Close
Close

Wojna Płci: związek na odległość

Skip to entry content

Jakiś czasem temu dostałem od jednej z czytelniczek maila, który brzmiał mniej więcej tak:

Drogi StejFlaju,

Mieszkam w Mszanie Dolnej, a Robert w Kasince Małej, ogólnie jest wporzo chłopem, ale ta odległość mi przeszkadza. Nigdy nie spędzamy razem dożynek i nie wiem, czy jest sens to ciągnąć. Proszę, wypowiedz się, jak Ty to widzisz. Dziecko będzie zdrowe?

Twoja wierna czytelniczka, Grażyna.

Czy mogłem być głuchy na tak przejmujące wołanie o pomoc? Nie mogłem. Czy umiałem odpowiedzieć na pytanie zadane pod koniec? Nie umiałem. Dlatego wziąłem do pomocy Asię z Wyrwane z kontekstu.

Wojna Płci

Joanna Pachla: Związek na odległość? Jak dla mnie, bez sensu.

Jan Favre: Dlaczego?

Joanna Pachla: Bo jak z kimś jestem, to chcę go tu i teraz. Nie za tydzień, za miesiąc czy za 500 kilometrów.

Jan Favre: Ale to mówimy o częstotliwości czy odległości?

Joanna Pachla: Zwykle jedno wynika z drugiego.

Jan Favre: Niekoniecznie, bo równie dobrze można mieszkać w jednym mieście i widywać się raz na 2 tygodnie, a można mieszkać na drugim końcu Polski i być razem co tydzień.

Joanna Pachla: Dlatego doprecyzujmy, co rozumiemy przez związek na odległość.

Jan Favre: Zastanawiałem się nad tym chwilę i określenie czasowe czy kilometrowe jest dość względne. Bo bywają miasta, jak na przykład Warszawa, że przejechanie z jednego końca na drugi zajmuje ponad godzinę, czyli dłużej, niż z Wieliczki do Krakowa. Albo w ogóle, jak na Śląsku, miasta są tak blisko siebie i tak dobrze skomunikowane, że to, czy mieszkasz w Zabrzu, czy w Rudzie Śląskiej, nie ma znaczenia i nie jest przeszkodą, żeby się widywać. Żeby więc jakoś sensownie określić to, o czym będziemy rozmawiać, przyjmijmy, że związek jest wtedy na odległość, kiedy zobaczenie się ze sobą musicie planować z wyprzedzeniem, a spontaniczne spotkania są bardzo, bardzo trudne do zrealizowania.

Joanna Pachla: Wiesz, znam takich facetów, którzy w natłoku swoich korpo-spraw i tak każą Ci się wbijać w grafik. I wtedy planowanie z wyprzedzaniem masz nawet, jak razem mieszkacie. Ale podoba mi się Twoja definicja, zostańmy przy niej.

Moim zdaniem to, jak podchodzisz do związków na odległość, jest także zależne od wieku. Może to jest zabawne tak do etapu liceum. Jak sobie jeździsz na kolonie, przeżywasz wakacyjne miłości, wracasz do szkoły i tęsknisz. I jest Ci trochę smutno i trochę wesoło, bo jednak ktoś tam gdzieś jest. I nieważne, że najpewniej więcej go nie zobaczysz, bo tych kilka miesięcy możecie pisać do siebie listy i robić z tego magię. Ale jak jesteś już starszy i stąpasz twardo po ziemi, to wiesz, że na dłuższą metę tak się nie da. Że Ty tu, a ona tam.

Jan Favre: Po pierwsze rozgraniczmy „umawianie się” i „planowanie”.

Joanna Pachla: A czym się różni umawianie od planowania? Jedno i drugie brzmi, jak robione przy pomocy Excela.

Jan Favre:

– Widzimy się jutro?

– Jutro mam wegański aqua-aerobik i kurs mandaryńskiego, nie da dam rady. Pojutrze?

– Pojutrze spoko.

– To spoko, tam gdzie zwykle.

To jest dla mnie umawianie się. A planowanie jest wtedy, gdy musisz to widzenie z drugą osobą rozpisywać na składowe: mam pociąg do Bochni o 18, więc muszę przyjść do pracy już spakowana, wyjść godzinę wcześniej, żeby zdążyć na autobus na dworzec i dzień wcześniej spakować majtki na 3 dni, żeby tym razem nie chodzić cały weekend w tych samych.

