Close
Close

Wojna Płci: czy przyjaźń damsko-męska jest możliwa?

Skip to entry content

Na swojej drodze spotkałem wiele dziewczyn, które pod różnymi pretekstami nie pozwalały swoim chłopakom spotykać się z innymi kobietami i jeszcze więcej kolesi, którzy kategorycznie nie pozwalali swoim dziewczynom mieć nawet kolegów, bo tak. Wśród wielu osób nie będących w związkach, również dominuje silne przekonanie, że przyjaźń damsko-męska nie ma racji bytu, bo jeśli mężczyzna spotyka się z kobietą, to tylko w jednym celu. Czy aby na pewno? O tym rozmawiam z Asią z “Wyrwane z kontekstu” w piątej odsłonie Wojny Płci.

Wojna Płci

Jan Favre: Miałaś kiedyś przyjaciela?

Joanna Pachla: Miewałam. Dzwoniłam do niego, siedząc na brzegu wanny i płacząc, gdy mnie faceci rzucali. Ale później powiedział, że nie mogę więcej dzwonić, bo jego dziewczyna się złości. To mi trochę zaburzyło definicję przyjaźni. Więc to chyba jednak palant był, nie przyjaciel.

Jan Favre: Ten zwrot „miewałam” odnosi się do tego konkretnego faceta? W tym sensie, że przyjaźniliście się, gdy był wolny, a w momencie, kiedy wpadał w związek, od razu wchodził pod pantofel zazdrosnej partnerki i musieliście urywać kontakt? Czy w ogóle do facetów, z którymi miałaś bliższe niezwiązkowe relacje?

Joanna Pachla: Do tego konkretnego. Użyłam zwrotu „miewałam”, bo to był przyjaciel od akcji awaryjnych. Taki do dzwonienia czy spotykania, jak wali Ci się świat. Albo jemu. Ale tak, żeby się z kimś spotykać regularnie, wychodzić gdzieś wspólnie, razem spędzać czas – to nie, nie miałam. Życie uczy mnie, że to się nie udaje. Prędzej czy później któraś ze stron chce zrobić z tej przyjaźni związek. Albo chociaż seks.

Jan Favre: To według mojej definicji, to nie był przyjaciel, tylko… nie wiem… wolontariusz z Ochotniczego Pogotowia Rozstaniowego?

Ja z kolei mam inne doświadczenia na gruncie przyjaźni damsko-męskich. Ostatnie, które chciałem zamienić w coś więcej, były w podstawówce. Bo wtedy też byłem na tyle nieśmiały, że na dobrą sprawę nie miałem pojęcia, w jaki inny sposób mógłbym widywać dziewczynę poza szkołą, niż pod pretekstem „przyjaźni”. Tyle, że to była przyjaźń w cudzysłowie tak dużym jak nos Pinokia. Od liceum natomiast, to już były czyste relacje. Przynajmniej z mojej strony. Choć też nie przypominam sobie, żeby któraś z moich przyjaciółek podkochiwała się we mnie.

Ale to może po prostu dlatego, że jestem brzydki.

Joanna Pachla: Ale ja nie mówię o udawaniu przyjaźni i cichym podkochiwaniu się. Ani o żadnych innych, nieszczerych intencjach. Tylko o tym, że zwykle któraś ze stron wpada z czasem na pomysł, że zróbmy z tego coś więcej.

Ale… Chcesz powiedzieć, że można udawać przyjaźń, licząc na coś od początku? To wtedy ciągle nazywa się przyjaźń, a nie oszustwo?

Jan Favre: To ja nie miałem nigdy takich pomysłów, żeby przyjaźń zamieniać w związek. Głównie wynikało to z tego, że dość szybko wiedziałem, czy chcę z kimś być, śmiać się, płakać i sypiać, czy tylko śmiać i płakać, i nigdy nie ulegało to zmianie wraz z czasem. Ani w jedną, ani w drugą stronę.

Natomiast, co do Twojego pytania o udawanie przyjaźni, to niestety, przez wielu facetów jest to praktyka stosowana na porządku dziennym.

Gość spotyka dziewczynę, która mu się podoba, ale zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie jej zdobyć w normalny sposób, bo nie jest dla niej atrakcyjny pod kątem seksualno-związkowym, więc udaje przyjaźń, żeby się do niej zbliżyć. Głęboko wierzy, że jeśli będzie z nią spędzać dużo czasu, pomagać w problemach, zabawiać i uprzyjemniać codzienność, to ona nagle ściągnie kataraktę z oczu i zobaczy w nim super samca alfa, z którym chce wziąć kredyt na M3 i pojechać do Bułgarii. Miałem znajomego, który przez ponad 2 lata był w stanie udawać przyjaciela, żyjąc w nadziei, że ona w końcu się do niego przekona i nagle rzuci w ramiona w samej bieliźnie.

