Close
Close

Czy z ulicznego billboardu można zrobić nerkę?

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Kropla Beskidu

W maju pokazywałem Wam eko-reklamę Kropli Beskidu, czyli wielkoformatowy billboard w 30% składający się z roślin, który zawisł na rogu alei Adama Mickiewicza i Józefa Piłsudskiego w Krakowie.

Kropla Beskidu + roślinny outdoor

I mówiłem, że marka mocno stawia na recyklizację i powtórne wykorzystywanie tych samych materiałów, dlatego reklama, gdy już spełniła swoją funkcję, nie wylądowała na śmietniku. Wręcz przeciwnie. Roślinki z billboardu zostały rozsadzone po Krakowie i oczyszczają powietrze 10-krotnie przekraczające dopuszczalną normę zanieczyszczeń, a sam billboard również znalazł ponowne zastosowanie.

I to dość nietypowe, bo powstały z niego bajeranckie akcesoria codziennego użytku.

Pokrowiec na laptopa

Czyli hipstersko-biznesowy ochraniacz na, w moim przypadku, bardzo ważne narzędzie pracy. Zawsze wydawało mi się, że to zbędny gadżet, dopóki netbook w podróży nie upadł mi na ziemię. Wyszczerbiając jeden z rogów obudowy. A po miesiącu drugi. Żałuję, że od początku nie korzystałem z usług tego allegrowicza, bo moja przenośna maszyna do pisania nie wyglądałaby teraz jak wyciągnięta spod metra.

Kropla Beskidu recycling (2)

Kropla Beskidu recycling (3)

 

Nerka

Niestety, ale nerki są wciąż mocno niedoceniane i traktowane jako atrybut parkingowego. Ewentualnie Mirka – typowego handlarza bitymi Golfami z Niemiec. Ja jestem ich sporym fanem, bo nie znam lepszego rozwiązania, które jednocześnie pozwala Ci nie wypychać spodni pierdołami noszonymi na co dzień w kieszeniach, i zarazem nie jest masywną torbą krępującą ruchy. Ta zrobiona z płachty reklamowej, oprócz lekkości i poręczności, jest jeszcze nieprzemakalna. Podczas deszczu doceni to każdy, kto ma niewodoodporny telefon. I zapomniał parasola. Znam ludzi, którzy robią to notorycznie. Serio.

Kropla Beskidu recycling (4)

Kropla Beskidu recycling (5)

 

Torba na ramię

Chyba najładniejszy sprzęt powstały z majowego baneru, bo listek z kroplą wody idealnie ułożył się na przodzie tworząc ilustrację. Co prawda, ze względu na swój kształt i gabaryty, optycznie bardziej pasuje mi do żeńskiej sylwetki niż męskiej, ale i tak mocno doceniam ideę.

Kropla Beskidu recycling (6)

Kropla Beskidu recycling (7)

Szczerze mówiąc, gdy pierwszy raz usłyszałem, że z banneru reklamowego ma powstać nerka, torba na ramię i pokrowiec na laptopa, to za bardzo tego nie widziałem. No bo jak, z baneru robić sprzęt użytkowy? To tak jakby z maski samochodu robić deskę do prasowania. Brzmi irracjonalnie. Po czym zaczynasz to sobie wyobrażać i okazuje się, że faktycznie to chyba możliwe.

Kropla Beskidu nazwała to recyklingiem, bo raz użyte materiały zostały ponownie wykorzystane, ale dla mnie to upcykling…

Upcykling – forma przetwarzania wtórnego odpadów, w wyniku którego powstają produkty o wartości wyższej niż przetwarzane surowce. Proces ten pozwala zmniejszyć zarówno ilość odpadów, jak i ilość materiałów wykorzystywanych w produkcji pierwotnej

…bo to, co powstało z teoretycznego „śmiecia”, wartością zdecydowanie przewyższa rzecz, którą był na początku.

Jaram się, jak kreatywnie można podejść do niepotrzebnych materiałów reklamowych (jeśli Wy też, to obserwujcie profil Kropli Beskidu na Facebooku, niedługo będzie można wygrać tam gadżety z tego wpisu) i byłoby spoko, gdyby inne marki też podążały tą drogą. Na przykład robiąc z zalewających ulice ulotek monstrualne origami.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Czym interesują się kilku, czy nawet nasto, letni chłopcy? Samochodami, piłką nożna i nowym odcinkiem „Dryżyny A”. Przynajmniej tak było w czasach, gdy ja chodziłem do podstawówki i każdy chłopiec chciał być jak B.A. Barracus. Ze względu na moją sytuację rodzinną i fakt, że nie miał kto we mnie obudzić fascynacji „typowo męskimi” tematami, jako dzieciak zupełnie nie czułem pociągu do rozkminiania składów piłkarskich, ani analizowania które auto w ile dochodzi do setki. O samochodach wiedziałem tyle, że są na benzynę i że trzeba mieć specjalny dokument, żeby je prowadzić.

