Close
Close

Jak skutecznie zepsuć pierwszą randkę?

Skip to entry content

Pierwsze wrażenie ma to do siebie, że da się je zrobić tylko raz i – jak podają amerykańscy naukowcy i kącik porad w Bravo – trwa średnio od 4 do 6 sekund. Co to znaczy? Że w ciągu jednego ziewnięcia drugi człowiek dokonuje oceny Twojej osoby. Szybko, co? Oczywiście nie jest tak, że owego wrażenia nie da się zatrzeć realnym obrazem, który krystalizuje się w toku dłuższej znajomości, tyle, że jest to dużo trudniejsze. I do tej znajomości musi w ogóle dojść. No i jak mówiła Goździkowa: lepiej zapobiegać, niż leczyć.

O ile jeszcze w przypadku nowych ludzi w pracy, czy znajomych na studiach, masz spore szanse, że krzywy początek da się naprostować, o tyle w przypadku pierwszej randki jest niemal pewne, że drugiej szansy nie będzie. Zwłaszcza, jeśli to złe pierwsze wrażenie przeciągnie się na półtorej godziny spotkania. Spotkania zamieniającego się w torturę, po której chłopak chce sobie błysnąć w oczy gadżetem Willa Smitha z „Facetów w czerni”.

Tak, w tym tekście będziemy wytykać zachowania, które oddalają Cię od założenia rodziny, zmiany nazwiska i wzięcia udziału w programie „Rodzina na swoim”. Co zrobić, żeby skutecznie zepsuć pierwszą randkę, a facet, z którym się umówiłaś myślał, że trafił na plan zdjęciowy nowej części „Piły”?

 

Spóźnij się

Najlepiej dużo.

Spóźnianie się wciąż jest w dobrym tonie i tylko brzydkie laski przychodzą punktualnie. Ewentualnie łatwe cichodajki. Im dłużej będzie na Ciebie czekał, tym bardziej doceni to, że jesteś i okazałaś mu łaskę jednak przychodząc. To wersja, którą serwuje Cosmopolitan i zawodowe utrzymanki. W rzeczywistości facet uzna, że jesteś kolejną nieogarniętą sierotką, nie znającą się na zegarku, która nie jest w stanie przewidzieć ile czasu zajmują jej codzienne czynności i przemieszczenie się z punktu A do B. Ewentualnie, że jesteś zmanierowaną Chcę Być Panią Świata.

 

Narzekaj na lokal

Że za głośno, zła muzyka, ludzie nie tacy jak powinni, fotele niewygodne, obsługa niemiła, herbata za ciepła, woda za mokra. Przy czym na każde „dobra, idziemy gdzieś indziej”, reaguj „nie, nie, zostańmy już”. Nic tak nie psuje nastroju i atmosfery do poznawania się jak nieustanne i bezsensowne czepianie się marginalnych szczegółów. Ciągle.

 

Opowiadaj o swoich kompleksach

Wyjaskrawienie wszystkich swoich wad na pierwszym spotkaniu, których facet normalnie by nie zauważył, bo spodobałaś mu się i chciał Cię poznać, jest strzałem w stopę. Półgodzinne maltretowanie go opowieściami o częściach ciała, z których nie jesteś zadowolona, strzałem w kolano. Zmuszanie do zaprzeczenia, że wcale nie masz odstających uszu i grubej dupy, strzałem w głowę.

Naprawdę nie ma powodu, dla którego komukolwiek, bez uiszczania opłaty za wizytę, chciałoby się o tym słuchać.

 

Daj do zrozumienia, że ma Ci stawiać

Tę, następną i każdą kolejną kolejkę. W końcu każdy gość marzy o tym, by być dla dziewczyny bankomatem, do którego nawet nie trzeba wklepywać pinu.

 

Nie zadawaj pytań

Absolutnie, totalnie i kompletnie ŻADNYCH. Brzmi dziwnie? Bo jest dziwne jak zjadanie łożyska po porodzie.

Zdarzyło mi się być na takiej pierwszej randce, w trakcie której przez bite 120 minut dziewczyna nie zadała mi ANI JEDNEGO pytania. Ani skąd jestem, ani czym się zajmuję, ani gdzie studiowałem, ani nawet czy płakałem na „Królu Lwie”. Nie wiem, czy była tak zestresowana pierwszym spotkaniem, czy znała mnie z bloga i wszystko o mnie wiedziała, ale było to maksymalnie beznadziejne. Czułem się jak najmniej interesująca osoba w naszym układzie planetarnym, której nawet nie warto spytać o godzinę.

 

Baw się telefonem

Odpisuj na smsy, gdy on Ci będzie opowiadał o sobie, sprawdzaj Fejsa kiedy zada Ci pytanie wymagające przynajmniej 5-sylabowej odpowiedzi i ogólnie wal w ten wyświetlacz jak upośledzona.

