Close
Close

15 pomysłów co zrobić, żeby świat był lepszy

Skip to entry content

W chwilach, gdy jest grubo po 3-ej w nocy, a ja wciąż nie mogę zasnąć, próbuję zająć myśli jakimś abstrakcyjnym tematem, żeby odpłynąć w ocean wyobraźni i zerwać kontakt ze świadomością. W takich momentach myślę o sytuacji fok na Alasce, jak skończy się „Moda na sukces” i czym różni się myślnik od minusa i półpauzy . I oczywiście, co zrobić, żeby świat był lepszy, z kranu płynął Dom Perignon, a pracownicy ZUSu nauczyli się racjonalnie zarządzać naszymi składkami. Zdaję sobie sprawę z tego, że mam dość ograniczony wpływ na otoczenie, więc owe usprawnienia staram się wymyślać zgodnie z zasadą „zmienianie rzeczywistości zacznij od zmieniania siebie”.

Co możesz wprowadzić do własnej codzienności, swoich nawyków i zachowań, żeby świat był lepszy? Oto 15 prostych pomysłów.

1. Nie spóźniaj się. Ani na spotkanie, a tym bardziej z przelewem. Zaoszczędzisz ludziom poirytowania w pierwszym przypadku i fali nienawiści płynącej w Twoją stronę w drugim.

2. Myj się lub używaj odświeżacza powietrza, gdy podróżujesz środkami masowego transportu. Zwłaszcza latem. Za każdym razem, gdy nie wali Ci spod pachy jadąc autobusem, głośność awantur w open space’ach spada o 10 decybeli.

3. Mów „cześć” sąsiadom na klatce. Jako pierwszy. Dlatego.

4. Nie wpychaj się do kolejek. Ani do kasy w kinie, ani do kibla w klubie. Mocz innych kolejkowiczów nie jest mniej ważny od Twojego, więc uszanuj, że innych też ciśnie.

5. Nie taranuj rowerzystów na jezdni. Jemu też się śpieszy. Tak jak wszystkim. A gdyby zamiast rowerem jechał samochodem, jak Ty, nawet nie mógłbyś go wyminąć.

6. Spacerując nie wchodź na ścieżki rowerowe. Bo to wkurwia.

7. Udzielaj konkretnych odpowiedzi na pytania. Lepiej usłyszeć „nie” i w inny sposób zagospodarować sobie czas, pieniądze, czy uczucia, niż tkwić w zawieszeniu po turbo zbywającym „zobaczę”, „dam znać”, „jakoś się zgadamy”.

8. Policz do 10 zanim obrazisz kogoś w internecie. I puknij się w czoło, że chciałeś to zrobić.

9. Nie wyżywaj się na ludziach tylko dlatego, że masz beznadziejną pracę. Jeśli bycie ekspedientką w monopolowym jest jak wysuszony oset w majtkach, to zrób coś z tym, bo to Ty jesteś za to odpowiedzialna, a nie klienci, na których odreagowujesz.

10. Częściej chwal niż krytykuj. Bo dobrze to wpływa na relacje z otoczeniem i pomaga skupić się na pozytywach.

11. Spróbuj zaakceptować, że ktoś ma inne zdanie. Nawet jeśli jest diametralnie inne od Twojego, nie oznacza to, że od razu zasługuje na śmierć, a jego matka kradnie chleb z darów dla powodzian.

12. Nie dodawaj kminku do chleba. Bo to też wkurwia.

13. Nie składaj życzeń przez Facebooka, tylko osobiście. No chyba, że chcesz doprowadzić do sytuacji, w której nikt nie chodzi na pogrzeby, bo wszyscy stawiają internetowe znicze pod statusem o śmierci.

14. Jeśli podczas obrad w toalecie zużyłeś papier, wymień rolkę na nową. Drzewa w Amazonii będą płakać, ale lepiej one, niż osoba, która wejdzie się załatwić po Tobie.

