Close
Close

Z pamiętnika słoika: pierwszy miesiąc w Warszawie

Skip to entry content

Taki prosty chłopak jak ja, w takim wielkim mieście jak WWA czuje się jak Komorowski u Japończyków. W sensie, nie że wchodzę z butami na fotele w knajpach, ale mam lekkie wrażenie, jakbym był w innym świecie, który rządzony jest innymi zasadami i wymaga oswojenia, żeby móc w nim funkcjonować. Więc sukcesywnie oswajam tego kolosa, uczę się na pamięć jego składowych i próbuję nie robić wioski, odstając jak Palikot na zaprzysiężeniu Dudy na prezydenta. A dostosowywać jest się do czego, bo to miasto jest inne. Inne, niż każde inne.

Co mnie zaskoczyło w Warszawie w pierwszym miesiącu mieszkania?

To miasto jest wielkie! Naprawdę! I pod kątem powierzchni, i wielkości budynków, i liczby knajp, nie mówiąc już o gęstości zaludnienia. Główne ulice są szerokie i długie, i w zasadzie przez cały dzień szczelnie pokryte dziką liczbą samochodów, autobusów, tramwajów, skuterów i motocykli, biurowce monstrualnie pną się w górę i błyszczą w słońcu jak lodowe sople, a restauracje, kawiarnie i bary wyrastają obok siebie jakby powstawały przez pączkowanie. Starym nawykiem, próbowałem się z kimś umówić „w centrum”, przy czym, już przy drugiej próbie zorientowałem się, że tutaj „centrum” jest jak pół Krakowa. Wielkie.

Jest dużo drożej niż w innych miastach. Przykładowo, za dowóz zakupów z Tesco w KRK płaciłem średnio 7zł, w WWA 10zł. Browar w butelce w jedynej knajpie nad Wisłą w Krakowie, czyli w Forum Przestrzenie, kosztuje 9zł, w Warszawie 12zł, mimo, że jest ich kilka i teoretycznie to wymusza konkurowanie między sobą. Przeciętny burger w dobrej burgerowni w Grodzie Króla Kraka to wydatek około 20 zeta, w stolicy prawie 30. No, czuć różnicę.

Tempo! Wciąż, idąc po chodniku mam wrażenie, że przypadkowo trafiłem w sam środek zawodów chodziarskich, tylko nikt mnie o tym nie poinformował. W Krakowie ludzie się przechadzają, tutaj niemal biegną. Widząc, że ciągle ktoś Cię mija, sam mimowolnie przyspieszasz i zaczynasz żyć szybciej. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Z początku postrzegałem to jako wadę, jednak po miesiącu, zaliczam to do pozytywnych aspektów bycia w tym mieście, bo daje to kopa i sprawia, że najzwyczajniej w świecie przestajesz się opierdalać i tracić czas na pierdoły.

Korki… są równie kolosalne co miasto. Jak coś stanie, to stoi i paraliżuje komunikację, przez co przebicie się na drugą stronę Wisły bywa równie czasochłonne, co wytłumaczenie studentce pierwszego roku polonistyki, że matematyka przydaje się w życiu.

Ciągle coś się dzieje i czujesz, że jesteś w centrum tych wydarzeń. To coś, co zauważyłem bardzo szybko i postrzegam jako największy atut życia w stolicy. Koncerty, manifestacje, maratony, targi śniadaniowe, konferencje, wystawy, plany filmowe, spotkania branżowe, to wszystko dzieje się TUTAJ! I mieszkając w Warszawie jesteś albo tego bezpośrednim uczestnikiem, albo naocznym świadkiem, a nie biernym widzem, do którego docierają zmanipulowane przekazy informacyjne po kilku dniach. I to jest naprawdę zajebiste, bo wiesz, że skoro jesteś tak blisko tego, to możesz mieć na to wpływ!

Sieć rowerów miejskich działa. I to naprawdę, a nie tylko w wyobraźni twórców i władz miasta, jak to jest z KMK Bike w Krakowie. Stacji Veturilo jest naprawdę sporo i samych rowerów również, tak że swobodnie można poruszać się po większości miasta, a nie tylko śródmieściu. I konto można założyć od ręki, bez czekania 3 dni na zaksięgowanie przelewu, co jest wielkim plusem i sprawia, że możesz tu wpaść na weekend i nie wydać ani złotówki na transport miedzy dzielnicami.

Barmani mają poprzewracane w dupach. I robią Ci łaskę, że w ogóle Cię obsługują. Nie wiem skąd się to wzięło, ale nigdzie indziej nie widziałem tylu osób, które żyją w przekonaniu, że powinieneś ich całować po rękach i padać na kolana, za to, że łaskawie na Ciebie spojrzą i naleją browara.

