Close
Close

Czasem lepiej się zamknąć

Skip to entry content

Od soboty dzieje się to, o czym Tomek Tomczyk pisał w swojej książce, ale nie wszyscy mu wierzyli – dokonuje się żywy dowód tego, że wszyscy jesteśmy blogerami. W internecie wszyscy jesteśmy opiniotwórcami i wszyscy tworzymy treści. I nie robimy tego dla siebie, ale dla publiczności. Piszemy, fotografujemy, filmujemy najczęściej nie dla korzyści materialnych, czy z powodów ambicjonalnych, ale przez te najniższe – by zdobyć poklask i połechtać ego.

Mimo, że nie każdy jest świadomy tego, że pisanie postów na Facebooku, to tworzenie treści, bo nie zastanawia się nad tym, tylko robi to wręcz odruchowo, tak już mało kto wrzucając coś na tablicę, nie liczy na aprobatę otoczenia. No bo, czy jest ktoś kto nie chciałby mieć 100 lajków pod postem? A lepiej 200? Albo nawet 1000? 1000 lajków, to jest coś! Coś co… realnie gówno daje, ale zawsze miło popatrzeć sobie na taką liczbę pod swoimi wypowiedziami.

W piątek stało się coś strasznego – terroryści z ISIS zabili w Paryżu 130 osób. Niewinnych, przypadkowych ludzi, będących czyimiś matkami, mężami, dziećmi, najlepszymi kolegami z pracy, czy kumpelami z ławki. Równie smutne co przerażające. Jednak nie mniej, niż poprzednie zamachy w innych krajach. Mimo, że nie ma lepszych i gorszych ofiar ataków terrorystycznych, internet postanowił wyróżnić te paryskie. Wyróżnił je w jedyny możliwy sposób – zaczął o nich mówić.

Od sobotniego poranka zaczęła się zabawa w „a czy Ty już wypowiedziałeś się na temat tragedii w stolicy Francji?”. Każdy kto się nie odniósł przegrywa.

Niemal wszyscy mają palącą, jak żar z niedopałka spadający za kołnierz, potrzebę wyrażenia publicznie swojego stanowiska w tej sprawie. Stanowiska jednoznacznego i jedynego właściwego, dodajmy. Albo wskazania kto jest winny tragedii. Albo wrzucenia kilku inwektyw w stronę lewaków. Albo wyrażenia głębokiego ubolewania i deklaracji solidaryzowania z rodzinami zabitych. Albo chociaż wrzucenia śmiesznego mema. Bo czemu by sobie nie pokręcić beki z jeszcze nieostygłych trupów? Mam wrażenie, że ta potrzeba bycia jedynym-prawdziwie-prawdziwym-głosem-prawdy, jest tak palącą, że jeśli nie zostanie zrealizowana w ciągu najbliższych 5 minut, to nosiciel z miejsca się spopieli, dokonując samozapłonu.

Ludzie wypowiadają się z takim poczuciem nieomylności i z takimi emocjami, jakby to do ich rodzin strzelano. Jakby ich to bezpośrednio dotyczyło. A nie dotyczy.

Jestem Polakiem, ale i Francuzem. Urodziłem się we Francji, mój ojciec jest Francuzem, mam francuskie obywatelstwo. I nazwisko. Z „v” w środku, przez co od przedszkola muszę zawsze po piętnaście razy literować i tłumaczyć jak to się pisze. Nie chcę się wywyższać, ale z obiektywnego punktu widzenia, ta sprawa dotyka mnie o wiele mocniej, niż przeciętnego, wolącego kotleta od Mahometa, Sebę. Mimo to, moją pierwszą reakcją po przeczytaniu informacji o tym, co się właśnie stało w Paryżu, nie było opublikowanie jednoznacznej i niezostawiającej nawet cienia na wątpliwości odezwy do narodu na 1000 lajków. A z moim zasięgiem 1000 wpadłoby nawet bez przecinków i znaków diakrytycznych. Mimo to, nie napisałem „ufff, dobrze, że nie przyjęliśmy uchodźców”, „#prayforparis #smuteg #polishboy #nofilter”, ani „odwet będzie krwawy! każdy kto da lajka pod statusem, wirtualnie zabija jednego islamistę!”.

Moją pierwszą reakcją, po usłyszeniu, że ktoś na koncercie strzela do przypadkowych ludzi, było przerażenie. Drugą strach. Trzecią analiza sytuacji. Analiza, która wciąż trwa.

W przypadku zamachów terrorystycznych, ustalenie ciągu przyczynowo-skutkowego to nie jest połączenie prostą linią dwóch punktów. Gdyby to było tak łatwe, to przywódcy narodów nie zbieraliby się na narady, ministerstwa spraw wewnętrznych nie zbierałyby latami materiałów, a szpiedzy i antyterroryści nie mieliby roboty.

Cieszysz się, że nie przyjęliśmy uchodźców, bo to oni strzelają i podkładają bomby? Błyskotliwy wniosek, tylko jak myślisz, przed kim oni taki licznie uciekają?

Wykrzyknikujesz, że wystarczy zamknąć granice i będzie spoko? Genialne mordo, tylko, jak historia pokazuje, wielu zamachowców, to nie przyjezdni, a tubylcy, żyjący w danym kraju od lat.

Cieszysz się, że po tej tragedii będzie blokada na uchodźców i nikt z nich nie ostrzela ci klubu? Pocieszająca myśl. Tyle, że nieprawdziwa. Żyjemy w dobie internetu, sieci tor i kupowania strzykawek z HIV płacąc bitcoinami. Terroryści równie dobrze mogą zdalnie wynająć Twojego sąsiada do takiego zlecenia.

