Close
Close

Czy z ulicznego billboardu można zrobić nerkę?

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Kropla Beskidu

W maju pokazywałem Wam eko-reklamę Kropli Beskidu, czyli wielkoformatowy billboard w 30% składający się z roślin, który zawisł na rogu alei Adama Mickiewicza i Józefa Piłsudskiego w Krakowie.

Kropla Beskidu + roślinny outdoor

I mówiłem, że marka mocno stawia na recyklizację i powtórne wykorzystywanie tych samych materiałów, dlatego reklama, gdy już spełniła swoją funkcję, nie wylądowała na śmietniku. Wręcz przeciwnie. Roślinki z billboardu zostały rozsadzone po Krakowie i oczyszczają powietrze 10-krotnie przekraczające dopuszczalną normę zanieczyszczeń, a sam billboard również znalazł ponowne zastosowanie.

I to dość nietypowe, bo powstały z niego bajeranckie akcesoria codziennego użytku.

Pokrowiec na laptopa

Czyli hipstersko-biznesowy ochraniacz na, w moim przypadku, bardzo ważne narzędzie pracy. Zawsze wydawało mi się, że to zbędny gadżet, dopóki netbook w podróży nie upadł mi na ziemię. Wyszczerbiając jeden z rogów obudowy. A po miesiącu drugi. Żałuję, że od początku nie korzystałem z usług tego allegrowicza, bo moja przenośna maszyna do pisania nie wyglądałaby teraz jak wyciągnięta spod metra.

Kropla Beskidu recycling (2)

Kropla Beskidu recycling (3)

 

Nerka

Niestety, ale nerki są wciąż mocno niedoceniane i traktowane jako atrybut parkingowego. Ewentualnie Mirka – typowego handlarza bitymi Golfami z Niemiec. Ja jestem ich sporym fanem, bo nie znam lepszego rozwiązania, które jednocześnie pozwala Ci nie wypychać spodni pierdołami noszonymi na co dzień w kieszeniach, i zarazem nie jest masywną torbą krępującą ruchy. Ta zrobiona z płachty reklamowej, oprócz lekkości i poręczności, jest jeszcze nieprzemakalna. Podczas deszczu doceni to każdy, kto ma niewodoodporny telefon. I zapomniał parasola. Znam ludzi, którzy robią to notorycznie. Serio.

Kropla Beskidu recycling (4)

Kropla Beskidu recycling (5)

 

Torba na ramię

Chyba najładniejszy sprzęt powstały z majowego baneru, bo listek z kroplą wody idealnie ułożył się na przodzie tworząc ilustrację. Co prawda, ze względu na swój kształt i gabaryty, optycznie bardziej pasuje mi do żeńskiej sylwetki niż męskiej, ale i tak mocno doceniam ideę.

Kropla Beskidu recycling (6)

Kropla Beskidu recycling (7)

Szczerze mówiąc, gdy pierwszy raz usłyszałem, że z banneru reklamowego ma powstać nerka, torba na ramię i pokrowiec na laptopa, to za bardzo tego nie widziałem. No bo jak, z baneru robić sprzęt użytkowy? To tak jakby z maski samochodu robić deskę do prasowania. Brzmi irracjonalnie. Po czym zaczynasz to sobie wyobrażać i okazuje się, że faktycznie to chyba możliwe.

Kropla Beskidu nazwała to recyklingiem, bo raz użyte materiały zostały ponownie wykorzystane, ale dla mnie to upcykling…

Upcykling – forma przetwarzania wtórnego odpadów, w wyniku którego powstają produkty o wartości wyższej niż przetwarzane surowce. Proces ten pozwala zmniejszyć zarówno ilość odpadów, jak i ilość materiałów wykorzystywanych w produkcji pierwotnej

…bo to, co powstało z teoretycznego „śmiecia”, wartością zdecydowanie przewyższa rzecz, którą był na początku.

Jaram się, jak kreatywnie można podejść do niepotrzebnych materiałów reklamowych (jeśli Wy też, to obserwujcie profil Kropli Beskidu na Facebooku, niedługo będzie można wygrać tam gadżety z tego wpisu) i byłoby spoko, gdyby inne marki też podążały tą drogą. Na przykład robiąc z zalewających ulice ulotek monstrualne origami.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Boomer

    Jeśli mowa o upcyklingu, to ciekawe co i kiedy zostanie zrobione z polskiego rządu.

