Close
Close

Pogotowie Życiowe #5: Mam 24 lata i wciąż nie mam narzeczonego. To normalne?

Skip to entry content

Ostatnio dostaję od Was tyle wiadomości z problemami związkowo-życiowymi, że nie jestem w stanie odpowiadać na wszystkie indywidualnie i postanowiłem reaktywować najbardziej empatyczny i zaangażowany społecznie cykl na blogu – „Pogotowie Życiowe”. Tym razem czytelniczka Kasia pisze w sprawie swojej i koleżanki, a łączy je jedno pytanie: czy jeśli dorosła kobieta nie jest w związku, to coś z nią jest nie tak? A zresztą, przeczytajcie sami.

(…) Wczoraj byłam świadkiem pewnej sytuacji. Wydawało mi się, że jestem do takich rzeczy przyzwyczajona, ale coś mnie ruszyło i po całonocnych przemyśleniach, postanowiłam, że dobrze byłoby poznać męski punkt widzenia na ten temat. A że jesteś facetem, który wydaje mi się, że podejdzie do sprawy fair , zdecydowałam że napiszę

Dzwoni do mnie koleżanka. Lat 24. Zapłakana. Mówić nie może. Pytam co się stało, a ona, że Mama powiedziała jej, że w tym wieku powinna już mieć narzeczonego, zaplanowany ślub i wiedzieć w jakim kierunku zmierza. A na koniec dodała, że faceci takiej jak ona – 24 letniej, samotnej dziewczyny nie traktują jako potencjalnej kandydatki na partnerkę długoterminową, bo coś musi być z nią nie tak, skoro nikogo aktualnie nie ma. Taak. Sama nie mogłam w to uwierzyć Fakt, dziewczyna w swoim 24 letnim życiu miała jednego poważnego faceta, kilka ‚znajomości’ z których nic nie wyszło. Ale ja osobiście właśnie za to ją najbardziej podziwiałam. Potrafiła wyplątać się ze znajomości, które nic pozytywnego do jej życia nie wnosiły, często toksycznych. I to się ceni. Ja tak nie potrafię i dostaję po tyłku. Jednak Marzena się załamała, że teraz to już w ogóle zostanie wybrakowaną laską w wieku ‚już bliżej niż dalej’ i do rozumu nikt jej przemówić nie może. Z mojego KOBIECEGO podkreślam punktu widzenia sytuacja chora. Sama mam 22 lata i aktualnie żadnego potencjalnego kandydata na męża na horyzoncie, ale to nie średniowiecze. Jedni znajdują żony/mężów/konkubentów/utrzymanków jak kto woli w wieku 17 lat inni 25, a jeszcze inni 40. Czas na rozwój i te sprawy o których nie będę Ci pisać bo oklepane. Po tym przydługawym wstępie chciałam Cię zapytać jak na to patrzą faceci. Nie chłopcy. Czy według Was kobieta, która ma 24, no 25+ i nie jest 365 dni w związku ( bo zdarzy się przerwa – zaryzykuję – nawet roczna), który zamierza przypięczętować przysięgą przy ołtarzu jest przez Was gorzej postrzegana? Lepiej patrzycie na 19 latki, które od 13 roku życia mają co miesiąc innego chłopaka, bo niby bardziej atrakcyjne? Sama już nie wiem po całonocnych przemyśleniach czy to mój umówmy się ‚punkt widzenia małolaty’ jest dziwny czy mamy Marzeny, która to jedną rozmową zrównała poczucie wartości swojej córki z ziemią ? (…)

Pozdrawiam Kasia.

Kasi bardzo zależy na poznaniu męskiego punktu widzenia, więc Panowie, tutaj szczególny apel do Was: dajcie znać w komentarzach jak widzicie tę sytuację? Czy uważacie, że jeśli 20-kilkuletnia dziewczyna nie ma narzeczonego, to coś z nią jest nie tak? Czy jako przyszła żona, atrakcyjniejszy byłby dla Was sprawdzony, przechodzony towar, czy jednak docenilibyście, że nie brała wszystkiego co podleci, byle być z kimś, tylko jednak czekała na odpowiedniego mężczyznę? Zakładając oczywiście, że nie jest dziewicą, która dwójkę ludzi przeciwnej płci widziała w łóżku wyłącznie na ekranizacji „50 twarzy Greya”, ale normalną dziewczyną z doświadczeniami związkowymi.

