Close
Close

Wojna Płci: seks na pierwszej randce

Skip to entry content

Dostaję od Was dużo maili z pytaniami związkowymi i na niektóre można odpowiedzieć jednym zdaniem, a na inne można by pisać elaboraty. Mimo, że nie mam trudności ani z jednym, ani z drugim, to chciałem Wasze problemy ugryźć w ciekawszy sposób niż kolejny odtwórczy tekst o tym, że gdy zmienia się kod pocztowy, to jednak wciąż zdrada, albo że jeśli jesteście 7 lat razem, a Tobie robi się mokro na widok spoconego dostawcy Tesco, to jednak już nie jest miłość. Żeby pokazać każdy damsko-męski temat z obu perspektyw, a nie tylko jednej słusznej, do wspólnego gryzienia zaprosiłem Asię z „Wyrwane z kontekstu”, która mimo, że jest inteligentniejsza i elokwentniejsza ode mnie, to przyjęła zaproszenie i zgodziła się ze mną pogadać.

Wojna Płci

I to nie jednorazowo, bo co tydzień w ramach cyklu „Wojna Płci”, pojawi się nowy tekst omawiający kwestie łóżkowo-związkowe nurtujące ludzkość od zarania dziejów. W jedną środę u mnie, w drugą u Asi, więc do końca roku powinniśmy zrobić z tego relacyjną encyklopedię.

Zaczynamy z grubej rury, czyli od tego, co hydraulicy lubią najbardziej.

Joanna Pachla: Seks na pierwszej randce przekreśla szanse na związek?

Jan Favre: Właśnie wiele kobiet tak uważa i boi się, że przez to, że za szybko pójdzie z facetem do łóżka, nic z tego nie wyjdzie, a on potraktuje je tylko jak ruchadło.

Joanna Pachla: A faceci się nie boją? Skąd pomysł, że boją się tylko kobiety?

Jan Favre: Ja się nie bałem, ale wciąż jestem prawiczkiem, więc mogę być mało obiektywny. Jednak to wciąż głównie obawa kobiet, bo wolny mężczyzna często jest postrzegany jako maszyna do seksu, która tylko chodzi po klubach i zalicza. Spotkałaś kiedyś faceta, który miał taką obawę?

Joanna Pachla: Nie. Ale też z żadnym nie uprawiałam nigdy seksu na pierwszej randce. Nie bardzo więc było jak spytać rano, jak się czuł. Chociaż gdyby się taki trafił, to raczej wolałabym, żeby nie pytał o nic. Tylko poszedł, skąd był.

O, chyba wyszła mi z tego teza, że jednak nie wierzę w związek po seksie. Nie po takim na pierwszej randce.

Jan Favre: W sensie, że gdyby się trafił facet, który bałby się, że przez to, że tak szybko dał Ci się przelecieć, nie będziesz traktować go poważnie, to olałabyś go wczorajszą herbatą?

Dobra, nie rozbijajmy na składowe Twojego lodowatego serca.

Wróćmy do głównego tematu: czemu nie wierzysz w związek po seksie na pierwszej randce?

Joanna Pachla: Czekaj, czekaj. Zacznijmy od tego, że ja bym go nie przeleciała.

Jan Favre: Wiem, nie masz miotły. HEHE.

Joanna Pachla: To totalnie nie jest moje słownictwo, to raz. A dwa, że mnie nie interesują takie krótkotrwałe relacje. Ale gdyby się już przypadkiem zdarzyło, to raczej nie interesowałoby mnie, czy się bał, czy nie – no stary, jesteśmy dorośli. Bierzemy odpowiedzialność za swoje czyny. Nie tylko te przed komputerem.

A co do związku po seksie na pierwszej randce – po prostu, intuicyjnie, nie.

Jan Favre: To teraz odrzućmy intuicję i skupmy się na logice. Co odróżnia związek od przyjaźni? Seks. Więc jeśli ten główny element, ta baza związkowej relacji między mężczyzną i kobietą jest w porządku – było Wam zajebiście razem w łóżku – to czemu ktoś miałby to odrzucać? I stwierdzać, że jeśli za szybko było Wam dobrze razem w łóżku, to to przekreśla możliwość bycia razem?

Joanna Pachla: O, i kto tu ma lodowate serce! Seks to nie jest baza. Baza to uczucia. A jak nie ma uczuć, to po co iść ze sobą do łóżka? Po orgazmy? O te umiem zadbać sama. A nie wierzę, że po pierwszej randce tych uczuć będzie jakoś specjalnie dużo. Może być jakaś ciekawość, fascynacja. Ale to dopiero punkt wyjścia. A nie punkt dojścia.

Jan Favre: Okej, nie wspomniałem, że seks w moim przypadku bierze się z uczucia, a przynajmniej z całościowej fascynacji daną osobą.

Po pierwszej randce może być tyle samo, co po drugiej. No, góra trzeciej. Nigdy nie zakochałaś się od pierwszego wejrzenia?