  • Aaaa, taką nerkę, a nie ludzką… hehe :P

  • Świetnie by było żeby za tym przykładem poszły partie polityczne, które produkują tony ulotek, stawiają tysiące billboardów, szpecąc nasze ulice. Raz, że swoimi twarzami, a dwa, że po prostu to jest śmieć, który zostaje na długie miesiące w naszym otoczeniu. Inicjatywa jak najbardziej na plus!

  • Zajebisty motyw !

  • Najlepsza Nereczka.

    Raz, że się prezentuje.
    Dwa, że nie wygląda jak prawilna nera typowego Mira*.

    *Bez uraki Mirki. To tylko przykład. :))

  • Ta nereczka </3 Raz, że się prezentuje. Dwa, że nie wygląda jak prawilna nera typowego Mira*.
    *Bez uraki Mirki. To tylko przykład. :)

  • Okazuje się, że to co teoretycznie jest śmieciem da się jeszcze wykorzystać. Można? Można.

  • AnSk

    Skoro o upcyclingu mowa, jest polska firma która szyje torebki damskie z samochodowych pasów bezpieczeństwa. I wyglądają ekstra!

  • AnSk

    Skoro o upcyclingu mowa, jest polska firma która szyje torebki damskie z pasów samochodowych, i wyglądają rewelacyjnie!

  • Dawno temu, z pięć lat temu, byłem na wystawie, gdzie można było obejrzeć naprawdę mega dobre pomysły na ponowne wykorzystanie różnego rodzaju… Śmieci w sumie. Tym bardziej podoba mi się taka akcja, bo i promuje ekologię, i gadżety dobrze wyglądają.

    Co do laptopa to jednak lepsza byłaby torba na ramię, albo plecak. Pokrowiec zawsze może wyślizgnąć się z dłoni :d Choć zawsze to jakaś ochrona.

    • Z tą wystawą zazdroszczę, chętnie zobaczyłbym inne sposoby na wykorzystanie rzeczy, które pozornie są tylko do wyrzucenia.

      • Ręki sobie uciąć nie dam, ale to był jakoś lipiec/sierpień 2010 w Muzeum Miasta Gdyni… Chyba.

  • MsBarka

    Powiesili szmatę w centrum miasta, nie jednego, przekonując, że ograniczają śmiecenie o 30%. Gdyby jej nie powiesili ograniczyliby nawet do 100%, o psuciu, i tak nie najpiękniejszego krajobrazu, pomilczę. Dobrze, że stosując ten niechlubny sposób promowania swoich produktów przemyśleli chociaż ostatnią fazę życia reklamy. Idea upcyklingu – tak, sadzonki w mieście – tak, Twój tekst i stylóweczka – bardzo na tak. Szmaty w mieście, nawet te bio-eko – Nie.

  • Masz numer do gościa ze zdjęć?

  • Brzeska

    Estetyka to niejako rzecz gustu, ale bezapelacyjnie inicjatywa genialna!

  • Nie dość, że użyteczne, to jeszcze jak świetnie wygląda! ++

  • Fantastyczne zdjęcia ;)

  • Bardzo zacna stylóweczka!

Nie odniesiesz sukcesu, jeśli nie będziesz jak założyciel McDonald’s

Skip to entry content

W latach dwutysięcznych, kiedy miałem 13 lat i szedłem do gimnazjum, ukazała się „Kinematografia” Paktofoniki i nie dało się odpędzić od kawałka „Jestem Bogiem”, a Polska przeżywała pierwszy boom na hip-hop. Na każdym osiedlu było po 5 składów, a w każdej klatce był ktoś, kto pisał teksty, składał podkłady, freestyle’ował albo chociaż robił beatbox. W tych czasach na palcach połowy ręki mogłem policzyć znajomych, którzy nie chcieli być jak Magik, Fokus albo Rahim. Co nocy w głowach śnił się ten sam sen projektowany na wewnętrznych stronach powiek – zostać gwiazdą rapu.

Wielu moich kolegów było przekonanych do szpiku kości, że kariera muzyczna czeka na nich tuż za rogiem, ale zatrzymywali się na etapie odłożenia pieniędzy na mikrofon. Czy nauki programu do obróbki dźwięku. Albo popracowania trochę z emisją głosu. To nie były przeszkody nie do przejścia na „zasadzie nie mam nóg, ale chcę biegać w maratonach”. To były po prostu kolejne etapy, które każdy musiał przejść, jeśli faktycznie zależało mu na zajmowaniu się muzyką. Do ich pokonania potrzebny był tylko czas i praca. Tylko tyle. W świetle tych faktów zaskoczę Was, jeśli powiem, że większość z nich nigdy nie nagrała nawet pierwszej płyty demo?

