Close
Close

Wojna Płci: związek na odległość

Skip to entry content

Jakiś czasem temu dostałem od jednej z czytelniczek maila, który brzmiał mniej więcej tak:

Drogi StejFlaju,

Mieszkam w Mszanie Dolnej, a Robert w Kasince Małej, ogólnie jest wporzo chłopem, ale ta odległość mi przeszkadza. Nigdy nie spędzamy razem dożynek i nie wiem, czy jest sens to ciągnąć. Proszę, wypowiedz się, jak Ty to widzisz. Dziecko będzie zdrowe?

Twoja wierna czytelniczka, Grażyna.

Czy mogłem być głuchy na tak przejmujące wołanie o pomoc? Nie mogłem. Czy umiałem odpowiedzieć na pytanie zadane pod koniec? Nie umiałem. Dlatego wziąłem do pomocy Asię z Wyrwane z kontekstu.

Wojna Płci

Joanna Pachla: Związek na odległość? Jak dla mnie, bez sensu.

Jan Favre: Dlaczego?

Joanna Pachla: Bo jak z kimś jestem, to chcę go tu i teraz. Nie za tydzień, za miesiąc czy za 500 kilometrów.

Jan Favre: Ale to mówimy o częstotliwości czy odległości?

Joanna Pachla: Zwykle jedno wynika z drugiego.

Jan Favre: Niekoniecznie, bo równie dobrze można mieszkać w jednym mieście i widywać się raz na 2 tygodnie, a można mieszkać na drugim końcu Polski i być razem co tydzień.

Joanna Pachla: Dlatego doprecyzujmy, co rozumiemy przez związek na odległość.

Jan Favre: Zastanawiałem się nad tym chwilę i określenie czasowe czy kilometrowe jest dość względne. Bo bywają miasta, jak na przykład Warszawa, że przejechanie z jednego końca na drugi zajmuje ponad godzinę, czyli dłużej, niż z Wieliczki do Krakowa. Albo w ogóle, jak na Śląsku, miasta są tak blisko siebie i tak dobrze skomunikowane, że to, czy mieszkasz w Zabrzu, czy w Rudzie Śląskiej, nie ma znaczenia i nie jest przeszkodą, żeby się widywać. Żeby więc jakoś sensownie określić to, o czym będziemy rozmawiać, przyjmijmy, że związek jest wtedy na odległość, kiedy zobaczenie się ze sobą musicie planować z wyprzedzeniem, a spontaniczne spotkania są bardzo, bardzo trudne do zrealizowania.

Joanna Pachla: Wiesz, znam takich facetów, którzy w natłoku swoich korpo-spraw i tak każą Ci się wbijać w grafik. I wtedy planowanie z wyprzedzaniem masz nawet, jak razem mieszkacie. Ale podoba mi się Twoja definicja, zostańmy przy niej.

Moim zdaniem to, jak podchodzisz do związków na odległość, jest także zależne od wieku. Może to jest zabawne tak do etapu liceum. Jak sobie jeździsz na kolonie, przeżywasz wakacyjne miłości, wracasz do szkoły i tęsknisz. I jest Ci trochę smutno i trochę wesoło, bo jednak ktoś tam gdzieś jest. I nieważne, że najpewniej więcej go nie zobaczysz, bo tych kilka miesięcy możecie pisać do siebie listy i robić z tego magię. Ale jak jesteś już starszy i stąpasz twardo po ziemi, to wiesz, że na dłuższą metę tak się nie da. Że Ty tu, a ona tam.

Jan Favre: Po pierwsze rozgraniczmy „umawianie się” i „planowanie”.

Joanna Pachla: A czym się różni umawianie od planowania? Jedno i drugie brzmi, jak robione przy pomocy Excela.

Jan Favre:

– Widzimy się jutro?

– Jutro mam wegański aqua-aerobik i kurs mandaryńskiego, nie da dam rady. Pojutrze?

– Pojutrze spoko.

– To spoko, tam gdzie zwykle.

To jest dla mnie umawianie się. A planowanie jest wtedy, gdy musisz to widzenie z drugą osobą rozpisywać na składowe: mam pociąg do Bochni o 18, więc muszę przyjść do pracy już spakowana, wyjść godzinę wcześniej, żeby zdążyć na autobus na dworzec i dzień wcześniej spakować majtki na 3 dni, żeby tym razem nie chodzić cały weekend w tych samych.

Po drugie, wracając do Twojego pisania listów do chłopca znad morza, na etapie liceum i poobozowych miłości, to nie jest związek, tylko zapychanie sobie czasu wirtualnym avatarem, z którym możesz sobie „popisać”.

Joanna Pachla: Dla mnie tak właśnie wygląda też brnięcie w związek na odległość dzisiaj. Zapychasz sobie czas wirtualnym avatarem, który może od czasu do czasu do Ciebie zadzwoni.

Czy znowu wychodzę na Królową Lodu, a Ty jesteś w stanie przekonać mnie, że może to wyglądać inaczej?

Jan Favre: Ale przecież to, czy zadzwoni od czasu do czasu, czy raz dziennie, czy co godzinę, zależy tylko od Was. Jak również to, jak często będziecie się widywać.

Byłaś kiedyś w związku na odległość?

Joanna Pachla: Tak. Jakoś od marca do października. Później trzeba było spakować te wszystkie majtki i podjąć jakąś sensowną decyzję. Ale wierciłam się już na etapie wakacji. To straszne, odliczać. Do kolejnego weekendu, do kolejnego spotkania.

Jan Favre: No właśnie, i jak często się widywaliście nie mieszkając na tym samym osiedlu?

Joanna Pachla: Raz na dwa, trzy tygodnie? Czasem rzadziej. Jak masz pracę, przyjaciół i tonę innych obowiązków, to wyłuskanie z tego pełnego weekendu dla drugiej osoby nie jest już takie łatwe. Jak jesteście w tym samym mieście, możecie wyjść na kawę czy pizzę. Pary, żyjące na odległość, tego nie mają.

Jan Favre: Ja też byłem w takiej sytuacji i widywaliśmy się co tydzień. I to średnio 3 dni w każdym tygodniu, czyli na dobrą sprawę tyle, ile widują się „normalne” pary mieszkające w tym samym mieście. Pewnie, że takie ciągłe jeżdżenie do siebie jest problematyczne do pogodzenia z przyjaciółmi, rodziną, psem i hodowlą żółwi, ale to, jak bardzo jesteś w stanie z czegoś zrezygnować, i czy w ogóle, świadczy o tym, jak bardzo Ci zależy.

