Close
Close

Cotygodniowy Przegląd Internetu #52: marsz niepodległości, kolejne „50 twarzy Greya” i koniec CPI

Skip to entry content

Mijający tydzień był dość nietypowy, bo z przerwą w środku, związaną ze Świętem Niepodległości, którym żyła cała sieć. I to nawet nie tyle samym świętem, które nieco przeszło bokiem, co marszem. Mam wrażenie, że większość czekała na filmy z latającą kostką brukową i zawiodła się, że kibole biorący udział w pochodzie byli nad wyraz spokojni i tym razem nie doszło do zamieszek. Co działo się w internecie poza memami z tłumem trzymającym race?

33 wskazówki, które ułatwią Ci życie: jeśli w trakcie podróży planujesz wynajmować hotel. Bardzo pomocny tekst z wieloma wskazówkami i radami, które faktycznie sprawiają, że noclegowanie poza domem jest bardziej komfortowe.

Chomiks wrócił! Jak byłem w liceum, trafiłem kiedyś w sieci na mega zabawny komiks z ciętym dowcipem, którego głównymi bohaterami były chomiki. Symbolizujące braci Kaczyńskich. Nie jestem ani wyjątkowo pro-PO, ani specjalnie anty-PIS, te rysunki są po prostu śmieszne, tak że cieszę się, że format wrócił.

Polski Bus przestał być tani i komfortowy: a zaczął być irytujący, nieprofesjonalny i naciągający. Zwłaszcza w kwestii wiecznie niedziałającego wi-fi. I to już dawno, dawno temu. Również nie polecam tego allegrowicza.

Marsz niepodległości jest zjawiskiem klasowym, a nie nacjonalistycznym: nie do końca trafny, ale bardzo ciekawy, i przede wszystkim dobrze napisany, komentarz do środowego Święta Niepodległości.

14 przekąsek z Nowego Jorku: im więcej widzę czyichś relacji z Wielkiego Jabłka, tym większa zazdrość we mnie wzbiera i motywacja do tego, żeby w końcu uzbierać hajs i zaplanować tę podróż. Zwłaszcza, że można popróbować tam takich delikatesów.

Aktorki tracą swoją wartość rynkową mniej więcej w tym czasie co dziwki: spodziewalibyście się, że to powiedziała Meryl Streep? Nie byłem jakimś jej przesadnym entuzjastą, ale po tym artykule chyba zacznę.

Omówienie kolejnej części „50 twarzy Greya”: tym razem „powieści” o zaskakującym tytule „Grey”, w której przemielona na wszystkie sposoby historia pokazana jest oczami typa rozmawiającego ze swoim penisem. Komentarz Pawła Opydo zdecydowanie lepszy niż „książka”.

Typowe Seby na Marszu Niepodległości: nie mogły jebać Tuska, nie mogły jebać PO, więc jebały TVN. Mimo, że to Polsat.

Narodowcy vs DzienniarkaUdostepnijcie bo wygryw mocny :D

Posted by Nitrozyniak on 11 listopada 2015

 

Co, gdyby faceci zachowywali się jak laski? W trakcie podrywu w klubie? Na randce? Albo w ogóle? Przepiękna zamiana ról.

Jak zakamuflować się przed policją? Gdy na przykład chcesz w spokoju wypić browarka na Wisłą? Muszę wypróbować to w terenie.

Hiding from cops like

Posted by Black Comedy on 8 listopada 2015

 

Klip tygodnia: Białas pojawia się w tym miejscu drugi tydzień z rzędu, ale z tak dobrym kawałkiem nie ma się co dziwić. Świetnie technicznie poskładany, dojrzały, autorefleksyjny tekst podany na dość minimalistycznym bicie, przesuwającym środek ciężkości utworu na wagę słów. Nawet Paluch w tym kawałku wypada ponadprzeciętnie. W napięciu czekam na płytę!

Fanpage tygodnia: cholera, naprawdę nie wiem jak sensownie i precyzyjnie opisać ten profil. To ani nie zbiorowisko memów, ani nie baza kotów, ani nawet nie satyryczne rysunki. „Museum of internet” to… to… to po prostu Muzeum Internetu.

