Close
Close

Wojna Płci: co to znaczy, że „dziewczyna się puszcza”?

Skip to entry content

Tygodniowa, świąteczna przerwa w “Wojnie Płci” przeciągnęła się prawie na cały miesiąc i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie oprócz tego, że to wina Asi. Na szczęście już się ogarnęła ze sprzątaniem po sylwestrze i w aurze odkurzonego dywanu, wypucowanych garnków i wyniesionych śmieci, wracamy z damsko-męskimi rozmowami o życiu, śmierci i pożyciu przedmałżeńskim. Dzisiaj na tapet bierzemy zwłaszcza ten ostatni temat, bo dyskutujemy o tym, co to znaczy, że “dziewczyna się puszcza”?

Wojna Płci

Jan Favre: Z iloma mężczyznami kobieta musi uprawiać seks, żeby zostać puszczalską szmatą? Z 5, 10, 15? 115?

Joanna Pachla: Z tyloma, o ilu dowie się jej gimnazjum.

Jan Favre: Czyli dopóki nikt się nie dowie, może zapraszać całe jednostki wojskowe do łóżka, ale w momencie, kiedy to wyjdzie poza jej sześcian, to jest już godna napiętnowania?

Joanna Pachla: Tak, bo zwykle to społeczeństwo piętnuje, a nie człowiek sam siebie.

Poza tym zauważ, że to kobiety kobietom zgotowały ten los. Te wszystkie łatki typu „łatwa” czy „puszczalska” pochodzą prosto z kobiecego słownika. Normalny facet nie powie o kobiecie, że się puszcza. Natomiast kobieta o kobiecie już tak. Same sobie robimy ten czarny PR.

Jan Favre: Też zauważyłem, że kobiety mają bardzo duży udział w niszczeniu innych kobiet, tylko dlatego, że miały więcej partnerów seksualnych, albo są ładniejsze/mają większe branie, ale mężczyzn bym z tego nie wyłączał.

Co zrobi – może nie „normalny”, ale „przeciętny” – facet, jeśli podbijając do dziewczyny w klubie dostanie kosza, po czym zobaczy, że zaloty innego na nią poskutkowały?

Joanna Pachla: Powinien pomyśleć, że widocznie ten drugi okazał się fajniejszy. Ale rozumiem, że zmierzasz do tego, że – żeby ją zdyskredytować i jednocześnie zrehabilitować siebie we własnych oczach lub oczach kumpli – nazwie ją właśnie puszczalską szmatą.

Jan Favre: Tak. Ewentualnie dupodajką.

Faceci bardzo często zarzucają kobiecie mityczne „puszczanie się”, bo sami nie byli w stanie jej zainteresować swoją osobą, a ktoś inny był. I to na tyle skutecznie, że doszło do fizycznego zbliżenia. W związku z czym muszą ratować wdeptane w chodnik ego, deprecjonując ją.

Joanna Pachla: To co – według mężczyzny – znaczy „puszczać się”? Uprawiać seks z kimś innym, niż on sam?

Jan Favre: Zdaniem przeciętnych mężczyzn „puszczać się”, znaczy uprawiać seks z więcej niż jednym partnerem w ciągu całego życia, bo według kodeksu osiedlowego harcerza, tylko dziewice i nasze matki są damami, a reszta to szmaty. Dla mnie jednak znaczy coś zgoła innego. Odnosząc się do etymologii tego słowa, logicznie rzecz ujmując, żeby się puścić, wcześniej trzeba się czego trzymać, czyli przenosząc to na relacje damsko-męskie, puszcza się kobieta, która ma mężczyznę – jest w związku – a mimo to uprawia seks z innymi, zdradzając go.

Joanna Pachla: O, to chyba jednak zawęża popularną definicję tego słowa. Puszczać się w znaczeniu, jakie ja znam, to po prostu – uprawiać seks z dużą liczbą partnerów. Tylko nie znalazł się jeszcze mądry, który by określił, ile to właściwie jest “dużo”.

A uprawiać seks, mając już mężczyznę – to przecież tyle, co zdradzać. Dla mnie taka retoryka jest w ogóle z dżungli wzięta – puszczać się to może małpa liany, sorry.