Joanna Pachla: Ale może mi też zależeć tak bardzo, że rzucam wszystko i się przeprowadzam. Tylko to jest zawsze ryzykowne, dla obydwu stron. Jeśli się uda – super. Ale jeśli nie?

Jan Favre: Właśnie opisałaś dylematy, jakie są w KAŻDYM związku, poza małoletnimi małżeństwami w krajach muzułmańskich. Tam wiadomo, że się nie uda.

Joanna Pachla: A widzisz. Znam ludzi, którzy przez lata nie podejmują żadnych kroków, żeby tę odległość zmniejszyć, właśnie ze strachu. On boi się, że jak zaproponuje wspólne mieszkanie, to później weźmie na siebie odpowiedzialność za to, że ona wszystko rzuciła i gdzie ma teraz się podziać. Ona boi się, że jak zaproponuje, że się wprowadzi, to on spanikuje i pogoni ją całkiem. Albo odwrotnie. (Płci tutaj stosujmy wymiennie.)

Żeby nie być gołosłownym: znam przykład pary, gdzie Francuz zostawił rodzinę (miał bardzo silną więź z rodzicami i rodzeństwem), świetną karierę, wymarzony Paryż, w którym dopiero co udało mu się zamieszkać. Zakochał się w Polce, zjechał do jakiejś Jeleniej Góry czy podobnie malowniczego miasta (wybacz, nie pamiętam już, co to było), a ona po trzech tygodniach stwierdziła, że to nie to. I że lepiej będzie, jak on się jednak wyprowadzi. I co? Dla mnie – nic wielkiego, zdarza się. Ale są tacy, którzy wolą nie podejmować ryzyka i wegetują tak na odległość całymi latami.

Jan Favre: Dlatego przy tego typu związku bardzo ważne jest ustalenie terminu, jakiejś konkretnej daty, ściśle określonej w czasie, do kiedy jeździcie do siebie, bo to nie może być tak zawieszone i trwać w nieskończoność. W zasadzie to nie jest bardzo ważne, tylko konieczne. Żeby z tej wielkiej miłości nie wyszło wielkie rozczarowanie, musicie ustalić, że z końcem roku kalendarzowego/studiów/ostatniego sezonu „Gry o tron”, ktoś się do kogoś przeprowadza.

Co do to strachu i niepodejmowania ryzyka, to już samo wejście w związek jest nim obarczone, bo co, jeśli ustawisz na Facebooku status „w związku z: Grażyna Kowalska”, a dzień później na imprezie u szwagra pijana Emily Ratajkowski wyzna Ci miłość i zaprosi na oglądanie znaczków do hotelu? Każde podjęcie decyzji wiąże się z ryzykiem niezadowolenia i odrzuceniem innych alternatyw.

Ale kto nie ryzykuje…

Joanna Pachla: Ten zawsze może kupić sobie kota.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Teraz czekam, czy napisze. Jak napisze, to czeka mnie friendzone albo związek na odległość. Możliwe problemy: odległość ponad 400 km, niepełnoletniość, wiza.
    Ale i tak będę czekać, czy napisze. Bo chwilowo nie mam planu, co zrobię, jak nie napisze.
    :/

  • Dot

    Wróciłam do tekstu po czasie, przeczytałam jeszcze raz i chciałam uaktualnić mój komentarz, ale okazało się, że przy pierwszym czytaniu żadnego komentarza nie zamieściłam. Nie wiem jak to możliwe, być może miałam czas tylko na przeczytanie i polecenie. Nadrobię to dziś:

    „Dla mnie tak właśnie wygląda też brnięcie w związek na odległość dzisiaj. Zapychasz sobie czas wirtualnym avatarem, który może od czasu do czasu do Ciebie zadzwoni.” Zgadzam się z Tobą :)

    „co, jeśli ustawisz na Facebooku status „w związku z: Grażyna Kowalska”, a dzień później na imprezie u szwagra pijana Emily Ratajkowski wyzna Ci miłość i zaprosi na oglądanie znaczków do hotelu?” Padłam :D

    Moim zdaniem związki na odległość to ciężka sprawa. Ale, biorąc pod uwagę to, co obecnie dzieje się w relacjach damsko-męskich i to, że właściwie nawet, mieszkając w jednym mieście i spotykając się kilka razy w tygodniu, można mieć wątpliwości, czy partner/partnerka oby na pewno nas nie zdradza (bo zdarzają się takie przypadki), myślę, że wychodzi na to samo. Trzeba się tylko zgrać w organizacji spotkań i wiedzieć, że na pewno się tego chce. I zgadzam się, że trzeba sobie wyznaczyć jakiś czas, do kiedy ten związek jest na odległość. Bo wieczny związek na odległość zaczyna być dla mnie wiecznym staniem w miejscu.

  • jak czytam te komentarze ‚jestem w związku na odległość- dzieli nas 50 km’ to śmiać mi się chce, albo płakać z rozpaczy. Zmierzcie się z 5094.682 milami [8199.095 km] gdzie dwójka ludzi studiuje i nie ma hajsu ani czasu na odwiedzanie się więcej niż 2 razy w roku. No cóż, może się uda- jeszcze tylko 1,5 roku do daty końcowej :)

  • Ven

    Piękna puenta. Kto nie ryzykuje, ten zawsze może kupić sobie kota xD.

  • Aneta

    Jestem w związku na odległość od półtora roku. Dzieli nas 1500 km. Widujemy się mniej więcej co 6 tygodni, niekiedy 4. I to na jeden weekend (chyba że chłopak ma urlop, to nawet i przez miesiąc jest u mnie). I naprawdę bywa ciężko, tęsknota mnie dobija, dużo się wtedy płacze. Ale tylko czekamy aż skończę szkołę (maj przyszłego roku) i zamieszkamy razem :) I to mnie trzyma, ta świadomość, że za kilka miesięcy już będziemy blisko. Po prostu będziemy. A zaufanie i wierność to podstawa :)

  • Natalia Kościńska

    Adoptować kota, nie kupić! ;)
    A tak bardziej na temat: kiedyś myślałam, że związki na odległość mogą działać (mam nawet taki na koncie, widywaliśmy się średnio co tydzień – dało się). Ale jestem coraz starsza i coraz bardziej wygodna, i dzisiaj już niekoniecznie wyobrażam sobie taki układ. Kosztowałby mnie zbyt wiele wysiłku. Ale chyba podziwiam ludzi, którzy angażują się w takie związki (w sumie podziwiam ludzi, którzy w ogóle angażują się w związki).