Po drugie, wracając do Twojego pisania listów do chłopca znad morza, na etapie liceum i poobozowych miłości, to nie jest związek, tylko zapychanie sobie czasu wirtualnym avatarem, z którym możesz sobie „popisać”.

Joanna Pachla: Dla mnie tak właśnie wygląda też brnięcie w związek na odległość dzisiaj. Zapychasz sobie czas wirtualnym avatarem, który może od czasu do czasu do Ciebie zadzwoni.

Czy znowu wychodzę na Królową Lodu, a Ty jesteś w stanie przekonać mnie, że może to wyglądać inaczej?

Jan Favre: Ale przecież to, czy zadzwoni od czasu do czasu, czy raz dziennie, czy co godzinę, zależy tylko od Was. Jak również to, jak często będziecie się widywać.

Byłaś kiedyś w związku na odległość?

Joanna Pachla: Tak. Jakoś od marca do października. Później trzeba było spakować te wszystkie majtki i podjąć jakąś sensowną decyzję. Ale wierciłam się już na etapie wakacji. To straszne, odliczać. Do kolejnego weekendu, do kolejnego spotkania.

Jan Favre: No właśnie, i jak często się widywaliście nie mieszkając na tym samym osiedlu?

Joanna Pachla: Raz na dwa, trzy tygodnie? Czasem rzadziej. Jak masz pracę, przyjaciół i tonę innych obowiązków, to wyłuskanie z tego pełnego weekendu dla drugiej osoby nie jest już takie łatwe. Jak jesteście w tym samym mieście, możecie wyjść na kawę czy pizzę. Pary, żyjące na odległość, tego nie mają.

Jan Favre: Ja też byłem w takiej sytuacji i widywaliśmy się co tydzień. I to średnio 3 dni w każdym tygodniu, czyli na dobrą sprawę tyle, ile widują się „normalne” pary mieszkające w tym samym mieście. Pewnie, że takie ciągłe jeżdżenie do siebie jest problematyczne do pogodzenia z przyjaciółmi, rodziną, psem i hodowlą żółwi, ale to, jak bardzo jesteś w stanie z czegoś zrezygnować, i czy w ogóle, świadczy o tym, jak bardzo Ci zależy.

Joanna Pachla: Ale może mi też zależeć tak bardzo, że rzucam wszystko i się przeprowadzam. Tylko to jest zawsze ryzykowne, dla obydwu stron. Jeśli się uda – super. Ale jeśli nie?

Jan Favre: Właśnie opisałaś dylematy, jakie są w KAŻDYM związku, poza małoletnimi małżeństwami w krajach muzułmańskich. Tam wiadomo, że się nie uda.

Joanna Pachla: A widzisz. Znam ludzi, którzy przez lata nie podejmują żadnych kroków, żeby tę odległość zmniejszyć, właśnie ze strachu. On boi się, że jak zaproponuje wspólne mieszkanie, to później weźmie na siebie odpowiedzialność za to, że ona wszystko rzuciła i gdzie ma teraz się podziać. Ona boi się, że jak zaproponuje, że się wprowadzi, to on spanikuje i pogoni ją całkiem. Albo odwrotnie. (Płci tutaj stosujmy wymiennie.)

Żeby nie być gołosłownym: znam przykład pary, gdzie Francuz zostawił rodzinę (miał bardzo silną więź z rodzicami i rodzeństwem), świetną karierę, wymarzony Paryż, w którym dopiero co udało mu się zamieszkać. Zakochał się w Polce, zjechał do jakiejś Jeleniej Góry czy podobnie malowniczego miasta (wybacz, nie pamiętam już, co to było), a ona po trzech tygodniach stwierdziła, że to nie to. I że lepiej będzie, jak on się jednak wyprowadzi. I co? Dla mnie – nic wielkiego, zdarza się. Ale są tacy, którzy wolą nie podejmować ryzyka i wegetują tak na odległość całymi latami.

Jan Favre: Dlatego przy tego typu związku bardzo ważne jest ustalenie terminu, jakiejś konkretnej daty, ściśle określonej w czasie, do kiedy jeździcie do siebie, bo to nie może być tak zawieszone i trwać w nieskończoność. W zasadzie to nie jest bardzo ważne, tylko konieczne. Żeby z tej wielkiej miłości nie wyszło wielkie rozczarowanie, musicie ustalić, że z końcem roku kalendarzowego/studiów/ostatniego sezonu „Gry o tron”, ktoś się do kogoś przeprowadza.

