Close
Close

Najlepsze uliczne historie: listopad

Skip to entry content

Cały czas jestem na tym etapie, że większość rzeczy w Warszawie jest dla mnie nowych i dziwi lub zaskakuje, tak że o podłapywanie dialogów było mi wyjątkowo łatwo. Mimo, że jestem mocno wyczulony na odbiór bodźców z otoczenia, to rozmowy do „najlepszych uliczny historii” zbierałem paradoksalnie bardzo długo. Czemu? Bo przez brak telefonu nie miałem ich na czym zapisywać. Prawdziwy dramat blogera, co?

W oczekiwaniu na odcinek „Trudnych spraw” w oparciu o mój życiorys, sprawdźcie co jednak udało mi się utrwalić poruszając się po stolicy.

 

#1 – Wracam autobusem 157 i akurat nie ma w nim biletomatu, więc idę do kierowcy:

– Przepraszam, można bilet?
– Pewnie, że można, drogi panie, wszystko można, nawet ptakiem zostać można, tylko pieniążki trzeba mieć.
– To poproszę bilet.
– To dobrze, bo żartowałem. Ptakiem trzeba się urodzić. HEHE.

 

#2 – Rozmowa mamy z córką w osiedlowym spożywczaku podczas grzebania w lodówce:

– Marysiu, ale jak to znowu spóźniłaś się na lekcje?
– No… no… bo…
– Marysiu, to się nie może powtarzać. To musi być ostatni raz.
– Mamo, ale…
– Marysiu, bez dyskusji! Nie możesz się spóźniać! To brzydko o tobie świadczy. I o mnie zresztą też. Chcesz, żeby źle o nas mówili? Wiesz kto się spóźnia?
– Okres mamo! Zawsze mówisz wujkowi Robertowi, że okres się spóźnia!
– Ciiicho, kochanie, ciiiicho, wyjdźmy na zewnątrz, bo strasznie gorąco.
– Ale…
– Chodź, kochanie, chodź.
– A… a… jogurty?
– Ciiicho, kochanie, ciiiicho, chodź, wyjdziemy sobie na zewnątrz i się przejdziemy.

I nie dowiedziałem się kto się spóźnia.

 

#3 – Inspirujący monolog na przystanku przy Dworcu Zachodnim:

– …no i mordo, no skumaj, dla mnie to już jest patola ostra. No bo jak można samemu chodzić na kebaba? No jak?

 

#4 – Dzwoni telefon z kierunkowego 81, a nie mam tam rodziny, żeby ktoś łączył się ze stacjonarnego, więc zastanawiam się, które call center nie ogarnęło, że przedłużyłem umowę. Ale ku memu zaskoczeniu, to nie telekom. To firma sprzedająca garnki po 5 koła.