Moje bycie na bakier z motoryzacją nie mijało z czasem, a w porównaniu do rówieśników, pogłębiało się.

Kiedy koledzy w liceum zażarcie licytowali się, który z nich jaką będzie miał furę po zdaniu prawka, dla mnie to brzmiało, jak dysputy na temat behawioryzmu jedwabników morowych. Nie miałem pojęcia o czym mówią. Nie byłem w stanie odróżnić Renault od Peugeota, a co dopiero wypowiadać się na temat konkretnych modeli. Kiedy któryś z nich przyjechał do szkoły samochodem rodziców i na długiej przerwie jechaliśmy po cheeseburgery do McDonald’sa, nawet przez myśl mi nie przeszło, że to ja mógłbym prowadzić.

Miałem zakodowane, że samochody nie występują i nie będą występować w moim życiu.

Żyłem w przekonaniu, że nie będę kierowcą, bo w dzieciństwie nie siadałem na kolanach taty i nie udawałem, że kieruję, gdy parkował auto na osiedlu, jako nastolatek nie dostawałem kluczyków żeby wyjechać z garażu, a jedyny raz kiedy siedziałem za kierownicą, to gdy podwoził mnie kumpel z zepsutym zamkiem w drzwiach po stronie pasażera. Może to zabrzmieć śmiesznie, ale przez to, że nikt nigdy nie zaszczepił mi zainteresowania motoryzacją – nie miałem naturalnego przewodnika po tym świecie jak inni chłopcy – czułem się na tyle gorszy, że nie widziałem sensu nawet w myśleniu o prawie jazdy. Byłem pewien, że i tak bym go nie zdał.

Sytuacja zmieniła się na trzecim roku studiów.

Pracowałem w biurze nieruchomości jako asystent osoby od marketingu i jeździłem z agentami przyjmować mieszkania. W trakcie, gdy oni rozmawiali o apartamentach i spisywali umowy, ja robiłem tym lokalom zdjęcia. Jak na tamte czasy, była to praca marzeń i czułem, że to nie ja złapałem pana boga za nogi, tylko on mnie. Zarabiałem 10zł na godzinę, pracowałem w obrębie starego miasta, słuchałem barwnych opowieści właścicieli, oglądałem najdroższe apartamenty w Krakowie i byłem wożony niezłymi autami.

W trakcie któregoś z powrotów z przyjęcia nieruchomości, Mariusz, który po drodze musiał jeszcze coś załatwić, poprosił żebym odwiózł auto do biura, bo jemu wygodniej będzie wysiąść w tym miejscu. Totalnie zaskoczony tą prośbą, odpowiedziałem, że przecież nie umiem jeździć samochodem, jakby to było coś najoczywistszego na świecie. On, z nieskrywanym zdziwieniem, że 22-letni gość nie ma tej umiejętności, spytał: „jak to? Masz żółte papiery?”.

Oczywiście nie miałem, ale to pytanie, i dalsza rozmowa, było dla mnie zimnym prysznicem trzeźwości. Dojeżdżając do biura cały czas maglował mnie, czemu nie mam tego cholernego prawa jazdy i gdy opowiadałem mu swoją historię, puentując, że nie nadaję się do tego i prowadzenie pojazdów mechanicznych nie jest mi pisane, opowiedział mi własną. Bliźniaczo podobną. Jednak jego konkluzja była inna.

– Stary, to że nie masz Michaela Jordana w domu, nie znaczy, że nie możesz grać w kosza, myślisz, że trzeba ssać wentyl od pompki zamiast smoczka, żeby nauczyć się trafiać za 3?

– No, ale…

– Skończ pieprzyć i zapisz się na prawko. Będziesz potrzebować fury, pojeździć? Mów.

– Za pierwszym razem na pewno nie…

– Nie zdasz za pierwszym, to zdasz za drugim. Jesteś zdolny, masz 2 ręce, 2 nogi i więcej niż 2 komórki pod czaszką, to wystarczy. Popatrz na mnie, czy ja wyglądam lepiej od ciebie?

– …

– Koniec z wymówkami, jutro się zapisujesz.

Złamał mój schemat myślowy.