Co do to strachu i niepodejmowania ryzyka, to już samo wejście w związek jest nim obarczone, bo co, jeśli ustawisz na Facebooku status „w związku z: Grażyna Kowalska”, a dzień później na imprezie u szwagra pijana Emily Ratajkowski wyzna Ci miłość i zaprosi na oglądanie znaczków do hotelu? Każde podjęcie decyzji wiąże się z ryzykiem niezadowolenia i odrzuceniem innych alternatyw.

Ale kto nie ryzykuje…

Joanna Pachla: Ten zawsze może kupić sobie kota.

(niżej jest kolejny tekst)

67
Dodaj komentarz

avatar
32 Comment threads
35 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
36 Comment authors
NataliaDotAngelikaVenAneta Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Magdalena Śpiewak
Gość

Ja już to u siebie pisałam i tu powtórzę: związek na odległosć ma sens pod warunkiem, że całe życie nie bedzie na odległość. Trzeba dążyć do tego, by mieć siebie codziennie.
Mnie i mojego męża dzieliło prawie 300km. Pociagiem telepałam się do niego nieraz ponad 4 godziny.
W którymś momencie podjęlisamy decyzję, że już moge, że już czas być ze soba razem naprawdę, a nie raz w miesiącu. Zostawiłam więc wszystko, spakowałam siebie, dzieci i z dnia na dzień zamieszkaliśmy w Warszawie. Takie decyzje podejmuje się trudno, ale muszą predzej niż później zostać podjęte, by związek miał sens.

Katarzynatuitam blog
Gość

Dyskusja dla mnie bardzo na czasie, bo dotyczy… mojego związku. Wygląda na to, że umacniam się w swoim postanowieniu jeszcze bardziej – wraz z końcem projektu z mojej cudownej korporacji (okolice września przyszłego roku), jadę szukać szczęścia do mojego mężczyzny do Francji, bo póki co jesteśmy ze sobą na odległość. Nie ukrywam, że jest to coś ciężkiego i spotkania „raz na dwa miesiące” są dla nas normą, bo nie zawsze jest okazja, bo praca nie zawsze pozwala na szastanie urlopem na prawo i lewo. Jednak staramy się jak możemy i po kilku miesiącach takiego związku nie zwątpiłam w to ani… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

Trzymam kciuki w takim razie i życzę powodzenia!

Weronika Truszczyńska
Gość

Związki na odległość są spoko, jeżeli do czegoś powadzą. Moja przyjaciółka z czasów szkolnych była w takim związku przez prawie całe liceum. Dziewczyna z Warmińsko-Mazurskiego, a chłopak z pod Łodzi, poznali się na koloniach. Przez całe liceum widywali się co dwa tygodnie. Raz ona jechała do niego, potem na odwrót. Później chłopak, o rok starszy, poszedł na studia po Poznania i za rok dziewczyna do niego dołączyła. Nie chcieli zamieszkać razem, bo stwierdzili, że to za wcześnie. Dalej są razem i na wiosnę stuknie im pięć lat. Ja z moim chłopakiem widuję się praktycznie tylko w weekendy, mimo, że mieszkamy… Czytaj więcej »

Agu
Gość

Związek z kolonii przetrwał? Myślałam, że to tylko legendy!

Weronika Truszczyńska
Gość

Przetrwał! Ale oni nie byli razem od kolonii. Poznali się w lato i kontynuowali znajomość, a razem zaczęli być dopiero kolejnej wiosny ;)

Agnieszka
Gość

Ja na południu, on na północy. Pomiędzy nami wiele kilometrów i duża różnica wieku. Po 1,5 roku znajomości zamieszkaliśmy razem i tak sobie mieszkamy od 5,5 roku i mamy 2,5 letniego syna. Udało się :)

Jan Favre
Gość

Brawo!