– Dzień dobry, z tej strony [kobieta wymienia swoje imię i firmę, którą reprezentuje, ale robi to tak szybko, żebym nie zrozumiał] i chciałabym przekazać panu zaproszenie na ekskluzywne wydarzenie, które odbędzie się w pana mieście. Czy może mi pan podać adres na jaki mam je dostarczyć?
– Przepraszam, ale z jakiej firmy pani dzwoni?
– Z firmy Filipiakcośtam [i znowu podaje nazwę tak szybko, żebym nie zrozumiał] i chcę panu przekazać zaproszenie na…
– A czym się zajmuje ta firma?
– Organizacją wydarzeń i właśnie na jedno z nich jest pan zaproszony. Proszę podać…
– Ale o co chodzi w ogóle?
– Zgodzi się pan, że zdrowie najbliższych jest najważniejsze [jak ktoś tak prowadzi rozmowę i w ten sposób buduje pytanie, to już wiem, że to jakieś gówno i będzie próbował wyprać mi mózg]?
– Najważniejsze jest mycie zębów po każdym posiłku, ale powiedzmy, że się z panią zgadzam.
– Yyy… no właśnie i na tym spotkaniu dowie się pan jak dbać o zdrowie najbliższych. W jakiej miejscowości pan mieszka?
– To pani do mnie dzwoni i nie wie?
– Oczywiście wiem, ale muszę potwierdzić dane [słaba ściema, ale jestem pewien, że większość i tak się na nią łapie].
– W Kasince Małej.
– W Kasince Małej?
– Tak, w Kasince Małej, a pani jak ma wpisane w formularzu?
– Oczywiście w Kasince Małej. Proszę poczekać chwilę, a powiem panu kiedy odbędzie spotkanie w pana miejscowości.
– Myślałem, że pani wie kiedy będzie, skoro dzwoni przekazać mi zaproszenie.
– To jest gmina Mszana Dolna, prawda? Będziemy tam któregośtam [nie zapamiętałem dokładnie którego] listopada. Czy chciałby pan zabrać na spotkanie kogoś ze swoich znajomych? Będzie darmowy poczęstunek i każdy z gości dostanie 3 prezenty.
– Ale ja nie mam znajomych.
– Na pewno pan ma, proszę chwilkę się zastanowić, kto z pana znajomych chciałby dostać 3 prezenty i dowiedzieć się, jak dbać o zdrowie swoich bliskich.
– Proszę panią, ja jestem blogerem, ja żyję w internecie, ja nie mam znajomych.
– Na pewno pan ma, każdy z nas ma jakichś. Może wystarczy, że napisze pan na Facebooku i kogoś zaprosi?
– Proszę panią, na Facebooku to ja mogę napisać, że próbuje mnie pani zmanipulować i pod pretekstem dbania o zdrowie zaciągnąć na spotkanie sprzedażowe z garnkami za 5 koła.

I się rozłączyła.

 

#5 – Jadę 9-tką na Ochotę i lekko podchmielony Pan Miecio do elegantszej, ciut zmęczonej pani:

– A pani tak śpi?
– Co? Nie, siedzę.
– Bo jak by pani spała, to mógłbym…
– Nie, dziękuję, mam męża, jest pan bezczelny!
-…to mógłbym rozmówić się z motorniczym, żeby tak nie trząsł.

 

#6 – Rozmowa dwóch lasek z przetłuszczonymi włosami w Subway’u na Marszałkowskiej:

– …no i szczaj baze, że Peter znowu wrócił do Anastazji.
– Taaa, do Anastazji?
– No.
– Taaa, tej zdziry?
– No.
– Przeciesz ona go zdradzaa.
– No, ode mnie z osiedla, to chyba kaszdy jom robił.
– Boszeee, aki frajer.
– No, a móg bydź ze mnom.
– Taaa?
– No, rok temu jak się pokóciaam z Krisem, bo mie wkurwił, to poszaam z Maą do Platinum i on tam był, bo akiś jego funfel miał uro, czy ki chuj, no i sie lizaliśmy.
– Taaa, aki frajer.
– No.

 

#7 – Chciałem się ukulturalnić, nie wyszło:

– Dzień dobry, czy w grudniu będzie jeszcze grany „Pożar w burdelu”?
– Słucham?
– Chciałem zapytać, czy w państwa teatrze w grudniu będzie jeszcze grany „Pożar w burdelu”?
– Proszę pana, pan się dodzwonił do przewodniczącego rady nadzorczej mBanku.

<minuta_śmiechu_i_totalnej_głupawki_po_obu_stronach_telefonu>

– To przepraszam bardzo za pomyłkę, myślałem, że to numer do rezerwacji biletów.
– Nie, ale jak pan chcę mogę kolegi spytać, bo często chodzi na ten spektakl.

 

#8 – Jadę do Warszawy pociągiem, w którym jest ścisk jak w Auchanie na dziale mięsnym przy przecenie schabu i widzę na korytarzu parę. On – chłopek-roztropek w prawie eleganckiej koszulki i spłowiałej bluzie z kapturem, ona – pretendująca miss osiedla w kurewskich kozakach, waginsach i białej kurteczce z wystającym futerkiem. Od dłuższego czasu o coś się kłócą, więc nadstawiam ucha:

-…nie.
– Czemu?
– Nie.
– Ale dlaczego?
– Nie.
– No proszę cię.
– Nie. Powiedziałam ci, że nie, to nie. Jestem konkretną osobą i jak coś mówię to mówię.
– Ale nawet na chwilkę?
– Czy ja się niejasno wyrażam, czy mam zacząć do ciebie mówić drukowanymi literami? Nie pozwolę ci pójść na imprezę, na której będzie twoja była, bo masz zakaz spotykania się z byłymi.
– Ale to są urodziny mojego szefa, będą tam wszyscy z pracy…
– Wiesz co mnie to obchodzi? Wiesz co mnie to obchodzi? Nic mnie to nie obchodzi. Tyle co wczorajszy śnieg. Masz ZAAAKAAAZ, rozumiesz? ZAKAZ!
– Kochanie, ale wczoraj nie było żadnego śniegu.
– Nie wkurwiaj mnie, bo dostaniesz zakaz nie tylko na byłe, ale na wszystkie znajome. Zresztą chuj, już dawno powinnam była ci zabronić.

 

#9 – Ostatnio mam szczęście do kierowców z poczuciem humoru. Wracam z Gwiaździstej, podjeżdża 157 i widzę, że ma na szybie żółtą kartkę ze zmianą trasy, w środku puściutko, zero żywej i martwej duszy, więc lekko zaniepokojony pytam:

– Przepraszam, jedzie pan na Ochotę?
– A nie widać, że to prywatna limuzyna? Jadę gdzie sobie pasażer życzy. Trzeba tylko magiczne zaklęcie wymówić.
– „Poproszę”?
– Nie no, kurwa, „hokus-pokus”.

 

#10 – Podsłuchane w osiedlowej pizzeri, w trakcie konsumpcji capriciosy:

-…no i ile razy taki przeciętny Polak pójdzie na siłownię?
– No 3 razy w tygodniu to przynajmniej.
– Co ty pieprzysz Marcin. Nikt tyle nie chodzi. Jak ja miałem karnet to chodziłem raz w tygodniu. Góra 2. A był taki miesiąc, że w ogóle nie poszedłem, a kasa leciała.
– No ja chodziłem 3 razy w tygodniu, bo jak jest karnet to trzeba wykorzystać.
– Nie kłam Marcin, nie kłam. Kłamstwo ma krótkie nogi. Jak twoja żona.
– Ona nie ma krótkich nóg, tylko taką budowę ciała.
– I znowu kłamiesz.

 

Jeśli w mijającym miesiącu przydarzyło Wam się w komunikacji miejskiej coś, co poprawiło Wam nastrój w tę szarówę, to podzielcie się w komentarzach. Innym też się przyda trochę uśmiechu.

autorem zdjęcia w nagłówku jest OllBac
(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

26 komentarzy do "Najlepsze uliczne historie: listopad"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Karola Franieczek | Życie Me
Gość

Pan Miecio skradł moje serce :)

Michał Wójtowicz
Gość

siódemka to mój faworyt <3

Aleksandra Muszyńska
Gość

Panu Mieciowi zakładam fanklub.
Ponieważ jestem atenszyn hor i w każdym zbiorze ulicznych historii muszę dodać jakiś banger z sali sądowej, oto podaję:
rozprawa rozwodowa. Powódką jest pani o raczej patologicznym pochodzeniu i tle socjalnym. Ośmioro dzieci, władza zabrana co do czwórki, takie sobie historie.
Sędzia:…i proszę nam powiedzieć, czemu rozstała się pani z ostatnim partnerem?
Powódka: A bo pił, narkotyki brał, agresywny był taki…
Sędzia, zdumiona: To czemu związała się pani z takim człowiekiem?!
Powódka: A bo ja go tak za dobrze nie znałam jak żeśmy razem zamieszkali, co nie?

Jan Favre
Gość

Ola, przypominam, że ja cały czas czekam na Twój funpag z historiami z sali rozpraw! To by siadło z miejsca!

Aleksandra Muszyńska
Gość

Hm.Hmm.Nie wiem, czy jest tego aż tyle, ale myślę o tym.

W.
Gość

Aż przypomniał mi się stary myk z sali sądowej, górale przegrywają sprawę o zasiedzenie, herszt bandy do sędzi: Sędzina poczeka, my raz dwa apelacyje machniem!