W 2013 kiedy rzucałem studia, część moich znajomych z uczelni miała genialne pomysły na biznes. Swój biznes. Na którym mieli zarabiać miliony, wydawać miliardy i obracać bilionami. Do dzisiaj, z tych kilkunastu osób, do etapu założenia własnej działalności gospodarczej doszedł tylko jeden kumpel. Jeden. Reszta nawet nie spróbowała, odpadli na etapie zgooglowania frazy „jak założyć firmę”.

W tym samym roku internetowe pamiętniki przeżywały apogeum swojej popularności, a facjaty blogerów wisiały na billboardach w całym kraju. Polska dowiedziała się, że nie tylko nastolatki prowadzą swoje stronki w sieci, a ich czytelnicy, że NAPRAWDĘ da się na tym zarobić. Blogowałem wtedy drugi rok, i jeździłem po tylu konferencjach branżowych na ile pozwalało mi 1200zł, za które w tamtym czasie się utrzymywałem. Tłukłem się po kilkanaście godzin w jedną stronę śmierdzącym, nieogrzewanym PKP na drugi koniec kraju, żeby dowiedzieć się jak zrobić sobie pracę z hobby i spotykałem ludzi, którzy przyszli tam po to samo. Każdy z tych pod sceną, chciał być jak ci na scenie – zarabiać na swojej pasji. Żyć na własny rachunek, będąc samemu sobie szefem, a nie tylko trybem w machinie, chodząc do zakładu pracy.

Cześć z tych osób uprawiała odtwórczy recycling tego, co jakiś czas temu zdążyli już zrobić znani i lubiani, ale część miała naprawdę odkrywcze, nietuzinkowe pomysły i tematykę o niebo i piekło ciekawszą niż moja. Z obu tych grup, dzika liczba osób zrezygnował z planu podboju świata zaledwie po kilku, kilkunastu miesiącach.

Czemu? Bo pieniądze nie przyszły tak szybko jak się spodziewali. Bo brakowało im jednej cechy, którą miał założyciel McDonald’s.

Sylvester Stallone

Syn imigrantów, urodzony z częściowym paraliżem twarzy, wykrzywieniem dolnej wargi i  zaburzeniami mowy, które zostały mu na całe życie. Gość o ekspresji taboretu kuchennego i zdolnościach aktorskich paździerzowej półki, z sylwetki przypominający manekina w sklepie militarnym. Do 24-go roku życia jego najlepiej znaną światu umiejętnością było kasowanie biletów przy pomocy dziurkacza. Mimo to, postanowił, że zostanie aktorem. I to nie byle jakim. Oscarowym. Gwiazdą kina znaną na całym świecie.

Dziś chyba nie ma człowieka, który nie widziałbym „Rocky’ego” albo „Rambo”? Dopiął swego, mimo, że ze scenariuszem do filmu o bokserze musiał nachodzić się po studiach filmowych bardziej niż Robert Korzeniowski, bo wszyscy mówili mu, że to padaka, której nikt nie obejrzy.

Peja

A w zasadzie Ryszard Andrzejewski, urodzony w latach 80-tych na poznańskich Jeżycach. W epicentrum patologii i beznadziei, gdzie po zmroku nie zapuszcza się nawet policja. Gdy miał 12 lat zmarła jego mama, od tego momentu wychowywał go w pojedynkę ojciec alkoholik, którego nowotwór zabił 8 lat później. Mimo wszystkich przesłanek ku temu, by spędzić życie zbierając na wino w bramie, postanowił, że będzie muzykiem i zajmie się nieistniejącym wówczas w Polsce gatunkiem. Rapem.

Od 1995 do 2000 roku nagrał 4 albumy, które ukazały się jako legalne wydawnictwa dostępne w oficjalnej sprzedaży, jednak zupełnie nie przełożyły się na sukces komercyjny i popularność, przez co Peja dalej żył na skraju ubóstwa. Półtora roku później, cały czas dorabiając dorywczo w pracach fizycznych by mieć na podstawowe wydatki, nie poddając się, kolejny raz zmieniając wytwórnię i kolejny raz spędzając setki godzin przy tworzeniu muzyki, jako zespół Slums Attack nagrał płytę „Na legalu?”.

