Close
Close

Z pewnością zdarzyło Wam się spotkać, jeśli nie na lekcji polskiego, to w domu lub na podwórku, z powiedzeniem „masło maślane”. Możliwe, że sami go użyliście, nie znając encyklopedycznej definicji tego zjawiska, ale intuicyjnie czując, że chodzi o zbitkę słów, w której oba znaczą mniej więcej to samo i tłumaczą się nawzajem. Takie sformułowanie, to błąd językowo-logiczny zwany pleonazmem.

Pleonazm – z greckiego „nadmiar” – wyrażenie, w którym jedna część wypowiedzi zawiera te same treści, które występują w drugiej części, potocznie zwane „masłem maślanym”.

Mimo, że staram się dbać o poprawność językową, zarówno w tekstach na blogu, jak i mowie codziennej, moje wypowiedzi nie są wolne od błędów i zdarza mi się walnąć byka. Czasem dość oczywistego, przez co tym bardziej mi głupio. Niekiedy jednak, błędy językowe są tak zakorzenione, że sami ich zupełnie nie widzimy i dopiero osoba trzecia jest w stanie je wyłapać. Czemu o tym piszę? Bo w dużej mierze tyczy się to pleonazmów, których uczymy się w dzieciństwie, będąc przekonany, że to zupełnie poprawne zwroty.

Poniżej najczęściej używane masła maślane, które być może sam stosujesz i nawet nie wiesz, że są błędami.

drobny detal – detal z definicji jest czymś niewielkim, więc nie ma możliwości, aby był duży.

akwen wodny – akwen to „dowolnie określony obszar wodny”, przez co epitet związany z H2O jest zupełnie zbędny.

cofać się wstecz – a można cofnąć się w przód?

płyta cd – przy tej zbitce wychodzi nieznajomość języka angielskiego i skrótu „cd”, którego rozwinięcie to „compact disc”. Czyli „płyta kompaktowa” po polsku.

okres czasu – a czegóż innego miałby być okres, jeśli nie czasu? Okres pieniędzy? Okres chleba?

poprawić na lepsze – ten zwrot nie byłby błędny, gdyby zamiast „poprawić” użyto by czasownika „zmienić”, ale poprawa zawsze, ale to zawsze jest na lepsze.

spadać w dół – czy komukolwiek poza Biszem kiedykolwiek zdarzyło się spadać w górę?

wzajemna współpraca – współpraca to „współdziałanie z innymi, umiejętność pracy w grupie na rzecz osiągania wspólnych celów”, zatem nie może być jednostronna.

podatek vat – kolejny przykład nieznajomości języka angielskiego – „vat” to „Value Added Tax”, a „tax” = „podatek”.

zabić na śmierć – nigdy nie próbowałem, ale zabić kogoś na życie byłoby raczej trudno.

fakt autentyczny – ten błąd popełniałem gdzieś do końca podstawówki i dopiero nauczycielka, w trakcie zastępstwa na historii, była w stanie mi wytłumaczyć, czemu to wyrażenie jest niepoprawne. Jeśli coś jest faktem, to znaczy, że się zdarzyło, nie jest przypuszczeniem, teorią, opinią czy tezą, tylko zweryfikowanym zdarzeniem, w związku z czym, musi być autentyczne.

artykuły agd – i znów brak znajomości skrótu – „agd” = „artykuły gospodarstwa domowego”.

w miesiącu maju – a czy można się z kimś umówić w dniu lub w roku maju?

Jeśli pominąłem jakiś oczywisty pleonazm, to dorzuć go od siebie  w komentarzach. Skorzystamy na tym wszyscy.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Dominika

    Ostatnio nauczycielka zaskoczyła mnie pleonazmem „mimika twarzy”. Bo czego innego może być mimika? Dłoni?

  • Gościówa

    Ulubiony pleonazm mojej koleżanki (bo przecież nie mój – ja go nie rozumiem): „brzydka Niemka” :))))

  • Często słyszę, że ktoś „kontynuował dalej”. Z wymienionych przez Ciebie chyba najbardziej nie lubię „w miesiącu maju” i dodałabym jeszcze „dnia 1 stycznia”. Wrrr.