Ania Abakercja
Gość

to o okresie jakby skądś znam. jak widać to dość powszechny problem.

a i nigdy w życiu nie poszłam sama na kebaba. nigdy. nawet nie bardzo umiem sobie siebie w takiej roli wyobrazić.

7 i 10 najlepsze <3

Jan Favre
Gość

Ej, zaraz faktycznie zacznę się czuć jak jakiś patus, bo 1/4 kebabów, które zjadłem w życiu konsumowałem sam.

Ania Abakercja
Gość

no cóż, jesteś blogerem, żyjesz w internecie i nie masz znajomych. to wszystko wyjaśnia.

Aleksandra Muszyńska
Gość

No właśnie. Kupiłbyś te garnki – echo robią, jak się do ich wnętrza mówi, to miałbyś z kim pogadać.

Jan Favre
Gość

Hahahahahah :D

Costaste
Gość

E tam, ja też jadam często sama kebaby :D

W.
Gość

A mogę się powtórzyć z komentarzem? Historia takie piętno na mnie wywarła, że dzisiaj nawet rozglądałam się po tramwaju niepewnie co do wyboru miejsca.

Wieczór, tramwaj w połowie zapełniony, kieruję się na wolne miejsce siedzące w takim boksie czterech (po dwa na przeciwko siebie), gdzie jedno miejsce zajmował ten pan. Siadam, wyciągam książkę i słyszę bardzo uprzejmą i mile wypowiedzianą prośbę: Czy może się pani przesiąść, bo ja tutaj prowadzę bardzo osobistą rozmowę telefoniczną. Oczywiście się przesiadłam i w myślach pojawił się milion ripost.

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Od połowy pierwszej liceum, czyli od jakiegoś 17 roku życia, jestem posiadaczem telefonu komórkowego. Porównując się do rówieśników, dość późno zacząłem korzystać z komórki, bo oni pierwsze Siemensy mieli już w gimnazjum, a biorąc po uwagę, że w tym momencie mało które dziecko w podstawówce nie ma swojego telefonu, to wszedłem w posiadanie tego sprzętu niemal na skraju życia. I o ile komórka kiedyś była dla mnie dodatkiem do komunikacji, który nie wydawał mi się jakoś wyjątkowo niezbędny, tak dzisiaj zupełnie nie wyobrażam sobie życia bez smartfonu. A nie, przepraszam, nie życia. Pracy.

Bo to jedno z 3 najważniejszy narzędzi, jakich używam do tworzenia treści. I bardzo trudno jest je zastąpić.

Dlatego, gdy podczas wyjazdu do Mediolanu unieruchomiłem Xperię Z3 Compact, bo wyświetlacz nie wytrzymał upadku z 20 centymetrów mimo szkła hartowanego na przodzie i zabezpieczającej gumy dookoła, czułem się trochę jakby mi ktoś zasznurował usta, oślepił i ogłuszył. I zostawił tak na pastwę losu i ulicznych sępów na skraju lasu lata świetlne od domu. No, a przynajmniej uciął rękę. Prawą, bo lewa to wiadomo, że nie przydaje się do niczego poza podcieraniem.

 

Minusy życia bez telefonu

Nie możesz dzwonić. Kwestia dość oczywista, ale przybiera na znaczeniu, gdy jesteś w nowym mieście. Którego nie znasz. A ludzie mieszkający w nim nie mówią w Twoim języku. I po angielsku też nie za bardzo. W dodatku wynajmujesz mieszkanie ze znajomymi. A macie tylko 1 klucz. I niekoniecznie chcecie spędzać 24 godziny na dobę razem. Dobrze byłoby mieć możliwość zdzwonienia się w trakcie dnia, co?

Nie możesz robić zdjęć. Od jakiegoś 1,5 roku telefony, z których korzystam mają tak dobre aparaty fotograficzne, że noszenie ze sobą osobnego, zewnętrznego sprzętu mija się z celem. Zwłaszcza jeśli jesteś blogerem i musisz mieć możliwość natychmiastowego opublikowania zdjęcia w mediach społecznościowych. A jesteś w światowej stolicy mody pierwszy raz w życiu i chciałbyś trochę tych fot powrzucać do sieci w trakcie zwiedzenia. Zonk. Nie masz czym, nie masz jak.