Kobiety tak nie robią?

Joanna Pachla: Ale przecież to głupie! Albo – mówiąc bardziej dyplomatycznie – naiwne. Jeśli nie chcę kogoś dzisiaj, to dlaczego miałabym go chcieć za dwa lata? Bo mi robił za murzynka i wachlował mnie liściem palmowym w gorące dni? Przecież związku nie robi się z litości czy wdzięczności, na zasadzie: „był dla mnie dobry, pomagał mi, to może go jednak pokocham”. To się nie może udać.

Jan Favre: [Panowie, słyszycie? Info z pierwszej ręki: to tak nie działa.]

Joanna Pachla: Szczerze? Nie znam ani jednego przypadku tak „wychodzonego” związku. Ani kobiety, która by tak robiła. Udawać przyjaciela i czekać na związek jak na promocję w supermarkecie? Przecież to głupie jak religia w gimnazjum.

No i jak ten Twój znajomy skończył?

Jan Favre: Pracuje w Capgemini, tak że średnio.

Joanna Pachla: Nie byłabym z facetem, który pracuje w Capgemini. Rozumiem, że ona też nie jest?

Jan Favre: Nie. Gdy on w końcu ujawnił się i odkrył karty, ona powiedziała to, co zwykle dziewczyny mówią w takim sytuacjach: „Mirek, ale co ty gadasz? Pszeciesz my jesteśmy pszyjaciółmi!”. I doszło do niego to, co mówiłem mu od dawna – że tylko traci czas.

Abstrahując jednak od tych zagrań wbrew kodeksowi harcerza, wiem, że przyjaźń między mężczyzną a kobietą jest możliwa.

Joanna Pachla: Z doświadczenia?

Jan Favre: Własnego.

Joanna Pachla: I nie z czasów piaskownicy? Wow.

To jak się robi taką przyjaźń? Bo na przykład jeden z moich byłych miał teorię, że przyjaźń między kobietą a mężczyzną jest możliwa tylko wtedy, jeśli mają oni odmienną orientację seksualną. I trochę się z tym wiercę. Bo co, żebym mogła przyjaźnić się z facetem, to to od razu musi być gej? Nie, żebym nie lubiła, ale zawęża to pole manewru. Ale skoro Tobie nie zawęziło, to opowiedz mi o tym. Jak to się robi?

Jan Favre: Żeby to była faktycznie czysta przyjaźń, a nie czajenie się na związek którejś ze stron, z moich doświadczeń wynika, że musi być spełniony jeden bardzo, ale to bardzo istotny warunek: nie możecie być w swoim typie. Tłumacząc obrazowo, on nie może fantazjować o tym, jakby to było złapać Cię za tyłek zamiast przytulić na przywitanie, a Ty nie możesz wyobrażać sobie, czy bez koszulki w Twoim łóżku wyglądałby równie dobrze, co ubrany w fotelu.

Innymi słowy: nie możecie lecieć na siebie. No i musicie się lubić. A przynajmniej mieć coś wspólnego.

Joanna Pachla: I nie może to być dziecko?

A tak całkiem serio – ok, zgadzam się z Twoimi „warunkami” zaistnienia przyjaźni, ale znowu brzmią mocno teoretycznie. A ja Cię pytam o życie. Masz przyjaciółkę, tak? Jak to funkcjonuje? Od kiedy? Kim ona jest? Jaka jest? I dlaczego byś się z nią nie przespał?

Jan Favre: Z jedną przyjaciółką znam się 4 lata, z drugą 3 i funkcjonuje to dokładnie tak samo, jak z każdym innym przyjacielem płci męskiej. Widujemy się na browara, na obiad, żeby pogadać albo się upić, albo pomóc sobie, jak jest jakiś problem. Najczęściej bardziej ogólno-życiowy niż związkowy, ale i w tych również się wspieramy, jeśli jesteśmy w stanie. Zasadniczo, nie dzielę swojego podejścia do przyjaciół względem płci, tylko albo ktoś nim jest, albo nie, bez zaglądania w majtki.

A nie poszedłbym z nimi do łóżka, bo tak, jak wcześniej wspomniałem, nie są w moim typie. Jeśli by były, to byśmy się nie przyjaźnili.

Rozumiem, że Ty nigdy nie miałaś kogoś, z kim regularnie się spotykałaś i ani nie był Twoim chłopakiem, ani nie miał piersi?

