Close
Close

Kilka dni temu potwierdziło się, że lider Komitetu Obrony Demokracji – Mateusz Kijowski – nie płaci alimentów na swoje dzieci. Nie płaci tak długo, że tych zaległych pieniędzy na utrzymanie trójki potomstwa, z odsetkami zebrało się 100 000 złotych. Sporo, co?

Nie będę rozwodził się nad tym, czy osoba, która omija prawo szerokim łukiem powinna stać na czele ruchu społecznego, który ma strzec przestrzegania owego prawa. Głównie dlatego, że nikt z nas, poza osobami kanonizowanymi, nie jest święty i jak mówi stare tabloidowe przysłowie: „pokaż mi człowieka, a znajdę zdjęcia, na których nie zatrzymuje się na czerwonym”. Nie planuję również przeprowadzać śledztwa, żeby ustalić, czy faktycznie utrzymuje go nowa żona, czy zarabia na czarno, czy dotują go jakieś ugrupowania.

Chcę odnieść się tylko do tego, co powiedział na ten temat Jacek Żakowski – dziennikarz i publicysta „Gazety Wyborczej”. Jego próba wytłumaczenia niepłacenia alimentów była wyjątkowo idiotyczna, a ze względu na jego popularność i autorytet, może być chętnie przyjmowaną wymówką przez innych, którym szkoda pieniędzy na własne dzieci.

bohater płaci alimenty

Jacek Żakowski, tłumacząc uchylanie się od obowiązku Mateusza Kijowskiego, w rozmowie z Super Expressem powiedział:

w Polsce od pokoleń mężczyźni zostawiają kobiety z dziećmi i idą na wojnę. Są takie sytuacje, jak Wałęsy…

oraz

Jak jest sytuacja, którą oceniamy jako wyższą konieczność, np. obrony demokracji albo wolności, to rodzina cierpi! I jeżeli człowiek decyduje się zapłacić tak ogromną cenę, by zrobić coś dla kraju jak pan Kijowski, to tym bardziej należy mu się szacunek i uznanie!

Nie wiem, czy sytuacja na Ochocie tak diametralnie różni się od tego, co dzieje się w Śródmieściu, ale nie zauważyłem, żebyśmy mieli w kraju konflikt zbrojny. Na wszelki wypadek zadzwoniłem do znajomych mieszkających poza Warszawą, ale również nie skarżyli się na czołgi za oknami, naloty bombowe, czy bezsenność z powodu egzekucji. Może wysuwam zbyt śmiały wniosek, ale wszystkie przesłanki pozwalają mi stwierdzić, że W POLSCE NIE MA WOJNY. W związku z powyższym, porównanie działania w Komitecie Obrony Demokracji do pójścia na wojnę jest tak bardzo na wyrost, jak uznanie, że jazda komunikacją miejską na gapę to walka z systemem.

Żeby nie było, nie kwestionuję ani zasadności powstania KOD, ani sposobu ich działań, ani w ogóle niczego co z nimi związane. Stwierdzam tylko, że to diametralnie co innego, niż ryzykowanie życia za kraj walcząc na froncie.

Nie uważam również, żeby komukolwiek należało się uznanie z powodu cierpienia rodziny. Bo tak jak pan Żakowski słusznie zauważył, nie cierpi – w tym przypadku – Mateusz Kijowski, tylko jego rodzina. A konkretnie jego dzieci. Przez niego. Jeśli mielibyśmy oddawać szacunek ludziom za to, że zaniedbują swoje potomstwo, to Mama Małej Madzi miałaby dzisiaj tytuł szlachecki.

W dalszej części rozmowy czytamy:

– Ale jaką cenę?! Mógł pozostać w dobrze płatnej pracy i płacić alimenty na swoje dzieci. Wybrał jednak bycie na utrzymaniu innej kobiety i wolontariat po to, by być liderem ruchu społecznego. On nie płaci żadnej ceny! Cenę płacą jego dzieci i była żona, która musi się tą trójką zająć pomimo pracy zawodowej…

– Wie pan co? Cmentarze wojenne pełne są grobów bohaterów, których dzieci zapłaciły cenę. Więc dla mnie te ckliwe kawałeczki o dzieciach, które pan teraz sprzedaje, są kompletnie nieprzekonujące. Jak moje pokolenie za Solidarności siedziało w więzieniach albo pokolenie powstańców tracących życie, to dzieci też płaciły cenę.

