Close
Close

Osoby pracujące w Gazeta.pl nie potrafią czytać ze zrozumieniem

Skip to entry content

Wczoraj ukazał się ranking Tomka Tomczyka, w którym opublikował zestawienie najbardziej wpływowych blogerów w Polsce, biorąc pod uwagę ich dokonania w 2015 roku. Poza jego listą, we wpisie zamieszczony jest też szereg raportów i danych zebranych przez firmy zajmujące się monitorowaniem mediów. Zarówno tych cyfrowych, jak i analogowych. Jednym z tych zestawień, był przygotowany przez Press Service ranking według liczby publikacji w mediach i według sumy ekwiwalentu reklamowego.

Ekwiwalent reklamowy (AVE) – wskaźnik wyrażający ilość pieniędzy, jaką należałoby wydać na publikację lub emisję danego przekazu, gdyby był on reklamą. Jest stosowany jako indeks oceny efektywności działań PR.

To sformułowanie może wydawać się zawiłe i mało zrozumiałe dla kogoś niebędącego na co dzień za pan brat ze światem reklamy. Jednak dla osób zajmujących się zawodowo pisaniem o pieniądzach, a wydaje mi się, że takimi właśnie ludźmi są pracownicy serwisu Gazeta.pl Pieniądze, powinno być to pojęcie równie oczywiste co „popyt” i „podaż”. To teoria. Praktyka pokazuje, że jest zupełnie odwrotnie.

Owo zestawienie wygląda tak…

ranking blogerów
źródło: http://jasonhunt.pl/ranking-najbardziej-wplywowych-blogerow-2015-roku/

…natomiast w tekście próbującym być artykułem „Wielki ranking polskich blogerów 2015. Nie zgadniecie, na ile wyceniana jest Maffasion” autor-widmo pisze…

Maffasion, czyli Julia Kuczyńska, to bezsprzecznie najbardziej wartościowa blogowa marka w Polsce. Wyceniana jest na blisko 40 mln zł.

…oraz…

Na czwartym miejscu znajduje się Marta Dymek ze swoim topowym blogiem kulinarnym Jadłonomia, której marka wyceniana jest na ponad 10 mln zł. Następne dwa miejsca zajmują Przemysław Pająk ze Spider’s Web (6 mln zł) oraz Michał Szafrański z Jak Oszczędzać Pieniądze? (4,8 mln zł).

…i widząc to załamuję ręce.

Rozumiem, że autor-widmo tego paszkwilu liczył na wzbudzenie sensacji, a może i skandalu, bo przecież nic tak nie ekscytuje ludzi jak pieniądze, zwłaszcza duże i nieswoje, ale publikując to coś, ośmieszył nie tylko siebie, ale także swoją redakcję i cały serwis. Bo ktoś musiał przecież to zaakceptować, a ktoś inny potem powiesić na stronie głównej, udowadniając, że co najmniej 3 osoby nie potrafią tam czytać ze zrozumieniem.

Otóż droga redakcjo Gazeta.pl, w przypadku Julii Kuczyńskiej, pseudonim operacyjny Maffashion, EKWIWALENT REKLAMOWY publikacji na jej temat w mediach wyniósł blisko 40 milionów złotych, A NIE JEJ MARKA, więc mówienie, że ona jest wyceniana na tę kwotę jest karygodnym błędem. Bardziej łopatologicznie, gdyby sama chciała wykupić tę samą liczbę publikacji w prasie, radiu, telewizji i internecie, która w zeszłym roku ukazała się na jej temat, bo media te same z siebie o niej wspominały, to przyjmując stawki z cennika musiałaby wydać kwotę sięgającą 40 milionów złotych, ale w żadnym wypadku nie znaczy, to że ona, czy też jej marka jest szacowana na 40 milionów złotych.

Zrozumiałe? Tak? Na pewno? To może na wszelki wypadek jeszcze raz.

Według tego rankingu, wartość publikacji, które ukazały się we wszystkich możliwych mediach w 2015 roku na mój temat, to równowartość 414 925zł. Innymi słowy, gdyby wszystkie wzmianki, które pojawiły się o mnie były zleconą reklamą, to jej koszt, po stawkach z cenników tych mediów, wynosiłby 414 925zł. W związku z powyższym – i biorąc pod uwagę, że definicja ekwiwalentu reklamowego nie jest państwowo chronioną wiedzą, co więcej, POJAWIA SIĘ NA ZESTAWIENIU – nie wiem jak można uznać, że dany bloger jest tyle wart.

