Close
Close

17 rzeczy, które zaskakują w Mediolanie

Skip to entry content

We Włoszech miałem okazję być w trakcie tegorocznej Wielkanocy, kiedy zabrałem mamę do Rzymu, więc ten kraj nie był już dla mnie jakąś wielką zagadką. Po wizycie w stolicy, wydawało mi się, że Włosi niczym mnie już nie zaskoczą, bo co może przebić uliczne automaty z lubrykantami i przystanki z rozkładami bez godzin odjazdów? Albo plagę sprzedawców kijów do samojebek? Okazało się, że Mediolan jednak ma do zaoferowania kilka niespodzianek, które zapadają w pamięć. Tytuł światowej stolicy mody najwyraźniej zobowiązuje.

Oto 17 rzeczy, które zaskakują w Mediolanie!

Duomo di Milano – najbardziej zabarierkowany kościół w jakim byłem

Duomo - kościół w którym nigdzie nie można wejść (1)

Duomo - kościół w którym nigdzie nie można wejść (2)

Miasto mody pod kątem zwiedzenia nadaje się na maksymalnie 2-dniową podróż – w pierwszy dzień zwiedzasz katedrę i sklepy, w drugi obżerasz się pizzą i lodami. Serio, dużo więcej do zobaczenia tam nie ma, a i pierwszy punkt mocno rozczarowuje. Mimo, że wstęp do katedry w centrum miasta jest płatny, to możesz się poruszać po jakiejś 1/5 jej powierzchni. Reszta jest szczelnie otoczona barierkami, tak byś mógł popatrzeć sobie na jej poszczególne elementy tylko z oddali. Genialne, co?

Ogromne groby!

wielkie grobowce

Albo ktoś tu ma kompleksy, albo bardzo pozazdrościł Egipcjanom, ale tak właśnie wyglądają nagrobki na Cimitero Monumentale.

Galleria Vittorio Emanuele II – ekskluzywna galeria handlowa

ekskluzywna galeria handlowa

Wygląda naprawdę mega elegancko, bez kiczu, wiochy i przypałowych szyldów. Chodząc między sklepami po podłodze błyszczącej się jak oczy proboszcza przyjmującego kopertę na kolędzie, aż w głowie sam nuci refren kawałka Kreayshawn „Gucci, Gucci, Louis, Louis, Fendi, Fendi, Prada”.

Oryginalne sposoby żebrania

oryginalne sposoby żebrania

rzeźby z marchweki

U nas szczytem pomysłowości jest przyznanie się na kawałku kartonu, że zbiera się na jabola, a nie jedzenie. Ewentualnie bierze się na żebry psa, żeby wzbudzić współczucie. W Mediolanie robi się niemal instalację artystyczną z kolorowych pasków i powietrza wydostającego się z metra albo rzeźbi się w marchewce. Szacun za kreatywność!

Po mieście jeżdżą przebierańcy na rolkach

przebierańcy na rolkach

W zasadzie nie wiem czemu, ale na pewno nie żeby napastować ludzi, czy, jak to się teraz modnie mówi, robić pranki.

Coperto

coperto

Coperto to tak zwana „opłata za nakrycie” pobierania we włoskich restauracjach, czyli sposób na zdzieranie hajsu z ludzi. W Rzymie nie spotkałem się z tym w ani jednej knajpie, ani w centrum miasta, ani na obrzeżach. W Mediolanie „za nakrycie” kasują Cię wszędzie i to średnio 2 euro od osoby, więc wcale nie mało, zwłaszcza, że ceny dań w restauracjach też nie należą do najniższych.

Mega szerokie bilety do metra

szeroki bilet do metra

3-krotnie szersze niż polskie. To znaczy warszawskie.

Krzesła na budkach telefonicznych

krzesło na budce telefonicznej

To podobno innowacyjny projekt, zachęcający mieszkańców do aktywności fizycznej. Chcesz wygodnie sobie zadzwonić z reliktu zeszłej dekady? Musisz się chwilę pogimnastykować.

Reklamy na kościołach

reklama na duomo

A konkretnie na wcześniej wspomnianej ogromnej katedrze w centrum miasta. Nie ma to jak powiesić sobie billboard promujący tureckie skóry na świątyni religii katolickiej, co? To tak, gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości, czy Włosi są turbo wierzący.

Mikro-przystanki

mikro przystanki

To z kolei akcja promująca szczupłą sylwetkę. Przesadziłeś z obiadem? Wypadasz na ulicę.

