Close
Close

Wojna Płci: czy przyjaźń damsko-męska jest możliwa?

Skip to entry content

Na swojej drodze spotkałem wiele dziewczyn, które pod różnymi pretekstami nie pozwalały swoim chłopakom spotykać się z innymi kobietami i jeszcze więcej kolesi, którzy kategorycznie nie pozwalali swoim dziewczynom mieć nawet kolegów, bo tak. Wśród wielu osób nie będących w związkach, również dominuje silne przekonanie, że przyjaźń damsko-męska nie ma racji bytu, bo jeśli mężczyzna spotyka się z kobietą, to tylko w jednym celu. Czy aby na pewno? O tym rozmawiam z Asią z “Wyrwane z kontekstu” w piątej odsłonie Wojny Płci.

Wojna Płci

Jan Favre: Miałaś kiedyś przyjaciela?

Joanna Pachla: Miewałam. Dzwoniłam do niego, siedząc na brzegu wanny i płacząc, gdy mnie faceci rzucali. Ale później powiedział, że nie mogę więcej dzwonić, bo jego dziewczyna się złości. To mi trochę zaburzyło definicję przyjaźni. Więc to chyba jednak palant był, nie przyjaciel.

Jan Favre: Ten zwrot „miewałam” odnosi się do tego konkretnego faceta? W tym sensie, że przyjaźniliście się, gdy był wolny, a w momencie, kiedy wpadał w związek, od razu wchodził pod pantofel zazdrosnej partnerki i musieliście urywać kontakt? Czy w ogóle do facetów, z którymi miałaś bliższe niezwiązkowe relacje?

Joanna Pachla: Do tego konkretnego. Użyłam zwrotu „miewałam”, bo to był przyjaciel od akcji awaryjnych. Taki do dzwonienia czy spotykania, jak wali Ci się świat. Albo jemu. Ale tak, żeby się z kimś spotykać regularnie, wychodzić gdzieś wspólnie, razem spędzać czas – to nie, nie miałam. Życie uczy mnie, że to się nie udaje. Prędzej czy później któraś ze stron chce zrobić z tej przyjaźni związek. Albo chociaż seks.

Jan Favre: To według mojej definicji, to nie był przyjaciel, tylko… nie wiem… wolontariusz z Ochotniczego Pogotowia Rozstaniowego?

Ja z kolei mam inne doświadczenia na gruncie przyjaźni damsko-męskich. Ostatnie, które chciałem zamienić w coś więcej, były w podstawówce. Bo wtedy też byłem na tyle nieśmiały, że na dobrą sprawę nie miałem pojęcia, w jaki inny sposób mógłbym widywać dziewczynę poza szkołą, niż pod pretekstem „przyjaźni”. Tyle, że to była przyjaźń w cudzysłowie tak dużym jak nos Pinokia. Od liceum natomiast, to już były czyste relacje. Przynajmniej z mojej strony. Choć też nie przypominam sobie, żeby któraś z moich przyjaciółek podkochiwała się we mnie.

Ale to może po prostu dlatego, że jestem brzydki.

Joanna Pachla: Ale ja nie mówię o udawaniu przyjaźni i cichym podkochiwaniu się. Ani o żadnych innych, nieszczerych intencjach. Tylko o tym, że zwykle któraś ze stron wpada z czasem na pomysł, że zróbmy z tego coś więcej.

Ale… Chcesz powiedzieć, że można udawać przyjaźń, licząc na coś od początku? To wtedy ciągle nazywa się przyjaźń, a nie oszustwo?

Jan Favre: To ja nie miałem nigdy takich pomysłów, żeby przyjaźń zamieniać w związek. Głównie wynikało to z tego, że dość szybko wiedziałem, czy chcę z kimś być, śmiać się, płakać i sypiać, czy tylko śmiać i płakać, i nigdy nie ulegało to zmianie wraz z czasem. Ani w jedną, ani w drugą stronę.

Natomiast, co do Twojego pytania o udawanie przyjaźni, to niestety, przez wielu facetów jest to praktyka stosowana na porządku dziennym.