Przez podzielenie się swoimi przeżyciami i motywacyjnego kopa, wytrącił mnie ze stanu, w którym tkwiłem od zawsze, a przez deklarację pomocy i wsparcie merytoryczno-mentalne pozwolił uwierzyć, że faktycznie jestem w stanie to zrobić. Że nic mi nie brakuje, żeby siedzieć za kierownicą jako kierowca, a nie obserwować ją tylko z perspektywy pasażera. Zapisałem się na kurs, następnie na egzamin i zdałem część teoretyczną, i praktyczną. Za pierwszym podejściem! Mimo, że pół roku wcześniej nawet nie fantazjowałem o tym, że to możliwe.

Mariusz mienił moją mentalność. I to samo robi Szlachetna Paczka.

Jest część akcji charytatywnych, które mają na celu pomoc biednym, ale nie wszystkie pomagają im mądrze. Wiele z nich działa jak Bogaty Wujek Ze Stanów. Wpada raz do roku z workiem prezentów, obsypuje hojnymi podarkami i znika. Biedni szybko konsumują to co dostali, ich stan umysłowy, ani materialny się nie zmienia, przyzwyczajają się do wizyt Bogatego Wujka i czekają na jego przybycie w kolejnym roku. Nie podejmując wysiłku, żeby zmienić sytuację, w której są.

Jedno z indiańskich przysłów brzmi „nie daruj głodnemu ryby. Podaruj mu wędkę i naucz go łowić”. To samo przysłowie sparafrazowane przez polskiego rapera – HuczuHucza – mówi „daj mu wędkę zamiast ryby, to ci sprzeda ją i kupi flaszkę”. I tak zdarza w przypadku inicjatyw walczących z biedą, ale nie w przypadku Szlachetnej Paczki, bo ona nie daje ani ryb, ani wędki, ale mentalność wędkarza.

Pomaga biednym przełamać schemat.

Do tej akcji charytatywnej nie można się zgłosić, trzeba zostać odnalezionym i zgłoszonym przez jednego z wolontariuszy, bo prawdziwa bieda nie krzyczy. Nie tupie nogą, nie domaga się wsparcia, nie jest roszczeniowa. Wolontariusze Szlachetnej Paczki sami wyszukują osoby po wypadkach, wielodzietne rodziny, czy samotnych seniorów. Ludzi, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji materialnej z niezależnych od siebie przyczyn. Celem inicjatywy jest mądra pomoc, czyli taka, która daje szansę na zmianę.

Pomoc, która daje biednym mentalność wędkarza.

szlachetna paczka

Angażując się w tę pomoc i wybierając rodzinę, którą chcesz wesprzeć, pomagasz uwierzyć drugiemu człowiekowi w coś, o czym dawno zapomniał, a być może nigdy tego nie wiedział. Pomagasz mu uwierzyć, że jest ważny. Że to w jakiej sytuacji się znalazł, nie czyni go gorszym od reszty. Historia, którą ma za sobą nie sprawia, że się nie liczy. Dajesz mu poczuć, że nie jest pominiety przez świat. Że jest istotny.

Wspierając Szlachetną Paczkę nie dajesz komuś ryb, czy wędki. Dajesz drugiemu człowiekowi mentalność wędkarza.

—> CHCĘ POMÓC <—

Najlepsze uliczne historie: listopad

Skip to entry content

Cały czas jestem na tym etapie, że większość rzeczy w Warszawie jest dla mnie nowych i dziwi lub zaskakuje, tak że o podłapywanie dialogów było mi wyjątkowo łatwo. Mimo, że jestem mocno wyczulony na odbiór bodźców z otoczenia, to rozmowy do „najlepszych uliczny historii” zbierałem paradoksalnie bardzo długo. Czemu? Bo przez brak telefonu nie miałem ich na czym zapisywać. Prawdziwy dramat blogera, co?

W oczekiwaniu na odcinek „Trudnych spraw” w oparciu o mój życiorys, sprawdźcie co jednak udało mi się utrwalić poruszając się po stolicy.

 

#1 – Wracam autobusem 157 i akurat nie ma w nim biletomatu, więc idę do kierowcy:

– Przepraszam, można bilet?
– Pewnie, że można, drogi panie, wszystko można, nawet ptakiem zostać można, tylko pieniążki trzeba mieć.
– To poproszę bilet.
– To dobrze, bo żartowałem. Ptakiem trzeba się urodzić. HEHE.

