Close
Close

Osoby pracujące w Gazeta.pl nie potrafią czytać ze zrozumieniem

Skip to entry content

Wczoraj ukazał się ranking Tomka Tomczyka, w którym opublikował zestawienie najbardziej wpływowych blogerów w Polsce, biorąc pod uwagę ich dokonania w 2015 roku. Poza jego listą, we wpisie zamieszczony jest też szereg raportów i danych zebranych przez firmy zajmujące się monitorowaniem mediów. Zarówno tych cyfrowych, jak i analogowych. Jednym z tych zestawień, był przygotowany przez Press Service ranking według liczby publikacji w mediach i według sumy ekwiwalentu reklamowego.

Ekwiwalent reklamowy (AVE) – wskaźnik wyrażający ilość pieniędzy, jaką należałoby wydać na publikację lub emisję danego przekazu, gdyby był on reklamą. Jest stosowany jako indeks oceny efektywności działań PR.

To sformułowanie może wydawać się zawiłe i mało zrozumiałe dla kogoś niebędącego na co dzień za pan brat ze światem reklamy. Jednak dla osób zajmujących się zawodowo pisaniem o pieniądzach, a wydaje mi się, że takimi właśnie ludźmi są pracownicy serwisu Gazeta.pl Pieniądze, powinno być to pojęcie równie oczywiste co „popyt” i „podaż”. To teoria. Praktyka pokazuje, że jest zupełnie odwrotnie.

Owo zestawienie wygląda tak…

ranking blogerów
źródło: http://jasonhunt.pl/ranking-najbardziej-wplywowych-blogerow-2015-roku/

…natomiast w tekście próbującym być artykułem „Wielki ranking polskich blogerów 2015. Nie zgadniecie, na ile wyceniana jest Maffasion” autor-widmo pisze…

Maffasion, czyli Julia Kuczyńska, to bezsprzecznie najbardziej wartościowa blogowa marka w Polsce. Wyceniana jest na blisko 40 mln zł.

…oraz…

Na czwartym miejscu znajduje się Marta Dymek ze swoim topowym blogiem kulinarnym Jadłonomia, której marka wyceniana jest na ponad 10 mln zł. Następne dwa miejsca zajmują Przemysław Pająk ze Spider’s Web (6 mln zł) oraz Michał Szafrański z Jak Oszczędzać Pieniądze? (4,8 mln zł).

…i widząc to załamuję ręce.

Rozumiem, że autor-widmo tego paszkwilu liczył na wzbudzenie sensacji, a może i skandalu, bo przecież nic tak nie ekscytuje ludzi jak pieniądze, zwłaszcza duże i nieswoje, ale publikując to coś, ośmieszył nie tylko siebie, ale także swoją redakcję i cały serwis. Bo ktoś musiał przecież to zaakceptować, a ktoś inny potem powiesić na stronie głównej, udowadniając, że co najmniej 3 osoby nie potrafią tam czytać ze zrozumieniem.

Otóż droga redakcjo Gazeta.pl, w przypadku Julii Kuczyńskiej, pseudonim operacyjny Maffashion, EKWIWALENT REKLAMOWY publikacji na jej temat w mediach wyniósł blisko 40 milionów złotych, A NIE JEJ MARKA, więc mówienie, że ona jest wyceniana na tę kwotę jest karygodnym błędem. Bardziej łopatologicznie, gdyby sama chciała wykupić tę samą liczbę publikacji w prasie, radiu, telewizji i internecie, która w zeszłym roku ukazała się na jej temat, bo media te same z siebie o niej wspominały, to przyjmując stawki z cennika musiałaby wydać kwotę sięgającą 40 milionów złotych, ale w żadnym wypadku nie znaczy, to że ona, czy też jej marka jest szacowana na 40 milionów złotych.

Zrozumiałe? Tak? Na pewno? To może na wszelki wypadek jeszcze raz.