#KrólowaLodu

Joanna Pachla: Ha, nawet przed pierwszym wejrzeniem! W moim obecnym facecie zakochałam się od Facebooka! Co nie znaczy, że przy pierwszej lepszej okazji wylądowaliśmy ze sobą w łóżku.

Jan Favre: Wracając do meritum: jest przecież tak, że kobiety boją się, że jeśli za szybko będą uprawiać seks z mężczyzną, to ten przestanie być nimi zainteresowany i potraktuje jako wymienny przyrząd do masturbacji i biorą faceta na przeczekanie. Wydaje im się, że im dłużej mu nie „dadzą” tym bardziej on będzie je szanował i poważniej traktował. A przecież nie jest tak, że jeśli mężczyzna jest zainteresowany długotrwałym związkiem  z daną kobietą i wymienią się płynami ustrojowymi na drugim spotkaniu, to on nagle zerwie z nią kontakt, bo uzna, że skoro pociąga go i intelektualnie, i fizycznie, i dogadują się razem pod kołdrą, to lepiej tego nie kontynuować.

Jeśli facet chce od kobiety czegoś więcej niż seks, to im szybciej będą go uprawiać, tym szybciej ich relacja nabierze kształtu, a jeśli zależy mu tylko na zaspokojeniu potrzeb fizjologicznych, to choćby go przetrzymywała miesiąc, i tak małżeństwa z tego nie będzie.

Joanna Pachla: Pytanie, czy kobiety rzeczywiście się tego boją. Cały czas wypowiadasz się w imieniu wszystkich kobiet. „Kobiety myślą”, „kobiety się boją”. Po sobie wiem, że tak niekoniecznie musi być. To nie jest tak, że nie idę z facetem do łóżka na pierwszej randce, bo boję się, że straci do mnie szacunek. Albo że weźmie mnie za – jak to ładnie nazywasz – ruchadło.

Kobiety nie idą z facetami do łóżka na pierwszej randce, bo zwyczajnie mogą nie czuć takiej potrzeby.

Jan Favre: Oczywiście nie rozmawiałem ze wszystkimi na świecie przedstawicielkami Twojej płci i generalizuję, ale mówię to na podstawie rozmów ze znajomymi oraz wiadomości, jakie dostaję od czytelniczek. I wynika z nich, że jednak wiele dziewczyn się tego boi.

Joanna Pachla: Widzisz, u nas zmniejszenie kontaktu fizycznego związane jest zwykle ze zmniejszeniem kontaktu psychicznego. W grę wchodzi jakieś wzajemne poznawanie się, oswajanie. Przecież seks jest najbliższą formą bliskości. A ja nie mam ochoty być blisko tak od razu, z zupełnie obcym sobie człowiekiem. Nie powiesz mi, że da się kogoś poznać na pierwszej randce!

Jan Favre: Zgadzam się z Tobą jak najbardziej, że stosunek płciowy to najwyższa forma obnażenia się przed kimś i fizycznie, ale i mentalnie, bo spadają z nas wszystkie maski i pozy, które przyjmujemy na co dzień, i mówiąc dosłownie, dzielisz się sobą z drugim człowiekiem, dlatego trzeba być na to gotowym. Albo przynajmniej tego chcieć. Ale w przypadku problemu, o którym rozmawiamy, bywa tak, że kobieta by chciała, ma ochotę, ale się boi, że „to” może wszystko zepsuć.

Dlatego mówię, że nie ma takiej możliwości, żeby akurat „to” wszystko zepsuło.

Joanna Pachla: „To” <3

Jan Favre: „Nie powiesz mi, że da się kogoś poznać na pierwszej randce” – musielibyśmy zdefiniować, co to znaczy „poznać”, bo są małżeństwa, które po 50 latach mieszkania w jednym domu się nie znają, ale to chyba temat na osobną dyskusję, co?

Joanna Pachla: O, to, to! I dlatego żadnego ślubu przed seksem! Wiesz, żebym nie wyszła tu na starą dewotę – ja nie mam nic przeciwko pójściu do łóżka na pierwszej randce. Życie to nie jest telenowela, żeby trzeba było czekać z tym przez 1000 odcinków. Ja bym dała prostą odpowiedź na pytanie, kiedy iść z kimś do łóżka – po prostu, kiedy chcesz.

Jan Favre: Tak, też wychodzę z tego założenia, że jak chcesz coś robić, to to rób, tylko rozmawiamy o tym, że to może przekreślić szanse na związek.

Joanna Pachla: Bycie łatwą? To taka prosta wymówka. „Nie zadzwonił, bo uznał mnie za łatwą”. A może uznał Cię za kiepską, nieinteresującą lub głupią?

Jan Favre: Nudną, nieciekawą albo rudą.

Joanna Pachla: Co Ty masz do rudej?