 

#2 – Rozmowa mamy z córką w osiedlowym spożywczaku podczas grzebania w lodówce:

– Marysiu, ale jak to znowu spóźniłaś się na lekcje?
– No… no… bo…
– Marysiu, to się nie może powtarzać. To musi być ostatni raz.
– Mamo, ale…
– Marysiu, bez dyskusji! Nie możesz się spóźniać! To brzydko o tobie świadczy. I o mnie zresztą też. Chcesz, żeby źle o nas mówili? Wiesz kto się spóźnia?
– Okres mamo! Zawsze mówisz wujkowi Robertowi, że okres się spóźnia!
– Ciiicho, kochanie, ciiiicho, wyjdźmy na zewnątrz, bo strasznie gorąco.
– Ale…
– Chodź, kochanie, chodź.
– A… a… jogurty?
– Ciiicho, kochanie, ciiiicho, chodź, wyjdziemy sobie na zewnątrz i się przejdziemy.

I nie dowiedziałem się kto się spóźnia.

 

#3 – Inspirujący monolog na przystanku przy Dworcu Zachodnim:

– …no i mordo, no skumaj, dla mnie to już jest patola ostra. No bo jak można samemu chodzić na kebaba? No jak?

 

#4 – Dzwoni telefon z kierunkowego 81, a nie mam tam rodziny, żeby ktoś łączył się ze stacjonarnego, więc zastanawiam się, które call center nie ogarnęło, że przedłużyłem umowę. Ale ku memu zaskoczeniu, to nie telekom. To firma sprzedająca garnki po 5 koła.

– Dzień dobry, z tej strony [kobieta wymienia swoje imię i firmę, którą reprezentuje, ale robi to tak szybko, żebym nie zrozumiał] i chciałabym przekazać panu zaproszenie na ekskluzywne wydarzenie, które odbędzie się w pana mieście. Czy może mi pan podać adres na jaki mam je dostarczyć?
– Przepraszam, ale z jakiej firmy pani dzwoni?
– Z firmy Filipiakcośtam [i znowu podaje nazwę tak szybko, żebym nie zrozumiał] i chcę panu przekazać zaproszenie na…
– A czym się zajmuje ta firma?
– Organizacją wydarzeń i właśnie na jedno z nich jest pan zaproszony. Proszę podać…
– Ale o co chodzi w ogóle?
– Zgodzi się pan, że zdrowie najbliższych jest najważniejsze [jak ktoś tak prowadzi rozmowę i w ten sposób buduje pytanie, to już wiem, że to jakieś gówno i będzie próbował wyprać mi mózg]?
– Najważniejsze jest mycie zębów po każdym posiłku, ale powiedzmy, że się z panią zgadzam.
– Yyy… no właśnie i na tym spotkaniu dowie się pan jak dbać o zdrowie najbliższych. W jakiej miejscowości pan mieszka?
– To pani do mnie dzwoni i nie wie?
– Oczywiście wiem, ale muszę potwierdzić dane [słaba ściema, ale jestem pewien, że większość i tak się na nią łapie].
– W Kasince Małej.
– W Kasince Małej?
– Tak, w Kasince Małej, a pani jak ma wpisane w formularzu?
– Oczywiście w Kasince Małej. Proszę poczekać chwilę, a powiem panu kiedy odbędzie spotkanie w pana miejscowości.
– Myślałem, że pani wie kiedy będzie, skoro dzwoni przekazać mi zaproszenie.
– To jest gmina Mszana Dolna, prawda? Będziemy tam któregośtam [nie zapamiętałem dokładnie którego] listopada. Czy chciałby pan zabrać na spotkanie kogoś ze swoich znajomych? Będzie darmowy poczęstunek i każdy z gości dostanie 3 prezenty.
– Ale ja nie mam znajomych.
– Na pewno pan ma, proszę chwilkę się zastanowić, kto z pana znajomych chciałby dostać 3 prezenty i dowiedzieć się, jak dbać o zdrowie swoich bliskich.
– Proszę panią, ja jestem blogerem, ja żyję w internecie, ja nie mam znajomych.
– Na pewno pan ma, każdy z nas ma jakichś. Może wystarczy, że napisze pan na Facebooku i kogoś zaprosi?
– Proszę panią, na Facebooku to ja mogę napisać, że próbuje mnie pani zmanipulować i pod pretekstem dbania o zdrowie zaciągnąć na spotkanie sprzedażowe z garnkami za 5 koła.

I się rozłączyła.

 

#5 – Jadę 9-tką na Ochotę i lekko podchmielony Pan Miecio do elegantszej, ciut zmęczonej pani:

– A pani tak śpi?
– Co? Nie, siedzę.
– Bo jak by pani spała, to mógłbym…
– Nie, dziękuję, mam męża, jest pan bezczelny!
-…to mógłbym rozmówić się z motorniczym, żeby tak nie trząsł.