 

Zanudź go na śmierć gadaniem o pierdołach

Opowiedz mu co robi obecnie Twoja była przyjaciółka z podstawówki, jak układa się Twojej kuzynce mieszkającej w Birmingham z 14 lat starszym Anglikiem, co wczoraj było na obiad na stołówce pracowniczej i jakiego koloru koszulę miał motorniczy. Opowiedz mu wszystkie nic niewnoszące historie swoich koleżanek z pracy, kastrując je z nadziei na puentę już samym sposobem narracji. Paplaj o tym z metodycznością automatycznej sekretarki prowadząc monolog-nie-do-rozjebania. Oczywiście nie wspominając przy tym kompletnie nic o swoich zainteresowaniach, poglądach, czy czymkolwiek, co jest istotne dla faceta, który szuka osobowości, a nie aparatu mowy przytwierdzonego do sfer erogennych.

 

Opowiadaj o swoim byłym

Wciąż, i wciąż, i wciąż, i przy każdej nadarzającej się okazji, i przy każdej anegdocie, i bez okazji w sumie też, i wciąż, i wciąż, i wciąż. W końcu nie przyszedł, żeby Cię poznać, tylko posłuchać o Twoim byłym. Bo przecież nie ma lepszego tematu do rozpoczęcia nowej relacji, niż obszerna opowieść o tym, czemu poprzedni związek Ci się nie udał. Dlatego zaraz po randce blokuje Twój numer i puszcza bączka jak w ostatniej scenie „Incepcji”, licząc, że ten się nie przewróci, a spotkanie okaże się tylko złym snem.

Dziękuję za uwagę.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Shakuahi

    Można też zrobić tak, jak ja robiłam przez większość swojego życia. Nie popełniałam żadnych z powyższych błędów, byłam fajna, sympatyczna, aż do momentu, gdy się okazywało, że chłopak wiedział, że jesteśmy na randce a ja nie. Wiele lat mi się wydawało, że jak nie padła fraza „zapraszam cię na randkę” to znaczy, że jest to zwykle kumpelskie wyjście i tak się zachowywałam. Teraz jak na to patrzę z perspektywy czasu to mam ochotę się zapaść pod ziemię, bo zawsze byłam z siebie dumna, że taka ze mnie fajna dziewczyna, wiesz, która się nie spóźnia, płaci połowę rachunku, opowiada ciekawe historie i zamówi coś więcej niż liść sałaty. A potem się okazało, że dupa, bo tamte przynajmniej potrafiły odróżnić randkę od wyjścia że znajomym.

  • Madix

    Cóż, to może wersja dla facetów ;)

    1. Przejmij inicjatywę.

    Jako prawdziwy macho, musisz być pewny siebie, i zdecydowany – nie pozwól jej więc wybrać dania z karty – zamów za nią! W końcu jako przyszły Pan Domu wiesz lepiej, że kobieta ma leżeć i pachnieć, a mówić jak najmniej (chyba, że podczas seksu, wtedy ok, może otwierać usta, im szerzej tym lepiej…), bo przecież i tak wszystko wiesz lepiej i jesteś 100 x mądrzejszy…

    Nie daj jej dość do słowa – mów ciągle o sobie, przechwalając się, ile gorących lasek już zaliczyłeś, jaki przystojny i atrakcyjny jesteś (bo przecież w ogóle tego po Tobie nie widać, right?) i nie zapomnij powiedzieć, jaki to jesteś bogaty, zarabiając miliardy, szczególnie, kiedy zastosujesz się do punktu nr 2…

    2. Nie weź ze sobą żadnej kasy lub bądź sknerą.

    Żądaj, by to ona zapłaciła za Twoją herbatę za 50 gr, bo „akurat masz pusto w portfelu” no bo cóż… po prostu zapomniałeś tych milardów zabrać z domu na spotkanie ;)

    Ewentualnie zabierz ją do drogiej restauracji, sugerując, że nie musi martwić się o rachunek, wybierz kupę drogich rzeczy z karty, po czym zażądaj, byście zapłacili rachunek po połowie, wygłaszając przy okazji tyradę o tych głupich kobietach, które chcą równouprawnienia, a jednocześnie chciałyby, by nadal facet za nie płacił, bo nie potrafią na siebie zarobić, głupie siksy…

    3. Próbuj ją zmacać.

    Ewentualnie gap się bezceremonialnie na jej tyłek /cycki. Możesz też wprawić ją w zakłopotanie, pytając, czy połyka, albo czy lubi z dupy do ust… Danie jej do zrozumienia, że kręci Cię tak, iż przeleciałbyś ją tu i teraz, niezależnie od tego, czy wyraziłaby na to zgodę, zawsze śmieszne.

    4. Nie zadbaj o swój wygląd i higienę.

    Nieświeży oddech? Co to za problem… w końcu i tak będziesz się do niej nachylał, szepcząc słodkie słówka, a jak się odsunie, to znaczy, że nie jest Ciebie warta… Twoja przyszła Pani musi być twarda!