Katarzyna Bartosiewicz
Gość
Katarzyna Bartosiewicz

Byłam w związku na odległość ok 6 miesięcy(Wrocław-Łódź) wtedy podróż zajmowała mojemu facetowiok 4h bo nie było S8(teraz 2h). Widywaliśmy się co drugi albo co weekend. W piątek wieczorem przyjeżdzał i odjeżdżal w ndz późnym popołudniem. Oczywiście, że wymagało to drobnej logistyki(pakowanie ciuchów dzień wcześniej i inne) ale co to ma do rzeczy? to naprawdę aż tak duży problem? Oczywiście, że były słabe momenty kiedy mieliśmy złe dni i potrzebowaliśmy swojej bliskości a była niemożliwa ale kurczę jaka ta tęsknota była fajna! a moment w którym już się widzieliśmy-euforia! Zgadzam się z Wami, że na dłuższą metę(w perspektywie lat) to… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

Czy ja dobrze rozumiem, że tylko on do Ciebie jeździł? :)

Katarzyna Bartosiewicz
Gość
Katarzyna Bartosiewicz

Tak, poruszam się na wózku i no cóż… miałam z tym nie mały problem ;).

Jan Favre
Gość

No tak, to zdecydowanie wyjaśnia sytuację.

Katarzyna Bartosiewicz
Gość
Katarzyna Bartosiewicz

Chciałeś mnie obdarzyć jakąś ciętą ripostą? Jaką to ja księżniczką byłam? :P

Jan Favre
Gość

Raczej dowiedzieć się czemu tak było, bo właśnie poza przeszkodami stricte fizyczno-technicznym – jak Twoja niepełnosprawność – trudno było mi sobie wyobrazić powód, który by to tłumaczył.

Katarzyna Bartosiewicz
Gość
Katarzyna Bartosiewicz

Silne uczucie nie mogłoby tego tłumaczyć?
Niestety jak się później okazało to moja niepełnosprawność była większą przeszkodą niż kilkaset km.
Z reguły nie komentuję Twoich tekstów ale chcę żebyś wiedział, że czytam wszystkie i bardzo lubię sposób w jaki piszesz ;).
Pozdrawiam

Jan Favre
Gość

W sensie, że silne uczucie byłoby wytłumaczeniem, czemu tylko jedna strona do kogoś przyjeżdża? Chyba coś się nie zrozumieliśmy :)
Nie mniej, dziękuję Kasiu i bardzo mi miło :)

Katarzyna Bartosiewicz
Gość
Katarzyna Bartosiewicz

Wiesz ja mam wypaczony punkt widzenia na pewne sprawy ze względu na to, że jestem ON i tak naprawdę chcąc, nie chcąc oni muszą się bardziej poświęcać a dla mnie to naturalne. Tak, więc zrozumieliśmy się dobrze ;). Przy okazji pomoogłeś mi uświadomić sobie pewne rzeczy- jak miło :D!
Fajnie, że prowadzisz taką interakcję z czytelnikami :).

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Jadę do Warszawy w przedziale nabitym jak Pinhead, gdzie froteryści mieliby permanentny wzwód, bo jest tak gęsto, że nie da się znaleźć pozycji, w której nikt się o Ciebie nie ociera. Z prawej przykleja się do mnie czyjeś ramię, z lewej kolano, a z naprzeciwka czuję – niby niecelowe, ale jednak – smyrnięcia po łydce. Można by pomyśleć, że to miniaturowa wersja „Igrzysk Śmierci”, gdyby nie fakt, że w tej pociągowej klatce panuje cisza jak na spotkaniu kółka fanów języka migowego. Jest tak cicho, że aż uszy zaczynają puchnąć, wysilając się, aby wyłapać jakikolwiek dźwięk wydobywający się z tych ludzi. Mimo, że fonia sugeruje, że jestem w przedziale z nieboszczykami, to powonienie dobitnie przypomina, że to jednak żywi ludzie. Umarlaki nie mieszają Fahrenheita z Bondem. I potem.

Owa eksperymentalna mieszanka zapachowa, której nie powstydziłby się główny bohater „Pachnidła”, dość szybko zaczyna drażnić mi nozdrza, sprawiając, że wydaję z siebie bezwarunkowe, przeszywające całą przestrzeń, donośne:

– AAAAAPSIK!

W sensie, że kicham.

