuje mi wbić szpilę: „Widziałam dziś Justynkę (przyjaciółka) z tym jej kawalerem, widzisz widzisz jak fajnie im. Wesele już pewnie szykują” I TEN wzrok.

      To nie jest poważna oferta, zdecydowanie.

      • Szkoda. Brałabym. :)

        • Nycza

          Cholera… pierwsze do śmietnika, drugie do dziennika? Od zerówki mi się to miesza, brak praktyki w przedszkolu. :(

    • Cześć. Jestem Maciek, też mam 26 lat. Ale tylko przez dwa dni jeszcze. :<

  • Nycza

    Normalne, bo kończąc 24 lata niekoniecznie w głowie wszystkich zaskoczy opcja: Tak, to już czas!
    Z drugiej strony właśnie też dlatego nie ma co odkładać szukania odpowiedniej osoby i pracy nad sobą, bo owa opcja może nam się nie uruchomić i w wieku 30 (nie, że to jakiś deadline oczywiście) ;)

  • Lu Ann

    Dziewczyno, masz 24 lata, korzystaj z młodości i wolności, bo ten czas szybko zleci a nigdy nie wroci. Na meza przyszłego masz jeszcze czasu a czasu! :)

  • W tym wieku powinny być po co najmniej 3 rozwodach i 2 aborcjach.

    Tak zupełnie serio – nie znam faceta którego by to obchodziło.

    • A już myślałam, że się dogadamy. Kurczę!

    • Dorota Cudzich

      czyli 30-latka tez ok.

      • Staromiej

        Tylko 30chy! ;)

  • Paweł Daniel Kęcerski

    Jest to całkiem normalne. W dzisiejszych czasach, w których każdy studiuje, co ciężko połączyć z pracą o przyzwoitym wynagrodzeniu, raczej cieżko wymagać od ludzi żeby byli na tyle samodzielni życiowo by pozwolić sobie na wspólne mieszkanie – co wg. mnie jest jednym z najważniejszych sprawdzianów związku, bez którego ciężko nawet myśleć o ślubie.

    Z drugiej strony, kobiety są w tym położeniu na zdecydowanie gorszej pozycji niż mężczyźni, którzy dużo później, bo dopiero po 30-stce, osiągają maksimum swojej „wartości rynkowej”. W przypadku kobiet 22-25 lat jest jeszcze jak najbardziej akceptowalne, ale proponowałbym znalezienie partnera przed wkroczeniem w nowe dziesięciolecie życia, a potem zacząć myśleć o ślubie – chociaż zupełnie nie rozumiem po co komu ta instytucja. W załączniku szowinistyczny, antykobiecy i faszystowski wykres, przygotowany przez The Rational Male obrazujący to zjawisko.

    • Martyna Bors

      Nawet ciekawy ten wykres!

  • 6 lat do osiągnięcia progu utylizacyjnego? Pies z kulawą nogą się na poważnie nie zainteresuje.
    Mam nadzieję, że pomogłem.

  • Adam

    Tak, to normalne. Kasi podejście jest jak najbardziej OK. Wręcz bym powiedział,że ludzie, którzy się hajtają w wieku 18-20 lat nie bardzo wiedzą co robią, a rodzice Marzeny prezentują punkt widzenia, który może sprawdzał sie 50 lat temu, ale dziś jest tprostą drogą do życiowej porażki.
    To mówiłem ja, facet 28 lat.

    • Otóż to, w sprawach związków mamy i babcie to ostatnie osoby których opinii warto słuchać.

      • Luka

        Chyba sobie żartujesz. Nie doceniasz mądrości i doświadczenia starszych, uważając siebie za alfę i omegę. Trochę szacunku do rodziców i dziadków! Ciekawę, jak na tym wyjdziesz Króliczku…..

        • Teraz ja nie wiem, czy Ty tak serio, czy żartujesz. Zwłaszcza z lajkowaniem własnej wypowiedzi.

          • Aleksandra Muszyńska

            Nikt cię tak skutecznie nie pochwali, jak ty sama ;).