  • CD i AGD to – uściślając – skrótowce ;) No i VAT też.

  • Wydaje mi się, że z „płytą CD” wiąże się jeszcze coś innego. Otóż pamiętaj, że jest jeszcze DVD, które również jest rodzajem płyty i ktoś może chcieć uściślić czy, mówiąc, że masz „to nagrane na płycie”, masz to na CD czy DVD. ;)
    Inna sprawa, że w naszym języku, jeżeli chodzi o DVD, to utarło się, iż to słowo jest używane jako nazwa dla odtwarzacza DVD, nie samej płyty.

    • Sądzę, że to jednak głównie wynika z potrzeby łatwej odmiany. Samo CD czy DVD się nie odmienia, dlatego dodajemy słowo „płyta”. Podobnie z artykułami AGD czy diodami LED (choć tu jeszcze można powiedzieć np. LED-ami, jednak nikt nie powie, że brakuje mu kilku AGD-ów do pełnego wyposażenia kuchni ;)).

    • S.

      Są jeszcze płyty winylowe. Mogą być płyty wiórowe, MDF, gipsowe i wiele innych. Słowa z języków obcych często mają różne znaczenia nie zawsze wymienne z naszymi. „Disc” nie jest do końca wymienne z wszystkimi znaczeniami naszego słowa „płyta”.

      To też sądzę, że do tych zapożyczeń i skrótów obcojęzycznych nie ma się co przyczepiać i szpanować, że się liznęło trochę języka obcego i poznało rozwinięcia kilku skrótów. Oczywiście na płytę MDF nic się nie nagra i z kontekstu wywnioskujemy, że chodzi o „płytę CD” ale jak już o słowach mowa to pozwolę sobie złapać za słówko.

      PS. Raczej nikt nie mówi „nie szuraj widelcem po patelni bo porysujesz PTFE” (Politetrafluoroetylen). Tylko po prostu powie „bo porysujesz teflon”.

  • Edzia

    Mi przychodzi jeszcze do głowy „pamięć RAM”, bo przecież RAM to Random Access Memory, i „komputer PC”, bo PC to Personal Computer :)

  • Och, jak ja kocham wpisy dotyczące języka polskiego. <3 Jestem na polonistyce, więc to miód na moje humanistyczne serduszko. :D Fajnie, że o pleonazmach piszesz, bo dla większości to jakieś wyrażenie z kosmosu oznaczające nie wiadomo co.

  • Dot

    Jako filolog i tłumacz, mogę powiedzieć, że wyrażenia „płyta CD” i „podatek VAT” wynikają z tego, że dawniej nie wszyscy wiedzieli, co znaczą angielskie skróty CD i VAT. Obecnie to już raczej mało prawdopodobne, bo te skróty są powszechnie używane. To tak jakby powiedzieć kościół Iglesia de Santa Maria, aby ktoś, kto nie zna hiszpańskiego wiedział, że chodzi o kościół. Stąd połączenie rzeczownik określający + nazwa własna.
    Nie do końca dotyczy to „artykułów AGD”, bo AGD jest skrótem polskim, a słowo „artykuły” jest już w nim zawarte, więc nie ma potrzeby go dodawać.

    • S.

      „Artykuły GD” było by chyba formą poprawną ;-))

      • Dot

        Haha :D Mogłoby być, ale chyba jednak najlepiej brzmi AGD :)

  • Niemniej jednak – albo niemniej albo jednak

  • Trochę niszowe, ale ja jestem komiksomaniak i skojarzyło mi się z „płytą CD” – mianowicie „DC Comics”. DC to skrót oznaczający „Detective Comics”, więc mamy tu dwa komiksy niepotrzebnie.
    Co ciekawe – samo wydawnictwo oficjalnie używa takiej nazwy :)

    • O, to z kolei ja nie znalazłem tego skrótu. Dzięki za info!

    • To trochę jak My little pony tłumaczone jest na kucyki Pony

  • steveminion

    „detal z definicji jest czymś niewielkim, więc nie ma możliwości, aby był duży”
    Chyba, że jest to detal architektoniczny :)

    • Nie jestem biegły w tej tematyce, ale podejrzewam, że i tak RELATYWNIE jest to rzecz niewielka :)

  • Mnie zawsze i tak najbardziej śmieszył fakt, że przez całą szkołę każe się dzieciom „podnosić rękę do góry, jeśli chcą coś powiedzieć”. Bo czy można podnieść rękę na dół ;)

  • Zagnye

    idę się przejść

    • Mnie bardzo często zdarza się używać „pójdziemy tam na nogach”. No, a na czym innym, na rowerze?