15.  Jeśli masz chłopaka nie zakładaj Tindera. Zaoszczędzisz wszystkim trzem stronom sporo nerwów, a świat będzie lepszym miejscem.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Catface27

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

Ludzie, którym sukces odbił się czkawką

Skip to entry content

W masowym odbiorze sukces często utożsamiany jest z popularnością lub pieniędzmi. Zakłada się, że jeśli ktoś regularnie gości na okładce Gali z torebką za równowartość średniej krajowej, to jego życie jest usłane endorfinami i poczuciem własnej wartości. Osoby przegrywające nierówną walkę z rzeczywistością, bądź po prostu borykające się z niemożnością rozmnożenia stuzłotówek, trąc jedną o drugą, mają przypadłość wierzyć, że jeśli tylko ktoś ustawiłby na nie światła jupiterów, to pieniądze zleciałyby się jak ćmy. A zaraz za nimi szczęście.

Czy jest tak faktycznie? Czy posiadanie trochę znańszej gęby gwarantuje stabilizację finansową,  emocjonalną, spełnienie i samozadowolenie? I czy sława pomaga ułożyć sobie życie?

Nie. Nie będę budował napięcia przez pięć kolejnych akapitów, żeby zaskoczyć nieoczekiwanym zwrotem narracyjnym. Po prostu tak się nie dzieje, a jeśli istnieje jakaś zależność między wzrostem rozpoznawalności, a spokojem ogólno-życiowym, to raczej działa w drugą stronę. Im więcej zaczyna się dziać wokół Ciebie, tym więcej dzieje się w Tobie i jeśli masz jakieś niepozałatwiane sprawy, jakieś tlące się wewnętrzne problemy, to gdy jesteś na świeczniku, zaczynają wybuchać żywym ogniem.

A owy sukces zaczyna odbijać się czkawką. Albo Cię spopielać.

Mike Tyson – Człowiek Demolka

Odkąd zacząłem czytać biografię Mike’a Tysona, która jest tak wielka, że służy mi też za barykadę do drzwi, przestałem używać sformułowania „nic mnie już nie zdziwi”. Bo ten człowiek jest jednym, gigantycznym, napakowanym kompleksami i testosteronem zdziwieniem. Jako 7-latek był świadkiem prostytuowania się matki, która wykonywała usługi leżąc obok niego na łóżku. W tym wieku został też zgwałcony. Nie miał czego jeść, gdzie spać i od kogo nauczyć się choćby mycia się. Jako 13-latek nokautował kolesi starszych od siebie o dekadę i gdy już leżeli nieprzytomni na ziemi, ściągał im złote łańcuszki i zabierał portfele. Za co zresztą szybko trafił do poprawczaka.

I w wieku 20 lat został najmłodszym na świecie mistrzem wagi ciężkiej, przyleciał Dzwoneczek z „Piotrusia Pana”, posypał czarodziejskim pyłem i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Nie.

Rodzice mieli go w dupie, więc od nich nie nauczył się funkcjonowania w społeczeństwie, ani w ogóle podstaw relacji międzyludzkich. Jego psychopatyczny trener też nie przekazał mu za wiele, poza tym, że najważniejsza jest wygrana i jeśli nie dajesz z siebie 400% możliwości to jesteś gównem. Więc gdy na jego konto zaczęły spływać dziesiątki milionów dolarów, a media zrobiły z niego celebrytę, braki z dzieciństwa i system wartości poszatkowany jak tatar, musiały dać o sobie znać.

I dały.

Pieniądze traktował jak oset za kołnierzem – robił wszystko, żeby się ich pozbyć. Rozwalał hajs na drogie zabawki, ciuchy i imprezy, odbijając sobie wychowywaanie się w skrajnej biedzie, aż doszedł na skraj bankructwa i musiał ogłosić upadłość. Po drodze jeszcze tracąc zwycięskie złote pasy, odgryzając ucho przeciwnikowi na ringu i odsiadując w więzieniu wyrok za gwałt. Był jak półświadome dziecko z bronią masowego rażenia w dłoniach, i to bardziej dosłownie niż w przenośni.