Jan Favre: Nie zadzwoniła na drugi dzień.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • wsaasasasasasd

    Ja tam wolę http://sexcall.pl

  • Pingback: 韩厚或召()

  • Witam
    Chyba wyjdę na mohera jak powiem, że jestem przeciw „pierwszorandkowym” zbliżeniom :) i to czysto dla zasady, w której mowa o gonitwie za króliczkiem. Wszystko jednak zależy od tego czego oczekujemy po tych randkach. Myślę, że musimy też mieć zawsze świadomość tego, że to może być pierwsza i zarazem ostatnia randka z danym osobnikiem i nie chodzi o seks ale w ogóle o to, że możemy nie przypaść mu do gustu ale on może to odkryć dopiero po seksie. Jestem wstanie zrozumieć że czasem po porostu ma sie ochotę na seks ale w tedy nie nazwałabym takiego spotkania randką :). Myślę, że facet z szacunku do mnie nie powinien tego ode mnie oczekiwać na pierwszej randce a ja z szacunku do siebie i tego faceta nie powinnam do tego dążyć i na to się godzić ale tak jak mówiłam zapewne wychodzę takim gadanie na mohera :) To oczywiście jest moje zdanie i nikt nie musi się z nim zgadzać nie jest to też jakakolwiek ocena czyjegoś zachowania

  • Nihiru

    Czy na pierwszej, czy na trzeciej – w miarę upływu lat ta kwestia robi się coraz mniej istotna:D. Natomiast, mówiąc bardziej ogólnie, nie da się nie zauważyć faktu, że od kiedy kobiety wywalczyły sobie „równouprawnienie seksualne” i – mówiąc brutalnie – stały się dla mężczyzn bardziej dostępne, wzrósł odsetek facetów, którzy nie są w ogóle zainteresowani stałym związkiem, małżeństwem i wszystkimi wynikającymi z nich skutkami. Jak to szło? „Po co kupować krowę…”?

    • racja. ale stary system, z seksem dopiero po ślubie, był chyba jeszcze gorszy. bo prawdopodobieństwo, że obie strony miały w małżeństwie równie udane życie seksualne, nie jest chyba zbyt duże. tak przynamniej człowiek się może nauczyć najpierw czegoś o sobie – zobaczyć, co mu pasuje, co odpowiada i czego potrzebuje. i zostać przy tej krowie, która będzie dla niego najwłaściwsza. ;)

      • Nihiru

        To fakt, że poprzedni system opierał się na założeniu, że kobiety popędu nie mają, a mężczyźni – jak im czegoś brakuje – to pójdą do burdelu. Ale wahadło chyba za bardzo poszło w drugą stronę…

  • Paulina Stasieniuk

    Hmm, jeżeli poznałam człowieka na tyle, żeby stwierdzić, iż chcę zobaczyć co jeszcze siedzi mu w głowie i wydaje się facetem, z którym chciałabym spędzić trochę swojego czasu również w intymnie, to najprawdopodobniej w najbliższej przyszłości pójdę go sprawdzić w łóżku, nawet jeżeli nie gadaliśmy ze sobą o byciu w związku. Jak mawiają Norwedzy „dobry seks to 5% udanego związku, zły seks powoduje, że przestajemy zwracać uwagę na pozostałe 95%” dlaczego mam marnować czas i energię na coś co w dłuższej perspektywie czasu będzie mnie frustrowało?

    • dlatego jest zdanie w tekście, że życie to nie telenowela i nie ma co czekać z seksem przez 1000 odcinków. ;) też uważam, że czekanie nie wiadomo ile może okazać się stratą czasu, bo chyba nikt już dzisiaj nie wiąże się z człowiekiem, z którymi w łóżku od początku jest mu źle. nawet, jeśli wszystko inne jest w tym człowieku cudne.

  • ka

    w jednej ze swoich książek, zbigniew lew-starowicz napisał: „idąc z kimś do łóżka, nigdy nie wiemy, jaki będzie efekt. sięgamy po przygodę, a ona może się okazać bardzo głębokim uczuciem na całe życie. łóżko może nam pokazać jakąś urokliwą prawdę o drugiej osobie.” to dobry argument.

    mogę być idealnym przykładem: z facetem, z którym poszłam do łóżka na pierwszej randce, stworzyłam swój najdłuższy związek. i związek, który wynikł z jednej nocy, był jednym z najpiękniejszych, najmniej oczywistych i najbardziej intrygujących – tak, że można by pisać książki i tworzyć filmy o nim. te pierwsze, trzecie czy dziesiąte randki, o których tu mówimy to randki, które, jeśli są odpowiednimi dla ciebie i dla niego oraz powodują takie emocje, jakich chcecie, nie potrzebują tych wszystkich numerków, niepisanych zasad kolejności albo pytań do bóg wie kogo o to „czy już można, czy jeszcze nie?”. kolaboracji odpowiedniego czasu na seks jest mnóstwo i dopóki wie się co się robi, na co ma się ochotę, skąd ona wynika no i po co to wszystko – jak dla mnie droga wolna. do łóżka i w nim.

    ps puenta trafiona w dziesiątkę! podobnie jak pomysł na cykl – już na wstępie ogłaszam się ogromną fanką!

