Close
Close

Osoby pracujące w Gazeta.pl nie potrafią czytać ze zrozumieniem

Skip to entry content

Wczoraj ukazał się ranking Tomka Tomczyka, w którym opublikował zestawienie najbardziej wpływowych blogerów w Polsce, biorąc pod uwagę ich dokonania w 2015 roku. Poza jego listą, we wpisie zamieszczony jest też szereg raportów i danych zebranych przez firmy zajmujące się monitorowaniem mediów. Zarówno tych cyfrowych, jak i analogowych. Jednym z tych zestawień, był przygotowany przez Press Service ranking według liczby publikacji w mediach i według sumy ekwiwalentu reklamowego.

Ekwiwalent reklamowy (AVE) – wskaźnik wyrażający ilość pieniędzy, jaką należałoby wydać na publikację lub emisję danego przekazu, gdyby był on reklamą. Jest stosowany jako indeks oceny efektywności działań PR.

To sformułowanie może wydawać się zawiłe i mało zrozumiałe dla kogoś niebędącego na co dzień za pan brat ze światem reklamy. Jednak dla osób zajmujących się zawodowo pisaniem o pieniądzach, a wydaje mi się, że takimi właśnie ludźmi są pracownicy serwisu Gazeta.pl Pieniądze, powinno być to pojęcie równie oczywiste co „popyt” i „podaż”. To teoria. Praktyka pokazuje, że jest zupełnie odwrotnie.

Owo zestawienie wygląda tak…

ranking blogerów
źródło: http://jasonhunt.pl/ranking-najbardziej-wplywowych-blogerow-2015-roku/

…natomiast w tekście próbującym być artykułem „Wielki ranking polskich blogerów 2015. Nie zgadniecie, na ile wyceniana jest Maffasion” autor-widmo pisze…

Maffasion, czyli Julia Kuczyńska, to bezsprzecznie najbardziej wartościowa blogowa marka w Polsce. Wyceniana jest na blisko 40 mln zł.

…oraz…

Na czwartym miejscu znajduje się Marta Dymek ze swoim topowym blogiem kulinarnym Jadłonomia, której marka wyceniana jest na ponad 10 mln zł. Następne dwa miejsca zajmują Przemysław Pająk ze Spider’s Web (6 mln zł) oraz Michał Szafrański z Jak Oszczędzać Pieniądze? (4,8 mln zł).

…i widząc to załamuję ręce.

Rozumiem, że autor-widmo tego paszkwilu liczył na wzbudzenie sensacji, a może i skandalu, bo przecież nic tak nie ekscytuje ludzi jak pieniądze, zwłaszcza duże i nieswoje, ale publikując to coś, ośmieszył nie tylko siebie, ale także swoją redakcję i cały serwis. Bo ktoś musiał przecież to zaakceptować, a ktoś inny potem powiesić na stronie głównej, udowadniając, że co najmniej 3 osoby nie potrafią tam czytać ze zrozumieniem.

Otóż droga redakcjo Gazeta.pl, w przypadku Julii Kuczyńskiej, pseudonim operacyjny Maffashion, EKWIWALENT REKLAMOWY publikacji na jej temat w mediach wyniósł blisko 40 milionów złotych, A NIE JEJ MARKA, więc mówienie, że ona jest wyceniana na tę kwotę jest karygodnym błędem. Bardziej łopatologicznie, gdyby sama chciała wykupić tę samą liczbę publikacji w prasie, radiu, telewizji i internecie, która w zeszłym roku ukazała się na jej temat, bo media te same z siebie o niej wspominały, to przyjmując stawki z cennika musiałaby wydać kwotę sięgającą 40 milionów złotych, ale w żadnym wypadku nie znaczy, to że ona, czy też jej marka jest szacowana na 40 milionów złotych.

Zrozumiałe? Tak? Na pewno? To może na wszelki wypadek jeszcze raz.

Według tego rankingu, wartość publikacji, które ukazały się we wszystkich możliwych mediach w 2015 roku na mój temat, to równowartość 414 925zł. Innymi słowy, gdyby wszystkie wzmianki, które pojawiły się o mnie były zleconą reklamą, to jej koszt, po stawkach z cenników tych mediów, wynosiłby 414 925zł. W związku z powyższym – i biorąc pod uwagę, że definicja ekwiwalentu reklamowego nie jest państwowo chronioną wiedzą, co więcej, POJAWIA SIĘ NA ZESTAWIENIU – nie wiem jak można uznać, że dany bloger jest tyle wart.

