Close
Close

Najlepsze uliczne historie: listopad

Skip to entry content

Cały czas jestem na tym etapie, że większość rzeczy w Warszawie jest dla mnie nowych i dziwi lub zaskakuje, tak że o podłapywanie dialogów było mi wyjątkowo łatwo. Mimo, że jestem mocno wyczulony na odbiór bodźców z otoczenia, to rozmowy do „najlepszych uliczny historii” zbierałem paradoksalnie bardzo długo. Czemu? Bo przez brak telefonu nie miałem ich na czym zapisywać. Prawdziwy dramat blogera, co?

W oczekiwaniu na odcinek „Trudnych spraw” w oparciu o mój życiorys, sprawdźcie co jednak udało mi się utrwalić poruszając się po stolicy.

 

#1 – Wracam autobusem 157 i akurat nie ma w nim biletomatu, więc idę do kierowcy:

– Przepraszam, można bilet?
– Pewnie, że można, drogi panie, wszystko można, nawet ptakiem zostać można, tylko pieniążki trzeba mieć.
– To poproszę bilet.
– To dobrze, bo żartowałem. Ptakiem trzeba się urodzić. HEHE.

 

#2 – Rozmowa mamy z córką w osiedlowym spożywczaku podczas grzebania w lodówce:

– Marysiu, ale jak to znowu spóźniłaś się na lekcje?
– No… no… bo…
– Marysiu, to się nie może powtarzać. To musi być ostatni raz.
– Mamo, ale…
– Marysiu, bez dyskusji! Nie możesz się spóźniać! To brzydko o tobie świadczy. I o mnie zresztą też. Chcesz, żeby źle o nas mówili? Wiesz kto się spóźnia?
– Okres mamo! Zawsze mówisz wujkowi Robertowi, że okres się spóźnia!
– Ciiicho, kochanie, ciiiicho, wyjdźmy na zewnątrz, bo strasznie gorąco.
– Ale…
– Chodź, kochanie, chodź.
– A… a… jogurty?
– Ciiicho, kochanie, ciiiicho, chodź, wyjdziemy sobie na zewnątrz i się przejdziemy.

I nie dowiedziałem się kto się spóźnia.

 

#3 – Inspirujący monolog na przystanku przy Dworcu Zachodnim:

– …no i mordo, no skumaj, dla mnie to już jest patola ostra. No bo jak można samemu chodzić na kebaba? No jak?

 

#4 – Dzwoni telefon z kierunkowego 81, a nie mam tam rodziny, żeby ktoś łączył się ze stacjonarnego, więc zastanawiam się, które call center nie ogarnęło, że przedłużyłem umowę. Ale ku memu zaskoczeniu, to nie telekom. To firma sprzedająca garnki po 5 koła.

