Close
Close

Kilka dni temu potwierdziło się, że lider Komitetu Obrony Demokracji – Mateusz Kijowski – nie płaci alimentów na swoje dzieci. Nie płaci tak długo, że tych zaległych pieniędzy na utrzymanie trójki potomstwa, z odsetkami zebrało się 100 000 złotych. Sporo, co?

Nie będę rozwodził się nad tym, czy osoba, która omija prawo szerokim łukiem powinna stać na czele ruchu społecznego, który ma strzec przestrzegania owego prawa. Głównie dlatego, że nikt z nas, poza osobami kanonizowanymi, nie jest święty i jak mówi stare tabloidowe przysłowie: „pokaż mi człowieka, a znajdę zdjęcia, na których nie zatrzymuje się na czerwonym”. Nie planuję również przeprowadzać śledztwa, żeby ustalić, czy faktycznie utrzymuje go nowa żona, czy zarabia na czarno, czy dotują go jakieś ugrupowania.

Chcę odnieść się tylko do tego, co powiedział na ten temat Jacek Żakowski – dziennikarz i publicysta „Gazety Wyborczej”. Jego próba wytłumaczenia niepłacenia alimentów była wyjątkowo idiotyczna, a ze względu na jego popularność i autorytet, może być chętnie przyjmowaną wymówką przez innych, którym szkoda pieniędzy na własne dzieci.

bohater płaci alimenty

Jacek Żakowski, tłumacząc uchylanie się od obowiązku Mateusza Kijowskiego, w rozmowie z Super Expressem powiedział:

w Polsce od pokoleń mężczyźni zostawiają kobiety z dziećmi i idą na wojnę. Są takie sytuacje, jak Wałęsy…

oraz

Jak jest sytuacja, którą oceniamy jako wyższą konieczność, np. obrony demokracji albo wolności, to rodzina cierpi! I jeżeli człowiek decyduje się zapłacić tak ogromną cenę, by zrobić coś dla kraju jak pan Kijowski, to tym bardziej należy mu się szacunek i uznanie!

Nie wiem, czy sytuacja na Ochocie tak diametralnie różni się od tego, co dzieje się w Śródmieściu, ale nie zauważyłem, żebyśmy mieli w kraju konflikt zbrojny. Na wszelki wypadek zadzwoniłem do znajomych mieszkających poza Warszawą, ale również nie skarżyli się na czołgi za oknami, naloty bombowe, czy bezsenność z powodu egzekucji. Może wysuwam zbyt śmiały wniosek, ale wszystkie przesłanki pozwalają mi stwierdzić, że W POLSCE NIE MA WOJNY. W związku z powyższym, porównanie działania w Komitecie Obrony Demokracji do pójścia na wojnę jest tak bardzo na wyrost, jak uznanie, że jazda komunikacją miejską na gapę to walka z systemem.

Żeby nie było, nie kwestionuję ani zasadności powstania KOD, ani sposobu ich działań, ani w ogóle niczego co z nimi związane. Stwierdzam tylko, że to diametralnie co innego, niż ryzykowanie życia za kraj walcząc na froncie.

Nie uważam również, żeby komukolwiek należało się uznanie z powodu cierpienia rodziny. Bo tak jak pan Żakowski słusznie zauważył, nie cierpi – w tym przypadku – Mateusz Kijowski, tylko jego rodzina. A konkretnie jego dzieci. Przez niego. Jeśli mielibyśmy oddawać szacunek ludziom za to, że zaniedbują swoje potomstwo, to Mama Małej Madzi miałaby dzisiaj tytuł szlachecki.

W dalszej części rozmowy czytamy:

– Ale jaką cenę?! Mógł pozostać w dobrze płatnej pracy i płacić alimenty na swoje dzieci. Wybrał jednak bycie na utrzymaniu innej kobiety i wolontariat po to, by być liderem ruchu społecznego. On nie płaci żadnej ceny! Cenę płacą jego dzieci i była żona, która musi się tą trójką zająć pomimo pracy zawodowej…

– Wie pan co? Cmentarze wojenne pełne są grobów bohaterów, których dzieci zapłaciły cenę. Więc dla mnie te ckliwe kawałeczki o dzieciach, które pan teraz sprzedaje, są kompletnie nieprzekonujące. Jak moje pokolenie za Solidarności siedziało w więzieniach albo pokolenie powstańców tracących życie, to dzieci też płaciły cenę.

I wciąż nie rozumiem jak można nie dość, że usprawiedliwiać, to jeszcze robić bohatera z człowieka, który z własnej woli zrezygnował z łożenia na trójkę swoich dzieci. Po pierwsze, jakoś kilkudziesięciu tysiącom pozostałych osób, które brały udział w manifestacjach KOD, udało się połączyć pracę zawodową z udziałem w marszu. Po drugie, z tego co rozumiem, te manifestacje są po, żeby Polska była lepszym miejscem, żeby lepiej się w niej żyło i żeby budować lepszą przyszłość. To mała uwaga: nie zrobimy nad Wisłą El Dorado i nie będzie tu płynąć miód i ambrozja, jeśli będziemy zaniedbywać własnych synów i córki. Żyłoby się lepiej, jeśli miałyby środki do rozwoju teraz i tutaj, a nie za 10 lat.

Z perspektywy osoby, która miała problem z egzekwowaniem alimentów, mogę powiedzieć, że choćby mój ojciec własnymi rękami zaprzysiężył wszystkich sędziów Trybunału Konstytucyjnego, wciąż nie stałby się bohaterem. Cały czas byłby dupkiem, który powołał mnie na ten świat i celowo chce pozbawić środków do życia.

Nie piszę tego, żeby dopieprzyć komuś personalnie. Piszę to, żeby uzmysłowić wszystkim, że udział w ruchach społecznych nie usprawiedliwia niepłacenia alimentów. Jeśli ktoś ma wątpliwości, to niech spyta któreś dziecko, jak czuje się z tym, że od dawna nie dostaje pieniędzy na życie, bo rodzic zamiast do pracy woli chodzić na manifestacje.

Prawdziwy bohater płaci alimenty.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Jlhopgood

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Madix

    Oczywiście tekst świetny, chciałam jednak przy okazji zwrócić uwagę na pewną kwestię luźno związaną z tematem.

    Jacek Żakowski jest zwykłym oszołomem i totalnie niewiarygodną w moich oczach osobą. Ten gość wygląda mi na typka, dla którego chamstwo jest chlebem powszednim, proszę więc nie traktować jego wypowiedzi jako jakkolwiek reprezentatywnych dla społeczeństwa.