Hipsterskie toalety

toaleta

Spłukiwanie wody nogą w Rzymie okazało się za mało nietypowe, mediolańczycy postanowili pójść krok dalej i usunąć muszę klozetową, zostawiając dziurę w ziemi. Z miejscem po bokach na… właśnie nie wiem na co. Kwadrans zastanawiałem się jak z tego skorzystać.

Wolnostojące miejsca do ładowania telefonów

ładowarki w środku miasta

Znajdujące się ot tak, w przestrzeni miejskiej. Świetna sprawa. Dla osób bez banków energii oczywiście.

Zamykanie stacji metra na noc

zamykanie metra

Po przylocie do Mediolanu, dostaliśmy się busem do dworca głównego, a stamtąd nie udaliśmy się od razu do mieszkania, tylko na szamę. No bo jak długo można odkładać zjedzenie pizzy? Jak już rzuciliśmy się na włoskie specjały, skończyliśmy jakoś chwilę przed jedenastą i zorientowaliśmy się, że wypadałoby w końcu dotrzeć do miejsca, w którym będziemy spać. Chcieliśmy do niego dotrzeć metrem, ale – uwaga, uwaga – stacje metra, są na noc zamykane na kłódkę! I to nawet w momencie, kiedy metro jeszcze kursuje!

Oczojebne ruchome reklamy

oczojebne reklamy

Idziesz sobie wieczorem nad kanałem z dziewczyną, chcesz żeby było romantycznie, nawet postarałeś się i włożyłeś czystą bieliznę, a tu jeb! Dostajecie prosto w oczy kurewskim migotem jakieś cholernej reklamy! I to nie raz, a co chwilę jesteście oślepiani jakimś animowanym billboardem zupełnie psującym atmosferę. Beznadzieja.

Radiowozy rodem z lat 60-tych

dizajn radiowozów policyjnych jak z lat 60

Wordartowy napis „POLIZIA” tak piękny, że grafik płakał jak projektował.

Pełna rozkmina „Ostatniej wieczerzy”

ostatnia wieczerza (1)

ostatnia wieczerza (2)

W Mediolanie, w refektarzu klasztoru przy Santa Maria delle Grazie, znajduje się jedna z najsłynniejszych prac Leonarda da Vinci wraz z tłumaczeniem składowych. Poszczególne elementy „Ostatniej Wieczerzy” podzielone są na części i dokładnie poopisywane, przez co na obraz patrzy się bardziej jak na film. Wyjaśnienie kto jest kim na fresku, co robi i co z tego wynika, naprawdę daje do myślenia. Brawo, za ogarnięcie rozkminy!

W każdej restauracji próbują Cię przekręcić na hajs

wszedzie próbują Cię przekręcić

Pomijam już to niedżentelmeńskie doliczanie coperta, ale w niektórych lokalach, oprócz „opłaty za nakrycie”, jeszcze osobno doliczają Ci opłatę za obsługę! Więc w naszym przypadku oprócz skasowania 2 euro coperta od 7 osób, doszło jeszcze 11% ekstra z całej sumy rachunku. Czyli summa summarum, zapłaciliśmy w sumie 30 eurasków za ten zaszczyt, że w ogóle pozwolili nam zamówić u nich jedzenie. Pomysłowe, kasować ludzi za to, że dają Ci zarobić, co? Oprócz tego dochodziły bardziej wyszukane wałki w stylu doliczania do rachunku napojów, których nikt nie zamawiał. I nie widział na oczy. Albo udawanie, że coś jest już w cenie zamówienia, po czym jednak pojawiało sie osobno na paragonie.

Mediolan – miasto, gdzie nauczysz się liczyć.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Marta

    Mieszkam obecnie w Mediolanie, stąd kilka pytań/sprostowań do postu:
    – gdzie Ty taką toaletę dorwałeś?
    – coperto, to standard, niestety nacinanie na rachunkach jak mówisz w innym języku też, także trzeba uważać albo udawać Włocha :p,
    – metro jest zamykane o 24 lub 24:30 zależy od dnia i stacji, także z tą 23 przesadziłeś :p, na pewno nie na Stazione Centrale, poza tym w czasie zamknięcia metra jeżdżą autobusy po tej samej trasie.

    Dodam od siebie prywatne zaskoczenie: mieszkam w kamienicy w centrum miasta w kawalerce, takiej w sumie dosyć sporej – koło 35 metrów i mam kominek :D, mieli chyba niezłą wenę jak projektowali to mieszkanie.