Płytę, która sprzedała się w ponad 100 000 egzemplarzy pokrywając się platyną i na stałe otwierając Peji drzwi do świata dobrobytu, spełnienia artystycznego i show-biznesu.

Założyciel McDonald’s

Choć jeśli miałbym być ultra dokładny, to powinienem napisać „populyzator McDonald’s”. Podwaliny pod globalną sieć barów szybkiej obsługi w rzeczywistości stworzyli dwaj bracia – Richarda i Maurice’a McDonald – zakładając mały bar w San Bernardino, ale to właśnie Ray Kroc sprawił, że ten lokalny biznes stał się globalny, rozprzestrzeniając BigMaca na cały świat.

Ray zanim stał się multimiliarderem, już na zawsze zmieniając najważniejszy punkt szkolnych wycieczek do Krakowa z Sukiennic na McDonald’s, pokonał kilka niepowodzeń i zawodów. Całe życie chciał stworzyć wielki, skalowalny interes, biznesowe imperium, które zapisze się na kartach historii, ale nie było nim ani sprzedawanie papierowych kubków, ani mleko w proszku, ani multimiksery. Żeby którymi móc handlować, jak najgorszy akwizytor z bagażnika, musiał zastawić dom i zainwestować wszystkie oszczędności.

Dopiero w wieku 52 lat, gdy większość osób bardziej myśli o emeryturze niż rozwoju zawodowym, trafił na mały lokal w Kalifornii – rewolucyjny jak na tamte czasy, bo nie było w nim kelnerek, a jedzenie podawano w papierowych torbach – który jawił mu się jako amerykański sen, będący korzeniem żyły złota. Kolejny raz, ryzykując finansowo, wywrócił swoje życie do góry nogami inwestując wszystko w rozwój McDonald’s. I tym razem trafił w dziesiątkę.

Mozolnie szukając franczyzobiorców, którzy otworzyliby kolejne lokale i walcząc z braćmi założycielami przy każdej próbie wprowadzenia zmian do interesu, nie poddając się ani razu, gdy jego pomysły były torpedowane, w końcu wepchał ten syzyfowy kamień na sam szczyt. Zamieniając nikomu nieznany, malusieńki McDonald’s w McImperium znane WSZYSTKIM.

Nie dokonałby tego, gdyby nie jedna cena cecha, o której wcielający się w niego Michael Keaton mówi pod koniec filmu.

Wytrwałość

Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nie nagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość i determinacja są wszechmocne.

To słowa Calvin Coolidge’a – 30-go prezydenta Stanów Zjednoczonych – które w „McImperium” powtarza Ray Kroc, a którymi kierował się i Sylwester Stallone, i Peja, i ja również podpisuję się pod nimi wszystkimi kończynami. Bo obserwując rzeczywistość i analizując życiorysy osób, które odniosły sukces, jakkolwiek byśmy go nie definiowali, nasuwa się jedna myśl.

Żeby odnieść sukces nie musisz być genialny, odkrywczy, ani nawet ładny. Wystarczy, że będziesz wytrwały.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nate McBean

 

---> SKOMENTUJ

Czym interesują się kilku, czy nawet nasto, letni chłopcy? Samochodami, piłką nożna i nowym odcinkiem „Dryżyny A”. Przynajmniej tak było w czasach, gdy ja chodziłem do podstawówki i każdy chłopiec chciał być jak B.A. Barracus. Ze względu na moją sytuację rodzinną i fakt, że nie miał kto we mnie obudzić fascynacji „typowo męskimi” tematami, jako dzieciak zupełnie nie czułem pociągu do rozkminiania składów piłkarskich, ani analizowania które auto w ile dochodzi do setki. O samochodach wiedziałem tyle, że są na benzynę i że trzeba mieć specjalny dokument, żeby je prowadzić.

Moje bycie na bakier z motoryzacją nie mijało z czasem, a w porównaniu do rówieśników, pogłębiało się.

Kiedy koledzy w liceum zażarcie licytowali się, który z nich jaką będzie miał furę po zdaniu prawka, dla mnie to brzmiało, jak dysputy na temat behawioryzmu jedwabników morowych. Nie miałem pojęcia o czym mówią. Nie byłem w stanie odróżnić Renault od Peugeota, a co dopiero wypowiadać się na temat konkretnych modeli. Kiedy któryś z nich przyjechał do szkoły samochodem rodziców i na długiej przerwie jechaliśmy po cheeseburgery do McDonald’sa, nawet przez myśl mi nie przeszło, że to ja mógłbym prowadzić.