Nie możesz korzystać z Google Maps. Jak już ustaliliśmy, Włosi mówią po angielsku równie chętnie co niedźwiedzie polarne, więc w przypadku zagubienia się w metrze i wylądowania w nie-mam-najmniejszego-pojęcia-gdzie-jestem zamiast pod muzeum z oryginałem „Ostatniej Wieczerzy”, bez interaktywnej mapy masz niewielkie szanse na sprawne przemieszczenie się we właściwym kierunku.

Nie możesz zamówić Ubera. Taksówki, jeśli akurat nie stoi na postoju, zresztą też nie. I nawet gdybyś miał sprawny telefon, to podejrzewam, że bez bardzo dobrej znajomości tubylskiego, również nie byłbyś w stanie wytłumaczyć na jaką ulicę ma podjechać taryfa.

Nie możesz słuchać muzyki. Bo nawet jeśli masz osobne urządzenie do tego, to i tak nie masz nawyku by nosić je wszędzie ze sobą tak, jak telefon.

Nie możesz tworzyć, moderować i nadzorować mediów społecznościowych poza domem. Na szczęście nie jesteś blogerem, żeby było Ci to niezbędne do życia, więc z pewnością Ci to nie przeszkadza.

Nie możesz używać JakDojade.pl. Nawet jeśli jesteś w swoim mieście, w którym mieszkasz od urodzenia, to i tak pokazywanie trasy z miejsca, w którym jesteś, do przystanku, czy szukanie najoptymalniejszego połączenia autobusowo-tramwajowego wraz z rozpisaniem czasu na przesiadki, jest mega pomocną opcją. Oczywiście zawsze można sobie jakoś poradzić. Na przykład drukując rozkłady wszystkich środków komunikacji. Ze wszystkich przystanków na jakich się zatrzymują. W obie strony. Brzmi prosto i wygodnie, no nie?

Nie możesz notować pomysłów na wpisy w chmurze. Na szczęście wciąż nie jesteś blogerem, więc opcja zapisywania rzeczy, do których od razu mają dostęp inne osoby ze swoich komputerów nie jest Ci potrzebna.

Nie możesz korzystać z biletów pociągowych w PDFie. Ani autobusowych, ani samolotowych, ani jakichkolwiek innych. Jeśli nie weźmiesz ze sobą osobnego urządzenia. Albo ich nie wydrukujesz, o czym oczywiście zawsze pamiętasz i na co zawsze masz czas przed podróżą.

Nie możesz czytać tekstów innych blogerów w podróży.

Nie możesz odpisywać na komentarze pod Twoimi tekstami w podróży.

Nie możesz czytać, ani odpisywać na maile w podróży.

Nie masz jak sprawdzić godziny. Bo o czasach, kiedy dostawało się zegarki na komunię słyszałeś tylko do babci. Ewentualnie jesteś muzułmaninem.

Nie masz jak sobie poświecić idąc nocą do toalety. Śpiąc w namiocie podczas festiwalu. Czy wchodząc do jakiegokolwiek ciemnego pomieszczenia.

 

Plusy życia bez telefonu

Spokój. Nikt Ci nie zawraca dupy, nie męczy propozycją setnego pakietu darmowych minut, czy przyjścia na wydarzenie, gdzie trzecioligowy, podstarzały celebryta będzie próbował wcisnąć Ci garnki za 5 koła. Kiedy już opanujesz panikę związaną z tym, że gdybyś złamał nogę biegnąć na metro, zasłabł w trakcie spaceru po lesie, albo po prostu utknął w korku w drodze na spotkanie i nie jesteś w stanie przekazać ŻADNEJ informacji, gdy już pogodzisz się z tym, że wróciłeś do epoki kamienia łupanego, nagle ogarnia Cię spokój. Błogi tomiwisizm i nieznośna lekkość bytu.