    Plamy pod pachą? Tym lepiej, w końcu to same feromony, które przyciągają laski jak magnes! Im intensywniejszy zapach wydzielasz, tym lepiej, poza tym – nie będziesz się psikał perfumą jak jakiś pedzio…

    No i najważniejsze – grunt to wygoda. Mniejsza z tym, że ona przyszła w szpilkach, eleganckiej sukience, ufryzowanych włosach i z make-upem… Ty przychodzisz w niewyprasowanym dresie, bo Twoja przyszła wybranka musi akceptować Twój styl, poza tym wiesz dobrze, że najlepsze dziunie kochają Rycerzy Ortalionu.

    5. Nie dbaj o jej komfort.

    Widzisz, że przyszła w 10 cm obcasach? Weź ją na spacer! Najlepiej po parku, tylko obowiązkowo zejdźcie z utwardzonej ścieżki, by usiąść pod drzewami, szczególnie, kiedy widzisz, że ma na sobie elegancką sukienkę, na której zielone ślady po trawie będą się elegancko prezentować… Nawet jeśli widzisz, że trzęsie się z zimna, nie zaproponuj jej kurtki, bo sam zmarzniesz, a jak ona nie umiała się ubrać, to niech cierpi. Nie będziesz płacił za bilet do kina lub żarcie w knajpie tylko dlatego, że laska nie umie obejrzeć prognozy pogody, co nie?

    A, i pamiętaj – spacery w deszczu są taaakie romantyczne, szczególnie, kiedy spłynie z niej cały makijaż, a włosy jej oklapną, dzięki czemu będziesz mógł zobaczyć jej prawdziwe oblicze ;) Naturalne jest najpiękniejsze!

    • Anita Śnieżko

      Bobrze kochany, kogo Ty spotykałaś… :O

  • BonaVonTurka (Hipis)

    Taak, teoretycznie człowiek o tym wszystkim pamięta, ale wystarczy, że usiądę z gościem na zwykłej herbatce i nagle łapię się na tym, że zdążyłam już powiedzieć mu, że nie jem mięsa, dorzucić coś na temat odchudzania się i złych ocen z anglika. I to wszystko w 10 minut, po drodze źle używając słowa „bynajmniej”! Dlatego po latach badań i doświadczeń doszłam do wniosku- zawsze trzeba zmuszać drugą osobę do gadania. Obojętnie czy to randka, herbatka, korki z matmy czy wyjazd integracyjny. Nie da się popełniać gaf podczas słuchania, na szczęście. A ludzie lubią gadać i można dowiedzieć się sporo ciekawych rzeczy o fizyce kwantowej, lotach w kosmos, grach komputerowych, muzyce rockowej, historii i temu podobnych (oczywiście gdy rozmawiasz z facetem).

  • Niektórzy mężczyźni (chłopcy udający mężczyzn) bardzo lubią wypytywać o byłych…

  • Ja się odniosę do samego piewrszego wrażenia. Jak ktoś na mnie zrobi złe piewrsze wrażenie, to graniczy z cudem bym dała mu drugą szansę. To nie jest tak, że nie chce, bo chcę i to bardzo, ale nie potrafię. Niechęć do tej osoby siedzi we mnie tak głeboko i to jest szczerze mówiąc męczące.
    Gdy próbuję się jakoś dogadać z tą osobą, uśmeichnąć do niej, polubić, to po fakcie czuję się jak wstrętna hiopokrytka, bo robiłam to wszystko, a nadal nie lubię.

  • Zaczynając czytać pomyślałam, że kusiiii… kuuuusiiiii… że zawsze kusiło mnie, żeby zrobić komuś piekło z randki :D.. ale po przeczytaniu stwierdzam, że tymi metodami nie dam rady ;-)

  • Nie wierzę, że można na randce przeglądać fejsa :o
    Aczkolwiek historii o rozmaitych eks nasłuchałam się całkiem sporo ;)

  • Zwykle nie popisuję się, że umiem czytać, ale teraz to zrobię: zjadanie łożyska <3

  • Czasem się zastanawiam, jak mężczyźni widzą kobiety. A więc tak to.

  • Ania Piwowarczyk

    Góra 2 piwa! Prawda, Asia? :D

  • Aneta Stańczuk

    By the way. Jakie znowu zaznaczanie tekstu że go nie widzę?!

    • Aneta Stańczuk

      Niech żyje myślenie i ci którym ciężko myśleć. Już wiem..

  • Aleksandra Muszyńska

    Dopowiedziałabym jeszcze, że szybkie zaznajomienie go z planami rodzinnymi o treści „ślub w Bukowinie i trojaczki- Gracjanek, Adrianek i Sebastianek- koniecznie przed ukończeniem 28. roku życia”. Krótka kalkulacja sfinalizowana konkluzją, że to by tak jakoś teraz trzeba zacząć działania i wypadałoby na niego – i facet zbiera się do wyjścia, mówiąc, że przeprasza, ale właśnie spalił mu się owczarek i musi wyjść.