Mówisz, że wystarczy spuścić na nich bombę i będzie spokój? To chodź, pojedziemy tam i pokażesz palcem konkretnie na kogo, przy okazji odsuwając niewinne matki z dziećmi, żeby nie dostały rykoszetem.

Naprawdę, TO NIE JEST PROSTE, takie rzeczy wymagają długotrwałej analizy, spojrzenia na problem z wielu perspektyw i opanowania. W skrócie: ZASTANOWIENIA SIĘ.

Nie zrozum mnie źle. Nie uważam, że należy przejść obojętnie wobec aktu terroru, czy to na Twoim kontynencie, czy na każdym innym. Uważam, że należy reagować, bo zło rozprzestrzenia się, gdy dobry człowiek nic nie robi, ALE jednak zanim zacznie się krzyczeć przez megafon na całe osiedle swoje mądrości, a tego odpowiednikiem jest właśnie wrzucenie posta do mediów społecznościowych, warto się zastanowić, czy masz w ogóle coś mądrego do powiedzenia. I czy to, co chcesz powiedzieć faktycznie jest mądre.

Bo czasem po prostu lepiej się zamknąć.

I żeby nie było, że czepiam się tylko tych manifestujących oburzenie, to teraz pstryczek w ucho dla drugiej strony. Bardzo ładnie wizerunkowo wygląda wrzucenie hasztaga #prayforparis, ustawienie na profilówkę francuskiej flagi i pisanie o tym jak ci przykro, jak ci źle i jak bardzo łączysz się w bólu z ofiarami tragedii. I w ogóle, że gdybyś tylko mógł, to byś wszystkich opłakujących bliskich zaprosił do domu na herbatę, bo szczerze jesteś ich bratnią duszą. Takie żywe zainteresowanie drugim, zupełnie obcym, człowiekiem jest piękne. Naprawdę.

Tylko teraz zgadnij, ile z tych osób, które zbierały lajki pod wyrazami współczucia, napisało do mnie z pytaniem, czy mojej rodzinie we Francji nic się nie stało, czy żyją, czy wszystko w porządku?

0.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Dot

    Cudownie to napisałeś!!! Poślę dalej, mimo że od tego zamachu minęło już trochę czasu, ale uważam, że to nadal ważna sprawa. Kwintesencję zawarłeś na końcu i pięknie to ująłeś – prawdziwie, krótko, zwięźle i na temat. :)

  • Ha.
    Pamiętam, jak napisałam o uchodźcach po kilku tygodniach od momentu, kiedy w internecie sprawa przycichła. Kolega zalinkował mi Twój post, okazało się, że ktoś ma takie samo zdanie jak ja, a przy okazji myśli. I tak trafiłam do Ciebie.
    Na zamach w Paryżu zareagowałam tak samo, jak Ty. Jeszcze odetchnęłam z ulgą, że nikt z moich znajomych nie jest we Francji. Na wszystkich Facebookach nie wypowiadałam się praktycznie w ogóle, bo chyba wszystko już zostało powiedziane. A na blogach jak było śmiesznie! Zabawa w „kto pierwszy napisze o Paryżu i stanie się popularnym blogerem”. Chyba nikt nie wygrał…

  • A ja przez cały weekend byłam niemal offline, raz że na wyjeździe, dwa z ludźmi, którzy byli mądrzejsi ode mnie i było z kim poanalizować sytuację, otrząsnąć się z przerażenia i pomyśleć nad tym, co i jak, i jak żyć dalej. Celowo nie wchodziłam na Fb, wiedząc co zastanę.

  • Od dłuższego czasu media społecznościowe przestają być miejscem, gdzie pokazuje się głównie co się je, gdzie się jest, w czym się chodzi etc., tylko przekazać znajomym/obserwującym (może na szczęście tylko) co „ja” myślę. Z akcentem na „ja”. Nie mam z tym problemu, po pewnym czasie wiem czego się spodziewać po danej osobie. Jednak zdumiewający, a może i przerażający, jest wzrost natężenia w przypadku wstrząsających wydarzeń. Przykład ostatnich kilku miesięcy – Paryż, uchodźcy. Od razu w sieci pojawia się potop nieomylnych głów. Zwłaszcza tych najbardziej skrajnych i radykalnych, bez względu na stronę światopoglądową. Zastanawia ta pewność z jaką wypowiadają poglądy. Nie potrzebują pytań, bo są skarbnicą odpowiedzi. Dla mnie jest to zakopywania lęku sloganami i frazesami pomagającymi przetrwać ciężkie chwile. Często nie ich autorstwa, ale pozwalającymi na uniknięcie trudnych pytań. Wciąż aktualne jest to o czym pisał Fromm, że ludzie wolą oddać wolność, byleby poczuć się bezpiecznie. Oczywiście, że gdy dowiedziałem się o zamachach w Paryżu poczułem strach. Bałem się o siebie i rodzinę. Zacząłem zastanawiać się, jak będzie wyglądał świata za 6 miesięcy, rok, dwa. Wciąż mam obawy i wątpliwości. Jednak czy nie takie jest życie? Zwłaszcza w takich momentach.