  • Coperto doliczają tak naprawdę w całych Włoszech, bardziej zaskakujące jest jeśli go nie doliczają ;) Niestety Włosi bardzo często dopisują do rachunku rzeczy, których się nie zamawiało, dlatego najlepiej zawsze uważnie kontrolować co się na nim znalazło. Nigdy nie zdarzyło mi się, że po zwróceniu im uwagi kazali mi płacić za dopisane rzeczy, raczej udawali, że nie mają pojęcia jak to się stało ;) Czasem w ramach przeprosin oferowali darmową kawę.

  • Agg

    A jak jechaliście nad jezioro como? I jest tam coś ciekawego do robienia o tej porze roku? ;)

    • Jechaliśmy tam pociągiem z dworca głównego jakieś 40-50 minut i było wtedy (koniec października) naprawdę bardzo ładnie i całkiem ciepło (dałem radę wejść do wody), tak że polecam.

  • Anna Czarnecka

    Znasz włoski czy może próbowałeś sposobu Pitera? :D https://www.youtube.com/watch?v=-34zQJbG-VQ

    • Yyy, nie, po prostu robiłem zakupy w sklepach samoobsługowych :)

  • W te wakacje byłem w Mediolanie stopem! Bilety w porównaniu do innych miast Europejskich mają tanie :) W Amsterdamie za dobowy płaciłem 7,50 za 1 przejazd – 2,90. W Mediolanie za dobowy 4.50 a za jeden przejazd 1,50 :) Mediolan jest ładny, ale nie dla mnie :)

  • Anna Czarnecka

    Znasz włoski czy może próbowałeś sposobu Pitera? https://www.youtube.com/watch?v=-34zQJbG-VQ

  • Meehoow

    Czytam Cie od dluzszego czasu, ale serio brak Twojej wiedzy na temat tego swiata jest frustrujacy. Piszesz o sprawach oczywistych, jakby to bylo niewiadomo co. Na calym swiecie masz wieksze bilety do metra niz w warszawie, na calym swiecie doliczaja service charge do rachunku, katedry sa barierkowane przed wydarzeniami, toalety ktore przyszly z rosji, tez sa popularne. Przystanki maja zajmowac jak najmniej miejsca, a ‚oczojebne’ reklamy sa podstawa w wiekszosci krajow europejskich. A najgorsze jest to ze i tak zapewne usuniesz ten komentarz i nie odniesiesz sie do niego w zaden sposob.

  • Hipsterskie toalety są wszędzie, np. najmniejsza włoska toaleta w barze we Florencji, gdzie dodatkowo nie miałbyś się jak obrócić. Ja miałam problem. Co do coperto, Mediolan jeszcze jest „cywilizowany”, spróbuj nakłonić Neapolitańczyka, żeby osbłużył Ciebie i 20 os. grupę bez coperto, bo przecież i tak będą mieli mega zarobek. To się nie dzieje ;) Mówią, że tam się pracuje po to, żeby żyć, a nie żyje po to, by pracować. Ale czasem to po prostu zwykła duma ;)
    A reklamy na kościołach już widziałeś. Kościół Trójcy Św. centralnie nad Schodami Hiszp. od lat zakrywa reklama biżuterii, to najbardziej zyskowne miejsce w Rzymie :D

  • Mateusz Rzońca

    Akurat coperto doliczali mi niemal w całych Włoszech (łącznie z ww. Rzymem). A raz na paragonie zamiast jakiegoś napoju pojawił się Jack Daniel’s, oczywiście droższy od tego napoju. Zwróciłem uwagę kelnerowi, a on tylko życzliwie się uśmiechnął i kazał zapłacić za to co jest na rachunku. A mówią, że Polska to cebula etc… :)

  • Magda

    Może i w Polsce widok ten nie jest obcy, ale nigdzie indziej nie widziałam aż tylu bezdomnych śpiących na ulicy. W centrum miasta dosłownie na każdym kroku :(

  • Z tego co kojarzę reklamy na katedrze są tylko na czas remontu elewacji, ponieważ to reklamodawcy go sponsorują. Mnie w Mediolanie zadziwily jeszcze tramwaje.

  • Nauczę się liczyć? Super! Pakuję walizkę. Najwyższy czas nabyć tę niebywałą umiejętność.

  • W Laosie to tylko takie kibelki mieli. I na niektórych stacjach benzynowych w Chorwacji.

    A jak z angielskim i ogólnie komunikacją?

    • Z angielskim słabiutko, ale pieniądze są językiem wszechświata.