Jan Favre: Uprawianie seksu z dużą liczba partnerów jest neutralne, puszczanie się jest zdecydowanie pejoratywne. Jeśli mielibyśmy przyjąć Twoje rozumienie tego słowa, to wszyscy bylibyśmy puszczalscy, bo dużo, to więcej niż 2.

Tak że tak, zwrot „puszczanie się” jest dla mnie synonimem notorycznego, wielokrotnego zdradzania.

Joanna Pachla: To znaczy, że żeby się puszczać, trzeba być w związku?

Jan Favre: A uważasz, że żeby się puszczać, wystarczy uprawiać seks z kimś, z kim nie jest się w związku?

Joanna Pachla: Ja w ogóle nie używam określenia „puszczać się”, dla mnie to jest podwórkowa pyskówka, z którą powinno się zrywać gdzieś po ukończeniu gimnazjum. Dorośli ludzie się nie puszczają, oni po prostu zaspokajają swoje potrzeby, uprawiając seks.

Natomiast na tyle, na ile pamiętam to wyrażenie z czasów szkolnych, to odnosiło się do uprawiania seksu z dużą liczbą partnerów, niezależnie od statusu związku. Ba, nigdy nie zapomnę wielkiego napisu na froncie szkoły, dumnie obwieszczającego światu przy pomocy spray’u, że „Lucyna puszcza się szybciej niż oddycha”. A Lucyna wcale się nie puszczała – ona po prostu nie chciała żadnego z tych wątpliwej jakości zalotników, więc postanowili się na niej regularnie mścić.

[sociallocker id=”17312″]

Jan Favre: Też nie używam tego zwrotu, bo jest bardziej z dupy niż wczorajsze śniadanie i strasznie mnie irytuje, jak te jaskiniowo-nastoletnie hasła są rzucane przez dorosłych ludzi i to w gęstej mgle zakłamania. Najczęściej ten zwrot pojawia się pod płaszczykiem dbania o moralność – tyle, że walka nigdy nie rozgrywa się o właściwe życiowe wzorce autorów tych słów, tylko osób trzecich. Obrońcy Cudzej Moralności próbują przekonać cały świat, że tak bardzo zależy im na czyjejś praworządności, podczas gdy w rzeczywistości chcą po prostu wyładować swoją frustrację i komuś dopierdolić pod przykrywką niesienia dobra.

Uważam, że to, kto, z kim i jak często sypia, jest tylko i wyłącznie jego sprawą, a nie kwestią publiczną, nad którą koniecznie muszą się pochylać obcy ludzie. I jeśli chce zapraszać do sypialni całą drużynę piłkarską, to, jeśli tylko nikogo nie krzywdzi, nic mi do tego.

Joanna Pachla: I o ile nie jesteś jego sąsiadem zza ściany…

Jan Favre: No przecież mówiłem, że nie może nikogo krzywdzić. Napastowanie dźwiękowe to też krzywda.

Joanna Pachla: Czyli mamy pełną zgodność. Nie wierzę, że człowiek, nazywający drugiego człowieka puszczalskim, może mieć dobre intencje. Albo mu czegoś zazdrości, albo go nie lubi, albo chce upokorzyć czy wyładować własne frustracje (opcje mogą się łączyć). Jakakolwiek motywacja by nim nie rządziła, ewidentnie ma więc ze sobą problem.

Poza tym ile osób, mających aktywne życie seksualne z wieloma partnerami, publicznie się tym chwali? Raczej niewiele. Wszystkie te opowieści to więc co najwyżej plotki czy pomówienia. A te powinny obchodzić nas tyle, co zeszłoroczny śnieg.

Jan Favre: Czasem nawet nie trzeba się chwalić. Wystarczy zrobić wspólne zdjęcie, a życzliwi kronikarze już dopiszą historię.

Jednak w tym temacie niezmiennie mnie fascynują podwójne standardy i fakt, że tylko kobieta może się puszczać, a mężczyzna jest zupełnie poza zasięgiem tego określenia. Jakby faceci w ogóle nie uczestniczyli w tej czynności, a wszystkie laski były biseksualne i puszczały się tylko same ze sobą.

Czemu Wy nie mówicie o mężczyznach, że się puszczają?