Rzygam już od mielenia w kółko branżowych tematów, ale jeśli tak istotne błędy merytoryczne są publikowane bez zająknięcia na tematycznych portalach informacyjnych, to teraz pomyśl jak rzetelne są pozostałe wiadomości, które się tam pojawiają. To daje do myślenia ile razy dziennie jesteśmy wprowadzani w błąd, bo ktoś w tego typu redakcji próbuje ukuć nośnego niusa, pisząc na temat, na którym kompletnie się nie zna. Jak można z takich miejsc czerpać informacje o świecie, skoro publikują tam osoby, które nawet nie są w stanie sprawdzić podstawowych pojęć w Wikipedii?

Z globalnego punktu widzenia ten babol jest nieistotny, bo dotyczy tylko mojego małego środowiska, ale wyobraź sobie ile razy w zeszłym roku czytając o szczepionkach trafiałeś na równie rzetelne „artykuły”? Albo o podatkach? Albo o uchodźcach?

Zapalmy po zniczu za dziennikarstwo w internecie, bo właśnie jesteśmy świadkami jego agonii.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: Co zmieniło we mnie 5 lat blogowania?()

  • Nebelwerfer

    Z utęsknieniem czekam na dziennikarza, który zrozumie COKOLWIEK

  • Kawazu

    „Dziennikarz” pomylił „tyle X by musiał/a wydać jeśli wszystkie wzmianki były by płatnymi reklamami” z „ta osoba ma tyle pieniędzy” jak dobrze rozumiem (i wiem że wartość != posiadanie, ale zostawmy to uproszczenie na potrzeby przykładu) – ciekawie jak wygląda proces rekrutacyjny w wybiórczej ;)

  • Dlatego nie czytam takich portali.
    A tak poza tym, to dobra robota Janek :)

  • Dzięki, czytałam ten tekst i wydawało mi się kosmiczną bzdurą. Michał Szafrański otwarcie pisze o swoich pieniądzach więc jak zobaczyłam „wycenę” 4,8 mln to się zdziwiłam.

  • To jest przykre, bo są rzeczy, które wychwycimy, zauważymy błąd. Nie musimy jednak znać się na wszystkim, ale możemy wymagać od dziennikarzy umiejętności do weryfikowania informacji. Na pewno każdy z nas przeczytał już dziesiątki artykułów, w których popełniano błędy, a my jako laicy nie potrafiliśmy ich wycenić. Przyjęliśmy te informacje do świadomości, a one w jakiś sposób kształtowały nasze pojęcie o świecie, które tak naprawdę jest błędne. Przykre.

  • elRobson

    Ja już w ogóle nie czytam serwisów informacyjnych, mam dosyć czytania co poniektórych pseudo-fachowców i jestem tego zdania, że jak ktoś kogoś wprowadza w błąd(czy to w realu czy w sieci) to powinno być karane, szczególnie w internecie(gdzie w błąd wprowadza się nie jedną czy parę osób a wiele tysięcy)

  • Karolina Piotrowska

    Dziennikarze internetowi niemal wszedzie należą do grupy najsłabiej opłącacnych, od nich wymaga sie WYŁACZNIE klikalności, wyników a nie merytoryki. Dlatego coraz częściej mozna ich złapac na plagiatowaniu tekstów blogerów- ostatnio znalazłam kilkanascie przykładów albo na nieudolnej kradzieży/interpretacji teks†ów z netu. Oni nie maja czasu na napisanie dobrego tekstu, oni nie wiedzą, co to jest dobry tekst, który należy przygotować; szybciej jest ukraśc, nawet tak nieudolnie i dac chwytliwy tytuł, najlepiej z dużymi kwotami i jest git, kliki lecą…

  • na Elle podobnie.

  • Takim mediom jak gazeta.pl ufać po prostu nie można i wręcz nie wolno. Dziwi mnie to, że informacje nie są sprawdzanie rzetelnie, szczególnie w dobie, kiedy każdy artykuł można skomentować, skopiować, publikować dalej i ośmieszać.

  • Poziom mediów <3 Grunt, że się klika.

  • Panie Star Fly, niech Pana już tak nie interesują zarobki blogerów. To każdego prywatna sprawa!

  • Bierze się ten debilizm m. in. z tego, że istnieje powszechne przyzwolenie na „skróty myślowe”. I okej, są one przydatne i potrzebne w codziennym życiu. Ale w mediach dochodzi do tak absurdalnych uporszczeń świata, że aż dziw bierze, czego się nie zrobi dla wzrostu klikalności.