  • Sorry, że nie zadzwoniłam ;) To się więcej nie powtórzy :P

  • Zacny pomysł, kolego Favre.

  • Lubie to i was razem lubie. Ej a zrobicie razem podcast? Czlowiek by sobie sluchal na spacerze.

    • Dzięki! Co do podcastu, to raczej nie wchodzi w grę, bo kiedy rozmawiamy ustami, a nie klawiaturami, poruszamy tuziny wątków naraz, przerywamy sobie i wychodzi z tego niekontrolowany chaos, z którego, wydaje mi się, odbiorcy trudno byłoby cokolwiek wynieść. A w formie pisanej ten natłok myśli jednak jakoś da się ogarnąć.

      • W.

        Powyższa notka jest dla mnie dowodem, że świetnie Wam to wychodzi i cieszę się, że będzie tego więcej!

        • Dzięki wielkie, bardzo mi miło!

      • Zawsze moglibyście to potem pociąć i przemontować jakby był zbyt wielki chaos:) a poza tym dygresje są fajne, mogłoby być jeszcze ciekawiej. Może kiedyś jednak dacie się namówić na podcast:)

    • no, nie wiem. Janek bardzo dużo klnie!

  • Dot

    Ale mi się super czytało!! Już nie mogę doczekać się kolejnej środy, żeby móc przeczytać następny tekst z ‚Wojny płci’ :D
    Nie wiem właśnie, o co nam, kobietom, chodzi z tym seksem na pierwszej randce (i w ogóle wcześnie). Mamy wrażenie, tak jak zresztą mówiliście, że faceci uznają nas za puszczalskie, łatwe itd. A tak być nie powinno. Nawet nie wiem, kto w nas zaszczepił takie obawy. Założę się, że faceci nie mają takich myśli… To ewidentnie wina genów!

    • moim zdaniem kobiety same są sobie winne, to one zwykle tak oceniają. żaden z moich kumpli nie powiedział nigdy o kobiecie, że była puszczalska czy łatwa. natomiast z ust kobiet określenie to pada wyjątkowo często…

      • Asia, ale przyznasz, że w kobietach to się skądś bierze, bynajmniej nie z powietrza? że to jest głęboko zakorzenione w kulturze, że kobieta to ma być cnotliwa i seks najlepiej po ślubie (sic!), a facet może sobie zaliczać ile wlezie, im więcej zaliczy tym większy z niego heros. Jasne, że żyjemy w XXI wieku i już się tak nie patrzy na te sprawy, przynajmniej nie powinno się. Jakimś dziwnym trafem to w kobietach wciąż tkwi, to ocenianie innych kobiet, to piętnowanie. Mężczyźni prawdopodobnie nie mówią tak, bo ich to już zupełnie nie obchodzi (albo obchodzi tylko kiedy dotyczy ich osobiście). Ja z tym strasznie walczę, z tym występowaniem kobiet przeciwko innym kobietom. Strasznie mnie to irytuje, chociaz nie winię ich aż tak bardzo, bo to strasznie skomplikowane co nam siedzi w głowach i dlaczego tam siedzi:)

        • Dot

          No właśnie – jak mężczyzna ma wiele kochanek, to mówią, że korzysta z życia, a jak kobieta – to że ‚lekkich obyczajów’ i facetów zmienia jak rękawiczki. Zupełna niesprawiedliwość.

      • Dot

        Taaak? To dobrze, że mi to napisałaś. Dzięki! Zapamiętam :)

  • Kurna, a do mnie piszą tylko w sprawach projektowania. :(

    • Hmmm, pewnie dlatego, że piszesz o projektowaniu :D

  • Seks na pierwszej randce jest spoko, którzy jest tylko seks w związku i seks bez żadnej randki.

    • Oj coś się pokrzaczyło chyba przed wciśnięciem „opublikuj”.

      • Wysłane z mojego HTC.

  • To jest genialne. Uwielbiam, gdy Asia pisze o miłości i związkach, a teraz będę miała to co tydzień i to w postaci dialogów <3
    Co do tematu rozmowy: zaczęłam się zastanawiac nad kluczowym pytaniem, o związek po seksie. Myślałam, że mam gotową odpowiedzieć,ale jakby się tak zastanowić, to jest on możliwy, ale zdarza się raz na milion. Każdy w tym temacie ma rację.