  • Czasem bywa tak, że babka długo jest sama, BO ZA WYSOKIE PROGI NA KAWALERA NOGI, może Marzena zbyt srogo facetów ocenia? :D Miałam taką koleżankę – fotomodelka, twarz jak z okładki ekskluzywnego pisma, świetnie wykształcona, a do 30-stki samotna. Po prostu za mocno wśród adoratorów przebierała.

    • Nie ma czegoś takiego jak za wysokie wymagania. Chcesz więcej, sięgasz po więcej. Jaki jest sens poprzestawać na czymś, co nas nie zadowala?

      • Związek to wzajemne docieranie się i dopasowywanie. To także rezygnacja z pewnych rzeczy u siebie i akceptacja pewnych niedoskonałości u partnera. I to działa w obie strony, bo nie ma ludzi doskonałych. A tutaj pachnie mi „jestem najlepsza na świecie, więc potencjalny on tez taki ma być”. Tak się nie da.

      • Uwierz, jest. Ona miała wymagania stale rosnące, rosnące z każdym kolejnym facetem. Gdy jeden nie miał odpowiedniego jej zdaniem wykształcenia, sięgała po drugiego, wykształconego, ale ten drugi nie miał z kolei mieszkania na własność w którym mogliby zamieszkać, stąd pojawiał się trzeci, spełniający poprzednie wymagania, ale… za bardzo od razu skupiał się na seksach, zamiast ją zabierać na romantyczne spacery. Do dziś jest sama.

        • A Grey zajęty… ;)

        • I ma do tego pełne prawo. Jeśli woli być sama niż poprzestać na kimś, kto nie spełnia jej oczekiwań, to jest to jej sprawa. Brak odpowiedniego wykształcenia, mieszkania, lub romantyzmu to nie są jakieś drobiazgi.

          • Oczywiście, że nie są to drobiazgi! Każda z nas ma do tego prawo, tylko jakoś dziwi mnie to późniejsze narzekanie moich koleżanek, że są tak bardzo samotne. Wiem Konrad, że Ty jesteś, ale ogólnie przecież ideały nie istnieją.

          • Ideały nie. Ale ktoś, kto jest dla kogoś idealny już jak najbardziej.
            Kompletnie nie rozumiem twojego toku myślenia. Laska ma się zmusić do bycia z kimś? Bo co? Bo później będzie żałowała? Będzie narzekała, że wybrzydzała?
            Nie. Jeśli nie znalazła ideału, ani nie zakochała się tak, że ten wymarzony ideał przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, to chyba nie ma obowiązku poprzestawania na tym, co jest dostępne pod ręką.

          • Konrad, czasem wystarczy dać się porwać miłości – i ideał sam się znajduje ;)

          • Że tak się pozwolę wtrącić do rozmowy. Wszystko się zgadza, ale na siłę koleżanki nie zmienisz. Jeśli serce jej mocniej nie zabiło przy kimś i przy tym kimś nie postanowiła olać niektórych spraw, to znaczy, że jeszcze nie spotkała kogoś, dla kogo by to olała.

            Ewentualnie jest kobietą „pod linijkę”, czyli patrząc na kogoś, nie myśli sercem, a po prostu odhacza punkty na liście. Bywa i tak. Ja nie widziałbym się u boku takiej kobiety i podejrzewam, że w takim wypadku ona może jeszcze długo szukać/czekać. Ale wrócę do początku – koleżanki nie zmienisz. Tak jak pisał Konrad – nic na siłę.

          • Pytanie tylko, czy to faktycznie będzie ‚ideał’, z którym warto żyć, czy tak się będzie nam tylko wydawało przez te porywy miłości – serce potrafi strasznie oszukiwać ;)

          • Staromiej

            Tylko na chwilę, ponieważ tak działają emocje.