  • Cieszę się, że nic nie stało się Twojej rodzinie…przykro mi, ale nie wiedziałam, że mieszka w Paryżu. Pierwsze co zrobiłam w nocy to pomyślałam o znajomych którzy tam mieszkają lub przebywają turystycznie, owszem poczułam ulgę, ale nie wyzbyłam się strachu. Czuję go do tej chwili, chociaż masz rację, nic, oprócz stosunku emocjonalnego nie łączy mnie z Francją. Ale czy można ocenić poziom empatii, współczucia i strachu ze względu na przynależność i związek z danym krajem? Myślę, że nie. To wszystko zależy od człowieka.

  • Joanna

    Mój kolega robi doktorat w Paryżu, a moja współlokatorka jest Francuzką i robiła tam praktyki, ma w stolicy swojego kraju rodzinę i przyjaciół. Nie wiedziałam jak mam zapytać. Czy wszystko u nich w porządku? Jak się czują? Takie pytania w ogóle nie miały sensu w zaistniałej sytuacji.
    Bo jak mogą się czuć? Kolega spędzał weekend poza Francją i po zamknięciu granic nie miał jak wrócić do pracy. Współlokatorka przepłakała dwa dni i cały czas martwi się o wszystkich swoich bliskich, których ma w Paryżu.
    Czy było wygodne dla mnie pytać ich o zaistniałą sytuację? Nie. Byli zdenerwowani, zaniepokojeni, zrozpaczeni, może faktycznie moje pytania ich tylko zwyczajnie wkurwiły. Ale nie wyobrażałam sobie jak mogłam nie zapytać o to, czy ich rodzinom albo im nic się nie stało.
    Nie potrafię się wypowiedzieć na temat tego zajścia. Wolałam nie zabierać głosu na żadnym portalu społecznościowym. Nie chodzi tu o udawanie, że nic strasznego się nie stało, tylko cała sytuacja jest skomplikowana i nie wiem jak można od razu wygłaszać sądy.

  • Marysia

    Moim zdaniem ta dychotomię należałoby rozszerzyć o trzecia kategorie: wypowiedzi, które podkreślaly, że nie należy utożsamiać terrorystów z uchodźcami
    Takie głosy były i są uzasadnione i potrzebne. Nie wiem czy kogokolwiek z prawnilnych patriotów/ek przekonały,ale może chociaż zmusiły do refleksji. Druga sprawa to statusy i zdjęcia profilowe. Głęboko wierzę, że osoby okazujące w ten sposób współodczuwanie robią to szczerze i wirtualnym czynom towarzyszą tez, w miarę możliwości, przejawy realnego wsparcia.
    Pozdrawiam

  • Bo osadzac i powiedzieć „a nie mówiłam/em” jest proste i każdy to potrafi. A poza tym leży w ludzkiej naturze. Kiedyś były badania na temat tego jak po wydarzeniach ludzie zaczynają włączać mechanizm „przewidzialam to”. To raz.

    Dwa, mnie troszeczkę również smuci to że taka tragedia zawsze rodzi polaryzacje poglądów. Z jeden strony many przytoczona przez Ciebie postawę seby z drugiej solidarność która kończy się wręcz zdumiewającymi deklaracjami kasowania ludzi z poglądami odmiennymi.

    Po ostatnie patrząc na sytuację ostatnich tygodni i obecną gorzkim jest dla mnie trafienie na wpisy (bo ktoś skomentował) w których ludzie którzy deklarowali pod koniec października zmianę kraju bo inni rządzący teraz rzucający hasłami France multi kulti się doigrala.

  • Zdecydowanie lepiej czasem milczeć, ja z pewnością nie będę dołączał się do propagowania tej czy innej opcji doradzania władzom – bo skoro nie mam siły przebicia, to lepiej zająć się tymi tematami, w których mam możliwość coś zmienić na większą skalę.

  • Jeżeli to ja byłbym na miejscu i stracił w zamachu brata/babcię/wujka/psa to nie chciałbym musieć kilkaset razy odpisywać wszystkim że brat/babcia/wujek/pies nie żyje po zamachu…
    Wiem, że może to dziwne wytłumaczenie ale tak po prostu myślę. Jeżeli ktoś będzie chciał to jest wiele sposobów żeby się podzielić taką informacją.

    • Po pierwsze, zdajesz sobie sprawę z tego, że opisujesz sytuację drugiej strony – poszkodowanej, a nie deklarującej pomoc?

      Po drugie z tymi kilkuset razami, to Cię mocno poniosło, nawet kiedy wrzucasz zdjęcia ze ślubu tyle osób nie pisze do Ciebie żeby złożyć życzenia.

      • Ad 1. Tak zdaję sobie z tego sprawę. Ale Ty zwróciłeś uwagę, że ludzie pazernie poszli po lajki w social media nie interesując się tak naprawdę ludźmi, których to mogło dotyczyć. Ja będąc taką osobą wolałbym nie być pytany przez wszystkich dookoła.
        Ad 2. Jakby ci wszyscy znajomi co wrzucają flagi albo piszą czy lajkują posty o współczuciu dla Francuzów to zebrałoby się trochę. Może faktycznie z tymi setkami to przesadziłem ale dziesiątki by to były.

        • Dla mnie deklaracja solidarności i współczucia, to start do działania i pomocy, a tu niestety okazuje się, że kończy się tylko na deklaracjach.

          Wyobraź sobie, że faktycznie straciłeś kogoś w tym zamachu, wiele osób dookoła wstawia flagi kraju Twojej rodziny, jest ogólny happening, Twoi znajomi deklarują solidarność, współczucie i zainteresowanie tematem, inni im biją brawo i masz wrażenie, że wszyscy za chwilę zostaną wolontariuszami w paryskich szpitalach, a NIKT nawet nie spyta jak się czujesz i czy wszystko w porządku.