  • Nie rozumiem, jak ludzie powyżej szesnastego roku życia wciąż mogą mieć z tym problem…
    O ile przy pierwszym związku zbliżanie się do Tego Pierwszego Razu było gigantycznym przeżyciem i trwało dobre pół roku, o tyle potem? Jestem już od ładnych paru lat dorosła, a randki toczą się bardzo różnie. Niedawno zdarzyło mi się mieć ochotę na seks na pierwszej randce, ale tak się nam dobrze gadało, że potem wprawdzie wróciliśmy razem, ale po prostu przytuliliśmy się i padliśmy spać. Innym razem umówiłam się na seks i wyszedł z tego kilkuletni związek, bo aż tak między nami zaiskrzyło.
    Życie jest tylko jedno i nie chciałabym rezygnować z przyjemności, na którą mamy z kimś oboje ochotę, bo on może coś o mnie pomyśleć. Jeśliby pomyślał, to znaczy, że to nie jest partner dla mnie, miło było, pa.

    • Aleksandra Muszyńska

      Różny mają ludzie próg wrażliwości na pewne rzeczy. Dla jednych seks z nową osobą to zawsze będzie grubsze przeżycie, a inni potrafią wcisnąć to między wizytę na siłowni i wyjściem po ćwiartkę kurczaka na jutrzejszy rosół, po czym następnie rozglądać się za kimś nowym. Nie ma szablonu.

  • Billie Sparrow

    Hm, a ja się nie boję tego, że on straciłby do mnie szacunek. To nieważne, inni ludzie pojawiają się i znikają, tylko do siebie jestem przywiązana. Boję się, że straciłabym szacunek do samej siebie, to najgorsze.

    • Ale dlaczego miałabyś stracić szacunek do samej siebie? Skąd masz w głowie taki przekaz?

  • sink.zodiac

    Jaki nudny ten tekst… Serio?

  • Boję się, że po seksie po pierwszym spotkaniu on będzie do mnie dzwonił, Taki strach mam, wiecie.

    • Spokojnie, dzisiaj nikt już nie dzwoni, teraz tylko wiadomości na Fejsie.

      • Też słuszna uwaga :)

      • Aleksandra Muszyńska

        No ale wiesz, zawalenie walla spamem z serduszkami to też bardzo niedobrze.

    • Dot

      Dlatego coraz rzadziej daję im mój numer telefonu. Bezpieczeństwo psychiczne przede wszystkim ;)

  • Ujmę to tak, jeżeli dziewczyna/facet jest interesująca/y i można z nią/m pogadać po seksie o czymś innym, niż nowy odcinek Top Model/tuwstawjakiśmęskiodpowiedniktompmodel, to nawet seks na pierwszej randce (czy wręcz przed pierwszą randką) nie powinien zaszkodzić.

    • Ej, pierwszy odcinek Top Model był całkiem spoko!

  • Aleksandra Muszyńska

    Ta współpraca to jest bardzo dobry pomysł :).
    Najbliższe jest mi chyba stwierdzenie Joasi, że seks jest to po prostu na tyle wysoka forma bliskości, że niekoniecznie chce się w nią wskakiwać tak z miejsca i na główkę.No jakoś tak…no po prostu nie.
    I że „żadnego ślubu przed seksem” to jakby jasne. Czekać pięć lat i dowiedzieć się na przykład, że małżonkę podniecić jest w stanie tylko partner przebrany za jednorożca… A facetowi z kolei pantera wyskakuje zza krzaka wyłącznie, gdy jest okładany porem po pośladkach i daje radę tylko przy Sonacie Księżycowej. Masakra.
    Cykl będzie podobać się mi.

    • mam znajomych, którzy jako gadżet do łóżka kupili sobie przezroczysty kombinezon płetwonurka. :D no ale wiedzieli to o sobie jeszcze przed ślubem, na szczęście. :D

      • Dot

        :D Na szczęście!

      • Kiedy zdążyłem ci to wyznać?

        • i trzeba było tyle pić? trzeba?

          • Pal licho. Zawsze chciałem żeby ktoś o mnie na blogu napisał.

      • Aleksandra Muszyńska

        Wygooglowałam temat kostiumu. Nie ma żadnych zdjęć w sieci :o. To znaczy, że to już najwyższy stopień seksualnego wtajemniczenia fantazyjnego.
        Wiecie, ja z tym jednorożcem to tak wyjechałam,bo mój kolega kiedyś mi straumatyzowany opowiadał, że mieszka naprzeciwko sex shopu i tam jest taki strój jednorożca na wystawie. I ma też ogon. Z koreczkiem na końcu. Wicie, rozumicie.

    • Dla mnie seks BYWA wysoką formą bliskości. Ale bywa też sztuką. Albo zabawą. Albo formą rozmowy. Podobno bywa też obowiązkiem i rutyną. Seks ma wiele oblicz.

      • Aleksandra Muszyńska

        No, dlatego nie generalizuję. Jak ktoś lubi – to proszem uprzejmiem.
        Jeśli seks staje się w związku rutyną, to mamy początek końca albo i koniec końca związku. Ze strony przynajmniej jednej osoby.

