Close
Close

Kilka dni temu potwierdziło się, że lider Komitetu Obrony Demokracji – Mateusz Kijowski – nie płaci alimentów na swoje dzieci. Nie płaci tak długo, że tych zaległych pieniędzy na utrzymanie trójki potomstwa, z odsetkami zebrało się 100 000 złotych. Sporo, co?

Nie będę rozwodził się nad tym, czy osoba, która omija prawo szerokim łukiem powinna stać na czele ruchu społecznego, który ma strzec przestrzegania owego prawa. Głównie dlatego, że nikt z nas, poza osobami kanonizowanymi, nie jest święty i jak mówi stare tabloidowe przysłowie: „pokaż mi człowieka, a znajdę zdjęcia, na których nie zatrzymuje się na czerwonym”. Nie planuję również przeprowadzać śledztwa, żeby ustalić, czy faktycznie utrzymuje go nowa żona, czy zarabia na czarno, czy dotują go jakieś ugrupowania.

Chcę odnieść się tylko do tego, co powiedział na ten temat Jacek Żakowski – dziennikarz i publicysta „Gazety Wyborczej”. Jego próba wytłumaczenia niepłacenia alimentów była wyjątkowo idiotyczna, a ze względu na jego popularność i autorytet, może być chętnie przyjmowaną wymówką przez innych, którym szkoda pieniędzy na własne dzieci.

bohater płaci alimenty

Jacek Żakowski, tłumacząc uchylanie się od obowiązku Mateusza Kijowskiego, w rozmowie z Super Expressem powiedział:

w Polsce od pokoleń mężczyźni zostawiają kobiety z dziećmi i idą na wojnę. Są takie sytuacje, jak Wałęsy…

oraz

Jak jest sytuacja, którą oceniamy jako wyższą konieczność, np. obrony demokracji albo wolności, to rodzina cierpi! I jeżeli człowiek decyduje się zapłacić tak ogromną cenę, by zrobić coś dla kraju jak pan Kijowski, to tym bardziej należy mu się szacunek i uznanie!

Nie wiem, czy sytuacja na Ochocie tak diametralnie różni się od tego, co dzieje się w Śródmieściu, ale nie zauważyłem, żebyśmy mieli w kraju konflikt zbrojny. Na wszelki wypadek zadzwoniłem do znajomych mieszkających poza Warszawą, ale również nie skarżyli się na czołgi za oknami, naloty bombowe, czy bezsenność z powodu egzekucji. Może wysuwam zbyt śmiały wniosek, ale wszystkie przesłanki pozwalają mi stwierdzić, że W POLSCE NIE MA WOJNY. W związku z powyższym, porównanie działania w Komitecie Obrony Demokracji do pójścia na wojnę jest tak bardzo na wyrost, jak uznanie, że jazda komunikacją miejską na gapę to walka z systemem.

Żeby nie było, nie kwestionuję ani zasadności powstania KOD, ani sposobu ich działań, ani w ogóle niczego co z nimi związane. Stwierdzam tylko, że to diametralnie co innego, niż ryzykowanie życia za kraj walcząc na froncie.

Nie uważam również, żeby komukolwiek należało się uznanie z powodu cierpienia rodziny. Bo tak jak pan Żakowski słusznie zauważył, nie cierpi – w tym przypadku – Mateusz Kijowski, tylko jego rodzina. A konkretnie jego dzieci. Przez niego. Jeśli mielibyśmy oddawać szacunek ludziom za to, że zaniedbują swoje potomstwo, to Mama Małej Madzi miałaby dzisiaj tytuł szlachecki.

W dalszej części rozmowy czytamy:

– Ale jaką cenę?! Mógł pozostać w dobrze płatnej pracy i płacić alimenty na swoje dzieci. Wybrał jednak bycie na utrzymaniu innej kobiety i wolontariat po to, by być liderem ruchu społecznego. On nie płaci żadnej ceny! Cenę płacą jego dzieci i była żona, która musi się tą trójką zająć pomimo pracy zawodowej…

– Wie pan co? Cmentarze wojenne pełne są grobów bohaterów, których dzieci zapłaciły cenę. Więc dla mnie te ckliwe kawałeczki o dzieciach, które pan teraz sprzedaje, są kompletnie nieprzekonujące. Jak moje pokolenie za Solidarności siedziało w więzieniach albo pokolenie powstańców tracących życie, to dzieci też płaciły cenę.

I wciąż nie rozumiem jak można nie dość, że usprawiedliwiać, to jeszcze robić bohatera z człowieka, który z własnej woli zrezygnował z łożenia na trójkę swoich dzieci. Po pierwsze, jakoś kilkudziesięciu tysiącom pozostałych osób, które brały udział w manifestacjach KOD, udało się połączyć pracę zawodową z udziałem w marszu. Po drugie, z tego co rozumiem, te manifestacje są po, żeby Polska była lepszym miejscem, żeby lepiej się w niej żyło i żeby budować lepszą przyszłość. To mała uwaga: nie zrobimy nad Wisłą El Dorado i nie będzie tu płynąć miód i ambrozja, jeśli będziemy zaniedbywać własnych synów i córki. Żyłoby się lepiej, jeśli miałyby środki do rozwoju teraz i tutaj, a nie za 10 lat.