Chodzące zniszczenie, które potęgowało się przez sukces sportowy i uwagę mediów.

Macaulay Culkin – biedny bogacz

Jak byłem dzieciakiem to myślałem sobie, że bycie aktorem to musi być spełnienie marzeń i jak trafiasz do nieba, to za sumienne odmawianie zdrowasiek robią z Ciebie hitowego filmowca. A potem nauczyłem się czytać i składać literki w wyrazy, a wyrazy w zdania i przeczytałem artykuł o Macaulayu Culkinie. Dziecięcej turbo-gwieździe, która w dorosłym życiu bardziej przypomina wieloletniego pacjenta MONARu niż popularnego aktora. Co jakoś bardzo nie mija się z prawdą.

Macky w wieku 10 lat zaczął zgarniać takie siano, że nasz kraj mógłby się u niego zapożyczyć. To znaczy, przepraszam, nie on, tylko jego rodzice. Którzy przez lata utrzymywali wielodzietną rodzinę ledwo wiążąc koniec z końcem. Bardzo Cię zaskoczę jak powiem, że skończyło się to walką matki z ojcem o kasę? To znaczy, nie o kasę, oficjalnie o prawo do opieki nad synem. Ładny eufemizm, co?

Przeobrażanie się z dzieciaczka w nastolatka przy asyście kamer, wpłynęło na niego jak Titanic na lodowiec i słodki Kevin z Richi Richa stał się dublerem Jareda Leto w końcowych scenach „Requiem dla snu”.

Kurt Cobain – autodestruktor bez autopilota

Podobno teraz prawdziwych punków już nie ma, ale jak byłem w gimnazjum to wielu moich znajomych chciało nimi być. Więc każdy z nich miał glany, kostkę i udawał, że wie jak zagrać „Come as you are”. Ich nietykalnym guru był Kurt Cobain i jeśli nie miałeś naszywki Nirvany w widocznym miejscu, to tak jakbyś nie miał ust – nie odzywałeś się.

Historia Cobaina to był klasyczny rock’n’roll – dzieciak z problematycznej rodziny, wkurwiony na dorosłych, rząd, system i prawa fizyki, przelewa złość, ból i poczucie bezsensu na muzykę. I nagrywa ultra przebojową płytę, która staje się hymnem pokolenia, a on sam jego symbolem. Gra trasy za cysterny dolarów, stacje muzyczne windują go na szczyty playlist i wpada w sidła komercji, stając się trybem machiny, którą tak bardzo gardził.

Wewnętrzne rozdarcie próbuje zszyć igłą i heroiną. Nie wychodzi. Z pomocą krawiecką przychodzi mu Courtney Love. Kurt kilka razy przedawkowuje narkotyki, ale uwolnić się od świateł reflektorów i mroków depresji pozwala mu dopiero strzał w głowę.

 

Marylin Monroe – samobójcze 90-60-90

Świat zapamiętał ją jako symbol seksu i ikonę popkultury, bo patrzył przez pryzmat tego, co było na pierwszym planie. W tle, w okolicach scenografii, było coś innego niż złocisty blond, perlisty uśmiech i wypięta pierś. Najpierw sierociniec, potem szpital psychiatryczny, a na końcu samotne odebranie sobie życia przez przedawkowanie barbituratów. A po drodze ciągłe szukanie szczęścia pod złym adresem, trzy rozwody i bezdzietność.

Ktoś by zapytał: jak to możliwe, przecież to była hollywoodzka gwiazda? Ja bym odpowiedział: właśnie dlatego.

***

Uważaj czego sobie życzysz, bo możesz to dostać, a potem nie będziesz wiedział jak sobie z tym poradzić.

więcej na ten temat znajdziesz w mojej powieści „Lunatycy”

---> SKOMENTUJ

Kilka dni temu potwierdziło się, że lider Komitetu Obrony Demokracji – Mateusz Kijowski – nie płaci alimentów na swoje dzieci. Nie płaci tak długo, że tych zaległych pieniędzy na utrzymanie trójki potomstwa, z odsetkami zebrało się 100 000 złotych. Sporo, co?