– Dzień dobry, z tej strony [kobieta wymienia swoje imię i firmę, którą reprezentuje, ale robi to tak szybko, żebym nie zrozumiał] i chciałabym przekazać panu zaproszenie na ekskluzywne wydarzenie, które odbędzie się w pana mieście. Czy może mi pan podać adres na jaki mam je dostarczyć?
– Przepraszam, ale z jakiej firmy pani dzwoni?
– Z firmy Filipiakcośtam [i znowu podaje nazwę tak szybko, żebym nie zrozumiał] i chcę panu przekazać zaproszenie na…
– A czym się zajmuje ta firma?
– Organizacją wydarzeń i właśnie na jedno z nich jest pan zaproszony. Proszę podać…
– Ale o co chodzi w ogóle?
– Zgodzi się pan, że zdrowie najbliższych jest najważniejsze [jak ktoś tak prowadzi rozmowę i w ten sposób buduje pytanie, to już wiem, że to jakieś gówno i będzie próbował wyprać mi mózg]?
– Najważniejsze jest mycie zębów po każdym posiłku, ale powiedzmy, że się z panią zgadzam.
– Yyy… no właśnie i na tym spotkaniu dowie się pan jak dbać o zdrowie najbliższych. W jakiej miejscowości pan mieszka?
– To pani do mnie dzwoni i nie wie?
– Oczywiście wiem, ale muszę potwierdzić dane [słaba ściema, ale jestem pewien, że większość i tak się na nią łapie].
– W Kasince Małej.
– W Kasince Małej?
– Tak, w Kasince Małej, a pani jak ma wpisane w formularzu?
– Oczywiście w Kasince Małej. Proszę poczekać chwilę, a powiem panu kiedy odbędzie spotkanie w pana miejscowości.
– Myślałem, że pani wie kiedy będzie, skoro dzwoni przekazać mi zaproszenie.
– To jest gmina Mszana Dolna, prawda? Będziemy tam któregośtam [nie zapamiętałem dokładnie którego] listopada. Czy chciałby pan zabrać na spotkanie kogoś ze swoich znajomych? Będzie darmowy poczęstunek i każdy z gości dostanie 3 prezenty.
– Ale ja nie mam znajomych.
– Na pewno pan ma, proszę chwilkę się zastanowić, kto z pana znajomych chciałby dostać 3 prezenty i dowiedzieć się, jak dbać o zdrowie swoich bliskich.
– Proszę panią, ja jestem blogerem, ja żyję w internecie, ja nie mam znajomych.
– Na pewno pan ma, każdy z nas ma jakichś. Może wystarczy, że napisze pan na Facebooku i kogoś zaprosi?
– Proszę panią, na Facebooku to ja mogę napisać, że próbuje mnie pani zmanipulować i pod pretekstem dbania o zdrowie zaciągnąć na spotkanie sprzedażowe z garnkami za 5 koła.

I się rozłączyła.

 

#5 – Jadę 9-tką na Ochotę i lekko podchmielony Pan Miecio do elegantszej, ciut zmęczonej pani:

– A pani tak śpi?
– Co? Nie, siedzę.
– Bo jak by pani spała, to mógłbym…
– Nie, dziękuję, mam męża, jest pan bezczelny!
-…to mógłbym rozmówić się z motorniczym, żeby tak nie trząsł.

 

#6 – Rozmowa dwóch lasek z przetłuszczonymi włosami w Subway’u na Marszałkowskiej:

– …no i szczaj baze, że Peter znowu wrócił do Anastazji.
– Taaa, do Anastazji?
– No.
– Taaa, tej zdziry?
– No.
– Przeciesz ona go zdradzaa.
– No, ode mnie z osiedla, to chyba kaszdy jom robił.
– Boszeee, aki frajer.
– No, a móg bydź ze mnom.
– Taaa?
– No, rok temu jak się pokóciaam z Krisem, bo mie wkurwił, to poszaam z Maą do Platinum i on tam był, bo akiś jego funfel miał uro, czy ki chuj, no i sie lizaliśmy.
– Taaa, aki frajer.
– No.

 

#7 – Chciałem się ukulturalnić, nie wyszło:

– Dzień dobry, czy w grudniu będzie jeszcze grany „Pożar w burdelu”?
– Słucham?
– Chciałem zapytać, czy w państwa teatrze w grudniu będzie jeszcze grany „Pożar w burdelu”?
– Proszę pana, pan się dodzwonił do przewodniczącego rady nadzorczej mBanku.

<minuta_śmiechu_i_totalnej_głupawki_po_obu_stronach_telefonu>

– To przepraszam bardzo za pomyłkę, myślałem, że to numer do rezerwacji biletów.
– Nie, ale jak pan chcę mogę kolegi spytać, bo często chodzi na ten spektakl.

 

#8 – Jadę do Warszawy pociągiem, w którym jest ścisk jak w Auchanie na dziale mięsnym przy przecenie schabu i widzę na korytarzu parę. On – chłopek-roztropek w prawie eleganckiej koszulki i spłowiałej bluzie z kapturem, ona – pretendująca miss osiedla w kurewskich kozakach, waginsach i białej kurteczce z wystającym futerkiem. Od dłuższego czasu o coś się kłócą, więc nadstawiam ucha:

-…nie.
– Czemu?
– Nie.
– Ale dlaczego?
– Nie.
– No proszę cię.
– Nie. Powiedziałam ci, że nie, to nie. Jestem konkretną osobą i jak coś mówię to mówię.
– Ale nawet na chwilkę?
– Czy ja się niejasno wyrażam, czy mam zacząć do ciebie mówić drukowanymi literami? Nie pozwolę ci pójść na imprezę, na której będzie twoja była, bo masz zakaz spotykania się z byłymi.
– Ale to są urodziny mojego szefa, będą tam wszyscy z pracy…
– Wiesz co mnie to obchodzi? Wiesz co mnie to obchodzi? Nic mnie to nie obchodzi. Tyle co wczorajszy śnieg. Masz ZAAAKAAAZ, rozumiesz? ZAKAZ!
– Kochanie, ale wczoraj nie było żadnego śniegu.
– Nie wkurwiaj mnie, bo dostaniesz zakaz nie tylko na byłe, ale na wszystkie znajome. Zresztą chuj, już dawno powinnam była ci zabronić.

 

#9 – Ostatnio mam szczęście do kierowców z poczuciem humoru. Wracam z Gwiaździstej, podjeżdża 157 i widzę, że ma na szybie żółtą kartkę ze zmianą trasy, w środku puściutko, zero żywej i martwej duszy, więc lekko zaniepokojony pytam:

– Przepraszam, jedzie pan na Ochotę?
– A nie widać, że to prywatna limuzyna? Jadę gdzie sobie pasażer życzy. Trzeba tylko magiczne zaklęcie wymówić.
– „Poproszę”?
– Nie no, kurwa, „hokus-pokus”.

 

#10 – Podsłuchane w osiedlowej pizzeri, w trakcie konsumpcji capriciosy:

-…no i ile razy taki przeciętny Polak pójdzie na siłownię?
– No 3 razy w tygodniu to przynajmniej.
– Co ty pieprzysz Marcin. Nikt tyle nie chodzi. Jak ja miałem karnet to chodziłem raz w tygodniu. Góra 2. A był taki miesiąc, że w ogóle nie poszedłem, a kasa leciała.
– No ja chodziłem 3 razy w tygodniu, bo jak jest karnet to trzeba wykorzystać.
– Nie kłam Marcin, nie kłam. Kłamstwo ma krótkie nogi. Jak twoja żona.
– Ona nie ma krótkich nóg, tylko taką budowę ciała.
– I znowu kłamiesz.

 

Jeśli w mijającym miesiącu przydarzyło Wam się w komunikacji miejskiej coś, co poprawiło Wam nastrój w tę szarówę, to podzielcie się w komentarzach. Innym też się przyda trochę uśmiechu.

autorem zdjęcia w nagłówku jest OllBac
(niżej jest kolejny tekst)

26
Dodaj komentarz

avatar
17 Comment threads
9 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
19 Comment authors
Anita PiątekzaneSylwia | Not So Serious MomMagda GrzybowskaKaro Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Karola Franieczek | Życie Me
Gość

Pan Miecio skradł moje serce :)

Michał Wójtowicz
Gość

siódemka to mój faworyt <3

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Panu Mieciowi zakładam fanklub.
Ponieważ jestem atenszyn hor i w każdym zbiorze ulicznych historii muszę dodać jakiś banger z sali sądowej, oto podaję:
rozprawa rozwodowa. Powódką jest pani o raczej patologicznym pochodzeniu i tle socjalnym. Ośmioro dzieci, władza zabrana co do czwórki, takie sobie historie.
Sędzia:…i proszę nam powiedzieć, czemu rozstała się pani z ostatnim partnerem?
Powódka: A bo pił, narkotyki brał, agresywny był taki…
Sędzia, zdumiona: To czemu związała się pani z takim człowiekiem?!
Powódka: A bo ja go tak za dobrze nie znałam jak żeśmy razem zamieszkali, co nie?

Jan Favre
Gość

Ola, przypominam, że ja cały czas czekam na Twój funpag z historiami z sali rozpraw! To by siadło z miejsca!

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Hm.Hmm.Nie wiem, czy jest tego aż tyle, ale myślę o tym.