Jak to miało miejsce wcześniej w tym cyklu, pierwsze 24 godziny należą do Was i jest to czas, w którym ja jestem tylko obserwatorem i nie ingeruję w kształt dyskusji. Przypominam jedynie, że w „Pogotowiu Życiowym” szczególny nacisk kładziemy na wzajemny szacunek i empatię, bo jego celem jest pomoc drugiej osobie, poprzez poznanie opinii niezależnych ludzi, w związku z czym, wypowiadamy się stonowanie, bez ironii, sarkazmu, ani przytyków do kogokolwiek. Czyli tak jakbyśmy szczerze rozmawiali z przyjaciółmi.

To jak, to normalne, że Kasia i Marzena są po 20-tym roku życia i wciąż nie mają narzeczonych?

Kasiu, w liście z problemem, o którym piszesz, nałożyło się kilka wątków, z których każdy jest ważny, a źle zrozumiany zahacza o patologię. A przynajmniej bycie nieszczęśliwym. Większość z nich dość dobrze wyjaśnili czytelnicy, dzieląc swoim spostrzeżeniami rzucającymi właściwe światło na tę sprawę tak że szacunek dla Was, za tak mocne zaangażowanie! Żeby jednak nie było niejasności, wyjaśnimy je sobie po kolei.

Po pierwsze, o wartości człowieka nie decyduje to, czy jest w związku, czy sam, czy ma dziecko, czy kota i stadninę koni. O wartości człowieka świadczą jego czyny i to kim jest. Bo druga osoba jest dodatkiem do życia, a nie jego sensem samym w sobie. Natomiast pierdolenie, że „dopiero, gdy będziesz mieć dziecko zrozumiesz na czym polega życie”, to po prostu pierdolenie i nie daj sobie wmówić, że jest prawdą.

Po drugie, nie żyjesz dla rodziny tylko dla siebie, bo jesteś jedyną osobą ponoszącą konsekwencje tego, co się z Tobą dzieje. Jeśli nie masz pewności, to weź pożyczkę w Providencie i zobacz do kogo przyjdą windykatorzy, gdy jej nie spłacisz. Albo uderz się młotkiem w głowę i sprawdź kogo będzie bolało. Zaręczam Cię, że ani babcię Krysię, ani wujka Staszka, ani nawet mamę. Podobnie będzie z bólem egzystencjalnym i turbo chujowym samopoczuciem, kiedy wejdziesz w niechciany związek małżeński, bo rodzina naciskała. Boleć będzie Ciebie.

Po trzecie, nie ma czegoś takiego jak normalność, ale zamężnej dziewczynie po 20-ce, z mojej perspektywy bliżej jest do bycia dziwną niż normalną. Nie mówię, że branie ślubu w takim momencie jest złe i powinno się tego zakazać, ale będąc tak młodym to mocno nieodpowiedzialne. Po pierwsze mając te 22, czy nawet 24, człowiek najczęściej jeszcze nic nie przeżył, nic nie widział i nic nie zarobił, więc ani nie ma pojęcia o świecie, ani nie będzie w stanie utrzymać siebie i rodziny. A udawanie wielkiej dorosłości, bo ma się pozłacany metal na serdecznym palcu, żyjąc cały czas za hajs starych to żenada.

Po czwarte, i podejrzewam dla Ciebie najważniejsze, to czy byłaś do tej pory w 1 związku, czy w 10, dla Twojego przyszłego partnera nie ma znaczenia. Tak bardzo jak dla Tutsi i Hutu nie ma znaczenia, czy w kolejnych wyborach parlamentarnych wygra PO, PiS, czy LPR. Jeśli jesteś atrakcyjna wizualnie i interesująca osobowościowo, to żaden facet nie zniechęci się do Ciebie tylko dlatego, że nie masz żadnego związku za sobą, bo kogo to obchodzi? To w ilu relacjach byłaś jest kwestią marginalną, istotne jest, czy go pociągasz i jak się przy Tobie czuje, a uwierz mi te czynniki nie pną się w górę proporcjonalnie do liczby facetów, do których mówiłaś „misiu”. Powiedziałbym, że wręcz odwrotnie.