    Proszę obejrzeć ten materiał:
    https://www.youtube.com/watch?v=k-YwxmIf4fs

    dobrze obrazuje zarówno niezbyt chwalebny poziom kultury i moralności Żakowskiego, jak i sposób, w jaki ten człowiek lekce sobie waży własne słowa, nie przejmując się zupełnie tym, że jego bezmyślne chłapanie dziobem może kogoś mocno zranić.

    PS. Ten sukinkot nawet mordę ma wredną. Jednak pierwsze wrażenie bywa czasem trafne ;)

  • Dot

    Nie rozumiem mężczyzn (bo to zazwyczaj od nich egzekwuje się alimenty), którzy nie płacą na własne dziecko. Nie dość, że w ogóle nie poczuwają się od odpowiedzialności, to jeszcze zachowują się tak, jakby co najmniej korona z głowy miała im spaść, gdyby dali trochę pieniędzy na dziecko i jego potrzeby (ubrania, jedzenie, książki, słowniki, komputer do nauki, itd., nie wspominając już o dodatkowych drobiazgach).

    Wspaniały tekst i super tytuł! :)

  • Kawazu

    Po tym cytacie „Jak jest sytuacja, którą oceniamy jako wyższą konieczność, np. obrony demokracji albo wolności, to rodzina cierpi!(…)” przestałem czytać tekst. Nie z powodu obiekcji do tekstu, tylko tego jak mocno mnie krew zalała. Żakowski chyba ma swoich czytelników za ostatecznych debili – w czasach pokoju i dobrobytu (a patrząc na czasy w jakich żyli nasi rodzice i ich rodzice to my w takich żyjemy) napisał wprost „j**ać rodzinę. alimenty też je**ć a rodzina ma niepłacącego czcić i wielbić bo walczy o ich WOLNOŚĆ”

    Niestety znam paru typów którzy z premedytacją nie płacą alimentów i za każdym razem jak widzę próby tłumaczenia niepłacenia (oprócz „nie mam środków aby alimenty opłacać” co często jest po prostu stwierdzeniem faktu, nie wymówką i po zdobyciu środków są „nadrabiane” okresy niepłacenia – sytuacja z życia wzięta) zwłaszcza takie jak Żakowskiego to uśmiech mi się w kieszeni otwiera.

  • Co za kpina. Jak można porównywać pójście na wojnę i osierocenie dzieci do brania udziału w manifestacjach? To jest tak bardzo skrajny idiotyzm i wręcz ubliżanie rodzinom ludzi, którzy poświęcili życie za nasz kraj, że powinno być karalne. Tak samo jak karalne i co ważniejsze egzekwowane, powinno być niepłacenie alimentów w momencie posiadania zdolności do pracy.
    Normalnie nóż mi się w kieszeni otworzył.

  • Sytuacja pierwsza: mojej ciotki były mąż zrobił chyba z czwórkę dzieci (każde z inną). Na żadne nie płacił nigdy alimentów. Mój kuzyn, dzisiaj 22letni dostał wezwanie, bo jego ojciec (który niewiele się nim interesował i powtórzę NIE płacił!) jest bezdomny i czy mój kuzyn nie zechciałby go wesprzeć. Podejrzewam, że takie wezwanie dostała również jego 25letnia córka (również pracująca). Mój kuzyn rzecz jasna powiedział, że ma w d…. ojca i nie da złotówki. Brutalne? Nie do końca.

    Sytuacja druga: W sieci i w mediach zaistniało Stowarzyszenie o szumnej nazwie Dzielny Tata. Panowie Ci, opowiadają łzawe historię o swoich byłych, które „porywają” im dzieci, alienują i ,,żyją za ich pieniądze”. Paradoksem jest właśnie fakt, że oni płacić nie chcą i nie płacą, bo twierdzą, że powinna im się należeć jak psu buda opieka naprzemienna. Czyli dziecko ma mieć dwa domy „bo tak” i kompletnie do nich nie dociera, że dziecko to nie jest zabawka. Wielu tych Panów ma na swoim koncie wyroki. Prezes Stowarzyszenia za liczne próby porwania swoich dzieci z rąk (jak nazywa swoją eks) „Właścicielki”. Gdzie dobro dzieci? Błagam, nie pytaj. Nie mam pojęcia. Dla nich dzieci to worki, które można przerzucać. Teraz jeden Pan, który uprowadził syna i zrobił akcję na całą Polskę pod otoczką ,,jego dobra” – pewnie słyszałeś ? – siedzi w więzieniu i robi głodówkę. Wcześniej zrobił ze swojej eks psychopatkę na całą Polskę. Oto Ojcowie w tym kraju walczący.

    Ale … alimenty to psi obowiązek. Paradoksem tego był zawsze fakt, że w jednej z dyskusji (bodajże u Doroty Zawadzkiej) przyszło mi się zmierzyć z kobietą, która twierdziła, że ktoś tam (chyba z jej rodziny?) żyje sobie jak pączek w maśle za alimenty. Wszystkich chyba interesowało (ja nie jestem wyjątkiem) JAKIE alimenty dostawała TA kobieta, że mogła sobie pozwolić na kosmetyczkę, fryzjera i ciuchy. Otóż … 500 złotych. Kurtyna.

    Dla mnie faceci, którzy nie płacą na dzieci pieniędzy to nieodpowiedzialne gnojki. Często zasłaniają się „robieniem na złość eks”. Rzeczywiście argument …

    • Madix

      Droga Noemi – największym (i chyba jedynym) plusem nie otrzymywania alimentów jest fakt, że jeśli takiemu perfidnemu tatusiowi-cwaniakowi (lub mamusi, też tak się zdarzyć może), który całe życie migał się od alimentów na starość powinie się noga, to taki skurczysyn nie ma podstaw do tego, by uzyskać alimenty (czy jakąkolwiek finansową pomoc) od swoich dzieci. Co innego, gdyby alimenty (nawet groszowe) płacił – wówczas będąc w kiepskiej sytuacji finansowej może uzyskać w sądzie alimenty od własnych dzieci mimo tego, że przez całe ich życie się nimi nie interesował.

  • Płacenie alimentów to, zwyczajnie w świecie, ojcowska odpowiedzialność. Matczyna zdarza się rzadziej. A Pan Żakowski zrobił z siebie błazna, nic więcej.