W.
Gość
W.

Aż przypomniał mi się stary myk z sali sądowej, górale przegrywają sprawę o zasiedzenie, herszt bandy do sędzi: Sędzina poczeka, my raz dwa apelacyje machniem!

Ania Abakercja
Gość

to o okresie jakby skądś znam. jak widać to dość powszechny problem.

a i nigdy w życiu nie poszłam sama na kebaba. nigdy. nawet nie bardzo umiem sobie siebie w takiej roli wyobrazić.

7 i 10 najlepsze <3

Jan Favre
Gość

Ej, zaraz faktycznie zacznę się czuć jak jakiś patus, bo 1/4 kebabów, które zjadłem w życiu konsumowałem sam.

Ania Abakercja
Gość

no cóż, jesteś blogerem, żyjesz w internecie i nie masz znajomych. to wszystko wyjaśnia.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

No właśnie. Kupiłbyś te garnki – echo robią, jak się do ich wnętrza mówi, to miałbyś z kim pogadać.

Jan Favre
Gość

Hahahahahah :D

Costaste
Gość
Costaste

E tam, ja też jadam często sama kebaby :D

W.
Gość
W.

A mogę się powtórzyć z komentarzem? Historia takie piętno na mnie wywarła, że dzisiaj nawet rozglądałam się po tramwaju niepewnie co do wyboru miejsca.

Wieczór, tramwaj w połowie zapełniony, kieruję się na wolne miejsce siedzące w takim boksie czterech (po dwa na przeciwko siebie), gdzie jedno miejsce zajmował ten pan. Siadam, wyciągam książkę i słyszę bardzo uprzejmą i mile wypowiedzianą prośbę: Czy może się pani przesiąść, bo ja tutaj prowadzę bardzo osobistą rozmowę telefoniczną. Oczywiście się przesiadłam i w myślach pojawił się milion ripost.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Od połowy pierwszej liceum, czyli od jakiegoś 17 roku życia, jestem posiadaczem telefonu komórkowego. Porównując się do rówieśników, dość późno zacząłem korzystać z komórki, bo oni pierwsze Siemensy mieli już w gimnazjum, a biorąc po uwagę, że w tym momencie mało które dziecko w podstawówce nie ma swojego telefonu, to wszedłem w posiadanie tego sprzętu niemal na skraju życia. I o ile komórka kiedyś była dla mnie dodatkiem do komunikacji, który nie wydawał mi się jakoś wyjątkowo niezbędny, tak dzisiaj zupełnie nie wyobrażam sobie życia bez smartfonu. A nie, przepraszam, nie życia. Pracy.

Bo to jedno z 3 najważniejszy narzędzi, jakich używam do tworzenia treści. I bardzo trudno jest je zastąpić.

Dlatego, gdy podczas wyjazdu do Mediolanu unieruchomiłem Xperię Z3 Compact, bo wyświetlacz nie wytrzymał upadku z 20 centymetrów mimo szkła hartowanego na przodzie i zabezpieczającej gumy dookoła, czułem się trochę jakby mi ktoś zasznurował usta, oślepił i ogłuszył. I zostawił tak na pastwę losu i ulicznych sępów na skraju lasu lata świetlne od domu. No, a przynajmniej uciął rękę. Prawą, bo lewa to wiadomo, że nie przydaje się do niczego poza podcieraniem.

 

Minusy życia bez telefonu

Nie możesz dzwonić. Kwestia dość oczywista, ale przybiera na znaczeniu, gdy jesteś w nowym mieście. Którego nie znasz. A ludzie mieszkający w nim nie mówią w Twoim języku. I po angielsku też nie za bardzo. W dodatku wynajmujesz mieszkanie ze znajomymi. A macie tylko 1 klucz. I niekoniecznie chcecie spędzać 24 godziny na dobę razem. Dobrze byłoby mieć możliwość zdzwonienia się w trakcie dnia, co?