        • Sylwia

          Pozwolę sobie wtrącić swoje trzy grosze, albo nawet pisiąt. Ja wiem, że dzisiaj, w świecie tętniącym popkulturą, komediami romantycznymi, harlequinami albo po prostu nieudanymi erotykami, które potem zamieniają się w historię miłości życia, oczekujemy fajerwerków. Bo przecież Bridget znalazła swojego idealnego Darcy’ego. Przecież Monica i Chandler potrafili się zakochać po latach przyjaźni, a zaczęło się to podczas podróży na drugi koniec świata. Bo przecież do jasnej cholery wypacykowany jak ciotka na święta Gosling w „Crazy. Stupid. Love” wybiera sobie rudą, pyskatą Emmę Stone zamiast kolejnego wampa do swojego łoża. I my sobie tak siedzimy i marzymy. I część ludu (nie klasyfikuję, czy to domena kobiet czy mężczyzn, wśród moich znajomych tendencja u obu płci jest podobna) zwykła mawiać, że dzisiaj to chcielibyśmy nie wiadomo czego, bo nas właśnie te piękne, popkulturowe historyjki zwodzą. I nie doceniamy tego, co mijamy po drodze, pędząc w kierunku romantycznej miłości. Że wierzymy w te bajeczki o pięknym początku jak rozlanie na siebie kawy rodem z „Nothing Hill”, wspólnym suszeniu się przy kominku jak w „101 Dalmatyńczykach” i o ognistych romansach i seksach (jeżeli nie tak szalonych, to chociaż tak zaspokajających) niczym w „50 Shades…”. I już któryś raz słyszałam od przyjaciółki opinię, że nie ma takiej pięknej miłości. I ok, jestem się w stanie zgodzić z tym, że prawdopodobnie gdy spotkam Delikwenta, to początek nie musi być i nie będzie tak spektakularny. Ale z drugiej strony miłość to trochę magia. I jak nie czujesz chemii, to chyba nie ma się co pakować w związek. Jeżeli nie czujesz przyciągania, tylko połowiczną satysfakcję (?) z przebywania z kimś w bliższej relacji. Po co gnić w czymś takim? Nie wiem, może jestem jakaś naiwna w tym wszystkim, w końcu mam tylko 22 lata… Niech mnie ktoś oświeci, czy rozumuję to jako tako poprawnie.

          • Chyba trochę na opak zrozumiano mój
            komentarz:) Sama kiedyś byłam laską, która „chce i może
            przebierać”. I robiłam to. Tylko kurde, nie przebierać w tym, co
            w facecie materialne (bo ten ma mieszkanie, tamten rodziców
            prawników, inny – dużą firmę), ale w walorach psychofizycznych.
            Bo to z facetem, jego uczuciami, emocjami i przyzwyczajeniami się
            żyje, a nie z jego mieszkaniem w stolicy czy drogim autem. Kiedyś
            dałam szansę kolesiowi poznanemu na Woodstocku – długowłosemu
            studentowi, który nie miał hajsu nawet na bilety autobusowe, by
            mnie odwiedzać. I okazał się facetem mojego życia, którego dziś nie
            wymieniłabym na nikogo. Gdy więc piszę o tym, że dziwi mnie
            „przebieranie”, a potem skarżenie się, że ktoś (ofc nie mówię
            o bohaterkach tego wpisu) jest sam, mam na myśli to, że dziewczyny
            za często patrzą jedynie na materialne zalety szukając ideału.
            Nie przeszkadza mi, że dziś mój facet nie ma jeszcze własnej
            kancelarii czy trzech mieszkań, wystarczy, że od lat traktuje mnie
            jak księżniczkę :)

  • Bez względu na to, czy pod pojęciem „narzeczony” rozumiemy tutaj kolesia, który poprosił naszą 24-latkę o rękę i zamierza się z nią ożenić, czy kolesia, który jest chłopakiem, ale z baraku laku nie ma na niego lepszego określenia, bo „chłopaka” to mają nastolatki, obie te sytuacje są zupełnie normalne przynajmniej przez najbliższe 10 lat. Zresztą – zakochać się, pobrać i być szczęśliwym można w każdym wieku. Mój wujek ożenił się po 20 latach życia na kocią łapę. Miał ponad 70 lat.
    Ale fakt – im później, tym ciężej znaleźć :)

  • Ada Żyta

    Tak, to normalne.

