Close
Close

Osoby pracujące w Gazeta.pl nie potrafią czytać ze zrozumieniem

Skip to entry content

Wczoraj ukazał się ranking Tomka Tomczyka, w którym opublikował zestawienie najbardziej wpływowych blogerów w Polsce, biorąc pod uwagę ich dokonania w 2015 roku. Poza jego listą, we wpisie zamieszczony jest też szereg raportów i danych zebranych przez firmy zajmujące się monitorowaniem mediów. Zarówno tych cyfrowych, jak i analogowych. Jednym z tych zestawień, był przygotowany przez Press Service ranking według liczby publikacji w mediach i według sumy ekwiwalentu reklamowego.

Ekwiwalent reklamowy (AVE) – wskaźnik wyrażający ilość pieniędzy, jaką należałoby wydać na publikację lub emisję danego przekazu, gdyby był on reklamą. Jest stosowany jako indeks oceny efektywności działań PR.

To sformułowanie może wydawać się zawiłe i mało zrozumiałe dla kogoś niebędącego na co dzień za pan brat ze światem reklamy. Jednak dla osób zajmujących się zawodowo pisaniem o pieniądzach, a wydaje mi się, że takimi właśnie ludźmi są pracownicy serwisu Gazeta.pl Pieniądze, powinno być to pojęcie równie oczywiste co “popyt” i “podaż”. To teoria. Praktyka pokazuje, że jest zupełnie odwrotnie.

Owo zestawienie wygląda tak…

ranking blogerów
źródło: http://jasonhunt.pl/ranking-najbardziej-wplywowych-blogerow-2015-roku/

…natomiast w tekście próbującym być artykułem “Wielki ranking polskich blogerów 2015. Nie zgadniecie, na ile wyceniana jest Maffasion” autor-widmo pisze…

Maffasion, czyli Julia Kuczyńska, to bezsprzecznie najbardziej wartościowa blogowa marka w Polsce. Wyceniana jest na blisko 40 mln zł.

…oraz…

Na czwartym miejscu znajduje się Marta Dymek ze swoim topowym blogiem kulinarnym Jadłonomia, której marka wyceniana jest na ponad 10 mln zł. Następne dwa miejsca zajmują Przemysław Pająk ze Spider’s Web (6 mln zł) oraz Michał Szafrański z Jak Oszczędzać Pieniądze? (4,8 mln zł).

…i widząc to załamuję ręce.

Rozumiem, że autor-widmo tego paszkwilu liczył na wzbudzenie sensacji, a może i skandalu, bo przecież nic tak nie ekscytuje ludzi jak pieniądze, zwłaszcza duże i nieswoje, ale publikując to coś, ośmieszył nie tylko siebie, ale także swoją redakcję i cały serwis. Bo ktoś musiał przecież to zaakceptować, a ktoś inny potem powiesić na stronie głównej, udowadniając, że co najmniej 3 osoby nie potrafią tam czytać ze zrozumieniem.

Otóż droga redakcjo Gazeta.pl, w przypadku Julii Kuczyńskiej, pseudonim operacyjny Maffashion, EKWIWALENT REKLAMOWY publikacji na jej temat w mediach wyniósł blisko 40 milionów złotych, A NIE JEJ MARKA, więc mówienie, że ona jest wyceniana na tę kwotę jest karygodnym błędem. Bardziej łopatologicznie, gdyby sama chciała wykupić tę samą liczbę publikacji w prasie, radiu, telewizji i internecie, która w zeszłym roku ukazała się na jej temat, bo media te same z siebie o niej wspominały, to przyjmując stawki z cennika musiałaby wydać kwotę sięgającą 40 milionów złotych, ale w żadnym wypadku nie znaczy, to że ona, czy też jej marka jest szacowana na 40 milionów złotych.

Zrozumiałe? Tak? Na pewno? To może na wszelki wypadek jeszcze raz.

Według tego rankingu, wartość publikacji, które ukazały się we wszystkich możliwych mediach w 2015 roku na mój temat, to równowartość 414 925zł. Innymi słowy, gdyby wszystkie wzmianki, które pojawiły się o mnie były zleconą reklamą, to jej koszt, po stawkach z cenników tych mediów, wynosiłby 414 925zł. W związku z powyższym – i biorąc pod uwagę, że definicja ekwiwalentu reklamowego nie jest państwowo chronioną wiedzą, co więcej, POJAWIA SIĘ NA ZESTAWIENIU – nie wiem jak można uznać, że dany bloger jest tyle wart.