To tyle, aczkolwiek mamie koleżanki przydałaby się konsultacja u psychologa, bo robi dużą krzywdę własnej córce.

(autorem zdjęcia w nagłówku jest clement127)
(niżej jest kolejny tekst)

99
Dodaj komentarz

avatar
40 Comment threads
59 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
57 Comment authors
Weronika TruszczyńskaMadixGrassjaMartynaPaweł Wysocki Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ada Żyta
Gość
Ada Żyta

Tak, to normalne.

Jacek eM
Gość

Bez względu na to, czy pod pojęciem „narzeczony” rozumiemy tutaj kolesia, który poprosił naszą 24-latkę o rękę i zamierza się z nią ożenić, czy kolesia, który jest chłopakiem, ale z baraku laku nie ma na niego lepszego określenia, bo „chłopaka” to mają nastolatki, obie te sytuacje są zupełnie normalne przynajmniej przez najbliższe 10 lat. Zresztą – zakochać się, pobrać i być szczęśliwym można w każdym wieku. Mój wujek ożenił się po 20 latach życia na kocią łapę. Miał ponad 70 lat.
Ale fakt – im później, tym ciężej znaleźć :)

zudit.pl
Gość

Czasem bywa tak, że babka długo jest sama, BO ZA WYSOKIE PROGI NA KAWALERA NOGI, może Marzena zbyt srogo facetów ocenia? :D Miałam taką koleżankę – fotomodelka, twarz jak z okładki ekskluzywnego pisma, świetnie wykształcona, a do 30-stki samotna. Po prostu za mocno wśród adoratorów przebierała.

Konrad
Gość

Nie ma czegoś takiego jak za wysokie wymagania. Chcesz więcej, sięgasz po więcej. Jaki jest sens poprzestawać na czymś, co nas nie zadowala?

Jacek eM
Gość

Związek to wzajemne docieranie się i dopasowywanie. To także rezygnacja z pewnych rzeczy u siebie i akceptacja pewnych niedoskonałości u partnera. I to działa w obie strony, bo nie ma ludzi doskonałych. A tutaj pachnie mi „jestem najlepsza na świecie, więc potencjalny on tez taki ma być”. Tak się nie da.

zudit.pl
Gość

Uwierz, jest. Ona miała wymagania stale rosnące, rosnące z każdym kolejnym facetem. Gdy jeden nie miał odpowiedniego jej zdaniem wykształcenia, sięgała po drugiego, wykształconego, ale ten drugi nie miał z kolei mieszkania na własność w którym mogliby zamieszkać, stąd pojawiał się trzeci, spełniający poprzednie wymagania, ale… za bardzo od razu skupiał się na seksach, zamiast ją zabierać na romantyczne spacery. Do dziś jest sama.

Jacek eM
Gość

A Grey zajęty… ;)

Konrad
Gość

I ma do tego pełne prawo. Jeśli woli być sama niż poprzestać na kimś, kto nie spełnia jej oczekiwań, to jest to jej sprawa. Brak odpowiedniego wykształcenia, mieszkania, lub romantyzmu to nie są jakieś drobiazgi.

zudit.pl
Gość

Oczywiście, że nie są to drobiazgi! Każda z nas ma do tego prawo, tylko jakoś dziwi mnie to późniejsze narzekanie moich koleżanek, że są tak bardzo samotne. Wiem Konrad, że Ty jesteś, ale ogólnie przecież ideały nie istnieją.