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

Cotygodniowy Przegląd Internetu #47: Maciej Stuhr, ksiądz gej i CeZik

Skip to entry content

(satyryczna ilustracja autorstwa Oli z „Jak lampart pazurem”

Kto śledzi na Snapchacie mój poranny program informacyjny (kanał: panstayfly), ten dość dobrze wie, co działo się w tym tygodniu i dzisiejszy „Cotygodniowy Przegląd Internetu” nie będzie dla niego wielkim zaskoczeniem. Aczkolwiek nie znaczy, że nie dowie się niczego nowego, bo mijający tydzień to zdecydowanie więcej niż te 5 tematów, o których gadałem na wideo. Dużo więcej. Co konkretnie?

Branżowa modomowa: kolejny odcinek słowniczka z modowymi pojęciami. Tym razem wytłumaczone zostają takie hasła jak „pin-up”, „haute couture”, czy „pret-a-porter”, którego znaczenie od dawna mnie zastanawiało, ale byłem zbyt leniwy, żeby zgooglować.

Księżniczki z bajek Disneya jako hot-dogi: nie wiem, czy tu trzeba dodawać coś więcej, po prostu Arielka została parówką.

37 pytań o piwo: zbiór merytorycznych odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania na temat najpopularniejszego w Polsce alkoholu.

Usuwanie robaków z ubrań w „elitarnym” budynku Rezydencji Foksal: czyli sposób w jaki zemścił się jeden z najemców na wspólnocie mieszkaniowej, za uniemożliwienie mu otwarcia lokalu gastronomicznego na jednym z luksusowych warszawskich osiedli.

Najgorsze co możesz dać kobiecie to czas: dość dobrze wytłumaczone zjawisko, którego kilkukrotnie byłem naocznym świadkiem. Mianowicie, jeśli kobieta ma za dużo czasu na myślennie, to prawie na pewno wymyśli coś głupiego.

Genialny rebranding opakowań mleczka w tubce: podesłała jedna z czytelniczek pod tekstem o „chemii z dzieciństwa, którą kochaliśmy” i momentalnie zakochałem się w tych projektach! Są prześliczne, kupowałbym na potęgę mleko zagęszczone w takich tubkach!

7 grzechów głównych knajp na Fejsie: celne wypunktowane nieogarnięcia mikroprzedsiębiorców gastronomicznych i tego, jak nie potrafią zadbać o wizerunek swojego biznesu.

Ksiądz ujawnia, że jest gejem: konkretnie ksiądz Krzysztof Charamsa ujawnia, że jest gejem w związku z drugim mężczyzną, co robi z niego turbo hipokrytę, a całe zamieszanie wokół upublicznienia swojej orientacji robi po to, żeby wypromować swoją książkę. Mimo to, wmanipulowanie poważnych, zasięgowych mediów w to, że każdy z nich dostanie sensacyjną informację na wyłączność, było na tyle zabawne, że nawet się na niego nie gniewam.

Maciej Stuhr jako Dorota Wellman: przeprowadza wywiad z samym sobą i jest prześmieszny. Chętnie oglądałbym jego kanał na YouTube, gdzie parodiowałby celebrytów, bo wyszło mu to świetnie.

W krzyżowym ogniu pytań Doroty

Posted by Maciej Stuhr on 5 października 2015

Star Trek przerobiony: przez Dema. W charakterystyczny dla niego absurdalnie absurdalny sposób.

Klip tygodnia: oficjalnie i publicznie stwierdzam, że CeZik jest przegeniuszem! Ten gość ma taką wyobraźnię jak wszyscy polscy reżyserzy i muzycy razem wzięci! Czujecie, że każdy dźwięk w tym miksie pochodzi z jego ust i nie ma tu ani pół instrumentu? I że każda z postaci w klipie to on? Co znaczy, że każde ujęcie musiał nagrywać z pińcset razy i pewnie poświęcić miesiąc na montaż? SZACUN!

