Close
Close

Wojna Płci: co to znaczy, że “dziewczyna się puszcza”?

Skip to entry content

Tygodniowa, świąteczna przerwa w “Wojnie Płci” przeciągnęła się prawie na cały miesiąc i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie oprócz tego, że to wina Asi. Na szczęście już się ogarnęła ze sprzątaniem po sylwestrze i w aurze odkurzonego dywanu, wypucowanych garnków i wyniesionych śmieci, wracamy z damsko-męskimi rozmowami o życiu, śmierci i pożyciu przedmałżeńskim. Dzisiaj na tapet bierzemy zwłaszcza ten ostatni temat, bo dyskutujemy o tym, co to znaczy, że “dziewczyna się puszcza”?

Wojna Płci

Jan Favre: Z iloma mężczyznami kobieta musi uprawiać seks, żeby zostać puszczalską szmatą? Z 5, 10, 15? 115?

Joanna Pachla: Z tyloma, o ilu dowie się jej gimnazjum.

Jan Favre: Czyli dopóki nikt się nie dowie, może zapraszać całe jednostki wojskowe do łóżka, ale w momencie, kiedy to wyjdzie poza jej sześcian, to jest już godna napiętnowania?

Joanna Pachla: Tak, bo zwykle to społeczeństwo piętnuje, a nie człowiek sam siebie.

Poza tym zauważ, że to kobiety kobietom zgotowały ten los. Te wszystkie łatki typu “łatwa” czy “puszczalska” pochodzą prosto z kobiecego słownika. Normalny facet nie powie o kobiecie, że się puszcza. Natomiast kobieta o kobiecie już tak. Same sobie robimy ten czarny PR.

Jan Favre: Też zauważyłem, że kobiety mają bardzo duży udział w niszczeniu innych kobiet, tylko dlatego, że miały więcej partnerów seksualnych, albo są ładniejsze/mają większe branie, ale mężczyzn bym z tego nie wyłączał.

Co zrobi – może nie “normalny”, ale “przeciętny” – facet, jeśli podbijając do dziewczyny w klubie dostanie kosza, po czym zobaczy, że zaloty innego na nią poskutkowały?

Joanna Pachla: Powinien pomyśleć, że widocznie ten drugi okazał się fajniejszy. Ale rozumiem, że zmierzasz do tego, że – żeby ją zdyskredytować i jednocześnie zrehabilitować siebie we własnych oczach lub oczach kumpli – nazwie ją właśnie puszczalską szmatą.

Jan Favre: Tak. Ewentualnie dupodajką.

Faceci bardzo często zarzucają kobiecie mityczne “puszczanie się”, bo sami nie byli w stanie jej zainteresować swoją osobą, a ktoś inny był. I to na tyle skutecznie, że doszło do fizycznego zbliżenia. W związku z czym muszą ratować wdeptane w chodnik ego, deprecjonując ją.

Joanna Pachla: To co – według mężczyzny – znaczy “puszczać się”? Uprawiać seks z kimś innym, niż on sam?

Jan Favre: Zdaniem przeciętnych mężczyzn “puszczać się”, znaczy uprawiać seks z więcej niż jednym partnerem w ciągu całego życia, bo według kodeksu osiedlowego harcerza, tylko dziewice i nasze matki są damami, a reszta to szmaty. Dla mnie jednak znaczy coś zgoła innego. Odnosząc się do etymologii tego słowa, logicznie rzecz ujmując, żeby się puścić, wcześniej trzeba się czego trzymać, czyli przenosząc to na relacje damsko-męskie, puszcza się kobieta, która ma mężczyznę – jest w związku – a mimo to uprawia seks z innymi, zdradzając go.

Joanna Pachla: O, to chyba jednak zawęża popularną definicję tego słowa. Puszczać się w znaczeniu, jakie ja znam, to po prostu – uprawiać seks z dużą liczbą partnerów. Tylko nie znalazł się jeszcze mądry, który by określił, ile to właściwie jest “dużo”.

A uprawiać seks, mając już mężczyznę – to przecież tyle, co zdradzać. Dla mnie taka retoryka jest w ogóle z dżungli wzięta – puszczać się to może małpa liany, sorry.

Jan Favre: Uprawianie seksu z dużą liczba partnerów jest neutralne, puszczanie się jest zdecydowanie pejoratywne. Jeśli mielibyśmy przyjąć Twoje rozumienie tego słowa, to wszyscy bylibyśmy puszczalscy, bo dużo, to więcej niż 2.

Tak że tak, zwrot “puszczanie się” jest dla mnie synonimem notorycznego, wielokrotnego zdradzania.