          Dla mnie to udawanie zainteresowania i atrapa współczucia.

          • Janek mi chodzi tylko o jeden aspekt tej sprawy – samo pytanie o to czy wszyscy cali i tak dalej. Sam się nie chcę dopytywać i nie chciałbym być pytany o to cały czas ale pomógłbym jeżeli wiedziałbym, że ktoś znajomy tego potrzebuje. Myślę, że moi znajomi też i mam nadzieje, że się nie mylę…

  • Aleksandra Muszyńska

    Moja tablica na Facebooku zasyfiła się miliardem linków do rozmaitych krynic mądrości, które głoszą swoje prawdy i prawdeńki.”Won z uchodźcami”, „przyjmijmy uchodźców, nie dajmy się zastraszyć”, „lewackie kurwy, zwolennicy multi-kulti, macie krew na rękach”, „prawicowe ścierwa, mamy nadzieję, że jesteście zadowoleni”, „jebać muslimów” – to i wiele więcej w ciągu doby obrzydziło mnie po prostu do cna.
    Nie lajkowałam, nie wrzucałam, nie szerowałam, nie zmieniałam zdjęcia i nie umieściłam linku do „Imagine” na tablicy. Po prostu czytałam wiadomości i te wszystkie absolutnie szokujące relacji ludzi, którym udało się jakoś uciec – i tak sobie myślałam, dokąd zmierza świat, na którym żyję i jak to możliwe, że mentalnie tkwi w okolicach X wieku, skoro ludzie wciąż oddają i zabierają życie w imię określonego wyznania.
    Ale wiem jedno – mnóstwo ludzi zginęło straszną śmiercią, a co najmniej drugie tyle przeżywać będzie traumę do końca życia. I to, czy zamknie się granice, czy lewica z prawicą powybija sobie oczy i zęby, jest im wszystkim już raczej obojętne.
    I kurde nie wiem, co bym mogła więcej zrobić niż tylko to, na co miałam siłę i moc, czyli popłakać i mimo wszystko podziękować Niebiosom, że (na razie) ja i moi bliscy jesteśmy bezpieczni.

  • Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam było napisanie do koleżanki z Paryża z którą widziałam się tam 3 tygodnie temu.
    Masz rację, że to nie jest proste, ale wiesz co Ci powiem? Im bardziej interesuję się tematem to dochodzę do wniosku, że jesteśmy bardzo zręcznie manipulowani.
    Jeśli chodzi o poczynania terrorystów w sieci to Anonymous ogłosili, że się za to biorą.
    Jeśli chodzi o inne wiadomości to boję się III WŚ. Ludźmi, którzy się boją łatwiej jest sterować, dlatego z każdej strony manipuluje się nami tak, abyśmy się bali. Ale co zrobić? Jak się nie bać?
    Wiesz co, mówi się tyle o tym, że te lajki i posty w sieci nic nie poprawią i ja oczywiście się z tym zgadzam, ale niech ktoś mi powie jak ja mogę wpłynąć na sytuację polityczną Europy? Ja mogę zrobić paczkę do sierocińca koło Warszawy, ale jaki ja mam wpływ na to jak nami się manipuluje i rządzi poprzez podziały w polityce globalnej?

    • „niech ktoś mi powie jak ja mogę wpłynąć na sytuację polityczną Europy?” – system w którym żyjemy wiąże się z tym, że jednostka nie ma bezpośredniego wpływu na sytuację globalną, bo też byłby to absurd, jeśli KAŻDY mógłby decydować o tym co się dzieje na świecie, dlatego wybieramy osoby, które robią to za nas.
      Innymi słowy, mamy 2 wyjścia:
      1 – wybierać odpowiednich do tego polityków
      2 – samemu zostać politykiem

      • To prawda, że nie mamy wpływu na globalną sytuację, tym bardziej bolesny jest fakt, że wszyscy odczuwamy jej skutki… Mikrokosmos tonie w makrokosmosie. Przygnębia mnie to, zwłaszcza kiedy sobie o tym przypomnę.
        PS Mam w dupie lajki. Wolę nic nie pisać, żeby się nie szarpać z tymi, o których jest ten post. Chyba się nie nadaję do internetów.

        • Dla mnie to mało odkrywcze niestety.

          „Gdyby wybory mogły coś naprawdę zmienić, już dawno by ich zakazano.”

          W rozmowach ze znajomymi nikt nie przyznaje się do głosowania na PIS, ze znajomych znajomych też. Skąd ten wynik?
          Poza tym mam wrażenie, że stery dzierżą nie politycy, a „coś” o wiele bardziej potężnego. Nie muszę mówić, że zawsze chodzi o kasę.

    • steveminion

      „niech ktoś mi powie jak ja mogę wpłynąć na sytuację polityczną Europy?”
      Nie wybierać nacjonalistów i fundamentalistów do parlamentu…

      • Aleksandra Muszyńska

        Amen.

Najgorsze co możesz zrobić, to żyć „chujowo, ale stabilnie”

Skip to entry content

Gdy ktoś pytał „co słychać?” i za bardzo nie wiadomo było co odpowiedzieć, żeby nie rozpoczynać litanii krzywd, w pokoleniu moich rodziców zbywało się rozmówcę hasłem „stara bida”, w moim pokoleniu natomiast powiedzenie to przeszło metamorfozę i brzmi „jest chujowo, ale stabilnie”.