Miałem zakodowane, że samochody nie występują i nie będą występować w moim życiu.

Żyłem w przekonaniu, że nie będę kierowcą, bo w dzieciństwie nie siadałem na kolanach taty i nie udawałem, że kieruję, gdy parkował auto na osiedlu, jako nastolatek nie dostawałem kluczyków żeby wyjechać z garażu, a jedyny raz kiedy siedziałem za kierownicą, to gdy podwoził mnie kumpel z zepsutym zamkiem w drzwiach po stronie pasażera. Może to zabrzmieć śmiesznie, ale przez to, że nikt nigdy nie zaszczepił mi zainteresowania motoryzacją – nie miałem naturalnego przewodnika po tym świecie jak inni chłopcy – czułem się na tyle gorszy, że nie widziałem sensu nawet w myśleniu o prawie jazdy. Byłem pewien, że i tak bym go nie zdał.

Sytuacja zmieniła się na trzecim roku studiów.

Pracowałem w biurze nieruchomości jako asystent osoby od marketingu i jeździłem z agentami przyjmować mieszkania. W trakcie, gdy oni rozmawiali o apartamentach i spisywali umowy, ja robiłem tym lokalom zdjęcia. Jak na tamte czasy, była to praca marzeń i czułem, że to nie ja złapałem pana boga za nogi, tylko on mnie. Zarabiałem 10zł na godzinę, pracowałem w obrębie starego miasta, słuchałem barwnych opowieści właścicieli, oglądałem najdroższe apartamenty w Krakowie i byłem wożony niezłymi autami.

W trakcie któregoś z powrotów z przyjęcia nieruchomości, Mariusz, który po drodze musiał jeszcze coś załatwić, poprosił żebym odwiózł auto do biura, bo jemu wygodniej będzie wysiąść w tym miejscu. Totalnie zaskoczony tą prośbą, odpowiedziałem, że przecież nie umiem jeździć samochodem, jakby to było coś najoczywistszego na świecie. On, z nieskrywanym zdziwieniem, że 22-letni gość nie ma tej umiejętności, spytał: „jak to? Masz żółte papiery?”.

Oczywiście nie miałem, ale to pytanie, i dalsza rozmowa, było dla mnie zimnym prysznicem trzeźwości. Dojeżdżając do biura cały czas maglował mnie, czemu nie mam tego cholernego prawa jazdy i gdy opowiadałem mu swoją historię, puentując, że nie nadaję się do tego i prowadzenie pojazdów mechanicznych nie jest mi pisane, opowiedział mi własną. Bliźniaczo podobną. Jednak jego konkluzja była inna.

– Stary, to że nie masz Michaela Jordana w domu, nie znaczy, że nie możesz grać w kosza, myślisz, że trzeba ssać wentyl od pompki zamiast smoczka, żeby nauczyć się trafiać za 3?

– No, ale…

– Skończ pieprzyć i zapisz się na prawko. Będziesz potrzebować fury, pojeździć? Mów.

– Za pierwszym razem na pewno nie…

– Nie zdasz za pierwszym, to zdasz za drugim. Jesteś zdolny, masz 2 ręce, 2 nogi i więcej niż 2 komórki pod czaszką, to wystarczy. Popatrz na mnie, czy ja wyglądam lepiej od ciebie?

– …

– Koniec z wymówkami, jutro się zapisujesz.

Złamał mój schemat myślowy.

Przez podzielenie się swoimi przeżyciami i motywacyjnego kopa, wytrącił mnie ze stanu, w którym tkwiłem od zawsze, a przez deklarację pomocy i wsparcie merytoryczno-mentalne pozwolił uwierzyć, że faktycznie jestem w stanie to zrobić. Że nic mi nie brakuje, żeby siedzieć za kierownicą jako kierowca, a nie obserwować ją tylko z perspektywy pasażera. Zapisałem się na kurs, następnie na egzamin i zdałem część teoretyczną, i praktyczną. Za pierwszym podejściem! Mimo, że pół roku wcześniej nawet nie fantazjowałem o tym, że to możliwe.

Mariusz mienił moją mentalność. I to samo robi Szlachetna Paczka.