Wzrost koncentracji. Kiedy nie masz przy udzie tego ciągle wibrującego urządzenia, które co 5 minut informuje Cię o niezwykle ważnych kwestiach typu: notyfikacja na Facebooku o zrobieniu pierwszej kupy przez dziecko koleżanki z podstawówki, okazuje się, że jednak potrafisz być skupiony. Na jednej rzeczy. I to dłużej niż kwadrans. Kiedy nie dostajesz na bieżąco setek powiadomień i też nie kusi Cię, żeby je co chwilę sprawdzać, bo nie masz na czym, Twój umysł się oczyszcza jak zęby przed borowaniem i sam się zaskakujesz, jak bardzo potrafisz być skoncentrowany. I o ile efektywniejsza jest wtedy Twoja praca.

Wolność. Zabrzmi to strasznie patetycznie, ale w momencie uwolnienia się z tej elektronicznej smyczy, orientujesz się, że przez bycie w nieustannym kontakcie z całym światem, stałeś się zniewolony. Dociera do Ciebie, że nie korzystałeś z telefonu, kiedy naprawdę chciałeś, tylko kiedy musiałeś. Kiedy zmuszał Cię chorobliwie uzależniający głód informacji i strach przed tym, że coś Cię ominie. Coś bardzo ważnego, czego nie możesz przegapić. Coś tak niewiarygodnie istotnego, że z perspektywy kolejnego dnia, zupełnie nie miało znaczenia. Kiedy żyjesz bez smartfonu, czujesz, że jesteś odludkiem, ale po pewnym czasie zauważasz, że to jest zajebiste. Bo przestajesz czuć przymus bycia ze wszystkim na bieżąco. Czujesz wolność.

 

Wnioski

Co daje pozbawienie się na tydzień narzędzia, z którego korzystasz codziennie? Uzmysłowienie sobie do czego tak naprawdę jest Ci potrzebne i po co je w ogóle masz.

Nie chodzi o to, żeby odciąć się od technologii sekatorem, zbojkotować współczesny świat podpalając Media Markt i na znak protestu wyjechać na resztę życia do lasu amazońskiego, czy w Bieszczady. Chodzi o to, żeby ze wszystkich dóbr cywilizacji korzystać świadomie, tak by to one służyły nam, a nie my im. Żeby złapać dystans, zachować zdrowy rozsądek i nie stać się niewolnikami maszyn, jak zapowiadał Stanisław Lem. Żeby wiedzieć, że o ile taki smartfon w ciągu tygodnia jest genialnym narzędziem w pracy, tak w weekend może być tylko zbędnym dodatkiem, którego można się pozbyć.

I taki przymusowy tydzień bez mobilnego środka łączności świetnie o tym przypomina. Polecam każdemu, kto zaczyna i kończy dzień z telefonem w ręce.

Wojna Płci: związek na odległość

Skip to entry content

Jakiś czasem temu dostałem od jednej z czytelniczek maila, który brzmiał mniej więcej tak:

Drogi StejFlaju,

Mieszkam w Mszanie Dolnej, a Robert w Kasince Małej, ogólnie jest wporzo chłopem, ale ta odległość mi przeszkadza. Nigdy nie spędzamy razem dożynek i nie wiem, czy jest sens to ciągnąć. Proszę, wypowiedz się, jak Ty to widzisz. Dziecko będzie zdrowe?

Twoja wierna czytelniczka, Grażyna.

Czy mogłem być głuchy na tak przejmujące wołanie o pomoc? Nie mogłem. Czy umiałem odpowiedzieć na pytanie zadane pod koniec? Nie umiałem. Dlatego wziąłem do pomocy Asię z Wyrwane z kontekstu.

Wojna Płci

Joanna Pachla: Związek na odległość? Jak dla mnie, bez sensu.

Jan Favre: Dlaczego?

Joanna Pachla: Bo jak z kimś jestem, to chcę go tu i teraz. Nie za tydzień, za miesiąc czy za 500 kilometrów.

Jan Favre: Ale to mówimy o częstotliwości czy odległości?