Ludzie się lansują. I nie jest to drogą do osiągnięcia czegoś, a celem samym w sobie. Lansują się biurwy wymieniając tak awangardowe, że aż debilne nazwy knajp, w których byli. Lansują się hipsterzy na jedzenie dań składających się z trawy z glonami, które oficjalnie są i modnymi i niszowymi potrawami. Jednocześnie. Lansują się dzieci w gimnazjum na noszenie na sobie dwukrotności średniej krajowej netto. I ten lans widać od momentu postawienia stopy na centralnym, po moczenie kostek w Wiśle.

Ludzie są aktywni. Mają czas, żeby wyjść z domu w tygodniu, nie płaczą, że jutro środa i trzeba wstać na 9:00 do robo i przede wszystkim chce im się. Uprawiają sporty, chodzą na wydarzenia kulturalne i biorą udział w inicjatywach społecznych. I to jest super, bo czujesz, że Twoje otoczenie żyje, a nie wegetuje pod przykrywką bycia dorosłym.

Ludzie wiedzą po co tu przyjeżdżają. Największe pozytywne oczarowanie. Nie poznałem jeszcze nikogo w Warszawie, kto nie potrafiłby odpowiedzieć na pytanie „po cholerę tu przyjechałeś i płacisz za 16-metrowy pokój tyle, co za dwupokojowe mieszkanie w Czeladzi?”. Ludzie mają plany, ludzie wiedzą co chcą zrobić, ludzie są samoświadomi. Nie dryfują na tratwach „nie wiem”, „kiedyś”, czy „czekam ze swoim życiem na pierdolony znak z nieba w postaci tęczy, piorunów i trójkopytnego jednorożca”.

Taki był pierwszy miesiąc w Warszawie – gubienie się przy wychodzeniu z metra, zastrzyk domięśniowy z motywacji, płacenie 18 zeta za lane piwo i poznanie słoików z celami. Czy mogło być lepiej?

(niżej jest kolejny tekst)

55
Dodaj komentarz

avatar
34 Comment threads
21 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
43 Comment authors
dzikikucykKarolina GuzWróciłem z Warszawy do KrakowaAngelika GugułkaKsięciunio Kaminski Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
anoriell - Katarzyna Janoska
Gość

Ciekawe, że wszystkie Twoje spostrzeżenia na temat: Ludzie CHCĄ. Ludzie WIEDZĄ. Ty WIESZ o wydarzeniach wokół, a nie dowiadujesz się po tygodniu – pokrywają się z moimi spostrzeżeniami nt. Łodzi.

Bo Kraków to taka wielka wieś. Wszędzie będzie żywiej, bardziej zmotywowanie i bardziej w centrum wydarzeń.

Nie zamieniłabym Łodzi na Warszawę, ale jedno jest pewne: cieszę się z wyprowadzenia się z Krakowa. I to nie tylko ze względu na smog ;)

Dotee
Gość

Przeprowadziłaś się z Krakowa do Łodzi i jesteś zadowolona? Wow:) Jestem pod wrażeniem, serio – moi znajomi raczej migrują w drugą stronę:)

Księciunio Kaminski
Gość
Księciunio Kaminski

Gdy zobaczyłem, że Kraków to Twoim zdaniem wielka wieś już miałem zacząć z Tobą polemizować, ale potem doczytałem, ze przeprowadziłaś się z Krakowa do Łodzi, co dowodzi, ze musisz mieć dość egzotyczny gust. A jak wiemy, o gustach się nie dyskutuje.

Ania Piwowarczyk
Gość
Ania Piwowarczyk

Bardzo lubię Warszawę, ale póki co wolę w niej bywać niż mieszkać. Ale kto wie, co będzie w przyszłości :) Moim największym wrogiem w stolicy są przejścia podziemne – za każdym razem się w nich gubię przynajmniej raz.

I przesadziłeś z tymi studentkami polonistyki pierwszego roku :D

Jan Favre
Gość

Nie przesadzam, nie jestem ogrodnikiem. HEHE.

Monika
Gość

„Barmani mają poprzewracane w dupach.” chodzić do złych barów, wbijaj do El Koktel <3

keraM
Gość
keraM

Chłopaki z Koktela są mistrzami pod każdym względem. A Jiro śni o martini śni mi się po nocach daleko od domu.

Boomer
Gość
Boomer

Ludzie wiedzą po co tu przyjeżdżają*

*Nie dotyczy studentów

Jan Favre
Gość

Nie wiem, czy to przypadek, ale nawet studenci, których tu poznałem są ogarnięci i samoświadomi.