  • Bardzo cięzko jest mi pozbyc się wrazenia, ze ten broniący bohatera człowiek sam uchylałby się od tego obowiązku postulując to potrzeba wyzsza. Na przyklad zalatwiania potrzeb fizjologicznych na złotym kiblu zeby mu sie dobrze myślało.
    Jak czytam takie bzdury to szczerze mowiac jest mi wstyd, ze jakas kobieta stworzyła takiego potwora.

  • Konrad Norowski

    No co Ty Janek, ja za każdym razem jak jadę 157 koło Starynkiewicza to z przestrachem spoglądam na mój licznik Geigera.

  • nie wiem jak to skomentować. Przychodzi mi do głowy tylko tekst o tym, ze wystarczyło X lat temu użyć gumki. Tańsza jest… Przecież dziecko samo na świat się nie pcha. Szkoda dzieci, których rodzice nie dorośli do bycia rodzicami…

    • Dot

      Popieram.

  • Płacenie alimentów to żadne bohaterstwo. To absolutnie najzwyklejsza, najbanalniejsza przyzwoitość.
    To tak z punktu widzenia osoby, która też miała problem z egzekwowaniem.

  • Sama jestem „ofiarą” niepłaconych alimentów i cóż… Jeśli na wszystko inne jest, a nie ma pieniędzy na to, by płacić na swoje dziecko, skoro już nie można go wychowywać normalnie (z różnych względów), to mamy tutaj chyba dość spore zaburzenie hierarchii i priorytetów.

  • Janek, bardzo mądry tekst (jak zwykle zresztą). Można być bohaterem, ale nie kosztem rodziny. Zwłaszcza, gdy nie ma wojny (sorry Panie Żakowski) tylko ludzie dopominają się o demokrację. Walka o ideę jest piękna, ale nie usprawiedliwia odpowiedzialności.

  • Aleksandra Muszyńska

    Nie znam się, to się wypowiem.
    Po pierwsze – świadome, z premedytacją podjęte uchylanie się od świadczeń alimentacyjnych na rzecz dzieci, zwłaszcza małoletnich, to pierwszej wody skurwysyństwo. Co do tego zgoda.
    Niestety nie wiem, jak wyglądała faktycznie ścieżka pana Kijowskiego w zakresie tworzenia sobie zaległości alimentacyjnych, ale podczytałam między innymi, że Sąd dochrzanił mu alimenty w horrendalnej wysokości, kiedy był już bezrobotny.
    Bo sąd bierze pod uwagę nie tylko aktualną sytuację majątkową zobowiązanego, czyli to ile zarabia, ewentualnie czy ma jakieś inne składniki majątkowe mogące przynieść mu dochód (mieszkanie, działkę czy whatever). Sąd ocenia też tak zwane możliwości zarobkowe, czyli to, ile dana osoba jest w stanie wyciągnąć w swoim sektorze zawodowym. Jeśli komuś się poszczęści na tyle, że zarabia po 7.000,00 zł miesięcznie, by następnie przeżyć zapaść rynkową danej branży i zacząć zarabiać po 3.000,00 zł, to bywa, że sąd ma to w dupie. Zarabiałeś 7.000,00 z, to znaczy, że dalej jesteś w stanie tyle zarabiać. A to, że na rynku pracy jest chuj, dupa i parasol, a ty masz na utrzymaniu jeszcze chorą matkę- to już odrębna kwestia, która nikogo nie obchodzi.
    Dalej – osoba nie sprawująca opieki nad dzieckiem na co dzień ZAWSZE będzie miała zasądzone więcej, niż ten kto z dzieckiem mieszka. Jest to logiczne i uzasadnione przepisami prawa, ale bywa i tak, że sądy przeceniają wkład mateczek (bo to najczęściej przy nich dziecko zostaje) w utrzymanie i wychowanie dziecka, całość zobowiązań finansowych w zakresie utrzymania dziecka cedując na tatusia.
    Ja nie usprawiedliwiam niczego, tylko poddaję pod rozwagę. Media mają też to do siebie, że uwielbiają wyrywać daną kwestię z kontekstu i robić na tej podstawie szpaltę na milion sprzedanych egzemplarzy, więc trudno tu jednoznacznie rozstrzygnąć, kto ma faktycznie rację.
    Wypowiedź Żakowskiego – cóż, żenująca i jakby z jakiegoś K-Paxu. Ale Paulina Młynarska, która w odpowiedzi uprzejma była nawiązać do jakże biologicznych kwestii spermy i innych też jakoś tak trochę była bez klasy…

    • Mój były mąż na sprawie rozwodowej sam zaproponował wysokość alimentów, sąd się mnei spytał czy zgadzam się na taka kwotę – zgodziłam się. Mimo że sam ustalił sobie wysokość aliemntów, to nigdy ich nie zapłacił.

      • Aleksandra Muszyńska

        Ale to tak a propos której części mojego komentarza? Już powiedziałam, co sądzę świadomie uchylających się (w tym również zatajających dochody na długo przed powództwem itp. – bo tę kategorię również wliczam do skurwysynów) od alimentów, a jednak poczułam się trochę domyślnie strofowana.

    • Ola, czytałem różne wersje na temat zarobków Kijowskiego, byłych i obecnych, i tak jak pisałem, nie chcę robić śledztwa, ani skupiać się na dowalaniu konkretnie jemu, tylko zwrócić uwagę, że w tej sytuacji, usprawiedliwienie jakie zaproponował Żakowski, to żadne usprawiedliwienie.

      • Aleksandra Muszyńska

        Rozumiem w zupełności. Ale jednak chciałam oddać nieco sprawiedliwości i trochę rozmydlić szykujący się shitstorm w związku z niepłacącymi ojcami. Sprawa rzadko jest totalnie jednoznaczna.
        Co do Żakowskiego, jak mówiłam…hm…no, jakieś srogie piguły chyba weszły na warsztat.

        • Matka czworga

          Sprawa jest totalnie jednoznaczna: potrzeby dzieci są priorytetem, alimenty się płaci i tyle. Koniec, kropka.

    • Matka czworga

      Pani Aleksandro, kluczowe wg polskich przepisów nie są możliwości zarobkowe rodziców, tylko potrzeby dzieci. Jeśli uważa Pani 700 zł na 1 dziecko za wysokość horrendalną, proszę sprawdzić, jakie mamy minimum egzystencji oraz minimum socjalne. Sądy, a także społeczeństwo, NIE DOCENIAJĄ – przeciwnie, do tego, co Pani pisze – pracy matek. Prosta wycena – ile kosztuje godzina opieki nad dzieckiem lub pomocy dziecku w nauce na rynku, i ile takich godzin wyrabia matka?