      • Wojciech

        Można chodzić na rękach :v

        • Słuszna uwaga, punkt dla Ciebie.

  • Aleksandra Muszyńska

    Fajne są te teksty o poprawności językowej – coś nietypowego i przydatnego.
    Też mówiłam „płyta CD”, kompletnie nie zwracając uwagi na to, że robię błąd. Stawiałabym jednak na pewien automatyzm i siłę przyzwyczajenia do uderzającego w nas zewsząd przekazu niż nieznajomość angielskiego.
    Na „okres czasu” zwróciła nam uwagę prowadząca na studiach zajęcia z poprawnej polszczyzny. Słusznie zauważyła, że okres to po prostu odcinek czasu, więc „okres czasu” to „wycinek czasu czasu” :).
    Mnie drażni inna przypadłość, niebędąca stosowaniem pleonazmów. Jest to nagminne używanie złej formy odmiany dat, tj. „dwunasty grudzień”, „piąty sierpień” itd. Mamy, na Boga, tylko jeden sierpień i jeden grudzień w kalendarzu, a nie po dwadzieścia z każdego, więc „GRUDNIA” i „SIERPNIA”, damn it!

    • Łatwo to wytłumaczyć mówiąc osobie, która robi błąd, że przecież jest „dwunasty DZIEŃ grudnia” i „piąty DZIEŃ sierpnia” :)

      Ale odnośnie błędów, to pozwolę sobie zacytować panią poseł Krystynę Pawłowicz profesor: „A ja mówię wziąść i co mi pan zrobi?”

      • Aleksandra Muszyńska
        • A mnie irytuje „Proszę panią, czy nie uważa pani…” skoro nikt mnie o nic nie prosi, to powinien powiedzieć „Proszę pani”. Oraz odmiana w 2016 (w dwutysięcznym szesnastym zamiast w dwa tysiące szesnastym) Oczywiście inne typu „półtorej” „włanczać” i „daj dla pani”… Co do pleonazmów to spotykam się czasem z łączeniem „A ty tylko knujesz i spiskujesz” co oznacza to samo. Lubię te teksty językowe :)

          • Aleksandra Muszyńska

            Moja anglistka (nie polonistka o dziwo) skutecznie unicestwiła w mojej grupie językowej jakiekolwiek zapędy do „proszę panią” jednym celnym pytaniem:”Ale o co mnie prosisz?O rękę czy o nogę?”.Pomogło.

          • Dot

            :D

          • Dot

            Też zauważyłam tendencję do odmiany całego liczebnika w określeniu do roku, a nie tylko ostatniej/ostatnich cyfr.

    • Ola, co do pleonazmów typu „podatek vat” i „płyta cd”, to tu objawia się jedno i drugie – i siła przyzwyczajenia, bo zewsząd jesteśmy atakowani niepoprawną formą, i nieznajomość angielskiego/skrótu, bo gdy już wiesz, że CD to Compact Disc, to aż nienaturalnie jest dodawać do tego „płyta”.

      Ogólnie co do takich popularnych błędów, to za każdym razem, gdy odkrywam któryś z nich u siebie, to zaskakuje mnie jak mało nauczyli mnie poloniści przez 12 lat edukacji.

      • Aleksandra Muszyńska

        Grunt, że na religii złapałeś morze wiedzy. Ale to chyba temat na osobny tekst ;).

      • Karol

        A wirus HIV (Human Immunodeficiency Virus)? Aż trudno mówić o błędzie, kiedy nawet w literaturze medycznej stosuje się to wyrażenie. Podpisuję się pod drugim zdaniem Twojego komcia, Janku, też dużo więcej nauczył mnie internet niż szkoła.

      • S.