Według tego rankingu, wartość publikacji, które ukazały się we wszystkich możliwych mediach w 2015 roku na mój temat, to równowartość 414 925zł. Innymi słowy, gdyby wszystkie wzmianki, które pojawiły się o mnie były zleconą reklamą, to jej koszt, po stawkach z cenników tych mediów, wynosiłby 414 925zł. W związku z powyższym – i biorąc pod uwagę, że definicja ekwiwalentu reklamowego nie jest państwowo chronioną wiedzą, co więcej, POJAWIA SIĘ NA ZESTAWIENIU – nie wiem jak można uznać, że dany bloger jest tyle wart.

Rzygam już od mielenia w kółko branżowych tematów, ale jeśli tak istotne błędy merytoryczne są publikowane bez zająknięcia na tematycznych portalach informacyjnych, to teraz pomyśl jak rzetelne są pozostałe wiadomości, które się tam pojawiają. To daje do myślenia ile razy dziennie jesteśmy wprowadzani w błąd, bo ktoś w tego typu redakcji próbuje ukuć nośnego niusa, pisząc na temat, na którym kompletnie się nie zna. Jak można z takich miejsc czerpać informacje o świecie, skoro publikują tam osoby, które nawet nie są w stanie sprawdzić podstawowych pojęć w Wikipedii?

Z globalnego punktu widzenia ten babol jest nieistotny, bo dotyczy tylko mojego małego środowiska, ale wyobraź sobie ile razy w zeszłym roku czytając o szczepionkach trafiałeś na równie rzetelne „artykuły”? Albo o podatkach? Albo o uchodźcach?

Zapalmy po zniczu za dziennikarstwo w internecie, bo właśnie jesteśmy świadkami jego agonii.

(niżej jest kolejny tekst)

42
Dodaj komentarz

avatar
26 Comment threads
16 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
28 Comment authors
Co zmieniło we mnie 5 lat blogowania?NebelwerferKawazumajniakijamaska Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Witek Michalak
Gość

Kiedyś kolega z redkacji sportowej mówił: dziennikarstwo sportowe zaczyna się tam, gdzie kończy się zwykłe dziennikarstwo. Wracając do jego myśli należy spytać, gdzie zaczyna się dziennikarstwo internetowe. :p I czy jest czymś więcej niż bezmyślnym CTR + C i CTR+V.

Jan Favre
Gość

Nawet kopiuj-wklej im się nie udaje, bo jak ktoś zauważył na moim Facebooku, ksywka Julii Kuczyńskiej w tekście pojawia się 5 razy i 5 razy jest z błędem.

Witek Michalak
Gość

No to masz wkład własny autora.

Anna M. Lukasiewicz
Gość

Sami sobie strzelają w kolano. Najgorsze jest, że inne serwisy to podchwytują. Chyba widziałam, że Marta Dymek udostępniła screen z pudelka z wiadomością, że jest warta prawie dziesięć milionów?
Czytając komentarze pod tekstem na gazeta.pl miałam ze sobą popcorn.

Jan Favre
Gość

Rozumiem, gdyby to opublikował jakiś tabloid niemający pojęcia o finansach, ale pieniadze.gazeta.pl , to tematyczny serwis o biznesie. Przynajmniej w teorii.

dobrymjud
Gość

Nie wspomnę o tym, że na samym początku autorką Jadłonomii była Anna Dymek ;)

Anna M. Lukasiewicz
Gość

Noo, aż się zaśmiałam przy lunchu jak to przeczytałam.

Magdalena Śpiewak
Gość

Mnie najbardziej bawi Mikołaj Nowak (nie wiem czy kojarzysz), który na temat polskiej blogosfery ma zawsze najwięcej do powiedzenia i często pisze statusy na fb lub tt właśnie w takim tonie, jak przytoczony przez Ciebie artykuł.

Jan Favre
Gość

Tak jak niewypada śmiać się z Kononowicza, tak w jego przypadku również spuśćmy zasłonę milczenia.