  • Ciężko mi sobie wyobrazić jak żyją w takich związkach rodziny z dziećmi, gdy On zarabia za granicą i przyjeżdża do domu dwa razy w miesiącu. Ale związek na odległość w takich początkowych okresach znajomości jest do przetrwania. Prędzej czy później i tak się dąży do zmniejszenia odległości i On albo Ona przeprowadza się/wprowadza do drugiej połowy!

    • Też trudno mi sobie wyobrazić funkcjonowanie rodziny w taki sposób, gdy ojciec jest członkiem dochodzącym od święta, a nie stałym elementem.

  • Ania Piwowarczyk

    Zupełnie zgadzam się z tym, co na końcu powiedział Janek. Dla mnie związek na odległość jest jak najbardziej ok, nawet na taką większą, gdzie trzeba już przekroczyć granicę kraju, a nawet czasem kontynentu, żeby się spotkać. Byle to miało jakiś termin ważności, czyli nieprzesuwalną datę końcową, która mówi: do tego czasu układamy swoje sprawy tak, że mieszkamy razem/w tym samym miejscu.
    Z resztą uważam, że w dzisiejszych czasach całkowite zamknięcie się na związki na odległość jest dużą naiwnością. W świecie globalnych korporacji, międzynarodowych wymian, projektów itd. w każdej chwili może zdarzyć się, że naszej drugiej połówce trafi się szansa (albo po prostu będzie to konieczność), z której nie powinno się nie skorzystać, a nie zawsze można/warto od razu wyjeżdżać we dwójkę. Poza tym umówmy się – związki na odległość nigdy nie były tak łatwe (milion aplikacji do kontaktu, połączenia telefoniczne najtańsze w historii, samolot na drugi koniec świata to kilkanaście godzin). Dlatego wg mnie problem w związkach na odległość to nie jest ani kwestia odległości, ani częstotliwości, a jedynie podejścia partnerów. Czyli jak w każdym związku.

    • Dokładnie, dzięki Skype’owi, Facebookowi, czy nawet turbo tanim smsom, w dzisiejszych czasach to już zupełnie nie jest jak choćby 10 lat temu, gdzie trzeba było się umawiać na telefon, tkwić przy stacjonarce, czekając aż zadzwoni i po kwadransie rozłączać się, żeby nie zbankrutować. Teraz odpalasz wideorozmowę w messengerze na telefonie i możesz 24 godziny na dobę być w ciągłym kontakcie z druga osobą.

  • Anna Eva Broski

    „(…)to, jak bardzo jesteś w stanie z czegoś zrezygnować, i czy w ogóle, świadczy o tym, jak bardzo Ci zależy.”

    Czyli jednak są na tym świecie faceci, którzy byliby w stanie czegoś takiego dokonać? Od dłuższego czuję się jakbym odbijała piłkę od ściany, która ni chu. nie chce się ruszyć. Poświęcając wiele, w kółko dostając to samo – poczucie, że chyba nie ma sensu dalej się starać.

    • Nie znam Twojej sytuacji Aniu, ale sęk w tym, by obie strony starały się równo, po jeśli tylko jedna z czegoś rezygnuje to to nigdy nie jest zdrowe i nikomu nie wychodzi na dobre.

      • Anna Eva Broski

        Tu nawet nie chodzi o znanie czy nieznanie sytuacji tylko chyba bardziej o to, że totalnie nie rozumiem tych spraw. Chyba za głupia lub zbyt naiwna byłam przez te wszystkie lata po prostu.

  • Aneta

    Z Kasinki Małej do Mszany Dolnej jest 5 km! Co to za odległość!?

    • Czy za każdym razem, gdy żartuję muszę pisać caps lockiem „UWAGA, TERAZ BĘDZIE FRAGMENT NIEZUPEŁNIE NA SERIO?”.

  • Nadi

    W moim przypadku to już prawie 2 lata związku na odległość i ponad 4000 km. Spotkania raz na 3-4 miesiące. Przepaść kulturowa, niekiedy bariera językowa. Ale wiem, że chcę spędzić z tym facetem resztę życia. Nie dziwię się, że niektórzy (no dobra, prawie nikt) nie mogą tego zrozumieć. I ja też nie mogłam. Wcześniej próbowałam i wytrzymałam całkiem krótko, bo to nie był TEN mężczyzna. Teraz, kiedy wiem, że jestem z tym właściwym, mogę czekać. Jesteśmy w stałym kontakcie, rozmawiamy codziennie na skype i powoli próbujemy opracować „plan działania”. Niektórzy pewnie stwierdzą, że skoro jestem w takim związku, to prawie nie znam gościa… No fakt… nie poznałam jeszcze jego rodziny i przyjaciół, ale jego samego tak. Byliśmy razem w 6 krajach, znajdowaliśmy się w naprawdę przeróżnych sytuacjach i wiem, że mogę na niego liczyć. Da się, ale tylko z odpowiednią osobą :)

    • Jeśli przepaść kulturowa, to lepiej poznaj go na tle rodziny i znajomych. Każdy człowiek w swojej rodzinie jest zupełnie inny niż poza nią. Więc żebyś się nie zaskoczyła…

  • Nie widzę problemu w związkach na odległość. Też to praktykowałem, nadal jestem w tym związku i nawet zostaliśmy małżeństwem. Już mieszkamy ze sobą:) Jeżeli obydwu stroną zależy na sobie, to widywanie raz na jakiś czas nie stanowi problemu. Ale… po pierwsze, warto by to „raz na jakiś czas” było w miarę regularnie (raz na tydzień, w weekend, jest optymalne), po drugie, „na odległość” zakłada moment skrócenia dystansu i zamieszkania razem (lepiej, żeby stało się to wcześniej niż później).

  • Moim zdaniem związek na odległość na sens, o ile jest wyznaczony czas, kiedy ta odległość zniknie. Sama jestem w takim związku i choć czasem jest ciężko, to i tak uważam, że w moim przypadku warto :)

  • Jesoo, ile ja się na odległość listów napisałem. Takich papierowych. W kopercie. Ze znaczkiem.
    Nic z tego nie wyszło.