Z perspektywy osoby, która miała problem z egzekwowaniem alimentów, mogę powiedzieć, że choćby mój ojciec własnymi rękami zaprzysiężył wszystkich sędziów Trybunału Konstytucyjnego, wciąż nie stałby się bohaterem. Cały czas byłby dupkiem, który powołał mnie na ten świat i celowo chce pozbawić środków do życia.

Nie piszę tego, żeby dopieprzyć komuś personalnie. Piszę to, żeby uzmysłowić wszystkim, że udział w ruchach społecznych nie usprawiedliwia niepłacenia alimentów. Jeśli ktoś ma wątpliwości, to niech spyta któreś dziecko, jak czuje się z tym, że od dawna nie dostaje pieniędzy na życie, bo rodzic zamiast do pracy woli chodzić na manifestacje.

Prawdziwy bohater płaci alimenty.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Jlhopgood
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

34 comments

    1. W tym konkretnym przypadku to główna kwestia, że 100 000 złotych (czy 80 000 bez odsetek) nie zbiera się w półtora miesiąca (bo KOD działa od 18 listopada), tylko kilka lat. Ale może według tej logiki niepłacenie alimentów na swoje dzieci od dawna, to po prostu przygotowywanie się zawczasu do roli bohatera.

    2. Zależy – widziałam gdzieś wersję o 7.000,00 miesięcznie na wszystkie dzieci łącznie (czyli pewnie były w różnym wieku etc).To mniej niż półtora toku bez pracy i bez możliwości płacenia. Bo pamiętać należy, że trzeba też jeść coś innego niż tynk ze ściany i płacić za energię niewytwarzaną krzesiwem i hubką, co oczywiście też generuje koszty.

      1. Siedem tysięcy to on zarabiał a alimenty miał w wysokości 2000, coś tam słyszałaś ale zakumać to nie zakumałaś.

        1. To ty się naucz „kumać”, a na początek – czytać. Powiedziałam, że jest to jedna z wersji, którą akurat ja widziałam.

    3. Dla ludzi z minimalną inteligencją finansową jest to oczywiste. Gorzej, że istnieją ludzie (matematyczni analfabeci, którym „matematyka nie jest do niczego w życiu potrzebna”), którzy potrafią nie dostrzegać tak oczywistych zależności, a przez to jeszcze łatwiej jest wodzić ich za nos i oszukiwać, manipulując faktami, nawet wtedy, kiedy liczby mówiąc same za siebie krzyczą, że prawda jest inna.

      Mi ta sytuacja przypomina trochę krzyk oburzenia, kiedy osoby posiadające kilkadziesiąt czy nawet kilkaset tysięcy zaległości czynszu za mieszkanie lądują na bruku z tytułu nieuiszczonych należności właśnie. Dziwi mnie, że niektórzy ludzie nie widzą, że aby skumulować sobie tak ogromną kwotę długu, należy nie płacić za mieszkanie nie przez miesiąc czy kwartał, ale przez całe lata, co zazwyczaj wyklucza tymczasowe problemy z pracą a raczej sugeruje, że taka osoba z niepłacenia za lokal zrobiła sobie sposób na życie i dodatkowe źródło dochodów nie przewidując, że państwo może upomnieć się o swoje nawet po wielu latach nie wnoszenia opłat za mieszkanie.

  1. Ręce mi opadły po przeczytaniu argumentów tego Pana. Porównanie alimenciarza do bohatera wojennego prawie mnie zabiłio. Od ponad dwóch lat szarpię się o alimenty z byłym mężem, których wysokość sam ustalił przed sądem, a których nigdy nie zapłacił i po prostu jakos brakło mi słów.

    1. Kiedyś miałem takiego szemranego pracownika, który mi nagle i niespodziewanie zniknął. Okazało się, że za niezapłacone alimenty poszedł siedzieć.
      Nie wiem do końca, co to zmienia i czy przynosi jakieś pieniądze komukolwiek, ale może warto użyć jako straszaka?

    2. Nie mogę zrozumieć jak można nie chcieć płacić alimentów na własne dziecko. Nigdy tego nie rozumiałam, a tymbardziej teraz, kiedy od czterech lat nie mam alimentów na dziecko i z tego co widzę nie ma szans, żeby te alimenty się pojawiły. A dodatkowo podnosi mi ciśnienie fakt, że kiedy moja córka kiedyś pójdzie do pracy, to tak zwany „ojciec” według prawa może wystąpić o alimenty na siebie od niej, bo przecież jest taki biedny, nie pracuje i nie ma na życie.