Asia Zawadzka
Gość

Nie uogólniaj aż tak. Są oczywiście studenci „bezpłciowi” – studiujący bez celu, nie znający nawet nazwy swojego kierunku, ale jest mnóstwo, mnóstwo(!) wspaniałych ludzi, którzy mają określony cel i twardo do niego dążą!

Wiola Starczewska
Gość
Wiola Starczewska

Gubisz się w przejściach podziemnych koło dworca? Ja zawsze, ale to zawsze wychodzę na złą stronę.

Jan Favre
Gość

Gubię się we wszystkich przejściach podziemnych :(

Dominika Rogala
Gość
Dominika Rogala

Jak trafisz do właściwego wyjścia automatycznie jednocześnie rozmawiając przez telefon to będzie znaczyło, że wszedłeś na nowy level. Mi to zajęło chyba z 2 lata.

Monika
Gość

Przy Rotundzie to ja nadal rozmawiajac przez telefon potrafie zle wyjsc:D

Dominika Rogala
Gość
Dominika Rogala

Ja też :) Dlatego napisałam „jak trafisz” a nie „jak będziesz trafiał”.
Po prostu do dziś pamiętam to uczucie, jak wyszłam (akurat z centralnego) w dobrym miejscu nawet tego nie zauważając. Jak się zorientowałam to stwierdziłam, że chyba rzeczywiście tu mieszkam.

Natalia Zynwala
Gość
Natalia Zynwala

Jeśli cię to pocieszy, u mnie po ponad 4 latach w stolicy nadal nic się w tym temacie nie zmieniło. :D

Asia Zawadzka
Gość

Zabawa zaczyna się gdy po ogarnięciu komunikacji miejskiej i przejścia przy rotundzie (2 lata) przesiadasz się w samochód – całego miasta uczysz się od nowa :)

An
Gość

Przejście przy rotundzie jest proste, wystarczy wiedzieć czym się chce jechać i gdzie. Jak byłam tam pierwszy raz to spokojnie trafiłam, nie wychodząc zupełnie gdzie indziej. Wystarczy patrzeć na drogowskazy, to znacznie skraca czas chodzenia po przejściu. a potem to już się chodzi na pamięć.

Natomiast przejście przy dworcu to jest jakaś tragedia, oznakowanie tam nie ma sensu.

Saga Sachnik
Gość

Ja to kiedyś stamtąd do Krakowa trafiłam, a chciałam na Bemowo :(

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Często się zdarza, że słysząc setki razy jakiś zwrot bądź pojedyncze słowo, mimo, że nie wiemy co ono tak naprawdę znaczy, mimowolnie zaczynamy go używać. Tak jak z ohydną, turbo-komerycjno-kiczowatą piosenką, którą jesteśmy katowani w hipermarketach. Mimo, że jej nienawidzimy i już przy pierwszych dźwiękach czujemy, że znów spotkamy się z wczorajszą kolacją, po tysięcznym przesłuchaniu, niezależnie od własnej, woli zaczynamy ją nucić.

W przypadku posługiwania się nie do końca zrozumiałym słownictwem, możemy powiedzieć coś czego zupełnie nie mieliśmy na myśli i być źle odbieranym przez otoczenie, natomiast w przypadku bezdźwięcznego śpiewania w głowie „Ona tańczy dla mnie” możemy dostać nerwicy natręctw i zniszczyć sobie gust. Nie wiem co jest gorsze, ale dziś zajmiemy się tą pierwszą kwestią. Czyli tłumaczeniem znaczenia słów, których ludzie często używają, mimo, że nie rozumieją.

Oportunista – Onar w kawałku „Nie szukam zrozumienia” rapował

Ja pierdolę szczerze trendy, jestem oportunistą

będąc przekonanym, że oportunista to osoba niezależna, która idzie pod prąd, na przekór aktualnym tendencjom. Myśląc, jak podejrzewam, że „oportunista” pochodzi od słowa „opór”. Niestety, nikt z jego znajomych, nikt z osób pracujących przy powstawaniu płyty, ani nikt z osób biorących udział w nagrywaniu teledysku do tego numeru, nie był na tyle życzliwy, by wyjaśnić mu, że oportunista, to

człowiek bez zasad, przystosowujący się do okoliczności dla doraźnych osobistych korzyści

Czyli ktoś troszkę inny niż mu się wydawało.