I wciąż nie rozumiem jak można nie dość, że usprawiedliwiać, to jeszcze robić bohatera z człowieka, który z własnej woli zrezygnował z łożenia na trójkę swoich dzieci. Po pierwsze, jakoś kilkudziesięciu tysiącom pozostałych osób, które brały udział w manifestacjach KOD, udało się połączyć pracę zawodową z udziałem w marszu. Po drugie, z tego co rozumiem, te manifestacje są po, żeby Polska była lepszym miejscem, żeby lepiej się w niej żyło i żeby budować lepszą przyszłość. To mała uwaga: nie zrobimy nad Wisłą El Dorado i nie będzie tu płynąć miód i ambrozja, jeśli będziemy zaniedbywać własnych synów i córki. Żyłoby się lepiej, jeśli miałyby środki do rozwoju teraz i tutaj, a nie za 10 lat.

Z perspektywy osoby, która miała problem z egzekwowaniem alimentów, mogę powiedzieć, że choćby mój ojciec własnymi rękami zaprzysiężył wszystkich sędziów Trybunału Konstytucyjnego, wciąż nie stałby się bohaterem. Cały czas byłby dupkiem, który powołał mnie na ten świat i celowo chce pozbawić środków do życia.

Nie piszę tego, żeby dopieprzyć komuś personalnie. Piszę to, żeby uzmysłowić wszystkim, że udział w ruchach społecznych nie usprawiedliwia niepłacenia alimentów. Jeśli ktoś ma wątpliwości, to niech spyta któreś dziecko, jak czuje się z tym, że od dawna nie dostaje pieniędzy na życie, bo rodzic zamiast do pracy woli chodzić na manifestacje.

Prawdziwy bohater płaci alimenty.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Jlhopgood
(niżej jest kolejny tekst)

34
Dodaj komentarz

avatar
15 Comment threads
19 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
20 Comment authors
MadixDoteva-iceMatka czworgaKawazu Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Bartek Popiel
Gość

No tak na logikę, to żeby uzbierało się 100k zaległości, to płacenie alimentów musiał olać tak „tyćkę” wcześniej :D

Jan Favre
Gość

W tym konkretnym przypadku to główna kwestia, że 100 000 złotych (czy 80 000 bez odsetek) nie zbiera się w półtora miesiąca (bo KOD działa od 18 listopada), tylko kilka lat. Ale może według tej logiki niepłacenie alimentów na swoje dzieci od dawna, to po prostu przygotowywanie się zawczasu do roli bohatera.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Zależy – widziałam gdzieś wersję o 7.000,00 miesięcznie na wszystkie dzieci łącznie (czyli pewnie były w różnym wieku etc).To mniej niż półtora toku bez pracy i bez możliwości płacenia. Bo pamiętać należy, że trzeba też jeść coś innego niż tynk ze ściany i płacić za energię niewytwarzaną krzesiwem i hubką, co oczywiście też generuje koszty.

pytajnik
Gość
pytajnik

Siedem tysięcy to on zarabiał a alimenty miał w wysokości 2000, coś tam słyszałaś ale zakumać to nie zakumałaś.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

To ty się naucz „kumać”, a na początek – czytać. Powiedziałam, że jest to jedna z wersji, którą akurat ja widziałam.