        Z tymi zapożyczeniami z języków obcych to nie wiem czy rzeczywiście są błędne. Anglosasi uwielbiają skróty i w zasadzie można by porozumiewać się tylko za pomocą skrótów ale to już będzie przypominać bardziej szyfr niż język.
        Ale to by się jakiś Miodek musiał na ten temat wypowiedzieć chyba. Ja tam za głupi jestem ;-)

  • Karolina Pawlowska

    ” na dzień dzisiejszy” – kiedyś słyszałam, że to niepotrzebne mnożenie słów, powinno się powiedzieć po prostu „dzisiaj”

    • Wstęga Möbiusa

      Wiele tego typu sformułowań wzięło się z języka prawniczego (a przynajmniej z powodzeniem tam funkcjonuje). Może chodzi o jak największą precyzję?

      • Też mi się tak wydaje. W oficjalnych pismach często to czytam i czasami nawet sama używam. Wynika to z faktu, że jednak całkiem trafne jest np.: „na dzień dzisiejszy nie poczyniono żadnych postępów w pracach”. Bo jak inaczej to napisać? „Na dzisiaj”? Niby można z datą: „na dzień dd.mm.rr (wstawić dzisiejszą) nie poczyniono żadnych postępów”, ale jeśli pismo jest tworzone tego dnia, z taką samą datą, to to już jest dla mnie trochę przesadne i wolę zostać przy „dniu dzisiejszym”. :)

  • Zasłyszane: „miejscowy tubylec”. :D

    • Tego wcześniej nie słyszałem, ale niezłe.

Nie odniesiesz sukcesu, jeśli nie będziesz jak założyciel McDonald’s

Skip to entry content

W latach dwutysięcznych, kiedy miałem 13 lat i szedłem do gimnazjum, ukazała się „Kinematografia” Paktofoniki i nie dało się odpędzić od kawałka „Jestem Bogiem”, a Polska przeżywała pierwszy boom na hip-hop. Na każdym osiedlu było po 5 składów, a w każdej klatce był ktoś, kto pisał teksty, składał podkłady, freestyle’ował albo chociaż robił beatbox. W tych czasach na palcach połowy ręki mogłem policzyć znajomych, którzy nie chcieli być jak Magik, Fokus albo Rahim. Co nocy w głowach śnił się ten sam sen projektowany na wewnętrznych stronach powiek – zostać gwiazdą rapu.

Wielu moich kolegów było przekonanych do szpiku kości, że kariera muzyczna czeka na nich tuż za rogiem, ale zatrzymywali się na etapie odłożenia pieniędzy na mikrofon. Czy nauki programu do obróbki dźwięku. Albo popracowania trochę z emisją głosu. To nie były przeszkody nie do przejścia na „zasadzie nie mam nóg, ale chcę biegać w maratonach”. To były po prostu kolejne etapy, które każdy musiał przejść, jeśli faktycznie zależało mu na zajmowaniu się muzyką. Do ich pokonania potrzebny był tylko czas i praca. Tylko tyle. W świetle tych faktów zaskoczę Was, jeśli powiem, że większość z nich nigdy nie nagrała nawet pierwszej płyty demo?

W 2013 kiedy rzucałem studia, część moich znajomych z uczelni miała genialne pomysły na biznes. Swój biznes. Na którym mieli zarabiać miliony, wydawać miliardy i obracać bilionami. Do dzisiaj, z tych kilkunastu osób, do etapu założenia własnej działalności gospodarczej doszedł tylko jeden kumpel. Jeden. Reszta nawet nie spróbowała, odpadli na etapie zgooglowania frazy „jak założyć firmę”.

W tym samym roku internetowe pamiętniki przeżywały apogeum swojej popularności, a facjaty blogerów wisiały na billboardach w całym kraju. Polska dowiedziała się, że nie tylko nastolatki prowadzą swoje stronki w sieci, a ich czytelnicy, że NAPRAWDĘ da się na tym zarobić. Blogowałem wtedy drugi rok, i jeździłem po tylu konferencjach branżowych na ile pozwalało mi 1200zł, za które w tamtym czasie się utrzymywałem. Tłukłem się po kilkanaście godzin w jedną stronę śmierdzącym, nieogrzewanym PKP na drugi koniec kraju, żeby dowiedzieć się jak zrobić sobie pracę z hobby i spotykałem ludzi, którzy przyszli tam po to samo. Każdy z tych pod sceną, chciał być jak ci na scenie – zarabiać na swojej pasji. Żyć na własny rachunek, będąc samemu sobie szefem, a nie tylko trybem w machinie, chodząc do zakładu pracy.