      Zobowiązania alimentacyjne wobec rodziców są w dalszej kolejności. Jeśli zarabiałeś 7, a zarabiasz 3, to poszukaj innej pracy. Bierz zlecenia, sprzedaj auto – whatever. Nie kwestionuję załamań rynku, obniżek pensji itd – jednak ze statystyk wynika, że jakoś takie wypadki zdarzają się zobowiązanym częściej w okolicach rozpraw o alimenty.

      Zakładając, że sąd nie bierze pod uwagę wkładu BEZPŁATNEJ pracy matki i ustala alimentację po 1/2, dzieci pana K. powinny przeżyć za 1400 zł/mies. Jeśli ma Pani dzieci, proponuję ćwiczenie: utrzymanie nastolatka za 1400 zł. Przypominam, że dzieci nie tylko jedzą i sr.., ale wyrastają z ubrań, są wredne i chorują, mają fanaberie typu sport, muszą gdzieś mieszkać (tu dzielimy np czynsz czy miesięczną ratę kredytu między wszystkich członków gospodarstwa domowego, DZIECI też, prąd i woda czy zużycie pralki to tez jest koszt utrzymania, meble, biurko i krzesło dla ucznia…), powinny rozwijać się intelektualnie.

      Albo niech to będzie kilkulatek w rodzinie bez dziadków (wsparcie i opieka) – przedszkole, ewentualna opieka w czasie choroby, raz na jakiś czas chińska zabawka, nie daj bogini jakaś alergia wymagająca diety…

      Nie wspomnę już o takich skrajnych luksusach dla dzieci jak wyjazd na wakacje – polecam sprawdzić ceny np. obozów harcerskich (wersja hard, namiot i sławojka) albo przeciętnej kolonii nad morzem w ośrodku z lat 70tych ub. w.

      Ale przecież 1400 zł miesięcznie to zawrotna, horrendalna kwota, za którą i dziecko, i matka złodziejka mogą polecieć dwa razy w roku na Dominikanę.

      Jest jeszcze jedna kwestia, statystyczna: przeciętny facet zarabia więcej niż przecietna kobieta. Dlaczego zatem mają ponosić koszty po 1/2? Wychodzi na to, że matki musza zarabiać na dzieci, na siebie nie. Takie jest społeczne oczekiwanie – że matka się poświęci: nie tylko tzw karierę czy rozwój, ale także swoje potrzeby. Ojcowie przeciwnie – zarabiają na siebie, i ewentualnie coś odpalaja dzieciom… Przytaczam pewną prawidłowośc, i oczywiście jest tak, że alimenty zawsze sa za małe jak się je dostaje, i zawsze za duże, jak się je płaci… A cierpią dzieci.

      • Aleksandra Muszyńska

        Rozumiem emocje, niewątpliwie związane ze znajomością tematu, ale nie jest potrzebna zastosowana przez Panią duża doza sarkazmu, ponieważ nie mienię się obrończynią praw uciśnionych mężczyzn, a tylko zwracam uwagę na to, że sprawa nigdy, nigdy nie jest czarno – biała, co widzę na co dzień w praktyce zawodowej. Zbyt wiele widziałam już cwaniar, które z sukcesem podpinają się pod żądania alimentacyjne „na dziecko”, po czym żyją sobie spokojnie z tego, co na to dziecko dostaną, nie kiwając żadnym z dostępnych palców w trakcie trwania małżeństwa. Ani w jakiejkolwiek pracy, ani przy opiece nad dzieckiem, nad którym skakali dziadkowie i opiekunki. O kolejnych hecach związanych z utrudnianiem kontaktów ojca z dzieckiem nawet nie wspomnę, bo nie o tym dyskusja.
        Nigdy nie powiedziałam, że rodzice powinni płacić po połowie – respektuję bowiem regulację kodeksową, która przewiduje osobiste starania rodzica sprawującego codzienną pieczę nad dzieckiem jako wkład zmniejszający bądź też całkiem eliminujący konieczność świadczeń alimentacyjnych na rzecz małoletnich.
        Zwracam też uwagę, że regulacje kodeksowe stawiają NA RÓWNI tak potrzeby uprawnionego, jak i możliwości zarobkowe i majątkowe zobowiązanego. Musiałabym zerknąć do kodeksu żeby sprecyzować podstawę/
        I ogóle polecam przeczytanie mojego komentarza raz jeszcze przed dokonaniem kolejnego niesłusznego rozjazdu. Podkreślam bowiem raz jeszcze, że znam i ojców – niewypłacalnych skurwysynów, i matki – roszczeniowe suki.

  • Ręce mi opadły po przeczytaniu argumentów tego Pana. Porównanie alimenciarza do bohatera wojennego prawie mnie zabiłio. Od ponad dwóch lat szarpię się o alimenty z byłym mężem, których wysokość sam ustalił przed sądem, a których nigdy nie zapłacił i po prostu jakos brakło mi słów.

    • Magdo, Pan Żakowski nie po raz pierwszy odpływa w swych tekstach:) Tym razem poniosło go na bezmiar oceanu.

    • Współczuję Magda.

    • Kiedyś miałem takiego szemranego pracownika, który mi nagle i niespodziewanie zniknął. Okazało się, że za niezapłacone alimenty poszedł siedzieć.
      Nie wiem do końca, co to zmienia i czy przynosi jakieś pieniądze komukolwiek, ale może warto użyć jako straszaka?

    • eva-ice

      Nie mogę zrozumieć jak można nie chcieć płacić alimentów na własne dziecko. Nigdy tego nie rozumiałam, a tymbardziej teraz, kiedy od czterech lat nie mam alimentów na dziecko i z tego co widzę nie ma szans, żeby te alimenty się pojawiły. A dodatkowo podnosi mi ciśnienie fakt, że kiedy moja córka kiedyś pójdzie do pracy, to tak zwany „ojciec” według prawa może wystąpić o alimenty na siebie od niej, bo przecież jest taki biedny, nie pracuje i nie ma na życie.

  • No tak na logikę, to żeby uzbierało się 100k zaległości, to płacenie alimentów musiał olać tak „tyćkę” wcześniej :D

    • W tym konkretnym przypadku to główna kwestia, że 100 000 złotych (czy 80 000 bez odsetek) nie zbiera się w półtora miesiąca (bo KOD działa od 18 listopada), tylko kilka lat. Ale może według tej logiki niepłacenie alimentów na swoje dzieci od dawna, to po prostu przygotowywanie się zawczasu do roli bohatera.

