Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #52: marsz niepodległości, kolejne „50 twarzy Greya” i koniec CPI

Skip to entry content

Mijający tydzień był dość nietypowy, bo z przerwą w środku, związaną ze Świętem Niepodległości, którym żyła cała sieć. I to nawet nie tyle samym świętem, które nieco przeszło bokiem, co marszem. Mam wrażenie, że większość czekała na filmy z latającą kostką brukową i zawiodła się, że kibole biorący udział w pochodzie byli nad wyraz spokojni i tym razem nie doszło do zamieszek. Co działo się w internecie poza memami z tłumem trzymającym race?

33 wskazówki, które ułatwią Ci życie: jeśli w trakcie podróży planujesz wynajmować hotel. Bardzo pomocny tekst z wieloma wskazówkami i radami, które faktycznie sprawiają, że noclegowanie poza domem jest bardziej komfortowe.

Chomiks wrócił! Jak byłem w liceum, trafiłem kiedyś w sieci na mega zabawny komiks z ciętym dowcipem, którego głównymi bohaterami były chomiki. Symbolizujące braci Kaczyńskich. Nie jestem ani wyjątkowo pro-PO, ani specjalnie anty-PIS, te rysunki są po prostu śmieszne, tak że cieszę się, że format wrócił.

Polski Bus przestał być tani i komfortowy: a zaczął być irytujący, nieprofesjonalny i naciągający. Zwłaszcza w kwestii wiecznie niedziałającego wi-fi. I to już dawno, dawno temu. Również nie polecam tego allegrowicza.

Marsz niepodległości jest zjawiskiem klasowym, a nie nacjonalistycznym: nie do końca trafny, ale bardzo ciekawy, i przede wszystkim dobrze napisany, komentarz do środowego Święta Niepodległości.

14 przekąsek z Nowego Jorku: im więcej widzę czyichś relacji z Wielkiego Jabłka, tym większa zazdrość we mnie wzbiera i motywacja do tego, żeby w końcu uzbierać hajs i zaplanować tę podróż. Zwłaszcza, że można popróbować tam takich delikatesów.

Aktorki tracą swoją wartość rynkową mniej więcej w tym czasie co dziwki: spodziewalibyście się, że to powiedziała Meryl Streep? Nie byłem jakimś jej przesadnym entuzjastą, ale po tym artykule chyba zacznę.

Omówienie kolejnej części „50 twarzy Greya”: tym razem „powieści” o zaskakującym tytule „Grey”, w której przemielona na wszystkie sposoby historia pokazana jest oczami typa rozmawiającego ze swoim penisem. Komentarz Pawła Opydo zdecydowanie lepszy niż „książka”.

Typowe Seby na Marszu Niepodległości: nie mogły jebać Tuska, nie mogły jebać PO, więc jebały TVN. Mimo, że to Polsat.

Narodowcy vs DzienniarkaUdostepnijcie bo wygryw mocny :D

Posted by Nitrozyniak on 11 listopada 2015

 

Co, gdyby faceci zachowywali się jak laski? W trakcie podrywu w klubie? Na randce? Albo w ogóle? Przepiękna zamiana ról.

Jak zakamuflować się przed policją? Gdy na przykład chcesz w spokoju wypić browarka na Wisłą? Muszę wypróbować to w terenie.

Hiding from cops like

Posted by Black Comedy on 8 listopada 2015

 

Klip tygodnia: Białas pojawia się w tym miejscu drugi tydzień z rzędu, ale z tak dobrym kawałkiem nie ma się co dziwić. Świetnie technicznie poskładany, dojrzały, autorefleksyjny tekst podany na dość minimalistycznym bicie, przesuwającym środek ciężkości utworu na wagę słów. Nawet Paluch w tym kawałku wypada ponadprzeciętnie. W napięciu czekam na płytę!

Fanpage tygodnia: cholera, naprawdę nie wiem jak sensownie i precyzyjnie opisać ten profil. To ani nie zbiorowisko memów, ani nie baza kotów, ani nawet nie satyryczne rysunki. „Museum of internet” to… to… to po prostu Muzeum Internetu.