  2. Nie znam się, to się wypowiem.
    Po pierwsze – świadome, z premedytacją podjęte uchylanie się od świadczeń alimentacyjnych na rzecz dzieci, zwłaszcza małoletnich, to pierwszej wody skurwysyństwo. Co do tego zgoda.
    Niestety nie wiem, jak wyglądała faktycznie ścieżka pana Kijowskiego w zakresie tworzenia sobie zaległości alimentacyjnych, ale podczytałam między innymi, że Sąd dochrzanił mu alimenty w horrendalnej wysokości, kiedy był już bezrobotny.
    Bo sąd bierze pod uwagę nie tylko aktualną sytuację majątkową zobowiązanego, czyli to ile zarabia, ewentualnie czy ma jakieś inne składniki majątkowe mogące przynieść mu dochód (mieszkanie, działkę czy whatever). Sąd ocenia też tak zwane możliwości zarobkowe, czyli to, ile dana osoba jest w stanie wyciągnąć w swoim sektorze zawodowym. Jeśli komuś się poszczęści na tyle, że zarabia po 7.000,00 zł miesięcznie, by następnie przeżyć zapaść rynkową danej branży i zacząć zarabiać po 3.000,00 zł, to bywa, że sąd ma to w dupie. Zarabiałeś 7.000,00 z, to znaczy, że dalej jesteś w stanie tyle zarabiać. A to, że na rynku pracy jest chuj, dupa i parasol, a ty masz na utrzymaniu jeszcze chorą matkę- to już odrębna kwestia, która nikogo nie obchodzi.
    Dalej – osoba nie sprawująca opieki nad dzieckiem na co dzień ZAWSZE będzie miała zasądzone więcej, niż ten kto z dzieckiem mieszka. Jest to logiczne i uzasadnione przepisami prawa, ale bywa i tak, że sądy przeceniają wkład mateczek (bo to najczęściej przy nich dziecko zostaje) w utrzymanie i wychowanie dziecka, całość zobowiązań finansowych w zakresie utrzymania dziecka cedując na tatusia.
    Ja nie usprawiedliwiam niczego, tylko poddaję pod rozwagę. Media mają też to do siebie, że uwielbiają wyrywać daną kwestię z kontekstu i robić na tej podstawie szpaltę na milion sprzedanych egzemplarzy, więc trudno tu jednoznacznie rozstrzygnąć, kto ma faktycznie rację.
    Wypowiedź Żakowskiego – cóż, żenująca i jakby z jakiegoś K-Paxu. Ale Paulina Młynarska, która w odpowiedzi uprzejma była nawiązać do jakże biologicznych kwestii spermy i innych też jakoś tak trochę była bez klasy…

    1. Mój były mąż na sprawie rozwodowej sam zaproponował wysokość alimentów, sąd się mnei spytał czy zgadzam się na taka kwotę – zgodziłam się. Mimo że sam ustalił sobie wysokość aliemntów, to nigdy ich nie zapłacił.

      1. Ale to tak a propos której części mojego komentarza? Już powiedziałam, co sądzę świadomie uchylających się (w tym również zatajających dochody na długo przed powództwem itp. – bo tę kategorię również wliczam do skurwysynów) od alimentów, a jednak poczułam się trochę domyślnie strofowana.

    2. Ola, czytałem różne wersje na temat zarobków Kijowskiego, byłych i obecnych, i tak jak pisałem, nie chcę robić śledztwa, ani skupiać się na dowalaniu konkretnie jemu, tylko zwrócić uwagę, że w tej sytuacji, usprawiedliwienie jakie zaproponował Żakowski, to żadne usprawiedliwienie.

      1. Rozumiem w zupełności. Ale jednak chciałam oddać nieco sprawiedliwości i trochę rozmydlić szykujący się shitstorm w związku z niepłacącymi ojcami. Sprawa rzadko jest totalnie jednoznaczna.
        Co do Żakowskiego, jak mówiłam…hm…no, jakieś srogie piguły chyba weszły na warsztat.

        1. Sprawa jest totalnie jednoznaczna: potrzeby dzieci są priorytetem, alimenty się płaci i tyle. Koniec, kropka.

    3. Pani Aleksandro, kluczowe wg polskich przepisów nie są możliwości zarobkowe rodziców, tylko potrzeby dzieci. Jeśli uważa Pani 700 zł na 1 dziecko za wysokość horrendalną, proszę sprawdzić, jakie mamy minimum egzystencji oraz minimum socjalne. Sądy, a także społeczeństwo, NIE DOCENIAJĄ – przeciwnie, do tego, co Pani pisze – pracy matek. Prosta wycena – ile kosztuje godzina opieki nad dzieckiem lub pomocy dziecku w nauce na rynku, i ile takich godzin wyrabia matka?