    • Aleksandra Muszyńska

      Zależy – widziałam gdzieś wersję o 7.000,00 miesięcznie na wszystkie dzieci łącznie (czyli pewnie były w różnym wieku etc).To mniej niż półtora toku bez pracy i bez możliwości płacenia. Bo pamiętać należy, że trzeba też jeść coś innego niż tynk ze ściany i płacić za energię niewytwarzaną krzesiwem i hubką, co oczywiście też generuje koszty.

      • pytajnik

        Siedem tysięcy to on zarabiał a alimenty miał w wysokości 2000, coś tam słyszałaś ale zakumać to nie zakumałaś.

        • Aleksandra Muszyńska

          To ty się naucz „kumać”, a na początek – czytać. Powiedziałam, że jest to jedna z wersji, którą akurat ja widziałam.

    • Madix

      Dla ludzi z minimalną inteligencją finansową jest to oczywiste. Gorzej, że istnieją ludzie (matematyczni analfabeci, którym „matematyka nie jest do niczego w życiu potrzebna”), którzy potrafią nie dostrzegać tak oczywistych zależności, a przez to jeszcze łatwiej jest wodzić ich za nos i oszukiwać, manipulując faktami, nawet wtedy, kiedy liczby mówiąc same za siebie krzyczą, że prawda jest inna.

      Mi ta sytuacja przypomina trochę krzyk oburzenia, kiedy osoby posiadające kilkadziesiąt czy nawet kilkaset tysięcy zaległości czynszu za mieszkanie lądują na bruku z tytułu nieuiszczonych należności właśnie. Dziwi mnie, że niektórzy ludzie nie widzą, że aby skumulować sobie tak ogromną kwotę długu, należy nie płacić za mieszkanie nie przez miesiąc czy kwartał, ale przez całe lata, co zazwyczaj wyklucza tymczasowe problemy z pracą a raczej sugeruje, że taka osoba z niepłacenia za lokal zrobiła sobie sposób na życie i dodatkowe źródło dochodów nie przewidując, że państwo może upomnieć się o swoje nawet po wielu latach nie wnoszenia opłat za mieszkanie.

Sprzedałem 567 sztuk powieści zanim w ogóle się ukazała – to wybitnie czy tragicznie?

Skip to entry content

Mijają 2 tygodnie od dnia premiery „Lunatyków” – mojej pierwszej powieści wydanej własnymi siłami. Instagram rośnie w zdjęcia czytelników, odbiór jest bardzo pozytywny, w sieci pojawiają się pierwsze recenzje, średnia ocen na Lubimy Czytać to 7/10, a najmniej przychylna opinia zamieszczona tam zaczyna się od słów „zacznijmy od tego, że książka jest na pewno niesamowicie czytalna – po trzech dniach od dostania jej w ręce przerzuciłem ostatnia kartkę”. Myślę, że to dobry moment, żeby pokazać trochę liczb i podsumować okres przedsprzedaży. Zwłaszcza, że w końcu odespałem maraton pracy po kilkanaście godzin na dobę i powoli wracam do żywych.

Do dnia premiery (26 października), przy sprzedaży wyłącznie przez stronę www.Lunatycy.com, poszło 567 egzemplarzy. Czyli zanim ktokolwiek mógł zobaczyć książkę na oczy i potwierdzić, że w ogóle istnieje, ponad pół tysiąca osób stwierdziło, że chce ją mieć. Czy to dobry wynik? W porównaniu do twórców internetowy wydających poradniki to bardzo słabo. W porównaniu do gameplayerów wydających swoje biografie w wieku 19 lat, to nie wiadomo, bo tradycyjne wydawnictwa nie podają liczb. A w porównaniu do debiutujących powieściopisarzy, to świetnie.

Ale po kolei.

Ile pieniędzy trzeba zainwestować, żeby samemu wydać książkę?

Można 21 000 złotych, ale można też 0.

Co składa się na pierwszą kwotę?

Przede wszystkim druk, który jest jej większą częścią, bo wydrukowanie nakładu 2 100 egzemplarzy (2 000 sztuk na sprzedaż i 100 na przyciski do papieru) kosztowało  11 676zł. W dalszej kolejności: film promocyjny – 3 690zł, korekta – 1 900zł, skład – 1 230zł, okładka – 500zł, sesja zdjęciowa do materiałów promocyjnych– 430zł, sponsorowanie postów na Facebooku – 400zł, szablon strony sprzedażowej – 180zł i kilka innych pierdół. Normalnie powinienem jeszcze doliczyć redakcję i postawienie sklepu internetowego, ale Magda Stępień (odpowiedzialna za kontrolę jakości tekstu) i Andrzej Kozdęba (ustawiający w WordPressie wszystko, co powinno być ustawione) uparli się, że nie chcą pieniędzy i niestety nie byłem w stanie zmusić ich do przyjęcia gotówki. Cóż, jak pech, to pech.

Czy któraś z tych pozycji mogłaby być mniejsza lub zupełnie zniknąć? Z pewnością można by oszczędzić na filmie promocyjnym – na przykład nie robiąc go w ogóle, co z powodzeniem uskuteczniają tradycyjne wydawnictwa – ale z powodów, o których piszę w dalszej części, uważam, że był to konieczny wydatek. Można by też przyciąć na okładce i użyć fotki z darmowego banku zdjęć lub jakiegoś popularnego stocka – co najwyraźniej stosuje Czwarta Strona wydająca Remigiusza Mroza. W związku z tym, że jednak moim głównym celem przy tworzeniu „Lunatyków” nie było wyciskanie złotówek z papieru, aż lasy tropikalne zaczną płakać, tylko zrobienie czegoś zajebistego, co będzie mogło być moją wizytówką, nie płakałem nad każdym wydanym grosikiem.

Jak wydać samemu książkę za 0zł?

Przeprowadzając kampanię crowdfundingową („crowdfunding” to „finansowanie przez tłum” – zbieranie pieniędzy na dany cel, gdzie każdy z wpłacających, w zależności od wysokości wpłaty, uzyskuje jakąś korzyść) lub sensownie rozpisując przedsprzedaż. Mnie dotyczył częściowo wariant drugi.

Częściowo, bo przedsprzedaż była rozpisana na tyle sensownie, na ile byłem to w stanie zrobić, zajmując się tym pierwszy raz w życiu. Z różnych powodów była kilkukrotnie przesuwana i trwała krócej niż pierwotnie zakładałem, jednak efekt i tak był zadowalający. Z pieniędzy czytelników sfinansowałem cały druk, więc tak naprawdę z własnych środków musiałem pokryć tylko 9 000zł reszty kosztów. Czego i tak dałoby się uniknąć, gdybym podwykonawcom zapłacił dopiero 2 miesiące po wystawieniu faktury, co nagminnie się zdarza w branży reklamowej, jednak nie chciałem być człowiekiem, na którym wiesza się chuje w kuluarach i zapłaciłem wszystkim po tygodniu.