Joanna Pachla: Bo sięgamy po inne działo i kiedy facet nas nie chce, to nazywamy go pedałem. Jestem w klubie, chcę go poderwać, a on się nie daje? Przecież do głowy mi nie przyjdzie, że może już mieć dziewczynę albo zwyczajnie, po ludzku, może mnie nie chcieć. Najprostszy schemat myślowy, po jaki sięgają wtedy średnio rozwinięte dziewuchy, to skwitowanie tego słowami: no pedał, no.

Jan Favre: No tak, bo najmocniejszy sposób, w jaki w naszym kraju można obrazić mężczyznę, to nie nazwać go kanapowym nieudacznikiem, troglodytą, czy półmózgiem, tylko zasugerować, że nie jest heteroseksualny.

O ile uznawanie, że ktoś jest mniej wartościowy, bo ma mniej popularną orientację seksualną, jest absurdem samym w sobie, o tyle, czy są jakieś obiektywne powody, żeby stwierdzić, że człowiek jest gorszy, bo lubi pożycie przedmałżeńskie?

Joanna Pachla: Wiesz, żyjemy w kraju katolickim…

Jan Favre: Dlatego z pewnością każda osoba, która zarzuca komuś puszczalstwo, nigdy nie popełniła grzechu samogwałtu…

Joanna Pachla: Jasne. I kąpie się w majtkach i przebiera wyłącznie po ciemku.

A wracając do Twojego pytania – człowiek nie może być gorszy ani z powodu swojej orientacji, ani z powodu liczby partnerów seksualnych. Oczywiście, jedno i drugie może nam odpowiadać bardziej lub mniej, ale to tylko i wyłącznie nasz problem, który nie daje nam jeszcze prawa do jakiegokolwiek obrażania go czy też dyskredytowania w cudzych oczach.

Jan Favre: To jest w ogóle paradoks, że z jednej strony kobiety mające duże doświadczenie seksualne są piętnowane, a z drugiej dwudziestokilkuletnie dziewice są wyśmiewane. Mam wrażenie, że społeczeństwo jako ogół ma tak duży problem z seksem, że najchętniej wyzułoby go z przyjemności i zostawiło mu tylko funkcję rozrodczą.

Joanna Pachla: Dlaczego od razu całe społeczeństwo? Tylko ta jego głupsza część.

Jan Favre: Czyli jakieś 65%?

Joanna Pachla: To i tak jesteś optymistą.

[/sociallocker]

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: Wojna Płci: jak radzić sobie po rozstaniu?()

  • Dot

    „puszczać się to może małpa liany, sorry.” Aśka, uwielbiam Cię za to! :D

    „Ja w ogóle nie używam określenia „puszczać się”, dla mnie to jest podwórkowa pyskówka, z którą powinno się zrywać gdzieś po ukończeniu gimnazjum. Dorośli ludzie się nie puszczają, oni po prostu zaspokajają swoje potrzeby, uprawiając seks.” Masz 100% racji!

    Ponadto, całkowicie zgadzam się ze słowami Janka: „Uważam, że to, kto, z kim i jak często sypia, jest tylko i wyłącznie jego sprawą, a nie kwestią publiczną, nad którą koniecznie muszą się pochylać obcy ludzie. I jeśli chce zapraszać do sypialni całą drużynę piłkarską, to, jeśli tylko nikogo nie krzywdzi, nic mi do tego.”

    Zawsze wiedziałam, że nie jestem „średnio rozwiniętą dziewuchą”, bo biorę pod uwagę opcję, że facet, którego sobą nie zainteresowałam: 1) ma dziewczynę 2) nie jest zainteresowany akurat mną.

    „człowiek nie może być gorszy ani z powodu swojej orientacji, ani z powodu liczby partnerów seksualnych. Oczywiście, jedno i drugie może nam odpowiadać bardziej lub mniej, ale to tylko i wyłącznie nasz problem, który nie daje nam jeszcze prawa do jakiegokolwiek obrażania go czy też dyskredytowania w cudzych oczach.” To chyba najważniejsze, co wypływa z tego tekstu. Taki morał :)

    I to też: „To jest w ogóle paradoks, że z jednej strony kobiety mające duże doświadczenie seksualne są piętnowane, a z drugiej dwudziestokilkuletnie dziewice są wyśmiewane. Mam wrażenie, że społeczeństwo jako ogół ma tak duży problem z seksem, że najchętniej wyzułoby go z przyjemności i zostawiło mu tylko funkcję rozrodczą.”