Gość spotyka dziewczynę, która mu się podoba, ale zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie jej zdobyć w normalny sposób, bo nie jest dla niej atrakcyjny pod kątem seksualno-związkowym, więc udaje przyjaźń, żeby się do niej zbliżyć. Głęboko wierzy, że jeśli będzie z nią spędzać dużo czasu, pomagać w problemach, zabawiać i uprzyjemniać codzienność, to ona nagle ściągnie kataraktę z oczu i zobaczy w nim super samca alfa, z którym chce wziąć kredyt na M3 i pojechać do Bułgarii. Miałem znajomego, który przez ponad 2 lata był w stanie udawać przyjaciela, żyjąc w nadziei, że ona w końcu się do niego przekona i nagle rzuci w ramiona w samej bieliźnie.

Kobiety tak nie robią?

Joanna Pachla: Ale przecież to głupie! Albo – mówiąc bardziej dyplomatycznie – naiwne. Jeśli nie chcę kogoś dzisiaj, to dlaczego miałabym go chcieć za dwa lata? Bo mi robił za murzynka i wachlował mnie liściem palmowym w gorące dni? Przecież związku nie robi się z litości czy wdzięczności, na zasadzie: „był dla mnie dobry, pomagał mi, to może go jednak pokocham”. To się nie może udać.

Jan Favre: [Panowie, słyszycie? Info z pierwszej ręki: to tak nie działa.]

Joanna Pachla: Szczerze? Nie znam ani jednego przypadku tak „wychodzonego” związku. Ani kobiety, która by tak robiła. Udawać przyjaciela i czekać na związek jak na promocję w supermarkecie? Przecież to głupie jak religia w gimnazjum.

No i jak ten Twój znajomy skończył?

Jan Favre: Pracuje w Capgemini, tak że średnio.

Joanna Pachla: Nie byłabym z facetem, który pracuje w Capgemini. Rozumiem, że ona też nie jest?

Jan Favre: Nie. Gdy on w końcu ujawnił się i odkrył karty, ona powiedziała to, co zwykle dziewczyny mówią w takim sytuacjach: „Mirek, ale co ty gadasz? Pszeciesz my jesteśmy pszyjaciółmi!”. I doszło do niego to, co mówiłem mu od dawna – że tylko traci czas.

Abstrahując jednak od tych zagrań wbrew kodeksowi harcerza, wiem, że przyjaźń między mężczyzną a kobietą jest możliwa.

Joanna Pachla: Z doświadczenia?

Jan Favre: Własnego.

Joanna Pachla: I nie z czasów piaskownicy? Wow.

To jak się robi taką przyjaźń? Bo na przykład jeden z moich byłych miał teorię, że przyjaźń między kobietą a mężczyzną jest możliwa tylko wtedy, jeśli mają oni odmienną orientację seksualną. I trochę się z tym wiercę. Bo co, żebym mogła przyjaźnić się z facetem, to to od razu musi być gej? Nie, żebym nie lubiła, ale zawęża to pole manewru. Ale skoro Tobie nie zawęziło, to opowiedz mi o tym. Jak to się robi?

Jan Favre: Żeby to była faktycznie czysta przyjaźń, a nie czajenie się na związek którejś ze stron, z moich doświadczeń wynika, że musi być spełniony jeden bardzo, ale to bardzo istotny warunek: nie możecie być w swoim typie. Tłumacząc obrazowo, on nie może fantazjować o tym, jakby to było złapać Cię za tyłek zamiast przytulić na przywitanie, a Ty nie możesz wyobrażać sobie, czy bez koszulki w Twoim łóżku wyglądałby równie dobrze, co ubrany w fotelu.

Innymi słowy: nie możecie lecieć na siebie. No i musicie się lubić. A przynajmniej mieć coś wspólnego.

Joanna Pachla: I nie może to być dziecko?

A tak całkiem serio – ok, zgadzam się z Twoimi „warunkami” zaistnienia przyjaźni, ale znowu brzmią mocno teoretycznie. A ja Cię pytam o życie. Masz przyjaciółkę, tak? Jak to funkcjonuje? Od kiedy? Kim ona jest? Jaka jest? I dlaczego byś się z nią nie przespał?