Rzygam już od mielenia w kółko branżowych tematów, ale jeśli tak istotne błędy merytoryczne są publikowane bez zająknięcia na tematycznych portalach informacyjnych, to teraz pomyśl jak rzetelne są pozostałe wiadomości, które się tam pojawiają. To daje do myślenia ile razy dziennie jesteśmy wprowadzani w błąd, bo ktoś w tego typu redakcji próbuje ukuć nośnego niusa, pisząc na temat, na którym kompletnie się nie zna. Jak można z takich miejsc czerpać informacje o świecie, skoro publikują tam osoby, które nawet nie są w stanie sprawdzić podstawowych pojęć w Wikipedii?

Z globalnego punktu widzenia ten babol jest nieistotny, bo dotyczy tylko mojego małego środowiska, ale wyobraź sobie ile razy w zeszłym roku czytając o szczepionkach trafiałeś na równie rzetelne „artykuły”? Albo o podatkach? Albo o uchodźcach?

Zapalmy po zniczu za dziennikarstwo w internecie, bo właśnie jesteśmy świadkami jego agonii.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: Co zmieniło we mnie 5 lat blogowania?()

  • Nebelwerfer

    Z utęsknieniem czekam na dziennikarza, który zrozumie COKOLWIEK

  • Kawazu

    „Dziennikarz” pomylił „tyle X by musiał/a wydać jeśli wszystkie wzmianki były by płatnymi reklamami” z „ta osoba ma tyle pieniędzy” jak dobrze rozumiem (i wiem że wartość != posiadanie, ale zostawmy to uproszczenie na potrzeby przykładu) – ciekawie jak wygląda proces rekrutacyjny w wybiórczej ;)

  • Dlatego nie czytam takich portali.
    A tak poza tym, to dobra robota Janek :)

  • Dzięki, czytałam ten tekst i wydawało mi się kosmiczną bzdurą. Michał Szafrański otwarcie pisze o swoich pieniądzach więc jak zobaczyłam „wycenę” 4,8 mln to się zdziwiłam.

  • To jest przykre, bo są rzeczy, które wychwycimy, zauważymy błąd. Nie musimy jednak znać się na wszystkim, ale możemy wymagać od dziennikarzy umiejętności do weryfikowania informacji. Na pewno każdy z nas przeczytał już dziesiątki artykułów, w których popełniano błędy, a my jako laicy nie potrafiliśmy ich wycenić. Przyjęliśmy te informacje do świadomości, a one w jakiś sposób kształtowały nasze pojęcie o świecie, które tak naprawdę jest błędne. Przykre.

  • elRobson

    Ja już w ogóle nie czytam serwisów informacyjnych, mam dosyć czytania co poniektórych pseudo-fachowców i jestem tego zdania, że jak ktoś kogoś wprowadza w błąd(czy to w realu czy w sieci) to powinno być karane, szczególnie w internecie(gdzie w błąd wprowadza się nie jedną czy parę osób a wiele tysięcy)

  • Karolina Piotrowska

    Dziennikarze internetowi niemal wszedzie należą do grupy najsłabiej opłącacnych, od nich wymaga sie WYŁACZNIE klikalności, wyników a nie merytoryki. Dlatego coraz częściej mozna ich złapac na plagiatowaniu tekstów blogerów- ostatnio znalazłam kilkanascie przykładów albo na nieudolnej kradzieży/interpretacji teks†ów z netu. Oni nie maja czasu na napisanie dobrego tekstu, oni nie wiedzą, co to jest dobry tekst, który należy przygotować; szybciej jest ukraśc, nawet tak nieudolnie i dac chwytliwy tytuł, najlepiej z dużymi kwotami i jest git, kliki lecą…

  • na Elle podobnie.

  • Takim mediom jak gazeta.pl ufać po prostu nie można i wręcz nie wolno. Dziwi mnie to, że informacje nie są sprawdzanie rzetelnie, szczególnie w dobie, kiedy każdy artykuł można skomentować, skopiować, publikować dalej i ośmieszać.

  • Poziom mediów <3 Grunt, że się klika.

  • Panie Star Fly, niech Pana już tak nie interesują zarobki blogerów. To każdego prywatna sprawa!

  • Bierze się ten debilizm m. in. z tego, że istnieje powszechne przyzwolenie na „skróty myślowe”. I okej, są one przydatne i potrzebne w codziennym życiu. Ale w mediach dochodzi do tak absurdalnych uporszczeń świata, że aż dziw bierze, czego się nie zrobi dla wzrostu klikalności.

    • Wiesz, ja rozumiem jeszcze jakby to był skrót myślowy, ale tu autor-widmo pomylił „wydać” z „zarobić”.