    Dziękuję Wam za kolejny wspaniały tekst! Tak jak napisałam powyżej, nie uważam, żeby określenie „puszczalska” było jakieś górnolotne, wręcz odwrotnie – jest poniżej normy. Jeśli miałabym scharakteryzować taką osobę, uznałabym, że to ktoś, kto, będąc w jakiejś relacji z kimś (niekoniecznie związku, czasem to spotkania od czasu do czasu z jedną osobą), jest w podobnej relacji z kimś innym, włączając w to seks, oczywiście. Czyli tradycyjnie – zdrada.
    Aby uniknąć takich określeń, myślę, że najważniejsze jest precyzowanie swoich oczekiwań albo tego, co chcę się zaoferować. Mówisz: „Będziemy się spotykać od czasu do czasu, ale na związek nie licz” albo „Interesuje mnie relacja fair, żadne skoki w bok” i od samego początku sytuacja jest jasna :)

  • Pokusiłam się ostatnio o samcze podsumowanie minionego roku (nie pojeratywizuję, „samiec” kojarzy mi się dobrze!) i przezornie sama w tytule wyzwałam się od szmat, bo jak się okazało ile-tego-było!, pomyślałam, że i tak podświadomie zostanę mniej lub bardziej z tą szmatą utożsamiona. Asekuruję się, strzelam sobie w kolano, czy po prostu szukam swojego miejsca w świecie? Albo może szukam swojej osoby na świecie. Niezawodną metodą prób i błędów.

  • „żeby się puścić, wcześniej trzeba się czego trzymać” :)

    Cudnie

  • Mar Tuś

    Ja kiedyś miałam faceta, który (jak się później dowiedziałam) chodził i chwalił się każdemu co robimy. Ja zostałam przez to nazwana szmatą. Z jakiego powodu? Skoro miałam chłopaka i z nim tylko chodziłam do łóżka? Później wyszłam z kolegą na piwo – usłyszałam, że skoro się z nim spotykam to pewnie tylko na seks (bo na co innego może się dziewczyna spotykać z facetem) i zostałam nazwana szmatą. Jego koledzy niby ze mną normalnie rozmawiali, ale gdy któryś do mnie podbijał, a ja mu dawałam „kosza” to wyzywali mnie od najgorszych, mimo, że rozmawiali ze mną dwa razy w życiu. Wywnioskowałam z tego tylko tyle, że byłam nazwana szmatą tylko i wyłącznie z zazdrości. Nie raz słyszałam czy to przez przypadek czy od osoby trzeciej, że ktoś tam mówił, że z chęcią by się ze mną przespał.

    • Współczuję facetów, na których trafiałaś i przykro mi, że spotkałaś się z takimi komentarzami. Jedyny pozytyw z tego taki, że musisz być wyjątkowo atrakcyjna, bo brzydkim nie trafiają się takie docinki/

    • Dot

      Jak ja nienawidzę facetów, którzy opowiadają kumplom swoje łóżkowe historie. I to ze szczegółami. A Ty potem idziesz na spotkanie i musisz im wszystkim patrzeć w twarz.

      Janku, chciałabym się dowiedzieć jak to jest naprawdę. Wypowiedz się proszę, co sądzisz o takim zachowaniu (opowiadaniu kumplom o łóżkowym życiu) i dlaczego faceci to robią? Czy naprawdę nie uważają, że to jest sfera życia, która powinna obejmować tylko dwoje ludzi (w standardowym założeniu ;)), a nie całe osiedle? Nie wiem jak inne dziewczyny, ale ja wtedy czuję, że zamiast naszej dwójki w łóżku jest co najmniej kilka innych osób.

      • Ale to jest też sytuacja w drugą stronę, ile to dziewczyn opowiada swoim przyjaciółkom (często w komunikacji miejskiej/ miejscu publicznym) co, jak i gdzie robiły ze swoim Andżejem. Czym to się różni w kwestii późniejszego spotkania się w większym gronie?