      Zobowiązania alimentacyjne wobec rodziców są w dalszej kolejności. Jeśli zarabiałeś 7, a zarabiasz 3, to poszukaj innej pracy. Bierz zlecenia, sprzedaj auto – whatever. Nie kwestionuję załamań rynku, obniżek pensji itd – jednak ze statystyk wynika, że jakoś takie wypadki zdarzają się zobowiązanym częściej w okolicach rozpraw o alimenty.

      Zakładając, że sąd nie bierze pod uwagę wkładu BEZPŁATNEJ pracy matki i ustala alimentację po 1/2, dzieci pana K. powinny przeżyć za 1400 zł/mies. Jeśli ma Pani dzieci, proponuję ćwiczenie: utrzymanie nastolatka za 1400 zł. Przypominam, że dzieci nie tylko jedzą i sr.., ale wyrastają z ubrań, są wredne i chorują, mają fanaberie typu sport, muszą gdzieś mieszkać (tu dzielimy np czynsz czy miesięczną ratę kredytu między wszystkich członków gospodarstwa domowego, DZIECI też, prąd i woda czy zużycie pralki to tez jest koszt utrzymania, meble, biurko i krzesło dla ucznia…), powinny rozwijać się intelektualnie.

      Albo niech to będzie kilkulatek w rodzinie bez dziadków (wsparcie i opieka) – przedszkole, ewentualna opieka w czasie choroby, raz na jakiś czas chińska zabawka, nie daj bogini jakaś alergia wymagająca diety…

      Nie wspomnę już o takich skrajnych luksusach dla dzieci jak wyjazd na wakacje – polecam sprawdzić ceny np. obozów harcerskich (wersja hard, namiot i sławojka) albo przeciętnej kolonii nad morzem w ośrodku z lat 70tych ub. w.

      Ale przecież 1400 zł miesięcznie to zawrotna, horrendalna kwota, za którą i dziecko, i matka złodziejka mogą polecieć dwa razy w roku na Dominikanę.

      Jest jeszcze jedna kwestia, statystyczna: przeciętny facet zarabia więcej niż przecietna kobieta. Dlaczego zatem mają ponosić koszty po 1/2? Wychodzi na to, że matki musza zarabiać na dzieci, na siebie nie. Takie jest społeczne oczekiwanie – że matka się poświęci: nie tylko tzw karierę czy rozwój, ale także swoje potrzeby. Ojcowie przeciwnie – zarabiają na siebie, i ewentualnie coś odpalaja dzieciom… Przytaczam pewną prawidłowośc, i oczywiście jest tak, że alimenty zawsze sa za małe jak się je dostaje, i zawsze za duże, jak się je płaci… A cierpią dzieci.

      1. Rozumiem emocje, niewątpliwie związane ze znajomością tematu, ale nie jest potrzebna zastosowana przez Panią duża doza sarkazmu, ponieważ nie mienię się obrończynią praw uciśnionych mężczyzn, a tylko zwracam uwagę na to, że sprawa nigdy, nigdy nie jest czarno – biała, co widzę na co dzień w praktyce zawodowej. Zbyt wiele widziałam już cwaniar, które z sukcesem podpinają się pod żądania alimentacyjne „na dziecko”, po czym żyją sobie spokojnie z tego, co na to dziecko dostaną, nie kiwając żadnym z dostępnych palców w trakcie trwania małżeństwa. Ani w jakiejkolwiek pracy, ani przy opiece nad dzieckiem, nad którym skakali dziadkowie i opiekunki. O kolejnych hecach związanych z utrudnianiem kontaktów ojca z dzieckiem nawet nie wspomnę, bo nie o tym dyskusja.
        Nigdy nie powiedziałam, że rodzice powinni płacić po połowie – respektuję bowiem regulację kodeksową, która przewiduje osobiste starania rodzica sprawującego codzienną pieczę nad dzieckiem jako wkład zmniejszający bądź też całkiem eliminujący konieczność świadczeń alimentacyjnych na rzecz małoletnich.
        Zwracam też uwagę, że regulacje kodeksowe stawiają NA RÓWNI tak potrzeby uprawnionego, jak i możliwości zarobkowe i majątkowe zobowiązanego. Musiałabym zerknąć do kodeksu żeby sprecyzować podstawę/
        I ogóle polecam przeczytanie mojego komentarza raz jeszcze przed dokonaniem kolejnego niesłusznego rozjazdu. Podkreślam bowiem raz jeszcze, że znam i ojców – niewypłacalnych skurwysynów, i matki – roszczeniowe suki.

  3. Janek, bardzo mądry tekst (jak zwykle zresztą). Można być bohaterem, ale nie kosztem rodziny. Zwłaszcza, gdy nie ma wojny (sorry Panie Żakowski) tylko ludzie dopominają się o demokrację. Walka o ideę jest piękna, ale nie usprawiedliwia odpowiedzialności.