Madix
Gość
Madix

Dla ludzi z minimalną inteligencją finansową jest to oczywiste. Gorzej, że istnieją ludzie (matematyczni analfabeci, którym „matematyka nie jest do niczego w życiu potrzebna”), którzy potrafią nie dostrzegać tak oczywistych zależności, a przez to jeszcze łatwiej jest wodzić ich za nos i oszukiwać, manipulując faktami, nawet wtedy, kiedy liczby mówiąc same za siebie krzyczą, że prawda jest inna. Mi ta sytuacja przypomina trochę krzyk oburzenia, kiedy osoby posiadające kilkadziesiąt czy nawet kilkaset tysięcy zaległości czynszu za mieszkanie lądują na bruku z tytułu nieuiszczonych należności właśnie. Dziwi mnie, że niektórzy ludzie nie widzą, że aby skumulować sobie tak ogromną kwotę długu,… Czytaj więcej »

Magdalena Śpiewak
Gość

Ręce mi opadły po przeczytaniu argumentów tego Pana. Porównanie alimenciarza do bohatera wojennego prawie mnie zabiłio. Od ponad dwóch lat szarpię się o alimenty z byłym mężem, których wysokość sam ustalił przed sądem, a których nigdy nie zapłacił i po prostu jakos brakło mi słów.

Przemek Opłocki
Gość

Magdo, Pan Żakowski nie po raz pierwszy odpływa w swych tekstach:) Tym razem poniosło go na bezmiar oceanu.

Jan Favre
Gość

Współczuję Magda.

Jacek eM
Gość

Kiedyś miałem takiego szemranego pracownika, który mi nagle i niespodziewanie zniknął. Okazało się, że za niezapłacone alimenty poszedł siedzieć.
Nie wiem do końca, co to zmienia i czy przynosi jakieś pieniądze komukolwiek, ale może warto użyć jako straszaka?

eva-ice
Gość
eva-ice

Nie mogę zrozumieć jak można nie chcieć płacić alimentów na własne dziecko. Nigdy tego nie rozumiałam, a tymbardziej teraz, kiedy od czterech lat nie mam alimentów na dziecko i z tego co widzę nie ma szans, żeby te alimenty się pojawiły. A dodatkowo podnosi mi ciśnienie fakt, że kiedy moja córka kiedyś pójdzie do pracy, to tak zwany „ojciec” według prawa może wystąpić o alimenty na siebie od niej, bo przecież jest taki biedny, nie pracuje i nie ma na życie.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Nie znam się, to się wypowiem. Po pierwsze – świadome, z premedytacją podjęte uchylanie się od świadczeń alimentacyjnych na rzecz dzieci, zwłaszcza małoletnich, to pierwszej wody skurwysyństwo. Co do tego zgoda. Niestety nie wiem, jak wyglądała faktycznie ścieżka pana Kijowskiego w zakresie tworzenia sobie zaległości alimentacyjnych, ale podczytałam między innymi, że Sąd dochrzanił mu alimenty w horrendalnej wysokości, kiedy był już bezrobotny. Bo sąd bierze pod uwagę nie tylko aktualną sytuację majątkową zobowiązanego, czyli to ile zarabia, ewentualnie czy ma jakieś inne składniki majątkowe mogące przynieść mu dochód (mieszkanie, działkę czy whatever). Sąd ocenia też tak zwane możliwości zarobkowe, czyli… Czytaj więcej »

Magdalena Śpiewak
Gość

Mój były mąż na sprawie rozwodowej sam zaproponował wysokość alimentów, sąd się mnei spytał czy zgadzam się na taka kwotę – zgodziłam się. Mimo że sam ustalił sobie wysokość aliemntów, to nigdy ich nie zapłacił.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Ale to tak a propos której części mojego komentarza? Już powiedziałam, co sądzę świadomie uchylających się (w tym również zatajających dochody na długo przed powództwem itp. – bo tę kategorię również wliczam do skurwysynów) od alimentów, a jednak poczułam się trochę domyślnie strofowana.