        • Dot

          Oczywiście, pewnie tak jest, jednak ja znam przypadki facetów i dlatego akurat ich opisałam.
          Historie z komunikacji miejskiej są najlepsze xDD

  • Kiedyś mi powiedziałeś coś takiego mądrego, że kiedy chłopaki konkurują to skupiają się na celu, natomiast w przypadku kobiet są to one same,czyli konkurentki.
    No i są te wszystkie puszczalskie, pasztety, boże-ale-ona-brzydka, lampucery i tak dalej. A facet zalicza, cel zostaje nieskalany.

    Tęcza, gwiazdki i cukierki.

  • Paulina Szpańska

    Usmialam sie <3 jestescie zajebisci :D a dla zainteresowanych relacjami damsko-meskimi polecam ksiazke Buss'a "Ewolucja pożądania" :) Ewolucjonizm to najprzyjemniejsza/najprostsza czesc psycholgii z jaka mialam dotychczas do czynienia :D

    • Dzięki za polecenie książki i ciepłe słowa!

  • Saling

    Jak trza to trza :)

    • W sensie, co trza? Wstawić zdjęcie gołej dupy?

  • Damian

    Janku, nie bierzemy czegoś na tapetę tylko na tapet. Tutaj jest wyjaśnienie: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/na-tapet-czy-na-tapete;15076.html

    • Masz jak najbardziej rację, wtopę poprawiam, posypuję głowę popiołem i cieszę się, że mam tak uważnych czytelników. Dziękuję!

    • O proszę! Też nigdy o tym nie słyszałam!

      • Damian

        To cieszę się, że wyprowadziłem z błędu. ;)

    • Dot

      Kurczę, nie wiedziałam. Pewnie w języku potocznym częściej używa się „na tapetę”, sama zresztą wiele razy słyszałam takie określenie i sądziłam, że chodzi o tapetę na ścianę, a nie tapet na stół, i stąd błąd. Dzięki, to istotnie ważne! :D

  • Karol Kardaś

    Janku, nie chciałbym wyjść na czepialskiego, ale sam wielokrotnie pisałeś tutaj teksty o poprawnym używaniu języka polskiego – mówi/pisze się „bierzemy coś na TAPET”, a nie „bierzemy coś na TAPETĘ”. Związek odnosi się do płótna którym nakrywa się stół przy którym toczy się dyskusja, a nie do tapety (na ścianie? na monitorze komputera? na twarzy dziewczyny?). ;) ;)

  • Bardzo dobra rozmowa. Puszcza to się latawiec, a daje to się w mordę ludziom, którzy myślą, że seks to po ślubie, a jak kobieta ma często innego partnera w łóżku to szmata. Czy to facet, czy kobieta – każdy ma prawo robić co chce, z kim chce, a nie wypada to szczęka w trumnie. Pozdrawiam Cię Janku i Joanno :)

  • Magda Motrenko

    Hmm… Zaczęłam się jeszcze nad samą definicją zastanawiać, chociaż wiem, że to w sumie trochę głupie – jakby zastanawiać się, jakie cechy charakteru ma osoba, którą ktoś nazwie ogórkiem, ale skupiłabym się nie tyle na ilości, co na formie. I powiedziała nie tyle „dużo partnerów”, co „dużo przypadkowych partnerów”. Mam wrażenie, że osoby, które są w bardzo wielu związkach, określa się innymi terminami, więc musi być jakiś czynnik losowości w doborze. Bo też dziewczyna, która prześpi się z dopiero co poznanym chłopakiem w klubie, i na następny dzień nie będzie wiedziała, kto to właściwie był – mimo że to może być jej jedyne doświadczenie seksualne w życiu, już spokojnie może się spodziewać nowego przezwiska. Tak mi się wydaje. Ale tak naprawdę sama w swoim otoczeniu nigdy nie spotkałam się, by ktoś kogoś tak nazywał na serio.

    • Monika Grzebyk

      Z mojego doświadczenia wynika, ze osoba, która ma za sobą dużo „oficjalnych” partnerów (dużo związków) też może „zasłużyć” na to przezwisko, jeśli nie odczeka odpowiednio długo (nie pytaj mnie ile, dawno nie byłam w gimnazjum :D ) od momentu wejścia w związek do momentu pokazania się partnerowi nago..