– Jak w pracy?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak ci się układa z Krystyną?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak mieszkanie z teściami?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak życie?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

Uniwersalna odpowiedź na wszelkie drażliwe pytania, które wywołują w pytanym dyskomfort i przypominają jak źle jest mu w danej kwestii. Gdy wiesz, że praca, którą wykonujesz zupełnie Cię nie satysfakcjonuje i nie rozwija, związek, w który wpadłeś to ciepłe bagienko, a Twoje życie nie może wydostać się z zamkniętego rozdziału, rzucasz zabawne hasełko podłapane gdzieś w sieci i po sprawie. Mam wrażenie, że niektórzy obrali je sobie za ponadczasowe motto, bo mimo zmiany dat w kalendarzu, kursu dolara i sytuacji geopolitycznej, ich odpowiedź na pytanie „co słychać?” cały czas brzmi tak samo. I nie jest to „super!”.

Jeśli jesteś jedną z osób, która kieruje się zasadą, że nie ma nic złego w tkwieniu w gównie, jeśli tylko to gówno jest Ci znane i przewidywalne, to ten tekst jest dla Ciebie.

Stabilizacja w długiej perspektywie nie istnieje

stabilizacja – stan równowagi; utrwalenie jakiegoś stanu, położenia, zjawiska

Pamiętam jak w 2013 byłem na jakiejś domówce i paląc fajkę na balkonie, gość, od którego wziąłem ognia, spytał mnie czym się zajmuję. Gdy powiedziałem, że piszę bloga spojrzał na mnie jak nauczyciel na uczniaka, i spytał retorycznie „no fajnie, fajnie, ale co ty będziesz robił za 5 lat, jak moda na blogi się skończy?”. Ta jego pseudo troska zdradzająca poczucie wyższości była o tyle zabawna, że on sam zajmował się montowaniem anten satelitarnych. Do telewizorów. Czyli w dobie Netflixa, HBO GO, serwisów z wideo na żądanie i szalonego rozwoju smartfonów, zajmował się montowaniem prehistorycznych urządzeń do reliktów przeszłości. Przez swoje zadufanie zupełnie nie zauważając jak świat się zmienia.

Bo świat się zmienia. Każdego dnia. Przez co nie ma czegoś takiego jak stabilizacja.

W czasach młodości mojej babci szewc to był pewny, solidny zawód. Dziś trudno mi sobie przypomnieć, czy w ciągu ostatnich 10 lat choć raz byłem u szewca. Podobnie jak nie korzysta się już z usług osób wykonujących takie profesje jak latarnik, szczurołap, mleczarz, czy telefonistka, mimo, że każdy z nich z pewnością czuł, że ma trwały fach w ręku. Galopujący postęp technologiczny sprawia, że każdego roku kolejne zawody odchodzą w zapomnienie, bo albo taniej, albo łatwiej, albo lepiej, albo szybciej jest daną pracę zlecić maszynie.

Bo wszystko się zmienia. Bo jedyną stałą jest zmiana.

Czy to w kwestii pracy, czy związków, czy polityki globalnej stabilizacja jest możliwa tylko w krótkim okresie, bo nikt z nas nie żyje w układzie izolowanym, zamkniętym na czynniki zewnętrzne. Nawet kamienna góra ulega zmianom, bo wietrzeje, jest drążona przez wodę lub przez zmiany wewnątrz naszej planety. Czy jeszcze 4 lata temu ktoś na poważnie brałby pod uwagę, że Donalnd Trump zostanie najważniejszym człowiekiem na świecie, Snapchat pozwoli twórcom zarabiać dziesiątki tysięcy złotych, a co piąty mieszkaniec dużego miasta będzie miał uczulenie na gluten?

To co się wydaje ucementowane dzisiaj, jutro jest już tylko liściem targanym na wietrze. „Panta rhei” – wszystko płynie, więc jak naiwnym trzeba być, żeby wierzyć w jakąkolwiek długoterminową stabilność?

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to krok dalej od możliwości zmiany

Jest takie powiedzenie, że im więcej świeczek na torcie, tym trudniej cokolwiek zmienić. I jest w tym dużo prawdy.

Gdy masz 19 lat i mieszkasz z rodzicami, możesz całą swoją rzeczywistość wywracać do góry nogami pstrykając palcami. Z dnia na dzień. Bez obaw, bez konsekwencji bez wyrzutów moralnych. Gdy masz 27 lat i żyjesz na własny rachunek, łańcuchy rzeczywistości powoli zaczynają się zaciskać na Twoich nadgarstkach i coraz trudniej jest Ci wprowadzać gruntowne zmiany. Rzucenie pracy pod wpływem impulsu, już nie jest takie proste, bo rachunki same się nie zapłacą, a głodu nie zaspokoisz poczuciem bycia rebeliantem. Podobnie ze związkiem, masz dużo więcej oporów, żeby go zakończyć nawet jeśli nie jesteś z niego zadowolony, bo widzisz, że możliwości na poznanie kogoś nowego jest nieporównywalnie mniej. I przede wszystkim coraz mniej masz na to czasu. Gdy masz 35 lat czujesz się jak więzień codzienności, zniewolony przez obowiązki, więzi rodzinne, kredyty i inne, ciągle mnożące się zobowiązania. Zostawisz żonę, żeby w końcu znaleźć miłość swojego życia? Przecież macie razem dziecko. Skażesz je na wychowywanie się w rozbitej rodzinie? Pieprzniesz w cholerę tą odmóżdżającą robotą i otworzysz foodtrucka z tostami, o którym zawsze marzyłeś? A co jak nie wypali? Z czego będziesz spłacał mieszkanie? I płacił za przedszkole córki?