Nie będę rozwodził się nad tym, czy osoba, która omija prawo szerokim łukiem powinna stać na czele ruchu społecznego, który ma strzec przestrzegania owego prawa. Głównie dlatego, że nikt z nas, poza osobami kanonizowanymi, nie jest święty i jak mówi stare tabloidowe przysłowie: „pokaż mi człowieka, a znajdę zdjęcia, na których nie zatrzymuje się na czerwonym”. Nie planuję również przeprowadzać śledztwa, żeby ustalić, czy faktycznie utrzymuje go nowa żona, czy zarabia na czarno, czy dotują go jakieś ugrupowania.

Chcę odnieść się tylko do tego, co powiedział na ten temat Jacek Żakowski – dziennikarz i publicysta „Gazety Wyborczej”. Jego próba wytłumaczenia niepłacenia alimentów była wyjątkowo idiotyczna, a ze względu na jego popularność i autorytet, może być chętnie przyjmowaną wymówką przez innych, którym szkoda pieniędzy na własne dzieci.

bohater płaci alimenty

Jacek Żakowski, tłumacząc uchylanie się od obowiązku Mateusza Kijowskiego, w rozmowie z Super Expressem powiedział:

w Polsce od pokoleń mężczyźni zostawiają kobiety z dziećmi i idą na wojnę. Są takie sytuacje, jak Wałęsy…

oraz

Jak jest sytuacja, którą oceniamy jako wyższą konieczność, np. obrony demokracji albo wolności, to rodzina cierpi! I jeżeli człowiek decyduje się zapłacić tak ogromną cenę, by zrobić coś dla kraju jak pan Kijowski, to tym bardziej należy mu się szacunek i uznanie!

Nie wiem, czy sytuacja na Ochocie tak diametralnie różni się od tego, co dzieje się w Śródmieściu, ale nie zauważyłem, żebyśmy mieli w kraju konflikt zbrojny. Na wszelki wypadek zadzwoniłem do znajomych mieszkających poza Warszawą, ale również nie skarżyli się na czołgi za oknami, naloty bombowe, czy bezsenność z powodu egzekucji. Może wysuwam zbyt śmiały wniosek, ale wszystkie przesłanki pozwalają mi stwierdzić, że W POLSCE NIE MA WOJNY. W związku z powyższym, porównanie działania w Komitecie Obrony Demokracji do pójścia na wojnę jest tak bardzo na wyrost, jak uznanie, że jazda komunikacją miejską na gapę to walka z systemem.

Żeby nie było, nie kwestionuję ani zasadności powstania KOD, ani sposobu ich działań, ani w ogóle niczego co z nimi związane. Stwierdzam tylko, że to diametralnie co innego, niż ryzykowanie życia za kraj walcząc na froncie.

Nie uważam również, żeby komukolwiek należało się uznanie z powodu cierpienia rodziny. Bo tak jak pan Żakowski słusznie zauważył, nie cierpi – w tym przypadku – Mateusz Kijowski, tylko jego rodzina. A konkretnie jego dzieci. Przez niego. Jeśli mielibyśmy oddawać szacunek ludziom za to, że zaniedbują swoje potomstwo, to Mama Małej Madzi miałaby dzisiaj tytuł szlachecki.

W dalszej części rozmowy czytamy:

– Ale jaką cenę?! Mógł pozostać w dobrze płatnej pracy i płacić alimenty na swoje dzieci. Wybrał jednak bycie na utrzymaniu innej kobiety i wolontariat po to, by być liderem ruchu społecznego. On nie płaci żadnej ceny! Cenę płacą jego dzieci i była żona, która musi się tą trójką zająć pomimo pracy zawodowej…

– Wie pan co? Cmentarze wojenne pełne są grobów bohaterów, których dzieci zapłaciły cenę. Więc dla mnie te ckliwe kawałeczki o dzieciach, które pan teraz sprzedaje, są kompletnie nieprzekonujące. Jak moje pokolenie za Solidarności siedziało w więzieniach albo pokolenie powstańców tracących życie, to dzieci też płaciły cenę.