  • Faktycznie, „trochę” to przykre. Ostatnie zdanie podsumowuje to idealnie.
    Pozdrawiam

  • Czytać ze zrozumieniem to się powinni nauczyć wszyscy, którzy się ekscytują ekwiwalentem reklamowym. To jest oszacowanie z palca – kampanie reklamowe w rzeczywistości wyceniane są inaczej niż jest liczony ekwiwalent, to raz. I to co bystrzejsi blogerzy już nawet to zauważyli. Ale sam ekwiwalent to miara wzięta z palca. Czym innym jest kupienie powierzchni reklamowej i umieszczenie tam przekazu. Kompletnie czym innym jest budowanie relacji z mediami lub społeczności w internecie. Przy tym drugim są inne koszty – nie zakup fikcyjnej powierzchni reklamowej, ale czas, koszty zewnętrzne, pensje osób, które za dane działanie odpowiadają (na przykład za prowadzenie fanpejdża czy kontakty z mediami). Więc jak już porównywać to ze zrozumieniem.

  • Krzysztof Tatarynowicz

    I wypijmy po piwie za ostatnie, tak trafne, zdanie tekstu!

  • No i wszystko jak zwykle sprowadza się do tego, że ludzie nie myślą – tak samo publikujacy, jak i konsumenci publikowanych treści. Nie szukają, nie sprawdzają, nie uwierzytelniają, tylko łykają wszystko jak młode pelikany. Bo skoro Gazeta.pl Pieniądze, to przecież muszą się znać na rzeczy :)

    • Róża Wigeland

      Jako konsumentka publikowanych treści powinnam dostawać te treści napisane przez ekspertów w swoich dziedzinach, zweryfikowane, uwierzytelnione, sprawdzone przez kompetentnych ludzi. Nie mam czasu na co dzień sprawdzać każdej podanej wiadomości w iluś tam źródłach, by nie ośmieszyć się w razie czego wśród znajomych podając jakąś wiadomość dalej. Bo skoro Gazeta.pl Pieniądze, to POWINNI znać się na rzeczy.

      • Dokładnie, skoro nie jest to serwis ogólnotematyczny, tylko sprofilowany na pieniądze i biznes, czytelnik może oczekiwać, że publikacje w nim tworzą osoby znające się na zagadnieniach, o których piszą. Sprowadzenie sytuacji do tego, aby czytelnik musiał sprawdzać każdą informację w kilku źródłach jest absurdem, ale najwyraźniej doszliśmy do tego momentu.

      • Oczywiście, że powinni. I na tym temat się kończy, bo jak widać oczekiwania różnią się od rzeczywistości…

  • Puenta trafia w sedno. Bardzo dobrze napisane.

  • Marcin Szczupak

    Dziękuje za komentarz jest w punkt :) celowo metodologię AVE zamiescilismy na wykresie żeby każdy interpretował to właściwie :) niestety wyszło inaczej, ale IMHO to chyba zabieg celowy pomagający lepiej skroic newsa

    • Cały czas o tym myślę i zastanawiam się co jest gorsze – to, że w tematycznych serwisach pracują niekompetentne osoby z łapanki, czy to, że ktoś byłby w stanie celowo wprowadzić dziesiątki tysięcy ludzi w błąd, tylko po to, żeby tekst się klikał?

      • Marcin Szczupak

        Odbiorcy mediów zauważają, jak media potrafią przeinaczać właściwe informacje (nie chcę używać słowa manipulacja – bo to nie ten przypadek) – dopiero, gdy dotyczy to tematu, na którym się znają ;) Zjawisko, o którym piszesz jest jak słusznie zauważasz samo w sobie przerażające. Parę lat już minęło kiedy straciłem kompletnie wiarę w treści prezentowane np. na forach dyskusyjnych opisujących danych produkt. Jak widać coraz szybciej dotyka to także „tradycyjnych” mediów (również online).

  • Wydaje mi się, że to po prostu chęć wzbudzenia jakiejś sensacji, nic poza tym ;) Jak sam wspomniałeś, ludzie lubią czytać o czyichś miljonach i ekscytować się tym, ze Maffashion za wrzucanie zdjęć ubrań jest nagle wyceniona na 40 baniek. Serio internecie?

  • marektwejn

    Dzięki za wyjaśnienie co to jest AVE. Wielu blogerów z tego zestawienia też chyba nie rozumie tego pojęcia, bo co najmniej kilku z nich chwaliło się, ile warta jest ich marka lub oni sami ;)

  • Edzia

    Najsmutniejsze jest to, że ludzie czytają takie bzdury i wierzą w nie bez zastanowienia i żadnej weryfikacji faktów. Tak napisali w gazecie, więc to musi być prawda. Niektórych nawet sensowne wytłumaczenie nie przekonuje, „bo przecież w gazecie napisali inaczej”.