Paszkwil – często, gdy ktoś pseudo-poetycko i prawie-elegancko chce powiedzieć, że jakaś dziewczyna jest brzydsza niż dzwonnik z Notre Dame, używa tego określenia. Jednak w rzeczywistości paszkwil to nie maszkara, paskuda czy straszydło, a

utwór literacki, często anonimowy, skierowany przeciw konkretnej osobie, ośmieszający ją w sposób oszczerczy i obelżywy

tak że używając tego słowa jako obelgi ośmieszasz tylko sam siebie.

Frankenstein – to z kolei określenie często stosowane w przypadku, delikatnie rzecz ujmując, mało atrakcyjnych mężczyzn, którym daleko do Rafała Maślaka, czy Ryana Goslinga. Osoby stosujące je mają oczywiście na myśli, że pan określany tym mianem wygląda jak potwór pozszywany z resztek innych ludzi, aspirujący do bycia zombie, jednak są w błędzie. Kto oglądał film o szalonym naukowcu, który chciał ożywić zwłoki, ten powinien pamiętać, że to właśnie on nazywał się Frankenstein, a nie poskładane przez niego monstrum. Pomyłka może wynikać z tego, że potworek tuż po powołaniu do życia zaczął dukać „Frankenstein, Frankenstein”, jednak nie obwieszczał on lokalnej społeczności swego imienia, a deklamował nazwisko swego twórcy. Coś jak „tata, tata” po narodzinach. Zakładając oczywiście, że dzieci zaraz po porodzie potrafią mówić.

Maraton – to bieg, wiadomo. Ale nie dla wszystkich jest wiadome, że to nie byle jaki bieg, a dość sprecyzowany.

Nazwa pochodzi od miejscowości Maraton w Grecji. Według Herodota po zwycięskiej dla Greków bitwie z Persami pod Maratonem w 490 p.n.e., armia perska zaokrętowała i wypłynęła w kierunku bezbronnych Aten. Widząc to, Grecy udali się co sił w nogach do miasta, przybywając praktycznie równocześnie z okrętami perskimi.

Dystans między Maratonem a Atenami wynosił 37 kilometrów, jednak podczas pierwszych igrzysk bieg maratoński zaokrąglono do 40 km, a następnie podczas igrzysk w Londynie dystans ten zwiększono jeszcze o 2195 metrów i tak zostało do dziś. Dlatego powiedzenie, że „przebiegłem 15-kilometrowy maraton” jest równie niepoprawne, co rzucenie „weź większą połowę” podczas dzielenia pizzy.

Incepcja – słowo to nie ma oficjalnej definicji w naszym języku, a zaczęto go używać w Polsce po sukcesie mistrzowskiego filmu Christophera Nolana z Leonardem DiCaprio o tym samym tytule. Niestety weszło do mowy potocznej w błędnym znaczeniu. Najczęściej „incepcja” pada w sytuacjach, gdy ktoś chce opisać rekurencję i sytuację zagnieżdżania zjawiska w samym sobie. Czyli bardziej obrazowo, gdy ktoś w paczce czipsów znajduje drugą paczkę czipsów, krzyczy „incepcja!”. Albo gdy bawi się matrioszką. W rzeczywistości, incepcja to nie jest lalka w lalce, czy sen w śnie, ale podłożenie komuś pomysłu z zewnątrz, tak by uznał go za swoją autorską ideę. Czyli to, co stanowiło główną misję Cobba i jego ekipy.

Bynajmniej – temu, że TO NIE PRZYNAJMNIEJ był poświęcony cały osobny wpis, ale dla niektórych to wciąż za mało.

Gender – aktualnie chyba najbardziej zdemonizowane słowo w naszej kulturze i nawet wazektomia w połączeniu z weganizmem nie budzą tylu negatywnych skojarzeń. Wiele osób krzywi się, marszczy brwi i zaczyna rwać przęsła z ogrodzenia słysząc to słowo, nie mając tak naprawdę pojęcia co ono oznacza. Wbrew obiegowej opinii, „gender” to wcale nie jest synonim pedofilii, homoseksualizmu, ani transwestytyzmu. Gender to nie żadna dewiacja seksualna, a

suma cech osobowości, zachowań, stereotypów i ról płciowych, rozumianych w danym społeczeństwie jako kobiece lub męskie, przyjmowanych przez kobiety i mężczyzn w ramach danej kultury w drodze socjalizacji

Innymi słowy, to płeć kulturowo-społeczna.