  • Nie byłam w Mediolanie ale, żeby obczaić hipsterskie toalety czy radiowozy z poprzedniej epoki to w sumie nie trzeba daleko szukać :) Najlepsze są sposoby na żebranie, szacun za pomysłowość

  • Aleksandra Muszyńska

    Zielona Góra Mediolanem Europy wschodniej. Tam też wiszą wielkie ekrany ledowe (chyba ledowe, nie znam się – takie, co walą po oczach), w tym jeden przy głównej ulicy. Koncertowo oślepiał kierowców. Chyba już zdjęli to paskudztwo.
    Coperto :<. Skroili nas raz na pięć Euro od sztuki, i to na Sycylii, gdzie niby trochę taniej.

    • Żeby pracownika sądowego na takie sumy? Wyroków się nie boją chyba.

      • Aleksandra Muszyńska

        Sądowego to może by się bali. Ja będę „prywaciarzem”, więc już nie ma litości.

  • Moje pośladki są na zdjęciu, YES!

  • Ej ta dziura to jest tak, ze na bokach masz miejsce na nogi.
    I taki system toalet funckjonuje również w Rosji a także w Japonii w miejscach publicznych ;)

  • Z „coperto” spotkałam się w Czechach. Nie wiem tylko, czy praktykowane jest we wszystkich restauracjach. W każdym razie uważam, że jest to bardzo przesadzone.

    • O, a w jakim mieście? Bo będąc w Pradze nie spotkałem się z tym w żadnym lokalu.

  • Warto poświęcić trochę czasu tez na Bergamo. Tam jest mniej turystów i jest bardzo klimatycznie.

    • My akurat wybraliśmy się na jezioro Como i było bardzo malownicze i również mniej ludzi, tak że milutko.

  • Najbardziej zaskoczyli mnie panowie od szoł z karmieniem gołębi przed Duomo:) Podeszli grupą, jeden złapał mnie za rękę, wcisnął garść ziaren pszenicy, kazał podrzucić je do góry i po chwili nadleciały gołębie. Niby fajnie, trzepot skrzydeł wokół ciebie, ale potem kazali sobie liczyć 2 eur. Gdy odmawialiśmy, że nie było o tym mowy wspomnieli, że „this is my job, now pay me”. Otoczyli nas ze wszystkich stron. Jedną rękę włożyliśmy do kieszeni z portfelem, drugą trzymaliśmy w pogotowiu. Na szczęście z pomocą przyszła grupa holenderskich motocyklistów i panowie od ziarna odeszli. Nie wiem, czy był to pojedynczy incydent czy też jakaś zorganizowana akcja;)

    • To z imigrantami sprzedającymi plecione opaski na rękę było podobnie – najpierw mówili, że to prezent i wciskali mówiąc, że to za darmo, a potem kazali sobie płacić.

    • Magda

      to dobrze, że nie znoszę gołębi i od razu grzecznie podziękowałam :)

      • W naszym przypadku to nie poskutkowało:)

        • Magda

          najwyraźniej moja mina i ton głosu poskutkował :D

    • Niestety to ich sposób na wyciąganie od ludzi pieniędzy. Wręcz na siłę dają ci do ręki garść ziaren, nie wspominając, że za chwilę będziesz musiał za to zapłacić. Nie chcesz? To wołają kolegów na pomoc…

  • Gosia Rutkowska

    Włoska toaleta budzi wspomnienia! Kilka lat temu toalety jak ta ze zdjęcia były jedynymi dostępnymi w pewnej jednostce wojskowej w północnej Polsce. Nie wiem jak we Włoszech, ale te tam nie było drzwi między toaletami. Stanęłam wówczas przed jednym z największych wyzwań w moim nastoletnim życiu:)

    • O, byłaś w szkole wojskowej, czy odwiedzałaś kogoś?

      • Gosia Rutkowska

        Odwiedzałam

  • Reklamy na kościołach rozwalają – w Rzymie na kościele przy Piazza Spagna było (i pewnie nadal jest) to samo, tylko że reklama znacznie większa niż ta. A co do hipsterskiej toalety to to po bokach jak mniemam to miejsce na nogi – po to byś nie utonął w… no wiadomo w czym :)

    • Tak, już się dowiedziałem, że to akcja promująca skoki narciarskie, zachęcająca ludzi do przyjmowania odpowiedniej postawy :)

Nie odniesiesz sukcesu, jeśli nie będziesz jak założyciel McDonald’s

Skip to entry content

W latach dwutysięcznych, kiedy miałem 13 lat i szedłem do gimnazjum, ukazała się „Kinematografia” Paktofoniki i nie dało się odpędzić od kawałka „Jestem Bogiem”, a Polska przeżywała pierwszy boom na hip-hop. Na każdym osiedlu było po 5 składów, a w każdej klatce był ktoś, kto pisał teksty, składał podkłady, freestyle’ował albo chociaż robił beatbox. W tych czasach na palcach połowy ręki mogłem policzyć znajomych, którzy nie chcieli być jak Magik, Fokus albo Rahim. Co nocy w głowach śnił się ten sam sen projektowany na wewnętrznych stronach powiek – zostać gwiazdą rapu.