  • O tak, narzekać nie wolno! Szczególnie na pierwszej randce :D
    Zaznaczanie tekstu na żółto – meega! <3

    • Nic nie widzę na żółto, czy na niebiesko :c

      • Jak zaznaczysz tekst tak, jakbyś chciała skopiować to nie podświetla się na żółto? :D

  • Dot

    „Tak, w tym tekście będziemy wytykać zachowania, które oddalają Cię od założenia rodziny, zmiany nazwiska i wzięcia udziału w programie „Rodzina na swoim”.” Roześmiałam się na cały głos, kiedy to przeczytałam :D

    Spóźnij się.
    Też bym uznała, że laska jest ignorantką, gdyby się spóźniła co najmniej pół godziny. Nie pochwalam spóźniania się. Chyba że facet uprzedzi, że się spóźni i poda powód, co nie zmienia faktu, że zaakceptowałabym maksymalnie 15 min spóźnienia.

    Nie zadawaj pytań.
    Myślę, że znała się na wylot i dlatego nie miała żadnych pytań. Chociaż… zawsze można spytać o rzeczy bieżące, typu jak minął dzień, co w pracy/na uczelni, itd. Chyba że Cię śledziła, wtedy wszystko jasne ;)

    Baw się telefonem.
    O, taaak. Rób cokolwiek na telefonie i co chwilę powtarzaj: „Mów, mów, słucham Cię.” Chyba nic nie działa bardziej wkurzająco niż takie zdanie.

    Opowiadaj o swoim byłym
    Ojj, opowiadanie o byłych – najgorzej. Zdecydowanie nie polecam, strasznie się tego słucha. Mam wtedy wrażenie, że facet okropnie tęskni za byłą i tylko czeka aż powiem, że właściwie będę się już zbierać, a on może lecieć spotkać się z byłą.

    PS Efekt zaznaczania tekstu jest super :)

    • Dzięki, taka mała rzecz, a jak cieszy :)

  • Dziękuję Ci ogromnie za ten ostatni punkt. Spotykałam się niedawno z facetem, który mówił o swojej ex przez okrągły tydzień. Kiedyś nawet, na jakimś nudnym wudeżecie odebrałam od niego snapa ze zdjęciem „okropnie grubej świni M. w legginsach”. Wtedy miarka się przebrała… a on sypnął żartem o jej okropnym mejkapie z piątkowej domówki. No nigdy więcej!
    Swoją drogą, podoba mi się to żółte podświetlenie tekstu, jest mega! Jak czytałam, specjalnie zaznaczałam sobie akapity. :D

    • zgadzam się, jest czadowe!

    • Dzięki! Właśnie chciałem, żeby był efekt, takiego szkolnego zakreślacza, tak że miło, że się podoba ;)

  • Z tego miejsca chciałam serdecznie pozdrowić mężczyznę, który na pierwszej randce zapytał mnie jakiego szamponu używam :D :D :D

    • Może używał tego samego i chciał Ci sprzedać info, że w Rossmanie jest promocja :D

      • Ola Pk

        Myślę ,że trafiłeś w punkt :)

    • Dot

      Wow! Brawo dla niego za inwencję twórczą :D

    • Ania Piwowarczyk

      Kiedyś usłyszałam pytanie: czy to naturalny blond?

      • Pewnie nasłuchał się dowcipów o blondynkach i wolał chuchać na zimne.

    • A to źle?
      I jeśli źle, to czy zapytanie o perfumy tez podpada pod tę samą kategorię? ;)

    • Mnie na przykład zapytano, czy całowałam się z niższym facetem.

  • też się spóźniłeś na naszą pierwszą randkę!

    • A nasza pierwsza była super, chyba nawet postawił piwo!

    • Byłbym punktualnie, ale zagadałem się z Twoim chłopakiem. Sorka.

Sprzedałem 567 sztuk powieści zanim w ogóle się ukazała – to wybitnie czy tragicznie?

Skip to entry content

Mijają 2 tygodnie od dnia premiery „Lunatyków” – mojej pierwszej powieści wydanej własnymi siłami. Instagram rośnie w zdjęcia czytelników, odbiór jest bardzo pozytywny, w sieci pojawiają się pierwsze recenzje, średnia ocen na Lubimy Czytać to 7/10, a najmniej przychylna opinia zamieszczona tam zaczyna się od słów „zacznijmy od tego, że książka jest na pewno niesamowicie czytalna – po trzech dniach od dostania jej w ręce przerzuciłem ostatnia kartkę”. Myślę, że to dobry moment, żeby pokazać trochę liczb i podsumować okres przedsprzedaży. Zwłaszcza, że w końcu odespałem maraton pracy po kilkanaście godzin na dobę i powoli wracam do żywych.

Do dnia premiery (26 października), przy sprzedaży wyłącznie przez stronę www.Lunatycy.com, poszło 567 egzemplarzy. Czyli zanim ktokolwiek mógł zobaczyć książkę na oczy i potwierdzić, że w ogóle istnieje, ponad pół tysiąca osób stwierdziło, że chce ją mieć. Czy to dobry wynik? W porównaniu do twórców internetowy wydających poradniki to bardzo słabo. W porównaniu do gameplayerów wydających swoje biografie w wieku 19 lat, to nie wiadomo, bo tradycyjne wydawnictwa nie podają liczb. A w porównaniu do debiutujących powieściopisarzy, to świetnie.