Jan Favre: Z jedną przyjaciółką znam się 4 lata, z drugą 3 i funkcjonuje to dokładnie tak samo, jak z każdym innym przyjacielem płci męskiej. Widujemy się na browara, na obiad, żeby pogadać albo się upić, albo pomóc sobie, jak jest jakiś problem. Najczęściej bardziej ogólno-życiowy niż związkowy, ale i w tych również się wspieramy, jeśli jesteśmy w stanie. Zasadniczo, nie dzielę swojego podejścia do przyjaciół względem płci, tylko albo ktoś nim jest, albo nie, bez zaglądania w majtki.

A nie poszedłbym z nimi do łóżka, bo tak, jak wcześniej wspomniałem, nie są w moim typie. Jeśli by były, to byśmy się nie przyjaźnili.

Rozumiem, że Ty nigdy nie miałaś kogoś, z kim regularnie się spotykałaś i ani nie był Twoim chłopakiem, ani nie miał piersi?

Joanna Pachla: Nie. Mam masę kumpli, ale przyjaciela-faceta? Żadnego. Raz próbowałam. Chyba z pół roku świetnie nam szło, a potem dupa. To znaczy seks. I nie udało się wrócić, bo jak? Znowu przyjaźń bez seksu? On nie chciał. Przyjaźń z seksem? Ja nie chciałam.

Ale to miłe, że mówisz, że się da. Myślałam, że z tym jest jak ze zjedzeniem tylko jednego ciasteczka. Wszyscy o tym mówią, a nikomu nigdy nie udało się na tym poprzestać.

Jan Favre: Jak lubisz mięso, ciasteczka Cię nie ruszają.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

Ludzie, którym sukces odbił się czkawką

Skip to entry content

W masowym odbiorze sukces często utożsamiany jest z popularnością lub pieniędzmi. Zakłada się, że jeśli ktoś regularnie gości na okładce Gali z torebką za równowartość średniej krajowej, to jego życie jest usłane endorfinami i poczuciem własnej wartości. Osoby przegrywające nierówną walkę z rzeczywistością, bądź po prostu borykające się z niemożnością rozmnożenia stuzłotówek, trąc jedną o drugą, mają przypadłość wierzyć, że jeśli tylko ktoś ustawiłby na nie światła jupiterów, to pieniądze zleciałyby się jak ćmy. A zaraz za nimi szczęście.

Czy jest tak faktycznie? Czy posiadanie trochę znańszej gęby gwarantuje stabilizację finansową,  emocjonalną, spełnienie i samozadowolenie? I czy sława pomaga ułożyć sobie życie?

Nie. Nie będę budował napięcia przez pięć kolejnych akapitów, żeby zaskoczyć nieoczekiwanym zwrotem narracyjnym. Po prostu tak się nie dzieje, a jeśli istnieje jakaś zależność między wzrostem rozpoznawalności, a spokojem ogólno-życiowym, to raczej działa w drugą stronę. Im więcej zaczyna się dziać wokół Ciebie, tym więcej dzieje się w Tobie i jeśli masz jakieś niepozałatwiane sprawy, jakieś tlące się wewnętrzne problemy, to gdy jesteś na świeczniku, zaczynają wybuchać żywym ogniem.

A owy sukces zaczyna odbijać się czkawką. Albo Cię spopielać.

Mike Tyson – Człowiek Demolka

Odkąd zacząłem czytać biografię Mike’a Tysona, która jest tak wielka, że służy mi też za barykadę do drzwi, przestałem używać sformułowania „nic mnie już nie zdziwi”. Bo ten człowiek jest jednym, gigantycznym, napakowanym kompleksami i testosteronem zdziwieniem. Jako 7-latek był świadkiem prostytuowania się matki, która wykonywała usługi leżąc obok niego na łóżku. W tym wieku został też zgwałcony. Nie miał czego jeść, gdzie spać i od kogo nauczyć się choćby mycia się. Jako 13-latek nokautował kolesi starszych od siebie o dekadę i gdy już leżeli nieprzytomni na ziemi, ściągał im złote łańcuszki i zabierał portfele. Za co zresztą szybko trafił do poprawczaka.