  4. Sama jestem „ofiarą” niepłaconych alimentów i cóż… Jeśli na wszystko inne jest, a nie ma pieniędzy na to, by płacić na swoje dziecko, skoro już nie można go wychowywać normalnie (z różnych względów), to mamy tutaj chyba dość spore zaburzenie hierarchii i priorytetów.

  5. Płacenie alimentów to żadne bohaterstwo. To absolutnie najzwyklejsza, najbanalniejsza przyzwoitość.
    To tak z punktu widzenia osoby, która też miała problem z egzekwowaniem.

  6. nie wiem jak to skomentować. Przychodzi mi do głowy tylko tekst o tym, ze wystarczyło X lat temu użyć gumki. Tańsza jest… Przecież dziecko samo na świat się nie pcha. Szkoda dzieci, których rodzice nie dorośli do bycia rodzicami…

  7. No co Ty Janek, ja za każdym razem jak jadę 157 koło Starynkiewicza to z przestrachem spoglądam na mój licznik Geigera.

  8. Bardzo cięzko jest mi pozbyc się wrazenia, ze ten broniący bohatera człowiek sam uchylałby się od tego obowiązku postulując to potrzeba wyzsza. Na przyklad zalatwiania potrzeb fizjologicznych na złotym kiblu zeby mu sie dobrze myślało.
    Jak czytam takie bzdury to szczerze mowiac jest mi wstyd, ze jakas kobieta stworzyła takiego potwora.

  9. Sytuacja pierwsza: mojej ciotki były mąż zrobił chyba z czwórkę dzieci (każde z inną). Na żadne nie płacił nigdy alimentów. Mój kuzyn, dzisiaj 22letni dostał wezwanie, bo jego ojciec (który niewiele się nim interesował i powtórzę NIE płacił!) jest bezdomny i czy mój kuzyn nie zechciałby go wesprzeć. Podejrzewam, że takie wezwanie dostała również jego 25letnia córka (również pracująca). Mój kuzyn rzecz jasna powiedział, że ma w d…. ojca i nie da złotówki. Brutalne? Nie do końca.

    Sytuacja druga: W sieci i w mediach zaistniało Stowarzyszenie o szumnej nazwie Dzielny Tata. Panowie Ci, opowiadają łzawe historię o swoich byłych, które „porywają” im dzieci, alienują i ,,żyją za ich pieniądze”. Paradoksem jest właśnie fakt, że oni płacić nie chcą i nie płacą, bo twierdzą, że powinna im się należeć jak psu buda opieka naprzemienna. Czyli dziecko ma mieć dwa domy „bo tak” i kompletnie do nich nie dociera, że dziecko to nie jest zabawka. Wielu tych Panów ma na swoim koncie wyroki. Prezes Stowarzyszenia za liczne próby porwania swoich dzieci z rąk (jak nazywa swoją eks) „Właścicielki”. Gdzie dobro dzieci? Błagam, nie pytaj. Nie mam pojęcia. Dla nich dzieci to worki, które można przerzucać. Teraz jeden Pan, który uprowadził syna i zrobił akcję na całą Polskę pod otoczką ,,jego dobra” – pewnie słyszałeś ? – siedzi w więzieniu i robi głodówkę. Wcześniej zrobił ze swojej eks psychopatkę na całą Polskę. Oto Ojcowie w tym kraju walczący.

    Ale … alimenty to psi obowiązek. Paradoksem tego był zawsze fakt, że w jednej z dyskusji (bodajże u Doroty Zawadzkiej) przyszło mi się zmierzyć z kobietą, która twierdziła, że ktoś tam (chyba z jej rodziny?) żyje sobie jak pączek w maśle za alimenty. Wszystkich chyba interesowało (ja nie jestem wyjątkiem) JAKIE alimenty dostawała TA kobieta, że mogła sobie pozwolić na kosmetyczkę, fryzjera i ciuchy. Otóż … 500 złotych. Kurtyna.

    Dla mnie faceci, którzy nie płacą na dzieci pieniędzy to nieodpowiedzialne gnojki. Często zasłaniają się „robieniem na złość eks”. Rzeczywiście argument …

    1. Droga Noemi – największym (i chyba jedynym) plusem nie otrzymywania alimentów jest fakt, że jeśli takiemu perfidnemu tatusiowi-cwaniakowi (lub mamusi, też tak się zdarzyć może), który całe życie migał się od alimentów na starość powinie się noga, to taki skurczysyn nie ma podstaw do tego, by uzyskać alimenty (czy jakąkolwiek finansową pomoc) od swoich dzieci. Co innego, gdyby alimenty (nawet groszowe) płacił – wówczas będąc w kiepskiej sytuacji finansowej może uzyskać w sądzie alimenty od własnych dzieci mimo tego, że przez całe ich życie się nimi nie interesował.