Ale po kolei.

Ile pieniędzy trzeba zainwestować, żeby samemu wydać książkę?

Można 21 000 złotych, ale można też 0.

Co składa się na pierwszą kwotę?

Przede wszystkim druk, który jest jej większą częścią, bo wydrukowanie nakładu 2 100 egzemplarzy (2 000 sztuk na sprzedaż i 100 na przyciski do papieru) kosztowało  11 676zł. W dalszej kolejności: film promocyjny – 3 690zł, korekta – 1 900zł, skład – 1 230zł, okładka – 500zł, sesja zdjęciowa do materiałów promocyjnych– 430zł, sponsorowanie postów na Facebooku – 400zł, szablon strony sprzedażowej – 180zł i kilka innych pierdół. Normalnie powinienem jeszcze doliczyć redakcję i postawienie sklepu internetowego, ale Magda Stępień (odpowiedzialna za kontrolę jakości tekstu) i Andrzej Kozdęba (ustawiający w WordPressie wszystko, co powinno być ustawione) uparli się, że nie chcą pieniędzy i niestety nie byłem w stanie zmusić ich do przyjęcia gotówki. Cóż, jak pech, to pech.

Czy któraś z tych pozycji mogłaby być mniejsza lub zupełnie zniknąć? Z pewnością można by oszczędzić na filmie promocyjnym – na przykład nie robiąc go w ogóle, co z powodzeniem uskuteczniają tradycyjne wydawnictwa – ale z powodów, o których piszę w dalszej części, uważam, że był to konieczny wydatek. Można by też przyciąć na okładce i użyć fotki z darmowego banku zdjęć lub jakiegoś popularnego stocka – co najwyraźniej stosuje Czwarta Strona wydająca Remigiusza Mroza. W związku z tym, że jednak moim głównym celem przy tworzeniu „Lunatyków” nie było wyciskanie złotówek z papieru, aż lasy tropikalne zaczną płakać, tylko zrobienie czegoś zajebistego, co będzie mogło być moją wizytówką, nie płakałem nad każdym wydanym grosikiem.

Jak wydać samemu książkę za 0zł?

Przeprowadzając kampanię crowdfundingową („crowdfunding” to „finansowanie przez tłum” – zbieranie pieniędzy na dany cel, gdzie każdy z wpłacających, w zależności od wysokości wpłaty, uzyskuje jakąś korzyść) lub sensownie rozpisując przedsprzedaż. Mnie dotyczył częściowo wariant drugi.

Częściowo, bo przedsprzedaż była rozpisana na tyle sensownie, na ile byłem to w stanie zrobić, zajmując się tym pierwszy raz w życiu. Z różnych powodów była kilkukrotnie przesuwana i trwała krócej niż pierwotnie zakładałem, jednak efekt i tak był zadowalający. Z pieniędzy czytelników sfinansowałem cały druk, więc tak naprawdę z własnych środków musiałem pokryć tylko 9 000zł reszty kosztów. Czego i tak dałoby się uniknąć, gdybym podwykonawcom zapłacił dopiero 2 miesiące po wystawieniu faktury, co nagminnie się zdarza w branży reklamowej, jednak nie chciałem być człowiekiem, na którym wiesza się chuje w kuluarach i zapłaciłem wszystkim po tygodniu.

Ile się zarabia na wydawaniu samemu książki?

Jedyna prawdziwa odpowiedź brzmi: to zależy. Zależy od ceny za jaką będziesz chciał ją sprzedawać i kosztów jakie będziesz ponosił, żeby to się stało.

Średnia cena książki w Polsce oscyluje w granicach 40zł. Jeśli dodasz do tego 10zł kosztów wysyłki, to dalej będzie akceptowalne, ale przy wyższej kwocie musisz to już jakoś sensownie uzasadnić. Zatrzymajmy się więc przy standardowych 50zł, a w zasadzie 49zł, bo – wbrew rozsądkowi – ta złotówka różnicy naprawdę działa.

Jakie mamy koszta przy samo-publikowaniu (jak ktoś zna ładniejsze tłumaczenie dla self-publishingu, to śmiało)?

1. Druk – najoczywistsza składowa z oczywistych, przy czym już tu pojawiają takie wahania, że można dostać choroby morskiej. Twarda okładka, czy miękka? Jak miękka to karton satynowany, jednostronnie kredowany, czy matowy? I ze skrzydełkami, czy to jednak nie kubełek classic w KFC i może być bez? A co z papierem w środku? Offset, satynowany, ecobook, czy Munken Print Cream vol 1,8 (cokolwiek to znaczy)? I ile ma mieć gram?

To wszystko sprawia, że przy nakładzie 2 000 sztuk, koszt 1 egzemplarza może wynosić poniżej 5zł, a może i prawie 9zł. U mnie wyszło niecałe 6zł.