    • Wiesz, ja rozumiem jeszcze jakby to był skrót myślowy, ale tu autor-widmo pomylił „wydać” z „zarobić”.

  • Faktycznie, „trochę” to przykre. Ostatnie zdanie podsumowuje to idealnie.
    Pozdrawiam

  • Czytać ze zrozumieniem to się powinni nauczyć wszyscy, którzy się ekscytują ekwiwalentem reklamowym. To jest oszacowanie z palca – kampanie reklamowe w rzeczywistości wyceniane są inaczej niż jest liczony ekwiwalent, to raz. I to co bystrzejsi blogerzy już nawet to zauważyli. Ale sam ekwiwalent to miara wzięta z palca. Czym innym jest kupienie powierzchni reklamowej i umieszczenie tam przekazu. Kompletnie czym innym jest budowanie relacji z mediami lub społeczności w internecie. Przy tym drugim są inne koszty – nie zakup fikcyjnej powierzchni reklamowej, ale czas, koszty zewnętrzne, pensje osób, które za dane działanie odpowiadają (na przykład za prowadzenie fanpejdża czy kontakty z mediami). Więc jak już porównywać to ze zrozumieniem.

  • Krzysztof Tatarynowicz

    I wypijmy po piwie za ostatnie, tak trafne, zdanie tekstu!

  • No i wszystko jak zwykle sprowadza się do tego, że ludzie nie myślą – tak samo publikujacy, jak i konsumenci publikowanych treści. Nie szukają, nie sprawdzają, nie uwierzytelniają, tylko łykają wszystko jak młode pelikany. Bo skoro Gazeta.pl Pieniądze, to przecież muszą się znać na rzeczy :)

    • Róża Wigeland

      Jako konsumentka publikowanych treści powinnam dostawać te treści napisane przez ekspertów w swoich dziedzinach, zweryfikowane, uwierzytelnione, sprawdzone przez kompetentnych ludzi. Nie mam czasu na co dzień sprawdzać każdej podanej wiadomości w iluś tam źródłach, by nie ośmieszyć się w razie czego wśród znajomych podając jakąś wiadomość dalej. Bo skoro Gazeta.pl Pieniądze, to POWINNI znać się na rzeczy.

      • Dokładnie, skoro nie jest to serwis ogólnotematyczny, tylko sprofilowany na pieniądze i biznes, czytelnik może oczekiwać, że publikacje w nim tworzą osoby znające się na zagadnieniach, o których piszą. Sprowadzenie sytuacji do tego, aby czytelnik musiał sprawdzać każdą informację w kilku źródłach jest absurdem, ale najwyraźniej doszliśmy do tego momentu.

      • Oczywiście, że powinni. I na tym temat się kończy, bo jak widać oczekiwania różnią się od rzeczywistości…

  • Puenta trafia w sedno. Bardzo dobrze napisane.

  • Marcin Szczupak

    Dziękuje za komentarz jest w punkt :) celowo metodologię AVE zamiescilismy na wykresie żeby każdy interpretował to właściwie :) niestety wyszło inaczej, ale IMHO to chyba zabieg celowy pomagający lepiej skroic newsa

    • Cały czas o tym myślę i zastanawiam się co jest gorsze – to, że w tematycznych serwisach pracują niekompetentne osoby z łapanki, czy to, że ktoś byłby w stanie celowo wprowadzić dziesiątki tysięcy ludzi w błąd, tylko po to, żeby tekst się klikał?

      • Marcin Szczupak

        Odbiorcy mediów zauważają, jak media potrafią przeinaczać właściwe informacje (nie chcę używać słowa manipulacja – bo to nie ten przypadek) – dopiero, gdy dotyczy to tematu, na którym się znają ;) Zjawisko, o którym piszesz jest jak słusznie zauważasz samo w sobie przerażające. Parę lat już minęło kiedy straciłem kompletnie wiarę w treści prezentowane np. na forach dyskusyjnych opisujących danych produkt. Jak widać coraz szybciej dotyka to także „tradycyjnych” mediów (również online).

  • Wydaje mi się, że to po prostu chęć wzbudzenia jakiejś sensacji, nic poza tym ;) Jak sam wspomniałeś, ludzie lubią czytać o czyichś miljonach i ekscytować się tym, ze Maffashion za wrzucanie zdjęć ubrań jest nagle wyceniona na 40 baniek. Serio internecie?