Nie możesz robić zdjęć. Od jakiegoś 1,5 roku telefony, z których korzystam mają tak dobre aparaty fotograficzne, że noszenie ze sobą osobnego, zewnętrznego sprzętu mija się z celem. Zwłaszcza jeśli jesteś blogerem i musisz mieć możliwość natychmiastowego opublikowania zdjęcia w mediach społecznościowych. A jesteś w światowej stolicy mody pierwszy raz w życiu i chciałbyś trochę tych fot powrzucać do sieci w trakcie zwiedzenia. Zonk. Nie masz czym, nie masz jak.

Nie możesz korzystać z Google Maps. Jak już ustaliliśmy, Włosi mówią po angielsku równie chętnie co niedźwiedzie polarne, więc w przypadku zagubienia się w metrze i wylądowania w nie-mam-najmniejszego-pojęcia-gdzie-jestem zamiast pod muzeum z oryginałem „Ostatniej Wieczerzy”, bez interaktywnej mapy masz niewielkie szanse na sprawne przemieszczenie się we właściwym kierunku.

Nie możesz zamówić Ubera. Taksówki, jeśli akurat nie stoi na postoju, zresztą też nie. I nawet gdybyś miał sprawny telefon, to podejrzewam, że bez bardzo dobrej znajomości tubylskiego, również nie byłbyś w stanie wytłumaczyć na jaką ulicę ma podjechać taryfa.

Nie możesz słuchać muzyki. Bo nawet jeśli masz osobne urządzenie do tego, to i tak nie masz nawyku by nosić je wszędzie ze sobą tak, jak telefon.

Nie możesz tworzyć, moderować i nadzorować mediów społecznościowych poza domem. Na szczęście nie jesteś blogerem, żeby było Ci to niezbędne do życia, więc z pewnością Ci to nie przeszkadza.

Nie możesz używać JakDojade.pl. Nawet jeśli jesteś w swoim mieście, w którym mieszkasz od urodzenia, to i tak pokazywanie trasy z miejsca, w którym jesteś, do przystanku, czy szukanie najoptymalniejszego połączenia autobusowo-tramwajowego wraz z rozpisaniem czasu na przesiadki, jest mega pomocną opcją. Oczywiście zawsze można sobie jakoś poradzić. Na przykład drukując rozkłady wszystkich środków komunikacji. Ze wszystkich przystanków na jakich się zatrzymują. W obie strony. Brzmi prosto i wygodnie, no nie?

Nie możesz notować pomysłów na wpisy w chmurze. Na szczęście wciąż nie jesteś blogerem, więc opcja zapisywania rzeczy, do których od razu mają dostęp inne osoby ze swoich komputerów nie jest Ci potrzebna.

Nie możesz korzystać z biletów pociągowych w PDFie. Ani autobusowych, ani samolotowych, ani jakichkolwiek innych. Jeśli nie weźmiesz ze sobą osobnego urządzenia. Albo ich nie wydrukujesz, o czym oczywiście zawsze pamiętasz i na co zawsze masz czas przed podróżą.

Nie możesz czytać tekstów innych blogerów w podróży.

Nie możesz odpisywać na komentarze pod Twoimi tekstami w podróży.

Nie możesz czytać, ani odpisywać na maile w podróży.

Nie masz jak sprawdzić godziny. Bo o czasach, kiedy dostawało się zegarki na komunię słyszałeś tylko do babci. Ewentualnie jesteś muzułmaninem.

Nie masz jak sobie poświecić idąc nocą do toalety. Śpiąc w namiocie podczas festiwalu. Czy wchodząc do jakiegokolwiek ciemnego pomieszczenia.

 

Plusy życia bez telefonu

Spokój. Nikt Ci nie zawraca dupy, nie męczy propozycją setnego pakietu darmowych minut, czy przyjścia na wydarzenie, gdzie trzecioligowy, podstarzały celebryta będzie próbował wcisnąć Ci garnki za 5 koła. Kiedy już opanujesz panikę związaną z tym, że gdybyś złamał nogę biegnąć na metro, zasłabł w trakcie spaceru po lesie, albo po prostu utknął w korku w drodze na spotkanie i nie jesteś w stanie przekazać ŻADNEJ informacji, gdy już pogodzisz się z tym, że wróciłeś do epoki kamienia łupanego, nagle ogarnia Cię spokój. Błogi tomiwisizm i nieznośna lekkość bytu.