    • To chyba jest w tym najbardziej przerażające. Ludzka głupota goni ludzką głupotę.

  • Mnie najbardziej bawi Mikołaj Nowak (nie wiem czy kojarzysz), który na temat polskiej blogosfery ma zawsze najwięcej do powiedzenia i często pisze statusy na fb lub tt właśnie w takim tonie, jak przytoczony przez Ciebie artykuł.

    • Tak jak niewypada śmiać się z Kononowicza, tak w jego przypadku również spuśćmy zasłonę milczenia.

      • To jest piękne <3

      • Mąż poprosił bym wkleiła w jego imieniu komentarz do tego tekstu, bo równie mocno jak mnie, rozbawiła go twoja odpowiedź:

        „Spesalvi: Jestem dumnym posiadaczem bana u Nowaka :)Obraził się na mnie, bo ośmieliłem się napisać mu, że świeci światłem odbitym marki Fakty TVN, a social media ninja z niego marny. Skoro bowiem uważa się za ojca sukcesu Grono.net, a Grono.net padło, to marny z niego ojciec :) Chciałem to napisać u Stayfly, ale hm… mam bana tylko nie pamiętam za co :) „

        • Pozdro dla męża, też nie pamiętam za co ma bana :D

  • Nie wspomnę o tym, że na samym początku autorką Jadłonomii była Anna Dymek ;)

  • Sami sobie strzelają w kolano. Najgorsze jest, że inne serwisy to podchwytują. Chyba widziałam, że Marta Dymek udostępniła screen z pudelka z wiadomością, że jest warta prawie dziesięć milionów?
    Czytając komentarze pod tekstem na gazeta.pl miałam ze sobą popcorn.

    • Rozumiem, gdyby to opublikował jakiś tabloid niemający pojęcia o finansach, ale pieniadze.gazeta.pl , to tematyczny serwis o biznesie. Przynajmniej w teorii.

  • Kiedyś kolega z redkacji sportowej mówił: dziennikarstwo sportowe zaczyna się tam, gdzie kończy się zwykłe dziennikarstwo. Wracając do jego myśli należy spytać, gdzie zaczyna się dziennikarstwo internetowe. :p I czy jest czymś więcej niż bezmyślnym CTR + C i CTR+V.

    • Nawet kopiuj-wklej im się nie udaje, bo jak ktoś zauważył na moim Facebooku, ksywka Julii Kuczyńskiej w tekście pojawia się 5 razy i 5 razy jest z błędem.

Najlepszy środek antykoncepcyjny? Weekend w hotelu z dziećmi

Skip to entry content

Byli ze sobą na tyle długo, że pamiętali nie tylko swoje pierwsze, ale i drugie imiona, znali tak dobrze, że wiedzieli już po mowie ciała, kiedy które z nich kłamie, i kochali tak bardzo, że akceptowali swoje najbardziej ześwirowane dziwactwa. Na przykład to, że ona nie była w stanie zasnąć, jeśli nie umyła wszystkich blatów i nie poodkurzała przed spaniem i to, że on zawsze prosił o frytki na osobnym talerzu w IKEI, żeby przypadkiem nie zalały się sosem z klopsików. Choć w sumie to nic, prawdziwym wyznacznikiem ich poziomu zakochania, był fakt, że gdy żartowali na temat tego, że będą mieli razem dziecko, żadne z nich nie dostawało ciarek przerażenia na całym ciele i nie zaczynało instynktownie biec w ciemności w bliżej nieokreślonym kierunku, byle tylko uciec od tej wizji.

Oboje pracowali, jak przystało na dorosłych, poważnych i odpowiedzialnych ludzi, 5 dni w tygodniu, po przynajmniej 8 godzin dziennie, tocząc heroiczną walkę ze wszystkimi wyzwaniami, za które im płacili. Które nie raz wyczerpywały ich jak utrzymanie porządku w kawalerce, więc gdy już czuli, że ich baterie padają i potrzeba regeneracji, a przynajmniej przerwy, on wpadł na pomysł. „Genialny w swej prostocie”, jakby to zaskreczował DJ Adamus w programie Jakuba Wojewódzkiego. Pomysł ten brzmiał: jedźmy na weekend w góry!