Jan Favre
Gość

Ola, czytałem różne wersje na temat zarobków Kijowskiego, byłych i obecnych, i tak jak pisałem, nie chcę robić śledztwa, ani skupiać się na dowalaniu konkretnie jemu, tylko zwrócić uwagę, że w tej sytuacji, usprawiedliwienie jakie zaproponował Żakowski, to żadne usprawiedliwienie.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Rozumiem w zupełności. Ale jednak chciałam oddać nieco sprawiedliwości i trochę rozmydlić szykujący się shitstorm w związku z niepłacącymi ojcami. Sprawa rzadko jest totalnie jednoznaczna.
Co do Żakowskiego, jak mówiłam…hm…no, jakieś srogie piguły chyba weszły na warsztat.

Matka czworga
Gość
Matka czworga

Sprawa jest totalnie jednoznaczna: potrzeby dzieci są priorytetem, alimenty się płaci i tyle. Koniec, kropka.

Matka czworga
Gość
Matka czworga

Pani Aleksandro, kluczowe wg polskich przepisów nie są możliwości zarobkowe rodziców, tylko potrzeby dzieci. Jeśli uważa Pani 700 zł na 1 dziecko za wysokość horrendalną, proszę sprawdzić, jakie mamy minimum egzystencji oraz minimum socjalne. Sądy, a także społeczeństwo, NIE DOCENIAJĄ – przeciwnie, do tego, co Pani pisze – pracy matek. Prosta wycena – ile kosztuje godzina opieki nad dzieckiem lub pomocy dziecku w nauce na rynku, i ile takich godzin wyrabia matka? Zobowiązania alimentacyjne wobec rodziców są w dalszej kolejności. Jeśli zarabiałeś 7, a zarabiasz 3, to poszukaj innej pracy. Bierz zlecenia, sprzedaj auto – whatever. Nie kwestionuję załamań rynku,… Czytaj więcej »

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Rozumiem emocje, niewątpliwie związane ze znajomością tematu, ale nie jest potrzebna zastosowana przez Panią duża doza sarkazmu, ponieważ nie mienię się obrończynią praw uciśnionych mężczyzn, a tylko zwracam uwagę na to, że sprawa nigdy, nigdy nie jest czarno – biała, co widzę na co dzień w praktyce zawodowej. Zbyt wiele widziałam już cwaniar, które z sukcesem podpinają się pod żądania alimentacyjne „na dziecko”, po czym żyją sobie spokojnie z tego, co na to dziecko dostaną, nie kiwając żadnym z dostępnych palców w trakcie trwania małżeństwa. Ani w jakiejkolwiek pracy, ani przy opiece nad dzieckiem, nad którym skakali dziadkowie i opiekunki.… Czytaj więcej »

Przemek Opłocki
Gość

Janek, bardzo mądry tekst (jak zwykle zresztą). Można być bohaterem, ale nie kosztem rodziny. Zwłaszcza, gdy nie ma wojny (sorry Panie Żakowski) tylko ludzie dopominają się o demokrację. Walka o ideę jest piękna, ale nie usprawiedliwia odpowiedzialności.

Gabriela
Gość

Sama jestem „ofiarą” niepłaconych alimentów i cóż… Jeśli na wszystko inne jest, a nie ma pieniędzy na to, by płacić na swoje dziecko, skoro już nie można go wychowywać normalnie (z różnych względów), to mamy tutaj chyba dość spore zaburzenie hierarchii i priorytetów.

Ruszyła przedsprzedaż mojej nowej powieści!

Skip to entry content

Mija właśnie 7 lat odkąd założyłem bloga i rok odkąd wydałem własną powieść. Jaram się, że w tak piękną rocznicę, mogę Ci powiedzieć, że właśnie oddałem do druku nową książkę!

Przy pierwszej powieści musiałem udowodnić, że potrafię napisać coś dłuższego niż felieton do sieci na 6 000 znaków. „Lunatycy” mieli ich aż 610 000. Przy drugiej, że mam do opowiedzenia więcej niż jedną historię. „To tylko seks” przedstawiania losy 7 bohaterów – 3 mężczyzn i 4 kobiet.

Czego możesz się spodziewać po tej książce? Zapisu doby wyrwanej bez znieczulenia z życia Krakowa.

Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów. Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy? Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Jeśli brzmi intrygująco i chcesz poznać więcej szczegółów, to zapraszam na www.ToTylko.pl – w ramach przedsprzedaży cena jest niższa o 9,90zł (koszt wysyłki kurierem), a każdy zamówiony egzemplarz zostanie opatrzony moim podpisem (oczywiście, jeśli ktoś życzy sobie bez, to również do zrobienia).

Beng!

wpis jest wynikiem współpracy reklamowej

Transseksualizm jest pojęciem prawie tak zdemonizowanym w naszym kraju jak „gender” i równie niezrozumianym, przez co często te określenia używane są zamiennie. Co oczywiście jest błędem, bo mimo, że oba związane są z płcią, to oznaczają co innego. „Gender” to tak zwana płeć kulturowa, czy też płeć psychiczna, czyli zestaw cech, zachowań i ról jakie w danym społeczeństwie przypisane są kobiecie bądź mężczyźnie.

Czym jest natomiast transseksualizm? Zgodnie z Wikipedią, to…

jedno z zaburzeń tożsamości płciowej, w którym identyfikacja płciowa nie zgadza się z płcią morfologiczną. Przyczyny tego zjawiska pozostają nieznane, rozpatruje się rolę czynników genetycznych, endokrynologicznych, neurorozwojowych i środowiskowych

Tłumacząc to łopatologicznie, to sytuacja kiedy płeć naszego ciała nie zgadza się z płcią, którą mamy w głowie – poczucie bycia kobietą w ciele mężczyzny lub poczucie bycia mężczyzną w ciele kobiety. Brzmi dziwnie/niezrozumiale/abstrakcyjnie/strasznie? Pewnie dlatego wiele osób dystansuje się od tego tematu i ze strachu woli się w niego nie zagłębiać, wrzucając go w szczelnie zamkniętą szufladę z etykietą „moce nieczyste”. Co skutkuje tym, że dla osób zmagających się z transseksualnością, to prawdziwy życiowy dramat.

W bardzo przystępny sposób problem ten obrazuje i tłumaczy nowy film Toma Hoopera – gościa, który dostał Oscara za „Jak zostać królem”.

22-go stycznia do kin wchodzi „Dziewczyna z portretu” – film oparty na życiorysie Lili Elbe, pierwszej osoby, na której przeprowadzono operację zmiany płci. Mimo, wydawałoby się, dość szokującej tematyki, opowieść poprowadzona jest bardzo łagodnie, bez scen nastawionych na skandal, czy wywołanie szumu wokół zjawiska za wszelką cenę. Reżyser położył nacisk na emocjonalny aspekt transseksualizmu, możliwie jak najspokojniej oswajając widza z zagadnieniem, bez żerowania na kontrowersji.

Ten tytuł, to opowieść o małżeństwie dwóch artystów – Einarze i Gerdzie Wegener – zajmujących się malarstwem, które wydaje się, że jest idealnie dopasowaną, kochająca się parą. Sytuacja zmienia się, gdy pewnego razu koleżanka Gerdy, która dotąd pomagała jej pozując do portretów, nie może się zjawić i malarka prosi męża o przebranie się w damskie ciuchy, aby mogła dokończyć obraz. Einar z początku w rolę kobiety wchodzi niechętnie, później jednak, pod płaszczem zabawy, robi to coraz bardziej ochoczo, z każdym kolejnym razem coś w sobie odkrywając. Przełom następuje, gdy dla żartu przebrany za kobietę idzie z żoną na bal, i w damskim kamuflażu jest tak przekonujący, również dla samego siebie, że zapomina się i dochodzi do zbliżenia między nim, a innym mężczyzną.

Staje się nieodwracalne. Od tego momentu jego prawdziwa, a dotąd uśpiona, natura budzi się, dekonstruując całego jego życie, z nim samym na czele.