 

Ogłoszenie parafialne: to ostatnie wydanie „Cotygodniowego Przeglądu Internetu”. Po ponad roku tworzenia tego cyklu, przestałem czuć zajawkę na kontynuowanie go, aa nie pozwoliłbym sobie na to, żeby cokolwiek na tym blogu było niechcianym obowiązkiem, więc zamykam CPI. Format się wyczerpał, formuła się zużyła i czas na coś nowego. Temat sieciowych aktualności nie zniknie na dobre, powróci w zmienionym kształcie, ale w tej chwili nie mogę jeszcze powiedzieć kiedy. Aczkolwiek będzie to powiązane z nabyciem nowego telefonu.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Wracam do śledzenia Twoich podsumowań. Zbyt dużo tekstów mnie bez tego omija :(

  • Za CPI będę tęsknić, bo jednak kilka interesujących blogów dzięki Tobie zaczęłam czytać. Jestem pewna, że kolejny format będzie jeszcze lepszy :). Co do „Złych książek”, jestem fanką od pierwszego odcinka i nie mogę się doczekać kolejnych.

    • Z eksperymentami nigdy nie wiadomo, ale też liczę, że przyszły format będzie lepszy :)

  • Szkoda, że zamykasz cykl, bo bardzo mi się podoba, ale rozumiem Twoje podejście; to Twój blog, Twój kawałek podłogi i musisz czuć się w nim dobrze.

    • Wynika to też z powolnej zmiany charakteru publikowanych treści na blogu, z tych aktualnych tylko w danym momencie, czyli właśnie CPI, które po miesiącu już dla nikogo nie stanowią wartości, na uniwersalne i ponadczasowe, do których można wrócić za rok i wciąż będą stanowić dla odbiorców wartość.

  • Zamiana ról <3 Jakie to prawdziwe

  • Komentarz Pawła Opydo jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że Grey jest zupełnie nie dla mnie.

  • Gray zawsze był chujowy, niezależnie z jakiej perspektywy pisana była książka. Myślę że autorka polubiła popularność i gotówkę dlatego doi jak może i próbuje dorobić na kolejnych, bezwartościowych częściach.
    Szkoda że to koniec CPI, jednak myślę że zmiany są dobre i czekam na „zmienioną formę”
    Pis joł

  • Marcin

    A co to za podrówki od Janka? :)

Kilka szokujących liczb, które zmienią Twoje myślenie

Skip to entry content

Kilka dni temu wyemitowany został ostatni odcinek „Westworld” – genialnego serialu HBO z Anthonym Hopkinsem o ultranowoczesnym parku rozrywki stylizowanym na western, w którym główną atrakcją są roboty do złudzenia przypominające ludzi. Goście odwiedzający wesołe miasteczko przyszłości mogą uwolnić hamowane na co dzień popędy i ziścić skrywane na dnie moralności dzikie fantazje, strzelając do nich, gwałcąc je lub podbijając dziki zachód. Roboty po każdym dniu są czyszczone, naprawiane, pozbawiane wspomnień z mijającego dnia i podstawiane na swoje miejsce, aby mogły odegrać – jak jest to nazwane w serialu – swoją pętlę fabularną.

Mimo, że jest to turbo rozwinięta sztuczna inteligencja, to roboty nie zdają sobie sprawy z tego, że są tylko przedmiotem dostarczającym rozrywki ludziom, lecz są przekonane, że naprawdę żyją w drugiej połowie XIX wieku i są mieszkańcami miejscowości na zachodzie Stanów Zjednoczonych. Mimo, że każdego są mordowane przez gości parku, nie są w stanie tego dostrzec, ponieważ żyją w swoich sztywnych, narzucających postrzeganie rzeczywistości pętlach, niepozwalających dostrzec im realnego obrazu sytuacji.

Z ludźmi jest tak samo.

Rzeczywistość wpycha nas w koleiny, którymi mozolnie idziemy, nie dostrzegając co jest poza nimi. Jesteśmy wtłaczani w schematy: wstań, umyj się, zjedz śniadanie, jedź do pracy, pracuj, wróć do domu, zjedz kolację, umyj się, idź spać, powtórz. Powtórz, powtórz, powtórz. Jesteśmy w pętlach codzienności, zupełnie jak roboty w „Westworld”, myśląc, że jest to jedyna możliwa droga i nie mając pojęcia o szablonie, który odrysowujemy na kalendarzu każdego dnia.