  10. Co za kpina. Jak można porównywać pójście na wojnę i osierocenie dzieci do brania udziału w manifestacjach? To jest tak bardzo skrajny idiotyzm i wręcz ubliżanie rodzinom ludzi, którzy poświęcili życie za nasz kraj, że powinno być karalne. Tak samo jak karalne i co ważniejsze egzekwowane, powinno być niepłacenie alimentów w momencie posiadania zdolności do pracy.
    Normalnie nóż mi się w kieszeni otworzył.

  11. Po tym cytacie „Jak jest sytuacja, którą oceniamy jako wyższą konieczność, np. obrony demokracji albo wolności, to rodzina cierpi!(…)” przestałem czytać tekst. Nie z powodu obiekcji do tekstu, tylko tego jak mocno mnie krew zalała. Żakowski chyba ma swoich czytelników za ostatecznych debili – w czasach pokoju i dobrobytu (a patrząc na czasy w jakich żyli nasi rodzice i ich rodzice to my w takich żyjemy) napisał wprost „j**ać rodzinę. alimenty też je**ć a rodzina ma niepłacącego czcić i wielbić bo walczy o ich WOLNOŚĆ”

    Niestety znam paru typów którzy z premedytacją nie płacą alimentów i za każdym razem jak widzę próby tłumaczenia niepłacenia (oprócz „nie mam środków aby alimenty opłacać” co często jest po prostu stwierdzeniem faktu, nie wymówką i po zdobyciu środków są „nadrabiane” okresy niepłacenia – sytuacja z życia wzięta) zwłaszcza takie jak Żakowskiego to uśmiech mi się w kieszeni otwiera.

  12. Nie rozumiem mężczyzn (bo to zazwyczaj od nich egzekwuje się alimenty), którzy nie płacą na własne dziecko. Nie dość, że w ogóle nie poczuwają się od odpowiedzialności, to jeszcze zachowują się tak, jakby co najmniej korona z głowy miała im spaść, gdyby dali trochę pieniędzy na dziecko i jego potrzeby (ubrania, jedzenie, książki, słowniki, komputer do nauki, itd., nie wspominając już o dodatkowych drobiazgach).

    Wspaniały tekst i super tytuł! :)

  13. Oczywiście tekst świetny, chciałam jednak przy okazji zwrócić uwagę na pewną kwestię luźno związaną z tematem.

    Jacek Żakowski jest zwykłym oszołomem i totalnie niewiarygodną w moich oczach osobą. Ten gość wygląda mi na typka, dla którego chamstwo jest chlebem powszednim, proszę więc nie traktować jego wypowiedzi jako jakkolwiek reprezentatywnych dla społeczeństwa.

    Proszę obejrzeć ten materiał:
    https://www.youtube.com/watch?v=k-YwxmIf4fs

    dobrze obrazuje zarówno niezbyt chwalebny poziom kultury i moralności Żakowskiego, jak i sposób, w jaki ten człowiek lekce sobie waży własne słowa, nie przejmując się zupełnie tym, że jego bezmyślne chłapanie dziobem może kogoś mocno zranić.

    PS. Ten sukinkot nawet mordę ma wredną. Jednak pierwsze wrażenie bywa czasem trafne ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

wpis jest wynikiem współpracy reklamowej

Transseksualizm jest pojęciem prawie tak zdemonizowanym w naszym kraju jak „gender” i równie niezrozumianym, przez co często te określenia używane są zamiennie. Co oczywiście jest błędem, bo mimo, że oba związane są z płcią, to oznaczają co innego. „Gender” to tak zwana płeć kulturowa, czy też płeć psychiczna, czyli zestaw cech, zachowań i ról jakie w danym społeczeństwie przypisane są kobiecie bądź mężczyźnie.

Czym jest natomiast transseksualizm? Zgodnie z Wikipedią, to…

jedno z zaburzeń tożsamości płciowej, w którym identyfikacja płciowa nie zgadza się z płcią morfologiczną. Przyczyny tego zjawiska pozostają nieznane, rozpatruje się rolę czynników genetycznych, endokrynologicznych, neurorozwojowych i środowiskowych

Tłumacząc to łopatologicznie, to sytuacja kiedy płeć naszego ciała nie zgadza się z płcią, którą mamy w głowie – poczucie bycia kobietą w ciele mężczyzny lub poczucie bycia mężczyzną w ciele kobiety. Brzmi dziwnie/niezrozumiale/abstrakcyjnie/strasznie? Pewnie dlatego wiele osób dystansuje się od tego tematu i ze strachu woli się w niego nie zagłębiać, wrzucając go w szczelnie zamkniętą szufladę z etykietą „moce nieczyste”. Co skutkuje tym, że dla osób zmagających się z transseksualnością, to prawdziwy życiowy dramat.

W bardzo przystępny sposób problem ten obrazuje i tłumaczy nowy film Toma Hoopera – gościa, który dostał Oscara za „Jak zostać królem”.