  • marektwejn

    Dzięki za wyjaśnienie co to jest AVE. Wielu blogerów z tego zestawienia też chyba nie rozumie tego pojęcia, bo co najmniej kilku z nich chwaliło się, ile warta jest ich marka lub oni sami ;)

  • Edzia

    Najsmutniejsze jest to, że ludzie czytają takie bzdury i wierzą w nie bez zastanowienia i żadnej weryfikacji faktów. Tak napisali w gazecie, więc to musi być prawda. Niektórych nawet sensowne wytłumaczenie nie przekonuje, „bo przecież w gazecie napisali inaczej”.

    • To chyba jest w tym najbardziej przerażające. Ludzka głupota goni ludzką głupotę.

  • Mnie najbardziej bawi Mikołaj Nowak (nie wiem czy kojarzysz), który na temat polskiej blogosfery ma zawsze najwięcej do powiedzenia i często pisze statusy na fb lub tt właśnie w takim tonie, jak przytoczony przez Ciebie artykuł.

    • Tak jak niewypada śmiać się z Kononowicza, tak w jego przypadku również spuśćmy zasłonę milczenia.

      • To jest piękne <3

      • Mąż poprosił bym wkleiła w jego imieniu komentarz do tego tekstu, bo równie mocno jak mnie, rozbawiła go twoja odpowiedź:

        „Spesalvi: Jestem dumnym posiadaczem bana u Nowaka :)Obraził się na mnie, bo ośmieliłem się napisać mu, że świeci światłem odbitym marki Fakty TVN, a social media ninja z niego marny. Skoro bowiem uważa się za ojca sukcesu Grono.net, a Grono.net padło, to marny z niego ojciec :) Chciałem to napisać u Stayfly, ale hm… mam bana tylko nie pamiętam za co :) „

        • Pozdro dla męża, też nie pamiętam za co ma bana :D

  • Nie wspomnę o tym, że na samym początku autorką Jadłonomii była Anna Dymek ;)

  • Sami sobie strzelają w kolano. Najgorsze jest, że inne serwisy to podchwytują. Chyba widziałam, że Marta Dymek udostępniła screen z pudelka z wiadomością, że jest warta prawie dziesięć milionów?
    Czytając komentarze pod tekstem na gazeta.pl miałam ze sobą popcorn.

    • Rozumiem, gdyby to opublikował jakiś tabloid niemający pojęcia o finansach, ale pieniadze.gazeta.pl , to tematyczny serwis o biznesie. Przynajmniej w teorii.

  • Kiedyś kolega z redkacji sportowej mówił: dziennikarstwo sportowe zaczyna się tam, gdzie kończy się zwykłe dziennikarstwo. Wracając do jego myśli należy spytać, gdzie zaczyna się dziennikarstwo internetowe. :p I czy jest czymś więcej niż bezmyślnym CTR + C i CTR+V.

    • Nawet kopiuj-wklej im się nie udaje, bo jak ktoś zauważył na moim Facebooku, ksywka Julii Kuczyńskiej w tekście pojawia się 5 razy i 5 razy jest z błędem.

Najgorsze co możesz zrobić, to żyć „chujowo, ale stabilnie”

Skip to entry content

Gdy ktoś pytał „co słychać?” i za bardzo nie wiadomo było co odpowiedzieć, żeby nie rozpoczynać litanii krzywd, w pokoleniu moich rodziców zbywało się rozmówcę hasłem „stara bida”, w moim pokoleniu natomiast powiedzenie to przeszło metamorfozę i brzmi „jest chujowo, ale stabilnie”.

– Jak w pracy?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak ci się układa z Krystyną?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak mieszkanie z teściami?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

– Jak życie?

– Jest chujowo, ale stabilnie.

Uniwersalna odpowiedź na wszelkie drażliwe pytania, które wywołują w pytanym dyskomfort i przypominają jak źle jest mu w danej kwestii. Gdy wiesz, że praca, którą wykonujesz zupełnie Cię nie satysfakcjonuje i nie rozwija, związek, w który wpadłeś to ciepłe bagienko, a Twoje życie nie może wydostać się z zamkniętego rozdziału, rzucasz zabawne hasełko podłapane gdzieś w sieci i po sprawie. Mam wrażenie, że niektórzy obrali je sobie za ponadczasowe motto, bo mimo zmiany dat w kalendarzu, kursu dolara i sytuacji geopolitycznej, ich odpowiedź na pytanie „co słychać?” cały czas brzmi tak samo. I nie jest to „super!”.