Roboty, żeby zyskać świadomość, zauważyć role, które odgrywają i zorientować się, że są robotami potrzebowały zmiany w kodzie, która uruchomiła efekt domina. Ludzie też potrzebują aktualizacji oprogramowania, aby wywołać taki efekt. Przed Wami kilka liczb, które mam nadzieję zmienią Wasze myślenie i pozwolą wyrwać się z pętli, w których tkwicie.

100% – tylu z nas na pewno umrze

1:1 000 000 – takie jest prawdopodobieństwo, że Twoje życie się zmieni, jeśli nic w nim nie zmienisz

50% – dorosły człowiek minimum tyle czasu, w którym nie śpi poświęca na pracę

5 – tyle lat miał Mozart, gdy skomponował pierwszy utwór

11 – a tyle, gdy skomponował pierwszą operę

0% – taki odsetek osób spotkał odpowiedniego partnera tworząc z nim szczęśliwy związek, czekając w domu, aż sam zapuka do ich drzwi

193 – tyle jest państw na świecie, w których mógłbyś mieszkać, daj +1 jeśli bierzesz pod uwagę też Watykan

0 – tyle razy średnio powtarza się niewykorzystana okazja

3 – tyle lat potrzebował Michał Szafrański, żeby zarobić milion złotych na blogu

1:13 983 816 – dokładnie tyle wynosi szansa trafienia 6 w Lotto

5,4 doby – statystycznie każdego miesiąca Polacy spędzają przed telewizorem

0,000001% – tyle wynosi ryzyko, że zjawiskowa dziewczyna, którą mijasz na ulicy da Ci w twarz, jeśli nawiążesz z nią kontakt

0,000000001% – tyle wynosi szansa, że jeśli teraz jej nie zaczepisz, to spotkasz ją drugi raz w życiu

6 – tyle kontaktów dzieli Cię od dowolnego człowieka na świecie, w tym Baracka Obamy i Krzysztofa Krawczyka

0 – o tyle centrumetrów będziesz bliżej realizacji swojego jutro, jeśli nie zaczniesz realizować go już dziś

40 – tyle lat miał założyciel KFC, gdy rozpoczął sprzedaż opiekanych kurczaków w panierce przy stacji benzynowej

10n – tyle masz możliwości na przeżycie swojego życia

1 – a tyle osób ponosi odpowiedzialność za to, którą z tych możliwości wybierzesz

autorem zdjęcia w nagłówku jest Emilio Garcia
---> SKOMENTUJ

Wojna Płci: seks na pierwszej randce

Skip to entry content

Dostaję od Was dużo maili z pytaniami związkowymi i na niektóre można odpowiedzieć jednym zdaniem, a na inne można by pisać elaboraty. Mimo, że nie mam trudności ani z jednym, ani z drugim, to chciałem Wasze problemy ugryźć w ciekawszy sposób niż kolejny odtwórczy tekst o tym, że gdy zmienia się kod pocztowy, to jednak wciąż zdrada, albo że jeśli jesteście 7 lat razem, a Tobie robi się mokro na widok spoconego dostawcy Tesco, to jednak już nie jest miłość. Żeby pokazać każdy damsko-męski temat z obu perspektyw, a nie tylko jednej słusznej, do wspólnego gryzienia zaprosiłem Asię z „Wyrwane z kontekstu”, która mimo, że jest inteligentniejsza i elokwentniejsza ode mnie, to przyjęła zaproszenie i zgodziła się ze mną pogadać.

Wojna Płci

I to nie jednorazowo, bo co tydzień w ramach cyklu „Wojna Płci”, pojawi się nowy tekst omawiający kwestie łóżkowo-związkowe nurtujące ludzkość od zarania dziejów. W jedną środę u mnie, w drugą u Asi, więc do końca roku powinniśmy zrobić z tego relacyjną encyklopedię.