22-go stycznia do kin wchodzi „Dziewczyna z portretu” – film oparty na życiorysie Lili Elbe, pierwszej osoby, na której przeprowadzono operację zmiany płci. Mimo, wydawałoby się, dość szokującej tematyki, opowieść poprowadzona jest bardzo łagodnie, bez scen nastawionych na skandal, czy wywołanie szumu wokół zjawiska za wszelką cenę. Reżyser położył nacisk na emocjonalny aspekt transseksualizmu, możliwie jak najspokojniej oswajając widza z zagadnieniem, bez żerowania na kontrowersji.

Ten tytuł, to opowieść o małżeństwie dwóch artystów – Einarze i Gerdzie Wegener – zajmujących się malarstwem, które wydaje się, że jest idealnie dopasowaną, kochająca się parą. Sytuacja zmienia się, gdy pewnego razu koleżanka Gerdy, która dotąd pomagała jej pozując do portretów, nie może się zjawić i malarka prosi męża o przebranie się w damskie ciuchy, aby mogła dokończyć obraz. Einar z początku w rolę kobiety wchodzi niechętnie, później jednak, pod płaszczem zabawy, robi to coraz bardziej ochoczo, z każdym kolejnym razem coś w sobie odkrywając. Przełom następuje, gdy dla żartu przebrany za kobietę idzie z żoną na bal, i w damskim kamuflażu jest tak przekonujący, również dla samego siebie, że zapomina się i dochodzi do zbliżenia między nim, a innym mężczyzną.

Staje się nieodwracalne. Od tego momentu jego prawdziwa, a dotąd uśpiona, natura budzi się, dekonstruując całego jego życie, z nim samym na czele.

Eddie Redmayne – gość, który w zeszłym roku dostał Oscara za  wcielenie się w Stephena Hawkinga – jest idealnie stworzony do roli głównego bohatera! Pisząc „idealnie” nie mam na myśli, że całkiem mu pasuje udawanie faceta będącego niepewnym swojej tożsamości płciowej, nie. Mam na myśli, że widząc go na ekranie nawet nie masz cienia wątpliwości, że jest kobietą uwięzioną w ciele mężczyzny. Nie wiem, czy jest jakiś inny aktor, który lepiej byłby w stanie zagrać transseksualistkę. Wcielić się w kobietę mogłoby wielu, udawania kobiety, która wcześniej była facetem pewnie też ktoś by podołał, ale być przekonującym jako osoba, która przechodzi pełną przemianę od jednej płci w drugą? Nie tracąc przy tym ani przez chwilę wiarygodności? Mega szacun.

Żonę Redmayne – czyli Gerdę Wegener – gra tutaj Alicia Vikander. Nie widziałem jej wcześniej w niczym interesującym poza „Ex Machiną”, ale po tym tytule zacząłem googlować wszystkie filmy z jej udziałem. Jest tutaj totalnie delikatna, zmysłowa i kobieca. Chodzący płatek róży. Czasem aż do przesady, bo chciałoby się zobaczyć ją wkurwioną, ciskającą piorunami w otoczenie, bo jakby nie patrzeć, jej ukochany mężczyzna, któremu się poświęca, przestaje nim być. Jednak nie wpływa to negatywnie na odbiór filmu. Widz mimo wszystko, przeżywa z nią dramat jej partnera, co z kolei uzmysławia, że zaburzenia tożsamości płciowej są trudne nie tylko dla osoby, którą dotykają, ale również dla jej najbliższego otoczenia.

„Dziewczyna z portretu” jest ważnym filmem z dwóch powodów. Po pierwsze, jak wcześniej wspomniałem, jest w stanie wytłumaczyć laikowi zrozumiale, na czym polega transseksualizm, który nie jest zagadnieniem prostym i po przeczytaniu książkowej definicji, wcale nie musi być oczywisty. Po drugie, uwrażliwia człowieka na to zjawisko. Pokazuje, że to nie wymysł zdegenerowanych bywalców zachodnich gejowskich klubów, tylko problem, który pojawia się w człowieku niezależnie od niego i zamienia jego życie w piekło. Mimo, że nie jestem podatny na typowe wyciskacze łez, to tej historii się nie ogląda, ją się doświadcza i trudno robić to będąc kompletnie niewzruszonym.

Polecam ten film zwłaszcza osobom negatywnie nastawionym do tematu. Obudzi w nich empatię.

---> SKOMENTUJ

Sosnowiec, wiosna, 1 klasa podstawówki

Jest leniwe, ciepłe popołudnie, idealne na wyjście przed blok i łapanie pszczół do pudełek po zapałkach. Albo granie w Państwa-Miasta pożyczonym od bliźniaków scyzorykiem. Oni sami nie mogą, bo mają szlaban po wczorajszej wywiadówce. Oceny w ich dzienniczkach nieco się różniły od ocen w dzienniku nauczyciela, a mama nie kupiła tekstu od Romana z klatki obok, że „wszystko jest kwestią perspektywy”. A bieżąca perspektywa jest taka, że ani Justyny, ani Weroniki nie ma w domu, a Sławek też nie może wyjść, więc gra we dwójkę mija się z celem. Dlatego z Karolem wpadamy na inny pomysł. Równie dobry, jeśli nie lepszy – wejdziemy na kasztana za blokiem.