Cześć z tych osób uprawiała odtwórczy recycling tego, co jakiś czas temu zdążyli już zrobić znani i lubiani, ale część miała naprawdę odkrywcze, nietuzinkowe pomysły i tematykę o niebo i piekło ciekawszą niż moja. Z obu tych grup, dzika liczba osób zrezygnował z planu podboju świata zaledwie po kilku, kilkunastu miesiącach.

Czemu? Bo pieniądze nie przyszły tak szybko jak się spodziewali. Bo brakowało im jednej cechy, którą miał założyciel McDonald’s.

Sylvester Stallone

Syn imigrantów, urodzony z częściowym paraliżem twarzy, wykrzywieniem dolnej wargi i  zaburzeniami mowy, które zostały mu na całe życie. Gość o ekspresji taboretu kuchennego i zdolnościach aktorskich paździerzowej półki, z sylwetki przypominający manekina w sklepie militarnym. Do 24-go roku życia jego najlepiej znaną światu umiejętnością było kasowanie biletów przy pomocy dziurkacza. Mimo to, postanowił, że zostanie aktorem. I to nie byle jakim. Oscarowym. Gwiazdą kina znaną na całym świecie.

Dziś chyba nie ma człowieka, który nie widziałbym „Rocky’ego” albo „Rambo”? Dopiął swego, mimo, że ze scenariuszem do filmu o bokserze musiał nachodzić się po studiach filmowych bardziej niż Robert Korzeniowski, bo wszyscy mówili mu, że to padaka, której nikt nie obejrzy.

Peja

A w zasadzie Ryszard Andrzejewski, urodzony w latach 80-tych na poznańskich Jeżycach. W epicentrum patologii i beznadziei, gdzie po zmroku nie zapuszcza się nawet policja. Gdy miał 12 lat zmarła jego mama, od tego momentu wychowywał go w pojedynkę ojciec alkoholik, którego nowotwór zabił 8 lat później. Mimo wszystkich przesłanek ku temu, by spędzić życie zbierając na wino w bramie, postanowił, że będzie muzykiem i zajmie się nieistniejącym wówczas w Polsce gatunkiem. Rapem.

Od 1995 do 2000 roku nagrał 4 albumy, które ukazały się jako legalne wydawnictwa dostępne w oficjalnej sprzedaży, jednak zupełnie nie przełożyły się na sukces komercyjny i popularność, przez co Peja dalej żył na skraju ubóstwa. Półtora roku później, cały czas dorabiając dorywczo w pracach fizycznych by mieć na podstawowe wydatki, nie poddając się, kolejny raz zmieniając wytwórnię i kolejny raz spędzając setki godzin przy tworzeniu muzyki, jako zespół Slums Attack nagrał płytę „Na legalu?”.

Płytę, która sprzedała się w ponad 100 000 egzemplarzy pokrywając się platyną i na stałe otwierając Peji drzwi do świata dobrobytu, spełnienia artystycznego i show-biznesu.

Założyciel McDonald’s

Choć jeśli miałbym być ultra dokładny, to powinienem napisać „populyzator McDonald’s”. Podwaliny pod globalną sieć barów szybkiej obsługi w rzeczywistości stworzyli dwaj bracia – Richarda i Maurice’a McDonald – zakładając mały bar w San Bernardino, ale to właśnie Ray Kroc sprawił, że ten lokalny biznes stał się globalny, rozprzestrzeniając BigMaca na cały świat.

Ray zanim stał się multimiliarderem, już na zawsze zmieniając najważniejszy punkt szkolnych wycieczek do Krakowa z Sukiennic na McDonald’s, pokonał kilka niepowodzeń i zawodów. Całe życie chciał stworzyć wielki, skalowalny interes, biznesowe imperium, które zapisze się na kartach historii, ale nie było nim ani sprzedawanie papierowych kubków, ani mleko w proszku, ani multimiksery. Żeby którymi móc handlować, jak najgorszy akwizytor z bagażnika, musiał zastawić dom i zainwestować wszystkie oszczędności.