Stwierdzasz, że jest chujowo, ale stabilnie i patrzysz jak pociąg z lepszym życiem bezpowrotnie odjeżdża znikając we mgle.

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to dzień krócej w zajebistości

Im dłużej tkwisz w życiu, którego nie chcesz, tym mniej masz czasu na życie, o którym śnisz.

Do momentu, w którym nie będziemy mieli cybernetycznych ciał, w pełni naprawialnych i wymienialnych, jak bohaterowie „Ghost in the shell”, a dusza nie będzie w stanie przemieszczać się między zewnętrznymi powłokami, do tego momentu czas jest jedynym nieodnawialnym dobrem na świecie. Godzin, dni, lat, gdy jesteś w relacji, sytuacji, czy zawodzie, który jest dla Ciebie niezadowalający, niesatysfakcjonujący, który Cię nie cieszy, który Ci nie odpowiada, nikt nie cofnie. Ten czas mija bezpowrotnie. BEZ-PO-WRO-TNIE. Nawet jeśli w wieku 40 lat, stwierdzisz, że rzucasz wszystko w pizdu i układasz świat wokół siebie tak jak miałeś na to ochotę od liceum, to nikt, powtarzam, NIKT nie zwróci Ci tych miesięcy, gdy żyłeś byle jak, w sprzeczności z samym sobą.

Życie chujowo, ale stabilnie, to skazywanie się na nieszczęście

Bo każdy dzień, gdy nie jesteś szczęśliwy, to jeden dzień mniej w Twoim życiu, gdy mógłbyś być szczęśliwy w pełni, a pozorna stabilność jest pozorna, do momentu kiedy staje się jawnym bagnem.

---> SKOMENTUJ

Cotygodniowy Przegląd Internetu #52: marsz niepodległości, kolejne „50 twarzy Greya” i koniec CPI

Skip to entry content

Mijający tydzień był dość nietypowy, bo z przerwą w środku, związaną ze Świętem Niepodległości, którym żyła cała sieć. I to nawet nie tyle samym świętem, które nieco przeszło bokiem, co marszem. Mam wrażenie, że większość czekała na filmy z latającą kostką brukową i zawiodła się, że kibole biorący udział w pochodzie byli nad wyraz spokojni i tym razem nie doszło do zamieszek. Co działo się w internecie poza memami z tłumem trzymającym race?

33 wskazówki, które ułatwią Ci życie: jeśli w trakcie podróży planujesz wynajmować hotel. Bardzo pomocny tekst z wieloma wskazówkami i radami, które faktycznie sprawiają, że noclegowanie poza domem jest bardziej komfortowe.

Chomiks wrócił! Jak byłem w liceum, trafiłem kiedyś w sieci na mega zabawny komiks z ciętym dowcipem, którego głównymi bohaterami były chomiki. Symbolizujące braci Kaczyńskich. Nie jestem ani wyjątkowo pro-PO, ani specjalnie anty-PIS, te rysunki są po prostu śmieszne, tak że cieszę się, że format wrócił.

Polski Bus przestał być tani i komfortowy: a zaczął być irytujący, nieprofesjonalny i naciągający. Zwłaszcza w kwestii wiecznie niedziałającego wi-fi. I to już dawno, dawno temu. Również nie polecam tego allegrowicza.

Marsz niepodległości jest zjawiskiem klasowym, a nie nacjonalistycznym: nie do końca trafny, ale bardzo ciekawy, i przede wszystkim dobrze napisany, komentarz do środowego Święta Niepodległości.

14 przekąsek z Nowego Jorku: im więcej widzę czyichś relacji z Wielkiego Jabłka, tym większa zazdrość we mnie wzbiera i motywacja do tego, żeby w końcu uzbierać hajs i zaplanować tę podróż. Zwłaszcza, że można popróbować tam takich delikatesów.

Aktorki tracą swoją wartość rynkową mniej więcej w tym czasie co dziwki: spodziewalibyście się, że to powiedziała Meryl Streep? Nie byłem jakimś jej przesadnym entuzjastą, ale po tym artykule chyba zacznę.

Omówienie kolejnej części „50 twarzy Greya”: tym razem „powieści” o zaskakującym tytule „Grey”, w której przemielona na wszystkie sposoby historia pokazana jest oczami typa rozmawiającego ze swoim penisem. Komentarz Pawła Opydo zdecydowanie lepszy niż „książka”.

Typowe Seby na Marszu Niepodległości: nie mogły jebać Tuska, nie mogły jebać PO, więc jebały TVN. Mimo, że to Polsat.

Narodowcy vs DzienniarkaUdostepnijcie bo wygryw mocny :D

Posted by Nitrozyniak on 11 listopada 2015

 

Co, gdyby faceci zachowywali się jak laski? W trakcie podrywu w klubie? Na randce? Albo w ogóle? Przepiękna zamiana ról.

Jak zakamuflować się przed policją? Gdy na przykład chcesz w spokoju wypić browarka na Wisłą? Muszę wypróbować to w terenie.

Hiding from cops like

Posted by Black Comedy on 8 listopada 2015

 

Klip tygodnia: Białas pojawia się w tym miejscu drugi tydzień z rzędu, ale z tak dobrym kawałkiem nie ma się co dziwić. Świetnie technicznie poskładany, dojrzały, autorefleksyjny tekst podany na dość minimalistycznym bicie, przesuwającym środek ciężkości utworu na wagę słów. Nawet Paluch w tym kawałku wypada ponadprzeciętnie. W napięciu czekam na płytę!