    • Ale listy się super pisało, no nie? A ta radość po zejściu do skrzynki…
      Maile i Skype to nie to samo.

      • No ba.
        A jak fajnie je się czyta teraz.
        Z mailami się tak nie da – ktoś trzyma stare 20-letnie maile? ;)

        • Nawet ja nie trzymam. A pudełka z listami od pierwszej Miłości Mojego Życia podróżują ze mną z mieszkania do mieszkania.

          • Moje są zakopane nie wiadomo gdzie, bo MałaŻonka i Pierwsza Miłość (kolejne zresztą też, z wyjątkiem Tej Ostatniej) to nie ta sama osoba :)

          • No tak, mogłaby być zazdrosna :D Większość ludzi źle podchodzi do namacalnych dowodów, że serce ukochanej osoby kiedyś należało do kogoś innego. Szczególnie jeśli te dowody są traktowane jak bezcenne pamiątki.
            Na szczęście ja mam związek na odległość… a wróć, my rozmawiamy w wątku o związkach na odległość :D

  • Jestem w związku na odległość od ponad roku, spotykamy się średnio raz na miesiąc. Czasem jest ciężko, ale jak dla mnie warto – spotkania stają się czymś bezcennym.

  • Kamila Kasprzyk

    Mnie i mojego narzeczonego dzieli „jedyne” 70 km, znamy się od 3 lat i za dwa miesiące bierzemy ślub, ja przeprowadzam się do Niego.. kończy się happyendem, ale szczerze nie polecam, osobiście wymiotuję już pakowaniem się, wrocławskim pks-em i każdą niedzielą o 19.40, kiedy to wracam do domu z płaczem. Nigdy więcej.

    • Czemu wracasz do domu z płaczem?

      • Kamila Kasprzyk

        Dlatego, że tęsknota już mnie dobija. Tydzień w tydzień muszę mierzyć się z tym, że nie będę znowu przez tydzień widziała człowieka, z którym chciałabym spędzać każdy wieczór, opowiadać jak minął dzień. Nie mam już na to sił, na szczęście za dwa miesiące skończy się ten cyrk. ;)

  • Związek na odległość da się pociągnąć, o ile właśnie jest terminowość. I wtedy czekanie na spotkanie jest fajne, nie mówiąc już o próbie budowania czegoś na ziemi A czy B.

  • Po 2 latach związku okazało się, że mój chłopak musi, przynajmniej na jakis (dłuższy) czas wyjechać za granicę. Daleko za granicę, bo do USA, więc spotakania nawet raz w miesiącu nie wchodziły w rachubę. Ja byłam wtedy w połowie studiów i nie wyobrażałam sobie ich nie skończyć i po prostu pojechać z nim. Postanowiliśmy więc spróbować związku na odległość. I tak żyliśmy przez 2.5 roku. W tym czasie ja bylam u niego 3 razy, on u mnie dwa, każdy z tych pobytów trwał ok. 1.5-3 miesięcy, a potem 3-6mies rozłąki. Owszem, było cholernie trudno, ale też dużo nam to dało. Przede wszystkim nauczyliśmy się doceniać wspólnie spędzany czas i dosłownie cieszyć się każdą chwilą. I od 4 lat już mieszkamy razem :)

  • Kamila

    Widzę wielu entuzjastów związków na odległość. Naprawdę podziwiam, ale przykro mi, nie rozumiem.. Nawet jeśli mieszkacie blisko- w jednym, czy sąsiadujących miastach- i wasza częstotliwość widzenia się jest podobna jak w przypadku osób w związkach, które dzieli set kilometrów to NIE jest to to samo. Żeby wyklarować sens mojego toku myślenia podam przykład. Para mieszkająca blisko siebie (stosunkowo, jak wyżej, w jednym mieście lub miastach sąsiadujących) widzi się ze sobą rzadko… on pracuje, ona pracuje, oboje się jeszcze uczą i starają o dyplom na jednej z uczelni. Generalnie ciężko spotkać się w tygodniu, pozostaje weekend.. Czyli co? Wychodzi na to samo co w związku na odległość? Otóż nie, kiedy ona zachoruje, on wyrwie się z pracy żeby wykupić jej leki, po pracy mimo później godziny i braku czasu na wspólne spędzanie czasu, podskoczy z lekarstwami, da buziaka w czółko i przykryje kocem. Może nawet miną się na korytarzu uczelni, gdzie jak wiadomo poza nią w tygodniu nie ma czasu na zobaczenie swojej drugiej połówki i po prostu się uśmiechnie przytulając najmocniej na świecie. Może ja jestem nie na czasie ale dla mnie własnie takie gesty są ważne… Ważne i niemożliwe w przypadku związku na odległość
    Pozdrawiam!

    • Znam jedną parę. Jedno z nich mieszka z rodzicami w dzielnicy Baoshan, drugie w dzielnicy przemysłowej Minhang. Pracują w swoich dzielnicach. Obydwie te dzielnice znajdują się około czterdzieści kilometrów od centrum miasta, jedna centralnie na północy, druga na południowym zachodzie. Jedno miasto, osiemdziesiąt kilometrów. Przejechanie metrem z Minhang na Baoshan zajmuje około dwie godziny, trzeba jechać czterema liniami. Zdarza się. Ja tutaj nie widzę różnicy pomiędzy osobami mieszkającymi w dwóch różnych polskich miastach oddalonych o sto kilometrów, a tutaj właśnie tak wygląda bardzo dużo związków przed ślubem (praktycznie nikt nie mieszka ze sobą bez ślubu i własnego mieszkania).

      • Warszawa. Bielany i Falenica. Półtorej godziny w jedną stronę. Do tego mnóstwo obowiązków. Spotkania? Co trzy tygodnie. Jeszcze to samo miasto, czy już związek na odległość?
        Też trudno mi czasem wyznaczyć różnicę, ale te wszystkie drobne gesty wspomniane wyżej… nie czuję tego za bardzo.

      • 80-kilometrowe miasto? Łouł, to zmienia perspektywę chyba wszystkiego. A mnie się wydawało, że Warszawa jest duża.

        • Tylko, że to nie są najbardziej wysunięte punkty miasta, bo równie dobrze może istnieć jakaś para, w której jedno mieszka na wyspie Chongming (która notabene leży w granicach administracyjnych Szanghaju) a drugie w południowej dzielnicy Jinshan. Odległość to już prawie 170 kilometrów ;) Tam jeszcze nawet metro nie dojeżdża.