      • Dot

        W takim przypadku słyszałam określenia „łatwa” (co też mi się nie podoba). Uważam, że życie seksualne innych jest sferą tak prywatną, że nie powinno nas obchodzić. „Twoje życie, Twoja sprawa, a mi nic do tego” :)

      • Wiem, że trochę po opublikowaniu posta odpowiadam, ale dopiero wczoraj trafiłam na tego bloga ;) Ja w liceum również spotkałam się z różnymi określeniami na osobę, która zmieniała chłopaków. Nie partnerów seksualnych, a chłopaków. Ta osoba seksu z większością nie uprawiała – po prostu chodziła na kilka randek z rzędu z jednym kolesiem, nie wychodziło, po tygodniu ktoś ją zapraszał i chciała poznać tego nowego chłopaka. I większość szkoły nie mogła zrozumieć, że nikt nikomu nigdy nie powiedział, że „ze sobą chodzą”, czyli że mają się „na wyłączność” (a fe! nienawidzę tego określenia). No i że nie współżyją.
        Powtórzę, że to było liceum. Czyli ludzie, którzy są o krok od pełnoletności.

    • Dot

      Zgadzam się, masz sporo racji. Myślę, że właśnie ten przymiotnik „przypadkowych” jest istotny. Bo nie można przecież nazwać „puszczalską” (bardzo nie lubię tego określenia) dziewczyny/kobiety, która była w kilku związkach i uprawiała z tymi chłopakami seks.

  • kel

    Ja to nawet puszczać się nie mogę, bom facet. Tyle dobrego człowieka omija. Życie jest niesprawiedliwe.

    • Uważaj, bo Cię dżender ugryzie i się w babochłopa zamienisz.

  • Puszcza to się latawiec.

  • Siri

    Mnie w ogóle bawi, że ludziom w głowie się nie mieści, że kobiety tak samo jak mężczyźni moga lubić seks i uprawiać go ot tak, dla własnej przyjemności, bez potrzeby wchodzenia w związek. Co więcej – kobiety mogą się tez masturbowac i oglądać filmy porno. I to tak samo naturalna sprawa jak u mężczyzn.

    • To zazwyczaj nie mieści się w głowie kolesiom, którzy muszą namawiać swoje partnerki do seksu (bo zwyczajnie są słabi w łóżku), a każdy stosunek to wymęczony prezent i stwierdzają, że jeśli ich dziewczyny robią to niechętnie, to przecież żadna inna kobieta nie może tego robić dla przyjemności.

      • Aleksandra Muszyńska

        No, centralnie! Albo inna wersja: „moja kobieta jest oziębła, tak rzadko uprawiamy seks”.I w głowie się chłopu nie mieści, że dziewczyna wolałaby zrobić doktorat z haftu krzyżykowego, niż iść z nim do łóżka, taki jest tam odkrywczy, dynamiczny i dbający o jej potrzeby.

        • Marcin

          To powinna z nim zerwać albo mu o tym powiedzieć. Winna jest kobieta, a koleś co ma sobie pomyśleć?

          • Aleksandra Muszyńska

            Czyli że facet jest zwolniony z obowiązku zainteresowania się tym, czy kobiecie jest dobrze i za dobrą monetę bierze brak zainicjowania przez nią tematu?

          • Marcin

            Nie. Ale jak ona go okłamuje i udaje że nie chce to w końcu jej wina. Skąd on ma wiedzieć że jej się podoba, jeżeli ona udaje że jest dobrze? Mężczyźni mają też życie i nie skupiają się tylko i wyłącznie na tym co myśli partnerka. Życie prywatne powinno być odpoczynkiem, a nie domyślaniem się.

      • Dlaczego mogę temu dać tylko jedną łapkę w górę…

      • ka

        bardziej trafnie się nie da!

    • Może seks dla przyjemności jeszcze zrozumieją, za to wątpię, czy zrozumieją, ze to nie zawsze musi być ten sam facet :)

      • Siri

        O właśnie!