Rzygam już od mielenia w kółko branżowych tematów, ale jeśli tak istotne błędy merytoryczne są publikowane bez zająknięcia na tematycznych portalach informacyjnych, to teraz pomyśl jak rzetelne są pozostałe wiadomości, które się tam pojawiają. To daje do myślenia ile razy dziennie jesteśmy wprowadzani w błąd, bo ktoś w tego typu redakcji próbuje ukuć nośnego niusa, pisząc na temat, na którym kompletnie się nie zna. Jak można z takich miejsc czerpać informacje o świecie, skoro publikują tam osoby, które nawet nie są w stanie sprawdzić podstawowych pojęć w Wikipedii?

Z globalnego punktu widzenia ten babol jest nieistotny, bo dotyczy tylko mojego małego środowiska, ale wyobraź sobie ile razy w zeszłym roku czytając o szczepionkach trafiałeś na równie rzetelne “artykuły”? Albo o podatkach? Albo o uchodźcach?

Zapalmy po zniczu za dziennikarstwo w internecie, bo właśnie jesteśmy świadkami jego agonii.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Wojewódzki prosił fanów by słowami “pocałuj mnie w dupę” szczuli blogera

Skip to entry content

Jakub Wojewódzki i Piotr Kędzierski prowadzą w Rock Radiu od poniedziałku do czwartku audycję „Książę i Żebrak”. W założeniach program ma być humorystyczny, w praktyce jednak jest to humor przez małe, a w zasadzie nieme „h” i opiera się głównie na podwórkowych żartach, które śmieszyły w dzieciństwie. Jedyne faktycznie zabawne fragmenty programu, to momenty, gdy pojawiają się dowcipy podwykonawców, jednak wczoraj główni prowadzący postanowili udowodnić, że mimo, iż ich zwalniają i zdejmują ich audycję z anteny, wciąż są ultra śmieszni.

Dwójka dorosłych mężczyzn uznała, że szczytem finezji i esencją dobrego żartu, będzie napuszczenie swoich fanów na przypadkową osobę i obrażanie jej słowami „pocałuj mnie w dupę”. Błyskotliwe, co?

(Wojewódzki z Kędzierskim zachęcają do ataku od 35:38)

Wojewódzki: Postanowiliśmy sprawdzić zasięg i słuchalność naszego radia poprzez test związany z Instagramem. (…) Prosimy o wejście na profil Ekskluzywnego Menela i prosimy napisać tekst…

Kędzierski: …pocałuj mnie w dupę…

Wojewódzki: …tak. Każdego kto napisze „pocałuj mnie w dupę” na profilu Ekskluzywnego Menela będziemy wymieniać i chwalić w radiu.

W ciągu godziny od tego komunikatu na profilu Ekskluzywnego Menela – blogera modowego – pojawiło się prawie 300 komentarzy fanów Wojewódzkiego, którzy wykonali polecenie swojego idola i obrazili bogu ducha winnego człowieka. Jestem zażenowany tym na tak wielu poziomach, że nie wiem od czego zacząć. Chyba najbardziej obrzydza mnie fakt, że tego klocka na cudzym trawniku nie postawiła z głupoty i braku doświadczenia osoba świeża, tylko człowiek od lat działający w mediach, doskonale obyty z jego mechanizmami.

 

Hipokryzja na poziomie wojewódzkim

Wojewódzki nie raz żalił się, i w swoim programie w telewizji, i na Facebooku, i w gazetach, że Kaczyński i PiS propagują mowę nienawiści. Że ich dojście do władzy sprawi, że będziemy nawzajem skakać sobie do gardeł i się obrażać. Że rząd antagonizuje ludzi i negatywnie wpływa na nastroje społeczne. Po czym, absolutnie bez żadnego powodu, kazał swoim odbiorcom masowo atakować słownie przypadkową osobę. Brzmi jak krzewienie prospołecznych postaw, propagowanie tolerancji i budowanie komunikacji opartej na wzajemnym szacunku, co?