Joanna Pachla: Nie. Mam masę kumpli, ale przyjaciela-faceta? Żadnego. Raz próbowałam. Chyba z pół roku świetnie nam szło, a potem dupa. To znaczy seks. I nie udało się wrócić, bo jak? Znowu przyjaźń bez seksu? On nie chciał. Przyjaźń z seksem? Ja nie chciałam.

Ale to miłe, że mówisz, że się da. Myślałam, że z tym jest jak ze zjedzeniem tylko jednego ciasteczka. Wszyscy o tym mówią, a nikomu nigdy nie udało się na tym poprzestać.

Jan Favre: Jak lubisz mięso, ciasteczka Cię nie ruszają.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • KaZet

    No wiec kilka kwestii. Znam wiele zwiazkow „wychodzonych” wiec teoria Joanny jest tylko teoria. Facetom zwykle sie to udaje wychodzic. Osobiscie tez bylem w takim zwiazku. Teraz tez uwazam ze jest to zwykla zenada no ale takie zwiazki i sytuacje sa i to nie rzadkie ale wrecz czeste. Tak wiec jesli Jan piszesz zeby brac info z pierwszej reki to jakbys na podstawie zdania jednej panny ekstrapolowal sytuacje na wszystkie kobiety. Zupelnie bez sensu, bez logiki i niezyciowo bo tak jak mowie znam mniej wiecej tyle samo zwiazkow wychodzonych co takich „od razu”.

  • Witam
    Chyba jednak nie wierzę w przyjaźń damsko – męską. Przyjaźniłam sie z kilkoma chłopakami i w każdym przypadku później okazało się , że na mnie lecieli. Uważam, że wielu facetów którzy są nieśmiali itp używają przyjaźni do zwykłego zbliżenia się do swojej ” ofiary”

  • Natalia Kościńska

    A ja w ogóle nie rozróżniam kwestii płci w przyjaźni czy w ogóle w jakichkolwiek relacjach. Spotykam się z ludźmi, z konkretnymi jednostkami, a nie z kobietami lub mężczyznami. Jeśli Cię lubię, jeśli dobrze się dogadujemy – to jakie ma znaczenie to, czy jesteś kobietą, czy mężczyzną?
    Ale ja podobno jest feministką.

    Dalej, udawanie przyjaźni – tutaj mam bardzo mieszane uczucia, bo moim zdaniem tylko przyjaźń może być fundamentem dobrego związku. I naprawdę nie widzę nic złego w tym, że chcę się z kimś zaprzyjaźnić, a potem pojawia się w głowie myśl o „czymś więcej”. Wiadomo, co innego, gdy robi się to z wyrachowania, żeby „zaliczyć”. Wtedy nie jest to fajne.

    Ale: nie dajmy się zwariować. Naprawdę.

  • Viking Heart

    Ja w to nie wierzę.. Nie wierzę, że facet może chcieć się tak po prostu zaprzyjaźnić bez niczego więcej – a przynajmniej z mojego doświadczenia wynika, że tak się nie dzieje. Jeśli komuś taka relacja się udaje to uznaję to tylko za potwierdzenie reguły. Mój kolejny, hm, kumpel robi właśnie dokładnie to co napisaliście:
    ‚zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie jej zdobyć w normalny sposób, bo nie jest dla niej atrakcyjny pod kątem seksualno-związkowym, więc udaje przyjaźń, żeby się do niej zbliżyć. Głęboko wierzy, że jeśli będzie z nią spędzać dużo czasu, pomagać w problemach, zabawiać i uprzyjemniać codzienność, to ona nagle ściągnie kataraktę z oczu i zobaczy w nim super samca alfa’
    Uwielbiam go, ale no, nie pociąga mnie. Jest moją bratnią duszą, ale.. Jest niski. To chyba najgorsze co może się facetowi przytrafić, serio! Nie będę kłamać, że wygląd nie ma znaczenia – ma! (kolejne potwierdzone info, panowie). Ech :(

  • „Prędzej czy później któraś ze stron chce zrobić z tej przyjaźni związek. Albo chociaż seks.

    To według mojej definicji, to nie był przyjaciel, tylko… nie wiem… wolontariusz z Ochotniczego Pogotowia Rozstaniowego?”

    Nie. To był przeleciel.

  • w temacie :D

    • Chyba Ci przywiozę na blogowigilię całą paczkę :D

  • Człowiek odmiennej płci, który Cię ogarnie jak źle i z którym można napić się herbaty jest na wagę złota.