2. Platforma sprzedażowa – miejsce gdzie będzie można kupić książkę.

Czytałem o jednym przypadku, gdzie dziewczyna wydająca się samodzielnie postawiła sobie za punkt honoru wprowadzić swoją książką na półki w Empiku. I wyszła na tym jak fanka Popka na tatuowaniu gałki ocznej. W sensie nie straciła wzroku, no bez przesady, Empik jest straszny, ale są jakieś granice. Po prostu odbiło jej się to nieświeżym bigosem. Utopiła pieniądze (bo za bycie w sieciowych księgarniach się płaci) i zamroziła książki (bo ostatecznie nie wylądowały na półkach, tylko przeleżały pół roku w magazynach). Dlatego większość samo-publikujących się sprzedaje swoje książki wysyłkowo przez internet.

W opcjach jest wystawianie aukcji na Allegro lub własny sklep internetowy. W przypadku tego drugiego zazwyczaj mamy do czynienia z abonamentowym kosztem rzędu 60zł miesięcznie. Do tego dochodzi koszt obsługi szybkich płatności internetowych (żeby wpłaty od kupujących były księgowane natychmiast, a nie po tygodniu). W zależności czy wybierzesz PayU, czy Przelewy24, to może być 2,9% lub 1,9% wartości zamówienia. W moimi przypadku niecały 1zł.

3. Dystrybucja – innymi słowy: wysyłka. Za zrealizowanie jednej wysyłki do czytelnika – karton, pakowanie, druk i naklejenie etykiety, nadanie Kurierem48 Pocztexu – płacę niecałe 15zł podwykonawcy robiącemu to za mnie (Krzysztof Bartnik – ten sam człowiek, który wysyła książki Volantowi, Pani Swojego Czasu, Michałowi Szafrańskiemu, a od niedawna również Radkowi Kotarskiemu).

Są self-publisherzy (straszne słowo, wiem), którzy przycinają na tej składowej i wysyłają książki osobiście zwykłym listem poleconym, ale w mojej opinii – biorąc pod uwagę ile czasu każdorazowo trzeba poświęcić na ogarnianie tego – to wcale nie jest oszczędność. Bo gdy jesteś zarówno autorem jaki i wydawcą, to naprawdę ostatnia rzecz, którą powinieneś robić, to stać z siatą paczek w kolejce na poczcie. Zwłaszcza, gdy – tak jak ja – w momencie, kiedy w ciągu dnia masz zrobić więcej niż dwie rzeczy, nie robisz żadnej dobrze, bo podzielność uwagi to dla Ciebie koncept czysto teoretyczny.

Podsumujmy to: czytelnik za książkę płaci 49zł, odejmujesz od tego 6zł za druk, 1zł za szybkie płatności i 15zł za wysyłkę (powinniśmy jeszcze doliczyć wcześniej wymienioną redakcję, korektę, skład, okładkę, promocję itd., ale przyjmijmy, że już wyszedłeś na zero z kosztami startowymi), wychodzi 27zł dla Ciebie. Minus podatek dochodowy i VAT.

Czy 567 książek sprzedanych w przedsprzedaży to dużo, czy mało?

Dużo, ale tylko biorąc po uwagę, że to powieść.

Czemu jest to takie istotne?

Po pierwsze: motywacja do zakupu.

Ludzie kochają poradniki, bo dają im obietnicę bezpośredniego wpływu na ich życie i zmiany na lepsze (co prawda zapominają, że książka sama za nich tych zmian nie wprowadzi, ale w tym kontekście to nieistotne). Przykładowo: przy poradniku o odchudzaniu można wprost komunikować, że „kupując tę książkę dowiesz się jak schudnąć X kilogramów w Y miesięcy”. Potencjalny nabywca widzi bezpośrednie powiązanie między zakupem danego tytułu, a korzyścią jaką mu to przyniesie.

Z beletrystyką jest trudniej, bo – jak byśmy nie fetyszyzowali literatury i nie wynosili na piedestał czytania – to po prostu rozrywka. Czas umili, ale życia nie zmieni (a przynajmniej trudniej jest stosować tego typu narrację w materiałach promocyjnych). Oczywiście możemy próbować grać na tonach, że powieści nas rozwijają emocjonalnie, przez śledzenie trudnych losów bohaterów stajemy się bardziej empatyczni, dzięki odkrywaniu nowych środowisk poszerzamy swoje horyzonty, a przez samo czytanie stajemy się bardziej elokwentni, poza tym to kontakt z… <ziew> dobra, wiem, że absolutnie na nikim, poza nauczycielkami polskiego, to nie robi wrażenia.

Pośrednie korzyści z czytania jako takiego większość ma w dupie, powieści to rozrywka, więc przede wszystkim mają rozrywać. Problem jest tylko taki, że ludzie są przyzwyczajeni do tego, że rozrywkę mają za darmo, zwłaszcza w internecie.

Po drugie: co jest w środku?