Zaczynamy z grubej rury, czyli od tego, co hydraulicy lubią najbardziej.

Joanna Pachla: Seks na pierwszej randce przekreśla szanse na związek?

Jan Favre: Właśnie wiele kobiet tak uważa i boi się, że przez to, że za szybko pójdzie z facetem do łóżka, nic z tego nie wyjdzie, a on potraktuje je tylko jak ruchadło.

Joanna Pachla: A faceci się nie boją? Skąd pomysł, że boją się tylko kobiety?

Jan Favre: Ja się nie bałem, ale wciąż jestem prawiczkiem, więc mogę być mało obiektywny. Jednak to wciąż głównie obawa kobiet, bo wolny mężczyzna często jest postrzegany jako maszyna do seksu, która tylko chodzi po klubach i zalicza. Spotkałaś kiedyś faceta, który miał taką obawę?

Joanna Pachla: Nie. Ale też z żadnym nie uprawiałam nigdy seksu na pierwszej randce. Nie bardzo więc było jak spytać rano, jak się czuł. Chociaż gdyby się taki trafił, to raczej wolałabym, żeby nie pytał o nic. Tylko poszedł, skąd był.

O, chyba wyszła mi z tego teza, że jednak nie wierzę w związek po seksie. Nie po takim na pierwszej randce.

Jan Favre: W sensie, że gdyby się trafił facet, który bałby się, że przez to, że tak szybko dał Ci się przelecieć, nie będziesz traktować go poważnie, to olałabyś go wczorajszą herbatą?

Dobra, nie rozbijajmy na składowe Twojego lodowatego serca.

Wróćmy do głównego tematu: czemu nie wierzysz w związek po seksie na pierwszej randce?

Joanna Pachla: Czekaj, czekaj. Zacznijmy od tego, że ja bym go nie przeleciała.

Jan Favre: Wiem, nie masz miotły. HEHE.

Joanna Pachla: To totalnie nie jest moje słownictwo, to raz. A dwa, że mnie nie interesują takie krótkotrwałe relacje. Ale gdyby się już przypadkiem zdarzyło, to raczej nie interesowałoby mnie, czy się bał, czy nie – no stary, jesteśmy dorośli. Bierzemy odpowiedzialność za swoje czyny. Nie tylko te przed komputerem.

A co do związku po seksie na pierwszej randce – po prostu, intuicyjnie, nie.

Jan Favre: To teraz odrzućmy intuicję i skupmy się na logice. Co odróżnia związek od przyjaźni? Seks. Więc jeśli ten główny element, ta baza związkowej relacji między mężczyzną i kobietą jest w porządku – było Wam zajebiście razem w łóżku – to czemu ktoś miałby to odrzucać? I stwierdzać, że jeśli za szybko było Wam dobrze razem w łóżku, to to przekreśla możliwość bycia razem?

Joanna Pachla: O, i kto tu ma lodowate serce! Seks to nie jest baza. Baza to uczucia. A jak nie ma uczuć, to po co iść ze sobą do łóżka? Po orgazmy? O te umiem zadbać sama. A nie wierzę, że po pierwszej randce tych uczuć będzie jakoś specjalnie dużo. Może być jakaś ciekawość, fascynacja. Ale to dopiero punkt wyjścia. A nie punkt dojścia.

Jan Favre: Okej, nie wspomniałem, że seks w moim przypadku bierze się z uczucia, a przynajmniej z całościowej fascynacji daną osobą.

Po pierwszej randce może być tyle samo, co po drugiej. No, góra trzeciej. Nigdy nie zakochałaś się od pierwszego wejrzenia?

#KrólowaLodu

Joanna Pachla: Ha, nawet przed pierwszym wejrzeniem! W moim obecnym facecie zakochałam się od Facebooka! Co nie znaczy, że przy pierwszej lepszej okazji wylądowaliśmy ze sobą w łóżku.