    Tylko z tym łapaniem za tyłek jest problem, bo jestem za wysoka, żeby przy przytulaniu faceci sięgnęli wyżej.

    Ech.

    • Hahaha naprawdę też to przerabiałam!

  • Dot

    „[Panowie, słyszycie? Info z pierwszej ręki: to tak nie działa.]” No dokładnie. Ale to działa też w drugą stronę – jeśli chodzi o kobiety. Ile razy laski udają „kumpele”, żeby być blisko jakiegoś faceta i liczą, że KIEDYŚ spojrzy na nie jak na kandydatki na dziewczynę i będą razem. Wiecie, „i żyli długo i szczęśliwie”.

    Tak jak napisałeś: „Udawać przyjaciela i czekać na związek jak na promocję w supermarkecie?” – to nie ma sensu. Uważam, że lepiej od razu wyłożyć karty i wiedzieć na czym się stoi, niż się łudzić nie wiadomo ile miesięcy (niedajboże lat!).

  • Miałam kiedyś przyjaciela. Później długo żyliśmy w friendzone, a później zostałam postawiona pod scianą – albo związek, albo koniec znajomości, wiecje go nie zobaczę. Tak mi na nim zależało (bo był świetnym przyjacielem), że zgodziłam się na ten związek. Łatwo się domyslić, że szybko się ten związek rozpad, a przyjaciela i tak straciłam.
    Mimo to, nadal wierzę w przyjaźń damsko męską.

  • Kasia Wolińska

    tak z innej beczki, ‚wyrwane z kontekstu’ jest ok, ale ten cykl jest słaby. myślę, że miałoby to znacznie więcej polotu i finezji gdybyś pisał to sam. trochę mnie dziwi, że sam tego zauważasz?

    • Kasia Wolińska

      chciałam dodać, że moja opinia nie ma nic wspólnego z hejtem. bardzo lubię tego bloga i jest to raczej przyjacielska uwaga:) no offence!

  • Od 7 lat mam przyjaciela, którego traktuje jak brata. I jak to w zdrowej rodzinie bywa jesteśmy dla siebie totalnie aseksualni. To jest dla mnie najważniejszy warunek: zależy nam na sobie, ale nie jesteśmy sobą fizycznie zainteresowani.

    • Dot

      I to jest warunek podstawowy przyjaźni damsko-męskiej :)

    • A ja myślę, że „niestety” wszystkie warunki są do złamania. Nie musi tak być ale życie pokazuje, że tak bywa.
      I nawet myślę, że nie maja tu znaczenia lata (od ilu się przyjaźnicie) ale różne okoliczności (życiowe), które mogą zaistnieć niezależnie od tego ile lat trwa taka przyjaźń.
      W zasadzie to chciałam powiedzieć tak- nigdy nie mów nigdy.

    • Nie bądź tego taka pewna. Tak jak wyżej napisałam miałam w życiu kilku przyjaciół rodzaju męskiego :) Kumplowaliśmy się długie lata byli niczym bracia. Każdy z nich w którymś momencie odkrył we mnie kobietę a jeden niemalże chciał mnie zgwałcić …A wszyscy byli dla mnie niczym bracia.

  • Boomer

    One more thing: to nie jest zawsze tak, że faceci udają przyjaźń, żeby się do kobiety dobrać. Idę o zakład, że nawet częściej to jest kwestia tego, że oni tak podchodzą do potencjalnego związku – że chcieliby drugiej osobie jak najbardziej uprzyjemnić życie, próbując ją zdobyć. Czyli wachlować, słuchać o byłych, pocieszać i razem jeść lody, będąc wezwanymi o 3 w nocy. I nie do końca świadomie wpadają w to pieprzone friendzone (gorsze niż phantom zone, true story).

    Zresztą, to nie tylko domena facetów, niektóre kobiety też takim sposobem chcą zwrócić na siebie uwagę mężczyzn. Co najczęściej jest oczywiście prostą drogą do never-gonna-happen, ale hej, kto nigdy nie popełnił tego błędu…

  • Boomer

    Heh, przeżywałem już chyba najróżniejsze podejścia do tematu. I jak na razie jedyne optymalne warunki do zaistnienia przyjaźni damsko-męskiej w 100% bez dążenia do czegoś więcej, to sytuacja, gdy obie osoby są w stałych związkach. Wtedy głupie myśli nie przychodzą do głowy i nawet nic nie wybucha.

    • Lucky you! Dla mnie stały związek to żadna blokada dla głupich myśli :)

  • Wydawało mi się, że na to pytanie już dawno ktoś odpowiedział, a odpowiedź brzmi „No jest”. Wygląda jednak na to, że dyskusja nadal trwa.