Jeśli jesteś jedną z osób, która kieruje się zasadą, że nie ma nic złego w tkwieniu w gównie, jeśli tylko to gówno jest Ci znane i przewidywalne, to ten tekst jest dla Ciebie.

Stabilizacja w długiej perspektywie nie istnieje

stabilizacja – stan równowagi; utrwalenie jakiegoś stanu, położenia, zjawiska

Pamiętam jak w 2013 byłem na jakiejś domówce i paląc fajkę na balkonie, gość, od którego wziąłem ognia, spytał mnie czym się zajmuję. Gdy powiedziałem, że piszę bloga spojrzał na mnie jak nauczyciel na uczniaka, i spytał retorycznie „no fajnie, fajnie, ale co ty będziesz robił za 5 lat, jak moda na blogi się skończy?”. Ta jego pseudo troska zdradzająca poczucie wyższości była o tyle zabawna, że on sam zajmował się montowaniem anten satelitarnych. Do telewizorów. Czyli w dobie Netflixa, HBO GO, serwisów z wideo na żądanie i szalonego rozwoju smartfonów, zajmował się montowaniem prehistorycznych urządzeń do reliktów przeszłości. Przez swoje zadufanie zupełnie nie zauważając jak świat się zmienia.

Bo świat się zmienia. Każdego dnia. Przez co nie ma czegoś takiego jak stabilizacja.

W czasach młodości mojej babci szewc to był pewny, solidny zawód. Dziś trudno mi sobie przypomnieć, czy w ciągu ostatnich 10 lat choć raz byłem u szewca. Podobnie jak nie korzysta się już z usług osób wykonujących takie profesje jak latarnik, szczurołap, mleczarz, czy telefonistka, mimo, że każdy z nich z pewnością czuł, że ma trwały fach w ręku. Galopujący postęp technologiczny sprawia, że każdego roku kolejne zawody odchodzą w zapomnienie, bo albo taniej, albo łatwiej, albo lepiej, albo szybciej jest daną pracę zlecić maszynie.

Bo wszystko się zmienia. Bo jedyną stałą jest zmiana.

Czy to w kwestii pracy, czy związków, czy polityki globalnej stabilizacja jest możliwa tylko w krótkim okresie, bo nikt z nas nie żyje w układzie izolowanym, zamkniętym na czynniki zewnętrzne. Nawet kamienna góra ulega zmianom, bo wietrzeje, jest drążona przez wodę lub przez zmiany wewnątrz naszej planety. Czy jeszcze 4 lata temu ktoś na poważnie brałby pod uwagę, że Donalnd Trump zostanie najważniejszym człowiekiem na świecie, Snapchat pozwoli twórcom zarabiać dziesiątki tysięcy złotych, a co piąty mieszkaniec dużego miasta będzie miał uczulenie na gluten?

To co się wydaje ucementowane dzisiaj, jutro jest już tylko liściem targanym na wietrze. „Panta rhei” – wszystko płynie, więc jak naiwnym trzeba być, żeby wierzyć w jakąkolwiek długoterminową stabilność?

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to krok dalej od możliwości zmiany

Jest takie powiedzenie, że im więcej świeczek na torcie, tym trudniej cokolwiek zmienić. I jest w tym dużo prawdy.

Gdy masz 19 lat i mieszkasz z rodzicami, możesz całą swoją rzeczywistość wywracać do góry nogami pstrykając palcami. Z dnia na dzień. Bez obaw, bez konsekwencji bez wyrzutów moralnych. Gdy masz 27 lat i żyjesz na własny rachunek, łańcuchy rzeczywistości powoli zaczynają się zaciskać na Twoich nadgarstkach i coraz trudniej jest Ci wprowadzać gruntowne zmiany. Rzucenie pracy pod wpływem impulsu, już nie jest takie proste, bo rachunki same się nie zapłacą, a głodu nie zaspokoisz poczuciem bycia rebeliantem. Podobnie ze związkiem, masz dużo więcej oporów, żeby go zakończyć nawet jeśli nie jesteś z niego zadowolony, bo widzisz, że możliwości na poznanie kogoś nowego jest nieporównywalnie mniej. I przede wszystkim coraz mniej masz na to czasu. Gdy masz 35 lat czujesz się jak więzień codzienności, zniewolony przez obowiązki, więzi rodzinne, kredyty i inne, ciągle mnożące się zobowiązania. Zostawisz żonę, żeby w końcu znaleźć miłość swojego życia? Przecież macie razem dziecko. Skażesz je na wychowywanie się w rozbitej rodzinie? Pieprzniesz w cholerę tą odmóżdżającą robotą i otworzysz foodtrucka z tostami, o którym zawsze marzyłeś? A co jak nie wypali? Z czego będziesz spłacał mieszkanie? I płacił za przedszkole córki?