Fanpage tygodnia: cholera, naprawdę nie wiem jak sensownie i precyzyjnie opisać ten profil. To ani nie zbiorowisko memów, ani nie baza kotów, ani nawet nie satyryczne rysunki. „Museum of internet” to… to… to po prostu Muzeum Internetu.

 

Ogłoszenie parafialne: to ostatnie wydanie „Cotygodniowego Przeglądu Internetu”. Po ponad roku tworzenia tego cyklu, przestałem czuć zajawkę na kontynuowanie go, aa nie pozwoliłbym sobie na to, żeby cokolwiek na tym blogu było niechcianym obowiązkiem, więc zamykam CPI. Format się wyczerpał, formuła się zużyła i czas na coś nowego. Temat sieciowych aktualności nie zniknie na dobre, powróci w zmienionym kształcie, ale w tej chwili nie mogę jeszcze powiedzieć kiedy. Aczkolwiek będzie to powiązane z nabyciem nowego telefonu.

---> SKOMENTUJ

Wojna Płci: seks na pierwszej randce

Skip to entry content

Dostaję od Was dużo maili z pytaniami związkowymi i na niektóre można odpowiedzieć jednym zdaniem, a na inne można by pisać elaboraty. Mimo, że nie mam trudności ani z jednym, ani z drugim, to chciałem Wasze problemy ugryźć w ciekawszy sposób niż kolejny odtwórczy tekst o tym, że gdy zmienia się kod pocztowy, to jednak wciąż zdrada, albo że jeśli jesteście 7 lat razem, a Tobie robi się mokro na widok spoconego dostawcy Tesco, to jednak już nie jest miłość. Żeby pokazać każdy damsko-męski temat z obu perspektyw, a nie tylko jednej słusznej, do wspólnego gryzienia zaprosiłem Asię z „Wyrwane z kontekstu”, która mimo, że jest inteligentniejsza i elokwentniejsza ode mnie, to przyjęła zaproszenie i zgodziła się ze mną pogadać.

Wojna Płci

I to nie jednorazowo, bo co tydzień w ramach cyklu „Wojna Płci”, pojawi się nowy tekst omawiający kwestie łóżkowo-związkowe nurtujące ludzkość od zarania dziejów. W jedną środę u mnie, w drugą u Asi, więc do końca roku powinniśmy zrobić z tego relacyjną encyklopedię.

Zaczynamy z grubej rury, czyli od tego, co hydraulicy lubią najbardziej.

Joanna Pachla: Seks na pierwszej randce przekreśla szanse na związek?

Jan Favre: Właśnie wiele kobiet tak uważa i boi się, że przez to, że za szybko pójdzie z facetem do łóżka, nic z tego nie wyjdzie, a on potraktuje je tylko jak ruchadło.

Joanna Pachla: A faceci się nie boją? Skąd pomysł, że boją się tylko kobiety?

Jan Favre: Ja się nie bałem, ale wciąż jestem prawiczkiem, więc mogę być mało obiektywny. Jednak to wciąż głównie obawa kobiet, bo wolny mężczyzna często jest postrzegany jako maszyna do seksu, która tylko chodzi po klubach i zalicza. Spotkałaś kiedyś faceta, który miał taką obawę?

Joanna Pachla: Nie. Ale też z żadnym nie uprawiałam nigdy seksu na pierwszej randce. Nie bardzo więc było jak spytać rano, jak się czuł. Chociaż gdyby się taki trafił, to raczej wolałabym, żeby nie pytał o nic. Tylko poszedł, skąd był.

O, chyba wyszła mi z tego teza, że jednak nie wierzę w związek po seksie. Nie po takim na pierwszej randce.

Jan Favre: W sensie, że gdyby się trafił facet, który bałby się, że przez to, że tak szybko dał Ci się przelecieć, nie będziesz traktować go poważnie, to olałabyś go wczorajszą herbatą?

Dobra, nie rozbijajmy na składowe Twojego lodowatego serca.

Wróćmy do głównego tematu: czemu nie wierzysz w związek po seksie na pierwszej randce?

Joanna Pachla: Czekaj, czekaj. Zacznijmy od tego, że ja bym go nie przeleciała.

Jan Favre: Wiem, nie masz miotły. HEHE.

Joanna Pachla: To totalnie nie jest moje słownictwo, to raz. A dwa, że mnie nie interesują takie krótkotrwałe relacje. Ale gdyby się już przypadkiem zdarzyło, to raczej nie interesowałoby mnie, czy się bał, czy nie – no stary, jesteśmy dorośli. Bierzemy odpowiedzialność za swoje czyny. Nie tylko te przed komputerem.

A co do związku po seksie na pierwszej randce – po prostu, intuicyjnie, nie.

Jan Favre: To teraz odrzućmy intuicję i skupmy się na logice. Co odróżnia związek od przyjaźni? Seks. Więc jeśli ten główny element, ta baza związkowej relacji między mężczyzną i kobietą jest w porządku – było Wam zajebiście razem w łóżku – to czemu ktoś miałby to odrzucać? I stwierdzać, że jeśli za szybko było Wam dobrze razem w łóżku, to to przekreśla możliwość bycia razem?