  • Sylwia

    Się dorzucę do dyskusji. Jestem najlepszym przykładem na to, że można mieć przyjaciela-faceta będąc dziewczyną. Z M znamy się już 18 lat. Poznałam go, gdy mieliśmy po 4. Chodziliśmy do przedszkola. Mieszka trzy domy dalej, więc widywaliśmy się prawie codziennie. Wspólna podstawówka, ale potem osobno gimnazja i licea, zupełnie róznie kierunki studiów. To aż szok, że to wszystko tak długo trwa i działa. Możemy pogadać o wszystkim. Czasami zdarzy się, że się jakiś czas do siebie nie odzywamy, bo życie i obowiązki, ale potem musimy to nadrobić. I to jest totalnie aseksualna relacja. Trochę tak, jakbyśmy byli bliźniakami mentalnymi. Ciężko to kurde wyjaśnić. Generalnie nigdy nie widzieliśmy w sobie nawzajem potencjalnych partnerów, a rozmawialiśmy o tym niejednokrotnie. My się za dobrze, za długo znamy. To chyba działa tak, że jak się spotykamy, to jest jak powrót do tych wspaniałych czasów dzieciństwa, gdzie relacje były prostsze, gdzie mówiło się szczerze, gdy coś nas bolało albo nam nie pasowało. Nie umiemy przed sobą udawać i świetnie wyczuwamy, gdy drugie coś kręci. Z jednej strony najwspanialsza relacja jaką mi było dane mieć z kimkolwiek. Ale ma to też swoją nieco ciemną stronę – sami przyznajemy, że powinniśmy sobie w życiu znaleźć takich partnerów, którzy będą dla nas tacy, jak my dla siebie nawzajem, ale nie będą nami… I to jest bardzo dziwne. Bo nie ma przyciągania, nie ma chemii, nie jesteśmy w swoim typie, chociaż, no kurde… jesteśmy. I każdemu to w tej relacji odpowiada.

    • Sylwia

      Tak chciałam powiedzieć jeszcze tylko, że wiem, jak wygląda klasyczny friendzone. i to jest coś zupełnie innego. Tu się nikt na siebie nie ślini i nie łasi. Jest rozmowa, jest wsparcie, telefon czasem nawet w środku nocy, zaufanie. A potem każdy ma swoje życie.

      • Dot

        Super, że masz kogoś takiego i to od tylu lat :)

  • Pewnie, że przyjaźń damsko-męska jest możliwa. Ale każdy jej przypadek jest inny, więc moim zdaniem ciężko wyrokować w jakiej sytuacji zadziała, a w jakiej nie. Z mojego doświadczenia wynika, że nawet jeśli jedna strona początkowo tylko udaje to może się zdarzyć, że w końcu odpuści i zaakceptuje „tylko przyjaźń”.

  • kiedyś miałam przyjaciela, ale gdy wpadł w związek (notabene z drugą swoją przyjaciółką) to powiedział mi, że musimy przestać się spotykać bo już mu nie wpada i w sumie czasu za bardzo nie ma dla kogokolwiek innego… jednak i po tym wierzę, że taka prawdziwa przyjaźń damsko-męska istnieje bo przecież w każdej relacji możemy trafić jakiegoś idiotę :D

    • „musimy przestać się spotykać bo już mu nie wpada” – w sensie uważał, że można się przyjaźnić z dziewczyną tylko jak jest się samemu, a będąc w związku już nie? Dziwne straaasznie.

      • Szczeniackie, w sensie.

      • tak, dokładnie, że jak jest w związku to to już nie będzie to samo, więc nie ma sensu tego ciągnąć – do tej pory za bardzo nie czaje o co mu chodziło.

    • Dot

      Idiotów jest mało na świecie, ale są tak porozstawiani, że spotykamy ich na każdym kroku ;)

  • Jula

    A ja mam przyjaciela faceta od około 6 lat i nic poza przyjaźnią więcej nas nie łączy. Żadnego seksu, żadnego myślenia o seksie itp. Czysta przyjaźń. Da się :) jestem przyjaciółmi mimo wszystko, mimo wzlotów i upadków każdego z nas ciągle nasza przyjaźń istnieje :)

  • Aleksandra Muszyńska

    Mam gej-frienda, którego znam gdzieś od roku 1685 i to by było na tyle z przyjaciół. Reszta męskich znajomych to „najwięcej” kumple, bo jak szło na grubszą znajomość, to zawsze się po drodze okazywało, że jednak woleliby móc mnie klepnąć w tyłek czule, niż w łopatkę po przyjacielsku. No się nie da najwyraźniej. Sama nie wpadałam tak nigdy, moi tak zwani „przyjaciele” – owszem. Najwyraźniej jestem skazana na szukanie sobie kolejnych ziomali na paradach równości.