  • Ola

    Ja uważam, że nie ma reguły. Sama byłam w związku na odległość, gdzie mimo tej odległości czułam, że facet chce wypełnić sobą po brzegi całe moje życie, wychodziło mi to bokami i w końcu to zakończyliśmy.
    Byłam też w związku, który mimo tego iż byliśmy sąsiadami, mieliśmy okazję praktykować raz na miesiąc.

    Ale ogólnie rzecz biorąc podoba mi się taka idea rzadszych spotkań, gdzie każdy ma czas na to, by realizować siebie, rozwijać swoje pasje, spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi, a do spotkań dochodzi raz na 2 tygodnie i są to za każdym razem spotkania pełne miłości i dobrego seksu. Ogólnie mam taką wizję związku na odległość (może nieprawdziwą), gdzie ten pierwszy etap docierania się, motylków w żołądku, ekscytacji i tej dziwnej niepewności trwać może o wiele dłużej.
    Nikt nikomu nie wchodzi w drogę, buduje się zaufanie itd. Ale nie wyobrażam sobie, by taki związek na odległość miał trwać wiecznie. Trzeba dążyć do tego, by zacząć wspólnie układać sobie życie.
    Znam pary, które podczas liceów albo studiów mieszkały w dwóch oddalonych od siebie miastach i spotykały się co miesiąc albo i rzadziej, dziś jedni tworzą udane małżeństwo z dwojgiem dzieci, na weselu drugich z kolei będę bawić się niebawem.

    Fajne są też związki z kimś z zagranicy, gdzie oprócz tego, że można szlifować języki, można też podróżować i ogólnie takie coś bardzo poszerza horyzonty.

    Sama mogłabym się na taki związek zdecydować, mimo, że momentami mogłoby to być dosyć ciężkie bo przecież poznajemy drugą osobę w codziennych sytuacjach. Jednak taki związek posiada tak minusy, jak i plusy – tak samo jak każdy inny.
    No i oczywiście musi być wspólny cel, jakim jest prędzej czy później zamieszkanie w jednym mieście.

  • Aleksandra Muszyńska

    Punkt dla Asi, z którą zgadzam się na osiemset procent.
    Swego czasu też wolałam przeprowadzić się do miasta mojego chłopaka po to, żeby być blisko niego. A to oznaczało dla mnie niezłą rewolucję. Ale decyzja ta była najlepszą, jaką mogłam podjąć, bo wiedziałam, że utrzymanie związku na odległość bez górnej granicy czasu, dla której ta odległość się utrzyma, to swoistego rodzaju orka – nierzadko na ugorze. Dyscyplina jest mordercza. Spotkania z cotygodniowych mogłyby się zrobić codwutygodniowe, comiesięczne itd., rozmowy na Skype i przez telefon coraz rzadsze…brr.
    No i tęsknota by mnie chyba po prostu zabiła w tej pierwszej fazie.
    Co więcej – dla mnie bardziej możliwa byłaby do utrzymania relacja na odległość, która jest już „starsza” niż w miarę młodzieńcze zakochanie. Młodsze pary mają w mojej ocenie większą potrzebę, żeby razem być – tak często, jak się da. Odległość w sposób oczywisty temu nie sprzyja.

  • Toś

    Najbardziej spodobał mi sie wątek o „dobrej komunikacji na ślasku”, rozweseliłeś mnie w ten smutny dzien :D Zdarza się tak, że z Katowic do Sosnowca jadę dłużej niż do Wrocławia… :D

    • Serio? Ja mieszkając w Sosnowcu, przez rok studiowałem na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach i może z 5 razy się zdarzyło, że jechałem dłużej niż pół godziny.

      • Toś

        Nie wiem jak Ci się to udawało, ale zazdroszcze :D

  • Uwielbiałam „związki na odległość” w czasach nastoletnich. Sam romantym, zero prozy życia codziennego, piękna tęsknota, żadnego nagabywania na nadanie tempa relacji, filmowe, ożywcze dramaty przy naditerpretacji treści smsa i naturalny, niebolesny koniec. Ideał.

    • Taaaak! Zgadzam się! A czego się nie widziało/wiedziało, to sobie można było doobrazić. Tym samym na końcu mogło okazać się, że np. był zwykłym bucem, albo jego problemy natury egzystencjonalnej były się zwykłą zwałą po ćpaniu :D tak czy siak to były piękne czasy (i jakże pouczające) ;)

  • Jestem teraz w związku na 3000 km odległości, więc pośrednio mnie to też dotyczy. Jak dla mnie ma to sens, o ile wiadomo, kiedy będzie koniec tej sytuacji, np wyjazd na studia, do pracy ale ze ściśle określonym czasem itp.

    • Ja mam teraz współlokatora z Holandii, który przyleciał do Chin na staż ze swojej uczelni. Co się okazało? On ma tutaj dziewczynę, która rok temu była w Holandii również na stażu (uczelnie partnerskie czy coś) i wtedy zostali parą. Tylko, że staż trwa pół roku i on za trzy miesiące wróci do Europy, a sami przyznają, że nie wiedzą jak to dalej rozwiązać. Słaba sytuacja, bo niestety jeżeli chcą to jakoś pociągnąć, to musieliby zdecydować które z nich po studiach zostawi swoje życie i wyruszy mieszkać na innym kontynencie na stałe.

  • Związek na odległość – trudna sprawa, ale dla mnie jest związana też z ogromnym zaufaniem i pewnością, że druga połowa w tygodniu nie żyje jeszcze w innym związku. Mnie i mojego chłopaka dzieli 300km, ja uczę się w 2 zaocznych szkołach, on dużo pracuje, ale i tak staramy się widzieć 2-3 razy w miesiącu na cały weekend. Póki co jest dobrze, a tęsknota sprawia, że nie mamy ochoty na kłótnie bo trzeba się sobą nacieszyć ;)

    • Ej, albo komuś ufasz albo nie i jest to niezależne od szerokości geograficznej. A jeśli kogoś ciągnie na boki to zdradzi Cię nawet jeśli będziecie mieszkać razem. Dla chcącego nic trudnego :)

      • Dlatego jak tylko zaczęło się między nami coś dziać to porozmawialiśmy o tym, że wierność i zaufanie są priorytetami :). Na odległość jest łatwiej o niewykrycie ewentualnej zdrady, bo trudno o spontaniczne odwiedziny, nikt ze znajomych drugiej połówki nie spotka przypadkowo na mieście.