 

#6 – Rozmowa dwóch lasek z przetłuszczonymi włosami w Subway’u na Marszałkowskiej:

– …no i szczaj baze, że Peter znowu wrócił do Anastazji.
– Taaa, do Anastazji?
– No.
– Taaa, tej zdziry?
– No.
– Przeciesz ona go zdradzaa.
– No, ode mnie z osiedla, to chyba kaszdy jom robił.
– Boszeee, aki frajer.
– No, a móg bydź ze mnom.
– Taaa?
– No, rok temu jak się pokóciaam z Krisem, bo mie wkurwił, to poszaam z Maą do Platinum i on tam był, bo akiś jego funfel miał uro, czy ki chuj, no i sie lizaliśmy.
– Taaa, aki frajer.
– No.

 

#7 – Chciałem się ukulturalnić, nie wyszło:

– Dzień dobry, czy w grudniu będzie jeszcze grany „Pożar w burdelu”?
– Słucham?
– Chciałem zapytać, czy w państwa teatrze w grudniu będzie jeszcze grany „Pożar w burdelu”?
– Proszę pana, pan się dodzwonił do przewodniczącego rady nadzorczej mBanku.

<minuta_śmiechu_i_totalnej_głupawki_po_obu_stronach_telefonu>

– To przepraszam bardzo za pomyłkę, myślałem, że to numer do rezerwacji biletów.
– Nie, ale jak pan chcę mogę kolegi spytać, bo często chodzi na ten spektakl.

 

#8 – Jadę do Warszawy pociągiem, w którym jest ścisk jak w Auchanie na dziale mięsnym przy przecenie schabu i widzę na korytarzu parę. On – chłopek-roztropek w prawie eleganckiej koszulki i spłowiałej bluzie z kapturem, ona – pretendująca miss osiedla w kurewskich kozakach, waginsach i białej kurteczce z wystającym futerkiem. Od dłuższego czasu o coś się kłócą, więc nadstawiam ucha:

-…nie.
– Czemu?
– Nie.
– Ale dlaczego?
– Nie.
– No proszę cię.
– Nie. Powiedziałam ci, że nie, to nie. Jestem konkretną osobą i jak coś mówię to mówię.
– Ale nawet na chwilkę?
– Czy ja się niejasno wyrażam, czy mam zacząć do ciebie mówić drukowanymi literami? Nie pozwolę ci pójść na imprezę, na której będzie twoja była, bo masz zakaz spotykania się z byłymi.
– Ale to są urodziny mojego szefa, będą tam wszyscy z pracy…
– Wiesz co mnie to obchodzi? Wiesz co mnie to obchodzi? Nic mnie to nie obchodzi. Tyle co wczorajszy śnieg. Masz ZAAAKAAAZ, rozumiesz? ZAKAZ!
– Kochanie, ale wczoraj nie było żadnego śniegu.
– Nie wkurwiaj mnie, bo dostaniesz zakaz nie tylko na byłe, ale na wszystkie znajome. Zresztą chuj, już dawno powinnam była ci zabronić.

 

#9 – Ostatnio mam szczęście do kierowców z poczuciem humoru. Wracam z Gwiaździstej, podjeżdża 157 i widzę, że ma na szybie żółtą kartkę ze zmianą trasy, w środku puściutko, zero żywej i martwej duszy, więc lekko zaniepokojony pytam:

– Przepraszam, jedzie pan na Ochotę?
– A nie widać, że to prywatna limuzyna? Jadę gdzie sobie pasażer życzy. Trzeba tylko magiczne zaklęcie wymówić.
– „Poproszę”?
– Nie no, kurwa, „hokus-pokus”.

 

#10 – Podsłuchane w osiedlowej pizzeri, w trakcie konsumpcji capriciosy:

-…no i ile razy taki przeciętny Polak pójdzie na siłownię?
– No 3 razy w tygodniu to przynajmniej.
– Co ty pieprzysz Marcin. Nikt tyle nie chodzi. Jak ja miałem karnet to chodziłem raz w tygodniu. Góra 2. A był taki miesiąc, że w ogóle nie poszedłem, a kasa leciała.
– No ja chodziłem 3 razy w tygodniu, bo jak jest karnet to trzeba wykorzystać.
– Nie kłam Marcin, nie kłam. Kłamstwo ma krótkie nogi. Jak twoja żona.
– Ona nie ma krótkich nóg, tylko taką budowę ciała.
– I znowu kłamiesz.

 

Jeśli w mijającym miesiącu przydarzyło Wam się w komunikacji miejskiej coś, co poprawiło Wam nastrój w tę szarówę, to podzielcie się w komentarzach. Innym też się przyda trochę uśmiechu.

autorem zdjęcia w nagłówku jest OllBac