        • A niekoniecznie, znam dostatecznie dużo terapeutów seksualnych i sex coachów, żeby wiedzieć, że jak się nad tą rutyną – i relacją! – zacznie w porę pracować, to wiele można uratować :)

          • Aleksandra Muszyńska

            Ależ ja tego absolutnie nie wykluczyłam swoją wypowiedzią :)!

  • kel

    Potwierdzam – natężenie tego problemu jest całkiem spore na tle innych otrzymywanych maili. Wnioski też potwierdzam. W ogóle wszystko potwierdzam. A ruda faktycznie nie oddzwania.

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

„Spectre”, czyli jak spieprzyć Jamesa Bonda

Skip to entry content

Jamesem Bondem jaram się odkąd skończyłem 7 lat i babcia pozwoliła mi siedzieć z nią przed telewizorem po 20:00. Nagle okazało się, że to grające pudło ma coś więcej do zaoferowania niż poranne seanse „Miłości i dyplomacji” i wieczorne „Dynastii”. Że na przykład można zobaczyć w nim Seana Connery’ego robiącego fikołki w garniturze za dwajścia baniek, z którego kurz strzepują lepsze rakiety, niż te odkrywające literki w „Kole fortuny”. Typ zrobił na mnie większe wrażenie, niż łamiąca wiadomość skąd naprawdę biorą się dzieci, więc na każdą kolejną część przygód agenta 007, czekałem jak pary stosujące metodę kalendarzykową na okres.

I ze „Spectre” było tak samo. Mimo, że wyczekiwałem tego filmu jak Macierewicz wyjścia z szafy, to okazuje się, że niepotrzebnie. Bo nowy James Bond jest słaby.

 

Agent 007 został Iron Manem

Jaka była najważniejsza różnica między brytyjskim szpiegiem, a superbohaterami z komiksów Marvela? Że ten pierwszy jak dostał gaśnicą w łeb, to leciała mu z tego łba krew i tracił przytomność, a nie napierdalał niewzruszony na przód jak Terminator. Celowo piszę o tej różnicy w czasie przeszłym, bo w „Spectre” już nie mamy śmiertelnego człowieka, tylko niezniszczalnego Irona Mana, który może przyjąć dowolną liczbę ciosów, spaść z dachu walącej się kamienicy i nawet oddech mu nie przyśpieszy. Typ najwyraźniej po tym jak był chodzącym wrakiem i pół-emerytem w „Skyfall” przeszedł jakąś terapię hormonalną albo pożyczył szkielet z adamantium od Wolverine’a, bo nawet wpychanie mu wiertła w czaszkę nie robi na nim wrażenia.

 

Laski Bonda dawno nie były tak nijakie

Monica Bellucci w roli wdowy jest tak żadna, że można by zamiast niej wstawić Kasię Cichopek i tylko Polacy by się zorientowali. Blondyna, z którą buja się przez większość filmu, ani nie jest specjalnie ładna, ani nie ma żadnego wewnętrznego uroku w sobie, a jej seksapil sprowadza się do tego, że prawie potrafi strzelać z pistoletu i czasem coś mamrocze po francusku. Co w zasadzie brzmi jakby się najebała i miała problemy z mówieniem z otwartymi ustami.

 

Przeciwnicy bardziej wydmuszkowi niż Beata Szydło

To co mnie jarało w „Doktorze No”, „Jutro nie umiera nigdy”, czy nawet nie średnio darzonym przeze mnie miłością „Skyfall”, to wczuta w sytuację bohatera. Wejście w jego świat, relacje między nim, a osobami, które chcą zawładnąć globem i odczuwalne na skórze poczucie zagrożenia. Które przechodziło na mnie z ekranu, przez to, że wiedziałem kim są przeciwnicy, co ich motywuje i jaka chora historia stoi za ich psychopactwem.

W „Spectre” niby mamy jakoś tam uzasadnionego Tego Głównego Złego, ale jest to uzasadnienie mało przekonujące. Tak mało, jak niewiele stanowi 1000 złotych becikowego przy kilkuset tysiącach, które wydaje się na dziecko, aż uzyska pełnoletniość. No mnie on niestety nie przestraszył. A szkoda, bo Tego Głównego Złego gra Christoph Waltz, który ma wszelkie predyspozycje, by wcielić się w socjopatycznego pojeba. Oprócz tego jest jeszcze Ten Zły Poboczny, który jest siejącą rozjebundę górą mięśni i mógłby być przerażającym, chorym sadystą, gdyby tylko stała za nim jakaś historia, a nie pojawiał się w fabule z dupy jak wiatr pod kołdrą.

 

Agent 007 został Iron Manem podwójnie

Jaka była druga różnica między Jamesem Bondem, a Tonym Starkiem? Ten pierwszy był dżentelmenem, a ten drugi próbował być. Objawiało się to głównie tym, że w filmach z Brytyjczykiem żarty były rzucane sporadycznie, a jeśli już, to z klasą, natomiast przygody tego drugiego liczne były w barowe dowcipy, często przekraczające niebezpieczną granicę sucharów. „Spectre” niestety bardzo mocno próbuje dorównać irytującą śmieszkowatością „Avengersom”.

