Close
Close

7 powodów, dla których wolę e-papierosy od zwykłych fajek

Skip to entry content

wpis jest wynikiem zaproszenia na premierę marki Vype i przeznaczony jest tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich

Nie wiem, czy to kwestia silnej woli, genów, czy układu planet, ale nigdy nie udało mi się uzależnić od żadnej z używek. Ani od alkoholu, mimo, że mieszkałem w wielu akademikach, gdzie wódka lała się częściej niż woda, ani od papierosów, mimo, że zdarza mi się palić od czasów gimnazjum. Właśnie, zdarza. Nigdy nie paliłem regularnie, nie miałem sytuacji, że budziłem się rano i czułem, że muszę zajarać bo nie wytrzymam, ani nie przepuściłem na fajki wielokrotności dużego Fiata. Po prostu lubię palić i gdy zdarza się okazja – wyjście na piwo, moje urodziny, wakacje, sylwester – robię to dla przyjemności. Bo wciąganie i wypuszczanie dymu jest przyjemne.

Mała uwaga: jestem całkowicie świadom, że palenie szkodzi zdrowiu i mam nadzieję, że Wy również zdajecie sobie z tego sprawę. Podobnie jak używanie telefonów komórkowych, życie w stresie, siedzenie 8 godzin dziennie przed komputerem, czy mieszkanie w Krakowie. Dlatego nikogo do tego nie namawiam, ani nie zachęcam, jednak, biorąc pod uwagę, że to zabawa dla dorosłych, darujmy sobie wzajemne moralizowanie i jeśli ktoś jest całkowicie przeciwny, to proszę o odpuszczenie tematu, bo szkoda czasu na licytowanie się, czy gorsze są papierosy, kawa, czy smog.

Przez to, że nigdy nie traktowałem palenia jak konieczny element każdego dnia, tylko sporadyczny umilacz, bardzo lubię palić sziszę, bo jest esencją całego procesu. Słodki, miły, kojący zapach i duuużo mlecznego dymu. W paleniu sziszy nie chodzi o zaspokajanie głodu nikotynowego, tylko relaks i celebrowanie chwili. Zastanawiasz się pewnie teraz, co nagłówek tego tekstu ma wspólnego z tym, o czym piszę? Właśnie to, że e-papieros jest dla mnie taką miniaturową sziszą.

Kiedyś byłem sceptycznie nastawiony do tego urządzenia i bardziej kojarzyło mi się z czekającymi na emeryturę portierami, niż młodymi, nowoczesnymi ludźmi, ale wraz z tym, jak e-papierosy zaczęły ewoluować, powoli zacząłem się przekonywać, aż zupełnie nie uznałem, że to lepsze rozwiązanie niż zwykłe szlugi. E-papierosy, nie wyglądają już jak połączenie drążka zmiany biegów ze Star Treka z palcem wskazującym obcego. Te od Vype, są zgrabne, ładnie i minimalistycznie zaprojektowane, bez lampek choinkowych włączających się podczas palenia, bez psujących się grzałek i rozlewających się płynów po całej fai. Są eleganckie.

Ich hasło to „e-papierosy stworzone od nowa”, a ja mogę powiedzieć, że na pewno stworzone lepiej niż ich poprzednicy. Na tyle lepiej, że traktuję je jak mikro-sziszę i wolę je, niż zwykłe fajki. Czemu?

 

Po pierwsze, nie śmierdzi w pomieszczeniu, w którym palisz

vype e-papieros 6

W czasach kiedy palenie nie było zabronione w klubach, wchodząc na imprezę po północy czasem nie wiedziałeś, czy jesteś na parkiecie, czy w obozie koncentracyjnym. Witała Cię szary kisiel, po wejściu w który, całe Twoje ubranie momentalnie nim nasiąkało, do tego stopnia, że nawet jeśli byłeś aktywnym użytkownikiem nikotyny, to Ci to przeszkadzało. Zresztą, nie trzeba chodzić po klubach. Jeśli palisz w domu, to wiesz, że wystarczy jedna fajka, żeby cały pokój nią przesiąkł. Z e-papierosem nie ma tego problemu, bo jego dym po wypuszczeniu z ust po chwili jest bezwonny.

 

Po drugie, nie śmierdzą ci ręce

vype e-papieros 2

Wiele osób lubi palić po posiłku, ja również. Ale nienawidzę tego jak później śmierdzą mi dłonie. Zwłaszcza, gdy zamówiłem deser, który je się palcami.