      • Margo

        Boskie i prawdziwe ;)

    • Trafiłaś w punkt tym komentarzem ;)

  • Jeju wybaczcie mi, fascynująca dyskusja z pewnością..ale doszłam do: „bo jest bardziej z dupy niż wczorajsze śniadanie” i umarłam.. Jan! you made my day hahaha

    • Nie umieraj, bo to dopiero połowa tekstu!

  • Ven

    Ci wszyscy strażnicy cudzej cnoty sami mają zazwyczaj najwięcej na sumieniu. Mnie to tam nie obchodzi, co kto robi i z kim. O ile nie krzywdzi to mnie. I wszystkim pozostałym też polecam takie myślenie, świat (albo raczej nasz kraj) byłby piękniejszy!

    • Dot

      Zdecydowanie mądrze mówisz :)

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

Quiz modowy: ofiara mody, czy celebryta?

Skip to entry content

Kojarzycie facebookowy profil „faszyn from raszyn”? Publikowane są na nim zdjęcia stylizacji osób, które trochę bardziej niż trochę, wzięły sobie do serca poradnik zakupowy z bieżącymi trendami. Bohaterowie mają na sobie ostatni krzyk mody, przy czym jest to krzyk rozpaczy i podświadome wołanie o pomoc. Prześwitujące leginsy, przyciasne szorty, spodnie pociąte przez kosiarkę, skarpety do japonek, tipsy ala kacze płetwy i fryzury we wzorki Louis Vuitton. Autor umieszcza tam zestawy ubrań, które są esencją przypału i mimowolnie wywołują śmiech. Lub zażenowanie.

Mam jednak wrażenie, że coraz częściej jest tak samo ze stylizacjami celebrytów. Nie tylko tych polskich, ale i „światowych sław”. Nierzadko ich ciuchy swoją pseudo-awangardowością i poziomem absurdu dorównują, a nawet przebijają te z „faszyn from raszyn”. Przeglądając kolejne zdjęcia z bankietów, premier, gal i (meblo)ścianek, mam wrażenie, że uczestniczę w ekranizacji baśni Hansa Christiana Andersena. Konkretnie „Nowych szat cesarza” i czekam, aż ktoś w końcu krzyknie, że król jest nagi.

Myślisz, że Ciebie to nie dotyczy i jesteś w stanie odróżnić uliczną ofiarę mody, od wystylizowanego celebryty? Sprawdź!

Jeśli chcesz poznać prawidłowe odpowiedzi, to kliknij TUTAJ, ale nie psuj zabawy innym i nie ujawniaj ich w komentarzach.

---> SKOMENTUJ

Co jakiś czas dostaję maile z pytaniami o blogowanie. Czasem są to pytania o poszerzanie poruszanej tematyki, częściej o zwiększanie zasięgu, jeszcze częściej o zarabianie, a nierzadziej to prośby o całościowy audyt bloga (czyli przeanalizowanie, czemu jest tak źle, skoro jest tak zajebiście). W przypadku pojedynczych, sprecyzowanych pytań, staram się rzeczowo odpowiadać, ale to zazwyczaj skutkuje kolejnymi mailami z dopytywaniem o szczegóły. Gdy dostaję pytania ogólnikowe, typu: jak przyciągnąć czytelników? jak się wybić? jak jeść burgery i nie przytyć?, odsyłam do książek Tomka Tomczyka, bo jest tam prawie wszystko, co trzeba wiedzieć działając w tej dziedzinie.

Kiedy jednak ktoś pisze z prośbą o przejrzenie CAŁEGO bloga, wraz z profilami w mediach społecznościowych, odpisuję, że nie da rady, bo to przynajmniej 2 godziny mojego czasu. Czasu, który jak wiadomo jest jedynym nieodnawialnym zasobem, bo mimo usilnych starań osób zbliżających się do ostatecznego terminu oddania zlecenia, doby nijak nie da się poszerzyć. Innymi słowy, tych 2, 3, a czasem 4 godzin nikt mi nie odda, a często niestety nawet nie podziękuje. Za to ja ten czas chętnie oddam, ale w zamian za pieniądze.

Pieniądze, które pójdą na szczytny cel.

 

Udzielam korepetycji z blogowania w zamian za pomoc WOŚP!

