Close
Close

Najlepsze uliczne historie: listopad

Skip to entry content

Cały czas jestem na tym etapie, że większość rzeczy w Warszawie jest dla mnie nowych i dziwi lub zaskakuje, tak że o podłapywanie dialogów było mi wyjątkowo łatwo. Mimo, że jestem mocno wyczulony na odbiór bodźców z otoczenia, to rozmowy do “najlepszych uliczny historii” zbierałem paradoksalnie bardzo długo. Czemu? Bo przez brak telefonu nie miałem ich na czym zapisywać. Prawdziwy dramat blogera, co?

W oczekiwaniu na odcinek “Trudnych spraw” w oparciu o mój życiorys, sprawdźcie co jednak udało mi się utrwalić poruszając się po stolicy.

 

#1 – Wracam autobusem 157 i akurat nie ma w nim biletomatu, więc idę do kierowcy:

– Przepraszam, można bilet?
– Pewnie, że można, drogi panie, wszystko można, nawet ptakiem zostać można, tylko pieniążki trzeba mieć.
– To poproszę bilet.
– To dobrze, bo żartowałem. Ptakiem trzeba się urodzić. HEHE.

 

#2 – Rozmowa mamy z córką w osiedlowym spożywczaku podczas grzebania w lodówce:

– Marysiu, ale jak to znowu spóźniłaś się na lekcje?
– No… no… bo…
– Marysiu, to się nie może powtarzać. To musi być ostatni raz.
– Mamo, ale…
– Marysiu, bez dyskusji! Nie możesz się spóźniać! To brzydko o tobie świadczy. I o mnie zresztą też. Chcesz, żeby źle o nas mówili? Wiesz kto się spóźnia?
– Okres mamo! Zawsze mówisz wujkowi Robertowi, że okres się spóźnia!
– Ciiicho, kochanie, ciiiicho, wyjdźmy na zewnątrz, bo strasznie gorąco.
– Ale…
– Chodź, kochanie, chodź.
– A… a… jogurty?
– Ciiicho, kochanie, ciiiicho, chodź, wyjdziemy sobie na zewnątrz i się przejdziemy.

I nie dowiedziałem się kto się spóźnia.

 

#3 – Inspirujący monolog na przystanku przy Dworcu Zachodnim:

– …no i mordo, no skumaj, dla mnie to już jest patola ostra. No bo jak można samemu chodzić na kebaba? No jak?

 

#4 – Dzwoni telefon z kierunkowego 81, a nie mam tam rodziny, żeby ktoś łączył się ze stacjonarnego, więc zastanawiam się, które call center nie ogarnęło, że przedłużyłem umowę. Ale ku memu zaskoczeniu, to nie telekom. To firma sprzedająca garnki po 5 koła.

– Dzień dobry, z tej strony [kobieta wymienia swoje imię i firmę, którą reprezentuje, ale robi to tak szybko, żebym nie zrozumiał] i chciałabym przekazać panu zaproszenie na ekskluzywne wydarzenie, które odbędzie się w pana mieście. Czy może mi pan podać adres na jaki mam je dostarczyć?
– Przepraszam, ale z jakiej firmy pani dzwoni?
– Z firmy Filipiakcośtam [i znowu podaje nazwę tak szybko, żebym nie zrozumiał] i chcę panu przekazać zaproszenie na…
– A czym się zajmuje ta firma?
– Organizacją wydarzeń i właśnie na jedno z nich jest pan zaproszony. Proszę podać…
– Ale o co chodzi w ogóle?
– Zgodzi się pan, że zdrowie najbliższych jest najważniejsze [jak ktoś tak prowadzi rozmowę i w ten sposób buduje pytanie, to już wiem, że to jakieś gówno i będzie próbował wyprać mi mózg]?
– Najważniejsze jest mycie zębów po każdym posiłku, ale powiedzmy, że się z panią zgadzam.
– Yyy… no właśnie i na tym spotkaniu dowie się pan jak dbać o zdrowie najbliższych. W jakiej miejscowości pan mieszka?
– To pani do mnie dzwoni i nie wie?
– Oczywiście wiem, ale muszę potwierdzić dane [słaba ściema, ale jestem pewien, że większość i tak się na nią łapie].
– W Kasince Małej.
– W Kasince Małej?
– Tak, w Kasince Małej, a pani jak ma wpisane w formularzu?
– Oczywiście w Kasince Małej. Proszę poczekać chwilę, a powiem panu kiedy odbędzie spotkanie w pana miejscowości.
– Myślałem, że pani wie kiedy będzie, skoro dzwoni przekazać mi zaproszenie.
– To jest gmina Mszana Dolna, prawda? Będziemy tam któregośtam [nie zapamiętałem dokładnie którego] listopada. Czy chciałby pan zabrać na spotkanie kogoś ze swoich znajomych? Będzie darmowy poczęstunek i każdy z gości dostanie 3 prezenty.
– Ale ja nie mam znajomych.
– Na pewno pan ma, proszę chwilkę się zastanowić, kto z pana znajomych chciałby dostać 3 prezenty i dowiedzieć się, jak dbać o zdrowie swoich bliskich.
– Proszę panią, ja jestem blogerem, ja żyję w internecie, ja nie mam znajomych.
– Na pewno pan ma, każdy z nas ma jakichś. Może wystarczy, że napisze pan na Facebooku i kogoś zaprosi?
– Proszę panią, na Facebooku to ja mogę napisać, że próbuje mnie pani zmanipulować i pod pretekstem dbania o zdrowie zaciągnąć na spotkanie sprzedażowe z garnkami za 5 koła.