Joanna Pachla: O, i kto tu ma lodowate serce! Seks to nie jest baza. Baza to uczucia. A jak nie ma uczuć, to po co iść ze sobą do łóżka? Po orgazmy? O te umiem zadbać sama. A nie wierzę, że po pierwszej randce tych uczuć będzie jakoś specjalnie dużo. Może być jakaś ciekawość, fascynacja. Ale to dopiero punkt wyjścia. A nie punkt dojścia.

Jan Favre: Okej, nie wspomniałem, że seks w moim przypadku bierze się z uczucia, a przynajmniej z całościowej fascynacji daną osobą.

Po pierwszej randce może być tyle samo, co po drugiej. No, góra trzeciej. Nigdy nie zakochałaś się od pierwszego wejrzenia?

#KrólowaLodu

Joanna Pachla: Ha, nawet przed pierwszym wejrzeniem! W moim obecnym facecie zakochałam się od Facebooka! Co nie znaczy, że przy pierwszej lepszej okazji wylądowaliśmy ze sobą w łóżku.

Jan Favre: Wracając do meritum: jest przecież tak, że kobiety boją się, że jeśli za szybko będą uprawiać seks z mężczyzną, to ten przestanie być nimi zainteresowany i potraktuje jako wymienny przyrząd do masturbacji i biorą faceta na przeczekanie. Wydaje im się, że im dłużej mu nie „dadzą” tym bardziej on będzie je szanował i poważniej traktował. A przecież nie jest tak, że jeśli mężczyzna jest zainteresowany długotrwałym związkiem  z daną kobietą i wymienią się płynami ustrojowymi na drugim spotkaniu, to on nagle zerwie z nią kontakt, bo uzna, że skoro pociąga go i intelektualnie, i fizycznie, i dogadują się razem pod kołdrą, to lepiej tego nie kontynuować.

Jeśli facet chce od kobiety czegoś więcej niż seks, to im szybciej będą go uprawiać, tym szybciej ich relacja nabierze kształtu, a jeśli zależy mu tylko na zaspokojeniu potrzeb fizjologicznych, to choćby go przetrzymywała miesiąc, i tak małżeństwa z tego nie będzie.

Joanna Pachla: Pytanie, czy kobiety rzeczywiście się tego boją. Cały czas wypowiadasz się w imieniu wszystkich kobiet. „Kobiety myślą”, „kobiety się boją”. Po sobie wiem, że tak niekoniecznie musi być. To nie jest tak, że nie idę z facetem do łóżka na pierwszej randce, bo boję się, że straci do mnie szacunek. Albo że weźmie mnie za – jak to ładnie nazywasz – ruchadło.

Kobiety nie idą z facetami do łóżka na pierwszej randce, bo zwyczajnie mogą nie czuć takiej potrzeby.

Jan Favre: Oczywiście nie rozmawiałem ze wszystkimi na świecie przedstawicielkami Twojej płci i generalizuję, ale mówię to na podstawie rozmów ze znajomymi oraz wiadomości, jakie dostaję od czytelniczek. I wynika z nich, że jednak wiele dziewczyn się tego boi.

Joanna Pachla: Widzisz, u nas zmniejszenie kontaktu fizycznego związane jest zwykle ze zmniejszeniem kontaktu psychicznego. W grę wchodzi jakieś wzajemne poznawanie się, oswajanie. Przecież seks jest najbliższą formą bliskości. A ja nie mam ochoty być blisko tak od razu, z zupełnie obcym sobie człowiekiem. Nie powiesz mi, że da się kogoś poznać na pierwszej randce!

Jan Favre: Zgadzam się z Tobą jak najbardziej, że stosunek płciowy to najwyższa forma obnażenia się przed kimś i fizycznie, ale i mentalnie, bo spadają z nas wszystkie maski i pozy, które przyjmujemy na co dzień, i mówiąc dosłownie, dzielisz się sobą z drugim człowiekiem, dlatego trzeba być na to gotowym. Albo przynajmniej tego chcieć. Ale w przypadku problemu, o którym rozmawiamy, bywa tak, że kobieta by chciała, ma ochotę, ale się boi, że „to” może wszystko zepsuć.

Dlatego mówię, że nie ma takiej możliwości, żeby akurat „to” wszystko zepsuło.

Joanna Pachla: „To” <3

Jan Favre: „Nie powiesz mi, że da się kogoś poznać na pierwszej randce” – musielibyśmy zdefiniować, co to znaczy „poznać”, bo są małżeństwa, które po 50 latach mieszkania w jednym domu się nie znają, ale to chyba temat na osobną dyskusję, co?

Joanna Pachla: O, to, to! I dlatego żadnego ślubu przed seksem! Wiesz, żebym nie wyszła tu na starą dewotę – ja nie mam nic przeciwko pójściu do łóżka na pierwszej randce. Życie to nie jest telenowela, żeby trzeba było czekać z tym przez 1000 odcinków. Ja bym dała prostą odpowiedź na pytanie, kiedy iść z kimś do łóżka – po prostu, kiedy chcesz.

Jan Favre: Tak, też wychodzę z tego założenia, że jak chcesz coś robić, to to rób, tylko rozmawiamy o tym, że to może przekreślić szanse na związek.

Joanna Pachla: Bycie łatwą? To taka prosta wymówka. „Nie zadzwonił, bo uznał mnie za łatwą”. A może uznał Cię za kiepską, nieinteresującą lub głupią?

Jan Favre: Nudną, nieciekawą albo rudą.

Joanna Pachla: Co Ty masz do rudej?

Jan Favre: Nie zadzwoniła na drugi dzień.

---> SKOMENTUJ