Jan Favre: Wracając do meritum: jest przecież tak, że kobiety boją się, że jeśli za szybko będą uprawiać seks z mężczyzną, to ten przestanie być nimi zainteresowany i potraktuje jako wymienny przyrząd do masturbacji i biorą faceta na przeczekanie. Wydaje im się, że im dłużej mu nie „dadzą” tym bardziej on będzie je szanował i poważniej traktował. A przecież nie jest tak, że jeśli mężczyzna jest zainteresowany długotrwałym związkiem  z daną kobietą i wymienią się płynami ustrojowymi na drugim spotkaniu, to on nagle zerwie z nią kontakt, bo uzna, że skoro pociąga go i intelektualnie, i fizycznie, i dogadują się razem pod kołdrą, to lepiej tego nie kontynuować.

Jeśli facet chce od kobiety czegoś więcej niż seks, to im szybciej będą go uprawiać, tym szybciej ich relacja nabierze kształtu, a jeśli zależy mu tylko na zaspokojeniu potrzeb fizjologicznych, to choćby go przetrzymywała miesiąc, i tak małżeństwa z tego nie będzie.

Joanna Pachla: Pytanie, czy kobiety rzeczywiście się tego boją. Cały czas wypowiadasz się w imieniu wszystkich kobiet. „Kobiety myślą”, „kobiety się boją”. Po sobie wiem, że tak niekoniecznie musi być. To nie jest tak, że nie idę z facetem do łóżka na pierwszej randce, bo boję się, że straci do mnie szacunek. Albo że weźmie mnie za – jak to ładnie nazywasz – ruchadło.

Kobiety nie idą z facetami do łóżka na pierwszej randce, bo zwyczajnie mogą nie czuć takiej potrzeby.

Jan Favre: Oczywiście nie rozmawiałem ze wszystkimi na świecie przedstawicielkami Twojej płci i generalizuję, ale mówię to na podstawie rozmów ze znajomymi oraz wiadomości, jakie dostaję od czytelniczek. I wynika z nich, że jednak wiele dziewczyn się tego boi.

Joanna Pachla: Widzisz, u nas zmniejszenie kontaktu fizycznego związane jest zwykle ze zmniejszeniem kontaktu psychicznego. W grę wchodzi jakieś wzajemne poznawanie się, oswajanie. Przecież seks jest najbliższą formą bliskości. A ja nie mam ochoty być blisko tak od razu, z zupełnie obcym sobie człowiekiem. Nie powiesz mi, że da się kogoś poznać na pierwszej randce!

Jan Favre: Zgadzam się z Tobą jak najbardziej, że stosunek płciowy to najwyższa forma obnażenia się przed kimś i fizycznie, ale i mentalnie, bo spadają z nas wszystkie maski i pozy, które przyjmujemy na co dzień, i mówiąc dosłownie, dzielisz się sobą z drugim człowiekiem, dlatego trzeba być na to gotowym. Albo przynajmniej tego chcieć. Ale w przypadku problemu, o którym rozmawiamy, bywa tak, że kobieta by chciała, ma ochotę, ale się boi, że „to” może wszystko zepsuć.

Dlatego mówię, że nie ma takiej możliwości, żeby akurat „to” wszystko zepsuło.

Joanna Pachla: „To” <3

Jan Favre: „Nie powiesz mi, że da się kogoś poznać na pierwszej randce” – musielibyśmy zdefiniować, co to znaczy „poznać”, bo są małżeństwa, które po 50 latach mieszkania w jednym domu się nie znają, ale to chyba temat na osobną dyskusję, co?

Joanna Pachla: O, to, to! I dlatego żadnego ślubu przed seksem! Wiesz, żebym nie wyszła tu na starą dewotę – ja nie mam nic przeciwko pójściu do łóżka na pierwszej randce. Życie to nie jest telenowela, żeby trzeba było czekać z tym przez 1000 odcinków. Ja bym dała prostą odpowiedź na pytanie, kiedy iść z kimś do łóżka – po prostu, kiedy chcesz.

Jan Favre: Tak, też wychodzę z tego założenia, że jak chcesz coś robić, to to rób, tylko rozmawiamy o tym, że to może przekreślić szanse na związek.

Joanna Pachla: Bycie łatwą? To taka prosta wymówka. „Nie zadzwonił, bo uznał mnie za łatwą”. A może uznał Cię za kiepską, nieinteresującą lub głupią?