----> KLIKNIJ W OBRAZEK, ŻEBY PRZEJŚĆ DO AUKCJI <---
—-> KLIKNIJ W OBRAZEK, ŻEBY PRZEJŚĆ DO AUKCJI <—

Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy wspieram odkąd pamiętam. A w zasadzie to odkąd pamięta moja mama, bo pierwsze zdjęcia z przylepionym serduszkiem do zimowej kurtki mam chyba z czasów przedszkolnych. Ogromnie szanuję Jurka Owsiaka, regularnie piszę podania o jego kanonizację i co roku jestem pod wielkim wrażeniem, jak skutecznie potrafi integrować ludzi przekazując im, dla odmiany od tego co robią politycy, pozytywną energię. I niezbędny sprzęt dla szpitali. Którego nie potrafi zapewnić państwo.

Ale wróćmy do tematu.

Akcja jest taka, że poniżej masz aukcję, która jest 4-godzinnymi korepetycjami z blogowania. Co to znaczy? Dokładnie to, że jak w podstawówce, liceum, czy na studiach, udzielam bezpośrednich, osobistych korków. Czyli spotkamy się jeden na jeden i pomagam Ci ze WSZYSTKIM związanym z blogowaniem, z czym tylko masz problem. Dodajmy jednak, że są to korki turbo exclusive premium, bo dojeżdżam w KAŻDE miejsce w Polsce (słownie: w we wszystkie jakie tylko są w obrębie granic naszego kraju). Innymi słowy, jeśli mieszkasz na Helu, w Parzygłowach Dolnych albo na Ruczaju i chcesz pogadać o rozwoju internetowych pamiętników w swoim domu, to nie ma problemu. Przyjeżdżam na Hel, na Ruczaj, czy gdziekolwiek indziej mieszkasz w obrębie naszego kraju.

—–> Wylicytuj „Korki z blogowania”! <—–

Możemy się spotkać, gdzie tylko sobie wymyślisz, jest tylko jedna sprawa: musisz wygrać aukcję przekazując hajs na dzieci i seniorów.

 

Co mogę Ci wytłumaczyć w trakcie korepetycji?

WSZYSTKO!

Prowadzę Stay Fly od ponad 4 lat, żyję tylko i wyłącznie z niego od ponad 1,5 roku, byłem na wszystkich istotnych konferencjach w tym kraju, znam wszystkie mające wpływ na tę branżę osoby osobiście i nie ma takiego aspektu blogowania, którego bym nie zgłębił. Nie żebym jakoś specjalnie miał potrzebę się przechwalać, ale najzwyczajniej w świecie, znam się na tym i chętnie Ci tę wiedzę przekażę.

Podczas korków mogę powiedzieć Ci:

– jak pisać angażujące teksty
– jak wyróżnić się w Twojej kategorii tematycznej
– jak radzić sobie z hejterami
– jak zacząć zarabiać na blogu
– czy potrzebujesz Twittera
– jak podpiąć Google Analyticsa
– jak wybrać szablon odpowiedni do Twoich potrzeb
– jak prowadzić fanpage na Facebooku, żeby żył
– jak się wyceniać
– jak zachowywać prywatność, pisząc o swoim życiu
– po co blogerowi wideo
– jak odmawiać propozycji seksu czytelnikom
– czy nawet, jak założyć bloga i jakich błędów uniknąć, jeśli dopiero o tym myślisz

Spotykamy się na 4 godziny w wybranym przez Ciebie miejscu i możemy rozmawiać o wszystkim, co tylko Cię interesuje w zakresie publikowania treści w internecie.

Co ważne, nie dostajesz ogólnikowych, teoretycznych rad. Analizujemy Twojego bloga od podszewki, od dobierania miniaturek do postów, przez ich treść, po wchodzenie w dyskusję z czytelnikami, na bieżąco dostając rekomendacje, co powinieneś poprawić, co zacząć, a co absolutnie przestać robić. Tylko i wyłącznie konkrety, nie dotyczące wszystkich, a odnoszące się do Twojego indywidualnego przypadku.

 

To jak?

Chcesz rozwinąć swojego bloga i przy okazji pomóc WOŚP?

---> SKOMENTUJ