Konrad
Gość

Ideały nie. Ale ktoś, kto jest dla kogoś idealny już jak najbardziej.
Kompletnie nie rozumiem twojego toku myślenia. Laska ma się zmusić do bycia z kimś? Bo co? Bo później będzie żałowała? Będzie narzekała, że wybrzydzała?
Nie. Jeśli nie znalazła ideału, ani nie zakochała się tak, że ten wymarzony ideał przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, to chyba nie ma obowiązku poprzestawania na tym, co jest dostępne pod ręką.

zudit.pl
Gość

Konrad, czasem wystarczy dać się porwać miłości – i ideał sam się znajduje ;)

Łukasz Przechodzeń
Gość

Że tak się pozwolę wtrącić do rozmowy. Wszystko się zgadza, ale na siłę koleżanki nie zmienisz. Jeśli serce jej mocniej nie zabiło przy kimś i przy tym kimś nie postanowiła olać niektórych spraw, to znaczy, że jeszcze nie spotkała kogoś, dla kogo by to olała. Ewentualnie jest kobietą „pod linijkę”, czyli patrząc na kogoś, nie myśli sercem, a po prostu odhacza punkty na liście. Bywa i tak. Ja nie widziałbym się u boku takiej kobiety i podejrzewam, że w takim wypadku ona może jeszcze długo szukać/czekać. Ale wrócę do początku – koleżanki nie zmienisz. Tak jak pisał Konrad – nic… Czytaj więcej »

Magdalena Stankiewicz
Gość

Pytanie tylko, czy to faktycznie będzie ‚ideał’, z którym warto żyć, czy tak się będzie nam tylko wydawało przez te porywy miłości – serce potrafi strasznie oszukiwać ;)

Staromiej
Gość
Staromiej

Tylko na chwilę, ponieważ tak działają emocje.

Sylwia
Gość
Sylwia

Pozwolę sobie wtrącić swoje trzy grosze, albo nawet pisiąt. Ja wiem, że dzisiaj, w świecie tętniącym popkulturą, komediami romantycznymi, harlequinami albo po prostu nieudanymi erotykami, które potem zamieniają się w historię miłości życia, oczekujemy fajerwerków. Bo przecież Bridget znalazła swojego idealnego Darcy’ego. Przecież Monica i Chandler potrafili się zakochać po latach przyjaźni, a zaczęło się to podczas podróży na drugi koniec świata. Bo przecież do jasnej cholery wypacykowany jak ciotka na święta Gosling w „Crazy. Stupid. Love” wybiera sobie rudą, pyskatą Emmę Stone zamiast kolejnego wampa do swojego łoża. I my sobie tak siedzimy i marzymy. I część ludu (nie… Czytaj więcej »

zudit.pl
Gość

Chyba trochę na opak zrozumiano mój komentarz:) Sama kiedyś byłam laską, która „chce i może przebierać”. I robiłam to. Tylko kurde, nie przebierać w tym, co w facecie materialne (bo ten ma mieszkanie, tamten rodziców prawników, inny – dużą firmę), ale w walorach psychofizycznych. Bo to z facetem, jego uczuciami, emocjami i przyzwyczajeniami się żyje, a nie z jego mieszkaniem w stolicy czy drogim autem. Kiedyś dałam szansę kolesiowi poznanemu na Woodstocku – długowłosemu studentowi, który nie miał hajsu nawet na bilety autobusowe, by mnie odwiedzać. I okazał się facetem mojego życia, którego dziś nie wymieniłabym na nikogo. Gdy więc… Czytaj więcej »

Adam
Gość
Adam

Tak, to normalne. Kasi podejście jest jak najbardziej OK. Wręcz bym powiedział,że ludzie, którzy się hajtają w wieku 18-20 lat nie bardzo wiedzą co robią, a rodzice Marzeny prezentują punkt widzenia, który może sprawdzał sie 50 lat temu, ale dziś jest tprostą drogą do życiowej porażki.
To mówiłem ja, facet 28 lat.

Króliczek Doświadczalny
Gość

Otóż to, w sprawach związków mamy i babcie to ostatnie osoby których opinii warto słuchać.

Luka
Gość
Luka

Chyba sobie żartujesz. Nie doceniasz mądrości i doświadczenia starszych, uważając siebie za alfę i omegę. Trochę szacunku do rodziców i dziadków! Ciekawę, jak na tym wyjdziesz Króliczku…..