I w wieku 20 lat został najmłodszym na świecie mistrzem wagi ciężkiej, przyleciał Dzwoneczek z „Piotrusia Pana”, posypał czarodziejskim pyłem i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Nie.

Rodzice mieli go w dupie, więc od nich nie nauczył się funkcjonowania w społeczeństwie, ani w ogóle podstaw relacji międzyludzkich. Jego psychopatyczny trener też nie przekazał mu za wiele, poza tym, że najważniejsza jest wygrana i jeśli nie dajesz z siebie 400% możliwości to jesteś gównem. Więc gdy na jego konto zaczęły spływać dziesiątki milionów dolarów, a media zrobiły z niego celebrytę, braki z dzieciństwa i system wartości poszatkowany jak tatar, musiały dać o sobie znać.

I dały.

Pieniądze traktował jak oset za kołnierzem – robił wszystko, żeby się ich pozbyć. Rozwalał hajs na drogie zabawki, ciuchy i imprezy, odbijając sobie wychowywaanie się w skrajnej biedzie, aż doszedł na skraj bankructwa i musiał ogłosić upadłość. Po drodze jeszcze tracąc zwycięskie złote pasy, odgryzając ucho przeciwnikowi na ringu i odsiadując w więzieniu wyrok za gwałt. Był jak półświadome dziecko z bronią masowego rażenia w dłoniach, i to bardziej dosłownie niż w przenośni.

Chodzące zniszczenie, które potęgowało się przez sukces sportowy i uwagę mediów.

Macaulay Culkin – biedny bogacz

Jak byłem dzieciakiem to myślałem sobie, że bycie aktorem to musi być spełnienie marzeń i jak trafiasz do nieba, to za sumienne odmawianie zdrowasiek robią z Ciebie hitowego filmowca. A potem nauczyłem się czytać i składać literki w wyrazy, a wyrazy w zdania i przeczytałem artykuł o Macaulayu Culkinie. Dziecięcej turbo-gwieździe, która w dorosłym życiu bardziej przypomina wieloletniego pacjenta MONARu niż popularnego aktora. Co jakoś bardzo nie mija się z prawdą.

Macky w wieku 10 lat zaczął zgarniać takie siano, że nasz kraj mógłby się u niego zapożyczyć. To znaczy, przepraszam, nie on, tylko jego rodzice. Którzy przez lata utrzymywali wielodzietną rodzinę ledwo wiążąc koniec z końcem. Bardzo Cię zaskoczę jak powiem, że skończyło się to walką matki z ojcem o kasę? To znaczy, nie o kasę, oficjalnie o prawo do opieki nad synem. Ładny eufemizm, co?

Przeobrażanie się z dzieciaczka w nastolatka przy asyście kamer, wpłynęło na niego jak Titanic na lodowiec i słodki Kevin z Richi Richa stał się dublerem Jareda Leto w końcowych scenach „Requiem dla snu”.

Kurt Cobain – autodestruktor bez autopilota

Podobno teraz prawdziwych punków już nie ma, ale jak byłem w gimnazjum to wielu moich znajomych chciało nimi być. Więc każdy z nich miał glany, kostkę i udawał, że wie jak zagrać „Come as you are”. Ich nietykalnym guru był Kurt Cobain i jeśli nie miałeś naszywki Nirvany w widocznym miejscu, to tak jakbyś nie miał ust – nie odzywałeś się.

Historia Cobaina to był klasyczny rock’n’roll – dzieciak z problematycznej rodziny, wkurwiony na dorosłych, rząd, system i prawa fizyki, przelewa złość, ból i poczucie bezsensu na muzykę. I nagrywa ultra przebojową płytę, która staje się hymnem pokolenia, a on sam jego symbolem. Gra trasy za cysterny dolarów, stacje muzyczne windują go na szczyty playlist i wpada w sidła komercji, stając się trybem machiny, którą tak bardzo gardził.

Wewnętrzne rozdarcie próbuje zszyć igłą i heroiną. Nie wychodzi. Z pomocą krawiecką przychodzi mu Courtney Love. Kurt kilka razy przedawkowuje narkotyki, ale uwolnić się od świateł reflektorów i mroków depresji pozwala mu dopiero strzał w głowę.