I się rozłączyła.

 

#5 – Jadę 9-tką na Ochotę i lekko podchmielony Pan Miecio do elegantszej, ciut zmęczonej pani:

– A pani tak śpi?
– Co? Nie, siedzę.
– Bo jak by pani spała, to mógłbym…
– Nie, dziękuję, mam męża, jest pan bezczelny!
-…to mógłbym rozmówić się z motorniczym, żeby tak nie trząsł.

 

#6 – Rozmowa dwóch lasek z przetłuszczonymi włosami w Subway’u na Marszałkowskiej:

– …no i szczaj baze, że Peter znowu wrócił do Anastazji.
– Taaa, do Anastazji?
– No.
– Taaa, tej zdziry?
– No.
– Przeciesz ona go zdradzaa.
– No, ode mnie z osiedla, to chyba kaszdy jom robił.
– Boszeee, aki frajer.
– No, a móg bydź ze mnom.
– Taaa?
– No, rok temu jak się pokóciaam z Krisem, bo mie wkurwił, to poszaam z Maą do Platinum i on tam był, bo akiś jego funfel miał uro, czy ki chuj, no i sie lizaliśmy.
– Taaa, aki frajer.
– No.

 

#7 – Chciałem się ukulturalnić, nie wyszło:

– Dzień dobry, czy w grudniu będzie jeszcze grany “Pożar w burdelu”?
– Słucham?
– Chciałem zapytać, czy w państwa teatrze w grudniu będzie jeszcze grany “Pożar w burdelu”?
– Proszę pana, pan się dodzwonił do przewodniczącego rady nadzorczej mBanku.

<minuta_śmiechu_i_totalnej_głupawki_po_obu_stronach_telefonu>

– To przepraszam bardzo za pomyłkę, myślałem, że to numer do rezerwacji biletów.
– Nie, ale jak pan chcę mogę kolegi spytać, bo często chodzi na ten spektakl.

 

#8 – Jadę do Warszawy pociągiem, w którym jest ścisk jak w Auchanie na dziale mięsnym przy przecenie schabu i widzę na korytarzu parę. On – chłopek-roztropek w prawie eleganckiej koszulki i spłowiałej bluzie z kapturem, ona – pretendująca miss osiedla w kurewskich kozakach, waginsach i białej kurteczce z wystającym futerkiem. Od dłuższego czasu o coś się kłócą, więc nadstawiam ucha:

-…nie.
– Czemu?
– Nie.
– Ale dlaczego?
– Nie.
– No proszę cię.
– Nie. Powiedziałam ci, że nie, to nie. Jestem konkretną osobą i jak coś mówię to mówię.
– Ale nawet na chwilkę?
– Czy ja się niejasno wyrażam, czy mam zacząć do ciebie mówić drukowanymi literami? Nie pozwolę ci pójść na imprezę, na której będzie twoja była, bo masz zakaz spotykania się z byłymi.
– Ale to są urodziny mojego szefa, będą tam wszyscy z pracy…
– Wiesz co mnie to obchodzi? Wiesz co mnie to obchodzi? Nic mnie to nie obchodzi. Tyle co wczorajszy śnieg. Masz ZAAAKAAAZ, rozumiesz? ZAKAZ!
– Kochanie, ale wczoraj nie było żadnego śniegu.
– Nie wkurwiaj mnie, bo dostaniesz zakaz nie tylko na byłe, ale na wszystkie znajome. Zresztą chuj, już dawno powinnam była ci zabronić.

 

#9 – Ostatnio mam szczęście do kierowców z poczuciem humoru. Wracam z Gwiaździstej, podjeżdża 157 i widzę, że ma na szybie żółtą kartkę ze zmianą trasy, w środku puściutko, zero żywej i martwej duszy, więc lekko zaniepokojony pytam:

– Przepraszam, jedzie pan na Ochotę?
– A nie widać, że to prywatna limuzyna? Jadę gdzie sobie pasażer życzy. Trzeba tylko magiczne zaklęcie wymówić.
– “Poproszę”?
– Nie no, kurwa, “hokus-pokus”.

 

#10 – Podsłuchane w osiedlowej pizzeri, w trakcie konsumpcji capriciosy:

-…no i ile razy taki przeciętny Polak pójdzie na siłownię?
– No 3 razy w tygodniu to przynajmniej.
– Co ty pieprzysz Marcin. Nikt tyle nie chodzi. Jak ja miałem karnet to chodziłem raz w tygodniu. Góra 2. A był taki miesiąc, że w ogóle nie poszedłem, a kasa leciała.
– No ja chodziłem 3 razy w tygodniu, bo jak jest karnet to trzeba wykorzystać.
– Nie kłam Marcin, nie kłam. Kłamstwo ma krótkie nogi. Jak twoja żona.
– Ona nie ma krótkich nóg, tylko taką budowę ciała.
– I znowu kłamiesz.

 

Jeśli w mijającym miesiącu przydarzyło Wam się w komunikacji miejskiej coś, co poprawiło Wam nastrój w tę szarówę, to podzielcie się w komentarzach. Innym też się przyda trochę uśmiechu.

autorem zdjęcia w nagłówku jest OllBac
(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Od połowy pierwszej liceum, czyli od jakiegoś 17 roku życia, jestem posiadaczem telefonu komórkowego. Porównując się do rówieśników, dość późno zacząłem korzystać z komórki, bo oni pierwsze Siemensy mieli już w gimnazjum, a biorąc po uwagę, że w tym momencie mało które dziecko w podstawówce nie ma swojego telefonu, to wszedłem w posiadanie tego sprzętu niemal na skraju życia. I o ile komórka kiedyś była dla mnie dodatkiem do komunikacji, który nie wydawał mi się jakoś wyjątkowo niezbędny, tak dzisiaj zupełnie nie wyobrażam sobie życia bez smartfonu. A nie, przepraszam, nie życia. Pracy.

Bo to jedno z 3 najważniejszy narzędzi, jakich używam do tworzenia treści. I bardzo trudno jest je zastąpić.

Dlatego, gdy podczas wyjazdu do Mediolanu unieruchomiłem Xperię Z3 Compact, bo wyświetlacz nie wytrzymał upadku z 20 centymetrów mimo szkła hartowanego na przodzie i zabezpieczającej gumy dookoła, czułem się trochę jakby mi ktoś zasznurował usta, oślepił i ogłuszył. I zostawił tak na pastwę losu i ulicznych sępów na skraju lasu lata świetlne od domu. No, a przynajmniej uciął rękę. Prawą, bo lewa to wiadomo, że nie przydaje się do niczego poza podcieraniem.

 

Minusy życia bez telefonu

Nie możesz dzwonić. Kwestia dość oczywista, ale przybiera na znaczeniu, gdy jesteś w nowym mieście. Którego nie znasz. A ludzie mieszkający w nim nie mówią w Twoim języku. I po angielsku też nie za bardzo. W dodatku wynajmujesz mieszkanie ze znajomymi. A macie tylko 1 klucz. I niekoniecznie chcecie spędzać 24 godziny na dobę razem. Dobrze byłoby mieć możliwość zdzwonienia się w trakcie dnia, co?