 

Po trzecie, żar nie spada ci na ubranie

vype e-papieros

Ani nigdzie indziej. A zdarzyło mi się przypadkiem robić dodatkowe wywietrzniki i w spodniach, i w swetrach, i w kanapach, i w zasłonach. Nie żeby to zawsze wynikało z mojej wrodzonej niezdarności. Czasem ten mebel po prostu sam się napatoczył.

 

Po czwarte, nie musisz pamiętać o ogniu

A jak palisz sporadycznie, to zazwyczaj o nim zapominasz.

 

Po piąte, e-papieros jest nieinwazyjny dla niepalących

vype e-papieros 3

Dym z analogowych szlugów zazwyczaj drażni osoby niepalące i to czasem nie w tylko w nozdrza, ale i w oczy, co skutkuje łzawieniem. Ba, mnie samemu nie raz zdarzyło się uronić łzę, gdy szara mgiełka wpadła mi do oka. Z e-papierosami nie ma tego problemu, bo to, co się z nich wydobywa, to w zasadzie nie dym, ponieważ nic się nie spala, tylko para powstała przez podgrzanie płynu znajdującego się w nich. W raporcie zleconym przez organizację Public Health England, badacze z ośrodka Centre for Tobacco and Alcohol Control Studies podsumowali aktualny stan wiedzy, mówiąc:

Papierosy elektroniczne nie wytwarzają dymu, zatem jest jasne, że udokumentowane szkodliwe efekty biernego palenia ich nie dotyczą. Kontakt osób niepalących z oparami papierosów elektronicznych nie stanowi powodu do niepokoju, chociaż badania laboratoryjne sugerują, że korzystanie z e-papierosa w zamkniętym pomieszczeniu naraża innych na działanie nikotyny na poziomie jednej dziesiątej stężenia generowanego przez zwykły papieros.

 

Po szóste, jest więcej dymu

vype e-papieros 7

Tak jak pisałem we wstępie, to co mnie jara w jaraniu, to wciągnie i wypuszczanie dymu, patrzenie jak sobie leniwie frunie po przestrzeni i w jakie wzory się układa, i w przypadku e-cygaretek jest go zdecydowanie więęęcej.

 

Po siódme, nikt od ciebie nie sępi

vype e-papieros 9

Ani na imprezie, ani na ulicy, co w drugim przypadku często sprawia, że czas przejścia przez deptak w centrum miasta skraca się o połowę.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Dramatyczna relacja z PRAWDZIWEGO życia bez smartfona

Skip to entry content

(w końcu odebrałem z naprawy zniszczony ponad miesiąc temu telefon, więc jestem Wam winien wyjaśnienie, jak NAPRAWDĘ wyglądało życie bez smartfona)

Miesiąc temu roztrzaskałem sobie smartfon mierząc aplikacją „Linijka” długość okna, żeby dobrać odpowiedni rozmiar zasłon. Nie dość, że wciąż śpię przy asyście sąsiadów z naprzeciwka, to nawet nie wiem kiedy dokładnie się to stało, bo naścienny kalendarz, mimo podawania komendy głosowej, nie chce wskazać aktualnej daty. Chciałem zapostować na Facebooku zdjęcie pajęczyny na wyświetlaczu albo chociaż puścić krótkiego Tweeta, żeby wszystkich 365 najbliższych znajomych, których tam zebrałem wiedziało co u mnie, ale budka telefoniczna na rogu mojej ulicy nie ma opcji robienia zdjęć.

Po drodze do budki przechodziłem obok bezdomnego. Chciałem zasnapować jak dużym problemem jest bieda w dzisiejszych czasach, ale z przedwojennego Kodaka nie da się dodać zdjęć do „My Story”, więc musiałem je wywołać w punkcie fotograficznym w centrum i zawieźć do wszystkich 5 osób, które obserwują mnie w tej aplikacji. W trakcie podróży nie mogłem użyć JakDojade.pl, na szczęście kumpel podpowiedział mi sztuczkę. Zdradził mi sekret, że podobno na przystankach jest coś jakby program telewizyjny tylko z autobusami.

Chodzi dość topornie i nie reaguje na dotyk, ale w sumie czego się spodziewać po państwowych apkach?