I wciąż nie rozumiem jak można nie dość, że usprawiedliwiać, to jeszcze robić bohatera z człowieka, który z własnej woli zrezygnował z łożenia na trójkę swoich dzieci. Po pierwsze, jakoś kilkudziesięciu tysiącom pozostałych osób, które brały udział w manifestacjach KOD, udało się połączyć pracę zawodową z udziałem w marszu. Po drugie, z tego co rozumiem, te manifestacje są po, żeby Polska była lepszym miejscem, żeby lepiej się w niej żyło i żeby budować lepszą przyszłość. To mała uwaga: nie zrobimy nad Wisłą El Dorado i nie będzie tu płynąć miód i ambrozja, jeśli będziemy zaniedbywać własnych synów i córki. Żyłoby się lepiej, jeśli miałyby środki do rozwoju teraz i tutaj, a nie za 10 lat.

Z perspektywy osoby, która miała problem z egzekwowaniem alimentów, mogę powiedzieć, że choćby mój ojciec własnymi rękami zaprzysiężył wszystkich sędziów Trybunału Konstytucyjnego, wciąż nie stałby się bohaterem. Cały czas byłby dupkiem, który powołał mnie na ten świat i celowo chce pozbawić środków do życia.

Nie piszę tego, żeby dopieprzyć komuś personalnie. Piszę to, żeby uzmysłowić wszystkim, że udział w ruchach społecznych nie usprawiedliwia niepłacenia alimentów. Jeśli ktoś ma wątpliwości, to niech spyta któreś dziecko, jak czuje się z tym, że od dawna nie dostaje pieniędzy na życie, bo rodzic zamiast do pracy woli chodzić na manifestacje.

Prawdziwy bohater płaci alimenty.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Jlhopgood

---> SKOMENTUJ

wpis jest wynikiem współpracy reklamowej

Transseksualizm jest pojęciem prawie tak zdemonizowanym w naszym kraju jak „gender” i równie niezrozumianym, przez co często te określenia używane są zamiennie. Co oczywiście jest błędem, bo mimo, że oba związane są z płcią, to oznaczają co innego. „Gender” to tak zwana płeć kulturowa, czy też płeć psychiczna, czyli zestaw cech, zachowań i ról jakie w danym społeczeństwie przypisane są kobiecie bądź mężczyźnie.

Czym jest natomiast transseksualizm? Zgodnie z Wikipedią, to…

jedno z zaburzeń tożsamości płciowej, w którym identyfikacja płciowa nie zgadza się z płcią morfologiczną. Przyczyny tego zjawiska pozostają nieznane, rozpatruje się rolę czynników genetycznych, endokrynologicznych, neurorozwojowych i środowiskowych

Tłumacząc to łopatologicznie, to sytuacja kiedy płeć naszego ciała nie zgadza się z płcią, którą mamy w głowie – poczucie bycia kobietą w ciele mężczyzny lub poczucie bycia mężczyzną w ciele kobiety. Brzmi dziwnie/niezrozumiale/abstrakcyjnie/strasznie? Pewnie dlatego wiele osób dystansuje się od tego tematu i ze strachu woli się w niego nie zagłębiać, wrzucając go w szczelnie zamkniętą szufladę z etykietą „moce nieczyste”. Co skutkuje tym, że dla osób zmagających się z transseksualnością, to prawdziwy życiowy dramat.

W bardzo przystępny sposób problem ten obrazuje i tłumaczy nowy film Toma Hoopera – gościa, który dostał Oscara za „Jak zostać królem”.

22-go stycznia do kin wchodzi „Dziewczyna z portretu” – film oparty na życiorysie Lili Elbe, pierwszej osoby, na której przeprowadzono operację zmiany płci. Mimo, wydawałoby się, dość szokującej tematyki, opowieść poprowadzona jest bardzo łagodnie, bez scen nastawionych na skandal, czy wywołanie szumu wokół zjawiska za wszelką cenę. Reżyser położył nacisk na emocjonalny aspekt transseksualizmu, możliwie jak najspokojniej oswajając widza z zagadnieniem, bez żerowania na kontrowersji.