W przypadku poradników wystarczy pokazać spis streści, żeby było wiadomo z czym to się je. Przy biografiach tak naprawdę nie trzeba nic poza nazwiskiem opisywanej postaci. Z wielowątkową opowieścią na kilkaset stron jest nieco trudniej, bo co, będziesz streszczał po rozdziale co tam się dzieje? Zrobiłem to zanim zacząłem pisać, to się nazywa plan ramowy i wyszło 48 stron A4. Będziesz próbował zamknąć całość w jednym chwytliwym zdaniu? Świetnie, tylko, że to za mało.

Ludzie chcą wiedzieć co jest w środku, o czym to jest, i czy na pewno się wciągną, bo w momencie kiedy jesteś debiutantem (a jesteś), nie uwierzą Ci na słowo, że po prostu „warto”. Dlatego też postanowiłem wyprodukować zwiastun promocyjny na wzór zwiastunów filmowych, żeby na tyle zobrazować czytelnikom historię, by mogli ją poczuć i zapragnęli poznać jej dalszą część. W przypadku tego gatunku książki, uważam, że było to jedno z istotniejszych działań.

Po trzecie: wynik mierzenia zależy od punktu odniesienia.

Przy znajomych Youtuberach, którym w przedsprzedaży poszło po kilkanaście (a niektórym nawet po kilkadziesiąt) tysięcy sztuk, moje 567 egzemplarzy wygląda blado jak albinos na śniegu. Sytuacja jednak się zmienia, kiedy odrzucimy wartości bezwzględne i spojrzymy na sytuację pod kątem proporcji – to znaczy stosunku obserwatorów na Facebooku do liczby kupionych książek – bo absurdem byłoby oczekiwać, że moja niespełna dwudziestotysięczna społeczność wykręci taki sam wynik, jak ponad półmilionowa Ewy z Red Lipstick Monster (którą pozwolę sobie się tu posłużyć, bo robi świetną robotę i bardzo ją cenię). Gdy spojrzymy na procenty, okazuje się, że już przepaści nie ma.

Porównując się z kolei do debiutujących powieściopisarzy, wychodzi, że jest bardzo dobrze. Próbowałem znaleźć jakieś dane sprzedażowe dotyczące debiutów literackich w Polsce i jedyna liczba do jakiej udało mi się dotrzeć, to przedrukowany cytat z Forbesa, który mówi, że…

Zgodnie z niedawnymi informacjami podanymi przez magazyn „Forbes” średnia sprzedaż dobrego debiutu waha się od 500 do 1000 egz. Średni początkowy nakład debiutanta w naszym wydawnictwie to 400 egz.

Co by oznaczało, że ich roczny wyniki przebiłem w niecały miesiąc.

Czy dało się wycisnąć więcej z przedsprzedaży?

Jak najbardziej, tylko musiałaby się stać jedna z dwóch rzeczy: ja musiałbym mieć więcej doświadczenia lub doba więcej godzin.

Wszystko co miało miejsce podczas pisania i wydawania „Lunatyków” działo się w moim życiu po raz pierwszy. Od wybierania grubości papieru do książki, po wybieranie koloru przycisku w sklepie internetowym. A po drodze rejestrowanie działalności gospodarczej, pilnowanie korekty, składu, druku, terminów i tego, żeby zjeść choć dwa posiłki w ciągu dnia i przejść się dalej niż do toalety, bo bywało, że w obliczu nawarstwiającego się zapierdolu i setki spraw do załatwienia NA JUŻ, zwyczajnie o tym zapominałem. Albo nie miałem kiedy.

O naprawdę wielu rzeczach nie wiedziałem, o prawie tylu samo nie pomyślałem i musiałem się ich uczyć w biegu. Na szczęście miałem od kogo (za co serdecznie dziękuję Monice Kamińskiej, Bartkowi Popielowi, Michałowi Szafrańskiemu i wszystkim z grupy „Jak wydać książkę?”, bo dostałem od nich ogromne wsparcie merytoryczne), niestety nie zawsze było kiedy i część działań promocyjnych musiałem odpuścić, bo zwyczajnie coś by mi siadło pod kopułą z przepracowania. A nie po to trzy i pół roku temu odchodziłem z etatu, żeby teraz świat za oknem widywać tylko we vlogach na YouTube.

Jestem w pełni świadom, że w tej pierwszej fazie mogłem zrobić dużo więcej, ale raz, że pieniądze nie są dla mnie aż tak ważne, by zapracować się na śmierć, a dwa, że to był tylko jeden etap. Na szczęście, w odróżnieniu od tradycyjnych wydawnictw, nie jest tak, że książkę się promuje i sprzedaje tylko przez trzy miesiące, a potem idzie na przemiał i wszyscy zapominają o jej istnieniu. Przez to, że nikt poza mną nie ma kontroli nad tym, co dzieje się z „Lunatykami”, mogę ich promować przez najbliższy rok, a nawet dwa, ciągle docierając do nowych grup odbiorców.

Co jest największym minusem wydawania się samemu?

To, że musisz być wydawcą, dystrybutorem, promotorem i sprzedawcą w jednym. I jeśli wielozadaniowość nie jest Twoją mocną stroną, to nie najlepiej. Gorzej jest tylko, gdy czujesz się artystą.