Nie możesz robić zdjęć. Od jakiegoś 1,5 roku telefony, z których korzystam mają tak dobre aparaty fotograficzne, że noszenie ze sobą osobnego, zewnętrznego sprzętu mija się z celem. Zwłaszcza jeśli jesteś blogerem i musisz mieć możliwość natychmiastowego opublikowania zdjęcia w mediach społecznościowych. A jesteś w światowej stolicy mody pierwszy raz w życiu i chciałbyś trochę tych fot powrzucać do sieci w trakcie zwiedzenia. Zonk. Nie masz czym, nie masz jak.

Nie możesz korzystać z Google Maps. Jak już ustaliliśmy, Włosi mówią po angielsku równie chętnie co niedźwiedzie polarne, więc w przypadku zagubienia się w metrze i wylądowania w nie-mam-najmniejszego-pojęcia-gdzie-jestem zamiast pod muzeum z oryginałem „Ostatniej Wieczerzy”, bez interaktywnej mapy masz niewielkie szanse na sprawne przemieszczenie się we właściwym kierunku.

Nie możesz zamówić Ubera. Taksówki, jeśli akurat nie stoi na postoju, zresztą też nie. I nawet gdybyś miał sprawny telefon, to podejrzewam, że bez bardzo dobrej znajomości tubylskiego, również nie byłbyś w stanie wytłumaczyć na jaką ulicę ma podjechać taryfa.

Nie możesz słuchać muzyki. Bo nawet jeśli masz osobne urządzenie do tego, to i tak nie masz nawyku by nosić je wszędzie ze sobą tak, jak telefon.

Nie możesz tworzyć, moderować i nadzorować mediów społecznościowych poza domem. Na szczęście nie jesteś blogerem, żeby było Ci to niezbędne do życia, więc z pewnością Ci to nie przeszkadza.

Nie możesz używać JakDojade.pl. Nawet jeśli jesteś w swoim mieście, w którym mieszkasz od urodzenia, to i tak pokazywanie trasy z miejsca, w którym jesteś, do przystanku, czy szukanie najoptymalniejszego połączenia autobusowo-tramwajowego wraz z rozpisaniem czasu na przesiadki, jest mega pomocną opcją. Oczywiście zawsze można sobie jakoś poradzić. Na przykład drukując rozkłady wszystkich środków komunikacji. Ze wszystkich przystanków na jakich się zatrzymują. W obie strony. Brzmi prosto i wygodnie, no nie?

Nie możesz notować pomysłów na wpisy w chmurze. Na szczęście wciąż nie jesteś blogerem, więc opcja zapisywania rzeczy, do których od razu mają dostęp inne osoby ze swoich komputerów nie jest Ci potrzebna.

Nie możesz korzystać z biletów pociągowych w PDFie. Ani autobusowych, ani samolotowych, ani jakichkolwiek innych. Jeśli nie weźmiesz ze sobą osobnego urządzenia. Albo ich nie wydrukujesz, o czym oczywiście zawsze pamiętasz i na co zawsze masz czas przed podróżą.

Nie możesz czytać tekstów innych blogerów w podróży.

Nie możesz odpisywać na komentarze pod Twoimi tekstami w podróży.

Nie możesz czytać, ani odpisywać na maile w podróży.

Nie masz jak sprawdzić godziny. Bo o czasach, kiedy dostawało się zegarki na komunię słyszałeś tylko do babci. Ewentualnie jesteś muzułmaninem.

Nie masz jak sobie poświecić idąc nocą do toalety. Śpiąc w namiocie podczas festiwalu. Czy wchodząc do jakiegokolwiek ciemnego pomieszczenia.