Magdalena Śpiewak
Gość

To jest piękne <3

Magdalena Śpiewak
Gość

Mąż poprosił bym wkleiła w jego imieniu komentarz do tego tekstu, bo równie mocno jak mnie, rozbawiła go twoja odpowiedź:

„Spesalvi: Jestem dumnym posiadaczem bana u Nowaka :)Obraził się na mnie, bo ośmieliłem się napisać mu, że świeci światłem odbitym marki Fakty TVN, a social media ninja z niego marny. Skoro bowiem uważa się za ojca sukcesu Grono.net, a Grono.net padło, to marny z niego ojciec :) Chciałem to napisać u Stayfly, ale hm… mam bana tylko nie pamiętam za co :) „

Jan Favre
Gość

Pozdro dla męża, też nie pamiętam za co ma bana :D

Edzia
Gość
Edzia

Najsmutniejsze jest to, że ludzie czytają takie bzdury i wierzą w nie bez zastanowienia i żadnej weryfikacji faktów. Tak napisali w gazecie, więc to musi być prawda. Niektórych nawet sensowne wytłumaczenie nie przekonuje, „bo przecież w gazecie napisali inaczej”.

PanŁakomy.pl
Gość

To chyba jest w tym najbardziej przerażające. Ludzka głupota goni ludzką głupotę.

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Wojewódzki prosił fanów by słowami „pocałuj mnie w dupę” szczuli blogera

Skip to entry content

Jakub Wojewódzki i Piotr Kędzierski prowadzą w Rock Radiu od poniedziałku do czwartku audycję „Książę i Żebrak”. W założeniach program ma być humorystyczny, w praktyce jednak jest to humor przez małe, a w zasadzie nieme „h” i opiera się głównie na podwórkowych żartach, które śmieszyły w dzieciństwie. Jedyne faktycznie zabawne fragmenty programu, to momenty, gdy pojawiają się dowcipy podwykonawców, jednak wczoraj główni prowadzący postanowili udowodnić, że mimo, iż ich zwalniają i zdejmują ich audycję z anteny, wciąż są ultra śmieszni.

Dwójka dorosłych mężczyzn uznała, że szczytem finezji i esencją dobrego żartu, będzie napuszczenie swoich fanów na przypadkową osobę i obrażanie jej słowami „pocałuj mnie w dupę”. Błyskotliwe, co?

(Wojewódzki z Kędzierskim zachęcają do ataku od 35:38)

Wojewódzki: Postanowiliśmy sprawdzić zasięg i słuchalność naszego radia poprzez test związany z Instagramem. (…) Prosimy o wejście na profil Ekskluzywnego Menela i prosimy napisać tekst…

Kędzierski: …pocałuj mnie w dupę…

Wojewódzki: …tak. Każdego kto napisze „pocałuj mnie w dupę” na profilu Ekskluzywnego Menela będziemy wymieniać i chwalić w radiu.

W ciągu godziny od tego komunikatu na profilu Ekskluzywnego Menela – blogera modowego – pojawiło się prawie 300 komentarzy fanów Wojewódzkiego, którzy wykonali polecenie swojego idola i obrazili bogu ducha winnego człowieka. Jestem zażenowany tym na tak wielu poziomach, że nie wiem od czego zacząć. Chyba najbardziej obrzydza mnie fakt, że tego klocka na cudzym trawniku nie postawiła z głupoty i braku doświadczenia osoba świeża, tylko człowiek od lat działający w mediach, doskonale obyty z jego mechanizmami.

 

Hipokryzja na poziomie wojewódzkim

Wojewódzki nie raz żalił się, i w swoim programie w telewizji, i na Facebooku, i w gazetach, że Kaczyński i PiS propagują mowę nienawiści. Że ich dojście do władzy sprawi, że będziemy nawzajem skakać sobie do gardeł i się obrażać. Że rząd antagonizuje ludzi i negatywnie wpływa na nastroje społeczne. Po czym, absolutnie bez żadnego powodu, kazał swoim odbiorcom masowo atakować słownie przypadkową osobę. Brzmi jak krzewienie prospołecznych postaw, propagowanie tolerancji i budowanie komunikacji opartej na wzajemnym szacunku, co?

ekskluzywny menel wojewódzki
https://www.instagram.com/ekskluzywny_menel/

 

To zachowanie godne nastoletniego chłopca, a nie 52-letniego mężczyzny

Wykorzystywanie swojej władzy tylko po to, żeby zabawić się czyimś kosztem, to domena niedojrzałych emocjonalnie gówniarzy. Czyli użytkowników Karachana i dresiarzy dorabiających na klubowych bramkach. Takiego spuszczania hien tylko po to, żeby pośmiać się z ucieczki ofiary, mógłbym spodziewać się po jakimś dzieciaku, który grając w Minecrafta stał się popularny na YouTube i nie wie co robić ze swoim wpływem na społeczność. Ale żeby dorosłego chłopa, który mógłby być dziadkiem, bawiła zabawa w pana i władcę, który jak ma kaprys to kogoś opluje?