 

Marylin Monroe – samobójcze 90-60-90

Świat zapamiętał ją jako symbol seksu i ikonę popkultury, bo patrzył przez pryzmat tego, co było na pierwszym planie. W tle, w okolicach scenografii, było coś innego niż złocisty blond, perlisty uśmiech i wypięta pierś. Najpierw sierociniec, potem szpital psychiatryczny, a na końcu samotne odebranie sobie życia przez przedawkowanie barbituratów. A po drodze ciągłe szukanie szczęścia pod złym adresem, trzy rozwody i bezdzietność.

Ktoś by zapytał: jak to możliwe, przecież to była hollywoodzka gwiazda? Ja bym odpowiedział: właśnie dlatego.

***

Uważaj czego sobie życzysz, bo możesz to dostać, a potem nie będziesz wiedział jak sobie z tym poradzić.

więcej na ten temat znajdziesz w mojej powieści „Lunatycy”

---> SKOMENTUJ

Poradnik zakupowy: co hipster chciałby znaleźć pod choinką?

Skip to entry content

Wigilia Bożego Narodzenia już za 17 dni i mimo, że z pewnością nie jesteście zaskoczeni tym faktem jak drogowcy zimą, bo centra handlowe już od końca października informują, że „coraz bliżej święta”, to podejrzewam, że stajecie przed tym samym wyzwaniem, co rok temu. Wyzwaniem pod tytułem: „Co mam kupić swojemu chłopakowi/przyjaciółce/kumplowi z działu/kochance/listonoszowi na gwiazdkę?”. Już miałem zrobić kobiecy poradnik zakupowy w stylu „15 prezentów, które każdy facet chce znaleźć pod choinką”, po czym mnie olśniło, że wiele z tych rzeczy, które wyszukałem w sieci, są na tyle odjechane, nietuzinkowe i fajne, że dziewczyny pewnie też chciałyby je mieć.

Stąd hipsterskich przewodnik bez podziału na płeć, za to z naciskiem na nietypowość prezentów. Oczywiście, nie tylko dla hipsterów, bo jeśli osoba, którą chcesz obdarować mieszka w dużym mieście, słucha Xxanaxxu, je burgery, używam Instagrama i zna więcej niż 1 markę piwa z małego browaru, to powinna ucieszyć się z każdej z poniższych propozycji.

Prezenty do 50zł

co hipster chciałby znaleźć pod choinką

1. KUBEK Z HEISENBERGIEM Z „BREAKING BAD” za 50zł: kubek podróżny, dodajmy. Czy jest jakiś serialoholik albo fan popkultury, który nie chciałby pomykać po mieście z kawą w takim opakowaniu?

2. PLAKAT Z SÓWKĄ za 26zł: idealny do biura albo pokoju w którym pracujesz lub się uczysz. Ewentualnie toalety. Ta sowa, przez swoje hipnotyzujące spojrzenie uspokaja i pomaga się skupić.

3. MUCHA W GROCHY za 31zł: „kto ma muchy pod szyją, ten nie ma ich w nosie” jak mówi stare góralskie przysłowie. W dodatku zawsze to niezły wyróżnik na oficjalnych imprezach, bo mało kto w nich chodzi.

co hipster chciałby znaleźć pod choinką 2

4. EKOTORBA Z DZIELNICAMI WARSZAWY za 45zł: po pierwsze, łatwiej nauczyć się stołecznych dzielni, po drugie jak wyjeżdżasz z miasta, nikt nie ma wątpliwości skąd jesteś. Dostępna również wersja z Wrocławiem.

5. SZNURKOWY PLECAK Z VANSA za 50zł: tudzież worek na zmienne obuwie do szkoły. W podstawówce za taki byłbym w stanie oddać pół kolekcji tazo z „Gwiezdnymi Wojnami”. Dzisiaj byłby spoko opcją przy wyjściach na basen.

6. PODKŁADKA CERAMICZNA Z WILKIEM za 15zł: słyszałem, że kawa podana na takiej podkładce smakuje podwójnie, a gorąca czekolada potrójnie. Czerwony barszczyk podobno też daje radę.