Przyznacie, że genialne, prawda? Ona, nie mając za bardzo wyjścia, również przytaknęła i z radością zaczęła przeglądać z nim hotele, żeby znaleźć ten jeden jedyny najjedyńszy, w którym poczują się jak królowie, jak Książę William i Księżna Kate. Tyle, że bez tłumu gapiów przed wejściem i dzikich paparazzi na drzewach. I znaleźli! Dziewięciopunktowy w skali Bookingu, czterogwiazdkowy w skali astronomicznej i zajebisty w skali ich własnej. Zarezerwowali, namalowali w swoich głowach pejzaż górskiej sielanki, z dala od miejskiego zgiełku i sąsiadów na przemian katujących ich audycjami Radia Maryja i rozklepywaniem mięsa na schabowe, i wyczekiwali dnia, gdy białe górskie pasmo rozciągnie przed nimi niezmącony spokój.

W końcu ten moment nastał, spakowali do walizek wygodne ciuchy na lenienie i wycięte na zbliżenie, wsiedli do auta i śpiewając wodny przebój Lykke Li, ruszyli w stronę górskich źródeł!

Po dotarciu na miejsce, odebrali karty do swojego pokoju, wjechali na 3 piętro, szybkim ruchem ściągnęli kurtki i buty, i wskoczyli na łóżko, ze zwinnością urwisów, które w dzieciństwie zarwały niejeden stelaż, rozkoszując się odprężającym widokiem białych szczytów za oknem. Było dokładnie tak jak sobie zaplanowali: spokój, przyroda i tylko ich dwoje. Do momentu, aż nie usłyszeli przeraźliwego ryku, rozdzierającego ciszę jak Rejtan szaty. Autorem tego szlachtującego membrany popisu wokalnego nie był ani niedźwiedź napadający na turystów, ani turyści uciekający przed niedźwiedziem, ani nawet jeleń grzebiący z nudów w ziemi. Tak przeraźliwy i niemożliwy do pohamowania dźwięk, mogło wydać z siebie tylko jedno zwierzę: dziecko!

Beczące dziecko w pokoju nad nimi sadystycznie zabiło atmosferę intymności, sprzyjającą zdobyciu innych szczytów niż górskie, ale nie poddawali się. Przed wyjazdem zaplanowali, że odpoczną i mieli zamiar dopiąć swego, nawet, gdyby mieli się od tego zmęczyć. Postanowili skorzystać z innych niż łóżko atrakcji hotelowych, przebrali się w mięciutkie szlafroki i zjechali windą na basen.

Na basen, na którym aż roiło się od dzieci, jak od piranii w Amazonce. Skakały z brzegów, biły się piankami, rzucały piłką i pływały w kółkach. Wszędzie! Rycząc wniebogłosy w trakcie wykonywania każdej z tych czynności. I będąc w bezruchu zresztą też. Widok tego oczka wodnego w pełni opanowanego przez mikrusy między drugim, a jedenastym rokiem życia, nieprzestrzegające żadnych zasad BHP, nie mówiąc już o zwykłym pożyciu międzyludzkim, wyglądał jak plan zdjęciowy nowego horroru Hitchcocka. W momencie, gdy jeden 5-latek myśląc, że Jego noga jest dziecioprzepuszczalna, rozpędzony odbił się od niej lądując na płytkach z charakterystyczną pieśnią na ustach, którą fonetycznie można zapisać jako „łeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee”, a drugi, zapominając, że nie jest na wuefie w szkole i nie gra w zbijanego, trafił Ją mokrą piłką w głowę, Oboje stwierdzili, że przegrali tę walkę i czas na kapitulację.

Nie odpuszczali jednak wojny, wciąż wierząc, że są w stanie wygrać ten spór o odpoczynek. Było jednak zbyt późno na wycieczkę po którymś ze szlaków, a też nie po to przyjechali na łono natury, by chodzić po knajpach, więc zdecydowali się na ostatnią dostępną opcję – partyjkę bilardu. Wszak była to gra tylko dla dorosłych, ze względu na jej niebezpieczeństwo związane ze śmiercionośnymi bilami napędzanymi przez cyklopogenne kije. I fakt, że żeby dosięgnąć do stołu, trzeba mieć te metr sześćdziesiąt.

Wjechali więc na poziom z kawiarnią, którą otaczał taras widokowy i gdy tylko drzwi od windy się rozsunęły, ich oczom ukazał się batalistyczny krajobraz rodem z „300”. Chłopiec w bluzie z Kaczorem Donaldem wspinał się na stół z uzami, trzymając pod pachą kij, którym ciągle coś strącał, natomiast dziewczynka z niebieską kokardą we włosach ciągnęła go za nogę, próbując sprowadzić na ziemię. Wiedzieli, że lada moment dojdzie do rozlewu krwi, więc żeby nie być tego, świadkami wcisnęli guzik z cyfrą „3” na tablicy w windzie i wrócili do pokoju. – Jutro też jest dzień – rzucił z troską On do Niej, gdy przymierzała się do wzięcia rozpędu i uderzenia głową w ścianę, po czym poszli spać, licząc, że jutro faktycznie będzie lepiej.