Joanna Pachla: To znaczy, że żeby się puszczać, trzeba być w związku?

Jan Favre: A uważasz, że żeby się puszczać, wystarczy uprawiać seks z kimś, z kim nie jest się w związku?

Joanna Pachla: Ja w ogóle nie używam określenia “puszczać się”, dla mnie to jest podwórkowa pyskówka, z którą powinno się zrywać gdzieś po ukończeniu gimnazjum. Dorośli ludzie się nie puszczają, oni po prostu zaspokajają swoje potrzeby, uprawiając seks.

Natomiast na tyle, na ile pamiętam to wyrażenie z czasów szkolnych, to odnosiło się do uprawiania seksu z dużą liczbą partnerów, niezależnie od statusu związku. Ba, nigdy nie zapomnę wielkiego napisu na froncie szkoły, dumnie obwieszczającego światu przy pomocy spray’u, że “Lucyna puszcza się szybciej niż oddycha”. A Lucyna wcale się nie puszczała – ona po prostu nie chciała żadnego z tych wątpliwej jakości zalotników, więc postanowili się na niej regularnie mścić.

[emaillocker]

Jan Favre: Też nie używam tego zwrotu, bo jest bardziej z dupy niż wczorajsze śniadanie i strasznie mnie irytuje, jak te jaskiniowo-nastoletnie hasła są rzucane przez dorosłych ludzi i to w gęstej mgle zakłamania. Najczęściej ten zwrot pojawia się pod płaszczykiem dbania o moralność – tyle, że walka nigdy nie rozgrywa się o właściwe życiowe wzorce autorów tych słów, tylko osób trzecich. Obrońcy Cudzej Moralności próbują przekonać cały świat, że tak bardzo zależy im na czyjejś praworządności, podczas gdy w rzeczywistości chcą po prostu wyładować swoją frustrację i komuś dopierdolić pod przykrywką niesienia dobra.

Uważam, że to, kto, z kim i jak często sypia, jest tylko i wyłącznie jego sprawą, a nie kwestią publiczną, nad którą koniecznie muszą się pochylać obcy ludzie. I jeśli chce zapraszać do sypialni całą drużynę piłkarską, to, jeśli tylko nikogo nie krzywdzi, nic mi do tego.

Joanna Pachla: I o ile nie jesteś jego sąsiadem zza ściany…

Jan Favre: No przecież mówiłem, że nie może nikogo krzywdzić. Napastowanie dźwiękowe to też krzywda.

Joanna Pachla: Czyli mamy pełną zgodność. Nie wierzę, że człowiek, nazywający drugiego człowieka puszczalskim, może mieć dobre intencje. Albo mu czegoś zazdrości, albo go nie lubi, albo chce upokorzyć czy wyładować własne frustracje (opcje mogą się łączyć). Jakakolwiek motywacja by nim nie rządziła, ewidentnie ma więc ze sobą problem.

Poza tym ile osób, mających aktywne życie seksualne z wieloma partnerami, publicznie się tym chwali? Raczej niewiele. Wszystkie te opowieści to więc co najwyżej plotki czy pomówienia. A te powinny obchodzić nas tyle, co zeszłoroczny śnieg.

Jan Favre: Czasem nawet nie trzeba się chwalić. Wystarczy zrobić wspólne zdjęcie, a życzliwi kronikarze już dopiszą historię.

Jednak w tym temacie niezmiennie mnie fascynują podwójne standardy i fakt, że tylko kobieta może się puszczać, a mężczyzna jest zupełnie poza zasięgiem tego określenia. Jakby faceci w ogóle nie uczestniczyli w tej czynności, a wszystkie laski były biseksualne i puszczały się tylko same ze sobą.

Czemu Wy nie mówicie o mężczyznach, że się puszczają?

Joanna Pachla: Bo sięgamy po inne działo i kiedy facet nas nie chce, to nazywamy go pedałem. Jestem w klubie, chcę go poderwać, a on się nie daje? Przecież do głowy mi nie przyjdzie, że może już mieć dziewczynę albo zwyczajnie, po ludzku, może mnie nie chcieć. Najprostszy schemat myślowy, po jaki sięgają wtedy średnio rozwinięte dziewuchy, to skwitowanie tego słowami: no pedał, no.

Jan Favre: No tak, bo najmocniejszy sposób, w jaki w naszym kraju można obrazić mężczyznę, to nie nazwać go kanapowym nieudacznikiem, troglodytą, czy półmózgiem, tylko zasugerować, że nie jest heteroseksualny.