        Przez całe życie zmagam się z chorobą lokomocyjną, bardziej lub mniej nasiloną. Jak jadę do swojej miłości, to te 6 godzin nie sprawia mi takiego dużego problemu :)

  • U mnie jest teraz taka sytuacja ale to tylko czasowe wyjście – jestem na wymianie. Da się żyć ale jest momentami ciężko i dużo łatwiej chyba się pokłócić na odległość, przynajmniej tak mi się wydaje.
    Z kolei mój tata przez jakieś 6 lat był w domu tylko na weekendy – pracował poza domem więc to też był „związek na odległość” ale wszystko wyszło dobrze. Bo chodzi tak naprawdę o to jacy są ludzie, odległość to rzecz drugoplanowa.

  • W.

    Ja niejako podziwiam pary w związkach na odległość, zwłaszcza tę liczoną w setkach km, międzynarodową. Znam takie, gdzie odległość Austria-Polska, Szwajcaria-Polska pokonywane są 3 razy w miesiącu, ale znam też takie, które odległości Kraków-Zakopane nie są w stanie pokonać raz w miesiącu. Sama nie przetrwałam próby odległości i raczej nie widzę się w takim układzie ponownie; bo spotykanie, umawianie się i częstotliwość kontaktów to jedno, bycie w kontakcie za pomocą środków porozumiewania się na odległość to drugie, ale obecność zmienia wiele. Przykre, gdy prowadzi właśnie do tego, że dla partnera nie ma miejsca, gdy pojawia się częściej niż w te wyznaczone dni. Ot, nauczka na przyszłość.

  • Katarzyna Bartosiewicz

    Byłam w związku na odległość ok 6 miesięcy(Wrocław-Łódź) wtedy podróż zajmowała mojemu facetowiok 4h bo nie było S8(teraz 2h). Widywaliśmy się co drugi albo co weekend. W piątek wieczorem przyjeżdzał i odjeżdżal w ndz późnym popołudniem. Oczywiście, że wymagało to drobnej logistyki(pakowanie ciuchów dzień wcześniej i inne) ale co to ma do rzeczy? to naprawdę aż tak duży problem?
    Oczywiście, że były słabe momenty kiedy mieliśmy złe dni i potrzebowaliśmy swojej bliskości a była niemożliwa ale kurczę jaka ta tęsknota była fajna! a moment w którym już się widzieliśmy-euforia!
    Zgadzam się z Wami, że na dłuższą metę(w perspektywie lat) to nie miałoby żadnego sensu bo tęsknota zamieniłaby się we frustracje ale prawda jest też taka, że ludzie będąc niby na wyciągnięcie ręki spotykają się tylko w weekendy albo i nie, bo praca, bo szkoła, bo znajomi.
    Wniosek jest tylko jeden: nie można generalizować!
    Dziękuje ;)

    • Czy ja dobrze rozumiem, że tylko on do Ciebie jeździł? :)

      • Katarzyna Bartosiewicz

        Tak, poruszam się na wózku i no cóż… miałam z tym nie mały problem ;).

        • No tak, to zdecydowanie wyjaśnia sytuację.

          • Katarzyna Bartosiewicz

            Chciałeś mnie obdarzyć jakąś ciętą ripostą? Jaką to ja księżniczką byłam? :P

          • Raczej dowiedzieć się czemu tak było, bo właśnie poza przeszkodami stricte fizyczno-technicznym – jak Twoja niepełnosprawność – trudno było mi sobie wyobrazić powód, który by to tłumaczył.

          • Katarzyna Bartosiewicz

            Silne uczucie nie mogłoby tego tłumaczyć?
            Niestety jak się później okazało to moja niepełnosprawność była większą przeszkodą niż kilkaset km.
            Z reguły nie komentuję Twoich tekstów ale chcę żebyś wiedział, że czytam wszystkie i bardzo lubię sposób w jaki piszesz ;).
            Pozdrawiam

          • W sensie, że silne uczucie byłoby wytłumaczeniem, czemu tylko jedna strona do kogoś przyjeżdża? Chyba coś się nie zrozumieliśmy :)
            Nie mniej, dziękuję Kasiu i bardzo mi miło :)

          • Katarzyna Bartosiewicz

            Wiesz ja mam wypaczony punkt widzenia na pewne sprawy ze względu na to, że jestem ON i tak naprawdę chcąc, nie chcąc oni muszą się bardziej poświęcać a dla mnie to naturalne. Tak, więc zrozumieliśmy się dobrze ;). Przy okazji pomoogłeś mi uświadomić sobie pewne rzeczy- jak miło :D!
            Fajnie, że prowadzisz taką interakcję z czytelnikami :).

  • Ja na południu, on na północy. Pomiędzy nami wiele kilometrów i duża różnica wieku. Po 1,5 roku znajomości zamieszkaliśmy razem i tak sobie mieszkamy od 5,5 roku i mamy 2,5 letniego syna. Udało się :)

  • Związki na odległość są spoko, jeżeli do czegoś powadzą. Moja przyjaciółka z czasów szkolnych była w takim związku przez prawie całe liceum. Dziewczyna z Warmińsko-Mazurskiego, a chłopak z pod Łodzi, poznali się na koloniach. Przez całe liceum widywali się co dwa tygodnie. Raz ona jechała do niego, potem na odwrót. Później chłopak, o rok starszy, poszedł na studia po Poznania i za rok dziewczyna do niego dołączyła. Nie chcieli zamieszkać razem, bo stwierdzili, że to za wcześnie. Dalej są razem i na wiosnę stuknie im pięć lat.

    Ja z moim chłopakiem widuję się praktycznie tylko w weekendy, mimo, że mieszkamy w tym samym mieście. Problem w tym, że pracujemy w zupełnie różnych punkach miasta. Ja na północy Szanghaju, on na południu i zwyczajnie nie mamy czasu spotykać się w tygodniu, bo oboje dość późno kończymy pracę, a trzeba jeszcze jakoś dojechać do domu i tak dalej.

    • Agu

      Związek z kolonii przetrwał? Myślałam, że to tylko legendy!