Stwierdzasz, że jest chujowo, ale stabilnie i patrzysz jak pociąg z lepszym życiem bezpowrotnie odjeżdża znikając we mgle.

Każdy dzień dłużej w bylejakości, to dzień krócej w zajebistości

Im dłużej tkwisz w życiu, którego nie chcesz, tym mniej masz czasu na życie, o którym śnisz.

Do momentu, w którym nie będziemy mieli cybernetycznych ciał, w pełni naprawialnych i wymienialnych, jak bohaterowie „Ghost in the shell”, a dusza nie będzie w stanie przemieszczać się między zewnętrznymi powłokami, do tego momentu czas jest jedynym nieodnawialnym dobrem na świecie. Godzin, dni, lat, gdy jesteś w relacji, sytuacji, czy zawodzie, który jest dla Ciebie niezadowalający, niesatysfakcjonujący, który Cię nie cieszy, który Ci nie odpowiada, nikt nie cofnie. Ten czas mija bezpowrotnie. BEZ-PO-WRO-TNIE. Nawet jeśli w wieku 40 lat, stwierdzisz, że rzucasz wszystko w pizdu i układasz świat wokół siebie tak jak miałeś na to ochotę od liceum, to nikt, powtarzam, NIKT nie zwróci Ci tych miesięcy, gdy żyłeś byle jak, w sprzeczności z samym sobą.

Życie chujowo, ale stabilnie, to skazywanie się na nieszczęście

Bo każdy dzień, gdy nie jesteś szczęśliwy, to jeden dzień mniej w Twoim życiu, gdy mógłbyś być szczęśliwy w pełni, a pozorna stabilność jest pozorna, do momentu kiedy staje się jawnym bagnem.

---> SKOMENTUJ

Wojewódzki prosił fanów by słowami „pocałuj mnie w dupę” szczuli blogera

Skip to entry content

Jakub Wojewódzki i Piotr Kędzierski prowadzą w Rock Radiu od poniedziałku do czwartku audycję „Książę i Żebrak”. W założeniach program ma być humorystyczny, w praktyce jednak jest to humor przez małe, a w zasadzie nieme „h” i opiera się głównie na podwórkowych żartach, które śmieszyły w dzieciństwie. Jedyne faktycznie zabawne fragmenty programu, to momenty, gdy pojawiają się dowcipy podwykonawców, jednak wczoraj główni prowadzący postanowili udowodnić, że mimo, iż ich zwalniają i zdejmują ich audycję z anteny, wciąż są ultra śmieszni.

Dwójka dorosłych mężczyzn uznała, że szczytem finezji i esencją dobrego żartu, będzie napuszczenie swoich fanów na przypadkową osobę i obrażanie jej słowami „pocałuj mnie w dupę”. Błyskotliwe, co?

(Wojewódzki z Kędzierskim zachęcają do ataku od 35:38)

Wojewódzki: Postanowiliśmy sprawdzić zasięg i słuchalność naszego radia poprzez test związany z Instagramem. (…) Prosimy o wejście na profil Ekskluzywnego Menela i prosimy napisać tekst…

Kędzierski: …pocałuj mnie w dupę…

Wojewódzki: …tak. Każdego kto napisze „pocałuj mnie w dupę” na profilu Ekskluzywnego Menela będziemy wymieniać i chwalić w radiu.

W ciągu godziny od tego komunikatu na profilu Ekskluzywnego Menela – blogera modowego – pojawiło się prawie 300 komentarzy fanów Wojewódzkiego, którzy wykonali polecenie swojego idola i obrazili bogu ducha winnego człowieka. Jestem zażenowany tym na tak wielu poziomach, że nie wiem od czego zacząć. Chyba najbardziej obrzydza mnie fakt, że tego klocka na cudzym trawniku nie postawiła z głupoty i braku doświadczenia osoba świeża, tylko człowiek od lat działający w mediach, doskonale obyty z jego mechanizmami.