Wzrost koncentracji. Kiedy nie masz przy udzie tego ciągle wibrującego urządzenia, które co 5 minut informuje Cię o niezwykle ważnych kwestiach typu: notyfikacja na Facebooku o zrobieniu pierwszej kupy przez dziecko koleżanki z podstawówki, okazuje się, że jednak potrafisz być skupiony. Na jednej rzeczy. I to dłużej niż kwadrans. Kiedy nie dostajesz na bieżąco setek powiadomień i też nie kusi Cię, żeby je co chwilę sprawdzać, bo nie masz na czym, Twój umysł się oczyszcza jak zęby przed borowaniem i sam się zaskakujesz, jak bardzo potrafisz być skoncentrowany. I o ile efektywniejsza jest wtedy Twoja praca.

Wolność. Zabrzmi to strasznie patetycznie, ale w momencie uwolnienia się z tej elektronicznej smyczy, orientujesz się, że przez bycie w nieustannym kontakcie z całym światem, stałeś się zniewolony. Dociera do Ciebie, że nie korzystałeś z telefonu, kiedy naprawdę chciałeś, tylko kiedy musiałeś. Kiedy zmuszał Cię chorobliwie uzależniający głód informacji i strach przed tym, że coś Cię ominie. Coś bardzo ważnego, czego nie możesz przegapić. Coś tak niewiarygodnie istotnego, że z perspektywy kolejnego dnia, zupełnie nie miało znaczenia. Kiedy żyjesz bez smartfonu, czujesz, że jesteś odludkiem, ale po pewnym czasie zauważasz, że to jest zajebiste. Bo przestajesz czuć przymus bycia ze wszystkim na bieżąco. Czujesz wolność.

 

Wnioski

Co daje pozbawienie się na tydzień narzędzia, z którego korzystasz codziennie? Uzmysłowienie sobie do czego tak naprawdę jest Ci potrzebne i po co je w ogóle masz.

Nie chodzi o to, żeby odciąć się od technologii sekatorem, zbojkotować współczesny świat podpalając Media Markt i na znak protestu wyjechać na resztę życia do lasu amazońskiego, czy w Bieszczady. Chodzi o to, żeby ze wszystkich dóbr cywilizacji korzystać świadomie, tak by to one służyły nam, a nie my im. Żeby złapać dystans, zachować zdrowy rozsądek i nie stać się niewolnikami maszyn, jak zapowiadał Stanisław Lem. Żeby wiedzieć, że o ile taki smartfon w ciągu tygodnia jest genialnym narzędziem w pracy, tak w weekend może być tylko zbędnym dodatkiem, którego można się pozbyć.

I taki przymusowy tydzień bez mobilnego środka łączności świetnie o tym przypomina. Polecam każdemu, kto zaczyna i kończy dzień z telefonem w ręce.

Wojna Płci: związek na odległość

Skip to entry content

Jakiś czasem temu dostałem od jednej z czytelniczek maila, który brzmiał mniej więcej tak:

Drogi StejFlaju,

Mieszkam w Mszanie Dolnej, a Robert w Kasince Małej, ogólnie jest wporzo chłopem, ale ta odległość mi przeszkadza. Nigdy nie spędzamy razem dożynek i nie wiem, czy jest sens to ciągnąć. Proszę, wypowiedz się, jak Ty to widzisz. Dziecko będzie zdrowe?

Twoja wierna czytelniczka, Grażyna.

Czy mogłem być głuchy na tak przejmujące wołanie o pomoc? Nie mogłem. Czy umiałem odpowiedzieć na pytanie zadane pod koniec? Nie umiałem. Dlatego wziąłem do pomocy Asię z Wyrwane z kontekstu.

Wojna Płci

Joanna Pachla: Związek na odległość? Jak dla mnie, bez sensu.

Jan Favre: Dlaczego?

Joanna Pachla: Bo jak z kimś jestem, to chcę go tu i teraz. Nie za tydzień, za miesiąc czy za 500 kilometrów.

Jan Favre: Ale to mówimy o częstotliwości czy odległości?