      • Przetrwał! Ale oni nie byli razem od kolonii. Poznali się w lato i kontynuowali znajomość, a razem zaczęli być dopiero kolejnej wiosny ;)

  • Dyskusja dla mnie bardzo na czasie, bo dotyczy… mojego związku. Wygląda na to, że umacniam się w swoim postanowieniu jeszcze bardziej – wraz z końcem projektu z mojej cudownej korporacji (okolice września przyszłego roku), jadę szukać szczęścia do mojego mężczyzny do Francji, bo póki co jesteśmy ze sobą na odległość. Nie ukrywam, że jest to coś ciężkiego i spotkania „raz na dwa miesiące” są dla nas normą, bo nie zawsze jest okazja, bo praca nie zawsze pozwala na szastanie urlopem na prawo i lewo. Jednak staramy się jak możemy i po kilku miesiącach takiego związku nie zwątpiłam w to ani razu, mimo, że bardzo często słyszę „weź się zastanów czy w ogóle warto tak ciągnąć”, warto, bo mam cel, który jest już zaplanowany, przeprowadzę się, ale muszę mieć czas na przemyślenie co i jak, nadchodzący rok to dla mnie właśnie będzie ten czas. I dopiero wtedy zobaczymy, czy się uda, czy nie. Na lata bym przeprowadzki w życiu nie odłożyła, bo to by było bez sensu. Cała reszta wydaje mi się być całkiem sensowna, choć cięzka, ale myślę, że dla uczucia warto ;)

    • Trzymam kciuki w takim razie i życzę powodzenia!

  • Ja już to u siebie pisałam i tu powtórzę: związek na odległosć ma sens pod warunkiem, że całe życie nie bedzie na odległość. Trzeba dążyć do tego, by mieć siebie codziennie.
    Mnie i mojego męża dzieliło prawie 300km. Pociagiem telepałam się do niego nieraz ponad 4 godziny.
    W którymś momencie podjęlisamy decyzję, że już moge, że już czas być ze soba razem naprawdę, a nie raz w miesiącu. Zostawiłam więc wszystko, spakowałam siebie, dzieci i z dnia na dzień zamieszkaliśmy w Warszawie. Takie decyzje podejmuje się trudno, ale muszą predzej niż później zostać podjęte, by związek miał sens.

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

Jadę do Warszawy w przedziale nabitym jak Pinhead, gdzie froteryści mieliby permanentny wzwód, bo jest tak gęsto, że nie da się znaleźć pozycji, w której nikt się o Ciebie nie ociera. Z prawej przykleja się do mnie czyjeś ramię, z lewej kolano, a z naprzeciwka czuję – niby niecelowe, ale jednak – smyrnięcia po łydce. Można by pomyśleć, że to miniaturowa wersja „Igrzysk Śmierci”, gdyby nie fakt, że w tej pociągowej klatce panuje cisza jak na spotkaniu kółka fanów języka migowego. Jest tak cicho, że aż uszy zaczynają puchnąć, wysilając się, aby wyłapać jakikolwiek dźwięk wydobywający się z tych ludzi. Mimo, że fonia sugeruje, że jestem w przedziale z nieboszczykami, to powonienie dobitnie przypomina, że to jednak żywi ludzie. Umarlaki nie mieszają Fahrenheita z Bondem. I potem.

Owa eksperymentalna mieszanka zapachowa, której nie powstydziłby się główny bohater „Pachnidła”, dość szybko zaczyna drażnić mi nozdrza, sprawiając, że wydaję z siebie bezwarunkowe, przeszywające całą przestrzeń, donośne:

– AAAAAPSIK!

W sensie, że kicham.

Trochę mi głupio, bo kichnięcie jest tak mocne, że odbija się jeszcze 3 razy od ścian tej pociągowej puszki, zanim zupełnie wybrzmi, ale kiedy łapię oddech, orientuję się, że nikt, ale to zupełnie, totalnie i absolutnie NIKT nie zwrócił na nie uwagi. Ani na mnie. A tym bardziej nie powiedział mi „na zdrowie”. Ani nie wydobył z siebie żadnej innej reakcji sugerującej, że odnotował moje kurewsko głośne „apsik” i fakt, że w ogóle istnieję. A istnieję jak najbardziej, bo od 5 minut stykam się skórą na łokciu z prawie elegancką przedtrzydziestką, więc jeśli tylko nie przeżyła poparzenia trzeciego stopnia w tym miejscu, to musi to czuć. Czuć też musi garniturowy, lekko podstarzały – ale jak widać po krawacie we flamingi, tylko ciałem – jegomość, smyrający mnie od czasu do czasu po wcześniej wspomnianej łydce. Czemu musi czuć? Bo w konsekwencji bezwarunkowego kichnięcia, równie bezwarunkowo uniosła mi się prawa stopa, i tym razem to ja go smyrnąłem po kostce. No i przypomnijmy, że cały czas jedziemy w 8 osób, w nieco większej paczce zapałek, więc moim współpasażerom musiano by podać naprawdę mocne leki psychotropowe, żeby nie odnotowali choć jednego z moich ruchów.

Mimo to, ZERO reakcji.

Pan garniturowy odnotował moją obecność dopiero, gdy drugi raz zebrało mi się na kichanie i owe zebranie było na tyle gwałtowne, że nie zdążyłem zakryć ręką ust, przez co część zawartości mojej jamy ustnej, wylądowała na jego uniformie z BYTOMia. Co bardzo – niechętnie, ale jednak – skwitował wzrokiem pełnym pogardy i zgorszenia, i ciężkim, krótkim syknięciem wydobywającym się z amfetaminowego szczękościsku:

– Psze uwaszadź.

Nie piszę tego tylko dlatego, żeby pochwalić się, że potrafię odróżnić zapach drogich perfum od taniego dezodorantu, bo z sytuacją znieczulania się ludzi na całe otoczenie i unikania kontaktu za wszelką cenę, spotykałem się dużo więcej niż raz. I u lekarza, gdy wchodząc do poczekalni pytałem „czy tu przyjmuje doktór Goździkowa”, bo na drzwiach nie było tabliczki lub po prostu pytając „kto z państwa jest ostatni?” i dostając w odpowiedzi wzrok zaciekle wbity w sznurowadła. I w 19-ce, gdy wracając z zakupami z Tesco przeszacowałem wytrzymałość siatek i nektarynki rozsypały mi się po całym tramwaju – od motorniczego, po łączenie z drugim wagonem – na co pasażerowie nie zareagowali nawet uniesieniem nóg, gdy wyciągałem owoce spod ich kończyn. I gdy, zdyszany jak matka Gilberta Grape’a po wejściu na półpiętro, wpadłem na peron, dobiegając do ruszającego pociągu i krzycząc do ludzi wewnątrz, czy jedzie do Warszawy, bo jak tak, to żeby hamował i mnie zabrał, nie uzyskując żadnej zwrotnej informacji, poza rozbawionym spojrzeniem osób zgromadzonych na peronie, które wiedziały, że to była kolejka do Łodzi, ale nie zdecydowały się mnie o tym poinformować.