Króliczek Doświadczalny
Gość

Teraz ja nie wiem, czy Ty tak serio, czy żartujesz. Zwłaszcza z lajkowaniem własnej wypowiedzi.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Nikt cię tak skutecznie nie pochwali, jak ty sama ;).

Konrad
Gość

6 lat do osiągnięcia progu utylizacyjnego? Pies z kulawą nogą się na poważnie nie zainteresuje.
Mam nadzieję, że pomogłem.

Marcin Michno
Gość

<3

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Cotygodniowy Przegląd Internetu #47: Maciej Stuhr, ksiądz gej i CeZik

Skip to entry content

(satyryczna ilustracja autorstwa Oli z „Jak lampart pazurem”

Kto śledzi na Snapchacie mój poranny program informacyjny (kanał: panstayfly), ten dość dobrze wie, co działo się w tym tygodniu i dzisiejszy „Cotygodniowy Przegląd Internetu” nie będzie dla niego wielkim zaskoczeniem. Aczkolwiek nie znaczy, że nie dowie się niczego nowego, bo mijający tydzień to zdecydowanie więcej niż te 5 tematów, o których gadałem na wideo. Dużo więcej. Co konkretnie?

Branżowa modomowa: kolejny odcinek słowniczka z modowymi pojęciami. Tym razem wytłumaczone zostają takie hasła jak „pin-up”, „haute couture”, czy „pret-a-porter”, którego znaczenie od dawna mnie zastanawiało, ale byłem zbyt leniwy, żeby zgooglować.

Księżniczki z bajek Disneya jako hot-dogi: nie wiem, czy tu trzeba dodawać coś więcej, po prostu Arielka została parówką.

37 pytań o piwo: zbiór merytorycznych odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania na temat najpopularniejszego w Polsce alkoholu.

Usuwanie robaków z ubrań w „elitarnym” budynku Rezydencji Foksal: czyli sposób w jaki zemścił się jeden z najemców na wspólnocie mieszkaniowej, za uniemożliwienie mu otwarcia lokalu gastronomicznego na jednym z luksusowych warszawskich osiedli.

Najgorsze co możesz dać kobiecie to czas: dość dobrze wytłumaczone zjawisko, którego kilkukrotnie byłem naocznym świadkiem. Mianowicie, jeśli kobieta ma za dużo czasu na myślennie, to prawie na pewno wymyśli coś głupiego.

Genialny rebranding opakowań mleczka w tubce: podesłała jedna z czytelniczek pod tekstem o „chemii z dzieciństwa, którą kochaliśmy” i momentalnie zakochałem się w tych projektach! Są prześliczne, kupowałbym na potęgę mleko zagęszczone w takich tubkach!

7 grzechów głównych knajp na Fejsie: celne wypunktowane nieogarnięcia mikroprzedsiębiorców gastronomicznych i tego, jak nie potrafią zadbać o wizerunek swojego biznesu.

Ksiądz ujawnia, że jest gejem: konkretnie ksiądz Krzysztof Charamsa ujawnia, że jest gejem w związku z drugim mężczyzną, co robi z niego turbo hipokrytę, a całe zamieszanie wokół upublicznienia swojej orientacji robi po to, żeby wypromować swoją książkę. Mimo to, wmanipulowanie poważnych, zasięgowych mediów w to, że każdy z nich dostanie sensacyjną informację na wyłączność, było na tyle zabawne, że nawet się na niego nie gniewam.

Maciej Stuhr jako Dorota Wellman: przeprowadza wywiad z samym sobą i jest prześmieszny. Chętnie oglądałbym jego kanał na YouTube, gdzie parodiowałby celebrytów, bo wyszło mu to świetnie.

W krzyżowym ogniu pytań Doroty

Posted by Maciej Stuhr on 5 października 2015

Star Trek przerobiony: przez Dema. W charakterystyczny dla niego absurdalnie absurdalny sposób.