  • to taki trochę grząski grunt

    • Czemu?

      • bo z kimś się nadaje na tych samych falach, fajnie się rozmawia, wzajemne rozumienie, ale bez tej związkowej chemii. idealny materiał na przyjaciela/ przyjaciółkę, ale nigdy nie wiesz na kogo trafisz, czy zrobi się z tej drugiej strony seksualnie, czy nie. Ulegniesz tracisz przyjaciela, nie ulegniesz tez tracisz, bo w obu tych wypadkach PO to już nigdy nie będzie to samo.
        Dlatego jeśli się uda trafić tak, że pociąg, chemia nigdy, nigdy, to jak wygrany los na loterii. I wtedy jest pięknie i na zawsze. I zupełnie czysta relacja, bezpieczna. Tak myślę

        • Ale to jest tak samo jak z przyjacielem Twojej płci, też możesz się zawieść i dopóki go nie sprawdzisz nie możesz być pewna na 100%. W każdej relacji jest ryzyko porażki.

          • Tak, masz rację, jednak wydaje mi się, że jeśli do przyjaciela (przyjaciółki
            )czuje się pociąg seksualny, albo sie człowiek zakocha, to trudniej wrócić na przyjacielskie tory, niż po zwykłej kłótni, nieporozumieniu itd A przy zakochaniu sie, to chyba nawet niemożliwe. Teoretyzuję, bo nie miałam okazji sie przekonać, na szczęście. Ale wydaje mi sie, że to musi być trudne, dla obu stron. Stąd właśnie ten „grząski grunt”

          • Dlatego mówię, że żeby przyjaźń damsko-męska była możliwa nie można czuć do siebie pociągu seksualnego/lecieć na siebie.

          • Dot

            Zgadzam się, w każdej relacji teoretycznie można się przejechać. Nie ma na to reguły.

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

Poradnik zakupowy: co hipster chciałby znaleźć pod choinką?

Skip to entry content

Wigilia Bożego Narodzenia już za 17 dni i mimo, że z pewnością nie jesteście zaskoczeni tym faktem jak drogowcy zimą, bo centra handlowe już od końca października informują, że „coraz bliżej święta”, to podejrzewam, że stajecie przed tym samym wyzwaniem, co rok temu. Wyzwaniem pod tytułem: „Co mam kupić swojemu chłopakowi/przyjaciółce/kumplowi z działu/kochance/listonoszowi na gwiazdkę?”. Już miałem zrobić kobiecy poradnik zakupowy w stylu „15 prezentów, które każdy facet chce znaleźć pod choinką”, po czym mnie olśniło, że wiele z tych rzeczy, które wyszukałem w sieci, są na tyle odjechane, nietuzinkowe i fajne, że dziewczyny pewnie też chciałyby je mieć.

Stąd hipsterskich przewodnik bez podziału na płeć, za to z naciskiem na nietypowość prezentów. Oczywiście, nie tylko dla hipsterów, bo jeśli osoba, którą chcesz obdarować mieszka w dużym mieście, słucha Xxanaxxu, je burgery, używam Instagrama i zna więcej niż 1 markę piwa z małego browaru, to powinna ucieszyć się z każdej z poniższych propozycji.

Prezenty do 50zł

co hipster chciałby znaleźć pod choinką

1. KUBEK Z HEISENBERGIEM Z „BREAKING BAD” za 50zł: kubek podróżny, dodajmy. Czy jest jakiś serialoholik albo fan popkultury, który nie chciałby pomykać po mieście z kawą w takim opakowaniu?

2. PLAKAT Z SÓWKĄ za 26zł: idealny do biura albo pokoju w którym pracujesz lub się uczysz. Ewentualnie toalety. Ta sowa, przez swoje hipnotyzujące spojrzenie uspokaja i pomaga się skupić.

3. MUCHA W GROCHY za 31zł: „kto ma muchy pod szyją, ten nie ma ich w nosie” jak mówi stare góralskie przysłowie. W dodatku zawsze to niezły wyróżnik na oficjalnych imprezach, bo mało kto w nich chodzi.

co hipster chciałby znaleźć pod choinką 2

4. EKOTORBA Z DZIELNICAMI WARSZAWY za 45zł: po pierwsze, łatwiej nauczyć się stołecznych dzielni, po drugie jak wyjeżdżasz z miasta, nikt nie ma wątpliwości skąd jesteś. Dostępna również wersja z Wrocławiem.