Ile się zarabia na wydawaniu samemu książki?

Jedyna prawdziwa odpowiedź brzmi: to zależy. Zależy od ceny za jaką będziesz chciał ją sprzedawać i kosztów jakie będziesz ponosił, żeby to się stało.

Średnia cena książki w Polsce oscyluje w granicach 40zł. Jeśli dodasz do tego 10zł kosztów wysyłki, to dalej będzie akceptowalne, ale przy wyższej kwocie musisz to już jakoś sensownie uzasadnić. Zatrzymajmy się więc przy standardowych 50zł, a w zasadzie 49zł, bo – wbrew rozsądkowi – ta złotówka różnicy naprawdę działa.

Jakie mamy koszta przy samo-publikowaniu (jak ktoś zna ładniejsze tłumaczenie dla self-publishingu, to śmiało)?

1. Druk – najoczywistsza składowa z oczywistych, przy czym już tu pojawiają takie wahania, że można dostać choroby morskiej. Twarda okładka, czy miękka? Jak miękka to karton satynowany, jednostronnie kredowany, czy matowy? I ze skrzydełkami, czy to jednak nie kubełek classic w KFC i może być bez? A co z papierem w środku? Offset, satynowany, ecobook, czy Munken Print Cream vol 1,8 (cokolwiek to znaczy)? I ile ma mieć gram?

To wszystko sprawia, że przy nakładzie 2 000 sztuk, koszt 1 egzemplarza może wynosić poniżej 5zł, a może i prawie 9zł. U mnie wyszło niecałe 6zł.

2. Platforma sprzedażowa – miejsce gdzie będzie można kupić książkę.

Czytałem o jednym przypadku, gdzie dziewczyna wydająca się samodzielnie postawiła sobie za punkt honoru wprowadzić swoją książką na półki w Empiku. I wyszła na tym jak fanka Popka na tatuowaniu gałki ocznej. W sensie nie straciła wzroku, no bez przesady, Empik jest straszny, ale są jakieś granice. Po prostu odbiło jej się to nieświeżym bigosem. Utopiła pieniądze (bo za bycie w sieciowych księgarniach się płaci) i zamroziła książki (bo ostatecznie nie wylądowały na półkach, tylko przeleżały pół roku w magazynach). Dlatego większość samo-publikujących się sprzedaje swoje książki wysyłkowo przez internet.

W opcjach jest wystawianie aukcji na Allegro lub własny sklep internetowy. W przypadku tego drugiego zazwyczaj mamy do czynienia z abonamentowym kosztem rzędu 60zł miesięcznie. Do tego dochodzi koszt obsługi szybkich płatności internetowych (żeby wpłaty od kupujących były księgowane natychmiast, a nie po tygodniu). W zależności czy wybierzesz PayU, czy Przelewy24, to może być 2,9% lub 1,9% wartości zamówienia. W moimi przypadku niecały 1zł.

3. Dystrybucja – innymi słowy: wysyłka. Za zrealizowanie jednej wysyłki do czytelnika – karton, pakowanie, druk i naklejenie etykiety, nadanie Kurierem48 Pocztexu – płacę niecałe 15zł podwykonawcy robiącemu to za mnie (Krzysztof Bartnik – ten sam człowiek, który wysyła książki Volantowi, Pani Swojego Czasu, Michałowi Szafrańskiemu, a od niedawna również Radkowi Kotarskiemu).

Są self-publisherzy (straszne słowo, wiem), którzy przycinają na tej składowej i wysyłają książki osobiście zwykłym listem poleconym, ale w mojej opinii – biorąc pod uwagę ile czasu każdorazowo trzeba poświęcić na ogarnianie tego – to wcale nie jest oszczędność. Bo gdy jesteś zarówno autorem jaki i wydawcą, to naprawdę ostatnia rzecz, którą powinieneś robić, to stać z siatą paczek w kolejce na poczcie. Zwłaszcza, gdy – tak jak ja – w momencie, kiedy w ciągu dnia masz zrobić więcej niż dwie rzeczy, nie robisz żadnej dobrze, bo podzielność uwagi to dla Ciebie koncept czysto teoretyczny.

Podsumujmy to: czytelnik za książkę płaci 49zł, odejmujesz od tego 6zł za druk, 1zł za szybkie płatności i 15zł za wysyłkę (powinniśmy jeszcze doliczyć wcześniej wymienioną redakcję, korektę, skład, okładkę, promocję itd., ale przyjmijmy, że już wyszedłeś na zero z kosztami startowymi), wychodzi 27zł dla Ciebie. Minus podatek dochodowy i VAT.

Czy 567 książek sprzedanych w przedsprzedaży to dużo, czy mało?

Dużo, ale tylko biorąc po uwagę, że to powieść.

Czemu jest to takie istotne?

Po pierwsze: motywacja do zakupu.

Ludzie kochają poradniki, bo dają im obietnicę bezpośredniego wpływu na ich życie i zmiany na lepsze (co prawda zapominają, że książka sama za nich tych zmian nie wprowadzi, ale w tym kontekście to nieistotne). Przykładowo: przy poradniku o odchudzaniu można wprost komunikować, że „kupując tę książkę dowiesz się jak schudnąć X kilogramów w Y miesięcy”. Potencjalny nabywca widzi bezpośrednie powiązanie między zakupem danego tytułu, a korzyścią jaką mu to przyniesie.

Z beletrystyką jest trudniej, bo – jak byśmy nie fetyszyzowali literatury i nie wynosili na piedestał czytania – to po prostu rozrywka. Czas umili, ale życia nie zmieni (a przynajmniej trudniej jest stosować tego typu narrację w materiałach promocyjnych). Oczywiście możemy próbować grać na tonach, że powieści nas rozwijają emocjonalnie, przez śledzenie trudnych losów bohaterów stajemy się bardziej empatyczni, dzięki odkrywaniu nowych środowisk poszerzamy swoje horyzonty, a przez samo czytanie stajemy się bardziej elokwentni, poza tym to kontakt z… <ziew> dobra, wiem, że absolutnie na nikim, poza nauczycielkami polskiego, to nie robi wrażenia.