Słuchając dalszej części programu, i tego jak Wojewódzki z Kędzierskim sczytują na antenie, bo ich słuchacze piszą Ekskluzywnemu Menelowi „pocałuj mnie w dupę”, czułem jak żenada wylewa się z głośników i zostawia trwałe ślady na moich uszach. Panowie mało nie oddali ejakulatu na mikrofon w studiu, ciesząc się z tego, na jaki przezabawny dowcip wpadli. Żeby człowiek, który chce być autorytetem, a w dodatku doskonale wie jak działają media, publicznie zachęcał innych do szczucia kogoś i czerpał z tego przyjemność?

OHYDNE.

 

Niektórzy ludzie zrobią WSZYSTKO dla sławy

I bynajmniej nie mam tu na myśli cofającego się w rozwoju intelektualnym jurora. Mówię teraz o wszystkich osobach, które odpowiedziały na apel i zaatakowały blogera, tylko po to, żeby ich ksywka została wypowiedziana w radiu.

Nie wiem co jest gorsze, to że ktoś bezmyślnie zwraca się do drugiej osoby słowami „pocałuj mnie w dupę”, tylko dlatego, że jego idol mu kazał, czy to, że ktoś robi to, tylko po, żeby został zauważony choć na moment. Choć na ten ułamek sekundy, kiedy w ogólnopolskiej stacji radiowej prowadzący czyta jego nick na Instagramie. To, że ktoś dla tych, nawet nie 5 minut sławy, jest w stanie bezrefleksyjnie obrazić drugą osobę jest przerażające. Jeśli Cię to nie wstrząsa, to wyobraź sobie, co taki człowiek byłby w stanie zrobić w zamian za pojawienie się na 15 sekund w telewizji. Złamać Ci rękę? Potrącić autem? W końcu to tylko zabawa, a w zamian może się pochwalić znajomym, że był programie u Wojewódzkiego.

I teraz pomyśl, że w drodze do pracy spotykasz takich ludzi każdego dnia.

 

***

 

Współczuję Ekskluzywnemu Menelowi, że próbowano zrobić z niego chłopca do bicia. Współczuję słuchaczom Radia Rock, że słuchają takich audycji. Współczuję nam wszystkim, że mamy w kraju takie „gwiazdy”. I współczuję sobie, że mijam się na ulicy z ludźmi, dla których to był śmieszny żart.

Nike Air Force 1 – najlepsze buty na zimę w mieście!

Skip to entry content

Zima się zbierała i zbierała, i zebrała tak, że zaraz po sylwestrze walnęło -12 na termometrach i zaśnieżyło parapety i ścieżki rowerowe. Co poskutkowało tym, że na dobre pochowałem jesienne buty, wyciągając na ich miejsce te zimowe, i pierwszy raz od 3 lat włożyłem kalesony. Polecam bardzo i nie wyobrażam sobie wyjść na ten mróz bez dodatkowej warstwy na najważniejszym, zaraz po mózgu, narządzie. Ale dziś nie o tym. Dziś o butach, które pozwolą Wam przetrwać ten ziąb, umożliwią opuszczenie swojego ciepłego sześcianu i zagwarantują, że po powrocie ze spaceru wciąż będziecie mogli poruszać palcami u stóp.

Dziś o tym, dlaczego uważam, że Nike Air Force 1 to najlepsze buty na zimę w mieście.