Jest część akcji charytatywnych, które mają na celu pomoc biednym, ale nie wszystkie pomagają im mądrze. Wiele z nich działa jak Bogaty Wujek Ze Stanów. Wpada raz do roku z workiem prezentów, obsypuje hojnymi podarkami i znika. Biedni szybko konsumują to co dostali, ich stan umysłowy, ani materialny się nie zmienia, przyzwyczajają się do wizyt Bogatego Wujka i czekają na jego przybycie w kolejnym roku. Nie podejmując wysiłku, żeby zmienić sytuację, w której są.

Jedno z indiańskich przysłów brzmi „nie daruj głodnemu ryby. Podaruj mu wędkę i naucz go łowić”. To samo przysłowie sparafrazowane przez polskiego rapera – HuczuHucza – mówi „daj mu wędkę zamiast ryby, to ci sprzeda ją i kupi flaszkę”. I tak zdarza w przypadku inicjatyw walczących z biedą, ale nie w przypadku Szlachetnej Paczki, bo ona nie daje ani ryb, ani wędki, ale mentalność wędkarza.

Pomaga biednym przełamać schemat.

Do tej akcji charytatywnej nie można się zgłosić, trzeba zostać odnalezionym i zgłoszonym przez jednego z wolontariuszy, bo prawdziwa bieda nie krzyczy. Nie tupie nogą, nie domaga się wsparcia, nie jest roszczeniowa. Wolontariusze Szlachetnej Paczki sami wyszukują osoby po wypadkach, wielodzietne rodziny, czy samotnych seniorów. Ludzi, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji materialnej z niezależnych od siebie przyczyn. Celem inicjatywy jest mądra pomoc, czyli taka, która daje szansę na zmianę.

Pomoc, która daje biednym mentalność wędkarza.

szlachetna paczka

Angażując się w tę pomoc i wybierając rodzinę, którą chcesz wesprzeć, pomagasz uwierzyć drugiemu człowiekowi w coś, o czym dawno zapomniał, a być może nigdy tego nie wiedział. Pomagasz mu uwierzyć, że jest ważny. Że to w jakiej sytuacji się znalazł, nie czyni go gorszym od reszty. Historia, którą ma za sobą nie sprawia, że się nie liczy. Dajesz mu poczuć, że nie jest pominiety przez świat. Że jest istotny.

Wspierając Szlachetną Paczkę nie dajesz komuś ryb, czy wędki. Dajesz drugiemu człowiekowi mentalność wędkarza.

—> CHCĘ POMÓC <—

---> SKOMENTUJ

Najlepsze uliczne historie: listopad

Skip to entry content

Cały czas jestem na tym etapie, że większość rzeczy w Warszawie jest dla mnie nowych i dziwi lub zaskakuje, tak że o podłapywanie dialogów było mi wyjątkowo łatwo. Mimo, że jestem mocno wyczulony na odbiór bodźców z otoczenia, to rozmowy do „najlepszych uliczny historii” zbierałem paradoksalnie bardzo długo. Czemu? Bo przez brak telefonu nie miałem ich na czym zapisywać. Prawdziwy dramat blogera, co?

W oczekiwaniu na odcinek „Trudnych spraw” w oparciu o mój życiorys, sprawdźcie co jednak udało mi się utrwalić poruszając się po stolicy.

 

#1 – Wracam autobusem 157 i akurat nie ma w nim biletomatu, więc idę do kierowcy:

– Przepraszam, można bilet?
– Pewnie, że można, drogi panie, wszystko można, nawet ptakiem zostać można, tylko pieniążki trzeba mieć.
– To poproszę bilet.
– To dobrze, bo żartowałem. Ptakiem trzeba się urodzić. HEHE.

 

#2 – Rozmowa mamy z córką w osiedlowym spożywczaku podczas grzebania w lodówce:

– Marysiu, ale jak to znowu spóźniłaś się na lekcje?
– No… no… bo…
– Marysiu, to się nie może powtarzać. To musi być ostatni raz.
– Mamo, ale…
– Marysiu, bez dyskusji! Nie możesz się spóźniać! To brzydko o tobie świadczy. I o mnie zresztą też. Chcesz, żeby źle o nas mówili? Wiesz kto się spóźnia?
– Okres mamo! Zawsze mówisz wujkowi Robertowi, że okres się spóźnia!
– Ciiicho, kochanie, ciiiicho, wyjdźmy na zewnątrz, bo strasznie gorąco.
– Ale…
– Chodź, kochanie, chodź.
– A… a… jogurty?
– Ciiicho, kochanie, ciiiicho, chodź, wyjdziemy sobie na zewnątrz i się przejdziemy.