 

Hipokryzja na poziomie wojewódzkim

Wojewódzki nie raz żalił się, i w swoim programie w telewizji, i na Facebooku, i w gazetach, że Kaczyński i PiS propagują mowę nienawiści. Że ich dojście do władzy sprawi, że będziemy nawzajem skakać sobie do gardeł i się obrażać. Że rząd antagonizuje ludzi i negatywnie wpływa na nastroje społeczne. Po czym, absolutnie bez żadnego powodu, kazał swoim odbiorcom masowo atakować słownie przypadkową osobę. Brzmi jak krzewienie prospołecznych postaw, propagowanie tolerancji i budowanie komunikacji opartej na wzajemnym szacunku, co?

ekskluzywny menel wojewódzki
https://www.instagram.com/ekskluzywny_menel/

 

To zachowanie godne nastoletniego chłopca, a nie 52-letniego mężczyzny

Wykorzystywanie swojej władzy tylko po to, żeby zabawić się czyimś kosztem, to domena niedojrzałych emocjonalnie gówniarzy. Czyli użytkowników Karachana i dresiarzy dorabiających na klubowych bramkach. Takiego spuszczania hien tylko po to, żeby pośmiać się z ucieczki ofiary, mógłbym spodziewać się po jakimś dzieciaku, który grając w Minecrafta stał się popularny na YouTube i nie wie co robić ze swoim wpływem na społeczność. Ale żeby dorosłego chłopa, który mógłby być dziadkiem, bawiła zabawa w pana i władcę, który jak ma kaprys to kogoś opluje?

Słuchając dalszej części programu, i tego jak Wojewódzki z Kędzierskim sczytują na antenie, bo ich słuchacze piszą Ekskluzywnemu Menelowi „pocałuj mnie w dupę”, czułem jak żenada wylewa się z głośników i zostawia trwałe ślady na moich uszach. Panowie mało nie oddali ejakulatu na mikrofon w studiu, ciesząc się z tego, na jaki przezabawny dowcip wpadli. Żeby człowiek, który chce być autorytetem, a w dodatku doskonale wie jak działają media, publicznie zachęcał innych do szczucia kogoś i czerpał z tego przyjemność?

OHYDNE.

 

Niektórzy ludzie zrobią WSZYSTKO dla sławy

I bynajmniej nie mam tu na myśli cofającego się w rozwoju intelektualnym jurora. Mówię teraz o wszystkich osobach, które odpowiedziały na apel i zaatakowały blogera, tylko po to, żeby ich ksywka została wypowiedziana w radiu.

Nie wiem co jest gorsze, to że ktoś bezmyślnie zwraca się do drugiej osoby słowami „pocałuj mnie w dupę”, tylko dlatego, że jego idol mu kazał, czy to, że ktoś robi to, tylko po, żeby został zauważony choć na moment. Choć na ten ułamek sekundy, kiedy w ogólnopolskiej stacji radiowej prowadzący czyta jego nick na Instagramie. To, że ktoś dla tych, nawet nie 5 minut sławy, jest w stanie bezrefleksyjnie obrazić drugą osobę jest przerażające. Jeśli Cię to nie wstrząsa, to wyobraź sobie, co taki człowiek byłby w stanie zrobić w zamian za pojawienie się na 15 sekund w telewizji. Złamać Ci rękę? Potrącić autem? W końcu to tylko zabawa, a w zamian może się pochwalić znajomym, że był programie u Wojewódzkiego.

I teraz pomyśl, że w drodze do pracy spotykasz takich ludzi każdego dnia.

 

***

 

Współczuję Ekskluzywnemu Menelowi, że próbowano zrobić z niego chłopca do bicia. Współczuję słuchaczom Radia Rock, że słuchają takich audycji. Współczuję nam wszystkim, że mamy w kraju takie „gwiazdy”. I współczuję sobie, że mijam się na ulicy z ludźmi, dla których to był śmieszny żart.

---> SKOMENTUJ

Nike Air Force 1 – najlepsze buty na zimę w mieście!

Skip to entry content

Zima się zbierała i zbierała, i zebrała tak, że zaraz po sylwestrze walnęło -12 na termometrach i zaśnieżyło parapety i ścieżki rowerowe. Co poskutkowało tym, że na dobre pochowałem jesienne buty, wyciągając na ich miejsce te zimowe, i pierwszy raz od 3 lat włożyłem kalesony. Polecam bardzo i nie wyobrażam sobie wyjść na ten mróz bez dodatkowej warstwy na najważniejszym, zaraz po mózgu, narządzie. Ale dziś nie o tym. Dziś o butach, które pozwolą Wam przetrwać ten ziąb, umożliwią opuszczenie swojego ciepłego sześcianu i zagwarantują, że po powrocie ze spaceru wciąż będziecie mogli poruszać palcami u stóp.