Wielu moich kolegów było przekonanych do szpiku kości, że kariera muzyczna czeka na nich tuż za rogiem, ale zatrzymywali się na etapie odłożenia pieniędzy na mikrofon. Czy nauki programu do obróbki dźwięku. Albo popracowania trochę z emisją głosu. To nie były przeszkody nie do przejścia na „zasadzie nie mam nóg, ale chcę biegać w maratonach”. To były po prostu kolejne etapy, które każdy musiał przejść, jeśli faktycznie zależało mu na zajmowaniu się muzyką. Do ich pokonania potrzebny był tylko czas i praca. Tylko tyle. W świetle tych faktów zaskoczę Was, jeśli powiem, że większość z nich nigdy nie nagrała nawet pierwszej płyty demo?

W 2013 kiedy rzucałem studia, część moich znajomych z uczelni miała genialne pomysły na biznes. Swój biznes. Na którym mieli zarabiać miliony, wydawać miliardy i obracać bilionami. Do dzisiaj, z tych kilkunastu osób, do etapu założenia własnej działalności gospodarczej doszedł tylko jeden kumpel. Jeden. Reszta nawet nie spróbowała, odpadli na etapie zgooglowania frazy „jak założyć firmę”.

W tym samym roku internetowe pamiętniki przeżywały apogeum swojej popularności, a facjaty blogerów wisiały na billboardach w całym kraju. Polska dowiedziała się, że nie tylko nastolatki prowadzą swoje stronki w sieci, a ich czytelnicy, że NAPRAWDĘ da się na tym zarobić. Blogowałem wtedy drugi rok, i jeździłem po tylu konferencjach branżowych na ile pozwalało mi 1200zł, za które w tamtym czasie się utrzymywałem. Tłukłem się po kilkanaście godzin w jedną stronę śmierdzącym, nieogrzewanym PKP na drugi koniec kraju, żeby dowiedzieć się jak zrobić sobie pracę z hobby i spotykałem ludzi, którzy przyszli tam po to samo. Każdy z tych pod sceną, chciał być jak ci na scenie – zarabiać na swojej pasji. Żyć na własny rachunek, będąc samemu sobie szefem, a nie tylko trybem w machinie, chodząc do zakładu pracy.

Cześć z tych osób uprawiała odtwórczy recycling tego, co jakiś czas temu zdążyli już zrobić znani i lubiani, ale część miała naprawdę odkrywcze, nietuzinkowe pomysły i tematykę o niebo i piekło ciekawszą niż moja. Z obu tych grup, dzika liczba osób zrezygnował z planu podboju świata zaledwie po kilku, kilkunastu miesiącach.

Czemu? Bo pieniądze nie przyszły tak szybko jak się spodziewali. Bo brakowało im jednej cechy, którą miał założyciel McDonald’s.

Sylvester Stallone

Syn imigrantów, urodzony z częściowym paraliżem twarzy, wykrzywieniem dolnej wargi i  zaburzeniami mowy, które zostały mu na całe życie. Gość o ekspresji taboretu kuchennego i zdolnościach aktorskich paździerzowej półki, z sylwetki przypominający manekina w sklepie militarnym. Do 24-go roku życia jego najlepiej znaną światu umiejętnością było kasowanie biletów przy pomocy dziurkacza. Mimo to, postanowił, że zostanie aktorem. I to nie byle jakim. Oscarowym. Gwiazdą kina znaną na całym świecie.

Dziś chyba nie ma człowieka, który nie widziałbym „Rocky’ego” albo „Rambo”? Dopiął swego, mimo, że ze scenariuszem do filmu o bokserze musiał nachodzić się po studiach filmowych bardziej niż Robert Korzeniowski, bo wszyscy mówili mu, że to padaka, której nikt nie obejrzy.