Joanna Pachla: Zwykle jedno wynika z drugiego.

Jan Favre: Niekoniecznie, bo równie dobrze można mieszkać w jednym mieście i widywać się raz na 2 tygodnie, a można mieszkać na drugim końcu Polski i być razem co tydzień.

Joanna Pachla: Dlatego doprecyzujmy, co rozumiemy przez związek na odległość.

Jan Favre: Zastanawiałem się nad tym chwilę i określenie czasowe czy kilometrowe jest dość względne. Bo bywają miasta, jak na przykład Warszawa, że przejechanie z jednego końca na drugi zajmuje ponad godzinę, czyli dłużej, niż z Wieliczki do Krakowa. Albo w ogóle, jak na Śląsku, miasta są tak blisko siebie i tak dobrze skomunikowane, że to, czy mieszkasz w Zabrzu, czy w Rudzie Śląskiej, nie ma znaczenia i nie jest przeszkodą, żeby się widywać. Żeby więc jakoś sensownie określić to, o czym będziemy rozmawiać, przyjmijmy, że związek jest wtedy na odległość, kiedy zobaczenie się ze sobą musicie planować z wyprzedzeniem, a spontaniczne spotkania są bardzo, bardzo trudne do zrealizowania.

Joanna Pachla: Wiesz, znam takich facetów, którzy w natłoku swoich korpo-spraw i tak każą Ci się wbijać w grafik. I wtedy planowanie z wyprzedzaniem masz nawet, jak razem mieszkacie. Ale podoba mi się Twoja definicja, zostańmy przy niej.

Moim zdaniem to, jak podchodzisz do związków na odległość, jest także zależne od wieku. Może to jest zabawne tak do etapu liceum. Jak sobie jeździsz na kolonie, przeżywasz wakacyjne miłości, wracasz do szkoły i tęsknisz. I jest Ci trochę smutno i trochę wesoło, bo jednak ktoś tam gdzieś jest. I nieważne, że najpewniej więcej go nie zobaczysz, bo tych kilka miesięcy możecie pisać do siebie listy i robić z tego magię. Ale jak jesteś już starszy i stąpasz twardo po ziemi, to wiesz, że na dłuższą metę tak się nie da. Że Ty tu, a ona tam.

Jan Favre: Po pierwsze rozgraniczmy „umawianie się” i „planowanie”.

Joanna Pachla: A czym się różni umawianie od planowania? Jedno i drugie brzmi, jak robione przy pomocy Excela.

Jan Favre:

– Widzimy się jutro?

– Jutro mam wegański aqua-aerobik i kurs mandaryńskiego, nie da dam rady. Pojutrze?

– Pojutrze spoko.

– To spoko, tam gdzie zwykle.

To jest dla mnie umawianie się. A planowanie jest wtedy, gdy musisz to widzenie z drugą osobą rozpisywać na składowe: mam pociąg do Bochni o 18, więc muszę przyjść do pracy już spakowana, wyjść godzinę wcześniej, żeby zdążyć na autobus na dworzec i dzień wcześniej spakować majtki na 3 dni, żeby tym razem nie chodzić cały weekend w tych samych.

Po drugie, wracając do Twojego pisania listów do chłopca znad morza, na etapie liceum i poobozowych miłości, to nie jest związek, tylko zapychanie sobie czasu wirtualnym avatarem, z którym możesz sobie „popisać”.

Joanna Pachla: Dla mnie tak właśnie wygląda też brnięcie w związek na odległość dzisiaj. Zapychasz sobie czas wirtualnym avatarem, który może od czasu do czasu do Ciebie zadzwoni.

Czy znowu wychodzę na Królową Lodu, a Ty jesteś w stanie przekonać mnie, że może to wyglądać inaczej?

Jan Favre: Ale przecież to, czy zadzwoni od czasu do czasu, czy raz dziennie, czy co godzinę, zależy tylko od Was. Jak również to, jak często będziecie się widywać.

Byłaś kiedyś w związku na odległość?