Wygląd

Nike Air Force 1 - męskie zimowe buty

Od zawsze miałem problem z wyborem zimowych butów, bo te przeznaczone na temperatury poniżej 5 stopni albo wyglądały jakbym z miejsca miał iść zdobywać Mount Everest albo jakbym przeniósł się do czasów „Ogniem i mieczem” i czekał tylko, aż ktoś przyniesie mi kożuch i doklei wąsy długości dwóch zdrowych sumów. Jednym słowem, albo trekking i wspinaczki wysokogórskie albo podróż w czasie. Lub – nie daj boże i chroń me oczy przed tym widokiem – miks jednego z drugim, czyli skórzane pseudo-eleganckie trapery.

nike-air-force-1-meskie-zimowe-buty

Zazwyczaj, gdy pogoda za oknem zmuszała mnie groźbą odmrożenia sobie stóp i już nie było wyjścia, wybierałem jakieś miodówki a la Timberlandy. Wyglądały całkiem nieźle, a w zasadzie to dobrze, ale były ciężkie i jakieś takie kwadratowe. No, do wygody ciut im brakowało. Przestałem szukać, gdy w końcu odkryłem buty majace tę samą nazwę co samolot prezydencki.

nike-air-force-1 meskie-zimowe-buty

Air Force 1 – poza wersją niską, która zupełnie do mnie nie trafia – są bardzo ładne. Dość proste, bez żadnych udziwnień poza rzepem, który estetycznie wieńczy całość, masywne, ale nie bulwiaste i nieciężkie. Nie są tak uniwersalne jak Air Maxy, że czego nie założysz, to pasuje, ale dobrze komponują się z większością zestawów i w zasadzie z każdymi spodniami niemającymi szerokiej nogawki, ani niebędącymi w kancik. Oczywiście mam na myśli całe czarne, albo białe, bo jak kupisz sobie jakieś z turbo limitowanej edycji, zrobione ze światełek odblaskowych albo skóry kameleona, to będzie je nieco trudniej do czegoś dopasować.

Wytrzymałość

nike-air-force-1-meskie-zimowe-buty-2-750x421

I wpadałem w nie w kałuże, i brodziłem w nich w błocie, i chodziłem po górach, i prałem w pralce, i jedyne co się im stało po dwóch sezonach użytkowania, to lekkie wgięcie skóry. Zero pęknięć, rozklejenia się, puszczenia szwów, przetarcia czy odchodzenia skóry. A naprawdę im nie odpuszczałem. Innymi słowy, są w stanie przetrwać dużo więcej niż jazdę komunikacją miejską w godzinach szczytu, czy promocję na karpie w markecie.

Ciepło i wygoda

Punkt kulminacyjny, prawie, że najistotniejszy w tym temacie. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że te buty są ciepłe jak cholera i naprawdę wygodne.

Do chodzenia po mieście sprawdzają się wyśmienicie. Po pierwsze, podeszwa jest na tyle wysoka, że nawet przy -12 nie ma opcji, że jest Ci zimno w stopy. I to bez zakładania jakichś ultra grubych skarpet. Jeśli tylko nie rzucasz się w zaspy i nie wskakujesz do kałuż, w których można by się utopić, to nic Ci nie grozi. Mimo wywietrzników na przodzie, dzięki skórze na całości, obuwie nie przemaka przy normalnym codziennym użytkowaniu. Zresztą, miałem okazję być w nich również w Tatrach i też nie było lipy, ani nie czułem wilgoci, ani zimna, nawet przez moment. Po drugie, dzięki elastyczności i lekkości, są naprawdę wygodne i nawet wielogodzinny spacer, czy stanie w kolejce do kasy, nie sprawia dyskomfortu. Przez to, że nie są ciężkie i sztywne, nie masz wrażenia, że chodzisz w butach z betonu, a każde podniesienie nogi to wysiłek.

Nike Air Force 1 - męskie zimowe buty

Nie spodziewałem się, że adidasy tak dobrze potrafią się sprawować w zimie, ale skórzane Nike Air Force 1, to w tym momencie dla mnie najlepsza opcja na przetrwanie tej pory roku w mieście. Ładne, wygodne i mega ciepłe! I zupełnie nie rozumiem lasek, które chodzą w nich latem i to w największe upały. Jakaś kolorwa gazeta wmówiła im, że mokre od potu stopy są seksowne?