Eddie Redmayne – gość, który w zeszłym roku dostał Oscara za  wcielenie się w Stephena Hawkinga – jest idealnie stworzony do roli głównego bohatera! Pisząc „idealnie” nie mam na myśli, że całkiem mu pasuje udawanie faceta będącego niepewnym swojej tożsamości płciowej, nie. Mam na myśli, że widząc go na ekranie nawet nie masz cienia wątpliwości, że jest kobietą uwięzioną w ciele mężczyzny. Nie wiem, czy jest jakiś inny aktor, który lepiej byłby w stanie zagrać transseksualistkę. Wcielić się w kobietę mogłoby wielu, udawania kobiety, która wcześniej była facetem pewnie też ktoś by podołał, ale być przekonującym jako osoba, która przechodzi pełną przemianę od jednej płci w drugą? Nie tracąc przy tym ani przez chwilę wiarygodności? Mega szacun.

Żonę Redmayne – czyli Gerdę Wegener – gra tutaj Alicia Vikander. Nie widziałem jej wcześniej w niczym interesującym poza „Ex Machiną”, ale po tym tytule zacząłem googlować wszystkie filmy z jej udziałem. Jest tutaj totalnie delikatna, zmysłowa i kobieca. Chodzący płatek róży. Czasem aż do przesady, bo chciałoby się zobaczyć ją wkurwioną, ciskającą piorunami w otoczenie, bo jakby nie patrzeć, jej ukochany mężczyzna, któremu się poświęca, przestaje nim być. Jednak nie wpływa to negatywnie na odbiór filmu. Widz mimo wszystko, przeżywa z nią dramat jej partnera, co z kolei uzmysławia, że zaburzenia tożsamości płciowej są trudne nie tylko dla osoby, którą dotykają, ale również dla jej najbliższego otoczenia.

„Dziewczyna z portretu” jest ważnym filmem z dwóch powodów. Po pierwsze, jak wcześniej wspomniałem, jest w stanie wytłumaczyć laikowi zrozumiale, na czym polega transseksualizm, który nie jest zagadnieniem prostym i po przeczytaniu książkowej definicji, wcale nie musi być oczywisty. Po drugie, uwrażliwia człowieka na to zjawisko. Pokazuje, że to nie wymysł zdegenerowanych bywalców zachodnich gejowskich klubów, tylko problem, który pojawia się w człowieku niezależnie od niego i zamienia jego życie w piekło. Mimo, że nie jestem podatny na typowe wyciskacze łez, to tej historii się nie ogląda, ją się doświadcza i trudno robić to będąc kompletnie niewzruszonym.

Polecam ten film zwłaszcza osobom negatywnie nastawionym do tematu. Obudzi w nich empatię.

Sosnowiec, wiosna, 1 klasa podstawówki

Jest leniwe, ciepłe popołudnie, idealne na wyjście przed blok i łapanie pszczół do pudełek po zapałkach. Albo granie w Państwa-Miasta pożyczonym od bliźniaków scyzorykiem. Oni sami nie mogą, bo mają szlaban po wczorajszej wywiadówce. Oceny w ich dzienniczkach nieco się różniły od ocen w dzienniku nauczyciela, a mama nie kupiła tekstu od Romana z klatki obok, że „wszystko jest kwestią perspektywy”. A bieżąca perspektywa jest taka, że ani Justyny, ani Weroniki nie ma w domu, a Sławek też nie może wyjść, więc gra we dwójkę mija się z celem. Dlatego z Karolem wpadamy na inny pomysł. Równie dobry, jeśli nie lepszy – wejdziemy na kasztana za blokiem.

Chodzenie po drzewach ma w sobie coś magnetyzującego. Coś z pogranicza magii, czemu nie można się oprzeć. Przynajmniej będąc siedmiolatkiem.

Po pierwsze, czujesz dzikość. Ten zew natury, kiedy wspinasz się po gałęziach, czujesz jak uginają się pod Tobą, świadomość, że z każdym centymetrem w górę możesz spać, to coś czego nasza cywilizacja już nie doświadcza. Po drugie, budzisz w sobie odkrywcę, podróżnika, który eksploruje nowe, nieodkryte tereny wraz z tym jak zbliża się do czubka. A moment, kiedy widzisz swoje podwórko, śmietnik i trzepaki z góry? I chwila, kiedy możesz zajrzeć sąsiadom do mieszkań przez okna? Coś niepojętego!