 

Ogłoszenie parafialne: to ostatnie wydanie „Cotygodniowego Przeglądu Internetu”. Po ponad roku tworzenia tego cyklu, przestałem czuć zajawkę na kontynuowanie go, aa nie pozwoliłbym sobie na to, żeby cokolwiek na tym blogu było niechcianym obowiązkiem, więc zamykam CPI. Format się wyczerpał, formuła się zużyła i czas na coś nowego. Temat sieciowych aktualności nie zniknie na dobre, powróci w zmienionym kształcie, ale w tej chwili nie mogę jeszcze powiedzieć kiedy. Aczkolwiek będzie to powiązane z nabyciem nowego telefonu.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

11 comments

  1. Gray zawsze był chujowy, niezależnie z jakiej perspektywy pisana była książka. Myślę że autorka polubiła popularność i gotówkę dlatego doi jak może i próbuje dorobić na kolejnych, bezwartościowych częściach.
    Szkoda że to koniec CPI, jednak myślę że zmiany są dobre i czekam na „zmienioną formę”
    Pis joł

  2. Szkoda, że zamykasz cykl, bo bardzo mi się podoba, ale rozumiem Twoje podejście; to Twój blog, Twój kawałek podłogi i musisz czuć się w nim dobrze.

    1. Wynika to też z powolnej zmiany charakteru publikowanych treści na blogu, z tych aktualnych tylko w danym momencie, czyli właśnie CPI, które po miesiącu już dla nikogo nie stanowią wartości, na uniwersalne i ponadczasowe, do których można wrócić za rok i wciąż będą stanowić dla odbiorców wartość.

  3. Za CPI będę tęsknić, bo jednak kilka interesujących blogów dzięki Tobie zaczęłam czytać. Jestem pewna, że kolejny format będzie jeszcze lepszy :). Co do „Złych książek”, jestem fanką od pierwszego odcinka i nie mogę się doczekać kolejnych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

Dostaję od Was dużo maili z pytaniami związkowymi i na niektóre można odpowiedzieć jednym zdaniem, a na inne można by pisać elaboraty. Mimo, że nie mam trudności ani z jednym, ani z drugim, to chciałem Wasze problemy ugryźć w ciekawszy sposób niż kolejny odtwórczy tekst o tym, że gdy zmienia się kod pocztowy, to jednak wciąż zdrada, albo że jeśli jesteście 7 lat razem, a Tobie robi się mokro na widok spoconego dostawcy Tesco, to jednak już nie jest miłość. Żeby pokazać każdy damsko-męski temat z obu perspektyw, a nie tylko jednej słusznej, do wspólnego gryzienia zaprosiłem Asię z „Wyrwane z kontekstu”, która mimo, że jest inteligentniejsza i elokwentniejsza ode mnie, to przyjęła zaproszenie i zgodziła się ze mną pogadać.

Wojna Płci

I to nie jednorazowo, bo co tydzień w ramach cyklu „Wojna Płci”, pojawi się nowy tekst omawiający kwestie łóżkowo-związkowe nurtujące ludzkość od zarania dziejów. W jedną środę u mnie, w drugą u Asi, więc do końca roku powinniśmy zrobić z tego relacyjną encyklopedię.

Zaczynamy z grubej rury, czyli od tego, co hydraulicy lubią najbardziej.

Joanna Pachla: Seks na pierwszej randce przekreśla szanse na związek?

Jan Favre: Właśnie wiele kobiet tak uważa i boi się, że przez to, że za szybko pójdzie z facetem do łóżka, nic z tego nie wyjdzie, a on potraktuje je tylko jak ruchadło.

Joanna Pachla: A faceci się nie boją? Skąd pomysł, że boją się tylko kobiety?