Dopiero w wieku 52 lat, gdy większość osób bardziej myśli o emeryturze niż rozwoju zawodowym, trafił na mały lokal w Kalifornii – rewolucyjny jak na tamte czasy, bo nie było w nim kelnerek, a jedzenie podawano w papierowych torbach – który jawił mu się jako amerykański sen, będący korzeniem żyły złota. Kolejny raz, ryzykując finansowo, wywrócił swoje życie do góry nogami inwestując wszystko w rozwój McDonald’s. I tym razem trafił w dziesiątkę.

Mozolnie szukając franczyzobiorców, którzy otworzyliby kolejne lokale i walcząc z braćmi założycielami przy każdej próbie wprowadzenia zmian do interesu, nie poddając się ani razu, gdy jego pomysły były torpedowane, w końcu wepchał ten syzyfowy kamień na sam szczyt. Zamieniając nikomu nieznany, malusieńki McDonald’s w McImperium znane WSZYSTKIM.

Nie dokonałby tego, gdyby nie jedna cena cecha, o której wcielający się w niego Michael Keaton mówi pod koniec filmu.

Wytrwałość

Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nie nagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość i determinacja są wszechmocne.

To słowa Calvin Coolidge’a – 30-go prezydenta Stanów Zjednoczonych – które w „McImperium” powtarza Ray Kroc, a którymi kierował się i Sylwester Stallone, i Peja, i ja również podpisuję się pod nimi wszystkimi kończynami. Bo obserwując rzeczywistość i analizując życiorysy osób, które odniosły sukces, jakkolwiek byśmy go nie definiowali, nasuwa się jedna myśl.

Żeby odnieść sukces nie musisz być genialny, odkrywczy, ani nawet ładny. Wystarczy, że będziesz wytrwały.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nate McBean

 

---> SKOMENTUJ

15 pomysłów co zrobić, żeby świat był lepszy

Skip to entry content

W chwilach, gdy jest grubo po 3-ej w nocy, a ja wciąż nie mogę zasnąć, próbuję zająć myśli jakimś abstrakcyjnym tematem, żeby odpłynąć w ocean wyobraźni i zerwać kontakt ze świadomością. W takich momentach myślę o sytuacji fok na Alasce, jak skończy się „Moda na sukces” i czym różni się myślnik od minusa i półpauzy . I oczywiście, co zrobić, żeby świat był lepszy, z kranu płynął Dom Perignon, a pracownicy ZUSu nauczyli się racjonalnie zarządzać naszymi składkami. Zdaję sobie sprawę z tego, że mam dość ograniczony wpływ na otoczenie, więc owe usprawnienia staram się wymyślać zgodnie z zasadą „zmienianie rzeczywistości zacznij od zmieniania siebie”.

Co możesz wprowadzić do własnej codzienności, swoich nawyków i zachowań, żeby świat był lepszy? Oto 15 prostych pomysłów.

1. Nie spóźniaj się. Ani na spotkanie, a tym bardziej z przelewem. Zaoszczędzisz ludziom poirytowania w pierwszym przypadku i fali nienawiści płynącej w Twoją stronę w drugim.

2. Myj się lub używaj odświeżacza powietrza, gdy podróżujesz środkami masowego transportu. Zwłaszcza latem. Za każdym razem, gdy nie wali Ci spod pachy jadąc autobusem, głośność awantur w open space’ach spada o 10 decybeli.

3. Mów „cześć” sąsiadom na klatce. Jako pierwszy. Dlatego.

4. Nie wpychaj się do kolejek. Ani do kasy w kinie, ani do kibla w klubie. Mocz innych kolejkowiczów nie jest mniej ważny od Twojego, więc uszanuj, że innych też ciśnie.

5. Nie taranuj rowerzystów na jezdni. Jemu też się śpieszy. Tak jak wszystkim. A gdyby zamiast rowerem jechał samochodem, jak Ty, nawet nie mógłbyś go wyminąć.