Chodzenie po drzewach ma w sobie coś magnetyzującego. Coś z pogranicza magii, czemu nie można się oprzeć. Przynajmniej będąc siedmiolatkiem.

Po pierwsze, czujesz dzikość. Ten zew natury, kiedy wspinasz się po gałęziach, czujesz jak uginają się pod Tobą, świadomość, że z każdym centymetrem w górę możesz spać, to coś czego nasza cywilizacja już nie doświadcza. Po drugie, budzisz w sobie odkrywcę, podróżnika, który eksploruje nowe, nieodkryte tereny wraz z tym jak zbliża się do czubka. A moment, kiedy widzisz swoje podwórko, śmietnik i trzepaki z góry? I chwila, kiedy możesz zajrzeć sąsiadom do mieszkań przez okna? Coś niepojętego!

Spojrzenie na oczywiste, codzienne obiekty i zarazem sprawy, które ich dotyczą z innej perspektywy, jest najlepszym startem do abstrakcyjnego myślenia jaki można dostać. Jednak nie wszyscy tak to odbierają.

Właśnie widzę moją babcię, która zmierza w naszym kierunku. I też nas widzi.

– Bój się boga, Jasiek, gdzie ty tam wszedłeś? Schodź! Schodź natychmiast!

– Babciu, ale czemu?

– Schodź, bo coś sobie zrobisz!

– Ja nie chcę.

– Spadniesz i coś sobie zrobisz! Noga ci się omsknie i będzie katastrofa! Natychmiast zejdź na ziemię!

Zszedłem.

 

***

 

Kraków, jesień, 5 rok studiów

Jest tak jesiennie, jak tylko możesz to sobie wyobrazić. Od tygodnia ciągle pada. Nie leje, nie kropi, pada. To ani nie przelotna mżawka, ani nie oberwanie chmury, tylko stały stan, w którym jesteś już tak przyzwyczajony do przemokniętych butów, uwalonych odpryskami z kałuż spodni i zachlapanych okularów, że przestajesz zwracać na to uwagę. Odczuwanie wilgoci jest dla Ciebie równie naturalne, co dla kłusowników w lasach amazońskich. Jedyne do czego nie możesz przywyknąć to wiatr. Pogodziłeś się już nawet z permanentną ciemnością, i egzystowaniem całe dnie zlewające się z nocami w półmroku, ale wiatru nie jesteś w stanie przeżyć. Kurewskiego wiatru, który bije Cię po twarzy jak pijany bokser – za każdym razem, gdy myślisz, że już opadł z sił dostajesz między oczy.

W taki dzień jedyne co możesz zrobić to iść się napić. Oczywiście w ramach kolejnego etapu oswajania wszechobecnej wilgoci.

Mam farta. Znajomy znajomego siostry szwagra ojca wujka kuzyna kogoś tam robi domówkę. A w zasadzie posiadówkę, bo ludzie w tym wieku udają, że nabierają ogłady i większość imprezy siedzą, zamiast być królami parkietu przesuwającymi bezwładem własnego ciała meble, jakimi byli jeszcze semestr temu. Mam pecha. W trakcie sprawdzania efektywności urządzeń chłodzących w kuchni, gość, który też przyszedł do lodówki po zimne piwo, okazuje się typem, z którym w poprzednim życiu coś tam studiowałem. I mieliśmy kompletnie rozbieżne pomysły na „życie”. I on bardzo chce teraz porozmawiać o tym „życiu”.

– No i co ty robisz?

– Pracuję z językiem.

– Ale co, językiem programowania? Czy kurwa nie wiem… pisarzem jesteś?

– Piszę bloga, chcę pisać książki, a póki co będę copywriterem.

– Copy-kurwa-co?

– Copywri… a resztą nieważne, nara.

– Ty słuchaj, bo na ogarniętego nawet wyglądałeś, ty chyba nie wiesz jak życie wygląda. Ty weź się do jakiejś roboty. Zrób se FCE i idź do Comarchu, to się zaczepisz albo gdziekolwiek w ogóle, bo jak widzę, to jesteś dziecko we mgle, po omacku gwiazdki z nieba szukasz. Zejdź na ziemię po prostu.

Nie zszedłem.

 

***

 

W dzieciństwie uczymy się, że ściąganie na ziemię, to troska o bezpieczeństwo. I zupełnie nie zauważamy, że wraz z wiekiem zamieniamy to w podcinanie skrzydeł.

Zejdź na ziemię? Nie, dziękuję. Jeszcze sobie polatam. Sięgnąłem chmur, więc czas na gwiazdy.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Camilo Rueda López
---> SKOMENTUJ