Trochę mi głupio, bo kichnięcie jest tak mocne, że odbija się jeszcze 3 razy od ścian tej pociągowej puszki, zanim zupełnie wybrzmi, ale kiedy łapię oddech, orientuję się, że nikt, ale to zupełnie, totalnie i absolutnie NIKT nie zwrócił na nie uwagi. Ani na mnie. A tym bardziej nie powiedział mi „na zdrowie”. Ani nie wydobył z siebie żadnej innej reakcji sugerującej, że odnotował moje kurewsko głośne „apsik” i fakt, że w ogóle istnieję. A istnieję jak najbardziej, bo od 5 minut stykam się skórą na łokciu z prawie elegancką przedtrzydziestką, więc jeśli tylko nie przeżyła poparzenia trzeciego stopnia w tym miejscu, to musi to czuć. Czuć też musi garniturowy, lekko podstarzały – ale jak widać po krawacie we flamingi, tylko ciałem – jegomość, smyrający mnie od czasu do czasu po wcześniej wspomnianej łydce. Czemu musi czuć? Bo w konsekwencji bezwarunkowego kichnięcia, równie bezwarunkowo uniosła mi się prawa stopa, i tym razem to ja go smyrnąłem po kostce. No i przypomnijmy, że cały czas jedziemy w 8 osób, w nieco większej paczce zapałek, więc moim współpasażerom musiano by podać naprawdę mocne leki psychotropowe, żeby nie odnotowali choć jednego z moich ruchów.

Mimo to, ZERO reakcji.

Pan garniturowy odnotował moją obecność dopiero, gdy drugi raz zebrało mi się na kichanie i owe zebranie było na tyle gwałtowne, że nie zdążyłem zakryć ręką ust, przez co część zawartości mojej jamy ustnej, wylądowała na jego uniformie z BYTOMia. Co bardzo – niechętnie, ale jednak – skwitował wzrokiem pełnym pogardy i zgorszenia, i ciężkim, krótkim syknięciem wydobywającym się z amfetaminowego szczękościsku:

– Psze uwaszadź.

Nie piszę tego tylko dlatego, żeby pochwalić się, że potrafię odróżnić zapach drogich perfum od taniego dezodorantu, bo z sytuacją znieczulania się ludzi na całe otoczenie i unikania kontaktu za wszelką cenę, spotykałem się dużo więcej niż raz. I u lekarza, gdy wchodząc do poczekalni pytałem „czy tu przyjmuje doktór Goździkowa”, bo na drzwiach nie było tabliczki lub po prostu pytając „kto z państwa jest ostatni?” i dostając w odpowiedzi wzrok zaciekle wbity w sznurowadła. I w 19-ce, gdy wracając z zakupami z Tesco przeszacowałem wytrzymałość siatek i nektarynki rozsypały mi się po całym tramwaju – od motorniczego, po łączenie z drugim wagonem – na co pasażerowie nie zareagowali nawet uniesieniem nóg, gdy wyciągałem owoce spod ich kończyn. I gdy, zdyszany jak matka Gilberta Grape’a po wejściu na półpiętro, wpadłem na peron, dobiegając do ruszającego pociągu i krzycząc do ludzi wewnątrz, czy jedzie do Warszawy, bo jak tak, to żeby hamował i mnie zabrał, nie uzyskując żadnej zwrotnej informacji, poza rozbawionym spojrzeniem osób zgromadzonych na peronie, które wiedziały, że to była kolejka do Łodzi, ale nie zdecydowały się mnie o tym poinformować.

Piszę o tym, bo bardzo mi przykro, że żyjemy pogrążeni w jakiejś zawiesinie z apatii. Celem nadrzędnym przemieszczania się po mieście jest odizolowanie się od ludzi i pod groźbą śmierci, a przynajmniej trwałego uszczerbku na zdrowiu, nienawiązywanie kontaktu z drugim człowiekiem. Źle mi z tym, że unikanie powiedzenia „na zdrowie” obcej osobie, wzbranianie się od bezinteresownego udzielenia jej informacji, czy nawet powstrzymywanie odwzajemnienia uśmiechu, premiowane jest złotem i dobrym samopoczuciem. Bo naprawdę trudno mi uwierzyć, że ktoś za darmo wprawia się w taki autyzm.

Przykro mi, że omamia nas znieczulica. Że stajemy się coraz bardziej na siebie ślepi, a drugi człowiek zauważa, że istniejesz dopiero, gdy naplujesz mu na spodnie.

Apsik.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Michael Shaheen

Bardzo cieszy mnie porno-wpadka posła PO

Skip to entry content

Pamiętacie czasy, kiedy puszczenie głośnego bąka i przypisanie autorstwa wydarzenia dźwiękowo-zapachowego koledze stojącemu obok było esencją dobrego żartu? W tych samych czasach również pociągnięcie koleżanki za włosy było wyrafinowaną formą nawiązywania kontaktów międzyludzkich, a podstawienie nogi słabszemu powodem do zdarcia gardła ze śmiechu.