Jan Favre: Nudną, nieciekawą albo rudą.

Joanna Pachla: Co Ty masz do rudej?

Jan Favre: Nie zadzwoniła na drugi dzień.

---> SKOMENTUJ

„Spectre”, czyli jak spieprzyć Jamesa Bonda

Skip to entry content

Jamesem Bondem jaram się odkąd skończyłem 7 lat i babcia pozwoliła mi siedzieć z nią przed telewizorem po 20:00. Nagle okazało się, że to grające pudło ma coś więcej do zaoferowania niż poranne seanse „Miłości i dyplomacji” i wieczorne „Dynastii”. Że na przykład można zobaczyć w nim Seana Connery’ego robiącego fikołki w garniturze za dwajścia baniek, z którego kurz strzepują lepsze rakiety, niż te odkrywające literki w „Kole fortuny”. Typ zrobił na mnie większe wrażenie, niż łamiąca wiadomość skąd naprawdę biorą się dzieci, więc na każdą kolejną część przygód agenta 007, czekałem jak pary stosujące metodę kalendarzykową na okres.

I ze „Spectre” było tak samo. Mimo, że wyczekiwałem tego filmu jak Macierewicz wyjścia z szafy, to okazuje się, że niepotrzebnie. Bo nowy James Bond jest słaby.

 

Agent 007 został Iron Manem

Jaka była najważniejsza różnica między brytyjskim szpiegiem, a superbohaterami z komiksów Marvela? Że ten pierwszy jak dostał gaśnicą w łeb, to leciała mu z tego łba krew i tracił przytomność, a nie napierdalał niewzruszony na przód jak Terminator. Celowo piszę o tej różnicy w czasie przeszłym, bo w „Spectre” już nie mamy śmiertelnego człowieka, tylko niezniszczalnego Irona Mana, który może przyjąć dowolną liczbę ciosów, spaść z dachu walącej się kamienicy i nawet oddech mu nie przyśpieszy. Typ najwyraźniej po tym jak był chodzącym wrakiem i pół-emerytem w „Skyfall” przeszedł jakąś terapię hormonalną albo pożyczył szkielet z adamantium od Wolverine’a, bo nawet wpychanie mu wiertła w czaszkę nie robi na nim wrażenia.

 

Laski Bonda dawno nie były tak nijakie

Monica Bellucci w roli wdowy jest tak żadna, że można by zamiast niej wstawić Kasię Cichopek i tylko Polacy by się zorientowali. Blondyna, z którą buja się przez większość filmu, ani nie jest specjalnie ładna, ani nie ma żadnego wewnętrznego uroku w sobie, a jej seksapil sprowadza się do tego, że prawie potrafi strzelać z pistoletu i czasem coś mamrocze po francusku. Co w zasadzie brzmi jakby się najebała i miała problemy z mówieniem z otwartymi ustami.

 

Przeciwnicy bardziej wydmuszkowi niż Beata Szydło

To co mnie jarało w „Doktorze No”, „Jutro nie umiera nigdy”, czy nawet nie średnio darzonym przeze mnie miłością „Skyfall”, to wczuta w sytuację bohatera. Wejście w jego świat, relacje między nim, a osobami, które chcą zawładnąć globem i odczuwalne na skórze poczucie zagrożenia. Które przechodziło na mnie z ekranu, przez to, że wiedziałem kim są przeciwnicy, co ich motywuje i jaka chora historia stoi za ich psychopactwem.

W „Spectre” niby mamy jakoś tam uzasadnionego Tego Głównego Złego, ale jest to uzasadnienie mało przekonujące. Tak mało, jak niewiele stanowi 1000 złotych becikowego przy kilkuset tysiącach, które wydaje się na dziecko, aż uzyska pełnoletniość. No mnie on niestety nie przestraszył. A szkoda, bo Tego Głównego Złego gra Christoph Waltz, który ma wszelkie predyspozycje, by wcielić się w socjopatycznego pojeba. Oprócz tego jest jeszcze Ten Zły Poboczny, który jest siejącą rozjebundę górą mięśni i mógłby być przerażającym, chorym sadystą, gdyby tylko stała za nim jakaś historia, a nie pojawiał się w fabule z dupy jak wiatr pod kołdrą.