 

Plusy życia bez telefonu

Spokój. Nikt Ci nie zawraca dupy, nie męczy propozycją setnego pakietu darmowych minut, czy przyjścia na wydarzenie, gdzie trzecioligowy, podstarzały celebryta będzie próbował wcisnąć Ci garnki za 5 koła. Kiedy już opanujesz panikę związaną z tym, że gdybyś złamał nogę biegnąć na metro, zasłabł w trakcie spaceru po lesie, albo po prostu utknął w korku w drodze na spotkanie i nie jesteś w stanie przekazać ŻADNEJ informacji, gdy już pogodzisz się z tym, że wróciłeś do epoki kamienia łupanego, nagle ogarnia Cię spokój. Błogi tomiwisizm i nieznośna lekkość bytu.

Wzrost koncentracji. Kiedy nie masz przy udzie tego ciągle wibrującego urządzenia, które co 5 minut informuje Cię o niezwykle ważnych kwestiach typu: notyfikacja na Facebooku o zrobieniu pierwszej kupy przez dziecko koleżanki z podstawówki, okazuje się, że jednak potrafisz być skupiony. Na jednej rzeczy. I to dłużej niż kwadrans. Kiedy nie dostajesz na bieżąco setek powiadomień i też nie kusi Cię, żeby je co chwilę sprawdzać, bo nie masz na czym, Twój umysł się oczyszcza jak zęby przed borowaniem i sam się zaskakujesz, jak bardzo potrafisz być skoncentrowany. I o ile efektywniejsza jest wtedy Twoja praca.

Wolność. Zabrzmi to strasznie patetycznie, ale w momencie uwolnienia się z tej elektronicznej smyczy, orientujesz się, że przez bycie w nieustannym kontakcie z całym światem, stałeś się zniewolony. Dociera do Ciebie, że nie korzystałeś z telefonu, kiedy naprawdę chciałeś, tylko kiedy musiałeś. Kiedy zmuszał Cię chorobliwie uzależniający głód informacji i strach przed tym, że coś Cię ominie. Coś bardzo ważnego, czego nie możesz przegapić. Coś tak niewiarygodnie istotnego, że z perspektywy kolejnego dnia, zupełnie nie miało znaczenia. Kiedy żyjesz bez smartfonu, czujesz, że jesteś odludkiem, ale po pewnym czasie zauważasz, że to jest zajebiste. Bo przestajesz czuć przymus bycia ze wszystkim na bieżąco. Czujesz wolność.

 

Wnioski

Co daje pozbawienie się na tydzień narzędzia, z którego korzystasz codziennie? Uzmysłowienie sobie do czego tak naprawdę jest Ci potrzebne i po co je w ogóle masz.

Nie chodzi o to, żeby odciąć się od technologii sekatorem, zbojkotować współczesny świat podpalając Media Markt i na znak protestu wyjechać na resztę życia do lasu amazońskiego, czy w Bieszczady. Chodzi o to, żeby ze wszystkich dóbr cywilizacji korzystać świadomie, tak by to one służyły nam, a nie my im. Żeby złapać dystans, zachować zdrowy rozsądek i nie stać się niewolnikami maszyn, jak zapowiadał Stanisław Lem. Żeby wiedzieć, że o ile taki smartfon w ciągu tygodnia jest genialnym narzędziem w pracy, tak w weekend może być tylko zbędnym dodatkiem, którego można się pozbyć.

I taki przymusowy tydzień bez mobilnego środka łączności świetnie o tym przypomina. Polecam każdemu, kto zaczyna i kończy dzień z telefonem w ręce.

Wojna Płci: związek na odległość

Skip to entry content

Jakiś czasem temu dostałem od jednej z czytelniczek maila, który brzmiał mniej więcej tak:

Drogi StejFlaju,

Mieszkam w Mszanie Dolnej, a Robert w Kasince Małej, ogólnie jest wporzo chłopem, ale ta odległość mi przeszkadza. Nigdy nie spędzamy razem dożynek i nie wiem, czy jest sens to ciągnąć. Proszę, wypowiedz się, jak Ty to widzisz. Dziecko będzie zdrowe?

Twoja wierna czytelniczka, Grażyna.

Czy mogłem być głuchy na tak przejmujące wołanie o pomoc? Nie mogłem. Czy umiałem odpowiedzieć na pytanie zadane pod koniec? Nie umiałem. Dlatego wziąłem do pomocy Asię z Wyrwane z kontekstu.

Wojna Płci

Joanna Pachla: Związek na odległość? Jak dla mnie, bez sensu.

Jan Favre: Dlaczego?