 

Muzyka jak dla debili

Oglądaliście kiedyś „Świat według Kiepskich” albo „Bundych”? Nie zgrywajcie ultrainteligentów, wiem, że tak. No to tam, dla rozumnych inaczej, zawsze gdy na ekranie jest „śmieszny moment” w tle lecą nagrane salwy rechotu, żeby ci mniej sprytni intelektualnie wiedzieli kiedy się śmiać. W nowym Jamesie Bondzie jest podobnie. Kiedy w filmie ma dziać się coś teoretycznie ekscytującego leci muzyka, która w zamyśle twórców w Twojej głowie powinna aktywować karteczkę z napisem „uwaga mordo, teraz masz się ekscytować!”. Kiedy dzieje się coś teoretycznie przerażającego, czy drastycznego jest podobnie – z głośników leci muzyka, która ma Cię poinformować, że powinieneś bieżącą scenę przeżywać całym ciałem, bo to jest właśnie przerażający albo drastyczny moment.

Tyle, że te wszystkie zdarzenia na ekranie dzieją się w teorii. Bo w praktyce gówno się dzieje.

 

Jeden z najmniej przekonujących romansów w historii kina

Według niezależnych badań przeprowadzonych przez mojego stażystę, który wcześniej zajmował się wróżeniem z fusów, wynika, że cała ludzkość ma tylko 5 skojarzeń związanych z agentem 007. Dupy, szpiegostwo, dupy, Martini, dupy. Powtórzę to jeszcze raz, bo nie dla wszystkich może być to czytelne: James Bond na drugie dostał „ruchacz”, a na trzecie wziął sobie do tego przedrostek „super”. To nie jest Rysiek z Klanu, który aż po apogeum prostaty kładzie się w łóżku z jedną kobietą, tylko gdy ta wcześniej zgasi światło. To jest pieprzony brytyjski agent, który rozchyla więcej nóg niż ginekolog w trakcie prozdrowotnej akcji „Pokaż papugę”.

Dla gościa włożenie penisa w nową pochwę jest jak wysypanie mąki na stolnicę dla piekarza – robi to tak odruchowo, że nawet się nad tym nie zastanawia. A w „Spectre” twórcy próbują nam wmówić, że po jednym takim przypadkowym włożeniu, największy dupcyngiel na Wyspach Brytyjskich zakochuje się i rzuca robotę. Jeszcze bym to jakoś zrozumiał, gdyby to było jakoś uzasadnione w filmie. Jakkolwiek. Gdyby ten ich romans był choć trochę istotnie pokazany. Albo pokazany w ogóle. Ale nie jest. James po prostu bierze ją jak Harnasia z półki w Żabce, przejawiając zaangażowanie tylko tym, że zapamiętał jej imię, po czym oświadcza, że odchodzi z pracy. I to ma mnie przekonać?

No kto jak kto, ale ten chłop za bardzo lubi tę robotę, żeby rzucić ją dla przypadkowej baby.

 

Główna intryga jest naiwna jak wiara w oryginalne Jordany na Allegro

Serio, tu nie ma jakiejś większej rozkminy. To nie jest tak, że dopiero, gdy lecą napisy końcowe olśniewa Cię, że ten z tym faktycznie dogadali się z tamtym, żeby pod pretekstem udupić tamtych. Tu wszystkie części układanki pasują do siebie od drugiego kwadransa filmu. Więc jedyne co możesz zrobić, to pociągnąć za spłuczkę, żeby spuścić klocki.

---> SKOMENTUJ

Cotygodniowy Przegląd Internetu #51: Liroy w sejmie, życie po śmierci, internetowa sława

Skip to entry content

(autorem przepięknej ilustracji w nagłówku jest Ola z „Jak lampart pazurem”

Mijający tydzień w głównej mierze opierała się dla mnie na walce z turbo zawodną Xperią Z3 Compact, której nikomu nie polecam, i wkurwianiu się, że nie mam czym robić zdjęć w Mediolanie. A tych, które zrobiłem, nie mam jak wydobyć z telefonu. Wraz ze szkicami kilkunastu tekstów. I pomysłami na kilkanaście innych. Naprawdę, nie polecam. Mimo to, zdążyłem skontrolować, co to się w tej sieci wyrabiało.

Skąd wziął się symbol dolara? Albo procenta? Albo pacyfka? Albo znak zapytania? Albo mailowa małpa? Zastanawialiście się kiedyś nad tym? Ja też nie, ale i tak miło to wiedzieć.

Wywiad z Piotrem Fronczewskim: w którym wspomina czasy Franka Kimono i opisuje Sokoła i Pono jako dwóch miłych chłopców, którzy kilka lat temu zaprosili go do nagrania teledysku.