Jan Favre: Ja się nie bałem, ale wciąż jestem prawiczkiem, więc mogę być mało obiektywny. Jednak to wciąż głównie obawa kobiet, bo wolny mężczyzna często jest postrzegany jako maszyna do seksu, która tylko chodzi po klubach i zalicza. Spotkałaś kiedyś faceta, który miał taką obawę?

Joanna Pachla: Nie. Ale też z żadnym nie uprawiałam nigdy seksu na pierwszej randce. Nie bardzo więc było jak spytać rano, jak się czuł. Chociaż gdyby się taki trafił, to raczej wolałabym, żeby nie pytał o nic. Tylko poszedł, skąd był.

O, chyba wyszła mi z tego teza, że jednak nie wierzę w związek po seksie. Nie po takim na pierwszej randce.

Jan Favre: W sensie, że gdyby się trafił facet, który bałby się, że przez to, że tak szybko dał Ci się przelecieć, nie będziesz traktować go poważnie, to olałabyś go wczorajszą herbatą?

Dobra, nie rozbijajmy na składowe Twojego lodowatego serca.

Wróćmy do głównego tematu: czemu nie wierzysz w związek po seksie na pierwszej randce?

Joanna Pachla: Czekaj, czekaj. Zacznijmy od tego, że ja bym go nie przeleciała.

Jan Favre: Wiem, nie masz miotły. HEHE.

Joanna Pachla: To totalnie nie jest moje słownictwo, to raz. A dwa, że mnie nie interesują takie krótkotrwałe relacje. Ale gdyby się już przypadkiem zdarzyło, to raczej nie interesowałoby mnie, czy się bał, czy nie – no stary, jesteśmy dorośli. Bierzemy odpowiedzialność za swoje czyny. Nie tylko te przed komputerem.

A co do związku po seksie na pierwszej randce – po prostu, intuicyjnie, nie.

Jan Favre: To teraz odrzućmy intuicję i skupmy się na logice. Co odróżnia związek od przyjaźni? Seks. Więc jeśli ten główny element, ta baza związkowej relacji między mężczyzną i kobietą jest w porządku – było Wam zajebiście razem w łóżku – to czemu ktoś miałby to odrzucać? I stwierdzać, że jeśli za szybko było Wam dobrze razem w łóżku, to to przekreśla możliwość bycia razem?

Joanna Pachla: O, i kto tu ma lodowate serce! Seks to nie jest baza. Baza to uczucia. A jak nie ma uczuć, to po co iść ze sobą do łóżka? Po orgazmy? O te umiem zadbać sama. A nie wierzę, że po pierwszej randce tych uczuć będzie jakoś specjalnie dużo. Może być jakaś ciekawość, fascynacja. Ale to dopiero punkt wyjścia. A nie punkt dojścia.

Jan Favre: Okej, nie wspomniałem, że seks w moim przypadku bierze się z uczucia, a przynajmniej z całościowej fascynacji daną osobą.

Po pierwszej randce może być tyle samo, co po drugiej. No, góra trzeciej. Nigdy nie zakochałaś się od pierwszego wejrzenia?

#KrólowaLodu

Joanna Pachla: Ha, nawet przed pierwszym wejrzeniem! W moim obecnym facecie zakochałam się od Facebooka! Co nie znaczy, że przy pierwszej lepszej okazji wylądowaliśmy ze sobą w łóżku.

Jan Favre: Wracając do meritum: jest przecież tak, że kobiety boją się, że jeśli za szybko będą uprawiać seks z mężczyzną, to ten przestanie być nimi zainteresowany i potraktuje jako wymienny przyrząd do masturbacji i biorą faceta na przeczekanie. Wydaje im się, że im dłużej mu nie „dadzą” tym bardziej on będzie je szanował i poważniej traktował. A przecież nie jest tak, że jeśli mężczyzna jest zainteresowany długotrwałym związkiem  z daną kobietą i wymienią się płynami ustrojowymi na drugim spotkaniu, to on nagle zerwie z nią kontakt, bo uzna, że skoro pociąga go i intelektualnie, i fizycznie, i dogadują się razem pod kołdrą, to lepiej tego nie kontynuować.