Joanna Pachla: Bo jak z kimś jestem, to chcę go tu i teraz. Nie za tydzień, za miesiąc czy za 500 kilometrów.

Jan Favre: Ale to mówimy o częstotliwości czy odległości?

Joanna Pachla: Zwykle jedno wynika z drugiego.

Jan Favre: Niekoniecznie, bo równie dobrze można mieszkać w jednym mieście i widywać się raz na 2 tygodnie, a można mieszkać na drugim końcu Polski i być razem co tydzień.

Joanna Pachla: Dlatego doprecyzujmy, co rozumiemy przez związek na odległość.

Jan Favre: Zastanawiałem się nad tym chwilę i określenie czasowe czy kilometrowe jest dość względne. Bo bywają miasta, jak na przykład Warszawa, że przejechanie z jednego końca na drugi zajmuje ponad godzinę, czyli dłużej, niż z Wieliczki do Krakowa. Albo w ogóle, jak na Śląsku, miasta są tak blisko siebie i tak dobrze skomunikowane, że to, czy mieszkasz w Zabrzu, czy w Rudzie Śląskiej, nie ma znaczenia i nie jest przeszkodą, żeby się widywać. Żeby więc jakoś sensownie określić to, o czym będziemy rozmawiać, przyjmijmy, że związek jest wtedy na odległość, kiedy zobaczenie się ze sobą musicie planować z wyprzedzeniem, a spontaniczne spotkania są bardzo, bardzo trudne do zrealizowania.

Joanna Pachla: Wiesz, znam takich facetów, którzy w natłoku swoich spraw i tak każą Ci się wbijać w grafik. I wtedy planowanie z wyprzedzaniem masz nawet, jak razem mieszkacie. Ale podoba mi się Twoja definicja, zostańmy przy niej.

Moim zdaniem to, jak podchodzisz do związków na odległość, jest także zależne od wieku. Może to jest zabawne tak do etapu liceum. Jak sobie jeździsz na kolonie, przeżywasz wakacyjne miłości, wracasz do szkoły i tęsknisz. I jest Ci trochę smutno i trochę wesoło, bo jednak ktoś tam gdzieś jest. I nieważne, że najpewniej więcej go nie zobaczysz, bo tych kilka miesięcy możecie pisać do siebie listy i robić z tego magię. Ale jak jesteś już starszy i stąpasz twardo po ziemi, to wiesz, że na dłuższą metę tak się nie da. Że Ty tu, a ona tam.

Jan Favre: Po pierwsze rozgraniczmy “umawianie się” i “planowanie”.

Joanna Pachla: A czym się różni umawianie od planowania? Jedno i drugie brzmi, jak robione przy pomocy Excela.

Jan Favre:

– Widzimy się jutro?

– Jutro mam wegański aqua-aerobik i kurs mandaryńskiego, nie da dam rady. Pojutrze?

– Pojutrze spoko.

– To spoko, tam gdzie zwykle.

To jest dla mnie umawianie się. A planowanie jest wtedy, gdy musisz to widzenie z drugą osobą rozpisywać na składowe: mam pociąg do Bochni o 18, więc muszę przyjść do pracy już spakowana, wyjść godzinę wcześniej, żeby zdążyć na autobus na dworzec i dzień wcześniej spakować majtki na 3 dni, żeby tym razem nie chodzić cały weekend w tych samych.

Po drugie, wracając do Twojego pisania listów do chłopca znad morza, na etapie liceum i poobozowych miłości, to nie jest związek, tylko zapychanie sobie czasu wirtualnym avatarem, z którym możesz sobie “popisać”.

Joanna Pachla: Dla mnie tak właśnie wygląda też brnięcie w związek na odległość dzisiaj. Zapychasz sobie czas wirtualnym avatarem, który może od czasu do czasu do Ciebie zadzwoni.

Czy znowu wychodzę na Królową Lodu, a Ty jesteś w stanie przekonać mnie, że może to wyglądać inaczej?

Jan Favre: Ale przecież to, czy zadzwoni od czasu do czasu, czy raz dziennie, czy co godzinę, zależy tylko od Was. Jak również to, jak często będziecie się widywać.

Byłaś kiedyś w związku na odległość?