Ten tytuł, to opowieść o małżeństwie dwóch artystów – Einarze i Gerdzie Wegener – zajmujących się malarstwem, które wydaje się, że jest idealnie dopasowaną, kochająca się parą. Sytuacja zmienia się, gdy pewnego razu koleżanka Gerdy, która dotąd pomagała jej pozując do portretów, nie może się zjawić i malarka prosi męża o przebranie się w damskie ciuchy, aby mogła dokończyć obraz. Einar z początku w rolę kobiety wchodzi niechętnie, później jednak, pod płaszczem zabawy, robi to coraz bardziej ochoczo, z każdym kolejnym razem coś w sobie odkrywając. Przełom następuje, gdy dla żartu przebrany za kobietę idzie z żoną na bal, i w damskim kamuflażu jest tak przekonujący, również dla samego siebie, że zapomina się i dochodzi do zbliżenia między nim, a innym mężczyzną.

Staje się nieodwracalne. Od tego momentu jego prawdziwa, a dotąd uśpiona, natura budzi się, dekonstruując całego jego życie, z nim samym na czele.

Eddie Redmayne – gość, który w zeszłym roku dostał Oscara za  wcielenie się w Stephena Hawkinga – jest idealnie stworzony do roli głównego bohatera! Pisząc „idealnie” nie mam na myśli, że całkiem mu pasuje udawanie faceta będącego niepewnym swojej tożsamości płciowej, nie. Mam na myśli, że widząc go na ekranie nawet nie masz cienia wątpliwości, że jest kobietą uwięzioną w ciele mężczyzny. Nie wiem, czy jest jakiś inny aktor, który lepiej byłby w stanie zagrać transseksualistkę. Wcielić się w kobietę mogłoby wielu, udawania kobiety, która wcześniej była facetem pewnie też ktoś by podołał, ale być przekonującym jako osoba, która przechodzi pełną przemianę od jednej płci w drugą? Nie tracąc przy tym ani przez chwilę wiarygodności? Mega szacun.

Żonę Redmayne – czyli Gerdę Wegener – gra tutaj Alicia Vikander. Nie widziałem jej wcześniej w niczym interesującym poza „Ex Machiną”, ale po tym tytule zacząłem googlować wszystkie filmy z jej udziałem. Jest tutaj totalnie delikatna, zmysłowa i kobieca. Chodzący płatek róży. Czasem aż do przesady, bo chciałoby się zobaczyć ją wkurwioną, ciskającą piorunami w otoczenie, bo jakby nie patrzeć, jej ukochany mężczyzna, któremu się poświęca, przestaje nim być. Jednak nie wpływa to negatywnie na odbiór filmu. Widz mimo wszystko, przeżywa z nią dramat jej partnera, co z kolei uzmysławia, że zaburzenia tożsamości płciowej są trudne nie tylko dla osoby, którą dotykają, ale również dla jej najbliższego otoczenia.

„Dziewczyna z portretu” jest ważnym filmem z dwóch powodów. Po pierwsze, jak wcześniej wspomniałem, jest w stanie wytłumaczyć laikowi zrozumiale, na czym polega transseksualizm, który nie jest zagadnieniem prostym i po przeczytaniu książkowej definicji, wcale nie musi być oczywisty. Po drugie, uwrażliwia człowieka na to zjawisko. Pokazuje, że to nie wymysł zdegenerowanych bywalców zachodnich gejowskich klubów, tylko problem, który pojawia się w człowieku niezależnie od niego i zamienia jego życie w piekło. Mimo, że nie jestem podatny na typowe wyciskacze łez, to tej historii się nie ogląda, ją się doświadcza i trudno robić to będąc kompletnie niewzruszonym.

Polecam ten film zwłaszcza osobom negatywnie nastawionym do tematu. Obudzi w nich empatię.

---> SKOMENTUJ