6. Spacerując nie wchodź na ścieżki rowerowe. Bo to wkurwia.

7. Udzielaj konkretnych odpowiedzi na pytania. Lepiej usłyszeć „nie” i w inny sposób zagospodarować sobie czas, pieniądze, czy uczucia, niż tkwić w zawieszeniu po turbo zbywającym „zobaczę”, „dam znać”, „jakoś się zgadamy”.

8. Policz do 10 zanim obrazisz kogoś w internecie. I puknij się w czoło, że chciałeś to zrobić.

9. Nie wyżywaj się na ludziach tylko dlatego, że masz beznadziejną pracę. Jeśli bycie ekspedientką w monopolowym jest jak wysuszony oset w majtkach, to zrób coś z tym, bo to Ty jesteś za to odpowiedzialna, a nie klienci, na których odreagowujesz.

10. Częściej chwal niż krytykuj. Bo dobrze to wpływa na relacje z otoczeniem i pomaga skupić się na pozytywach.

11. Spróbuj zaakceptować, że ktoś ma inne zdanie. Nawet jeśli jest diametralnie inne od Twojego, nie oznacza to, że od razu zasługuje na śmierć, a jego matka kradnie chleb z darów dla powodzian.

12. Nie dodawaj kminku do chleba. Bo to też wkurwia.

13. Nie składaj życzeń przez Facebooka, tylko osobiście. No chyba, że chcesz doprowadzić do sytuacji, w której nikt nie chodzi na pogrzeby, bo wszyscy stawiają internetowe znicze pod statusem o śmierci.

14. Jeśli podczas obrad w toalecie zużyłeś papier, wymień rolkę na nową. Drzewa w Amazonii będą płakać, ale lepiej one, niż osoba, która wejdzie się załatwić po Tobie.

15. Jeśli jesteś niestabilną emocjonalnie mentalną nastolatką, która kompletnie nie wie czego chce od życia, a co dopiero do drugiej osoby, poinformuj ją o tym przed spotkaniem. A najpóźniej na początku pierwszej randki, żeby koleś, z którym umówiłaś się nie wiadomo po co, mógł wyjść i żałować, że zmarnował tylko pół godziny na dojazd, a nie dwa tygodnie, po których dowiaduje się, że jednak masz chłopaka.

Zaoszczędzisz wszystkim sporo nerwów, a świat będzie lepszym miejscem.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Catface27
---> SKOMENTUJ

Kilka dni temu potwierdziło się, że lider Komitetu Obrony Demokracji – Mateusz Kijowski – nie płaci alimentów na swoje dzieci. Nie płaci tak długo, że tych zaległych pieniędzy na utrzymanie trójki potomstwa, z odsetkami zebrało się 100 000 złotych. Sporo, co?

Nie będę rozwodził się nad tym, czy osoba, która omija prawo szerokim łukiem powinna stać na czele ruchu społecznego, który ma strzec przestrzegania owego prawa. Głównie dlatego, że nikt z nas, poza osobami kanonizowanymi, nie jest święty i jak mówi stare tabloidowe przysłowie: „pokaż mi człowieka, a znajdę zdjęcia, na których nie zatrzymuje się na czerwonym”. Nie planuję również przeprowadzać śledztwa, żeby ustalić, czy faktycznie utrzymuje go nowa żona, czy zarabia na czarno, czy dotują go jakieś ugrupowania.

Chcę odnieść się tylko do tego, co powiedział na ten temat Jacek Żakowski – dziennikarz i publicysta „Gazety Wyborczej”. Jego próba wytłumaczenia niepłacenia alimentów była wyjątkowo idiotyczna, a ze względu na jego popularność i autorytet, może być chętnie przyjmowaną wymówką przez innych, którym szkoda pieniędzy na własne dzieci.

bohater płaci alimenty

Jacek Żakowski, tłumacząc uchylanie się od obowiązku Mateusza Kijowskiego, w rozmowie z Super Expressem powiedział:

w Polsce od pokoleń mężczyźni zostawiają kobiety z dziećmi i idą na wojnę. Są takie sytuacje, jak Wałęsy…

oraz

Jak jest sytuacja, którą oceniamy jako wyższą konieczność, np. obrony demokracji albo wolności, to rodzina cierpi! I jeżeli człowiek decyduje się zapłacić tak ogromną cenę, by zrobić coś dla kraju jak pan Kijowski, to tym bardziej należy mu się szacunek i uznanie!