Jeśli facet chce od kobiety czegoś więcej niż seks, to im szybciej będą go uprawiać, tym szybciej ich relacja nabierze kształtu, a jeśli zależy mu tylko na zaspokojeniu potrzeb fizjologicznych, to choćby go przetrzymywała miesiąc, i tak małżeństwa z tego nie będzie.

Joanna Pachla: Pytanie, czy kobiety rzeczywiście się tego boją. Cały czas wypowiadasz się w imieniu wszystkich kobiet. „Kobiety myślą”, „kobiety się boją”. Po sobie wiem, że tak niekoniecznie musi być. To nie jest tak, że nie idę z facetem do łóżka na pierwszej randce, bo boję się, że straci do mnie szacunek. Albo że weźmie mnie za – jak to ładnie nazywasz – ruchadło.

Kobiety nie idą z facetami do łóżka na pierwszej randce, bo zwyczajnie mogą nie czuć takiej potrzeby.

Jan Favre: Oczywiście nie rozmawiałem ze wszystkimi na świecie przedstawicielkami Twojej płci i generalizuję, ale mówię to na podstawie rozmów ze znajomymi oraz wiadomości, jakie dostaję od czytelniczek. I wynika z nich, że jednak wiele dziewczyn się tego boi.

Joanna Pachla: Widzisz, u nas zmniejszenie kontaktu fizycznego związane jest zwykle ze zmniejszeniem kontaktu psychicznego. W grę wchodzi jakieś wzajemne poznawanie się, oswajanie. Przecież seks jest najbliższą formą bliskości. A ja nie mam ochoty być blisko tak od razu, z zupełnie obcym sobie człowiekiem. Nie powiesz mi, że da się kogoś poznać na pierwszej randce!

Jan Favre: Zgadzam się z Tobą jak najbardziej, że stosunek płciowy to najwyższa forma obnażenia się przed kimś i fizycznie, ale i mentalnie, bo spadają z nas wszystkie maski i pozy, które przyjmujemy na co dzień, i mówiąc dosłownie, dzielisz się sobą z drugim człowiekiem, dlatego trzeba być na to gotowym. Albo przynajmniej tego chcieć. Ale w przypadku problemu, o którym rozmawiamy, bywa tak, że kobieta by chciała, ma ochotę, ale się boi, że „to” może wszystko zepsuć.

Dlatego mówię, że nie ma takiej możliwości, żeby akurat „to” wszystko zepsuło.

Joanna Pachla: „To” <3

Jan Favre: „Nie powiesz mi, że da się kogoś poznać na pierwszej randce” – musielibyśmy zdefiniować, co to znaczy „poznać”, bo są małżeństwa, które po 50 latach mieszkania w jednym domu się nie znają, ale to chyba temat na osobną dyskusję, co?

Joanna Pachla: O, to, to! I dlatego żadnego ślubu przed seksem! Wiesz, żebym nie wyszła tu na starą dewotę – ja nie mam nic przeciwko pójściu do łóżka na pierwszej randce. Życie to nie jest telenowela, żeby trzeba było czekać z tym przez 1000 odcinków. Ja bym dała prostą odpowiedź na pytanie, kiedy iść z kimś do łóżka – po prostu, kiedy chcesz.

Jan Favre: Tak, też wychodzę z tego założenia, że jak chcesz coś robić, to to rób, tylko rozmawiamy o tym, że to może przekreślić szanse na związek.

Joanna Pachla: Bycie łatwą? To taka prosta wymówka. „Nie zadzwonił, bo uznał mnie za łatwą”. A może uznał Cię za kiepską, nieinteresującą lub głupią?

Jan Favre: Nudną, nieciekawą albo rudą.

Joanna Pachla: Co Ty masz do rudej?

Jan Favre: Nie zadzwoniła na drugi dzień.