Joanna Pachla: Tak. Jakoś od marca do października. Później trzeba było spakować te wszystkie majtki i podjąć jakąś sensowną decyzję. Ale wierciłam się już na etapie wakacji. To straszne, odliczać. Do kolejnego weekendu, do kolejnego spotkania.

Jan Favre: No właśnie, i jak często się widywaliście nie mieszkając na tym samym osiedlu?

Joanna Pachla: Raz na dwa, trzy tygodnie? Czasem rzadziej. Jak masz pracę, przyjaciół i tonę innych obowiązków, to wyłuskanie z tego pełnego weekendu dla drugiej osoby nie jest już takie łatwe. Jak jesteście w tym samym mieście, możecie wyjść na kawę czy pizzę. Pary, żyjące na odległość, tego nie mają.

Jan Favre: Ja też byłem w takiej sytuacji i widywaliśmy się co tydzień. I to średnio 3 dni w każdym tygodniu, czyli na dobrą sprawę tyle, ile widują się „normalne” pary mieszkające w tym samym mieście. Pewnie, że takie ciągłe jeżdżenie do siebie jest problematyczne do pogodzenia z przyjaciółmi, rodziną, psem i hodowlą żółwi, ale to, jak bardzo jesteś w stanie z czegoś zrezygnować, i czy w ogóle, świadczy o tym, jak bardzo Ci zależy.

Joanna Pachla: Ale może mi też zależeć tak bardzo, że rzucam wszystko i się przeprowadzam. Tylko to jest zawsze ryzykowne, dla obydwu stron. Jeśli się uda – super. Ale jeśli nie?

Jan Favre: Właśnie opisałaś dylematy, jakie są w KAŻDYM związku, poza małoletnimi małżeństwami w krajach muzułmańskich. Tam wiadomo, że się nie uda.

Joanna Pachla: A widzisz. Znam ludzi, którzy przez lata nie podejmują żadnych kroków, żeby tę odległość zmniejszyć, właśnie ze strachu. On boi się, że jak zaproponuje wspólne mieszkanie, to później weźmie na siebie odpowiedzialność za to, że ona wszystko rzuciła i gdzie ma teraz się podziać. Ona boi się, że jak zaproponuje, że się wprowadzi, to on spanikuje i pogoni ją całkiem. Albo odwrotnie. (Płci tutaj stosujmy wymiennie.)

Żeby nie być gołosłownym: znam przykład pary, gdzie Francuz zostawił rodzinę (miał bardzo silną więź z rodzicami i rodzeństwem), świetną karierę, wymarzony Paryż, w którym dopiero co udało mu się zamieszkać. Zakochał się w Polce, zjechał do jakiejś Jeleniej Góry czy podobnie malowniczego miasta (wybacz, nie pamiętam już, co to było), a ona po trzech tygodniach stwierdziła, że to nie to. I że lepiej będzie, jak on się jednak wyprowadzi. I co? Dla mnie – nic wielkiego, zdarza się. Ale są tacy, którzy wolą nie podejmować ryzyka i wegetują tak na odległość całymi latami.

Jan Favre: Dlatego przy tego typu związku bardzo ważne jest ustalenie terminu, jakiejś konkretnej daty, ściśle określonej w czasie, do kiedy jeździcie do siebie, bo to nie może być tak zawieszone i trwać w nieskończoność. W zasadzie to nie jest bardzo ważne, tylko konieczne. Żeby z tej wielkiej miłości nie wyszło wielkie rozczarowanie, musicie ustalić, że z końcem roku kalendarzowego/studiów/ostatniego sezonu „Gry o tron”, ktoś się do kogoś przeprowadza.

Co do to strachu i niepodejmowania ryzyka, to już samo wejście w związek jest nim obarczone, bo co, jeśli ustawisz na Facebooku status „w związku z: Grażyna Kowalska”, a dzień później na imprezie u szwagra pijana Emily Ratajkowski wyzna Ci miłość i zaprosi na oglądanie znaczków do hotelu? Każde podjęcie decyzji wiąże się z ryzykiem niezadowolenia i odrzuceniem innych alternatyw.

Ale kto nie ryzykuje…

Joanna Pachla: Ten zawsze może kupić sobie kota.