 

Agent 007 został Iron Manem podwójnie

Jaka była druga różnica między Jamesem Bondem, a Tonym Starkiem? Ten pierwszy był dżentelmenem, a ten drugi próbował być. Objawiało się to głównie tym, że w filmach z Brytyjczykiem żarty były rzucane sporadycznie, a jeśli już, to z klasą, natomiast przygody tego drugiego liczne były w barowe dowcipy, często przekraczające niebezpieczną granicę sucharów. „Spectre” niestety bardzo mocno próbuje dorównać irytującą śmieszkowatością „Avengersom”.

 

Muzyka jak dla debili

Oglądaliście kiedyś „Świat według Kiepskich” albo „Bundych”? Nie zgrywajcie ultrainteligentów, wiem, że tak. No to tam, dla rozumnych inaczej, zawsze gdy na ekranie jest „śmieszny moment” w tle lecą nagrane salwy rechotu, żeby ci mniej sprytni intelektualnie wiedzieli kiedy się śmiać. W nowym Jamesie Bondzie jest podobnie. Kiedy w filmie ma dziać się coś teoretycznie ekscytującego leci muzyka, która w zamyśle twórców w Twojej głowie powinna aktywować karteczkę z napisem „uwaga mordo, teraz masz się ekscytować!”. Kiedy dzieje się coś teoretycznie przerażającego, czy drastycznego jest podobnie – z głośników leci muzyka, która ma Cię poinformować, że powinieneś bieżącą scenę przeżywać całym ciałem, bo to jest właśnie przerażający albo drastyczny moment.

Tyle, że te wszystkie zdarzenia na ekranie dzieją się w teorii. Bo w praktyce gówno się dzieje.

 

Jeden z najmniej przekonujących romansów w historii kina

Według niezależnych badań przeprowadzonych przez mojego stażystę, który wcześniej zajmował się wróżeniem z fusów, wynika, że cała ludzkość ma tylko 5 skojarzeń związanych z agentem 007. Dupy, szpiegostwo, dupy, Martini, dupy. Powtórzę to jeszcze raz, bo nie dla wszystkich może być to czytelne: James Bond na drugie dostał „ruchacz”, a na trzecie wziął sobie do tego przedrostek „super”. To nie jest Rysiek z Klanu, który aż po apogeum prostaty kładzie się w łóżku z jedną kobietą, tylko gdy ta wcześniej zgasi światło. To jest pieprzony brytyjski agent, który rozchyla więcej nóg niż ginekolog w trakcie prozdrowotnej akcji „Pokaż papugę”.

Dla gościa włożenie penisa w nową pochwę jest jak wysypanie mąki na stolnicę dla piekarza – robi to tak odruchowo, że nawet się nad tym nie zastanawia. A w „Spectre” twórcy próbują nam wmówić, że po jednym takim przypadkowym włożeniu, największy dupcyngiel na Wyspach Brytyjskich zakochuje się i rzuca robotę. Jeszcze bym to jakoś zrozumiał, gdyby to było jakoś uzasadnione w filmie. Jakkolwiek. Gdyby ten ich romans był choć trochę istotnie pokazany. Albo pokazany w ogóle. Ale nie jest. James po prostu bierze ją jak Harnasia z półki w Żabce, przejawiając zaangażowanie tylko tym, że zapamiętał jej imię, po czym oświadcza, że odchodzi z pracy. I to ma mnie przekonać?

No kto jak kto, ale ten chłop za bardzo lubi tę robotę, żeby rzucić ją dla przypadkowej baby.

 

Główna intryga jest naiwna jak wiara w oryginalne Jordany na Allegro

Serio, tu nie ma jakiejś większej rozkminy. To nie jest tak, że dopiero, gdy lecą napisy końcowe olśniewa Cię, że ten z tym faktycznie dogadali się z tamtym, żeby pod pretekstem udupić tamtych. Tu wszystkie części układanki pasują do siebie od drugiego kwadransa filmu. Więc jedyne co możesz zrobić, to pociągnąć za spłuczkę, żeby spuścić klocki.

---> SKOMENTUJ