---> SKOMENTUJ

„Spectre”, czyli jak spieprzyć Jamesa Bonda

Skip to entry content

Jamesem Bondem jaram się odkąd skończyłem 7 lat i babcia pozwoliła mi siedzieć z nią przed telewizorem po 20:00. Nagle okazało się, że to grające pudło ma coś więcej do zaoferowania niż poranne seanse „Miłości i dyplomacji” i wieczorne „Dynastii”. Że na przykład można zobaczyć w nim Seana Connery’ego robiącego fikołki w garniturze za dwajścia baniek, z którego kurz strzepują lepsze rakiety, niż te odkrywające literki w „Kole fortuny”. Typ zrobił na mnie większe wrażenie, niż łamiąca wiadomość skąd naprawdę biorą się dzieci, więc na każdą kolejną część przygód agenta 007, czekałem jak pary stosujące metodę kalendarzykową na okres.

I ze „Spectre” było tak samo. Mimo, że wyczekiwałem tego filmu jak Macierewicz wyjścia z szafy, to okazuje się, że niepotrzebnie. Bo nowy James Bond jest słaby.

 

Agent 007 został Iron Manem

Jaka była najważniejsza różnica między brytyjskim szpiegiem, a superbohaterami z komiksów Marvela? Że ten pierwszy jak dostał gaśnicą w łeb, to leciała mu z tego łba krew i tracił przytomność, a nie napierdalał niewzruszony na przód jak Terminator. Celowo piszę o tej różnicy w czasie przeszłym, bo w „Spectre” już nie mamy śmiertelnego człowieka, tylko niezniszczalnego Irona Mana, który może przyjąć dowolną liczbę ciosów, spaść z dachu walącej się kamienicy i nawet oddech mu nie przyśpieszy. Typ najwyraźniej po tym jak był chodzącym wrakiem i pół-emerytem w „Skyfall” przeszedł jakąś terapię hormonalną albo pożyczył szkielet z adamantium od Wolverine’a, bo nawet wpychanie mu wiertła w czaszkę nie robi na nim wrażenia.

 

Laski Bonda dawno nie były tak nijakie

Monica Bellucci w roli wdowy jest tak żadna, że można by zamiast niej wstawić Kasię Cichopek i tylko Polacy by się zorientowali. Blondyna, z którą buja się przez większość filmu, ani nie jest specjalnie ładna, ani nie ma żadnego wewnętrznego uroku w sobie, a jej seksapil sprowadza się do tego, że prawie potrafi strzelać z pistoletu i czasem coś mamrocze po francusku. Co w zasadzie brzmi jakby się najebała i miała problemy z mówieniem z otwartymi ustami.

 

Przeciwnicy bardziej wydmuszkowi niż Beata Szydło

To co mnie jarało w „Doktorze No”, „Jutro nie umiera nigdy”, czy nawet nie średnio darzonym przeze mnie miłością „Skyfall”, to wczuta w sytuację bohatera. Wejście w jego świat, relacje między nim, a osobami, które chcą zawładnąć globem i odczuwalne na skórze poczucie zagrożenia. Które przechodziło na mnie z ekranu, przez to, że wiedziałem kim są przeciwnicy, co ich motywuje i jaka chora historia stoi za ich psychopactwem.

W „Spectre” niby mamy jakoś tam uzasadnionego Tego Głównego Złego, ale jest to uzasadnienie mało przekonujące. Tak mało, jak niewiele stanowi 1000 złotych becikowego przy kilkuset tysiącach, które wydaje się na dziecko, aż uzyska pełnoletniość. No mnie on niestety nie przestraszył. A szkoda, bo Tego Głównego Złego gra Christoph Waltz, który ma wszelkie predyspozycje, by wcielić się w socjopatycznego pojeba. Oprócz tego jest jeszcze Ten Zły Poboczny, który jest siejącą rozjebundę górą mięśni i mógłby być przerażającym, chorym sadystą, gdyby tylko stała za nim jakaś historia, a nie pojawiał się w fabule z dupy jak wiatr pod kołdrą.