Klip tygodnia: oficjalnie i publicznie stwierdzam, że CeZik jest przegeniuszem! Ten gość ma taką wyobraźnię jak wszyscy polscy reżyserzy i muzycy razem wzięci! Czujecie, że każdy dźwięk w tym miksie pochodzi z jego ust i nie ma tu ani pół instrumentu? I że każda z postaci w klipie to on? Co znaczy, że każde ujęcie musiał nagrywać z pińcset razy i pewnie poświęcić miesiąc na montaż? SZACUN!

Fanpage tygodnia: kiedy trafiłem na ten profil, w pierwszym momencie pomyślałem, że to tania podróbka „Sztucznych fiołków”. Na szczęście przetrzymałem to pierwsze wrażenie i zagłębiłem się bardziej w „Średniowieczne memy”, znajdując całą kopalnię retro-awangardowej beki. Świetne, popkulturowo-chamskie dialogi dołączane do, z pozoru nieśmiesznych, obrazów sprzed wielu stuleci. Kozak!

Ogłoszenie parafialne: jak pewnie zdążyliście już zauważyć, na bloga wjechał nowy szablon, który nie jest wolny o niedociągnięć i błędów. Póki co zbieram niedoróbki do poprawki, które zostaną ogarnięte w przyszłym tygodniu, więc jeśli widzicie, że coś nie hula, to piszcie śmiało. A jak wszystko hula i jest zajebiście, to też nie krępujcie się tego wyrazić. Wcale się nie obrażę.

3 lata w AirMaxach – czy warto wydać 500zł na buty?

Skip to entry content

Nike AirMax 90 chciałem mieć od bardzo dawna. Konkretnie to od momentu kiedy pojawiła się polska edycja „Yo! MTV Raps” i zobaczyłem je na jakimś klipie amerykańskich raperów. Wyglądały zajebiście, kolesie, którzy w nich rapowali też wyglądali zajebiście i muzyka, którą grali była zajebista, więc biorąc pod uwagę, że od 6-tej klasy podstawówki byłem zajarany hip-hopem i nie widziałem poza nim świata, musiałem je mieć. Tyle, że wtedy w Polsce były nie do dostania. No może w jakimś turbo wygrzany skateshopie w Warszawie na specjalne zamówienie, ale na pewno nie w Sosnowcu.

Gdy w końcu zaczęły pojawiać się w Polsce i nie trzeba było męczyć się ze ściąganiem ich z USA, ich cena wahała się między 500 a 600 złotych. Czyli była równowartością ¼ ówczesnej średniej pensji. Przeciętny Polak, żeby pozwolić sobie na jedną parę sportowych butów musiał pracować cały tydzien. Biorąc pod uwagę, że w tamtych czasach mój miesięczny budżet wynosił 1000zł, z czego musiałem opłacić mieszkanie, w sensie pół pokoju w lodowatej ruderze, jedzenie, bilet miesięczny i wygospodarować coś na tak zwaną „kulturę i rozrywkę”, chyba nie muszę Wam tłumaczyć czemu nie mogłem sobie na nie pozwolić?

Stać mnie na takie fanaberie było dopiero 3 lata temu, kiedy zarobiłem pierwszy hajs na blogu. Jak tylko przyszedł przelew, wyparowałem do sklepu Nike w Galerii Krakowskiej, poprosiłem o rozmiar 43, zapłaciłem i wyszedłem w nich dumny jak paw, unosząc się jak Fisz 30 centymetrów ponad chodnikami. Czułem się jakbym miał urodziny albo jak wtedy, gdy mama w podstawówce włożyła mi wyczekiwany zamek z Lego pod poduszkę i zamiast spać, składałego do 2 w nocy. Bardzo, ale to bardzo się jarałem, że po latach, za własne pieniądze zrealizowałem to nastoletnie marzenie.

Obecnie jest straszna moda na te buty i podejrzewam, że wielu z Was zastanawia się nad ich zakupem, dlatego, w związku z tym, że przeżyliśmy już kilka sezonów, pomyślałem, że odpowiem na pytanie: czy warto wydać 500zł na AirMaxy?