Noc upłynęła spokojnie, blask księżyca wpadał im przez okno oświetlając stolik z niedopitym winem musującym, jednak poranek przyszedł wcześniej niż się spodziewali. O 6:30 w pokoju nad nimi włączyła się ta sama syrena alarmowa, która roztrzaskała w drobny mak atmosferę zbliżenia dzień wcześniej. Półprzytomni, wątpiąc, że ktoś na małoletnim tenorze wciśnie przycisk pauzy, zwlekli się z łóżka i oddali się rytuałowi porannej toalety, przy akompaniamencie tupotu małych stóp dobiegającym z korytarza.

Czyści i pachnący, z resztkami nadziei na romantyczny weekend, zjechali na poziom -1, do sali jadalnej na śniadanie, licząc, że ponakładają sobie naleśniki ze świeżymi owocami i miodem, na które w ciągu tygodnia nigdy nie mają czasu, i tym razem nie zastali bitwy Spartan pod Termopilami. Nie. To co wyświetliło im się na siatkówkach oczu było prawdziwą bitwą o Śródziemie z „Władcy Pierścieni”. Oddziały szkrabów, jak rozjuszone byki, atakowały wszystko co było w zasięgu ich głów, siejąc popłoch wśród cywili, szturmowcy, sięgający głowami ponad blaty z jedzeniem, przejmowali teren dekorując rozpaćkanymi pomidorami i Nutellą otoczenia wokół siebie, a cała ta batalia odbywała się przy gorliwym dopingu nowo narodzonych.

On i Ona wzięli w dłoń po bułce i oscypku i ewakuowali się z powrotem do windy, najszybciej jak tylko było to możliwe.

Gdy w końcu nastała niedziela, dzień wyjazdu i powrotu do normalności, pakując swoje walizki do samochodu płakali ze szczęścia, ciesząc się, że już nikt nie obudzi ich niekontrolowanym płaczem w środku nocy i przyrzekli sobie jedno: koniec z seksem. Przynajmniej dopóki nie przejdzie trauma.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Team Dalog
---> SKOMENTUJ

Wojewódzki prosił fanów by słowami „pocałuj mnie w dupę” szczuli blogera

Skip to entry content

Jakub Wojewódzki i Piotr Kędzierski prowadzą w Rock Radiu od poniedziałku do czwartku audycję „Książę i Żebrak”. W założeniach program ma być humorystyczny, w praktyce jednak jest to humor przez małe, a w zasadzie nieme „h” i opiera się głównie na podwórkowych żartach, które śmieszyły w dzieciństwie. Jedyne faktycznie zabawne fragmenty programu, to momenty, gdy pojawiają się dowcipy podwykonawców, jednak wczoraj główni prowadzący postanowili udowodnić, że mimo, iż ich zwalniają i zdejmują ich audycję z anteny, wciąż są ultra śmieszni.

Dwójka dorosłych mężczyzn uznała, że szczytem finezji i esencją dobrego żartu, będzie napuszczenie swoich fanów na przypadkową osobę i obrażanie jej słowami „pocałuj mnie w dupę”. Błyskotliwe, co?

(Wojewódzki z Kędzierskim zachęcają do ataku od 35:38)

Wojewódzki: Postanowiliśmy sprawdzić zasięg i słuchalność naszego radia poprzez test związany z Instagramem. (…) Prosimy o wejście na profil Ekskluzywnego Menela i prosimy napisać tekst…

Kędzierski: …pocałuj mnie w dupę…

Wojewódzki: …tak. Każdego kto napisze „pocałuj mnie w dupę” na profilu Ekskluzywnego Menela będziemy wymieniać i chwalić w radiu.

W ciągu godziny od tego komunikatu na profilu Ekskluzywnego Menela – blogera modowego – pojawiło się prawie 300 komentarzy fanów Wojewódzkiego, którzy wykonali polecenie swojego idola i obrazili bogu ducha winnego człowieka. Jestem zażenowany tym na tak wielu poziomach, że nie wiem od czego zacząć. Chyba najbardziej obrzydza mnie fakt, że tego klocka na cudzym trawniku nie postawiła z głupoty i braku doświadczenia osoba świeża, tylko człowiek od lat działający w mediach, doskonale obyty z jego mechanizmami.