Dziś o tym, dlaczego uważam, że Nike Air Force 1 to najlepsze buty na zimę w mieście.

Wygląd

Nike Air Force 1 - męskie zimowe buty

Od zawsze miałem problem z wyborem zimowych butów, bo te przeznaczone na temperatury poniżej 5 stopni albo wyglądały jakbym z miejsca miał iść zdobywać Mount Everest albo jakbym przeniósł się do czasów „Ogniem i mieczem” i czekał tylko, aż ktoś przyniesie mi kożuch i doklei wąsy długości dwóch zdrowych sumów. Jednym słowem, albo trekking i wspinaczki wysokogórskie albo podróż w czasie. Lub – nie daj boże i chroń me oczy przed tym widokiem – miks jednego z drugim, czyli skórzane pseudo-eleganckie trapery.

nike-air-force-1-meskie-zimowe-buty

Zazwyczaj, gdy pogoda za oknem zmuszała mnie groźbą odmrożenia sobie stóp i już nie było wyjścia, wybierałem jakieś miodówki a la Timberlandy. Wyglądały całkiem nieźle, a w zasadzie to dobrze, ale były ciężkie i jakieś takie kwadratowe. No, do wygody ciut im brakowało. Przestałem szukać, gdy w końcu odkryłem buty majace tę samą nazwę co samolot prezydencki.

nike-air-force-1 meskie-zimowe-buty

Air Force 1 – poza wersją niską, która zupełnie do mnie nie trafia – są bardzo ładne. Dość proste, bez żadnych udziwnień poza rzepem, który estetycznie wieńczy całość, masywne, ale nie bulwiaste i nieciężkie. Nie są tak uniwersalne jak Air Maxy, że czego nie założysz, to pasuje, ale dobrze komponują się z większością zestawów i w zasadzie z każdymi spodniami niemającymi szerokiej nogawki, ani niebędącymi w kancik. Oczywiście mam na myśli całe czarne, albo białe, bo jak kupisz sobie jakieś z turbo limitowanej edycji, zrobione ze światełek odblaskowych albo skóry kameleona, to będzie je nieco trudniej do czegoś dopasować.

Wytrzymałość

nike-air-force-1-meskie-zimowe-buty-2-750x421

I wpadałem w nie w kałuże, i brodziłem w nich w błocie, i chodziłem po górach, i prałem w pralce, i jedyne co się im stało po dwóch sezonach użytkowania, to lekkie wgięcie skóry. Zero pęknięć, rozklejenia się, puszczenia szwów, przetarcia czy odchodzenia skóry. A naprawdę im nie odpuszczałem. Innymi słowy, są w stanie przetrwać dużo więcej niż jazdę komunikacją miejską w godzinach szczytu, czy promocję na karpie w markecie.

Ciepło i wygoda

Punkt kulminacyjny, prawie, że najistotniejszy w tym temacie. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że te buty są ciepłe jak cholera i naprawdę wygodne.

Do chodzenia po mieście sprawdzają się wyśmienicie. Po pierwsze, podeszwa jest na tyle wysoka, że nawet przy -12 nie ma opcji, że jest Ci zimno w stopy. I to bez zakładania jakichś ultra grubych skarpet. Jeśli tylko nie rzucasz się w zaspy i nie wskakujesz do kałuż, w których można by się utopić, to nic Ci nie grozi. Mimo wywietrzników na przodzie, dzięki skórze na całości, obuwie nie przemaka przy normalnym codziennym użytkowaniu. Zresztą, miałem okazję być w nich również w Tatrach i też nie było lipy, ani nie czułem wilgoci, ani zimna, nawet przez moment. Po drugie, dzięki elastyczności i lekkości, są naprawdę wygodne i nawet wielogodzinny spacer, czy stanie w kolejce do kasy, nie sprawia dyskomfortu. Przez to, że nie są ciężkie i sztywne, nie masz wrażenia, że chodzisz w butach z betonu, a każde podniesienie nogi to wysiłek.

Nike Air Force 1 - męskie zimowe buty

Nie spodziewałem się, że adidasy tak dobrze potrafią się sprawować w zimie, ale skórzane Nike Air Force 1, to w tym momencie dla mnie najlepsza opcja na przetrwanie tej pory roku w mieście. Ładne, wygodne i mega ciepłe! I zupełnie nie rozumiem lasek, które chodzą w nich latem i to w największe upały. Jakaś kolorwa gazeta wmówiła im, że mokre od potu stopy są seksowne?

---> SKOMENTUJ