Spojrzenie na oczywiste, codzienne obiekty i zarazem sprawy, które ich dotyczą z innej perspektywy, jest najlepszym startem do abstrakcyjnego myślenia jaki można dostać. Jednak nie wszyscy tak to odbierają.

Właśnie widzę moją babcię, która zmierza w naszym kierunku. I też nas widzi.

– Bój się boga, Jasiek, gdzie ty tam wszedłeś? Schodź! Schodź natychmiast!

– Babciu, ale czemu?

– Schodź, bo coś sobie zrobisz!

– Ja nie chcę.

– Spadniesz i coś sobie zrobisz! Noga ci się omsknie i będzie katastrofa! Natychmiast zejdź na ziemię!

Zszedłem.

 

***

 

Kraków, jesień, 5 rok studiów

Jest tak jesiennie, jak tylko możesz to sobie wyobrazić. Od tygodnia ciągle pada. Nie leje, nie kropi, pada. To ani nie przelotna mżawka, ani nie oberwanie chmury, tylko stały stan, w którym jesteś już tak przyzwyczajony do przemokniętych butów, uwalonych odpryskami z kałuż spodni i zachlapanych okularów, że przestajesz zwracać na to uwagę. Odczuwanie wilgoci jest dla Ciebie równie naturalne, co dla kłusowników w lasach amazońskich. Jedyne do czego nie możesz przywyknąć to wiatr. Pogodziłeś się już nawet z permanentną ciemnością, i egzystowaniem całe dnie zlewające się z nocami w półmroku, ale wiatru nie jesteś w stanie przeżyć. Kurewskiego wiatru, który bije Cię po twarzy jak pijany bokser – za każdym razem, gdy myślisz, że już opadł z sił dostajesz między oczy.

W taki dzień jedyne co możesz zrobić to iść się napić. Oczywiście w ramach kolejnego etapu oswajania wszechobecnej wilgoci.

Mam farta. Znajomy znajomego siostry szwagra ojca wujka kuzyna kogoś tam robi domówkę. A w zasadzie posiadówkę, bo ludzie w tym wieku udają, że nabierają ogłady i większość imprezy siedzą, zamiast być królami parkietu przesuwającymi bezwładem własnego ciała meble, jakimi byli jeszcze semestr temu. Mam pecha. W trakcie sprawdzania efektywności urządzeń chłodzących w kuchni, gość, który też przyszedł do lodówki po zimne piwo, okazuje się typem, z którym w poprzednim życiu coś tam studiowałem. I mieliśmy kompletnie rozbieżne pomysły na „życie”. I on bardzo chce teraz porozmawiać o tym „życiu”.

– No i co ty robisz?

– Pracuję z językiem.

– Ale co, językiem programowania? Czy kurwa nie wiem… pisarzem jesteś?

– Piszę bloga, chcę pisać książki, a póki co będę copywriterem.

– Copy-kurwa-co?

– Copywri… a resztą nieważne, nara.

– Ty słuchaj, bo na ogarniętego nawet wyglądałeś, ty chyba nie wiesz jak życie wygląda. Ty weź się do jakiejś roboty. Zrób se FCE i idź do Comarchu, to się zaczepisz albo gdziekolwiek w ogóle, bo jak widzę, to jesteś dziecko we mgle, po omacku gwiazdki z nieba szukasz. Zejdź na ziemię po prostu.

Nie zszedłem.

 

***

 

W dzieciństwie uczymy się, że ściąganie na ziemię, to troska o bezpieczeństwo. I zupełnie nie zauważamy, że wraz z wiekiem zamieniamy to w podcinanie skrzydeł.

Zejdź na ziemię? Nie, dziękuję. Jeszcze sobie polatam. Sięgnąłem chmur, więc czas na gwiazdy.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Camilo Rueda López