ekskluzywny menel wojewódzki
https://www.instagram.com/ekskluzywny_menel/

 

To zachowanie godne nastoletniego chłopca, a nie 52-letniego mężczyzny

Wykorzystywanie swojej władzy tylko po to, żeby zabawić się czyimś kosztem, to domena niedojrzałych emocjonalnie gówniarzy. Czyli użytkowników Karachana i dresiarzy dorabiających na klubowych bramkach. Takiego spuszczania hien tylko po to, żeby pośmiać się z ucieczki ofiary, mógłbym spodziewać się po jakimś dzieciaku, który grając w Minecrafta stał się popularny na YouTube i nie wie co robić ze swoim wpływem na społeczność. Ale żeby dorosłego chłopa, który mógłby być dziadkiem, bawiła zabawa w pana i władcę, który jak ma kaprys to kogoś opluje?

Słuchając dalszej części programu, i tego jak Wojewódzki z Kędzierskim sczytują na antenie, bo ich słuchacze piszą Ekskluzywnemu Menelowi „pocałuj mnie w dupę”, czułem jak żenada wylewa się z głośników i zostawia trwałe ślady na moich uszach. Panowie mało nie oddali ejakulatu na mikrofon w studiu, ciesząc się z tego, na jaki przezabawny dowcip wpadli. Żeby człowiek, który chce być autorytetem, a w dodatku doskonale wie jak działają media, publicznie zachęcał innych do szczucia kogoś i czerpał z tego przyjemność?

OHYDNE.

 

Niektórzy ludzie zrobią WSZYSTKO dla sławy

I bynajmniej nie mam tu na myśli cofającego się w rozwoju intelektualnym jurora. Mówię teraz o wszystkich osobach, które odpowiedziały na apel i zaatakowały blogera, tylko po to, żeby ich ksywka została wypowiedziana w radiu.

Nie wiem co jest gorsze, to że ktoś bezmyślnie zwraca się do drugiej osoby słowami „pocałuj mnie w dupę”, tylko dlatego, że jego idol mu kazał, czy to, że ktoś robi to, tylko po, żeby został zauważony choć na moment. Choć na ten ułamek sekundy, kiedy w ogólnopolskiej stacji radiowej prowadzący czyta jego nick na Instagramie. To, że ktoś dla tych, nawet nie 5 minut sławy, jest w stanie bezrefleksyjnie obrazić drugą osobę jest przerażające. Jeśli Cię to nie wstrząsa, to wyobraź sobie, co taki człowiek byłby w stanie zrobić w zamian za pojawienie się na 15 sekund w telewizji. Złamać Ci rękę? Potrącić autem? W końcu to tylko zabawa, a w zamian może się pochwalić znajomym, że był programie u Wojewódzkiego.

I teraz pomyśl, że w drodze do pracy spotykasz takich ludzi każdego dnia.

 

***

 

Współczuję Ekskluzywnemu Menelowi, że próbowano zrobić z niego chłopca do bicia. Współczuję słuchaczom Radia Rock, że słuchają takich audycji. Współczuję nam wszystkim, że mamy w kraju takie “gwiazdy”. I współczuję sobie, że mijam się na ulicy z ludźmi, dla których to był śmieszny żart.

Nike Air Force 1 – najlepsze buty na zimę w mieście!

Skip to entry content

Zima się zbierała i zbierała, i zebrała tak, że zaraz po sylwestrze walnęło -12 na termometrach i zaśnieżyło parapety i ścieżki rowerowe. Co poskutkowało tym, że na dobre pochowałem jesienne buty, wyciągając na ich miejsce te zimowe, i pierwszy raz od 3 lat włożyłem kalesony. Polecam bardzo i nie wyobrażam sobie wyjść na ten mróz bez dodatkowej warstwy na najważniejszym, zaraz po mózgu, narządzie. Ale dziś nie o tym. Dziś o butach, które pozwolą Wam przetrwać ten ziąb, umożliwią opuszczenie swojego ciepłego sześcianu i zagwarantują, że po powrocie ze spaceru wciąż będziecie mogli poruszać palcami u stóp.

Dziś o tym, dlaczego uważam, że Nike Air Force 1 to najlepsze buty na zimę w mieście.