Joanna Pachla: Zwykle jedno wynika z drugiego.

Jan Favre: Niekoniecznie, bo równie dobrze można mieszkać w jednym mieście i widywać się raz na 2 tygodnie, a można mieszkać na drugim końcu Polski i być razem co tydzień.

Joanna Pachla: Dlatego doprecyzujmy, co rozumiemy przez związek na odległość.

Jan Favre: Zastanawiałem się nad tym chwilę i określenie czasowe czy kilometrowe jest dość względne. Bo bywają miasta, jak na przykład Warszawa, że przejechanie z jednego końca na drugi zajmuje ponad godzinę, czyli dłużej, niż z Wieliczki do Krakowa. Albo w ogóle, jak na Śląsku, miasta są tak blisko siebie i tak dobrze skomunikowane, że to, czy mieszkasz w Zabrzu, czy w Rudzie Śląskiej, nie ma znaczenia i nie jest przeszkodą, żeby się widywać. Żeby więc jakoś sensownie określić to, o czym będziemy rozmawiać, przyjmijmy, że związek jest wtedy na odległość, kiedy zobaczenie się ze sobą musicie planować z wyprzedzeniem, a spontaniczne spotkania są bardzo, bardzo trudne do zrealizowania.

Joanna Pachla: Wiesz, znam takich facetów, którzy w natłoku swoich spraw i tak każą Ci się wbijać w grafik. I wtedy planowanie z wyprzedzaniem masz nawet, jak razem mieszkacie. Ale podoba mi się Twoja definicja, zostańmy przy niej.

Moim zdaniem to, jak podchodzisz do związków na odległość, jest także zależne od wieku. Może to jest zabawne tak do etapu liceum. Jak sobie jeździsz na kolonie, przeżywasz wakacyjne miłości, wracasz do szkoły i tęsknisz. I jest Ci trochę smutno i trochę wesoło, bo jednak ktoś tam gdzieś jest. I nieważne, że najpewniej więcej go nie zobaczysz, bo tych kilka miesięcy możecie pisać do siebie listy i robić z tego magię. Ale jak jesteś już starszy i stąpasz twardo po ziemi, to wiesz, że na dłuższą metę tak się nie da. Że Ty tu, a ona tam.

Jan Favre: Po pierwsze rozgraniczmy „umawianie się” i „planowanie”.

Joanna Pachla: A czym się różni umawianie od planowania? Jedno i drugie brzmi, jak robione przy pomocy Excela.

Jan Favre:

– Widzimy się jutro?

– Jutro mam wegański aqua-aerobik i kurs mandaryńskiego, nie da dam rady. Pojutrze?

– Pojutrze spoko.

– To spoko, tam gdzie zwykle.

To jest dla mnie umawianie się. A planowanie jest wtedy, gdy musisz to widzenie z drugą osobą rozpisywać na składowe: mam pociąg do Bochni o 18, więc muszę przyjść do pracy już spakowana, wyjść godzinę wcześniej, żeby zdążyć na autobus na dworzec i dzień wcześniej spakować majtki na 3 dni, żeby tym razem nie chodzić cały weekend w tych samych.

Po drugie, wracając do Twojego pisania listów do chłopca znad morza, na etapie liceum i poobozowych miłości, to nie jest związek, tylko zapychanie sobie czasu wirtualnym avatarem, z którym możesz sobie „popisać”.

Joanna Pachla: Dla mnie tak właśnie wygląda też brnięcie w związek na odległość dzisiaj. Zapychasz sobie czas wirtualnym avatarem, który może od czasu do czasu do Ciebie zadzwoni.

Czy znowu wychodzę na Królową Lodu, a Ty jesteś w stanie przekonać mnie, że może to wyglądać inaczej?

Jan Favre: Ale przecież to, czy zadzwoni od czasu do czasu, czy raz dziennie, czy co godzinę, zależy tylko od Was. Jak również to, jak często będziecie się widywać.

Byłaś kiedyś w związku na odległość?