W autobusie Spotify odpalone w kabinie kierowcy zacięło na „Jesteś szalona” i mimo wciskania czerwonego przycisku „stop” przy drzwiach wejściowych, program nie reagował. Zresztą to był najmniejszy kłopot tej jazdy. Na podwójnym siedzeniu po lewej, zaraz za kabiną kierowcy, siedziała dziewczyna, która mi się podobała, ale mimo przegrzebania jej torebki, nie mogłem znaleźć innego zdjęcia poza profilowym w dowodzie. Stwierdziłem, że #RKŚ, trudno, kto nie ryzykuje, ten nigdy nie pozna wenerologa i, jak George Michel w dark roomie, trzeba walić w ciemno. Przesunąłem ją w prawo, na tak, ale pech chciał, że autobus się przechylił przy skręcie i moja przyszła współkredytobiorczyni pożyczki na mieszkanie wypadła przez okno.

Podryw bez Tindera jest niebezpieczniejszy, niż to się ludziom wydaje.

Starsza pani siedząca 2 rzędy dalej zaczęła krzyczeć, że jestem bandytą i namawiać kierowcę do wezwania policji, ale mimo wciskania krzyżyka na łańcuszku na jej szyi, nie dało rady ani usunąć komentarza, ani zbanować kobity. Chciałem olać to kopanie się z motłochem i podjechać Uberem do tego 1 z 5 obserwatorów na Snapchacie. Chciałem, ale przypomniało mi się, że gdy tydzień temu wybierałem się do znajomego z podstawówki, żeby napisać mu „stuffka mordo!” na ścianie w salonie z okazji urodzin, mimo, że wyraźnie zaznaczyłem na chodniku sprejem duże koło wokół siebie, nikt nie przyjechał. Z MyTaxi to samo, mimo idealnie odwzorowanego logotypu na dywanie w mieszkaniu kumpla, przez 45 minut nikt nie przyjechał.

Geolokazlizacja w analogu ssie.

Podobnie Endomondo. Musiałem odpuścić bieganie na tydzień, bo nie mogłem wymyślić jak mam jednocześnie zaznaczać przebytą trasę i informować znajomych o tym, że zrobiłem życiówkę. Na początku też próbowałem spreju, ale w Warszawie jest tyle tagów na ulicach, że nikt nie zwracał uwagi na mój fioletowy rwany pas. Poza tym, gdy tylko spadł śnieg, nie było widać spod niego mojej trasy, więc bieganie mijało się z celem. W końcu rozkminiłem jak można sobie poradzić z tym problemem bez smartfona. To tak proste, że aż głupio mi, że wpadłem na to dopiero po tygodniu.

Wystarczyło co 50 metrów kłaść zwłoki.

Po pierwsze, żeby były niewidoczne musi spaść naprawdę od cholery śniegu, po drugie, to najprostszy sposób, żeby wszyscy Twoi znajomi dowiedzieli się o Twoim wyniku. Jeszcze zanim ukończyłem bieg, już widziałem spore grono osób poruszonych moim treningiem. Niektórzy nawet płakali wzruszeni moim zaanagżowaniem w sport. Inni z kolei zainspirowani świetnym czasem, przyłączali się biegnąc za mną i dopingując hasłami „ty chory pojebie”. Faktycznie wynik, który wykręciłem był tak dobry, że aż chory. Niestety, zazdrośni policjanci zdewastowali trasę po czasie usuwając poszczególne ciała.

I znów całe bieganie w pizdu.

autorem zdjęcia jest Matthew Hurst

Wojna Płci: czy przyjaźń damsko-męska jest możliwa?

Skip to entry content

Na swojej drodze spotkałem wiele dziewczyn, które pod różnymi pretekstami nie pozwalały swoim chłopakom spotykać się z innymi kobietami i jeszcze więcej kolesi, którzy kategorycznie nie pozwalali swoim dziewczynom mieć nawet kolegów, bo tak. Wśród wielu osób nie będących w związkach, również dominuje silne przekonanie, że przyjaźń damsko-męska nie ma racji bytu, bo jeśli mężczyzna spotyka się z kobietą, to tylko w jednym celu. Czy aby na pewno? O tym rozmawiam z Asią z “Wyrwane z kontekstu” w piątej odsłonie Wojny Płci.

Wojna Płci

Jan Favre: Miałaś kiedyś przyjaciela?

Joanna Pachla: Miewałam. Dzwoniłam do niego, siedząc na brzegu wanny i płacząc, gdy mnie faceci rzucali. Ale później powiedział, że nie mogę więcej dzwonić, bo jego dziewczyna się złości. To mi trochę zaburzyło definicję przyjaźni. Więc to chyba jednak palant był, nie przyjaciel.