I nie dowiedziałem się kto się spóźnia.

 

#3 – Inspirujący monolog na przystanku przy Dworcu Zachodnim:

– …no i mordo, no skumaj, dla mnie to już jest patola ostra. No bo jak można samemu chodzić na kebaba? No jak?

 

#4 – Dzwoni telefon z kierunkowego 81, a nie mam tam rodziny, żeby ktoś łączył się ze stacjonarnego, więc zastanawiam się, które call center nie ogarnęło, że przedłużyłem umowę. Ale ku memu zaskoczeniu, to nie telekom. To firma sprzedająca garnki po 5 koła.

– Dzień dobry, z tej strony [kobieta wymienia swoje imię i firmę, którą reprezentuje, ale robi to tak szybko, żebym nie zrozumiał] i chciałabym przekazać panu zaproszenie na ekskluzywne wydarzenie, które odbędzie się w pana mieście. Czy może mi pan podać adres na jaki mam je dostarczyć?
– Przepraszam, ale z jakiej firmy pani dzwoni?
– Z firmy Filipiakcośtam [i znowu podaje nazwę tak szybko, żebym nie zrozumiał] i chcę panu przekazać zaproszenie na…
– A czym się zajmuje ta firma?
– Organizacją wydarzeń i właśnie na jedno z nich jest pan zaproszony. Proszę podać…
– Ale o co chodzi w ogóle?
– Zgodzi się pan, że zdrowie najbliższych jest najważniejsze [jak ktoś tak prowadzi rozmowę i w ten sposób buduje pytanie, to już wiem, że to jakieś gówno i będzie próbował wyprać mi mózg]?
– Najważniejsze jest mycie zębów po każdym posiłku, ale powiedzmy, że się z panią zgadzam.
– Yyy… no właśnie i na tym spotkaniu dowie się pan jak dbać o zdrowie najbliższych. W jakiej miejscowości pan mieszka?
– To pani do mnie dzwoni i nie wie?
– Oczywiście wiem, ale muszę potwierdzić dane [słaba ściema, ale jestem pewien, że większość i tak się na nią łapie].
– W Kasince Małej.
– W Kasince Małej?
– Tak, w Kasince Małej, a pani jak ma wpisane w formularzu?
– Oczywiście w Kasince Małej. Proszę poczekać chwilę, a powiem panu kiedy odbędzie spotkanie w pana miejscowości.
– Myślałem, że pani wie kiedy będzie, skoro dzwoni przekazać mi zaproszenie.
– To jest gmina Mszana Dolna, prawda? Będziemy tam któregośtam [nie zapamiętałem dokładnie którego] listopada. Czy chciałby pan zabrać na spotkanie kogoś ze swoich znajomych? Będzie darmowy poczęstunek i każdy z gości dostanie 3 prezenty.
– Ale ja nie mam znajomych.
– Na pewno pan ma, proszę chwilkę się zastanowić, kto z pana znajomych chciałby dostać 3 prezenty i dowiedzieć się, jak dbać o zdrowie swoich bliskich.
– Proszę panią, ja jestem blogerem, ja żyję w internecie, ja nie mam znajomych.
– Na pewno pan ma, każdy z nas ma jakichś. Może wystarczy, że napisze pan na Facebooku i kogoś zaprosi?
– Proszę panią, na Facebooku to ja mogę napisać, że próbuje mnie pani zmanipulować i pod pretekstem dbania o zdrowie zaciągnąć na spotkanie sprzedażowe z garnkami za 5 koła.

I się rozłączyła.

 

#5 – Jadę 9-tką na Ochotę i lekko podchmielony Pan Miecio do elegantszej, ciut zmęczonej pani:

– A pani tak śpi?
– Co? Nie, siedzę.
– Bo jak by pani spała, to mógłbym…
– Nie, dziękuję, mam męża, jest pan bezczelny!
-…to mógłbym rozmówić się z motorniczym, żeby tak nie trząsł.