Peja

A w zasadzie Ryszard Andrzejewski, urodzony w latach 80-tych na poznańskich Jeżycach. W epicentrum patologii i beznadziei, gdzie po zmroku nie zapuszcza się nawet policja. Gdy miał 12 lat zmarła jego mama, od tego momentu wychowywał go w pojedynkę ojciec alkoholik, którego nowotwór zabił 8 lat później. Mimo wszystkich przesłanek ku temu, by spędzić życie zbierając na wino w bramie, postanowił, że będzie muzykiem i zajmie się nieistniejącym wówczas w Polsce gatunkiem. Rapem.

Od 1995 do 2000 roku nagrał 4 albumy, które ukazały się jako legalne wydawnictwa dostępne w oficjalnej sprzedaży, jednak zupełnie nie przełożyły się na sukces komercyjny i popularność, przez co Peja dalej żył na skraju ubóstwa. Półtora roku później, cały czas dorabiając dorywczo w pracach fizycznych by mieć na podstawowe wydatki, nie poddając się, kolejny raz zmieniając wytwórnię i kolejny raz spędzając setki godzin przy tworzeniu muzyki, jako zespół Slums Attack nagrał płytę „Na legalu?”.

Płytę, która sprzedała się w ponad 100 000 egzemplarzy pokrywając się platyną i na stałe otwierając Peji drzwi do świata dobrobytu, spełnienia artystycznego i show-biznesu.

Założyciel McDonald’s

Choć jeśli miałbym być ultra dokładny, to powinienem napisać „populyzator McDonald’s”. Podwaliny pod globalną sieć barów szybkiej obsługi w rzeczywistości stworzyli dwaj bracia – Richarda i Maurice’a McDonald – zakładając mały bar w San Bernardino, ale to właśnie Ray Kroc sprawił, że ten lokalny biznes stał się globalny, rozprzestrzeniając BigMaca na cały świat.

Ray zanim stał się multimiliarderem, już na zawsze zmieniając najważniejszy punkt szkolnych wycieczek do Krakowa z Sukiennic na McDonald’s, pokonał kilka niepowodzeń i zawodów. Całe życie chciał stworzyć wielki, skalowalny interes, biznesowe imperium, które zapisze się na kartach historii, ale nie było nim ani sprzedawanie papierowych kubków, ani mleko w proszku, ani multimiksery. Żeby którymi móc handlować, jak najgorszy akwizytor z bagażnika, musiał zastawić dom i zainwestować wszystkie oszczędności.

Dopiero w wieku 52 lat, gdy większość osób bardziej myśli o emeryturze niż rozwoju zawodowym, trafił na mały lokal w Kalifornii – rewolucyjny jak na tamte czasy, bo nie było w nim kelnerek, a jedzenie podawano w papierowych torbach – który jawił mu się jako amerykański sen, będący korzeniem żyły złota. Kolejny raz, ryzykując finansowo, wywrócił swoje życie do góry nogami inwestując wszystko w rozwój McDonald’s. I tym razem trafił w dziesiątkę.

Mozolnie szukając franczyzobiorców, którzy otworzyliby kolejne lokale i walcząc z braćmi założycielami przy każdej próbie wprowadzenia zmian do interesu, nie poddając się ani razu, gdy jego pomysły były torpedowane, w końcu wepchał ten syzyfowy kamień na sam szczyt. Zamieniając nikomu nieznany, malusieńki McDonald’s w McImperium znane WSZYSTKIM.

Nie dokonałby tego, gdyby nie jedna cena cecha, o której wcielający się w niego Michael Keaton mówi pod koniec filmu.

Wytrwałość

Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nie nagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość i determinacja są wszechmocne.

To słowa Calvin Coolidge’a – 30-go prezydenta Stanów Zjednoczonych – które w „McImperium” powtarza Ray Kroc, a którymi kierował się i Sylwester Stallone, i Peja, i ja również podpisuję się pod nimi wszystkimi kończynami. Bo obserwując rzeczywistość i analizując życiorysy osób, które odniosły sukces, jakkolwiek byśmy go nie definiowali, nasuwa się jedna myśl.

Żeby odnieść sukces nie musisz być genialny, odkrywczy, ani nawet ładny. Wystarczy, że będziesz wytrwały.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nate McBean

 

---> SKOMENTUJ

NOWE „GWIEZDNE WOJNY” SĄ ZAJEBISTE!

Skip to entry content

„Gwiezdne Wojny” to pierwszy film – nie animacja, a film, bo wiadomo, że pierwszy to był „Król Lew” –  w życiu na jaki mama zabrała mnie do kina, więc mam do serii OGROMNY sentyment. Mimo to, starałem się być obiektywny i podejść do kolejnej części z dystansem. A więc obiektywnie i zdystansowanie oceniam, że „Przebudzenie mocy” jest ZAJEBISTE!