O ile uznawanie, że ktoś jest mniej wartościowy, bo ma mniej popularną orientację seksualną, jest absurdem samym w sobie, o tyle, czy są jakieś obiektywne powody, żeby stwierdzić, że człowiek jest gorszy, bo lubi pożycie przedmałżeńskie?

Joanna Pachla: Wiesz, żyjemy w kraju katolickim…

Jan Favre: Dlatego z pewnością każda osoba, która zarzuca komuś puszczalstwo, nigdy nie popełniła grzechu samogwałtu…

Joanna Pachla: Jasne. I kąpie się w majtkach i przebiera wyłącznie po ciemku.

A wracając do Twojego pytania – człowiek nie może być gorszy ani z powodu swojej orientacji, ani z powodu liczby partnerów seksualnych. Oczywiście, jedno i drugie może nam odpowiadać bardziej lub mniej, ale to tylko i wyłącznie nasz problem, który nie daje nam jeszcze prawa do jakiegokolwiek obrażania go czy też dyskredytowania w cudzych oczach.

Jan Favre: To jest w ogóle paradoks, że z jednej strony kobiety mające duże doświadczenie seksualne są piętnowane, a z drugiej dwudziestokilkuletnie dziewice są wyśmiewane. Mam wrażenie, że społeczeństwo jako ogół ma tak duży problem z seksem, że najchętniej wyzułoby go z przyjemności i zostawiło mu tylko funkcję rozrodczą.

Joanna Pachla: Dlaczego od razu całe społeczeństwo? Tylko ta jego głupsza część.

Jan Favre: Czyli jakieś 65%?

Joanna Pachla: To i tak jesteś optymistą.

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Quiz modowy: ofiara mody, czy celebryta?

Skip to entry content

Kojarzycie facebookowy profil „faszyn from raszyn”? Publikowane są na nim zdjęcia stylizacji osób, które trochę bardziej niż trochę, wzięły sobie do serca poradnik zakupowy z bieżącymi trendami. Bohaterowie mają na sobie ostatni krzyk mody, przy czym jest to krzyk rozpaczy i podświadome wołanie o pomoc. Prześwitujące leginsy, przyciasne szorty, spodnie pociąte przez kosiarkę, skarpety do japonek, tipsy ala kacze płetwy i fryzury we wzorki Louis Vuitton. Autor umieszcza tam zestawy ubrań, które są esencją przypału i mimowolnie wywołują śmiech. Lub zażenowanie.

Mam jednak wrażenie, że coraz częściej jest tak samo ze stylizacjami celebrytów. Nie tylko tych polskich, ale i „światowych sław”. Nierzadko ich ciuchy swoją pseudo-awangardowością i poziomem absurdu dorównują, a nawet przebijają te z „faszyn from raszyn”. Przeglądając kolejne zdjęcia z bankietów, premier, gal i (meblo)ścianek, mam wrażenie, że uczestniczę w ekranizacji baśni Hansa Christiana Andersena. Konkretnie „Nowych szat cesarza” i czekam, aż ktoś w końcu krzyknie, że król jest nagi.

Myślisz, że Ciebie to nie dotyczy i jesteś w stanie odróżnić uliczną ofiarę mody, od wystylizowanego celebryty? Sprawdź!

[qzzr quiz=”132268″ width=”100%” height=”auto” redirect=”true” offset=”0″]

Jeśli chcesz poznać prawidłowe odpowiedzi, to kliknij TUTAJ, ale nie psuj zabawy innym i nie ujawniaj ich w komentarzach.

Co jakiś czas dostaję maile z pytaniami o blogowanie. Czasem są to pytania o poszerzanie poruszanej tematyki, częściej o zwiększanie zasięgu, jeszcze częściej o zarabianie, a nierzadziej to prośby o całościowy audyt bloga (czyli przeanalizowanie, czemu jest tak źle, skoro jest tak zajebiście). W przypadku pojedynczych, sprecyzowanych pytań, staram się rzeczowo odpowiadać, ale to zazwyczaj skutkuje kolejnymi mailami z dopytywaniem o szczegóły. Gdy dostaję pytania ogólnikowe, typu: jak przyciągnąć czytelników? jak się wybić? jak jeść burgery i nie przytyć?, odsyłam do książek Tomka Tomczyka, bo jest tam prawie wszystko, co trzeba wiedzieć działając w tej dziedzinie.