 

#6 – Rozmowa dwóch lasek z przetłuszczonymi włosami w Subway’u na Marszałkowskiej:

– …no i szczaj baze, że Peter znowu wrócił do Anastazji.
– Taaa, do Anastazji?
– No.
– Taaa, tej zdziry?
– No.
– Przeciesz ona go zdradzaa.
– No, ode mnie z osiedla, to chyba kaszdy jom robił.
– Boszeee, aki frajer.
– No, a móg bydź ze mnom.
– Taaa?
– No, rok temu jak się pokóciaam z Krisem, bo mie wkurwił, to poszaam z Maą do Platinum i on tam był, bo akiś jego funfel miał uro, czy ki chuj, no i sie lizaliśmy.
– Taaa, aki frajer.
– No.

 

#7 – Chciałem się ukulturalnić, nie wyszło:

– Dzień dobry, czy w grudniu będzie jeszcze grany „Pożar w burdelu”?
– Słucham?
– Chciałem zapytać, czy w państwa teatrze w grudniu będzie jeszcze grany „Pożar w burdelu”?
– Proszę pana, pan się dodzwonił do przewodniczącego rady nadzorczej mBanku.

<minuta_śmiechu_i_totalnej_głupawki_po_obu_stronach_telefonu>

– To przepraszam bardzo za pomyłkę, myślałem, że to numer do rezerwacji biletów.
– Nie, ale jak pan chcę mogę kolegi spytać, bo często chodzi na ten spektakl.

 

#8 – Jadę do Warszawy pociągiem, w którym jest ścisk jak w Auchanie na dziale mięsnym przy przecenie schabu i widzę na korytarzu parę. On – chłopek-roztropek w prawie eleganckiej koszulki i spłowiałej bluzie z kapturem, ona – pretendująca miss osiedla w kurewskich kozakach, waginsach i białej kurteczce z wystającym futerkiem. Od dłuższego czasu o coś się kłócą, więc nadstawiam ucha:

-…nie.
– Czemu?
– Nie.
– Ale dlaczego?
– Nie.
– No proszę cię.
– Nie. Powiedziałam ci, że nie, to nie. Jestem konkretną osobą i jak coś mówię to mówię.
– Ale nawet na chwilkę?
– Czy ja się niejasno wyrażam, czy mam zacząć do ciebie mówić drukowanymi literami? Nie pozwolę ci pójść na imprezę, na której będzie twoja była, bo masz zakaz spotykania się z byłymi.
– Ale to są urodziny mojego szefa, będą tam wszyscy z pracy…
– Wiesz co mnie to obchodzi? Wiesz co mnie to obchodzi? Nic mnie to nie obchodzi. Tyle co wczorajszy śnieg. Masz ZAAAKAAAZ, rozumiesz? ZAKAZ!
– Kochanie, ale wczoraj nie było żadnego śniegu.
– Nie wkurwiaj mnie, bo dostaniesz zakaz nie tylko na byłe, ale na wszystkie znajome. Zresztą chuj, już dawno powinnam była ci zabronić.

 

#9 – Ostatnio mam szczęście do kierowców z poczuciem humoru. Wracam z Gwiaździstej, podjeżdża 157 i widzę, że ma na szybie żółtą kartkę ze zmianą trasy, w środku puściutko, zero żywej i martwej duszy, więc lekko zaniepokojony pytam:

– Przepraszam, jedzie pan na Ochotę?
– A nie widać, że to prywatna limuzyna? Jadę gdzie sobie pasażer życzy. Trzeba tylko magiczne zaklęcie wymówić.
– „Poproszę”?
– Nie no, kurwa, „hokus-pokus”.

 

#10 – Podsłuchane w osiedlowej pizzeri, w trakcie konsumpcji capriciosy:

-…no i ile razy taki przeciętny Polak pójdzie na siłownię?
– No 3 razy w tygodniu to przynajmniej.
– Co ty pieprzysz Marcin. Nikt tyle nie chodzi. Jak ja miałem karnet to chodziłem raz w tygodniu. Góra 2. A był taki miesiąc, że w ogóle nie poszedłem, a kasa leciała.
– No ja chodziłem 3 razy w tygodniu, bo jak jest karnet to trzeba wykorzystać.
– Nie kłam Marcin, nie kłam. Kłamstwo ma krótkie nogi. Jak twoja żona.
– Ona nie ma krótkich nóg, tylko taką budowę ciała.
– I znowu kłamiesz.

 

Jeśli w mijającym miesiącu przydarzyło Wam się w komunikacji miejskiej coś, co poprawiło Wam nastrój w tę szarówę, to podzielcie się w komentarzach. Innym też się przyda trochę uśmiechu.

autorem zdjęcia w nagłówku jest OllBac
---> SKOMENTUJ