Pośrednie korzyści z czytania jako takiego większość ma w dupie, powieści to rozrywka, więc przede wszystkim mają rozrywać. Problem jest tylko taki, że ludzie są przyzwyczajeni do tego, że rozrywkę mają za darmo, zwłaszcza w internecie.

Po drugie: co jest w środku?

W przypadku poradników wystarczy pokazać spis streści, żeby było wiadomo z czym to się je. Przy biografiach tak naprawdę nie trzeba nic poza nazwiskiem opisywanej postaci. Z wielowątkową opowieścią na kilkaset stron jest nieco trudniej, bo co, będziesz streszczał po rozdziale co tam się dzieje? Zrobiłem to zanim zacząłem pisać, to się nazywa plan ramowy i wyszło 48 stron A4. Będziesz próbował zamknąć całość w jednym chwytliwym zdaniu? Świetnie, tylko, że to za mało.

Ludzie chcą wiedzieć co jest w środku, o czym to jest, i czy na pewno się wciągną, bo w momencie kiedy jesteś debiutantem (a jesteś), nie uwierzą Ci na słowo, że po prostu „warto”. Dlatego też postanowiłem wyprodukować zwiastun promocyjny na wzór zwiastunów filmowych, żeby na tyle zobrazować czytelnikom historię, by mogli ją poczuć i zapragnęli poznać jej dalszą część. W przypadku tego gatunku książki, uważam, że było to jedno z istotniejszych działań.

Po trzecie: wynik mierzenia zależy od punktu odniesienia.

Przy znajomych Youtuberach, którym w przedsprzedaży poszło po kilkanaście (a niektórym nawet po kilkadziesiąt) tysięcy sztuk, moje 567 egzemplarzy wygląda blado jak albinos na śniegu. Sytuacja jednak się zmienia, kiedy odrzucimy wartości bezwzględne i spojrzymy na sytuację pod kątem proporcji – to znaczy stosunku obserwatorów na Facebooku do liczby kupionych książek – bo absurdem byłoby oczekiwać, że moja niespełna dwudziestotysięczna społeczność wykręci taki sam wynik, jak ponad półmilionowa Ewy z Red Lipstick Monster (którą pozwolę sobie się tu posłużyć, bo robi świetną robotę i bardzo ją cenię). Gdy spojrzymy na procenty, okazuje się, że już przepaści nie ma.

Porównując się z kolei do debiutujących powieściopisarzy, wychodzi, że jest bardzo dobrze. Próbowałem znaleźć jakieś dane sprzedażowe dotyczące debiutów literackich w Polsce i jedyna liczba do jakiej udało mi się dotrzeć, to przedrukowany cytat z Forbesa, który mówi, że…

Zgodnie z niedawnymi informacjami podanymi przez magazyn „Forbes” średnia sprzedaż dobrego debiutu waha się od 500 do 1000 egz. Średni początkowy nakład debiutanta w naszym wydawnictwie to 400 egz.

Co by oznaczało, że ich roczny wyniki przebiłem w niecały miesiąc.

Czy dało się wycisnąć więcej z przedsprzedaży?

Jak najbardziej, tylko musiałaby się stać jedna z dwóch rzeczy: ja musiałbym mieć więcej doświadczenia lub doba więcej godzin.

Wszystko co miało miejsce podczas pisania i wydawania „Lunatyków” działo się w moim życiu po raz pierwszy. Od wybierania grubości papieru do książki, po wybieranie koloru przycisku w sklepie internetowym. A po drodze rejestrowanie działalności gospodarczej, pilnowanie korekty, składu, druku, terminów i tego, żeby zjeść choć dwa posiłki w ciągu dnia i przejść się dalej niż do toalety, bo bywało, że w obliczu nawarstwiającego się zapierdolu i setki spraw do załatwienia NA JUŻ, zwyczajnie o tym zapominałem. Albo nie miałem kiedy.

O naprawdę wielu rzeczach nie wiedziałem, o prawie tylu samo nie pomyślałem i musiałem się ich uczyć w biegu. Na szczęście miałem od kogo (za co serdecznie dziękuję Monice Kamińskiej, Bartkowi Popielowi, Michałowi Szafrańskiemu i wszystkim z grupy „Jak wydać książkę?”, bo dostałem od nich ogromne wsparcie merytoryczne), niestety nie zawsze było kiedy i część działań promocyjnych musiałem odpuścić, bo zwyczajnie coś by mi siadło pod kopułą z przepracowania. A nie po to trzy i pół roku temu odchodziłem z etatu, żeby teraz świat za oknem widywać tylko we vlogach na YouTube.

Jestem w pełni świadom, że w tej pierwszej fazie mogłem zrobić dużo więcej, ale raz, że pieniądze nie są dla mnie aż tak ważne, by zapracować się na śmierć, a dwa, że to był tylko jeden etap. Na szczęście, w odróżnieniu od tradycyjnych wydawnictw, nie jest tak, że książkę się promuje i sprzedaje tylko przez trzy miesiące, a potem idzie na przemiał i wszyscy zapominają o jej istnieniu. Przez to, że nikt poza mną nie ma kontroli nad tym, co dzieje się z „Lunatykami”, mogę ich promować przez najbliższy rok, a nawet dwa, ciągle docierając do nowych grup odbiorców.

Co jest największym minusem wydawania się samemu?

To, że musisz być wydawcą, dystrybutorem, promotorem i sprzedawcą w jednym. I jeśli wielozadaniowość nie jest Twoją mocną stroną, to nie najlepiej. Gorzej jest tylko, gdy czujesz się artystą.

Tłumacząc to bardziej obrazowo: dopóki piszesz, zwłaszcza powieść, musisz być przekonany, że historia, którą opowiadasz, a zwłaszcza sposób w jaki to robisz, to najbardziej unikatowa rzecz na świecie. Pieprzony latający jednorożec albo nieodkryty dotąd pierwiastek chemiczny. Że po tej książce historia ludzkości się skończy i zacznie na nowo. Musisz wierzyć, że to coś absolutnie wyjątkowego, bo inaczej nie będziesz się starał i jarał tym co robisz i wyjdzie jakiś wymęczony od niechcenia gniot.

Z kolei, kiedy proces twórczy jest już skończony, oddałeś tekst do druku i nic więcej nie możesz w nim zmienić, musisz zrzucić skórę Michała Anioła i wejść w buty Raya Kroca. I przyjąć, że Twoje redefiniujące życie i śmierć dzieło, jest najzwyklejszym na świecie produktem, który po prostu trzeba sprzedać. Jak proszek do prania albo krem po oczy. Bo dla procesu jakim jest sprzedaż nie ma absolutnie żadnej różnicy, czy to, co stworzyłeś będzie nominowane do Paszportów Polityki, czy wyląduje w czyimś garnku, a później na talerzu, czy w ogóle będzie tym talerzem.