Kiedy jednak ktoś pisze z prośbą o przejrzenie CAŁEGO bloga, wraz z profilami w mediach społecznościowych, odpisuję, że nie da rady, bo to przynajmniej 2 godziny mojego czasu. Czasu, który jak wiadomo jest jedynym nieodnawialnym zasobem, bo mimo usilnych starań osób zbliżających się do ostatecznego terminu oddania zlecenia, doby nijak nie da się poszerzyć. Innymi słowy, tych 2, 3, a czasem 4 godzin nikt mi nie odda, a często niestety nawet nie podziękuje. Za to ja ten czas chętnie oddam, ale w zamian za pieniądze.

Pieniądze, które pójdą na szczytny cel.

 

Udzielam korepetycji z blogowania w zamian za pomoc WOŚP!

----> KLIKNIJ W OBRAZEK, ŻEBY PRZEJŚĆ DO AUKCJI <---
—-> KLIKNIJ W OBRAZEK, ŻEBY PRZEJŚĆ DO AUKCJI <—

Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy wspieram odkąd pamiętam. A w zasadzie to odkąd pamięta moja mama, bo pierwsze zdjęcia z przylepionym serduszkiem do zimowej kurtki mam chyba z czasów przedszkolnych. Ogromnie szanuję Jurka Owsiaka, regularnie piszę podania o jego kanonizację i co roku jestem pod wielkim wrażeniem, jak skutecznie potrafi integrować ludzi przekazując im, dla odmiany od tego co robią politycy, pozytywną energię. I niezbędny sprzęt dla szpitali. Którego nie potrafi zapewnić państwo.

Ale wróćmy do tematu.

Akcja jest taka, że poniżej masz aukcję, która jest 4-godzinnymi korepetycjami z blogowania. Co to znaczy? Dokładnie to, że jak w podstawówce, liceum, czy na studiach, udzielam bezpośrednich, osobistych korków. Czyli spotkamy się jeden na jeden i pomagam Ci ze WSZYSTKIM związanym z blogowaniem, z czym tylko masz problem. Dodajmy jednak, że są to korki turbo exclusive premium, bo dojeżdżam w KAŻDE miejsce w Polsce (słownie: w we wszystkie jakie tylko są w obrębie granic naszego kraju). Innymi słowy, jeśli mieszkasz na Helu, w Parzygłowach Dolnych albo na Ruczaju i chcesz pogadać o rozwoju internetowych pamiętników w swoim domu, to nie ma problemu. Przyjeżdżam na Hel, na Ruczaj, czy gdziekolwiek indziej mieszkasz w obrębie naszego kraju.

—–> Wylicytuj “Korki z blogowania”! <—–

Możemy się spotkać, gdzie tylko sobie wymyślisz, jest tylko jedna sprawa: musisz wygrać aukcję przekazując hajs na dzieci i seniorów.

 

Co mogę Ci wytłumaczyć w trakcie korepetycji?

WSZYSTKO!

Prowadzę Stay Fly od ponad 4 lat, żyję tylko i wyłącznie z niego od ponad 1,5 roku, byłem na wszystkich istotnych konferencjach w tym kraju, znam wszystkie mające wpływ na tę branżę osoby osobiście i nie ma takiego aspektu blogowania, którego bym nie zgłębił. Nie żebym jakoś specjalnie miał potrzebę się przechwalać, ale najzwyczajniej w świecie, znam się na tym i chętnie Ci tę wiedzę przekażę.

Podczas korków mogę powiedzieć Ci:

– jak pisać angażujące teksty
– jak wyróżnić się w Twojej kategorii tematycznej
– jak radzić sobie z hejterami
– jak zacząć zarabiać na blogu
– czy potrzebujesz Twittera
– jak podpiąć Google Analyticsa
– jak wybrać szablon odpowiedni do Twoich potrzeb
– jak prowadzić fanpage na Facebooku, żeby żył
– jak się wyceniać
– jak zachowywać prywatność, pisząc o swoim życiu
– po co blogerowi wideo
– jak odmawiać propozycji seksu czytelnikom
– czy nawet, jak założyć bloga i jakich błędów uniknąć, jeśli dopiero o tym myślisz

Spotykamy się na 4 godziny w wybranym przez Ciebie miejscu i możemy rozmawiać o wszystkim, co tylko Cię interesuje w zakresie publikowania treści w internecie.

Co ważne, nie dostajesz ogólnikowych, teoretycznych rad. Analizujemy Twojego bloga od podszewki, od dobierania miniaturek do postów, przez ich treść, po wchodzenie w dyskusję z czytelnikami, na bieżąco dostając rekomendacje, co powinieneś poprawić, co zacząć, a co absolutnie przestać robić. Tylko i wyłącznie konkrety, nie dotyczące wszystkich, a odnoszące się do Twojego indywidualnego przypadku.

 

To jak?

Chcesz rozwinąć swojego bloga i przy okazji pomóc WOŚP?