Joanna Pachla: Tak. Jakoś od marca do października. Później trzeba było spakować te wszystkie majtki i podjąć jakąś sensowną decyzję. Ale wierciłam się już na etapie wakacji. To straszne, odliczać. Do kolejnego weekendu, do kolejnego spotkania.

Jan Favre: No właśnie, i jak często się widywaliście nie mieszkając na tym samym osiedlu?

Joanna Pachla: Raz na dwa, trzy tygodnie? Czasem rzadziej. Jak masz pracę, przyjaciół i tonę innych obowiązków, to wyłuskanie z tego pełnego weekendu dla drugiej osoby nie jest już takie łatwe. Jak jesteście w tym samym mieście, możecie wyjść na kawę czy pizzę. Pary, żyjące na odległość, tego nie mają.

Jan Favre: Ja też byłem w takiej sytuacji i widywaliśmy się co tydzień. I to średnio 3 dni w każdym tygodniu, czyli na dobrą sprawę tyle, ile widują się „normalne” pary mieszkające w tym samym mieście. Pewnie, że takie ciągłe jeżdżenie do siebie jest problematyczne do pogodzenia z przyjaciółmi, rodziną, psem i hodowlą żółwi, ale to, jak bardzo jesteś w stanie z czegoś zrezygnować, i czy w ogóle, świadczy o tym, jak bardzo Ci zależy.

Joanna Pachla: Ale może mi też zależeć tak bardzo, że rzucam wszystko i się przeprowadzam. Tylko to jest zawsze ryzykowne, dla obydwu stron. Jeśli się uda – super. Ale jeśli nie?

Jan Favre: Właśnie opisałaś dylematy, jakie są w KAŻDYM związku, poza małoletnimi małżeństwami w krajach muzułmańskich. Tam wiadomo, że się nie uda.

Joanna Pachla: A widzisz. Znam ludzi, którzy przez lata nie podejmują żadnych kroków, żeby tę odległość zmniejszyć, właśnie ze strachu. On boi się, że jak zaproponuje wspólne mieszkanie, to później weźmie na siebie odpowiedzialność za to, że ona wszystko rzuciła i gdzie ma teraz się podziać. Ona boi się, że jak zaproponuje, że się wprowadzi, to on spanikuje i pogoni ją całkiem. Albo odwrotnie. (Płci tutaj stosujmy wymiennie.)

Żeby nie być gołosłownym: znam przykład pary, gdzie Francuz zostawił rodzinę (miał bardzo silną więź z rodzicami i rodzeństwem), świetną karierę, wymarzony Paryż, w którym dopiero co udało mu się zamieszkać. Zakochał się w Polce, zjechał do jakiejś Jeleniej Góry czy podobnie malowniczego miasta (wybacz, nie pamiętam już, co to było), a ona po trzech tygodniach stwierdziła, że to nie to. I że lepiej będzie, jak on się jednak wyprowadzi. I co? Dla mnie – nic wielkiego, zdarza się. Ale są tacy, którzy wolą nie podejmować ryzyka i wegetują tak na odległość całymi latami.

Jan Favre: Dlatego przy tego typu związku bardzo ważne jest ustalenie terminu, jakiejś konkretnej daty, ściśle określonej w czasie, do kiedy jeździcie do siebie, bo to nie może być tak zawieszone i trwać w nieskończoność. W zasadzie to nie jest bardzo ważne, tylko konieczne. Żeby z tej wielkiej miłości nie wyszło wielkie rozczarowanie, musicie ustalić, że z końcem roku kalendarzowego/studiów/ostatniego sezonu „Gry o tron”, ktoś się do kogoś przeprowadza.

Co do to strachu i niepodejmowania ryzyka, to już samo wejście w związek jest nim obarczone, bo co, jeśli ustawisz na Facebooku status „w związku z: Grażyna Kowalska”, a dzień później na imprezie u szwagra pijana Emily Ratajkowski wyzna Ci miłość i zaprosi na oglądanie znaczków do hotelu? Każde podjęcie decyzji wiąże się z ryzykiem niezadowolenia i odrzuceniem innych alternatyw.

Ale kto nie ryzykuje…

Joanna Pachla: Ten zawsze może kupić sobie kota.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!