Nie wiem czego spodziewałeś się po tym tytule, ale niezależnie, czy masz jakieś oczekiwania jak wyborcy PiSu czekający na pół tysia za dzieciaka, czy podchodzisz do tematu na chłodno jak Zbigniew Grycan, czy w ogóle nie wiesz o co kaman ze szturmowcami i rebeliantami, to ten film rozpierdala! Po prostu! To ponad 2 godziny rozrywki na poziomie wyższym niż Yao Ming, a gdy tylko się kończy, chcesz ją powtórzyć jak pierwsze kolokwium z macierzy na studiach! Wychodząc z seansu przed 3 w nocy, żałowałem, że kolejny jest dopiero o 12, bo z marszu poszedłbym na jeszcze jeden.

Nie chcę zdradzać fabuły jak Judasz Jezusa, bo zepsuję Ci zabawę, więc pozostanę przy wrażeniach.

Wrażenia są takie jakbyś wziął LSD pod język i wsiadł na kolejkę górską. Ciągle bujasz się między zaskoczeniem, ekscytacją, przerażeniem, szczęściem, smutkiem, a intrygą. I Cię to nie męczy. Tu nie ma słabych momentów, nie ma chwil zamuły, że drapiesz się po tyłku i zastanawiasz, czy jutro na obiad zjeść bigos, czy kaszankę. Jest czysty ogień, jakbyś ostatni krąg piekła wyszorował Cifem!

Stary Han Solo i stara Księżniczka Leia chwytają za serce mocniej, niż lekarz przy transplantacji. Karolak powinien się od nich uczyć jak gra się romantyczne sceny. Nowi bohaterowie są wyraziści jak ślady z węgla na śniegu i od razu zdobywają Twoją sympatię jakby Ci postawili oranżadę ze szkolnego sklepiku zaraz po wuefie. Nowy czarny charakter budzi grozę jak samotne dziecko po północy na cmentarzu i jednocześnie intryguje swoim pochodzeniem, a do tego jest młody i wkurwiony. Kozak!

A reszta? Reszta też rozpierdala!

Fabuła się klei jak ciasto na pierogi, dialogi są zabawne jak Mandaryna bez playbacku, muzyka idealnie dopełnia obraz jak plastikowe trociny w przesyłkach pocztowych, a efekty specjalne są na tyle dobre, że ich nie zauważasz. „Gwiezdne wojny: przebudzenie mocy” są PRZE-MEGA-TURBO-ZAJEBISTE!

I jest tylko jeden problem z tym filmem: CZEMU CIĘ JESZCZE NA NIM NIE MAAA??????

---> SKOMENTUJ

Do czego może doprowadzić lincz na nastolatce?

Skip to entry content

Od jakichś 2 tygodni internet nieustannie żyje sprawą 2 nastolatek z Warszawy, które pochwaliły się na Snapchacie, że uprawiały seks z muzykami z amerykańskiego zespołu. Wulgarną opowieść o tym, co dziewczyny robiły z raperami w podróżnym autobusie, ktoś wyciągnął ze Snapchata i udostępnił na YouTube, przez co zaczęła rozprzestrzeniać się wirusowo po całej sieci. I równie szybko co samo wideo, jeśli nawet nie szybciej, zaczęła rozsiewać się nienawiść do dziewczyn. Nie hejt – amerykańska nazwa, to zbyt łagodne określenie na to, co się dzieje wokół tego tematu – czysta, bezduszna, nienawiść.

Okazało się, że żyjemy w społeczeństwie strażników moralności, tylko niestety nie swojej, a cudzej. I że ci strażnicy czują się w obowiązku by pilnować jej we dnie, w nocy, i w czasie pracy, gdy szef nie widzi, że siedzą na Fejsie zamiast wykonywać obowiązki służbowe. I że najlepszą metodą obrony tych indywidualnie skompletowanych i narzuconych osobie trzeciej zasad, jest nazwanie jej

– kurwą
– jebanym lachociongiem
– zwykłym szlaufem do dymania
– slojem na sperme dla czarnuchuw
– dzidą co się z pizdą na łby pozamieniała

ewentualnie

– wrzodem na dupie ludzkości która nie powinna mieć prawa do oddychania

Tak, te określenia zdecydowanie pokazują wyraźną różnicę między zachowaniem tych niemoralnych nierządnic, a postawą nieskazitelnie czystych strażników moralności, będących wzorem cnót i wszelkiej prawości. Biorąc pod uwagę język, jakim posługują się osoby osądzające nastolatki, w pewnym momencie można mieć problem z określeniem, czyje zachowanie jest faktycznie naganne.