Fanpage tygodnia: kiedy trafiłem na ten profil, w pierwszym momencie pomyślałem, że to tania podróbka „Sztucznych fiołków”. Na szczęście przetrzymałem to pierwsze wrażenie i zagłębiłem się bardziej w „Średniowieczne memy”, znajdując całą kopalnię retro-awangardowej beki. Świetne, popkulturowo-chamskie dialogi dołączane do, z pozoru nieśmiesznych, obrazów sprzed wielu stuleci. Kozak!

Ogłoszenie parafialne: jak pewnie zdążyliście już zauważyć, na bloga wjechał nowy szablon, który nie jest wolny o niedociągnięć i błędów. Póki co zbieram niedoróbki do poprawki, które zostaną ogarnięte w przyszłym tygodniu, więc jeśli widzicie, że coś nie hula, to piszcie śmiało. A jak wszystko hula i jest zajebiście, to też nie krępujcie się tego wyrazić. Wcale się nie obrażę.

---> SKOMENTUJ

3 lata w AirMaxach – czy warto wydać 500zł na buty?

Skip to entry content

Nike AirMax 90 chciałem mieć od bardzo dawna. Konkretnie to od momentu kiedy pojawiła się polska edycja „Yo! MTV Raps” i zobaczyłem je na jakimś klipie amerykańskich raperów. Wyglądały zajebiście, kolesie, którzy w nich rapowali też wyglądali zajebiście i muzyka, którą grali była zajebista, więc biorąc pod uwagę, że od 6-tej klasy podstawówki byłem zajarany hip-hopem i nie widziałem poza nim świata, musiałem je mieć. Tyle, że wtedy w Polsce były nie do dostania. No może w jakimś turbo wygrzany skateshopie w Warszawie na specjalne zamówienie, ale na pewno nie w Sosnowcu.

Gdy w końcu zaczęły pojawiać się w Polsce i nie trzeba było męczyć się ze ściąganiem ich z USA, ich cena wahała się między 500 a 600 złotych. Czyli była równowartością ¼ ówczesnej średniej pensji. Przeciętny Polak, żeby pozwolić sobie na jedną parę sportowych butów musiał pracować cały tydzien. Biorąc pod uwagę, że w tamtych czasach mój miesięczny budżet wynosił 1000zł, z czego musiałem opłacić mieszkanie, w sensie pół pokoju w lodowatej ruderze, jedzenie, bilet miesięczny i wygospodarować coś na tak zwaną „kulturę i rozrywkę”, chyba nie muszę Wam tłumaczyć czemu nie mogłem sobie na nie pozwolić?

Stać mnie na takie fanaberie było dopiero 3 lata temu, kiedy zarobiłem pierwszy hajs na blogu. Jak tylko przyszedł przelew, wyparowałem do sklepu Nike w Galerii Krakowskiej, poprosiłem o rozmiar 43, zapłaciłem i wyszedłem w nich dumny jak paw, unosząc się jak Fisz 30 centymetrów ponad chodnikami. Czułem się jakbym miał urodziny albo jak wtedy, gdy mama w podstawówce włożyła mi wyczekiwany zamek z Lego pod poduszkę i zamiast spać, składałego do 2 w nocy. Bardzo, ale to bardzo się jarałem, że po latach, za własne pieniądze zrealizowałem to nastoletnie marzenie.

Obecnie jest straszna moda na te buty i podejrzewam, że wielu z Was zastanawia się nad ich zakupem, dlatego, w związku z tym, że przeżyliśmy już kilka sezonów, pomyślałem, że odpowiem na pytanie: czy warto wydać 500zł na AirMaxy?