5. SZNURKOWY PLECAK Z VANSA za 50zł: tudzież worek na zmienne obuwie do szkoły. W podstawówce za taki byłbym w stanie oddać pół kolekcji tazo z „Gwiezdnymi Wojnami”. Dzisiaj byłby spoko opcją przy wyjściach na basen.

6. PODKŁADKA CERAMICZNA Z WILKIEM za 15zł: słyszałem, że kawa podana na takiej podkładce smakuje podwójnie, a gorąca czekolada potrójnie. Czerwony barszczyk podobno też daje radę.

Prezenty do 200zł

 co hipster chciałby znaleźć pod choinką 3

1. WIESZAK NA UBRANIA za 100zł: niby żadne wielkie halo, ot wieszak z napisem, ale w przedpokoju od razu robi się jakoś cieplej i domowiej z takim gadżetem na ścianie. Jest też w wersji „ciasne ale własne” i „nareszcie w domu”.

2. BLUZA Z „ADVENTURE TIME”: „Czas przygody” jest tak hipsterską bajką, że nawet ja jej nie widziałem, ale wiem, że ma większą rzeszę fanów niż Justin Timberlake za czasów występów w N’Sync. No i te psychodeliczno-pocieszne postacie.

3. NIEBIESKA POŚCIEL Z PSEM za 180zł: dla artystycznych dusz znudzonych toporną białą, grobową czarną i burdelową czerwoną.

co hipster chciałby znaleźć pod choinką 4

4. GRA TOWARZYSKA „TABOO” za 78zł: mega turbo spoko gra w zakazane słowa, która nie dość, że potrafi wydobyć ze starych ludzi na posiadówie energię, to jeszcze pobudza kreatywność i ożywia szare komórki. Wpadanie na hiper pomysły tuż po rozgrywce wzrasta o 100%.

5. ZEGAR Z BATMANEM za 100zł: w  dodatku zrobiony z płyty winylowej! „Ładne zegarki odmierzają czas tak jak brzydkie, ale łatwiej mierzyć nimi dobre chwile” – parafrazując klasyka. W powiązanych produktach znajdziecie też czasomierz z „Ojcem Chrzestnym”.

6. WAŁEK DO CIASTA Z MIŁYM SŁOWAMI za 115zł: zawsze chciałaś zrobić ciasteczka z napisem „wiara”, „marzenia”, „miłość” i wysłać swojemu byłemu zdjęcia jak je zjadasz, żeby nie miał złudzeń? To śmiało!

Prezenty do 1000zł

co hipster chciałby znaleźć pod choinką 5

1. KOPERTÓWKA Z KLOCKÓW LEGO za 700zł: wszystkie prezenty w tym poradniku zakupowym są dość niecodzienne, ale cholera, jak hipsterskie jest to? Torebka zrobiona z klocków przebija nawet Chanelkę za 15 koła.

2. STÓŁ Z PIŁKARZYKAMI za 570zł: w czasach, gdy światem gier rządzą konsole, to jedna z bardziej niszowych rozrywek jakie można mieć w domu. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze – kto czekając w kolejce do piłkarzyków w pubie nigdy nie myślał o tym, żeby mieć je u siebie w domu?

3. SMARTWATCH za 650zł: odkąd ludzie odkryli, że telefony komórkowe podają aktualną godzinę, zegarki przestały pełnić funkcję użyteczną i zaczęły wchodzić w rolę ozdoby. Smartwatch to kolejny etap. Ładny etap.

co hipster chciałby znaleźć pod choinką 6

4. MINIATUROWY MODEL VOLKSWAGENA POLO za 480zł: jak byłem mały, szczytem podjarki było posiadanie modelu Ferrari albo Lamborghini, dzisiaj jarałbym się miniaturką auta jakim pierwszym raz w życiu miałem w ogóle okazję jechać. Oczywiście jako pasażer.

5. SZACHY Z KLOCKÓW LEGO za 367zł: Pezet rapował „żaden z moich ziomów nie ustawia się na szachy”. Pewnie dlatego, że żaden z nich nie miał takiego zestawu. Z pirackimi pionkami ustawiałbym się na partyjkę 2 razy dziennie!

6. GAZETOWNIK za 320zł: w dobie internetu i całodobowo aktualizowanych portali informacyjnych, czytanie fizycznych wydań prasy to ultra niszowa sprawa. Ale można ją jeszcze doniszowić. Na przykład kupując specjalny pojemnik na gazety.