Prezenty do 200zł

 co hipster chciałby znaleźć pod choinką 3

1. WIESZAK NA UBRANIA za 100zł: niby żadne wielkie halo, ot wieszak z napisem, ale w przedpokoju od razu robi się jakoś cieplej i domowiej z takim gadżetem na ścianie. Jest też w wersji „ciasne ale własne” i „nareszcie w domu”.

2. BLUZA Z „ADVENTURE TIME”: „Czas przygody” jest tak hipsterską bajką, że nawet ja jej nie widziałem, ale wiem, że ma większą rzeszę fanów niż Justin Timberlake za czasów występów w N’Sync. No i te psychodeliczno-pocieszne postacie.

3. NIEBIESKA POŚCIEL Z PSEM za 180zł: dla artystycznych dusz znudzonych toporną białą, grobową czarną i burdelową czerwoną.

co hipster chciałby znaleźć pod choinką 4

4. GRA TOWARZYSKA „TABOO” za 78zł: mega turbo spoko gra w zakazane słowa, która nie dość, że potrafi wydobyć ze starych ludzi na posiadówie energię, to jeszcze pobudza kreatywność i ożywia szare komórki. Wpadanie na hiper pomysły tuż po rozgrywce wzrasta o 100%.

5. ZEGAR Z BATMANEM za 100zł: w  dodatku zrobiony z płyty winylowej! „Ładne zegarki odmierzają czas tak jak brzydkie, ale łatwiej mierzyć nimi dobre chwile” – parafrazując klasyka. W powiązanych produktach znajdziecie też czasomierz z „Ojcem Chrzestnym”.

6. WAŁEK DO CIASTA Z MIŁYM SŁOWAMI za 115zł: zawsze chciałaś zrobić ciasteczka z napisem „wiara”, „marzenia”, „miłość” i wysłać swojemu byłemu zdjęcia jak je zjadasz, żeby nie miał złudzeń? To śmiało!

Prezenty do 1000zł

co hipster chciałby znaleźć pod choinką 5

1. KOPERTÓWKA Z KLOCKÓW LEGO za 700zł: wszystkie prezenty w tym poradniku zakupowym są dość niecodzienne, ale cholera, jak hipsterskie jest to? Torebka zrobiona z klocków przebija nawet Chanelkę za 15 koła.

2. STÓŁ Z PIŁKARZYKAMI za 570zł: w czasach, gdy światem gier rządzą konsole, to jedna z bardziej niszowych rozrywek jakie można mieć w domu. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze – kto czekając w kolejce do piłkarzyków w pubie nigdy nie myślał o tym, żeby mieć je u siebie w domu?

3. SMARTWATCH za 650zł: odkąd ludzie odkryli, że telefony komórkowe podają aktualną godzinę, zegarki przestały pełnić funkcję użyteczną i zaczęły wchodzić w rolę ozdoby. Smartwatch to kolejny etap. Ładny etap.

co hipster chciałby znaleźć pod choinką 6

4. MINIATUROWY MODEL VOLKSWAGENA POLO za 480zł: jak byłem mały, szczytem podjarki było posiadanie modelu Ferrari albo Lamborghini, dzisiaj jarałbym się miniaturką auta jakim pierwszym raz w życiu miałem w ogóle okazję jechać. Oczywiście jako pasażer.

5. SZACHY Z KLOCKÓW LEGO za 367zł: Pezet rapował „żaden z moich ziomów nie ustawia się na szachy”. Pewnie dlatego, że żaden z nich nie miał takiego zestawu. Z pirackimi pionkami ustawiałbym się na partyjkę 2 razy dziennie!

6. GAZETOWNIK za 320zł: w dobie internetu i całodobowo aktualizowanych portali informacyjnych, czytanie fizycznych wydań prasy to ultra niszowa sprawa. Ale można ją jeszcze doniszowić. Na przykład kupując specjalny pojemnik na gazety.

Jeśli któryś prezent dla hipstera szczególnie przypadł Ci do gustu, to daj znać w komentarzach. Albo lepiej u siebie na Facebooku, a nuż pojawi się 24-go grudnia pod Twoją choinką.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Kenny Loule

---> SKOMENTUJ

Czy z ulicznego billboardu można zrobić nerkę?