Teoretycznie – to oczywiste, praktycznie – dopiero się tego uczę.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

 

---> SKOMENTUJ

wpis jest wynikiem współpracy reklamowej

Transseksualizm jest pojęciem prawie tak zdemonizowanym w naszym kraju jak „gender” i równie niezrozumianym, przez co często te określenia używane są zamiennie. Co oczywiście jest błędem, bo mimo, że oba związane są z płcią, to oznaczają co innego. „Gender” to tak zwana płeć kulturowa, czy też płeć psychiczna, czyli zestaw cech, zachowań i ról jakie w danym społeczeństwie przypisane są kobiecie bądź mężczyźnie.

Czym jest natomiast transseksualizm? Zgodnie z Wikipedią, to…

jedno z zaburzeń tożsamości płciowej, w którym identyfikacja płciowa nie zgadza się z płcią morfologiczną. Przyczyny tego zjawiska pozostają nieznane, rozpatruje się rolę czynników genetycznych, endokrynologicznych, neurorozwojowych i środowiskowych

Tłumacząc to łopatologicznie, to sytuacja kiedy płeć naszego ciała nie zgadza się z płcią, którą mamy w głowie – poczucie bycia kobietą w ciele mężczyzny lub poczucie bycia mężczyzną w ciele kobiety. Brzmi dziwnie/niezrozumiale/abstrakcyjnie/strasznie? Pewnie dlatego wiele osób dystansuje się od tego tematu i ze strachu woli się w niego nie zagłębiać, wrzucając go w szczelnie zamkniętą szufladę z etykietą „moce nieczyste”. Co skutkuje tym, że dla osób zmagających się z transseksualnością, to prawdziwy życiowy dramat.

W bardzo przystępny sposób problem ten obrazuje i tłumaczy nowy film Toma Hoopera – gościa, który dostał Oscara za „Jak zostać królem”.

22-go stycznia do kin wchodzi „Dziewczyna z portretu” – film oparty na życiorysie Lili Elbe, pierwszej osoby, na której przeprowadzono operację zmiany płci. Mimo, wydawałoby się, dość szokującej tematyki, opowieść poprowadzona jest bardzo łagodnie, bez scen nastawionych na skandal, czy wywołanie szumu wokół zjawiska za wszelką cenę. Reżyser położył nacisk na emocjonalny aspekt transseksualizmu, możliwie jak najspokojniej oswajając widza z zagadnieniem, bez żerowania na kontrowersji.

Ten tytuł, to opowieść o małżeństwie dwóch artystów – Einarze i Gerdzie Wegener – zajmujących się malarstwem, które wydaje się, że jest idealnie dopasowaną, kochająca się parą. Sytuacja zmienia się, gdy pewnego razu koleżanka Gerdy, która dotąd pomagała jej pozując do portretów, nie może się zjawić i malarka prosi męża o przebranie się w damskie ciuchy, aby mogła dokończyć obraz. Einar z początku w rolę kobiety wchodzi niechętnie, później jednak, pod płaszczem zabawy, robi to coraz bardziej ochoczo, z każdym kolejnym razem coś w sobie odkrywając. Przełom następuje, gdy dla żartu przebrany za kobietę idzie z żoną na bal, i w damskim kamuflażu jest tak przekonujący, również dla samego siebie, że zapomina się i dochodzi do zbliżenia między nim, a innym mężczyzną.

Staje się nieodwracalne. Od tego momentu jego prawdziwa, a dotąd uśpiona, natura budzi się, dekonstruując całego jego życie, z nim samym na czele.

Eddie Redmayne – gość, który w zeszłym roku dostał Oscara za  wcielenie się w Stephena Hawkinga – jest idealnie stworzony do roli głównego bohatera! Pisząc „idealnie” nie mam na myśli, że całkiem mu pasuje udawanie faceta będącego niepewnym swojej tożsamości płciowej, nie. Mam na myśli, że widząc go na ekranie nawet nie masz cienia wątpliwości, że jest kobietą uwięzioną w ciele mężczyzny. Nie wiem, czy jest jakiś inny aktor, który lepiej byłby w stanie zagrać transseksualistkę. Wcielić się w kobietę mogłoby wielu, udawania kobiety, która wcześniej była facetem pewnie też ktoś by podołał, ale być przekonującym jako osoba, która przechodzi pełną przemianę od jednej płci w drugą? Nie tracąc przy tym ani przez chwilę wiarygodności? Mega szacun.

Żonę Redmayne – czyli Gerdę Wegener – gra tutaj Alicia Vikander. Nie widziałem jej wcześniej w niczym interesującym poza „Ex Machiną”, ale po tym tytule zacząłem googlować wszystkie filmy z jej udziałem. Jest tutaj totalnie delikatna, zmysłowa i kobieca. Chodzący płatek róży. Czasem aż do przesady, bo chciałoby się zobaczyć ją wkurwioną, ciskającą piorunami w otoczenie, bo jakby nie patrzeć, jej ukochany mężczyzna, któremu się poświęca, przestaje nim być. Jednak nie wpływa to negatywnie na odbiór filmu. Widz mimo wszystko, przeżywa z nią dramat jej partnera, co z kolei uzmysławia, że zaburzenia tożsamości płciowej są trudne nie tylko dla osoby, którą dotykają, ale również dla jej najbliższego otoczenia.

„Dziewczyna z portretu” jest ważnym filmem z dwóch powodów. Po pierwsze, jak wcześniej wspomniałem, jest w stanie wytłumaczyć laikowi zrozumiale, na czym polega transseksualizm, który nie jest zagadnieniem prostym i po przeczytaniu książkowej definicji, wcale nie musi być oczywisty. Po drugie, uwrażliwia człowieka na to zjawisko. Pokazuje, że to nie wymysł zdegenerowanych bywalców zachodnich gejowskich klubów, tylko problem, który pojawia się w człowieku niezależnie od niego i zamienia jego życie w piekło. Mimo, że nie jestem podatny na typowe wyciskacze łez, to tej historii się nie ogląda, ją się doświadcza i trudno robić to będąc kompletnie niewzruszonym.

Polecam ten film zwłaszcza osobom negatywnie nastawionym do tematu. Obudzi w nich empatię.

---> SKOMENTUJ