Zaraz po wybuchu afery broniłem dziewczyn, bo nie wydaje mi się, żeby internetowy lincz, na wzór ulicznych samosądów, był właściwą reakcją na tego typu sytuację w cywilizowanym świecie, przez co wielu strażników moralności wywnioskowało, że pochwalam zachowanie nastolatek. Otóż nie. Zupełnie nie pochwalam. Nie uważam, żeby chwalenie się z kim uprawia się seks było czymś właściwym. Nie pochwalam również traktowania przygodnych stosunków płciowych jako sposobu na zdobycie sławy. Nie wydaje mi się także, żeby wyzucie seksu z romantyzmu i emocjonalności, i sprowadzenie go do czysto fizjologicznego aktu, było dobrym pomysłem.

Tyle, że to tylko mój sposób postrzegania rzeczywistości i moja opinia. Uważam ją za najwłaściwszą, ale nie mam zamiaru zamordować każdego, kto ma inną.

Za to internetowi strażnicy cudzej moralności i kilku youtuberów omamionych zapachem przyrostu subskrypcji, chętnie przeprowadziłoby publiczną egzekucję, na, przypomnijmy jeszcze raz, nastolatkach. Dziewczynach, które może mają 19 lat i są pełnoletnie, ale równie prawdopodobne, że mają 17 i nie są. Jednak niezależnie, czy już mają dowód osobisty czy nie, są bardzo młode. To nie są 30-letnie, doświadczone, w pełni świadome kobiety, tylko dziewczyny z liceum. Nie wiem, czy wszyscy, którzy chcieliby je dla przykładu powiesić na szubienicy, już pozapominali w jakim stanie umysłowym było się w ogólniaku, ale ze swoich doświadczeń i obserwacji mogę powiedzieć, że w takim wieku – pod wpływem grupy, otoczenia, rówieśników – robiło się rzeczy skrajnie niemądre, niedumne i nieodpowiedzialne. Tyle, że nie tak spektakularne, bo nie było na tyle rozwiniętych mediów społecznościowych, żeby zapis czyjegoś przejawu nastoletniej głupoty, w ciągu doby mógł obiec całą Polskę.

Teraz może, więc 2 nastolatki są kolejny tydzień równane z ziemią.

UPSSS…

Posted by TEDE on 14 grudnia 2015

Kiedy wydawało się, że kto miał je zmieszać z błotem, w trosce o właściwe wzorce młodzieży, już to zrobił, do akcji wkroczył Tede. Prawie 40-letni, całkowicie świadomy jak działa Facebook, człowiek, który ponownie nakręcił spiralę nienawiści, publikując na swoim fanpage zdjęcie jednej z nastolatek w sytuacji seksualnej. Ktokolwiek by nie był na tym zdjęciu, to upublicznianie fotografii z nagimi ludźmi, po to żeby ich upodlić i zgnoić jest ohydne. W przypadku nieletnich, karane prawnie. A w momencie kiedy robi to stary chłop – który nieraz spotkał się z falą nienawiści i wie jak to jest być opluwanym w internecie – tylko po to, żeby się pośmiać i podżegać innych do linczu, jest nieludzkie. Rzadko się to zdarza, ale tym razem brak mi słów.

Ja – osoba, która ma obycie z siecią i jest w jakimś stopniu zahartowana na przyjmowanie wiader pomyj – po takiej serii upokorzeń i publicznym upodleniu, nie dałbym rady. Przez tak długi czas, przyjmując wyzwiska i będąc w atmosferze permanentnej nagonki na mnie, w najlepszym wypadku załamałbym się psychicznie. W najlepszym. W wersji realistycznej, będąc tak zaszczutym, stałoby się coś dużo, dużo gorszego. A teraz pomyślcie, w jakim stanie emocjonalnym musi być nastoletnia, wciąż jeszcze niedojrzała dziewczyna?

Jak myślicie, do czego może doprowadzić człowieka taki nieustanny lincz?

Do osób, które od tych 2 tygodni ją gnoją: naprawdę uważacie, że to właściwa metoda wychowawcza? Chcecie ją niszczyć psychicznie, aż nie targnie się na życie? Tak chcecie nauczać co jest właściwym zachowaniem, a co złym? Jeśli przez szykanowanie w internecie coś sobie zrobi, świat nie zmieni się na lepsze. Zmieni się na gorsze, a wy będziecie współwinni tragedii.

Weźmiecie za nią odpowiedzialność?

---> SKOMENTUJ