Jeśli któryś prezent dla hipstera szczególnie przypadł Ci do gustu, to daj znać w komentarzach. Albo lepiej u siebie na Facebooku, a nuż pojawi się 24-go grudnia pod Twoją choinką.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Kenny Loule

---> SKOMENTUJ

Czy z ulicznego billboardu można zrobić nerkę?

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Kropla Beskidu

W maju pokazywałem Wam eko-reklamę Kropli Beskidu, czyli wielkoformatowy billboard w 30% składający się z roślin, który zawisł na rogu alei Adama Mickiewicza i Józefa Piłsudskiego w Krakowie.

Kropla Beskidu + roślinny outdoor

I mówiłem, że marka mocno stawia na recyklizację i powtórne wykorzystywanie tych samych materiałów, dlatego reklama, gdy już spełniła swoją funkcję, nie wylądowała na śmietniku. Wręcz przeciwnie. Roślinki z billboardu zostały rozsadzone po Krakowie i oczyszczają powietrze 10-krotnie przekraczające dopuszczalną normę zanieczyszczeń, a sam billboard również znalazł ponowne zastosowanie.

I to dość nietypowe, bo powstały z niego bajeranckie akcesoria codziennego użytku.

Pokrowiec na laptopa

Czyli hipstersko-biznesowy ochraniacz na, w moim przypadku, bardzo ważne narzędzie pracy. Zawsze wydawało mi się, że to zbędny gadżet, dopóki netbook w podróży nie upadł mi na ziemię. Wyszczerbiając jeden z rogów obudowy. A po miesiącu drugi. Żałuję, że od początku nie korzystałem z usług tego allegrowicza, bo moja przenośna maszyna do pisania nie wyglądałaby teraz jak wyciągnięta spod metra.

Kropla Beskidu recycling (2)

Kropla Beskidu recycling (3)

 

Nerka

Niestety, ale nerki są wciąż mocno niedoceniane i traktowane jako atrybut parkingowego. Ewentualnie Mirka – typowego handlarza bitymi Golfami z Niemiec. Ja jestem ich sporym fanem, bo nie znam lepszego rozwiązania, które jednocześnie pozwala Ci nie wypychać spodni pierdołami noszonymi na co dzień w kieszeniach, i zarazem nie jest masywną torbą krępującą ruchy. Ta zrobiona z płachty reklamowej, oprócz lekkości i poręczności, jest jeszcze nieprzemakalna. Podczas deszczu doceni to każdy, kto ma niewodoodporny telefon. I zapomniał parasola. Znam ludzi, którzy robią to notorycznie. Serio.

Kropla Beskidu recycling (4)

Kropla Beskidu recycling (5)

 

Torba na ramię

Chyba najładniejszy sprzęt powstały z majowego baneru, bo listek z kroplą wody idealnie ułożył się na przodzie tworząc ilustrację. Co prawda, ze względu na swój kształt i gabaryty, optycznie bardziej pasuje mi do żeńskiej sylwetki niż męskiej, ale i tak mocno doceniam ideę.

Kropla Beskidu recycling (6)

Kropla Beskidu recycling (7)

Szczerze mówiąc, gdy pierwszy raz usłyszałem, że z banneru reklamowego ma powstać nerka, torba na ramię i pokrowiec na laptopa, to za bardzo tego nie widziałem. No bo jak, z baneru robić sprzęt użytkowy? To tak jakby z maski samochodu robić deskę do prasowania. Brzmi irracjonalnie. Po czym zaczynasz to sobie wyobrażać i okazuje się, że faktycznie to chyba możliwe.

Kropla Beskidu nazwała to recyklingiem, bo raz użyte materiały zostały ponownie wykorzystane, ale dla mnie to upcykling…

Upcykling – forma przetwarzania wtórnego odpadów, w wyniku którego powstają produkty o wartości wyższej niż przetwarzane surowce. Proces ten pozwala zmniejszyć zarówno ilość odpadów, jak i ilość materiałów wykorzystywanych w produkcji pierwotnej

…bo to, co powstało z teoretycznego „śmiecia”, wartością zdecydowanie przewyższa rzecz, którą był na początku.

Jaram się, jak kreatywnie można podejść do niepotrzebnych materiałów reklamowych (jeśli Wy też, to obserwujcie profil Kropli Beskidu na Facebooku, niedługo będzie można wygrać tam gadżety z tego wpisu) i byłoby spoko, gdyby inne marki też podążały tą drogą. Na przykład robiąc z zalewających ulice ulotek monstrualne origami.

---> SKOMENTUJ