Joanna Pachla: Tak. Jakoś od marca do października. Później trzeba było spakować te wszystkie majtki i podjąć jakąś sensowną decyzję. Ale wierciłam się już na etapie wakacji. To straszne, odliczać. Do kolejnego weekendu, do kolejnego spotkania.

Jan Favre: No właśnie, i jak często się widywaliście nie mieszkając na tym samym osiedlu?

Joanna Pachla: Raz na dwa, trzy tygodnie? Czasem rzadziej. Jak masz pracę, przyjaciół i tonę innych obowiązków, to wyłuskanie z tego pełnego weekendu dla drugiej osoby nie jest już takie łatwe. Jak jesteście w tym samym mieście, możecie wyjść na kawę czy pizzę. Pary, żyjące na odległość, tego nie mają.

Jan Favre: Ja też byłem w takiej sytuacji i widywaliśmy się co tydzień. I to średnio 3 dni w każdym tygodniu, czyli na dobrą sprawę tyle, ile widują się “normalne” pary mieszkające w tym samym mieście. Pewnie, że takie ciągłe jeżdżenie do siebie jest problematyczne do pogodzenia z przyjaciółmi, rodziną, psem i hodowlą żółwi, ale to, jak bardzo jesteś w stanie z czegoś zrezygnować, i czy w ogóle, świadczy o tym, jak bardzo Ci zależy.

Joanna Pachla: Ale może mi też zależeć tak bardzo, że rzucam wszystko i się przeprowadzam. Tylko to jest zawsze ryzykowne, dla obydwu stron. Jeśli się uda – super. Ale jeśli nie?

Jan Favre: Właśnie opisałaś dylematy, jakie są w KAŻDYM związku, poza małoletnimi małżeństwami w krajach muzułmańskich. Tam wiadomo, że się nie uda.

Joanna Pachla: A widzisz. Znam ludzi, którzy przez lata nie podejmują żadnych kroków, żeby tę odległość zmniejszyć, właśnie ze strachu. On boi się, że jak zaproponuje wspólne mieszkanie, to później weźmie na siebie odpowiedzialność za to, że ona wszystko rzuciła i gdzie ma teraz się podziać. Ona boi się, że jak zaproponuje, że się wprowadzi, to on spanikuje i pogoni ją całkiem. Albo odwrotnie. (Płci tutaj stosujmy wymiennie.)

Żeby nie być gołosłownym: znam przykład pary, gdzie Francuz zostawił rodzinę (miał bardzo silną więź z rodzicami i rodzeństwem), świetną karierę, wymarzony Paryż, w którym dopiero co udało mu się zamieszkać. Zakochał się w Polce, zjechał do jakiejś Jeleniej Góry czy podobnie malowniczego miasta (wybacz, nie pamiętam już, co to było), a ona po trzech tygodniach stwierdziła, że to nie to. I że lepiej będzie, jak on się jednak wyprowadzi. I co? Dla mnie – nic wielkiego, zdarza się. Ale są tacy, którzy wolą nie podejmować ryzyka i wegetują tak na odległość całymi latami.

Jan Favre: Dlatego przy tego typu związku bardzo ważne jest ustalenie terminu, jakiejś konkretnej daty, ściśle określonej w czasie, do kiedy jeździcie do siebie, bo to nie może być tak zawieszone i trwać w nieskończoność. W zasadzie to nie jest bardzo ważne, tylko konieczne. Żeby z tej wielkiej miłości nie wyszło wielkie rozczarowanie, musicie ustalić, że z końcem roku kalendarzowego/studiów/ostatniego sezonu “Gry o tron”, ktoś się do kogoś przeprowadza.

Co do to strachu i niepodejmowania ryzyka, to już samo wejście w związek jest nim obarczone, bo co, jeśli ustawisz na Facebooku status “w związku z: Grażyna Kowalska”, a dzień później na imprezie u szwagra pijana Emily Ratajkowski wyzna Ci miłość i zaprosi na oglądanie znaczków do hotelu? Każde podjęcie decyzji wiąże się z ryzykiem niezadowolenia i odrzuceniem innych alternatyw.

Ale kto nie ryzykuje…

Joanna Pachla: Ten zawsze może kupić sobie kota.