Olimpiada – to nie to samo co igrzyska olimpijskie. Określenie „olimpiada” to tak naprawdę

okres 4 lat w kalendarzu starogreckim, stosowany w starożytności na oznaczenie okresów pomiędzy igrzyskami, oraz współcześnie przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski jako rachuba stosowana do obliczenia kolejnych letnich igrzysk olimpijskich

Mam nadzieję, że już nigdy nie usłyszę w telewizji, że „za chwilę zacznie się transmisja z olimpiady”, bo naprawdę nie ma nic pociągającego w gapieniu się w telewizor przez 4 lata, w oczekiwaniu na start imprezy sportowej.

Jeśli macie jakieś słowa, które mogą uzupełnić tę listę, to śmiało, dawajcie do komentarzy.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Kristina Alexanderson

Cotygodniowy Przegląd Internetu #48: Playboy, „Organizm w dobrym nastroju”” i sexting

Skip to entry content

(autorem przepięknej ilustracji w nagłówku jest Ola z „Jak lampart pazurem”

Początek tygodnia zaczął się hipereuforią związaną z awansem Polaków do Euro 2016 i chwilę trwał. Mimo, że nie jestem jakimś ultra fanem piłki nożnej, ustawiającym cały kalendarz pod mecz, to szczerze cieszę się. Im więcej mowy o sukcesach osób, z którymi coś nas łączy, tym lepiej dla nas. A co działo się w sieci przez ostatnie 7 dni poza sportem?

„Playboy” rezygnuje z nagich zdjęć: i stawia na jakościowe dziennikarstwo. Szerzej wypowiadałem się na ten temat na Snapchacie w środę, ale zasadniczo to oświadczenie, w kontekście tekstów publikowanych w polskie wersji magazynu, brzmi jak bardzo nieśmieszny żart.

9 rzeczy do zrobienia przed 9 rano: które sprawiają, że dzień jest lepszy i efektywniejszy.

Genialny artykuł o Neilu Straussie: tak, o tym Neilu Straussie, który napisał biblię podrywaczy – „Grę”, zmieniając nią życie milionów mężczyzn na całym świecie. A teraz mówi o tym, że dopiero, gdy przestał być graczem znalazł prawdziwe szczęście.

Monte nie umie w marketing szeptany: bardzo lubię Monte zarówno w postaci deseru, jak i drinka, ale promowanie się na blogach ewidentnie im nie wychodzi i warto, żeby spróbowali innego sposobu niż spamowanie komentarzami.

5 biurowych trików, które ratują kręgosłup: bardzo sensowne rady pomagające uniknąć bólu pleców, które będę musiał sobie wydrukować i powiesić obok monitora, bo niestety o nich zapominam, co daje o sobie znać po całym dniu pracy.

Czemu sexting jest niebezpieczny: i jakie zagrożenia ze sobą niesie, w oparciu o liczne badania, świetnie opisała Nishka. Ten materiał powinien przyswoić każdy nastolatek i jego rodzic.

Obama daje rady Kanyemu Westowi: i robi to w taki sposób, że autentycznie skręca mnie od środka z zazdrości, że my nie mamy tak zdystansowanego prezydenta.

Jak z klasą korzystać z komórki? Bardzo sensownie opowiada Łukasz z Czasu Gentlemanów. Porusza kwestie, które i mnie wielokrotnie irytowały i wkurzałem się na nie, więc po obejrzeniu tego wideo znów miałem poczucie, że nie zauważyłem świetnego pomysłu na tekst, który miałem pod nosem.

Klip tygodnia: dzisiejszy klip tygodnia jest jednocześnie spotem promującym kampanię „Jak działa zdrowy człowiek”. Świetna, wyluzowana i zabawna piosenka o tym, co chciałyby nam powiedzieć nasze organy z równie nienachalnym i niepretensjonalnym klipem. Chyba jeszcze nigdy tyle razy z własnej woli nie obejrzałem reklamy.

Fanpage tygodnia: „Bohaterowie Popkultury” to malutki profil, ale ze świetnymi treściami. Jeśli oczywiście jesteście fanami superbohaterów i chcecie zobaczyć pendrive’a z młotem Thora, pierścionki zaręczynowe z R2D2 i Batmana pod prysznicem. Ja chcę.

A tymczasem w Justice League ;)

Posted by Bohaterowie Popkultury on 13 stycznia 2015

Ogłoszenie parafialne: tak dawno nie byłem w żadnej dalszej podróży, że aż prawie zapomniałem jak to jest oderwać się od komputera na dłużej niż weekend. Dlatego myślę o tym, że wybrać się na jakąś obcą ziemię, gdzie jeszcze nie postawiłem stopy, a jest tam ciepło. Jeśli macie jakieś pomysły, gdzie można łyknąć trochę słońca i pozwiedzać bez opatulania się płaszczem, szalikiem i czapką, to dajcie znać w komentarzach.