Jan Favre: Ten zwrot „miewałam” odnosi się do tego konkretnego faceta? W tym sensie, że przyjaźniliście się, gdy był wolny, a w momencie, kiedy wpadał w związek, od razu wchodził pod pantofel zazdrosnej partnerki i musieliście urywać kontakt? Czy w ogóle do facetów, z którymi miałaś bliższe niezwiązkowe relacje?

Joanna Pachla: Do tego konkretnego. Użyłam zwrotu „miewałam”, bo to był przyjaciel od akcji awaryjnych. Taki do dzwonienia czy spotykania, jak wali Ci się świat. Albo jemu. Ale tak, żeby się z kimś spotykać regularnie, wychodzić gdzieś wspólnie, razem spędzać czas – to nie, nie miałam. Życie uczy mnie, że to się nie udaje. Prędzej czy później któraś ze stron chce zrobić z tej przyjaźni związek. Albo chociaż seks.

Jan Favre: To według mojej definicji, to nie był przyjaciel, tylko… nie wiem… wolontariusz z Ochotniczego Pogotowia Rozstaniowego?

Ja z kolei mam inne doświadczenia na gruncie przyjaźni damsko-męskich. Ostatnie, które chciałem zamienić w coś więcej, były w podstawówce. Bo wtedy też byłem na tyle nieśmiały, że na dobrą sprawę nie miałem pojęcia, w jaki inny sposób mógłbym widywać dziewczynę poza szkołą, niż pod pretekstem „przyjaźni”. Tyle, że to była przyjaźń w cudzysłowie tak dużym jak nos Pinokia. Od liceum natomiast, to już były czyste relacje. Przynajmniej z mojej strony. Choć też nie przypominam sobie, żeby któraś z moich przyjaciółek podkochiwała się we mnie.

Ale to może po prostu dlatego, że jestem brzydki.

Joanna Pachla: Ale ja nie mówię o udawaniu przyjaźni i cichym podkochiwaniu się. Ani o żadnych innych, nieszczerych intencjach. Tylko o tym, że zwykle któraś ze stron wpada z czasem na pomysł, że zróbmy z tego coś więcej.

Ale… Chcesz powiedzieć, że można udawać przyjaźń, licząc na coś od początku? To wtedy ciągle nazywa się przyjaźń, a nie oszustwo?

Jan Favre: To ja nie miałem nigdy takich pomysłów, żeby przyjaźń zamieniać w związek. Głównie wynikało to z tego, że dość szybko wiedziałem, czy chcę z kimś być, śmiać się, płakać i sypiać, czy tylko śmiać i płakać, i nigdy nie ulegało to zmianie wraz z czasem. Ani w jedną, ani w drugą stronę.

Natomiast, co do Twojego pytania o udawanie przyjaźni, to niestety, przez wielu facetów jest to praktyka stosowana na porządku dziennym.

Gość spotyka dziewczynę, która mu się podoba, ale zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie jej zdobyć w normalny sposób, bo nie jest dla niej atrakcyjny pod kątem seksualno-związkowym, więc udaje przyjaźń, żeby się do niej zbliżyć. Głęboko wierzy, że jeśli będzie z nią spędzać dużo czasu, pomagać w problemach, zabawiać i uprzyjemniać codzienność, to ona nagle ściągnie kataraktę z oczu i zobaczy w nim super samca alfa, z którym chce wziąć kredyt na M3 i pojechać do Bułgarii. Miałem znajomego, który przez ponad 2 lata był w stanie udawać przyjaciela, żyjąc w nadziei, że ona w końcu się do niego przekona i nagle rzuci w ramiona w samej bieliźnie.

Kobiety tak nie robią?

Joanna Pachla: Ale przecież to głupie! Albo – mówiąc bardziej dyplomatycznie – naiwne. Jeśli nie chcę kogoś dzisiaj, to dlaczego miałabym go chcieć za dwa lata? Bo mi robił za murzynka i wachlował mnie liściem palmowym w gorące dni? Przecież związku nie robi się z litości czy wdzięczności, na zasadzie: „był dla mnie dobry, pomagał mi, to może go jednak pokocham”. To się nie może udać.

Jan Favre: [Panowie, słyszycie? Info z pierwszej ręki: to tak nie działa.]