Nie wiem, czy sytuacja na Ochocie tak diametralnie różni się od tego, co dzieje się w Śródmieściu, ale nie zauważyłem, żebyśmy mieli w kraju konflikt zbrojny. Na wszelki wypadek zadzwoniłem do znajomych mieszkających poza Warszawą, ale również nie skarżyli się na czołgi za oknami, naloty bombowe, czy bezsenność z powodu egzekucji. Może wysuwam zbyt śmiały wniosek, ale wszystkie przesłanki pozwalają mi stwierdzić, że W POLSCE NIE MA WOJNY. W związku z powyższym, porównanie działania w Komitecie Obrony Demokracji do pójścia na wojnę jest tak bardzo na wyrost, jak uznanie, że jazda komunikacją miejską na gapę to walka z systemem.

Żeby nie było, nie kwestionuję ani zasadności powstania KOD, ani sposobu ich działań, ani w ogóle niczego co z nimi związane. Stwierdzam tylko, że to diametralnie co innego, niż ryzykowanie życia za kraj walcząc na froncie.

Nie uważam również, żeby komukolwiek należało się uznanie z powodu cierpienia rodziny. Bo tak jak pan Żakowski słusznie zauważył, nie cierpi – w tym przypadku – Mateusz Kijowski, tylko jego rodzina. A konkretnie jego dzieci. Przez niego. Jeśli mielibyśmy oddawać szacunek ludziom za to, że zaniedbują swoje potomstwo, to Mama Małej Madzi miałaby dzisiaj tytuł szlachecki.

W dalszej części rozmowy czytamy:

– Ale jaką cenę?! Mógł pozostać w dobrze płatnej pracy i płacić alimenty na swoje dzieci. Wybrał jednak bycie na utrzymaniu innej kobiety i wolontariat po to, by być liderem ruchu społecznego. On nie płaci żadnej ceny! Cenę płacą jego dzieci i była żona, która musi się tą trójką zająć pomimo pracy zawodowej…

– Wie pan co? Cmentarze wojenne pełne są grobów bohaterów, których dzieci zapłaciły cenę. Więc dla mnie te ckliwe kawałeczki o dzieciach, które pan teraz sprzedaje, są kompletnie nieprzekonujące. Jak moje pokolenie za Solidarności siedziało w więzieniach albo pokolenie powstańców tracących życie, to dzieci też płaciły cenę.

I wciąż nie rozumiem jak można nie dość, że usprawiedliwiać, to jeszcze robić bohatera z człowieka, który z własnej woli zrezygnował z łożenia na trójkę swoich dzieci. Po pierwsze, jakoś kilkudziesięciu tysiącom pozostałych osób, które brały udział w manifestacjach KOD, udało się połączyć pracę zawodową z udziałem w marszu. Po drugie, z tego co rozumiem, te manifestacje są po, żeby Polska była lepszym miejscem, żeby lepiej się w niej żyło i żeby budować lepszą przyszłość. To mała uwaga: nie zrobimy nad Wisłą El Dorado i nie będzie tu płynąć miód i ambrozja, jeśli będziemy zaniedbywać własnych synów i córki. Żyłoby się lepiej, jeśli miałyby środki do rozwoju teraz i tutaj, a nie za 10 lat.

Z perspektywy osoby, która miała problem z egzekwowaniem alimentów, mogę powiedzieć, że choćby mój ojciec własnymi rękami zaprzysiężył wszystkich sędziów Trybunału Konstytucyjnego, wciąż nie stałby się bohaterem. Cały czas byłby dupkiem, który powołał mnie na ten świat i celowo chce pozbawić środków do życia.

Nie piszę tego, żeby dopieprzyć komuś personalnie. Piszę to, żeby uzmysłowić wszystkim, że udział w ruchach społecznych nie usprawiedliwia niepłacenia alimentów. Jeśli ktoś ma wątpliwości, to niech spyta któreś dziecko, jak czuje się z tym, że od dawna nie dostaje pieniędzy na życie, bo rodzic zamiast do pracy woli chodzić na manifestacje.

Prawdziwy bohater płaci alimenty.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Jlhopgood
---> SKOMENTUJ