 

Agent 007 został Iron Manem podwójnie

Jaka była druga różnica między Jamesem Bondem, a Tonym Starkiem? Ten pierwszy był dżentelmenem, a ten drugi próbował być. Objawiało się to głównie tym, że w filmach z Brytyjczykiem żarty były rzucane sporadycznie, a jeśli już, to z klasą, natomiast przygody tego drugiego liczne były w barowe dowcipy, często przekraczające niebezpieczną granicę sucharów. „Spectre” niestety bardzo mocno próbuje dorównać irytującą śmieszkowatością „Avengersom”.

 

Muzyka jak dla debili

Oglądaliście kiedyś „Świat według Kiepskich” albo „Bundych”? Nie zgrywajcie ultrainteligentów, wiem, że tak. No to tam, dla rozumnych inaczej, zawsze gdy na ekranie jest „śmieszny moment” w tle lecą nagrane salwy rechotu, żeby ci mniej sprytni intelektualnie wiedzieli kiedy się śmiać. W nowym Jamesie Bondzie jest podobnie. Kiedy w filmie ma dziać się coś teoretycznie ekscytującego leci muzyka, która w zamyśle twórców w Twojej głowie powinna aktywować karteczkę z napisem „uwaga mordo, teraz masz się ekscytować!”. Kiedy dzieje się coś teoretycznie przerażającego, czy drastycznego jest podobnie – z głośników leci muzyka, która ma Cię poinformować, że powinieneś bieżącą scenę przeżywać całym ciałem, bo to jest właśnie przerażający albo drastyczny moment.

Tyle, że te wszystkie zdarzenia na ekranie dzieją się w teorii. Bo w praktyce gówno się dzieje.

 

Jeden z najmniej przekonujących romansów w historii kina

Według niezależnych badań przeprowadzonych przez mojego stażystę, który wcześniej zajmował się wróżeniem z fusów, wynika, że cała ludzkość ma tylko 5 skojarzeń związanych z agentem 007. Dupy, szpiegostwo, dupy, Martini, dupy. Powtórzę to jeszcze raz, bo nie dla wszystkich może być to czytelne: James Bond na drugie dostał „ruchacz”, a na trzecie wziął sobie do tego przedrostek „super”. To nie jest Rysiek z Klanu, który aż po apogeum prostaty kładzie się w łóżku z jedną kobietą, tylko gdy ta wcześniej zgasi światło. To jest pieprzony brytyjski agent, który rozchyla więcej nóg niż ginekolog w trakcie prozdrowotnej akcji „Pokaż papugę”.

Dla gościa włożenie penisa w nową pochwę jest jak wysypanie mąki na stolnicę dla piekarza – robi to tak odruchowo, że nawet się nad tym nie zastanawia. A w „Spectre” twórcy próbują nam wmówić, że po jednym takim przypadkowym włożeniu, największy dupcyngiel na Wyspach Brytyjskich zakochuje się i rzuca robotę. Jeszcze bym to jakoś zrozumiał, gdyby to było jakoś uzasadnione w filmie. Jakkolwiek. Gdyby ten ich romans był choć trochę istotnie pokazany. Albo pokazany w ogóle. Ale nie jest. James po prostu bierze ją jak Harnasia z półki w Żabce, przejawiając zaangażowanie tylko tym, że zapamiętał jej imię, po czym oświadcza, że odchodzi z pracy. I to ma mnie przekonać?

No kto jak kto, ale ten chłop za bardzo lubi tę robotę, żeby rzucić ją dla przypadkowej baby.

 

Główna intryga jest naiwna jak wiara w oryginalne Jordany na Allegro

Serio, tu nie ma jakiejś większej rozkminy. To nie jest tak, że dopiero, gdy lecą napisy końcowe olśniewa Cię, że ten z tym faktycznie dogadali się z tamtym, żeby pod pretekstem udupić tamtych. Tu wszystkie części układanki pasują do siebie od drugiego kwadransa filmu. Więc jedyne co możesz zrobić, to pociągnąć za spłuczkę, żeby spuścić klocki.

---> SKOMENTUJ