 

Hipokryzja na poziomie wojewódzkim

Wojewódzki nie raz żalił się, i w swoim programie w telewizji, i na Facebooku, i w gazetach, że Kaczyński i PiS propagują mowę nienawiści. Że ich dojście do władzy sprawi, że będziemy nawzajem skakać sobie do gardeł i się obrażać. Że rząd antagonizuje ludzi i negatywnie wpływa na nastroje społeczne. Po czym, absolutnie bez żadnego powodu, kazał swoim odbiorcom masowo atakować słownie przypadkową osobę. Brzmi jak krzewienie prospołecznych postaw, propagowanie tolerancji i budowanie komunikacji opartej na wzajemnym szacunku, co?

ekskluzywny menel wojewódzki
https://www.instagram.com/ekskluzywny_menel/

 

To zachowanie godne nastoletniego chłopca, a nie 52-letniego mężczyzny

Wykorzystywanie swojej władzy tylko po to, żeby zabawić się czyimś kosztem, to domena niedojrzałych emocjonalnie gówniarzy. Czyli użytkowników Karachana i dresiarzy dorabiających na klubowych bramkach. Takiego spuszczania hien tylko po to, żeby pośmiać się z ucieczki ofiary, mógłbym spodziewać się po jakimś dzieciaku, który grając w Minecrafta stał się popularny na YouTube i nie wie co robić ze swoim wpływem na społeczność. Ale żeby dorosłego chłopa, który mógłby być dziadkiem, bawiła zabawa w pana i władcę, który jak ma kaprys to kogoś opluje?

Słuchając dalszej części programu, i tego jak Wojewódzki z Kędzierskim sczytują na antenie, bo ich słuchacze piszą Ekskluzywnemu Menelowi „pocałuj mnie w dupę”, czułem jak żenada wylewa się z głośników i zostawia trwałe ślady na moich uszach. Panowie mało nie oddali ejakulatu na mikrofon w studiu, ciesząc się z tego, na jaki przezabawny dowcip wpadli. Żeby człowiek, który chce być autorytetem, a w dodatku doskonale wie jak działają media, publicznie zachęcał innych do szczucia kogoś i czerpał z tego przyjemność?

OHYDNE.

 

Niektórzy ludzie zrobią WSZYSTKO dla sławy

I bynajmniej nie mam tu na myśli cofającego się w rozwoju intelektualnym jurora. Mówię teraz o wszystkich osobach, które odpowiedziały na apel i zaatakowały blogera, tylko po to, żeby ich ksywka została wypowiedziana w radiu.

Nie wiem co jest gorsze, to że ktoś bezmyślnie zwraca się do drugiej osoby słowami „pocałuj mnie w dupę”, tylko dlatego, że jego idol mu kazał, czy to, że ktoś robi to, tylko po, żeby został zauważony choć na moment. Choć na ten ułamek sekundy, kiedy w ogólnopolskiej stacji radiowej prowadzący czyta jego nick na Instagramie. To, że ktoś dla tych, nawet nie 5 minut sławy, jest w stanie bezrefleksyjnie obrazić drugą osobę jest przerażające. Jeśli Cię to nie wstrząsa, to wyobraź sobie, co taki człowiek byłby w stanie zrobić w zamian za pojawienie się na 15 sekund w telewizji. Złamać Ci rękę? Potrącić autem? W końcu to tylko zabawa, a w zamian może się pochwalić znajomym, że był programie u Wojewódzkiego.

I teraz pomyśl, że w drodze do pracy spotykasz takich ludzi każdego dnia.

 

***

 

Współczuję Ekskluzywnemu Menelowi, że próbowano zrobić z niego chłopca do bicia. Współczuję słuchaczom Radia Rock, że słuchają takich audycji. Współczuję nam wszystkim, że mamy w kraju takie „gwiazdy”. I współczuję sobie, że mijam się na ulicy z ludźmi, dla których to był śmieszny żart.

---> SKOMENTUJ

Nike Air Force 1 – najlepsze buty na zimę w mieście!

Skip to entry content

Zima się zbierała i zbierała, i zebrała tak, że zaraz po sylwestrze walnęło -12 na termometrach i zaśnieżyło parapety i ścieżki rowerowe. Co poskutkowało tym, że na dobre pochowałem jesienne buty, wyciągając na ich miejsce te zimowe, i pierwszy raz od 3 lat włożyłem kalesony. Polecam bardzo i nie wyobrażam sobie wyjść na ten mróz bez dodatkowej warstwy na najważniejszym, zaraz po mózgu, narządzie. Ale dziś nie o tym. Dziś o butach, które pozwolą Wam przetrwać ten ziąb, umożliwią opuszczenie swojego ciepłego sześcianu i zagwarantują, że po powrocie ze spaceru wciąż będziecie mogli poruszać palcami u stóp.