Wygląd

3 lata w AirMax 90

Będę wyjątkowo nieobiektywny, bo 90-tki trwale wpisały się w hip-hopową kulturę, w której byłem od wieku nastoletniego i zawsze mi się podobały. Mimo, że ich bryła, przez poduszkę powietrzną w podeszwie, jest bardzo charakterystyczna, to mało jest rzeczy do których nie pasują. Komponują się zarówno z jeansami, czy sztruksami o regularnym kroju, dresami, joggerami, leginsami, czy nawet spódnicami. Chyba jedyne do czego nie pasują to spodnie w kancik i suknie. Innymi słowy, wyglądają świetnie i są wyjątkowo uniwersalne.

Wygoda

Uwielbiam lekkie buty i bardzo dobrze czuję się w Cortezach, jeszcze lepiej w Pre Montrealach, a najlepiej w Rosherunach albo w ogóle espadrylach. Przy czym te ostanie średnio nadają się do poważniejszych wędrówek. AirMaxy są cięższe od wszystkich wyżej wymienionych, ale wciąż nie czujesz, że coś Ci ciąży na stopach. W środku są miękkie i mimo, że mają dość sztywną konstrukcję to nie powodują dyskomfortu przy wyginaniu stopy – gdybyście wpadli na pomysł, żeby wpisnać się w nich po skałach, czy coś.   Co do samego chodzenia, to przez wspomnianą wcześniej poduszkę powietrzną w podeszwie, amortyzują nierówności podłoża, podskoki, czy bieg, co jest naprawdę spoko opcją. Nie polecam w nich jakoś wyczynowo uprawiać sportu, bo to jednak będzie za mało, ale przy codziennym użytkowaniu i dobieganiu na autobus, sprawują się bardzo dobrze.  

Wytrzymałość

3 lata w Nike AirMax Po 3 latach naprawdę intensywnego użytkowania poziom zużycia jest niewielki. W zasadzie ślady eksploatacji widać tylko przy pięcie, przy czym lekkie starcie się podeszwy, małe ubytki w gumie i przetarcie się farby, to znikome zniszczenie. Skóra, co najważniejsze w tego typu butach, nigdzie nie pękła, ani bardzo widoczne się nie zdeformowała. W środku, mimo, że od kupna ściągam i zakładam je bez rozsznurowywania, nie zrobiła się żadna dziura, gąbka nie wyleciała, a jedynie w jednym miejscu materiał lekko się wykruszył. Więcej, mimo tego, że buty czyściłem piorąc je w pralce, w żadnym miejscu nie puścił klej, ani nie nastąpił żaden inny defekt od środków chemicznych. 3 lata w Air Max 90 Podsumowując, stan bardzo dobry minus, jakby to napisali allegrowicze z odznaką super sprzedawcy.  

Zastosowanie

 

Tu dochodzimy chyba do najważniejszego puntku. Skórzane 90-tki to dla mnie miejskie obuwie jesienno-zimowe i mimo, że nie z takim przeznaczeniem zostały stworzone, to w takiej funkcji sprawują się świetnie! Przede wszystkim są ciepłe (swoją drogą nie rozumiem jak ludzie mogą w nich chodzić latem), dzięki wysokiej podeszwie i skórze trudno przemakalne i lżejsze niż większość typowych „jesiennych” butów. Przez to, że u dołu jest ta gruba guma, wdepnięcie w kałużę, czy chodzenie po płytkim śniegu kończy się bez szwanku i nie rzucasz w przestrzeń kurew, gdy biegnąc na autobus wpadniesz w coś nieplanowanego.

Na jesienne słoty nadają się idealnie, na lekką zimę, jak na przykład ta w zeszłym roku, też całkiem nieźle. Odpadają, gdy spadnie tyle śniegu, że można budować igla i gdy jest na tyle ciepło, że nie trzeba zakładać kurtki wychodząc z domu.

Czy warto?

3 lata w Nike AirMax 90

Mimo że, żeby uchronić się przed całkowitym zalaniem ulic tymi buciszami, powinienem Wam powiedzieć, że są przereklamowane i szkoda na nie hajsu, to prawda jest inna. Tak, warto wydać pół tysiąca złotych na Nike AirMax 90, bo cena jest adekwatna do stylu, wygody i jakości. Polecam!

---> SKOMENTUJ