Konrad z „Moja Dziewczyna Czyta Blogi” w końcu zmienił szablon! Myślałem, że ten dzień nigdy nie nastąpi, ale i on, i K. w końcu zrezygnowali z ohydnego Blogspota. Czuję się ojcem tego sukcesu, bo bez mojego regularnego dogryzania, potrwałoby to pewnie jeszcze ze 2 lata. Tak że tego… sprawdźcie jak u nich teraz ładnie.

25 filmowych restauracji, w których bym zjadł: i podejrzewam, że Ty też, bo kto nie chciałby spróbować żeberek, którymi zajadał się Frank Underwood? Albo wypić mlecznego szejka za 5 dolarów, którego Uma Thurman sączyła w „Pulp Fiction”?

Życie nie kończy się wraz ze śmiercią organizmu? Teoria kwantowa dowodzi, że świadomość w momencie śmierci przenosi się do innego wszechświata. Czyli według tego artykułu, możemy istnieć bez fizycznej powłoki. Super!

Pierwsza wizyta Liroya w sejmie: nie myślałem, że kiedyś zalinkuję w tym „Przeglądzie” do Pudelka, ale, cholera, to trzeba po prostu zobaczyć.

Nastolatka rezygnuje z internetowej sławy: dotarło do Was info o płaczliwym wyznaniu laski z USA, która zdradziła wielką tajemnicę, że publikowanie treści w social media to jednak praca? I że ona z niej rezygnuje, bo na żywo nie wygląda tak jak na zdjęciach? I nie chce oszukiwać ludzi? Jak nie dotarło, to obejrzyjcie sobie poniżej. A tutaj przeczytajcie dlaczego naprawdę nagrała ten film i czemu zrobiła takie zamieszanie w okół siebie. Bo zdecydowanie nie po to, żeby przestać zarabiać w sieci. Wręcz przeciwnie.

Posłanka Kukiz’15 kontra dziennikarz TVNu: bardzo żałuję, że to nie jest vine, łatwiej byłoby zapętlać.

Dziennikarz w starciu z posłanką Kukiz’15 :)Dziennikarz w starciu z posłanką Kukiz’15 :)

Posted by Paweł Kukiz- Kukiz’15 on 4 listopada 2015

 

Wilk na mikrofonie, w szynach się nie mieści: arcyśmieszny blend jednego z najbardziej znanych kawałków Hemp Gru. Ulicznicy jeszcze nigdy nie byli tak zabawni.

Co robią ludzie, gdy w H&M rzucą nową dostawę ciuchów? Tratują się tak samo, gdy w spożywczaku rzucą karpie przed świętami. Tratowanie się, to chyba nasz taki mały sport narodowy.

Tak było w Warszawie… Kolekcji Balmain już chyba nie kupicie. Inni tak o nią walczyli i odsprzedawali jeszcze przed wyjściem ze sklepu: http://goo.gl/1lXV4x #hm #balmain

Posted by Dzieje się w Warszawie on 5 listopada 2015

 

Klip tygodnia: w tym tygodniu w sieci trubo furorę zrobił Sokół z Lindą i chyba nie ma kogoś, komu ich klip nie przewinąłby się przez tablicę, dlatego to miejsce w CPI chcę przeznaczyć na bardziej niszowego artystę. Białas, raper znany głównie z mocnego braggadacio, w tym numerze pokazała się z zupełnie innej strony i ekshibicjonizmem przebił nawet Sashę Grey. Tyle, że mentalnym. Dużo emocji i autentyzmu, czyli tego co definiuje dobrą muzykę.

Fanpage tygodnia: jeśli chcecie być na bieżąco z polityczną karierą najbardziej kontrowersyjnego posła od czasu Seby z Big Brothera, to jest to profil dla Was. Zasadniczo cieszę się, że Liroy wszedł do sejmu, bo to człowiek, któremu ani nie zależy na hajsie, ani na sławie, więc ma kompletnie inną motywację niż 95% pozostałych ludzi z Wiejskiej, przez co może być naprawdę ciekawie.

https://www.youtube.com/watch?v=pby8a0xeeRwcześć świnki.

Posted by Liroy poseł na Sejm VIII kadencji – nieoficjalny fanpage on 25 październik 2015

 

Ogłoszenie parafialne: jak się okazało po zajrzeniu w głąb Google Analyticsa, a czego nie byłem świadom, ponad 43% z Was czyta bloga na urządzeniach mobilnych. I trend ten będzie postępować, w związku z czym, niedługo już tylko ja będę przeglądał Stay Fly na komputerze. Stąd pytanie do Was: czy wpadając tu z telefonu albo tableta, trafiacie na jakieś techniczne aspekty, które utrudniają Wam odbiór treści?

Jeśli jest coś, co Wam przeszkadza, to dajcie znać. Poprawimy.

---> SKOMENTUJ