Piszę o tym, bo bardzo mi przykro, że żyjemy pogrążeni w jakiejś zawiesinie z apatii. Celem nadrzędnym przemieszczania się po mieście jest odizolowanie się od ludzi i pod groźbą śmierci, a przynajmniej trwałego uszczerbku na zdrowiu, nienawiązywanie kontaktu z drugim człowiekiem. Źle mi z tym, że unikanie powiedzenia „na zdrowie” obcej osobie, wzbranianie się od bezinteresownego udzielenia jej informacji, czy nawet powstrzymywanie odwzajemnienia uśmiechu, premiowane jest złotem i dobrym samopoczuciem. Bo naprawdę trudno mi uwierzyć, że ktoś za darmo wprawia się w taki autyzm.

Przykro mi, że omamia nas znieczulica. Że stajemy się coraz bardziej na siebie ślepi, a drugi człowiek zauważa, że istniejesz dopiero, gdy naplujesz mu na spodnie.

Apsik.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Michael Shaheen

---> SKOMENTUJ

Bardzo cieszy mnie porno-wpadka posła PO

Skip to entry content

Pamiętacie czasy, kiedy puszczenie głośnego bąka i przypisanie autorstwa wydarzenia dźwiękowo-zapachowego koledze stojącemu obok było esencją dobrego żartu? W tych samych czasach również pociągnięcie koleżanki za włosy było wyrafinowaną formą nawiązywania kontaktów międzyludzkich, a podstawienie nogi słabszemu powodem do zdarcia gardła ze śmiechu.

Takie rzeczy bawiły w podstawówce. I niektórzy zatrzymali się na tym etapie.

porno-wpadka posła po jacek brzezinka

W środę Jacek Brzezinka – polityk Platformy Obywatelskiej – opublikował na Twitterze zrzut ekranu dowodzący, że Duda ułaskawił Kamińskiego bezprawnie. Jednak sama nieścisłość dokumentu pozwalającego prezydentowi wyjąć przestępcę spod prawa, nie wzbudziła takiego zainteresowania, co pozostałe zakładki w przeglądarce polityka PO. Zakładki z Dorą Venter i Traci Lords – aktorkami porno.

Jeśli w większej grupie ludzi zadasz pytanie „czy ktoś ogląda filmy pornograficzne?”, to 11 na 10 osób odpowie, że nie. Ewentualnie, że ten ktoś kiedyś zupełnie, totalnie i absolutnie przypadkowo, chciał zrobić powrót do dzieciństwa wpisując w Google „Buka”, ale nieumyślnie do frazy samo dodało się jeszcze „ke” i na monitorze ukazały się zakazane obrazy. Na szczęście w tej samej sekundzie wyciągnął wtyczkę od internetu, poszedł wyszorować gałki oczne pumeksem, a komputer spalił w piecu krematoryjnym.

W związku z tym, że NIKT nie ogląda pornosów – podobno nawet montażyści składają je z zamkniętymi oczami – Brzezinka został wyśmiany, wyszydzony i opluty. No bo czujecie? Ten koleś ogląda baby z gołymi PIPKAMI! Pipkami? Powiedziałem to na głos? Ale beka, HEHE. Przecież to jest zawsze zakryte. HEHE. I facetów też. HEHE. Z gołymi sisiorami! HEHE! Jak się RUCHAJOM! HEHE! NO BEKA W OPÓR! JAKIM CZEBA BYDŹ ZBOCZUCHEM, ŻEBY PACZEĆ NA RUCHJONCYCH SIE GOLASÓW! JAG SE WKŁADAJOM SISIORY DO PIPEK! BEEEKAAA! HEHE!

Śmianie się z tego, że ktoś ogląda sceny seksu, to jak śmianie się z tego, że komuś w trakcie oddawania moczu otworzono drzwi. Świadczy o tym, że zatrzymałeś sie na poziomie 5-klasisty.

Porno-wpadka posła PO bardzo mnie cieszy z 3 powodów.

Po pierwsze, demaskuje naszą hipokryzję. Szybciej hipster przyzna się do tego, że jest hipsterem, niż do bycia fanem twórczości Rocca Siffrediego. Udajemy, że nikt nie wpisuje na RedTube „threesome” albo „milf” na PornHubie, a jednak co miesiąc te portale notują milionowe wejścia, a fraza „sex” jest jedną z najczęściej wyszukiwanych w Googlach. Kto nabija te wyniki? Ci wstrętni islamiści, czy pigmeje? To tak jak z disco-polo, nie znam ani jednej osoby, która przyznałaby się, że słucha tego gatunku, a jakiś dziwnym trafem płyty jego twórców sprzedają się w ogromnych nakładach. Czary.

Po drugie, przykład idzie z góry. Po cichu liczę, że wszyscy, którzy oglądają erotykę w innym wydaniu niż swoim i jednocześnie woleliby zostać pogrzebani żywcem, niż nakryci na posiadaniu „One night in Paris”, ockną się, że to nie jest powód do wstydu. Że skoro polityk może pobudzać swoją wyobraźnię i poszerzać wiedzę o pozycjach seksualnych, to oni też. Że to normalne. Że ciekawość nie jest niczym złym. Że podejrzenie w legalnym źródle jak to robią inni ludzie i gdzie jeszcze można ją dotknąć, za kogo się przebrać, albo z której strony wziąć, żeby było ciekawiej, to naprawdę nie jest powód do samoukamienowania.

I po trzecie, cieszę się, że polityk PO szuka inspiracji i nie ogranicza się do 5-minutówki na misjonarza. Im więcej fantazji w łóżku, tym lepiej dla związku. I mniej wkurwionych ludzi na ulicach.

Teraz jeszcze czekam tylko, aż jakąś osobę publiczną nakryją na masturbacji. Bo tego oczywiście również NIKT nie robi.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Characters

---> SKOMENTUJ