Joanna Pachla: Szczerze? Nie znam ani jednego przypadku tak „wychodzonego” związku. Ani kobiety, która by tak robiła. Udawać przyjaciela i czekać na związek jak na promocję w supermarkecie? Przecież to głupie jak religia w gimnazjum.

No i jak ten Twój znajomy skończył?

Jan Favre: Pracuje w Capgemini, tak że średnio.

Joanna Pachla: Nie byłabym z facetem, który pracuje w Capgemini. Rozumiem, że ona też nie jest?

Jan Favre: Nie. Gdy on w końcu ujawnił się i odkrył karty, ona powiedziała to, co zwykle dziewczyny mówią w takim sytuacjach: „Mirek, ale co ty gadasz? Pszeciesz my jesteśmy pszyjaciółmi!”. I doszło do niego to, co mówiłem mu od dawna – że tylko traci czas.

Abstrahując jednak od tych zagrań wbrew kodeksowi harcerza, wiem, że przyjaźń między mężczyzną a kobietą jest możliwa.

Joanna Pachla: Z doświadczenia?

Jan Favre: Własnego.

Joanna Pachla: I nie z czasów piaskownicy? Wow.

To jak się robi taką przyjaźń? Bo na przykład jeden z moich byłych miał teorię, że przyjaźń między kobietą a mężczyzną jest możliwa tylko wtedy, jeśli mają oni odmienną orientację seksualną. I trochę się z tym wiercę. Bo co, żebym mogła przyjaźnić się z facetem, to to od razu musi być gej? Nie, żebym nie lubiła, ale zawęża to pole manewru. Ale skoro Tobie nie zawęziło, to opowiedz mi o tym. Jak to się robi?

Jan Favre: Żeby to była faktycznie czysta przyjaźń, a nie czajenie się na związek którejś ze stron, z moich doświadczeń wynika, że musi być spełniony jeden bardzo, ale to bardzo istotny warunek: nie możecie być w swoim typie. Tłumacząc obrazowo, on nie może fantazjować o tym, jakby to było złapać Cię za tyłek zamiast przytulić na przywitanie, a Ty nie możesz wyobrażać sobie, czy bez koszulki w Twoim łóżku wyglądałby równie dobrze, co ubrany w fotelu.

Innymi słowy: nie możecie lecieć na siebie. No i musicie się lubić. A przynajmniej mieć coś wspólnego.

Joanna Pachla: I nie może to być dziecko?

A tak całkiem serio – ok, zgadzam się z Twoimi „warunkami” zaistnienia przyjaźni, ale znowu brzmią mocno teoretycznie. A ja Cię pytam o życie. Masz przyjaciółkę, tak? Jak to funkcjonuje? Od kiedy? Kim ona jest? Jaka jest? I dlaczego byś się z nią nie przespał?

Jan Favre: Z jedną przyjaciółką znam się 4 lata, z drugą 3 i funkcjonuje to dokładnie tak samo, jak z każdym innym przyjacielem płci męskiej. Widujemy się na browara, na obiad, żeby pogadać albo się upić, albo pomóc sobie, jak jest jakiś problem. Najczęściej bardziej ogólno-życiowy niż związkowy, ale i w tych również się wspieramy, jeśli jesteśmy w stanie. Zasadniczo, nie dzielę swojego podejścia do przyjaciół względem płci, tylko albo ktoś nim jest, albo nie, bez zaglądania w majtki.

A nie poszedłbym z nimi do łóżka, bo tak, jak wcześniej wspomniałem, nie są w moim typie. Jeśli by były, to byśmy się nie przyjaźnili.

Rozumiem, że Ty nigdy nie miałaś kogoś, z kim regularnie się spotykałaś i ani nie był Twoim chłopakiem, ani nie miał piersi?

Joanna Pachla: Nie. Mam masę kumpli, ale przyjaciela-faceta? Żadnego. Raz próbowałam. Chyba z pół roku świetnie nam szło, a potem dupa. To znaczy seks. I nie udało się wrócić, bo jak? Znowu przyjaźń bez seksu? On nie chciał. Przyjaźń z seksem? Ja nie chciałam.

Ale to miłe, że mówisz, że się da. Myślałam, że z tym jest jak ze zjedzeniem tylko jednego ciasteczka. Wszyscy o tym mówią, a nikomu nigdy nie udało się na tym poprzestać.

Jan Favre: Jak lubisz mięso, ciasteczka Cię nie ruszają.