Takie rzeczy bawiły w podstawówce. I niektórzy zatrzymali się na tym etapie.

porno-wpadka posła po jacek brzezinka

W środę Jacek Brzezinka – polityk Platformy Obywatelskiej – opublikował na Twitterze zrzut ekranu dowodzący, że Duda ułaskawił Kamińskiego bezprawnie. Jednak sama nieścisłość dokumentu pozwalającego prezydentowi wyjąć przestępcę spod prawa, nie wzbudziła takiego zainteresowania, co pozostałe zakładki w przeglądarce polityka PO. Zakładki z Dorą Venter i Traci Lords – aktorkami porno.

Jeśli w większej grupie ludzi zadasz pytanie „czy ktoś ogląda filmy pornograficzne?”, to 11 na 10 osób odpowie, że nie. Ewentualnie, że ten ktoś kiedyś zupełnie, totalnie i absolutnie przypadkowo, chciał zrobić powrót do dzieciństwa wpisując w Google „Buka”, ale nieumyślnie do frazy samo dodało się jeszcze „ke” i na monitorze ukazały się zakazane obrazy. Na szczęście w tej samej sekundzie wyciągnął wtyczkę od internetu, poszedł wyszorować gałki oczne pumeksem, a komputer spalił w piecu krematoryjnym.

W związku z tym, że NIKT nie ogląda pornosów – podobno nawet montażyści składają je z zamkniętymi oczami – Brzezinka został wyśmiany, wyszydzony i opluty. No bo czujecie? Ten koleś ogląda baby z gołymi PIPKAMI! Pipkami? Powiedziałem to na głos? Ale beka, HEHE. Przecież to jest zawsze zakryte. HEHE. I facetów też. HEHE. Z gołymi sisiorami! HEHE! Jak się RUCHAJOM! HEHE! NO BEKA W OPÓR! JAKIM CZEBA BYDŹ ZBOCZUCHEM, ŻEBY PACZEĆ NA RUCHJONCYCH SIE GOLASÓW! JAG SE WKŁADAJOM SISIORY DO PIPEK! BEEEKAAA! HEHE!

Śmianie się z tego, że ktoś ogląda sceny seksu, to jak śmianie się z tego, że komuś w trakcie oddawania moczu otworzono drzwi. Świadczy o tym, że zatrzymałeś sie na poziomie 5-klasisty.

Porno-wpadka posła PO bardzo mnie cieszy z 3 powodów.

Po pierwsze, demaskuje naszą hipokryzję. Szybciej hipster przyzna się do tego, że jest hipsterem, niż do bycia fanem twórczości Rocca Siffrediego. Udajemy, że nikt nie wpisuje na RedTube „threesome” albo „milf” na PornHubie, a jednak co miesiąc te portale notują milionowe wejścia, a fraza „sex” jest jedną z najczęściej wyszukiwanych w Googlach. Kto nabija te wyniki? Ci wstrętni islamiści, czy pigmeje? To tak jak z disco-polo, nie znam ani jednej osoby, która przyznałaby się, że słucha tego gatunku, a jakiś dziwnym trafem płyty jego twórców sprzedają się w ogromnych nakładach. Czary.

Po drugie, przykład idzie z góry. Po cichu liczę, że wszyscy, którzy oglądają erotykę w innym wydaniu niż swoim i jednocześnie woleliby zostać pogrzebani żywcem, niż nakryci na posiadaniu „One night in Paris”, ockną się, że to nie jest powód do wstydu. Że skoro polityk może pobudzać swoją wyobraźnię i poszerzać wiedzę o pozycjach seksualnych, to oni też. Że to normalne. Że ciekawość nie jest niczym złym. Że podejrzenie w legalnym źródle jak to robią inni ludzie i gdzie jeszcze można ją dotknąć, za kogo się przebrać, albo z której strony wziąć, żeby było ciekawiej, to naprawdę nie jest powód do samoukamienowania.

I po trzecie, cieszę się, że polityk PO szuka inspiracji i nie ogranicza się do 5-minutówki na misjonarza. Im więcej fantazji w łóżku, tym lepiej dla związku. I mniej wkurwionych ludzi na ulicach.

Teraz jeszcze czekam tylko, aż jakąś osobę publiczną nakryją na masturbacji. Bo tego oczywiście również NIKT nie robi.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Characters