Tłumacząc to bardziej obrazowo: dopóki piszesz, zwłaszcza powieść, musisz być przekonany, że historia, którą opowiadasz, a zwłaszcza sposób w jaki to robisz, to najbardziej unikatowa rzecz na świecie. Pieprzony latający jednorożec albo nieodkryty dotąd pierwiastek chemiczny. Że po tej książce historia ludzkości się skończy i zacznie na nowo. Musisz wierzyć, że to coś absolutnie wyjątkowego, bo inaczej nie będziesz się starał i jarał tym co robisz i wyjdzie jakiś wymęczony od niechcenia gniot.

Z kolei, kiedy proces twórczy jest już skończony, oddałeś tekst do druku i nic więcej nie możesz w nim zmienić, musisz zrzucić skórę Michała Anioła i wejść w buty Raya Kroca. I przyjąć, że Twoje redefiniujące życie i śmierć dzieło, jest najzwyklejszym na świecie produktem, który po prostu trzeba sprzedać. Jak proszek do prania albo krem po oczy. Bo dla procesu jakim jest sprzedaż nie ma absolutnie żadnej różnicy, czy to, co stworzyłeś będzie nominowane do Paszportów Polityki, czy wyląduje w czyimś garnku, a później na talerzu, czy w ogóle będzie tym talerzem.

Teoretycznie – to oczywiste, praktycznie – dopiero się tego uczę.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

 

---> SKOMENTUJ

Z pewnością zdarzyło Wam się spotkać, jeśli nie na lekcji polskiego, to w domu lub na podwórku, z powiedzeniem „masło maślane”. Możliwe, że sami go użyliście, nie znając encyklopedycznej definicji tego zjawiska, ale intuicyjnie czując, że chodzi o zbitkę słów, w której oba znaczą mniej więcej to samo i tłumaczą się nawzajem. Takie sformułowanie, to błąd językowo-logiczny zwany pleonazmem.

Pleonazm – z greckiego „nadmiar” – wyrażenie, w którym jedna część wypowiedzi zawiera te same treści, które występują w drugiej części, potocznie zwane „masłem maślanym”.

Mimo, że staram się dbać o poprawność językową, zarówno w tekstach na blogu, jak i mowie codziennej, moje wypowiedzi nie są wolne od błędów i zdarza mi się walnąć byka. Czasem dość oczywistego, przez co tym bardziej mi głupio. Niekiedy jednak, błędy językowe są tak zakorzenione, że sami ich zupełnie nie widzimy i dopiero osoba trzecia jest w stanie je wyłapać. Czemu o tym piszę? Bo w dużej mierze tyczy się to pleonazmów, których uczymy się w dzieciństwie, będąc przekonany, że to zupełnie poprawne zwroty.

Poniżej najczęściej używane masła maślane, które być może sam stosujesz i nawet nie wiesz, że są błędami.

drobny detal – detal z definicji jest czymś niewielkim, więc nie ma możliwości, aby był duży.

akwen wodny – akwen to „dowolnie określony obszar wodny”, przez co epitet związany z H2O jest zupełnie zbędny.

cofać się wstecz – a można cofnąć się w przód?

płyta cd – przy tej zbitce wychodzi nieznajomość języka angielskiego i skrótu „cd”, którego rozwinięcie to „compact disc”. Czyli „płyta kompaktowa” po polsku.

okres czasu – a czegóż innego miałby być okres, jeśli nie czasu? Okres pieniędzy? Okres chleba?

poprawić na lepsze – ten zwrot nie byłby błędny, gdyby zamiast „poprawić” użyto by czasownika „zmienić”, ale poprawa zawsze, ale to zawsze jest na lepsze.

spadać w dół – czy komukolwiek poza Biszem kiedykolwiek zdarzyło się spadać w górę?

wzajemna współpraca – współpraca to „współdziałanie z innymi, umiejętność pracy w grupie na rzecz osiągania wspólnych celów”, zatem nie może być jednostronna.

podatek vat – kolejny przykład nieznajomości języka angielskiego – „vat” to „Value Added Tax”, a „tax” = „podatek”.

zabić na śmierć – nigdy nie próbowałem, ale zabić kogoś na życie byłoby raczej trudno.

fakt autentyczny – ten błąd popełniałem gdzieś do końca podstawówki i dopiero nauczycielka, w trakcie zastępstwa na historii, była w stanie mi wytłumaczyć, czemu to wyrażenie jest niepoprawne. Jeśli coś jest faktem, to znaczy, że się zdarzyło, nie jest przypuszczeniem, teorią, opinią czy tezą, tylko zweryfikowanym zdarzeniem, w związku z czym, musi być autentyczne.

artykuły agd – i znów brak znajomości skrótu – „agd” = „artykuły gospodarstwa domowego”.

w miesiącu maju – a czy można się z kimś umówić w dniu lub w roku maju?

Jeśli pominąłem jakiś oczywisty pleonazm, to dorzuć go od siebie  w komentarzach. Skorzystamy na tym wszyscy.

---> SKOMENTUJ