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Kropla Beskidu

W maju pokazywałem Wam eko-reklamę Kropli Beskidu, czyli wielkoformatowy billboard w 30% składający się z roślin, który zawisł na rogu alei Adama Mickiewicza i Józefa Piłsudskiego w Krakowie.

Kropla Beskidu + roślinny outdoor

I mówiłem, że marka mocno stawia na recyklizację i powtórne wykorzystywanie tych samych materiałów, dlatego reklama, gdy już spełniła swoją funkcję, nie wylądowała na śmietniku. Wręcz przeciwnie. Roślinki z billboardu zostały rozsadzone po Krakowie i oczyszczają powietrze 10-krotnie przekraczające dopuszczalną normę zanieczyszczeń, a sam billboard również znalazł ponowne zastosowanie.

I to dość nietypowe, bo powstały z niego bajeranckie akcesoria codziennego użytku.

Pokrowiec na laptopa

Czyli hipstersko-biznesowy ochraniacz na, w moim przypadku, bardzo ważne narzędzie pracy. Zawsze wydawało mi się, że to zbędny gadżet, dopóki netbook w podróży nie upadł mi na ziemię. Wyszczerbiając jeden z rogów obudowy. A po miesiącu drugi. Żałuję, że od początku nie korzystałem z usług tego allegrowicza, bo moja przenośna maszyna do pisania nie wyglądałaby teraz jak wyciągnięta spod metra.

Kropla Beskidu recycling (2)

Kropla Beskidu recycling (3)

 

Nerka

Niestety, ale nerki są wciąż mocno niedoceniane i traktowane jako atrybut parkingowego. Ewentualnie Mirka – typowego handlarza bitymi Golfami z Niemiec. Ja jestem ich sporym fanem, bo nie znam lepszego rozwiązania, które jednocześnie pozwala Ci nie wypychać spodni pierdołami noszonymi na co dzień w kieszeniach, i zarazem nie jest masywną torbą krępującą ruchy. Ta zrobiona z płachty reklamowej, oprócz lekkości i poręczności, jest jeszcze nieprzemakalna. Podczas deszczu doceni to każdy, kto ma niewodoodporny telefon. I zapomniał parasola. Znam ludzi, którzy robią to notorycznie. Serio.

Kropla Beskidu recycling (4)

Kropla Beskidu recycling (5)

 

Torba na ramię

Chyba najładniejszy sprzęt powstały z majowego baneru, bo listek z kroplą wody idealnie ułożył się na przodzie tworząc ilustrację. Co prawda, ze względu na swój kształt i gabaryty, optycznie bardziej pasuje mi do żeńskiej sylwetki niż męskiej, ale i tak mocno doceniam ideę.

Kropla Beskidu recycling (6)

Kropla Beskidu recycling (7)

Szczerze mówiąc, gdy pierwszy raz usłyszałem, że z banneru reklamowego ma powstać nerka, torba na ramię i pokrowiec na laptopa, to za bardzo tego nie widziałem. No bo jak, z baneru robić sprzęt użytkowy? To tak jakby z maski samochodu robić deskę do prasowania. Brzmi irracjonalnie. Po czym zaczynasz to sobie wyobrażać i okazuje się, że faktycznie to chyba możliwe.

Kropla Beskidu nazwała to recyklingiem, bo raz użyte materiały zostały ponownie wykorzystane, ale dla mnie to upcykling…

Upcykling – forma przetwarzania wtórnego odpadów, w wyniku którego powstają produkty o wartości wyższej niż przetwarzane surowce. Proces ten pozwala zmniejszyć zarówno ilość odpadów, jak i ilość materiałów wykorzystywanych w produkcji pierwotnej

…bo to, co powstało z teoretycznego „śmiecia”, wartością zdecydowanie przewyższa rzecz, którą był na początku.

Jaram się, jak kreatywnie można podejść do niepotrzebnych materiałów reklamowych (jeśli Wy też, to obserwujcie profil Kropli Beskidu na Facebooku, niedługo będzie można wygrać tam gadżety z tego wpisu) i byłoby spoko, gdyby inne marki też podążały tą drogą. Na przykład robiąc z zalewających ulice ulotek monstrualne origami.

---> SKOMENTUJ