Wygląd

3 lata w AirMax 90

Będę wyjątkowo nieobiektywny, bo 90-tki trwale wpisały się w hip-hopową kulturę, w której byłem od wieku nastoletniego i zawsze mi się podobały. Mimo, że ich bryła, przez poduszkę powietrzną w podeszwie, jest bardzo charakterystyczna, to mało jest rzeczy do których nie pasują. Komponują się zarówno z jeansami, czy sztruksami o regularnym kroju, dresami, joggerami, leginsami, czy nawet spódnicami. Chyba jedyne do czego nie pasują to spodnie w kancik i suknie. Innymi słowy, wyglądają świetnie i są wyjątkowo uniwersalne.

Wygoda

Uwielbiam lekkie buty i bardzo dobrze czuję się w Cortezach, jeszcze lepiej w Pre Montrealach, a najlepiej w Rosherunach albo w ogóle espadrylach. Przy czym te ostanie średnio nadają się do poważniejszych wędrówek. AirMaxy są cięższe od wszystkich wyżej wymienionych, ale wciąż nie czujesz, że coś Ci ciąży na stopach. W środku są miękkie i mimo, że mają dość sztywną konstrukcję to nie powodują dyskomfortu przy wyginaniu stopy – gdybyście wpadli na pomysł, żeby wpisnać się w nich po skałach, czy coś.   Co do samego chodzenia, to przez wspomnianą wcześniej poduszkę powietrzną w podeszwie, amortyzują nierówności podłoża, podskoki, czy bieg, co jest naprawdę spoko opcją. Nie polecam w nich jakoś wyczynowo uprawiać sportu, bo to jednak będzie za mało, ale przy codziennym użytkowaniu i dobieganiu na autobus, sprawują się bardzo dobrze.  

Wytrzymałość

3 lata w Nike AirMax Po 3 latach naprawdę intensywnego użytkowania poziom zużycia jest niewielki. W zasadzie ślady eksploatacji widać tylko przy pięcie, przy czym lekkie starcie się podeszwy, małe ubytki w gumie i przetarcie się farby, to znikome zniszczenie. Skóra, co najważniejsze w tego typu butach, nigdzie nie pękła, ani bardzo widoczne się nie zdeformowała. W środku, mimo, że od kupna ściągam i zakładam je bez rozsznurowywania, nie zrobiła się żadna dziura, gąbka nie wyleciała, a jedynie w jednym miejscu materiał lekko się wykruszył. Więcej, mimo tego, że buty czyściłem piorąc je w pralce, w żadnym miejscu nie puścił klej, ani nie nastąpił żaden inny defekt od środków chemicznych. 3 lata w Air Max 90 Podsumowując, stan bardzo dobry minus, jakby to napisali allegrowicze z odznaką super sprzedawcy.  

Zastosowanie

 

Tu dochodzimy chyba do najważniejszego puntku. Skórzane 90-tki to dla mnie miejskie obuwie jesienno-zimowe i mimo, że nie z takim przeznaczeniem zostały stworzone, to w takiej funkcji sprawują się świetnie! Przede wszystkim są ciepłe (swoją drogą nie rozumiem jak ludzie mogą w nich chodzić latem), dzięki wysokiej podeszwie i skórze trudno przemakalne i lżejsze niż większość typowych „jesiennych” butów. Przez to, że u dołu jest ta gruba guma, wdepnięcie w kałużę, czy chodzenie po płytkim śniegu kończy się bez szwanku i nie rzucasz w przestrzeń kurew, gdy biegnąc na autobus wpadniesz w coś nieplanowanego.

Na jesienne słoty nadają się idealnie, na lekką zimę, jak na przykład ta w zeszłym roku, też całkiem nieźle. Odpadają, gdy spadnie tyle śniegu, że można budować igla i gdy jest na tyle ciepło, że nie trzeba zakładać kurtki wychodząc z domu.

Czy warto?

3 lata w Nike AirMax 90

Mimo że, żeby uchronić się przed całkowitym zalaniem ulic tymi buciszami, powinienem Wam powiedzieć, że są przereklamowane i szkoda na nie hajsu, to prawda jest inna. Tak, warto wydać pół tysiąca złotych na Nike AirMax 90, bo cena jest adekwatna do stylu, wygody i jakości. Polecam!