Dziś o tym, dlaczego uważam, że Nike Air Force 1 to najlepsze buty na zimę w mieście.

Wygląd

Nike Air Force 1 - męskie zimowe buty

Od zawsze miałem problem z wyborem zimowych butów, bo te przeznaczone na temperatury poniżej 5 stopni albo wyglądały jakbym z miejsca miał iść zdobywać Mount Everest albo jakbym przeniósł się do czasów „Ogniem i mieczem” i czekał tylko, aż ktoś przyniesie mi kożuch i doklei wąsy długości dwóch zdrowych sumów. Jednym słowem, albo trekking i wspinaczki wysokogórskie albo podróż w czasie. Lub – nie daj boże i chroń me oczy przed tym widokiem – miks jednego z drugim, czyli skórzane pseudo-eleganckie trapery.

nike-air-force-1-meskie-zimowe-buty

Zazwyczaj, gdy pogoda za oknem zmuszała mnie groźbą odmrożenia sobie stóp i już nie było wyjścia, wybierałem jakieś miodówki a la Timberlandy. Wyglądały całkiem nieźle, a w zasadzie to dobrze, ale były ciężkie i jakieś takie kwadratowe. No, do wygody ciut im brakowało. Przestałem szukać, gdy w końcu odkryłem buty majace tę samą nazwę co samolot prezydencki.

nike-air-force-1 meskie-zimowe-buty

Air Force 1 – poza wersją niską, która zupełnie do mnie nie trafia – są bardzo ładne. Dość proste, bez żadnych udziwnień poza rzepem, który estetycznie wieńczy całość, masywne, ale nie bulwiaste i nieciężkie. Nie są tak uniwersalne jak Air Maxy, że czego nie założysz, to pasuje, ale dobrze komponują się z większością zestawów i w zasadzie z każdymi spodniami niemającymi szerokiej nogawki, ani niebędącymi w kancik. Oczywiście mam na myśli całe czarne, albo białe, bo jak kupisz sobie jakieś z turbo limitowanej edycji, zrobione ze światełek odblaskowych albo skóry kameleona, to będzie je nieco trudniej do czegoś dopasować.

Wytrzymałość

nike-air-force-1-meskie-zimowe-buty-2-750x421

I wpadałem w nie w kałuże, i brodziłem w nich w błocie, i chodziłem po górach, i prałem w pralce, i jedyne co się im stało po dwóch sezonach użytkowania, to lekkie wgięcie skóry. Zero pęknięć, rozklejenia się, puszczenia szwów, przetarcia czy odchodzenia skóry. A naprawdę im nie odpuszczałem. Innymi słowy, są w stanie przetrwać dużo więcej niż jazdę komunikacją miejską w godzinach szczytu, czy promocję na karpie w markecie.

Ciepło i wygoda

Punkt kulminacyjny, prawie, że najistotniejszy w tym temacie. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że te buty są ciepłe jak cholera i naprawdę wygodne.

Do chodzenia po mieście sprawdzają się wyśmienicie. Po pierwsze, podeszwa jest na tyle wysoka, że nawet przy -12 nie ma opcji, że jest Ci zimno w stopy. I to bez zakładania jakichś ultra grubych skarpet. Jeśli tylko nie rzucasz się w zaspy i nie wskakujesz do kałuż, w których można by się utopić, to nic Ci nie grozi. Mimo wywietrzników na przodzie, dzięki skórze na całości, obuwie nie przemaka przy normalnym codziennym użytkowaniu. Zresztą, miałem okazję być w nich również w Tatrach i też nie było lipy, ani nie czułem wilgoci, ani zimna, nawet przez moment. Po drugie, dzięki elastyczności i lekkości, są naprawdę wygodne i nawet wielogodzinny spacer, czy stanie w kolejce do kasy, nie sprawia dyskomfortu. Przez to, że nie są ciężkie i sztywne, nie masz wrażenia, że chodzisz w butach z betonu, a każde podniesienie nogi to wysiłek.

Nike Air Force 1 - męskie zimowe buty

Nie spodziewałem się, że adidasy tak dobrze potrafią się sprawować w zimie, ale skórzane Nike Air Force 1, to w tym momencie dla mnie najlepsza opcja na przetrwanie tej pory roku w mieście. Ładne, wygodne i mega ciepłe! I zupełnie nie rozumiem lasek, które chodzą w nich latem i to w największe upały. Jakaś kolorwa gazeta wmówiła im, że mokre od potu stopy są seksowne?

---> SKOMENTUJ