Wygląd

Nike Air Force 1 - męskie zimowe buty

Od zawsze miałem problem z wyborem zimowych butów, bo te przeznaczone na temperatury poniżej 5 stopni albo wyglądały jakbym z miejsca miał iść zdobywać Mount Everest albo jakbym przeniósł się do czasów „Ogniem i mieczem” i czekał tylko, aż ktoś przyniesie mi kożuch i doklei wąsy długości dwóch zdrowych sumów. Jednym słowem, albo trekking i wspinaczki wysokogórskie albo podróż w czasie. Lub – nie daj boże i chroń me oczy przed tym widokiem – miks jednego z drugim, czyli skórzane pseudo-eleganckie trapery.

nike-air-force-1-meskie-zimowe-buty

Zazwyczaj, gdy pogoda za oknem zmuszała mnie groźbą odmrożenia sobie stóp i już nie było wyjścia, wybierałem jakieś miodówki a la Timberlandy. Wyglądały całkiem nieźle, a w zasadzie to dobrze, ale były ciężkie i jakieś takie kwadratowe. No, do wygody ciut im brakowało. Przestałem szukać, gdy w końcu odkryłem buty majace tę samą nazwę co samolot prezydencki.

nike-air-force-1 meskie-zimowe-buty

Air Force 1 – poza wersją niską, która zupełnie do mnie nie trafia – są bardzo ładne. Dość proste, bez żadnych udziwnień poza rzepem, który estetycznie wieńczy całość, masywne, ale nie bulwiaste i nieciężkie. Nie są tak uniwersalne jak Air Maxy, że czego nie założysz, to pasuje, ale dobrze komponują się z większością zestawów i w zasadzie z każdymi spodniami niemającymi szerokiej nogawki, ani niebędącymi w kancik. Oczywiście mam na myśli całe czarne, albo białe, bo jak kupisz sobie jakieś z turbo limitowanej edycji, zrobione ze światełek odblaskowych albo skóry kameleona, to będzie je nieco trudniej do czegoś dopasować.

Wytrzymałość

nike-air-force-1-meskie-zimowe-buty-2-750x421

I wpadałem w nie w kałuże, i brodziłem w nich w błocie, i chodziłem po górach, i prałem w pralce, i jedyne co się im stało po dwóch sezonach użytkowania, to lekkie wgięcie skóry. Zero pęknięć, rozklejenia się, puszczenia szwów, przetarcia czy odchodzenia skóry. A naprawdę im nie odpuszczałem. Innymi słowy, są w stanie przetrwać dużo więcej niż jazdę komunikacją miejską w godzinach szczytu, czy promocję na karpie w markecie.

Ciepło i wygoda

Punkt kulminacyjny, prawie, że najistotniejszy w tym temacie. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że te buty są ciepłe jak cholera i naprawdę wygodne.

Do chodzenia po mieście sprawdzają się wyśmienicie. Po pierwsze, podeszwa jest na tyle wysoka, że nawet przy -12 nie ma opcji, że jest Ci zimno w stopy. I to bez zakładania jakichś ultra grubych skarpet. Jeśli tylko nie rzucasz się w zaspy i nie wskakujesz do kałuż, w których można by się utopić, to nic Ci nie grozi. Mimo wywietrzników na przodzie, dzięki skórze na całości, obuwie nie przemaka przy normalnym codziennym użytkowaniu. Zresztą, miałem okazję być w nich również w Tatrach i też nie było lipy, ani nie czułem wilgoci, ani zimna, nawet przez moment. Po drugie, dzięki elastyczności i lekkości, są naprawdę wygodne i nawet wielogodzinny spacer, czy stanie w kolejce do kasy, nie sprawia dyskomfortu. Przez to, że nie są ciężkie i sztywne, nie masz wrażenia, że chodzisz w butach z betonu, a każde podniesienie nogi to wysiłek.

Nike Air Force 1 - męskie zimowe buty

Nie spodziewałem się, że adidasy tak dobrze potrafią się sprawować w zimie, ale skórzane Nike Air Force 1, to w tym momencie dla mnie najlepsza opcja na przetrwanie tej pory roku w mieście. Ładne, wygodne i mega ciepłe! I zupełnie nie rozumiem lasek, które chodzą w nich latem i to w największe upały. Jakaś kolorwa gazeta wmówiła im, że mokre od potu stopy są seksowne?